Nr 9 (78) Wrzesień 2011
ISSN 1427–728X
ROK IX
Nr 9 (78)
Wrzesień 2011 r.
miesięcznik
INFORMACYJNO-SZKOLENIOWY
STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ
SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH
I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”
Adres redakcji:
00–216 Warszawa
ul. Konwiktorska 9, tel.: 022 635 57 94
tel.kom. 668 764 654,
666 725 040
e–mail: redakcja@cross.org.pl
Redaguje zespół w składzie:
Teresa Dębowska
Redaktor naczelna
Anna Amanowicz
Zastępca redaktor naczelnej
Skład i opracowanie graficzne:
Wojciech Górski
Druk: Wydawnictwa Polskiego Związku Niewidomych Spółka z o.o
Miesięcznik dofinansowują:
Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych
Ministerstwo Sportu i Turystyki
Spis treści
Anna Amanowicz
Anna Amanowicz
Andrzej Szymański
Piotr Dudek
Wojciech Kopczyński
Mirosław Jurek
Anna Amanowicz
Wojciech Kopczyński
Konrad Andrzejuk
(BWO)
O nordic walking – raz jeszcze
Krzysztof Koc
Ryszard Bernard
Jan Sekuła
Kalendarium
Listopad – Grudzień 2011
Stowarzyszenie „Cross”
28-30.10.2011 r., Sielpia - Półfinał mistrzostw Polski w showdown (strefa A)
28-30.10.2011 r., Bydgoszcz - Półfinał mistrzostw Polski w showdown (strefa B)
7-10.11.2011 r., Dadaj - Ogólnopolski turniej w brydżu sportowym (mixty)
10-13.11.2011 r., Dadaj - Ogólnopolski turniej w brydżu sportowym (maxy)
13-19.11.2011 r., Tuchola - Ćwierćfinał mistrzostw Polski w szachach
25-28.11.2011 r., Sielpia - Finał mistrzostw Polski w showdown
2-4.12.2011 r., Chorzów - Ogólnopolski turniej w tańcu sportowym
ZKF „Olimp”
10-13.11.2011 r., Klimkówka - Ogólnopolskie zawody w strzelectwie laserowym
Wokół sportu
Już
starożytni Grecy mówili, że sport jest sposobem na kształtowanie osobowości
człowieka, na wykuwanie stałości charakteru. I nie o to zapewne szło, że musi
być wyczynowo i forsownie, ale rozsądnie i adekwatnie do stanu zdrowia. Jest
wrzesień, jeszcze ciepło i dzień długi, sporo czasu do zagospodarowania.
Starajmy się kontynuować wakacyjną
aktywność. Bo tylko systematyczność daje efekty w walce o kondycyjną warstwę
ochronną dla własnego zdrowia. Jaki sport we wrześniu? Podpowiem – najprostszy,
szybki marsz i bieganie. Z biegami
konkuruje od kilku lat coraz popularniejszy nordic walking. Nikogo też zapewne
nie trzeba długo zachęcać do rowerowej przygody – korzyści płynące z tej formy
aktywności są nie do przecenienia. Sposobów na aktywne spędzanie czasu jest
tyle, ilu ludzi na świecie – każdy może znaleźć właściwą dla siebie ścieżkę.
Mój znajomy z dumą mówi o tym, że on nie musi wychodzić z domu, by uprawiać
sport, zgromadził bowiem tyle domowych urządzeń do ćwiczeń, w tym rower
treningowy, że to mu wystarcza. Co na to lekarze? Bolesław Piecha, lekarz, były
wiceminister zdrowia, tak mówi: – Nie jestem zwolennikiem tych wszystkich
domowych urządzeń. Uważam, że tenisówki kupione za 30 zł plus jakiś lekki strój
i godzina marszu dziennie zrobią więcej niż inwestycje, specjalistyczne stroje,
czy wsiadanie na rower treningowy przed telewizorem i jedzenie chipsów. Gdy
chodzi o przebudowanie sposobu dotychczasowego funkcjonowania, trzeba zmienić
otoczenie, czyli bezwzględnie wyjść z domu. A ja dodam: – Łatwiej nam to
przyjdzie, gdy znajdziemy sobie współpartnera do ćwiczeń. Wówczas można
wzmacniać swoje postanowienie uprawiania sportu, dopingując się wzajemnie.
I radośniej go przeżywać.
JAGA
To już trzecia kadencja\
Z Longinem Komołowskim, prezesem Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego, rozmawia Anna Amanowicz.
– Jest Pan prezesem PKParu od 2000 r. To szmat czasu. Na koncie tej organizacji zapisano zapewne w tym okresie osiągnięcia i porażki. Czy zechciałby Pan o tym opowiedzieć?
– Te 11 lat to okres ciężkiej pracy całego zarządu Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego oraz władz stowarzyszeń i organizacji tworzących Komitet. Od 2000 roku wiele zmieniło się w zakresie funkcjonowania sportu osób niepełnosprawnych, zarówno w Polsce, jak i na świecie. Postępująca integracja środowisk sportowców niepełnosprawnych i pełnosprawnych ułatwiła przyjęcie wielu ważnych rozwiązań prawnych, zrównujących prawa obu tych grup. Najważniejsze z nich to umożliwienie sportowcom niepełnosprawnym, którzy zdobyli medale na igrzyskach paraolimpijskich, korzystanie z tzw. „emerytury sportowej”, przyznawanej po zakończeniu kariery i ukończeniu 40. roku życia. Innym ważnym wydarzeniem było utworzenie w Ministerstwie Sportu i Turystyki Departamentu Sportu Niepełnosprawnych. I choć obecnie departament ten już nie istnieje, to zmiany, które w resorcie nastąpiły, są nie do przecenienia. W zeszłym roku weszła w życie ustawa o sporcie, która usankcjonowała uprawnienia Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego. To znaczący krok w kierunku dalszej profesjonalizacji naszych działań.
– Jak Pan wspomniał, w październiku ub.r. wszedł w życie nowy akt prawny, który zastąpił dotychczas obowiązujące ustawy – o kulturze fizycznej i o sporcie kwalifikowanym. Czy i w jakim stopniu nowe regulacje dotyczą zadań stojących do tej pory przed PKParem?
– Ta ustawa
reguluje funkcjonowanie działań w zakresie sportu wyczynowego w Polsce. Wiele
jej zapisów zrównuje uprawnienia środowisk sportu osób niepełnosprawnych i
pełnosprawnych. Sankcjonuje uprawnienia Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego
oraz związków sportowych, również tych działających
w dziedzinie sportu osób z dysfunkcjami. Nasze środowisko liczy na to, że wraz
z dodatkowymi prawami zostanie zwiększone
finansowanie wielu działań, niezbędnych w procesie profesjonalizacji sportu
niepełnosprawnych. Trzeba być jednak realistą.
W czasach kryzysu w sferze środków publicznych, z których finansowane są m.in.
działania dotyczące sportu niepełnosprawnych, następują raczej redukcje
wydatków, a nie ich zwiększanie. Jestem jednak dobrej myśli, że trend ten
zostanie odwrócony.
– W jakim kierunku będzie w najbliższych latach ewoluował sport osób niepełnosprawnych? Czy będziemy obserwować regres, czy postęp w jego profesjonalizacji?
– Cały świat sportu, w tym również świat sportu niepełnosprawnych, podlega stałemu procesowi profesjonalizacji. Musimy zatem podjąć decyzję, w jakim stopniu profesjonalizm obejmie sport niepełnosprawnych w naszym kraju. Profesjonalizacja to duże nakłady. A obecnie, jak już wcześniej wspomniałem, raczej obserwujemy redukcję nakładów na nasz sport. Kiedyś w sporcie niepełnosprawnych świat gonił nas w wielu dyscyplinach. Teraz to my musimy to robić. Dlatego dołożę wszelkich starań, by nasze działania szkoleniowe były realizowane na najwyższym światowym poziomie. Oczywiście, musimy również odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie powinna przebiegać granica i podział środków pomiędzy sportem powszechnym a wyczynowym. To dzięki sportowi powszechnemu pozyskujemy sportowców wyczynowych, późniejsze gwiazdy igrzysk paraolimpijskich. Odpowiedź na to pytanie i zaznaczenie tej granicy określi dalszy rozwój całego sportu inwalidów w Polsce.
– Jak przedstawia się w naszym kraju kwestia przystosowania obiektów sportowych do potrzeb osób z dysfunkcjami?
– Na szczęście, już wiele lat temu w wielu przepisach, w tym w przepisach prawa budowlanego, wprowadzono zmiany, które wymuszają na inwestorach dostosowanie nowo budowanych obiektów użyteczności publicznej do potrzeb osób niepełnosprawnych. Wiele z tych obiektów jest już dla nich dostępnych, ale stare są nadal dużym problemem – nie tylko jeśli chodzi o ich dostosowanie dla osób z dysfunkcjami. Są to często obiekty wyeksploatowane, które wymagają dużych nakładów. Na szczęście, w ciągu ostatnich lat, dzięki akcesji do Unii Europejskiej mamy wiele możliwości korzystania ze środków wspólnotowych.
– Był Pan obserwatorem kilku paraolimpiad, letnich i zimowych. Jak na tle innych sportowców prezentują się – sportowo i wizerunkowo – nasze ekipy?
– Należymy do światowej czołówki w kilku dyscyplinach sportu., m in. w LA, w tenisie stołowym. Ale to nie musi trwać wiecznie. Dlatego, jak wspomniałem wcześniej, niezbędne jest podnoszenie profesjonalizmu szkolenia naszych zawodników. Bez tej profesjonalizacji polscy sportowcy będą na igrzyskach zdobywać coraz mniej medali.
– Przed nami paraolimpiada 2012. Czy „nasi” są dobrze do niej przygotowani? Czy mają szansę sięgać w Londynie po najwyższe trofea?
– Proces przygotowań do igrzysk jest w najważniejszej fazie. Staram się, by było zapewnione pełne szkolenie w tych dyscyplinach, w których wystawimy naszych reprezentantów. Oczywiście, mam cichych kandydatów na złote medale. Jednak dzisiaj, pod koniec sierpnia, gdy do igrzysk mamy jeszcze cały rok, nie będę o tym jeszcze mówił. Najważniejsze jest to, by ci wszyscy, którzy objęci są szkoleniem w ścieżce przedolimpijskiej, zrealizowali w całości założony przez trenerów program. W ramach tego programu jest szkolenie w klubach, na zgrupowaniach, a także udział w krajowych i międzynarodowych imprezach sportowych.
– Czy Polska ma szanse na zorganizowanie w najbliższej przyszłości znaczącej międzynarodowej imprezy, letniej lub zimowej, dla osób niepełnosprawnych?
– Takie imprezy są organizowane ciągle. W tym roku na wiosnę odbył się
w Szczecinie Puchar Świata w Strzelectwie Sportowym, we wrześniu gościć
będziemy w Białymstoku uczestników ME w goalballu. Dwa lata temu odbyły się w
Elblągu mistrzostwa Europy w siatkówce kobiet
i mężczyzn. To znaczące imprezy. Niestety, system finansowy narzucony przez IPC
nie ułatwia podjęcia decyzji o organizacji wielkich imprez, np. MŚ w pływaniu
czy LA. Mam jednak nadzieję, że w niedługiej przyszłości odbędzie się w Polsce kilka
dużych międzynarodowych imprez sportowych, na których zobaczymy najlepszych
niepełnosprawnych zawodników świata.
– Czy popiera Pan taką rywalizację, w której np. niepełnosprawny biegacz, dzięki protezom wykonanym z włókna węglowego, ma technologiczną przewagę nad sprawnymi?
– Mam mieszane uczucia. Z jednej strony konieczna jest integracja
sportowców niepełnosprawnych i pełnosprawnych.
Z drugiej – musimy odpowiedzieć na pytanie, gdzie jest granica ich wsparcia
technologicznego. Ta odpowiedź na nowo zdefiniuje sport, podobnie jak kiedyś
zakaz wspomagania farmakologicznego zdefiniował granice dopingu w sporcie.
Działania Oscara Pistoriusa, bo o nim pani wspomniała, w sposób oczywisty
promują sport niepełnosprawnych, ale nie wiem, czy właśnie taki kierunek jest
najlepszy.
– Jako jedyny reprezentant polskiego sportu paraolimpijskiego na arenie międzynarodowej, PKPar współpracuje z innymi tego typu organizacjami na świecie. Jak układa się ta współpraca i jakie są jej owoce?
– Komitet reprezentuje Polskę przede wszystkim na forum Międzynarodowego Komitetu Paraolimpijskiego. Aktywnie bierzemy udział w pracach gremiów tej organizacji. Nasza przedstawicielka, Katarzyna Rogowiec, pracuje w Komisji Zawodników IPC. Aktywność wzmacnia naszą pozycję na arenie międzynarodowej i pozwala na większy udział w decyzjach podejmowanych przez IPC.
– Wśród celów działania PKParu jest propagowanie idei paraolimpizmu. Bilbordy na ulicach i w warszawskim metrze, patronat nad niektórymi imprezami, Dzień Sportu Paraolimpijskiego – to jest zauważalne. Ale telewizja, prasa? O czas antenowy i miejsce na kolumnie trzeba ciągle walczyć. Czy są jakieś plany zwiększonego ataku na media? I czy planuje się inne formy dla propagowania idei paraolimpizmu?
– To nasz problem od wielu lat. Nie udaje nam się przebić do głównego przekazu w największych mediach. Część winy możemy wziąć na siebie, ale fakty są niestety takie, że trudno jest zainteresować naszym sportem szefów największych redakcji. Na szczęście ostatnio to się też zmienia. Przedstawiciele PZSN „Start” prowadzą rozmowy z TVN i „Polsatem” o tym, by sport osób niepełnosprawnych był w tych mediach pokazywany częściej. Mówię o tym z ostrożnym optymizmem, ale i nadzieją. W tym roku „Start”, dzięki wsparciu zarządu Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, wyda kilka wydawnictw, do współtworzenia których zaprosiliśmy znanych dziennikarzy, m.in. Agatę Młynarską, Kamila Durczoka, Jarosława Gugałę. Mam nadzieję, że będzie to kolejny krok w promowaniu naszego sportu.
– Po raz kolejny powierzono Panu ster Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego. Jakie są priorytety tej trzeciej kadencji? Co wśród nich jest realne do wykonania, a co w sferze marzeń nowego prezesa?
– Priorytetowym zadaniem nowego zarządu jest zapewnienie ciągłości
finansowania procesu szkoleniowego. To niezbędne, by być nadal w światowej
czołówce. Chciałbym, by najważniejsze wydarzenia kolejnych igrzysk, w tym
występy naszych gwiazd, mogli obejrzeć na żywo kibice i miłośnicy sportu.
Trochę mi było wstyd, gdy finałową grę Natalii Partyki na igrzyskach
paraolimpijskich w Pekinie transmitowało kilka europejskich telewizji, a wśród
nich nie było żadnego polskiego kanału. Marzę więc
o tym, by polskie media pokazały prawdziwy wysiłek naszych sportowców,
przygotowujących się, a następnie startujących w Londynie. Musimy też zwiększyć
zaangażowanie sponsorów w naszą działalność. Dziękuję w tym miejscu Fundacji
Aviva za wsparcie w formie stypendiów dla zawodników przygotowujących się do
igrzysk w Londynie oraz ich trenerów. Dzięki temu wielu naszych sportowców w
spokoju przygotowuje się do kolejnych występów na arenach międzynarodowych.
– Dziękuję za rozmowę.
Z niemiecką dokładnością
Komentarz trenera Waldemara Madeja do Mistrzostw Europy Niepełnosprawnych w Pływaniu (Berlin, 3-10.07.2011 r.)
Niemcy zorganizowali mistrzostwa perfekcyjnie. Jak zawsze zresztą. Zakwaterowanie było znakomite, z hotelu na pływalnię tylko 5 minut spacerkiem. Berlińska pływalnia to piękny obiekt z 50-metrową olimpijską pływalnią i drugą do rozgrzewki. Zapewnione były stanowiska do masażu. Wszędzie windy, stosowne podjazdy. Każdy start odbywał się dokładnie w oznaczonym czasie, co do sekundy. Rygorystycznie też przestrzegany był regulamin zawodów. Jeśli zawodnik nie stawił się na czas na miejsce zbiórki, spóźniając się choćby kilkadziesiąt sekund, nie był dopuszczany do startu. Mimo iż były to zawody dla sportowców niepełnosprawnych, w różnym stopniu, dla nikogo nie było taryfy ulgowej. Także dla naszych zawodników z dysfunkcją ruchu, Adama Włoskowskiego i Jakuba Hałasa, którzy zostali wykluczeni z zawodów, bo nie stawili się na czas. Niemiecka precyzja jest bezlitosna, acz sprawiedliwa.
W berlińskich mistrzostwach wzięło udział 568 zawodników z 36 krajów. W składzie polskiej ekipy było 19 pływaków, 4 trenerów i fizjoterapeuta. Naszych, czyli pływaków z dysfunkcją wzroku, startowało pięciu: Joanna Mendak, Grzegorz Polkowski, Marcin Ryszka i Krystian Kisiel - czyli wszyscy ci, którzy osiągnęli minimum kwalifikacyjne do mistrzostw Europy. W Berlinie 5-krotnie stawali na podium. Asia powtórzyła swój sukces z mistrzostw świata, zdobywając krążki we wszystkich trzech kolorach. Grzegorz wywiózł z Berlina tylko srebro, ale uzyskał swoje najlepsze w tym roku rezultaty, lepsze od tych, które „wypływał” na mistrzostwach świata w Turcji. Zabrakło mu trochę szczęścia na 50 m, żeby stanąć na podium, bo 5 metrów przed metą był jeszcze drugi. Marcin to zawodnik z dużymi szansami, o takim się mówi – perspektywiczny. Musi jednak więcej popracować nad techniką, żeby wywalczyć miejsce w paraolimpiadzie. Ten jeden medal, brązowy, na 100 m żabką, i rekord życiowy na 200 m zmiennym, zapaliły mu światełko w tunelu. Najmłodszy nasz zawodnik i mistrzostw, czternastoletni Krystian Kisiel, popłynął na 50 m dowolnym (11. miejsce) i 100 m grzbietowym (9.), osiągając wyniki zbliżone do swoich rekordów.
Wśród zawodników z dysfunkcją narządu ruchu sporo było młodych ludzi, wśród nich medaliści mistrzostw świata juniorów. Niektórzy po raz pierwszy startowali w tak prestiżowej imprezie. Choć nie zdobywali medali, bili swoje rekordy życiowe, plasując się w finałach. Największą niespodziankę w tej grupie sprawiła szesnastoletnia Oliwia Jabłońska ze „Startu” Wrocław, która płynąc na 400 m wraz z utytułowaną Kasią Pawlik, niewiele jej ustąpiła, zajmując tuż za nią trzecie miejsce, w ładnym stylu zdobywając brązowy medal .Z dobrej strony pokazali się: zawodnik „Startu” Gdańsk Patryk Kowalski, poprawiając rekordy życiowe,oraz Krzysztof Paterka - srebrny medalista na 100 m st. klasycznym. Słabiej popłynęli trzykrotni medaliści ostatnich mistrzostw świata, Jacek Czech i Karolina Hamer.
Jak byliśmy przygotowani do startu w Berlinie? W tym roku mieliśmy duże kłopoty z wypełnieniem planu przygotowań do mistrzostw Europy. Z przyczyn finansowych z harmonogramu wypadło 30 dni szkoleniowych. W sumie przed tak prestiżowymi zawodami mieliśmy 14 dni zgrupowania szkoleniowego, odbiegając daleko w tym zakresie od poziomu innych krajów. Skoncentrowaliśmy się zatem wyłącznie na ćwiczeniach szybkości i programie startów. Nie mieliśmy też zupełnie wpływu na pracę w klubach, która również kulała z powodu braku pieniędzy. Trenerzy nie otrzymywali gratyfikacji, nie starczało pieniędzy na wynajmowanie pływalni. Dla wielu zawodników wybór terminu mistrzostw także był niefortunny, bo przygotowania wypadły na czas matur i sesji egzaminacyjnych. Trudno było się skupić całkowicie na sporcie Paulinie Woźniak, Piotrowi Meisnerowi, Adamowi Włoskowskiemu, zdającymi w tym roku egzamin dojrzałości, czy Marcinowi Ryszce, Kasi Pawlik, Jakubowi Hałasowi, Sebastianowi Matczakowi zaliczającym sesje w swoich uczelniach. A były to bardzo ważne zawody. One wszak zdecydują o liczbie miejsc, które zostaną przyznane w przyszłym roku na paraolimpiadę. Robimy, co możemy, żeby nasi pływacy na tę najważniejszy dla każdego sportowca start byli dobrze przygotowani. Mam nadzieję, że mimo problemów w tym roku, w roku igrzysk paraolimpijskich dla sportowców niepełnosprawnych znajdą się podobne środki i możliwości, jak dla pełnosprawnych. Wszyscy bowiem marzymy o sukcesie.
Jak wypadliśmy na tle Europy? Wśród 36 krajów zajęliśmy 17 miejsce, czyli jesteśmy gdzieś w połowie stawki. A ocena? Trochę powyżej trzech, blisko czwórki. Dwa lata wcześniej w Rejkiawiku zdobyliśmy 21 medale, w Berlinie tylko 14, czyli nie jest dobrze. Ale jeśli zestawić te liczby z tegorocznymi możliwościami przygotowania zawodników do rywalizacji, to wyniki nie są najgorsze. Na piątkę zasłużył natomiast nasz doping – był zorganizowany i najgłośniejszy. Pod koniec tego roku będziemy już wiedzieli, jaki jest przydział miejsc olimpijskich na Polskę. A do marca poznamy nazwiska zawodników, którzy w nich wystartują.
Wysłuchała: Anna Amanowicz
Mistrzostwa Europy niepełnosprawnych w pływaniu
Berlin 2011
Lista medalistów
Joanna Mendak
• złoty 100 m stylem motylkowym S12
• srebrny 200 m stylem zmiennym SM12
• brązowy 50 m stylem dowolnym S12
Katarzyna Pawlik
• srebrny 400 m stylem dowolnym S10
• brązowy 100 m stylem dowolnym S10
• brązowy 100 m stylem motylkowym S10
Karolina Hamer
• srebrny 150 m stylem zmiennym SM4
• brązowy 50 m stylem dowolnym S4
• brązowy 50 m stylem grzbietowym S4
Grzegorz Polkowski
• srebrny 100 m stylem dowolnym S11
Krzysztof Paterka
• srebrny 100 m stylem klasycznym SB8
Oliwia Jabłońska
• brązowy 400 m stylem dowolnym S10
Paulina Woźniak
• brązowy 100 m stylem klasycznym SB8
Marcin Ryszka
• brązowy 100 m stylem klasycznym SB11
Z Joasią Mendak i jej obecnym trenerem klubowym Edwardem Decem spotkałem się w suwalskim centrum handlowym „Plaza”. Po dwuletnim pobycie w Warszawie pływaczka powróciła do rodzinnego miasta i swego pierwszego nauczyciela pływania. To on odkrył jej talent i pomógł słabowidzącej zawodniczce „wypłynąć” w szeroki świat.
– Nie przypuszczałem dziewięć lat temu, że ta młoda 13-letnia dziewczyna tak wysoko zawędruje w karierze sportowej. Determinacja i wiara czynią sukces. Kryzysów zdrowotnych, treningowych, psychicznych miała kilka, jednak wychodziła z nich bogatsza o doświadczenia. Należy jeszcze dodać, że na sukces złożyła się nie tylko praca moja, innych trenerów i Asi, ale konsekwencja jej rodziców, którzy codziennie zawozili ją na basen o 6 rano, a potem po południu – podkreśla Edward Dec.
Kiedy pytam 22-letnią pannę, ile w swej pływackiej karierze zdobyła medali, odpowiada z rozbrajającym uśmiechem. – Nie potrafię zliczyć, naprawdę. Pamiętam o dwóch „krążkach” w Atenach w 2004 roku (złoto na 100 m stylem motylkowym i brąz na 100 m stylem dowolnym) i trzech w Pekinie w 2008 (złoto na 100 m motylkiem, srebro na 200 m zmiennym i brąz na 100 m dowolnym).
W kadrze niepełnosprawnych pływaków jest od 2002 roku. Pierwszy jej sukces to srebro (100 m styl motylkowy) i brąz (100 m styl grzbietowy) na mistrzostwach świata w argentyńskim Mar del Plata. Była najmłodszą medalistką w polskiej ekipie.
Rok przedolimpijski
Joanna od początku trenuje i startuje z pełnosprawnymi pływaczkami. Od kiedy Patrycja Harajda, medalistka z Sydney i Aten, zakończyła karierę, z grupy słabowidzących została tylko ona. W 2009 roku rozpoczęła studia dzienne na warszawskiej AWF. Oczywiście, na okrągło trenowała z grupą najlepszych zawodniczek (m. in. z Otylią Jędrzejczak) i zawodników, którą prowadził wysokiej klasy fachowiec Paweł Słomiński. Okazało się, że trudno jest połączyć naukę z profesjonalnym sportem. Źle się czuła w Warszawie, poza tym, jak mówi, tęskniła za rodzicami, za przyjaciółmi z Suwałk. Na początku tego roku podjęła decyzję o powrocie do Suwałk i zmianie uczelni. Teraz studiuje zaocznie w ALMAMER – Szkole Wyższej. Z trenerem Słomińskim rozstała się bez obopólnej pretensji, ale też nie zamknęła za sobą furtki.
Edward Dec, podsumowując jej pobyt w stolicy, uważa że dziewczyna sporo tam zyskała. – Paweł to facet z dużą wiedzą trenerską, wychował wielu mistrzów. Przy nim Asia zdobyła większe doświadczenie sportowe, inne spojrzenie na metody treningowe, na regenerację sił. Zobaczymy, czy powrót do Suwałk jest dobrym rozwiązaniem. Jak na razie, w ciągu siedmiu miesięcy nie tracimy czasu – mówi Dec.
Problem może być inny. Zawodniczka zmieniła barwy klubowe z AZS AWF na Uczniowski Międzyszkolny Klub Sportowy Suwałki (UMKS Suwałki). Przez większość czasu do paraolimpiady w Londynie będzie się przygotowywała w nowym klubie. Oczywiście weźmie udział w zgrupowaniach finansowanych przez Polski Komitet Paraolimpijski, ale na miejscu potrzebny będzie sponsor, który zapłaci za obozy i treningi na basenie 50-metrowym (w Suwałkach nie ma takiego obiektu). Przecież nie może tej klasy sportowiec płacić z własnego stypendium za długie godziny spędzane w wodzie. Do 2009 roku miasto bardzo mocno angażowało się w pomoc sławnej na całą Polskę zawodniczce. „Full wypas” – jak mówi Dec. Była jego dumą i gwiazdą. Jak będzie teraz, czas pokaże.
Od połowy sierpnia zacznie się cykl treningów do najważniejszej imprezy następnego roku, igrzysk paraolimpijskich. Pierwszym etapem będzie zgrupowanie UMKS-u na Krymie, czyli pływanie na długim basenie i wygrzewanie się na plażach Morza Czarnego. Od września zwiększy się natężenie treningów. Rano mistrzyni będzie przepływać 4,5 km, po obiedzie 5,5 do 6 km. Nie musi już pokonywać olbrzymich dystansów, bo swoje kilometry wypływała. Uzupełnieniem będą treningi na lądzie, ale nie za bardzo mocne, bo zawodniczka ma przeciwwskazania od okulisty do nadmiernego wysiłku. A potem starty w mistrzostwach Polski seniorów – pełnosprawnych i niepełnosprawnych.
W tym roku…
…Joanna Mendak startowała w dwóch prestiżowych zawodach pływackich. Na początku kwietnia w tureckiej Alanyi odbywały się mistrzostwa świata pod patronatem IBSA. Startowali pływacy i lekkoatleci, a zawody były wpisane do kalendarza kwalifikacyjnego na paraolimpiadę. Impreza pływacka miała miejsce na nowym obiekcie, a z liczących się ekip zabrakło Ukraińców i Chińczyków. Ekipa zdobyła trzy kwalifikacje imienne, a Joasia przywiozła do kraju cztery medale.
Przed lipcowymi mistrzostwami Europy w Berlinie pływacy mieli 10-dniowe zgrupowanie, ale większość przygotowywała się indywidualnie. Joanna wróciła z kompletem medali: złotym na 100 m motylkiem, srebrnym na 200 m stylem zmiennym i brązowym na 50 m stylem dowolnym.
W pływaniu, zresztą jak w wielu innych dyscyplinach, rywalizacja jest niezwykle silna, a wyniki wyśrubowane. W czołówce są Ukraińcy (cała ekipa ma podpisany kontrakt ze sponsorem), Rosjanie, Białorusini, Hiszpanie, Brytyjczycy, Włosi, Chińczycy. Na zawody przyjeżdża do pomocy cały sztab ludzi: trenerzy, lekarze, fizjoterapeuci obłożeni sprzętem komputerowym i medycznym, z odżywkami.
– Świat pędzi i my nie możemy odstawać. Jeżeli nie stworzymy niepełnosprawnym zawodnikom profesjonalnych warunków, by przygotowali się do londyńskich igrzysk, to możemy zapomnieć o następnych w Rio de Janeiro. Stypendia to za mało, konieczny jest skoordynowany system opieki nad najlepszymi – mówi trener Dec.
Mistrzyni z Suwałk realnie myśli o londyńskim starcie.
– Nie ma się co czarować, że będzie grad medali. Chcę się skoncentrować na trzech startach: 100 m motylkiem, 200 m zmiennym i 50 m dowolnym. A jeżeli kalendarz na innych dystansach będzie dla mnie sprzyjający, to znaczy eliminacje i finały nie dzień po dniu, to mogę powalczyć na jeszcze innym dystansie. Najbliższy rok będzie dla mnie trudny, będę godziła studia i wielomiesięczną pracą treningową.
Za niecały rok poznamy, co Joasia w Londynie wywalczy.
Andrzej Szymański
Bowlingowe zmagania o Malezję
Podobnie jak w latach ubiegłych, rywalizacja w bowlingu rozpoczęła się dwumeczem w Chorzowie, o którym pisałem w poprzednim numerze. Była to swoista rozgrzewka przed zasadniczą rywalizacją o tytuł mistrza Polski. Wkrótce po śląskich zawodach miał bowiem miejsce pierwszy turniej eliminacji strefowych. Należało w nich osiągnąć co najmniej dziesiąty wynik szeregowany według obu półfinałów.
W tym roku, tak jak i w poprzednim, obie tury eliminacyjne były rozegrane na łódzkiej kręgielni w centrum „Manufaktura”. Tym razem jako pierwsza (1-3 lipca) grała północna część Polski. Jej zawodnicy zapoczątkowali nową erę w historii bowlingu w naszym środowisku. Do tej pory tory były smarowane bardziej lub mniej, na jednych kręgielniach maszyną, na innych mopem. W zasadzie nie przywiązywano do tego istotnej wagi. Tym razem organizator zażyczył sobie smarowanie 36 stóp. Oznacza to, że przy całkowitej długości toru, wynoszącej 60 stóp, 36 z nich od linii wyrzutu pokrywa warstwa specjalnego oleju, pozostała część (idąc w stronę kręgli) jest sucha.
Dlaczego potrzebny jest olej? Gdyby kula bowlingowa, mogąca nawet ważyć 7 kilogramów, uderzała o suchy tor – następowałoby stopniowe jego wypalanie. W chwili spotykania się powierzchni kuli z punktem na torze powstawałaby temperatura ponad 1000 stopni – plastikowa kula i drewniany tor tego by nie wytrzymały. Dzięki olejowi problem ten znika. Olej wpływa również na sposób toczenia się kuli w kierunku kręgli. Kula podkręcona przez zawodnika ślizga się po oleju w linii prostej, by już na części suchej gwałtownie skręcić w kierunku nadanej rotacji. Kibice obserwujący taki rzut myślą, że kula wyrzucona przez grającego za chwilę wpadnie do rynny bocznej, gdy tymczasem ona skręca do środka toru i zbija wszystkie kręgle. Rzut wykonywany taką techniką jest całkowicie zamierzony i wymaga dużych umiejętności, daje szansę osiągania lepszych wyników. Oczywiście, nie zawsze przewracają się wszystkie kręgle w pierwszym rzucie, ale zazwyczaj te, które pozostaną grającemu z rotacją, są łatwiejsze do dobicia.
Szkolenia organizowane przez komisję kręglarską przynoszą coraz lepsze efekty. Trener kadry Witold Pankau (i zarazem sędzia zawodów) mógł je w Łodzi obserwować. Rozgrywki eliminacyjne pokazały, że zawodnicy powszechnie już używają specjalnie nawiercanych do ich dłoni kul, coraz więcej kręglarzy zaczęło również stosować technikę gry z boczną rotacją. W pierwszej turze padło kilka bardzo dobrych wyników. Trenera to nie zadowoliło, oczekiwał lepszego występu niektórych kadrowiczów. Jego zdaniem stać ich na jeszcze skuteczniejszą grę.
Za najlepszych zawodników tej tury zostali uznani: Jadwiga Szuszkiewicz i Wojciech Sudoł. Na szczególne wyróżnienie zasługuje młodzież. Osiemnastoletnia Izabela Walczak zwyciężyła w kat. B3 ze średnią 165,3 pkt., a najlepszy wynik 15-letniego Wojtka Sudoła w kat. B3 wyniósł średnio 189,3 pkt.
W rozgrywkach strefy południowej (8-10 lipca) wzięli udział zawodnicy z 12 klubów. Występy „południowców” nie zachwyciły. Po zestawieniu wyników z obu eliminacji okazało się, iż pierwsze miejsca we wszystkich kategoriach „pojechały” na północ. Sensacją był bardzo słaby występ paru osób ze ścisłej kadry. Potwierdza się, że bowling nie jest łatwą grą i nad opanowaniem jej tajników technicznych trzeba dużo pracować.
Niewątpliwą atrakcją obu półfinałów były – chyba po raz pierwszy – cenne nagrody. Ufundował je właściciel firmy „Indesit” w postaci dwóch kuchenek gazowych. To niewątpliwa zasługa osobistych działań Mieczysławy Stępniewskiej, koordynatorki zawodów.
Finaliści MP w bowlingu (Strefa A + B)
Kobiety
B1 1. Jolanta Nowacka („Syrenka” Warszawa) 670 p., 2. Karolina Rzepa („Łuczniczka” Bydgoszcz) 608 p., 3. Edyta Siwek („Jutrzenka” Częstochowa) 582 p., 4. Anna Maciąg („Hetman” Lublin) 571 p., 5. Mariola Maćkowiak („Łuczniczka” Bydgoszcz) 546 p., 6. Barbara Szypuła („Karolinka” Chorzów) 504 p., 7. Salomea Walkowiak („Pogórze” Tarnów) 473 p., 8. Agnieszka Kozłowska (Warmia i Mazury” Olsztyn) 467 p., 9. Irena Henisz („Morena” Iława) 445 p., 10. Renata Basińska („Tęcza” Poznań) 383 p
B2 1. Jadwiga Szuszkiewicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1025 p., 2. Odulińska Danuta („Morena” Iława) 944 p., 3. Dorota Kurek („Ikar” Lublin) 880 p., 4. Jadwiga Szymańska („Warmia i Mazury” Olsztyn) 845 p., 5. Anna Bryda („Hetman” Lublin) 837 p., 6. Helena Okrój („Elcross” Elbląg) 829 p., 7. Janina Maksymowicz („Elcross” Elbląg) 814 p., 8. Anna Kowal („Podkarpacie” Przemyśl) 802 p., 9. Mirosława Malcherek („Łuczniczka” Bydgoszcz) 795 p., 10. Jolanta Szapańska („Łuczniczka” Bydgoszcz) 745 p.
B3 1. Izabela Walczak („Warmia i Mazury” Olsztyn) 992 p., 2. Zofia Sarnacka (Warmia i Mazury” Olsztyn) 938 p., 3. Aneta Łukasik („Karolinka” Chorzów) 893 p., 4. Honorata Borawa („Łuczniczka” Bydgoszcz) 877 p., 5. Maria Walczak („Warmia i Mazury” Olsztyn) 854 p., 6. Emilia Sawiniec („Hetman” Lublin) 835 p., 7. Irena Curyło („Pogórze” Tarnów) 829 p., 8. Urszula Kulewicz („Podkarpacie” Przemyśl) 805 p., 9. Jolanta Krok-Sabaj („Podkarpacie” Przemyśl) 803 p., 10. Jolanta Pazurkiewicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 796 p.
Mężczyźni
B1 1. Piotr Dudek („Warmia i Mazury” Olsztyn) 795 p., 2. Zdzisław Koziej („Hetman” Lublin) 723 p., 3. Szczepan Polkowski („Morena” Iława) 709 p., 4. Lesław Domin („Podkarpacie” Przemyśl) 604 p., 5. Krzysztof Tarkowski („Hetman” Lublin) 595 p., 6. Marek Zwolenkiewicz („Karolinka” Chorzów) 567 p., 7. Jerzy Dołowy („Warmia i Mazury” Olsztyn) 539 p., 8. Mariusz Podpora („Syrenka” Warszawa) 514 p., 9. Jan Kawecki („Pogórze” Tarnów) 497 p., 10. Franciszek Kała („Jutrzenka” Częstochowa) 478 p.
B2 1. Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1125 p., 2. Cezary Dybiński („Warmia i Mazury” Olsztyn) 982 p., 3. Daniel Skop („Karolinka” Chorzów) 977 p., 4. Mariusz Kozyra („Hetman” Lublin) 943 p., 5. Henryk Kozyra („Hetman” Lublin) 927 p., 6. Stanisław Oduliński („Morena” Iława) 890 p., 7. Jan Smoła („Morena” Iława) 890 p., 8. Dominik Czyż („Warmia i Mazury” Olsztyn) 867 p., 9. Arkadiusz Gęstwiński („Łuczniczka” Bydgoszcz) 861 p., 10. Jan Warowny („Omega” Łódź) 858 p.
B3 1. Wojciech Sudoł („Morena” Iława) 1136 p., 2. Rafał Chaberski („Warmia i Mazury” Olsztyn) 959 p., 3. Piotr Gniadek („Syrenka” Warszawa) 955 p., 4. Zbigniew Strzelecki („Karolinka” Chorzów) 934 p., 5. Krzysztof Huszcza („Warmia i Mazury” Olsztyn) 931 p., 6. Władysław Szymański („Omega” Łódź) 923 p., 7. Paweł Gniadek („Syrenka” Warszawa) 920 p., 8. Zbigniew Walczak („Omega” Łódź) 901 p., 9. Albert Sordyl („Pogórze” Tarnów) 897 p., 10. Marek Harkowski („Warmia i Mazury” Olsztyn) 897 p.
Dwa tygodnie po zakończeniu półfinałów została podjęta rozgrywka finałowa. Rozegrano ją, jak dwa lata wcześniej, na kręgielni w Opolu. I tym razem koordynatorem mistrzostw była Joanna Staliś, która, wspierana przez szefową kompleksu „Szara Willa” panią Małgorzatę Czech, starała się stworzyć dobre warunki do gry zawodnikom, ugościć ich i obdarować drobnymi upominkami. Wielkim zapewne osiągnięciem ze strony Asi było skuteczne zaproszenie na mistrzostwa pani Barbary Kamińskiej, pełniącej funkcję wicemarszałka województwa opolskiego. Pani marszałek nie ograniczyła się jedynie do uczestnictwa w częściach oficjalnych, lecz poświęciła wiele czasu na obserwację zmagań naszych kadrowiczów.
W piątkowe popołudnie rozegrano jeden blok dla kat. B1. Znaleźli się w nim w większości zawodnicy (podobnie jak i w porannym w sobotę dla kat. B2 i B3), którzy na skomasowanej liście eliminacyjnej zajęli miejsca poza pierwszą piątką. Swoistą ucztą rywalizacji sportowej była natomiast dalsza rozgrywka. Już od południa przystąpili do gier ci z „górnej półki” listy półfinałowej. Oczywiście zapału i chęci do sportowej walki nikomu nie brakowało. Tym bardziej, że trener kadry Witold Pankau, właśnie na podstawie wyników uzyskanych w mistrzostwach, miał ogłosić listę zawodników na mistrzostwa świata w Malezji (7-16.10.2011 r.).
Niestety, w miarę postępu gry zaczęły się pojawiać problemy. Okazało się, że niektórzy zawodnicy, grający z wyżej opisaną rotacją, zaczynają mieć problemy. Wbrew ich oczekiwaniom, kula zachowuje się na torze odmiennie niż w eliminacjach w Łodzi czy na treningach w macierzystych kręgielniach. Kula wyrzucona w kierunku prawej rynny nie chce wkręcać się w kieszeń pomiędzy kręglami nr 1 i 3, a zaledwie pomiędzy kręgle 3 i 6, lub nawet wpada do rynny. Natomiast kula skierowana na dobijanie kręgla nr 1, czyli na środek toru, gwałtownie skręca w lewo w kierunku kręgli 4 i 7. W pierwszym przypadku nie padają strike, w drugim nie są zamykane ramki. Powoduje to nienaliczanie premii przez system i drastycznie obniża wynik. Z zaistniałą sytuacją radzą sobie jedynie te osoby, które grają w regularnej lidze Polskiego Związku Kręglarskiego. Oni szybko zauważają, że zastosowane smarowanie torów jest dość trudne i sytuacja będzie się pogarszać w miarę obsychania oleju. Trener stwierdził, że było ono wręcz sportowe, co oznacza, zwłaszcza dla naszego środowiska, duży stopień trudności. Mieliśmy naoczny przykład, jak zmiana smarowania torów „odmienia” kręgielnię. I nie tylko chodzi o długość smarowania, ile o rozłożenie warstwy oleju na torze. W zawodach organizowanych przez PZK typ smarowania jest podawany z wcześniejszym wyprzedzeniem. Według tego wskazania, specjalna maszyna czyści, a następnie nanosi olej na powierzchnię toru. Nasi zawodnicy takiej informacji nie otrzymali. Również nasz regulamin nie precyzuje kwestii smarowania, zaś regulamin IBSA traktuje to zagadnienie bardzo powierzchownie. Problem tak ważny dla tych, którzy poświęcili dużo czasu i zapału na podwyższenie techniki gry, nie dotyczył zawodników grających bez rotacji, czyli na wprost. Dla nich rodzaj smarowania ma niewielki wpływ na uzyskiwany wynik. Opisana sytuacja w dużej mierze przewróciła końcową tablicę wyników. Dla zwycięzców była to dobra wiadomość, ale kilku typowanych wcześniej faworytów musiało przełknąć gorzką pigułkę i zapomnieć o miejscu w reprezentacji na mistrzostwa świata.
Po wyczerpującej i pełnej emocji walce nastąpiła dekoracja zwycięzców i wręczenie głównych trofeów. Drobne upominki dla wszystkich uczestników podwyższały radość z uczestnictwa w tak ważnej sportowej imprezie. Pani marszałek nie tylko osobiście wręczała puchary i medale, ale także wzruszyła nas swoją wypowiedzią podsumowującą zawody. Stwierdziła, że jej zaangażowanie w pomoc i czas poświęcony na obserwację rozgrywek ze wszech miar były tego warte. Zrekompensowały to atmosfera i sportowy zapał, zaobserwowane podczas zawodów. Oczywiście zapraszała nas ponownie do Opola za rok. Co będzie w przyszłym roku? Dzisiaj trudno na to pytanie odpowiedzieć. Ale miłe wrażenie gościnnego Opola warto było zabrać do swoich domów.
Finał MP w bowlingu
22-24.07.2011 r., Opole
Kobiety
B1
1. Mariola Maćkowiak 610 p.
2. Jolanta Nowacka 586 p.
3. Agnieszka Kozłowska 524 p.
B2
1. Danuta Odulińska 867 p.
2. Teresa Madej 789 p.
3. Janina Maksymowicz 775 p
B3
1. Honorata Borawa 986 p.
2. Aneta Łukasik 881 p.
3. Izabela Walczak 881 p.
Mężczyźni
B1
1. Zdzisław Koziej 755 p.
2. Krzysztof Tarkowski 751 p.
3. Szczepan Polkowski 743 p.
B2
1. Mieczysław Kontrymowicz 1074 p.
2. Cezary Dybiński 990 p.
3. Stanisław Oduliński 950 p.
B3
1. Wojciech Sudoł 1015 p.
2. Władysław Szymański 979 p.
3. Zbigniew Strzelecki 960 p.
Skład reprezentacji Polski na MŚ w Malezji (7-16.10.2011 r.)
Mężczyźni
B1: Zdzisław Koziej
B2: Mieczysław Kontrymowicz, Cezary Dybiński
B3: Wojciech Sudoł
Kobiety
B2: Danuta Odulińska
B3: Honorata Borawa
Rezerwowi
Jadwiga Szuszkiewicz (B2) i Daniel Skop (B2)
Piotr Dudek
Blisko europejskich rekordów
Ostatnie dwa lata w historii młodej dyscypliny, jaką jest strzelectwo, wskazują na ogromny dynamizm jej rozwoju. Cóż, wcale to nie dziwi. Kiedy ma się w ręku taki argument jak broń, i to do tego ostrą, wiele spraw staje się łatwiejszych. To oczywiście żart! A poważniej?
Strzelectwo rozwija się efektywnie przede wszystkim dzięki dużemu zaangażowaniu wielu osób, począwszy od działaczy, przez kluby, na zawodnikach kończąc. Przyglądając się wynikom, śmiało rzec można, że aspirowanie do elity europejskiej mamy już za sobą. Powoli zaczynamy nią być. Krajowe wyniki tak zbliżyły się do europejskich, że kwestią najbliższego czasu jest osiągnięcie przez polskich zawodników rekordu Europy, a może nawet jego pobicie. Za dobrymi wynikami, jak zwykle, stoi ciężka praca. Wielu zawodników trenuje nawet trzy razy dziennie. Wiadomo, treningi muszą odbywać się na ogólnodostępnych strzelnicach, dzięki temu nasi zawodnicy są zauważani. Ułatwia to nawiązanie współpracy z klubami strzeleckimi, z Ligą Obrony Kraju. Miejmy nadzieję, że systematycznie organizowane, nastawione na dobry wynik działania, definitywnie wytrącą argumenty przeciwnikom tego sportu, którzy chcą w strzelectwie widzieć tylko rekreację. Bo, niestety, w środowiskach lokalnych często taki pogląd pokutuje.
Poprawa wyników w strzelaniu to nie tylko kwestia profesjonalnego treningu. Polepszyła się dostępność sprzętu, w efekcie wzrosła liczba przeszkolonych, a to wpłynęło na poziom rywalizacji. Dwa ośrodki – Łódź i Przemyśl – mają już po dwa egzemplarze broni. Iława, Olsztyn, Białystok, Bielsko-Biała, Chorzów – intensywnie eksploatują jeden. Ponieważ jest to broń uniwersalna, kluby we własnym zakresie dokonały drobnych modyfikacji, polegających na jej dociążeniu. Masa broni wpływa na jej stabilność podczas strzału, ale musi być dopasowana do siły zawodnika. W wersji z dociążeniem z równym powodzeniem może z niej strzelać silny mężczyzna, bez dociążenia – osoba słabsza, w tym również słabszy mężczyzna. Większość zawodników ma już specjalne stroje strzeleckie. Albo sami o nie dbają, albo we współpracy z klubami. Niby małe, bardzo sztywne wdzianko, ale komfortowe, dobrze stabilizuje sylwetkę, daje lepszy podpór łokciowi po przyjęciu pozycji strzeleckiej. Całość dopełniają buty. Taki ubiór nie należy do rzeczy tanich i, niestety, nadaje się tylko do jednego celu.
Ostatnie zawody ujawniły
również poszukiwanie poprawy wyniku na samej tarczy celowniczej, w oświetleniu.
Zawodnicy indywidualnie dopasowują sobie maski strzelnicze do własnych
upodobań. Jedni wybierają maski z kilkoma kołami o różnym nasyceniu barwy, inni
decydują się na całkowicie czarną z jednym białym punktem. Eksperymentuje się również
z lampami.
I najważniejsze, między zawodnikami następuje swobodny przepływ informacji, co
poprawia atmosferę zawodów i wpływa na dynamizm rozwoju dyscypliny.
Tym, którzy są zainteresowani strzelectwem, a ze względu na brak broni lub strzelnicy nie mają gdzie trenować, proponujemy broń laserową. Jak pokazały wyniki Jerzego Załomskiego, któremu przed zawodami w Łodzi zamknięto strzelnicę, samo poszukiwanie punktu, obcowanie z bronią, czyli trening na sucho, dużo dają. Takie czasami wymuszone stopniowanie treningu ostatecznie przynosi dobre efekty i na pewno ucieszy księgową klubu (śrut trochę kosztuje).
II Mistrzostwa Polski w Strzelectwie Pneumatycznym Niewidomych i Słabowidzących w bieżącym roku rozegrano w Łodzi (29-31.07.2011 r.) na strzelnicy „Społem”. Ich koordynatorem był Włodzimierz Sajdych, zaś sędzią głównym Władysław Frątczak. Na przestronnej strzelnicy, w miłej atmosferze, zawodnicy rywalizowali o indywidualne laury i nominacje do kadry. Wyniki końcowe były lepsze niż na zawodach w Przemyślu, a Jerzy Załomski i Ola Janczek zbliżyli się mocno do rekordów Europy. Po zawodach trener wytypował zarówno ośmioosobową kadrę A (Aleksandra Janczek, Anna Barwińska, Teresa Skrzypek, Bożena Kruk, Jerzy Załomski, Stanisław Chadukiewicz, Mieczysław Kontrymowicz, Adam Kielar), jak i dwunastoosobową kadrę B. W dniach 1-7 września kadrowicze będą szlifować formę na zgrupowaniu w Dadaju, przed mistrzostwami Europy, które odbędą się na Słowacji w miejscowości Nitra. Nie powinno to wpłynąć na spadek motywacji pozostałych.
Zarząd ZKF „Olimp” zatwierdził regulamin mistrzostw drużynowych. Będzie w nich mogło wystartować 10 czteroosobowych drużyn, zatwierdzonych przez komisję strzelecką i trenera kadry. Ze względu na bardzo wyrównany poziom zawodniczy kobiet i mężczyzn, nie wprowadzono żadnych parytetów.
Przed nami jeszcze w październiku półfinały indywidualne „w laserze” (Iława i Przemyśl) i finał w Białymstoku. W listopadzie, w Klimkówce, finał drużynowy.
II Mistrzostwa Polski w Strzelectwie Pneumatycznym
29-31.07.2011 r., Łódź
Kobiety
Karabin pneumatyczny, 40 strzałów
1. Aleksandra Janczek 387 p. „Karolinka” Chorzów
2. Anna Barwińska 385 p. „Omega” Łódź
3. Teresa Skrzypek 381 p. „Omega” Łódź
4. Magda Szydłowska 375 p. „Podkarpacie” Przemyśl
5. Magdalena Dudowicz 374 p. Kielce
6. Wioletta Zarzecka 370 p.„Karolinka” Chorzów
7. Edyta Kazberuk 367 p.„Victoria” Białystok
8. Janina Szymańska 366 p. „Warmia i Mazury” Olsztyn
9. Bożena Kruk 363 p. „Warmia i Mazury” Olsztyn
10. Alicja Tkaczyk 353 p. „Morena” Iława
Mężczyźni
Karabin pneumatyczny, 60 strzałów
1. Jerzy Załomski 589 p. „Pionek” Bielsko-Biała
2. Stanisław Chadukiewicz 569 p. „Victoria” Białystok
3. Mieczysław Kontrymowicz 560 p. „Warmia i Mazury” Olsztyn
4. Mateusz Walczewski 558 p. „Karolinka” Chorzów
5. Adam Kielar 556 p. „Podkarpacie” Przemyśl
6. Benedykt Kubicki 553 p. „Warmia i Mazury” Olsztyn
7. Marian Inglot 551 p. „Podkarpacie” Przemyśl
8. Piotr Miś 549 p. „Warmia i Mazury” Olsztyn
9. Eugeniusz Barszczewski 533 p. „Morena” Iława
10. Krzysztof Ruszkiewicz 525 p. „Zryw” Słupsk
OPEN
Karabin pneumatyczny, 60 strzałów
1. Jerzy Załomski 589 p.
2. Aleksandra Janczek 581 p.
3. Anna Barwińska 580 p.
4. Teresa Skrzypek 576 p.
5. Stanisław Chadukiewicz 569 p.
6. Magda Szydłowska 563 p.
7. Mieczysław Kontrymowicz 560 p.
8. Magdalena Dudowicz 559 p.
9. Mateusz Walczewski 558 p.
10. Adam Kielar 556 p.
Wojciech Kopczyński
Całe złoto dla Lublina
Na torze kolarskim BGŻ „Arena” w Pruszkowie odbyły się (w terminie 30-31.07.2011 r.) XI Mistrzostwa Polski w Kolarstwie Tandemowym w Konkurencjach Torowych. W ciągu dwóch dni zawodnicy ścigali się w następujących konkurencjach: sprint mężczyzn, 1000 m kobiet i mężczyzn, 3000 m kobiet i 4000 m mężczyzn.
Eliminacjami w sprincie był indywidualny wyścig na czas na dystansie 200 m ze startu lotnego. Pierwsza czwórka z najlepszymi czasami tworzyła dwie pary półfinałowe, ścigające się w bezpośrednich biegach dwójkowych do dwóch zwycięstw. Tego typu wyścigi są bardzo emocjonujące, ze względu na ogromne prędkości rozwijane przez tandemy i bliski kontakt rywalizujących zawodników. W pierwszym półfinale para Przemysław Wegner – Arkadiusz Garczarek („Razem” Poznań) dwukrotnie pokonała tandem Sławomir Gruszkowski – Dariusz Nowak („Omega” Łódź), natomiast w drugim pojedynku Marcin Polak i Michał Ładosz (KKT „Hetman” Lublin) wygrali 2:0 z duetem Damian Szumigaj – Sylwester Matusiak (IKS „Fizjotech” Warszawa). Zwycięzcy awansowali do finału, zdobywając prawo do walki o złoty medal, a tandemy pokonane ścigały się o trzecie miejsce. Pojedynek o brąz wygrał pewnie tandem Szumigaj – Matusiak, natomiast walka o tytuł mistrzowski była bardziej zacięta. Zakończyła się niespodzianką. Faworyzowany i najszybszy w eliminacjach tandem Wegner – Garczarek nie dał rady parze Polak – Ładosz, która błysnęła wielką formą i zmysłem taktycznym. W wyścigu na 1000 m każdy tandem startował oddzielnie i tylko raz, a uzyskany czas decydował o ostatecznej kolejności. Taka sama zasada obowiązywała w wyścigu kobiet na 3000 m. Na 4000 m mężczyzn najpierw rozgrywane były wyścigi eliminacyjne, w których decydował czas, a następnie pierwszy i drugi tandem z eliminacji walczył w finale o złoty medal, a trzeci
i czwarty o brąz. W wyścigach mężczyzn na 1 km i 4 km zwycięską passę kontynuował tandem Polak – Ładosz, a wśród kobiet na dystansach 1 km i 3 km dominowały ich koleżanki klubowe z KKT „Hetman” Lublin – Iwona Podkościelna z pilotką Aleksandrą Wnuczek. Złoci medaliści nawiązali do starych dobrych czasów „Hetmana” z początków kolarstwa tandemowego w Polsce, kiedy to reprezentanci lubelskiego klubu odnosili największe sukcesy i dominowali w krajowej rywalizacji.
Poziom tegorocznych mistrzostw był nieco niższy niż w ubiegłym roku, głównie ze względu na słabszą obsadę. W zawodach nie wzięli udziału czołowi zawodnicy olsztyńskiego klubu „Warmia i Mazury”: Krzysztof Kosikowski i Piotr Łożyński (kłopoty zdrowotne), a także reprezentanci klubu „Cross Opole”: Andrzej Zając z pilotem Dariuszem Flakiem, którzy zakończyli już kariery sportowe. Dużym rozczarowaniem była słabsza forma Emila Stopierzyńskiego i Łukasza Tunkiewicza – etatowych medalistów MP od 2005 r. w sprincie i na 1 km.
Wyniki uzyskane w Pruszkowie nie rokują wielkich nadziei na udział i sukcesy polskiej reprezentacji w mistrzostwach świata, które odbędą się na początku 2012 roku w Los Angeles. Jednak poważniejsze potraktowanie szkolenia torowego w okresie jesienno-zimowym mogłoby zmienić tę sytuację na lepsze.
Wyniki w poszczególnych konkurencjach torowych MP 2011 były następujące:
sprint
1. Mariusz Polak – Michał Ładosz
(KKT „Hetman” Lublin)
2. Przemysław Wegner – Arkadiusz
Garczarek („Razem” Poznań),
3. Damian Szumigaj – Sylwester Matusiak („Fizjotech” Warszawa),
1000 m kobiet
1. Iwona Podkościelna – Aleksandra
Wnuczek (KKT „Hetman” Lublin),
2. Ewa Wiśniewska – Magdalena Radziej („Warmia i Mazury” Olsztyn)
3. Marta Pekar – Jolanta Myć
(„Warmia i Mazury” Olsztyn)
1000 m mężczyzn
1. Mariusz Polak – Michał Ładosz (KKT „Hetman” Lublin)
2. Damian Szumigaj – Sylwester Matusiak (IKS „Fizjotech” Warszawa),
3. Przemysław Wegner – Arkadiusz
Garczarek („Razem” Poznań),
3000 m kobiet
1. Iwona Podkościelna – Aleksandra
Wnuczek (KKT „Hetman” Lublin),
2. Ewa Wiśniewska – Magdalena Radziej („Warmia i Mazury” Olsztyn),
3. Marta Pekar – Jolanta Myć
(„Warmia i Mazury” Olsztyn),
4000 m mężczyzn
1. Mariusz Polak – Michał Ładosz
(KKT „Hetman” Lublin)
2. Przemysław Wegner – Arkadiusz
Garczarek („Razem” Poznań),
3. Marek Szydłowski – Patryk Badura („Warmia i Mazury” Olsztyn)
Tekst i zdjęcia: Mirosław Jurek
Kajakarze na Drwęckim
Ten, kto urodził się w Ostródzie, z pewnością ma wodniackie geny. Bo jakże by inaczej w sytuacji, kiedy miasto połączone jest kanałowym szlakiem wodnym z Elblągiem, przepływa przez nie malownicza rzeka Drwęca, a łącznie w jego obrębie jest około 12 urokliwych jezior. O Ostródzie można więc powiedzieć, że to miasto pozytywnej wodnej energii. Nic dziwnego, że właśnie tu w tym roku zorganizowano X Ogólnopolskie Zawody Kajakarskie Niewidomych i Słabowidzących (5-7 sierpnia). Nie po raz pierwszy zresztą. Dlaczego na Jeziorze Drwęckim?
– Najważniejsze jest to, że na tym jeziorze jest profesjonalny tor regatowy – odpowiada Piotr Łożyński, koordynator zawodów. Doskonale oznaczony, z gęsto rozmieszczonymi bojkami, co dla zawodników z dysfunkcją wzroku jest niezwykle ważne. Z jednej strony chcieliśmy poprowadzić ich po bezpiecznym i czytelnym dla nich torze, z drugiej – dowartościować, jako że po tym torze ścigają się zawodnicy najwyższej kajakowej próby, czyli kadra narodowa. Organizując zawody w Olsztynie czy Iławie, nie jesteśmy w stanie postawić profesjonalnego toru. To nam zawsze przysparzało wiele kłopotów. Bardzo często zawodnicy wyrażali niezadowolenie z torów, które stawialiśmy sami. Po pierwsze, długość dystansów bardziej była umowna niż dokładna, bywało, że tory okazywały się za wąskie, czasem linki przerywał wiatr lub zdmuchiwał w szuwary. I na profesjonalnym torze zdarza się, że zawodnicy nie trzymają wyznaczonego przez tor kierunku, tyle, że wina nie tkwi wówczas w jego mankamentach, a w niedostatecznym wyszkoleniu zawodników.
Chłopy! W pieriod!
Takim rubasznym okrzykiem Tadeusz Milewski, komentator zawodów, dał sygnał mężczyznom startujących w półfinałach na 500 m, że pora ruszać na tor. Dla mnie to znaczyło, iż niewiele zostało czasu, by tuż przed biegiem zarejestrować ich wrażenia.
– Mam wielką tremę – mówi Józef Piotrowski z Wrocławia, zawodnik „Moreny” Iława. – W kajakarstwie dopiero raczkuję. Sam z siebie się śmieję, że na stare lata zachciało mi się robić karierę. Ale jestem pod wrażeniem tego sportu, który wciągnął mnie bez reszty. I wola walki jest ogromna. Jakie mam szanse? Do Ostródy zjechaliśmy z 11-dniowego obozu kajakowego na Jezioraku, niemal prosto na start. Po takim obozie kondycję mam chyba dobrą. Najważniejsze, żeby psychika była w porządku i wola walki silna.
– Jaki nastrój przed startem? – pytam Adama Drubkowskiego z „Moreny”. – Bardzo dobry. Siła jest! W ręku i w psychice – odpowiada. – Stawiliśmy się tutaj mocną, zgraną grupą. Chcemy powtórzyć ubiegłoroczny sukces. Liczymy na dobre miejsca dwójek i najlepsze drużynowe. Najsilniejszym przeciwnikiem „Moreny” Iława jest Olsztyński Klub Sportowy „Warmia i Mazury”. Co roku, raz oni, raz my, stajemy na najwyższym podium. Te dwa kluby przodują, bo mają znakomite warunki do uprawiania sportów wodnych. Jak będzie w tym roku? Sądzę, że walka o złoto znów rozegra się między nami.
– Skąd w podgórskiej
miejscowości tylu amatorów kajakarstwa? – zwracam się do Barbary Sołek z
przemyskiego „Podkarpacia”.
– Cieszą górki, ale ciągnie do wody, do Mazur, do tej urokliwej krainy z
tysiącem jezior. Tutaj jest pięknie. W Przemyślu mamy całkiem dużą wodę, rzekę
San, ale trenujemy w Rzeszowie na Wisłoku, gdzie jest zalew – co prawda
sztuczny, ale tam można ćwiczyć. Kajakarstwo to nowa u nas dyscyplina, ale
amatorów rzeczywiście nie brakuje. Trzykrotnie już startowaliśmy w zawodach
ogólnopolskich, plasując się na środkowych pozycjach. Mamy jedną osadę kobiet i
trzy osady męskie. I liczymy na sukces!
Pierwsze medale
Po rozegranych półfinałach mężczyzn na 500 m, na starcie ustawiły się panie, które na tym dystansie toczą bój o mistrzostwo. – Ruszyły! Idą jak burza! – relacjonuje komentator. – Głosy! Głosy! Publika do roboty! Rubaszny sposób komentowania Tadeusza może się podobać lub nie, ale jest skuteczny, zagrzewa zawodników do walki, kibiców do dopingu.
I oto są na mecie! Małgorzata Kasprzycka i Grażyna Kamińska z „Moreny” Iława. Zmęczone, ale szczęśliwe. – Jak się płynęło po wodzie? – pytam. – Szybko! – odpowiadają ze śmiechem. Kilka lat ze sobą pływają. Zgrały się. To ich drugie złoto. Małgorzatę zaraziły kajakarstwem dzieci, one wodnego bakcyla połknęły wcześniej. Teraz z jej sukcesów cieszą się wnuki. Lepiej widząca w osadzie, jest jego motorem. Grażyna mówi, że przy Małgosi czuje się na kajaku bezpiecznie. – Cenię jej podpowiedzi dotyczące tempa i manewrów, są zrozumiałe i skuteczne – ocenia. Obie panie na tych zawodach zdobyły jeszcze raz złoto – na 1000 metrów.
Srebrny medal na 500 m również zdobyły zawodniczki „Moreny”: Elżbieta Ekiert i Elżbieta Ćwikła. Stanisław Piasek nawet nie próbuje ukryć euforii. – Przywiozłem do Ostródy trzy osady męskie i trzy kobiece – mówi. – W tym roku, z różnych powodów, nie wszyscy najlepsi mogli wystartować. Są nowe załogi, nowi ludzie. Zrobiliśmy dla nich przed zawodami 11-dniowy obóz w Makowie nad Jeziorakiem. I są efekty. Chwalę się, że „Morena” kobietami stoi. Na 500 m dwie moje załogi kobiece zgarnęły złoto i srebro. Dziewczyny, które zajęły szóste miejsce, to załoga młoda, pierwszy rok na kajakach. Zapłaciły frycowe, bo zignorowały wskazówki. Bardzo ważne jest dla osady, by na kajaku bez steru usiąść równo, żeby szlakowa i sterniczka były w tej samej pozycji. Mówiłem, rozpędźcie kajak przed startem, zobaczcie, czy płynie prosto, jeśli nie, skorygujcie swoje pozycje. Czyniły to w trakcie biegu. Meandrując, wydłużyły drogę, a miały szansę na czwartą lokatę.
Stanisław Piasek, trener osad kajakarskich „Moreny”, to „fachura” z cenzusem. Na akademii wychowania fizycznego zrobił specjalizację instruktora kajakarstwa. Proszę, by podał reguły, jakie obowiązują w kajakarstwie niewidomych.
– Na tych zawodach nie ma kajakarzy dobrze widzących, każdy ma grupę inwalidzką z powodu dysfunkcji wzroku – mówi. – Zasada jest taka, że w kajaku ze sterem z przodu siedzi niewidomy (szlakowy) czy bardzo słabo widzący, z tyłu – widzący lepiej (sternik). Wówczas ster koryguje różnice wagowe. Jeśli kajak nie ma steru, a tak jest na tych zawodach, z tyłu obowiązkowo musi siedzieć cięższy. Dziób podnosi się do góry, łatwo się nim steruje. Jeśli szlakowy jest cięższy, to dziób się zanurza, ryje, rufa jest luźna, dryfuje. Zawodnicy płyną w strojach asekuracyjnych, nikt na trasie zawodów podczas ich przebiegu nie pływa. Wszystko jest bezpieczne. Kajakarstwo to świetny sport dla osób z dysfunkcją wzroku, świetnie rehabilituje, ponadto nie uzależnia od widzących partnerów.
Komentator ogłasza finał mężczyzn na 500 m. Jan Smoła (szlakowy) i Tomasz Ćwikła (sternik) „Morena” Iława ruszyli jak błyskawica, już na starcie zyskując przewagę. – Fajnie jest! – mówią po przybiciu do brzegu. – Udało się powtórzyć sukces z ubiegłego roku. Lekko nie było, bo rywale spisywali się znakomicie. Zawsze trudniej jest powtórzyć sukces, niż pierwszy raz go wywalczyć, bo płynie się pod presją. Tym większa radość ze zwycięstwa.
Olsztynianie czekają na złoto
– Zostaliście energetycznie wzmocnieni, teraz – do roboty! – mówi komentator. – Miłe panie, po raz ostatni musicie muskuły wytężać, żeby zwyciężać – dodaje wierszem, jako że zaraz po obiedzie pierwsze ruszyły finały mixtów na 500 m.
I znowu złoto przypadło „Morenie”. Zdobywają je Elżbieta Ekiert z Janem Smołą. Elżbieta pływa ponad 10 lat. Trudno zliczyć wszystkie medale, które przywoziła z zawodów. Dla trofeów zaczyna brakować w domu miejsca.
Teraz ruszają biegi męskie na dystansie 1000 metrów. Ostatnie. Emocje sięgają zenitu. O zwycięstwie ma zdecydować najlepszy wynik z czterech biegów. W ruch poszła kamera, nieoceniona w takim przypadku.
– Rozstrzygnięcia są sensacyjne – ogłasza Piotr Łożyński, rozpalając do czerwoności emocje oczekujących na wyniki. Czekamy z zapartym tchem. Wreszcie sędzia główny, Andrzej Kozicz, ogłasza: – W biegu mężczyzn na 1000 metrów zwyciężyła załoga Marek Mikulski – Stanisław Tomaś OKS „Warmia i Mazury”. Owacje zagłuszają dalsze słowa sędziego. Olsztynianie wiwatują. Jest wreszcie wymarzone złoto.
Drugie miejsce zajęła załoga Smoła – Ćwikła „Morena” Iława, trzecie – osada Huszcza – Krajewski „Warmia i Mazury”. Załoga z Przemyśla jest czwarta.
Stanisław Tomaś, po zwycięskim z Markiem Mikulskim biegu, z wrażenia zapomniał swojego nazwiska. Musiałam poczekać, aż Stanisław ochłonie (Marek natychmiast zniknął z pola widzenia), by zamienić z nim choć parę słów. – Adrenalina była pod samym daszkiem – mówi, dysząc.– Byliśmy pod wielką presją. Iławianie zgarniali do tej pory całe złoto, medal za medalem. Nie honor przecież całkowicie oddać pola. Olsztynianie czekali na złoty krążek, a my czuliśmy potrzebę uratowania honoru drużyny, głoszenia chwały „Warmii i Mazur”. I, na szczęście, udało się!
Tytuł najlepszej drużyny zawodów wywalczyła „Morena” Iława, drugie miejsce zajęli reprezentanci olsztyńskiego klubu „Warmia i Mazury, a trzecie przypadło „Bryzie” Szczecin.
Czas na podsumowanie
– Impreza była bardzo udana ze względu na pogodę – mówi sędzia Sebastian Kozicz. – Zawodnicy dopisali, panowała sportowa atmosfera, dobra współpraca, nie było słownych utarczek. Nie było też kolizji, nikt na nikogo nie wpadł. Tor na jeziorze Drwęckim to tor profesjonalny, o długości 1000 metrów, ma 9 torów, każdy odpowiednią szerokość. Na tym torze odbywają się zawody takiej rangi, jak mistrzostwa Europy w maratonie kajakowym, mistrzostwa Polski w maratonie, również imprezy regionalne. Zapraszamy na jezioro wszystkich, którzy chcieliby organizować imprezy na prawdziwych torach, oznaczonych bojkami, gdzie jak ma być 500 m, to jest 500, a jak 1000, jest 1000 – i ani centymetr mniej czy więcej.
– Po raz pierwszy w
dziesięcioletniej historii zawodów zdarzyło się, że medale zdobyli zawodnicy z
czterech klubów – mówi Piotr Łożyński. – Reguła była taka, że „Warmia i Mazury”
i „Morena” zgarniają wszystkie trofea. Ewenementem był medal zdobyty raz jeden
dla Szczecina, wcześniej dla Bielska. Najczęściej wygrywał Olsztyn, chociaż
przez ostatnie lata Iława jest trochę mocniejsza. I bardzo dobrze, wszak nic
nikomu nie jest dane na wieczność, a o sukcesy trzeba nieustannie zabiegać. Na
zawody stawiło się 54 zawodników z ośmiu klubów. Przywołując na pamięć
dawniejsze statystyki, mniej więcej taka liczba zawodników bierze corocznie
udział w kajakowej rywalizacji. Ostróda to miejsce wygodne do organizowania
zawodów, i nie tylko ze względu na tor. Włodarze miasta są nam bardzo
przychylni, pomocni, mamy też doskonałą współpracę z tutejszym klubem „Sokół.
Chciałbym podziękować władzom Stowarzyszenia, że znalazły się środki na
przeprowadzenie zawodów. Dzięki temu impreza, którą zaczęliśmy organizować 10
lat temu, jest kontynuowana. Przekłada się to na rozwój tej dyscypliny, na
poprawę kondycji zawodników, ich rehabilitację. Ludzie dostają kopa do życia.
Mają frajdę.
I temu to ma służyć. I co jeszcze jest ważne. Na tegorocznej imprezie pojawiły
się dwie bardzo młodziutkie osoby, Magda i Paweł Krajewscy, rodzeństwo. Oboje
zdobyli medale. To sygnał, że jednak do naszej młodzieży, zapatrzonej w
komputer, udaje nam się dotrzeć, zachęcić do uprawiania sportu. A zdobyte
krążki będą zachętą do dalszego wysiłku.
X Ogólnopolskie Zawody Kajakarskie
5-7.08.2011 r., Ostróda
K2 kobiet 500 m
1. Małgorzata Kasprzycka – Grażyna Kamińska „Morena” Iława
2. Elżbieta Ćwikła – Elżbieta Ekiert „Morena” Iława
3. Jadwiga Szuszkiewicz – Magdalena Krajewska „Warmia i Mazury” Olsztyn
K2 kobiet 1000 m
1. Małgorzata Kasprzycka – Grażyna Kamińska „Morena” Iława
2. Elżbieta Ćwikła – Elżbieta Ekiert „Morena” Iława
3. Danuta Łuszczyk – Barbara Klasa „Bryza” Szczecin
K2 mężczyzn 500 m
1. Jan Smoła – Tomasz Ćwikła „Morena” Iława
2. Marek Mikulski – Stanisław Tomaś „Warmia i Mazury” Olsztyn
3. Władysław Szymański – Tomasz Olechno „Omega” Łódź
K2 mężczyzn 1000 m
1. Marek Mikulski – Stanisław Tomaś „Warmia i Mazury” Olsztyn
2. Jan Smoła – Tomasz Ćwikła „Morena” Iława
3. Krzysztof Huszcza – Paweł Krajewski „Warmia i Mazury” Olsztyn
K2 mixty 500 m
1. Elżbieta Ekiert – Jan Smoła
2. Elżbieta Ćwikła – Tomasz Ćwikła
3. Jadwiga Szuszkiewicz – Stanisław Tomaś
Tekst i zdjęcia: Anna Amanowicz
Regaty z tradycją
W tym roku, jak w latach ubiegłych, z pokładów siedmiu łodzi kabinowych niewidomi i słabowidzący uczestnicy obozu podziwiali jeziora okolic Iławy. Zjeżdżają tu od dwudziestu lat. Dla wielu z nich jest to okazja do odświeżenia wspomnień sprzed lat kilkunastu i okresu Jażdżówek, jak również ubiegłorocznych przeżyć. Znana i uznana marka obozów niezmiennie przyciąga ludzi. Nie zniechęca ich zmienna pogoda, potrafią czerpać przyjemność z kontaktu z osobami o podobnych zainteresowaniach oraz z pogłębiania umiejętności żeglarskich w miłych dla oka malowniczych krajobrazach.
Utarty i wypracowany przed kilku laty schemat obozu dla niewtajemniczonych może się wydawać mało ciekawy. Te same miejsca, na pierwszy rzut oka podobne trasy – czyli nuda! Nic podobnego. Dbają o to kadra, sami uczestnicy, również pogoda, a uściślając – wiatr. O ile dla piechura pokonanie trasy tam i z powrotem wyczerpuje większość atrakcji, o tyle żeglarz, opływając po raz kolejny tę samą trasę, zawsze może liczyć na nowe sytuacje, nowe wyzwania. Coraz częściej wyzwaniem stają się sprawy od nas niezależne: wielkość akwenu, liczba uczestników i ich umiejętności. Coraz lepszy, a więc i droższy, staje się sprzęt, a ilość miejsca w portach drastycznie maleje. I zawsze, co na obozach jest powodem zdrowej rywalizacji, manewry można wykonać lepiej, sprawniej lub szybciej. Tak więc wyzwań nigdy nie brakuje.
W tym roku, na szczęście,
nie zdarzały się dni bezwietrzne. Nawet poranna flauta (brak wiatru) nie
oznaczała obowiązkowego postoju w porcie. Z powodu wiatru nie zostały odwołane
żadne zajęcia. Wręcz przeciwnie, kiedy podmuchy były silne, porywiste,
uczestnicy byli zmuszeni do odbycia wycieczki pieszej. Stała się ona impulsem
do samodzielnego poznawania terenu. Ci nieliczni „prawdziwi żeglarze”, którzy
takiego dnia zdecydowali się na sztormowanie, nawet przy pełnych żaglach nie
zyskali uznania widzów, raczej dezaprobatę dla braku roztropności. Naczelna,
oparta na bezpieczeństwie, zasada naszego obozu nie pozwalała na podjęcie
takiego ryzyka. Co innego przy silnym, nawet dość silnym, ale stabilnym
wietrze. Po krótkich, ćwiczonych do tej pory tylko teoretycznie zabiegach,
polegających na zmniejszeniu powierzchni żagli, żeglowanie w takich warunkach
było w równym stopniu ekscytujące, co bezpieczne. Pływanie na zarefowanych
żaglach zdarzało się na obozach bardzo rzadko. Teraz, wraz ze wzrostem z roku
na rok poziomu wyszkolenia załóg, można sobie na to pozwolić. Cieszy, że
kolejne osoby, pogłębiwszy swoje doświadczenia, uzyskały patenty żeglarskie.
Nowo wyszkolony sternik na pokładzie to zarówno pomoc, jak i wyzwanie dla
kadry. Dla takiego uczestnika początkowe informacje o łodzi „…
z przodu dziób, z tyłu rufa…” to za mało, zaś wiązanie w jego obecności
wszystkiego jednym ulubionym węzłem mogłoby sugerować niekompetencję. Na
szczęście, na tym tle nigdzie nie doszło do tarć ani, wzorem historii „Bounty”,
prób przejęcia władzy nad sterem. Uprawnienia i umiejętności to wiele, ale
doświadczenie
i znajomość akwenu, zwłaszcza o tak zmiennych warunkach żeglugowych, to sprawa
praktyki i wypływanych godzin.
Kadra sterników miała po raz pierwszy bezpośrednią możliwość sprawdzenia swoich umiejętności podczas biegu o memoriał Adama Ćwikły. Tragicznie zmarły w ubiegłym roku żeglarz był wielkim miłośnikiem Mazur i wszystkich form aktywności sportowej. Wielokrotnie uczestniczył w rejsach i spływach kajakarskich. Tworzył ich niepowtarzalną atmosferę. Na jego cześć, w miarę możliwości, będzie co roku podczas regat rozgrywany jeden bieg „open”. Wybrano bieg najdłuższy, w którym sterować będzie mógł dowolny sternik, zaś na łódź nie będą nałożone żadne ograniczenia co do powierzchni żagla. Być może stanie się też tradycją odprawianie mszy w żeglarskiej oprawie, z fragmentami szant o przemijaniu i odchodzeniu, zapoczątkowane w bieżącym roku.
Co do regat, które są solą żeglarstwa i rywalizacji, pierwszym zwycięzcą memoriału, uhonorowanym oddzielnym pucharem, został Cezary Królik na jachcie „Bugs”. Kapitan tego jachtu w kolejnych startach musiał przekazać ster uczestnikowi obozu. Nie wpłynęło to jednak na wyniki jego fokusa (typ łodzi).
Bieg memoriałowy był elementem trzydniowych zmagań, rozgrywanych w ramach ósmych regat o „Puchar wójta gminy Iława”. Sternikami, co wynika z regulaminu, w kolejnych biegach musiały być osoby z orzeczeniem o dysfunkcji wzroku. Nie wpłynęło to jednak na poziom rywalizacji. Załogi rozpoczynały biegi na długo przed syreną startową, walcząc o lepsze miejsce. Na bojce startowej było ciasno jak nigdy, a mimo to obyło się bez zderzeń, a co za tym idzie –protestów i wykluczeń. Ze względu na różne ustawienia łodzi i ich odmienne preferencje, walka zawsze toczyła się do ostatnich metrów. To, co jedni potrafili zyskać podczas halsów na wiatr, inni odrabiali przy kursach pełnych (z wiatrem).
Zakończenie regat miało bardzo uroczystą oprawę. Na scenie, podczas „Festiwalu nad Jeziorakiem”, trzy zwycięskie załogi odbierały puchary i nagrody z rąk fundatora. Również Krzysztofa Harmacińskiego, wójta Iławy, spotkała miła niespodzianka – został wyróżniony najwyższym odznaczeniem Polskiego Związku Niewidomych – honorową odznaką „Przyjaciel Niewidomych”. Odznaczenie wręczali: dyrektor okręgu PZN w Olsztynie Tadeusz Milewski i wiceprezes okręgu - Stanisław Piasek. Wyróżnienie, które otrzymał wójt, jest dopiero czwartym przyznanym przez zarząd Związku.
Klasyfikacja generalna regat
I miejsce jacht „Bugs” 8 p.
sternik: Tomasz Ćwikła
załoga: Małgorzata Czeszewska, Jerzy Czeszewski, Elżbieta Ćwikła, Małgorzata Lewandowska
kapitan: Cezary Królik
II miejsce jacht „Mango” 10 p.
sternik: Karol Słuszniak
załoga: Celina Żak, Michał Żak,
Jolanta Wdowiak
kapitan: Jolanta Kopczyńska
III miejsce jacht „Amant” 11 p.
sternik: Aleksandra Kruk
załoga: Zbigniew Olbryś, Gerard Hinc, Anna Miętus
kapitan: Bogdan Balewski
IV miejsce jacht „Tango” 17 p.
sternik: Bogdan Karpiński
załoga: Henryk Kulik, Karolina Karpińska, Grażyna Kościańska
kapitan: Wojciech Kopczyński
V miejsce jacht „Oaza” 18 p.
sternik: Anna Barwińska
załoga: Maria Kochanowicz-Fonrobert, Barbara Piotrowska, Tadeusz Piotrowski, Stanisław Nowakowski
kapitan: Wiesław Wysiński
VI miejsce jacht „Kapusta” 23 p.
sternik: Paweł Kot
załoga: Paulina Czapik, Hubert Czapik, Marzena Szablicka
kapitan: Katarzyna Młynowska
VII miejsce jacht „Armada” 27 p.
sternik: Elżbieta Ekiert
załoga: Tadeusz Ekiert, Zofia Głogowska, Janusz Głogowski, Bogumiła Słuszniak
kapitan: Maciej Bieszczad
Tekst i zdjęcia: Wojciech Kopczyński
Szachy
Ołomuniec 2011
U naszych południowych sąsiadów trwa cykl szachowych turniejów Czech Tour 2011/2012. Jedna z tych imprez odbywa się corocznie w pierwszej połowie sierpnia w Ołomuńcu. Podobnie jak w latach ubiegłych, również i w tym roku, w kilku równoległe rozgrywanych ołomunieckich turniejach startowała czołówka polskich szachistów Stowarzyszenia „Cross”. Dla większości naszych kadrowiczów był to ostatni sprawdzian przed mistrzostwami świata juniorów i przed mistrzostwami Europy (Grecja, sierpień i wrzesień 2011).
Wyniki końcowe turniejów:
Turniej kołowy IM1, 9 rund
1. Daniil Yuffa (Rosja) 7,5 p.
2. Richard Biolek (Czechy) 5,5 p.
3. Josef Jurek (Czechy) 5,5 p.
...
8. Jacek Stachańczyk (Polska) 3,5 p.
Turniej kołowy IM2, 9 rund
1. Nikolai Mishuchkov (Rosja) 7 p.
2. Harald Groetz (Austria) 5,5 p.
3. Jan Vrana (Czechy) 5 p.
...
10. Marek Maćkowiak (Polska) 2 p.
Turniej otwarty (141 uczestników, 9 rund)
1. Jan Johansson (Szwecja) 7,5 p.
2. Marcin Szymański (Polska) 7 p.
3. Kirill Bryzgalin (Rosja) 7 p.
…
9. Piotr Dukaczewski (Polska) 6,5 p.
23. Rafał Gunajew (Polska) 6 p.
43. Piotr Renkowski (Polska) 5 p.
52. Adam Czajkowski (Polska) 5 p.
66. Dawid Falkowski (Polska) 4,5 p.
76. Anna Stolarczyk (Polska) 4,5 p.
Turniej seniorów – powyżej 60. roku życia (46 uczestników, 9 rund)
1. Evgeny Golcman (Rosja) 7 p.
2. Vlastimil Sejkora (Czechy) 7 p.
3. Zenon Gosek (Polska) 6,5 p.
4. Tadeusz Żółtek (Polska) 6,5 p.
…
11. Zdzisław Wojcieszyn (Polska) 5 p.
W turnieju seniorów grał również Emil Przewoźnik, ale wycofał się po czterech rundach z uwagi na zły stan zdrowia. Miał w tym momencie 2 p.
Ryszard Bernard
Szachy szybkie w Tucholi
W dniach 29-31 lipca 2011 r. w Ośrodku Sportu i Rekreacji „Olimpia” w Tucholi odbyły się III Mistrzostwa Polski w Szachach Szybkich. Rozgrywki przeprowadzono systemem szwajcarskim, na dystansie 9 rund. Tempo gry – 30 minut dla zawodnika na partię. Sędziował Ulrich Jahr z Bydgoszczy. Koordynatorem imprezy była Ewa Sargalska z Bydgoszczy.
Mistrzem Polski w szachach szybkich na rok 2011 (z kompletem punktów) został Jacek Stachańczyk – aktualny mistrz Polski w szachach klasycznych.
Wyniki końcowe
1. Jacek Stachańczyk 9 p. „Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza
2. Dawid Falkowski 6 p. „Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza
3. Michał Wolański 5,5 p. „Łuczniczka” Bydgoszcz
4. Anna Stolarczyk 5,5 p. „Tęcza” Poznan
5. Łukasz Baryła 5,5 p. „Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza
6. Emil Przewoźnik 5 p. „Łuczniczka” Bydgoszcz
7. Roman Staruch 5 p. „Zryw” Słupsk
8. Andrzej Sargalski 5 p. „Łuczniczka” Bydgoszcz
9. Józef Wyrzykowski 5 p. „Łuczniczka” Bydgoszcz
10. Tadeusz Gryglewicz 5 p. „Zryw” Słupsk
Bowling
Wystartował turniej bydgoski
Bydgoskie kręgielnie bowlingowe już w latach poprzednich gościły niewidomych i słabowidzących kręglarzy. W roku ubiegłym rozegrano tutaj mistrzostwa Polski. Tym razem swoje podwoje otworzyła (w dniach 18–20 sierpnia br.) nowo wybudowana kręgielnia „Broadway”, wyposażona w najnowocześniejszą w Polsce maszynę do smarowania torów. Dzięki przychylności prezydenta miasta Bydgoszczy i Urzędu Marszałkowskiego województwa kujawsko-pomorskiego rozegrano I Ogólnopolski Turniej Bowlingowy Niewidomych i Słabowidzących. Impreza ta wypełniła letnią przerwę w rozgrywkach bowlingowych. Organizatorem zawodów był klub „Łuczniczka” Bydgoszcz, a koordynatorem – wiceprezes klubu Arkadiusz Gęstwiński. Dla Arka było to pierwsze tego typu wyzwanie, dlatego też bezpośrednie wsparcie Honoraty Borawy oraz całego zarządu klubu okazało się cenne. Organizatorom udało się zgromadzić sporą listę sponsorów, m.in. zarząd kręgielni „Broadway”, firmę „Cora” i „Altix”. Należy to docenić – ten, kto nie był jeszcze w tej roli, nie wie, ile faktycznie ciężkiej pracy trzeba włożyć, aby wszystko poszło dobrze, a uczestnicy wyjechali zadowoleni.
Do gier zadysponowano smarowanie torów na długość 37 stóp z ratio 5. Było ono znacznie łatwiejsze i lepiej dopasowane do możliwości naszych zawodników niż na mistrzostwach Polski, gdzie ratio wynosiło mniej niż 3. W tej sytuacji tablica wyników pokazywała w miarę przewidywalne rozstrzygnięcia rywalizacji. Przykładem tego może być rekordowy wynik Mieczysława Kontrymowicza („Warmia I Mazury” Olsztyn) ze średnią z gry 197 punktów. Został on także najlepszym zawodnikiem turnieju wraz z Jadwigą Szuszkiewicz („Warmia i Mazury” Olsztyn). Jej średnia z gry to 161 p. Jadwiga zwyciężyła tym razem z ponad 200-punktowym zapasem w kat. B2. Wynik czterocyfrowy osiągnął po raz kolejny Wojtek Sudoł z „Moreny” Iława, nasz najmłodszy reprezentant na październikowe mistrzostwa świata w Malezji. Ponad 1000 p. zdobył także Grzegorz Kanikuła z „Hetmana” Lublin.
Zakończenie turnieju, zgodnie z bydgoską tradycją, miało bardzo uroczystą oprawę. Z zawodów został przeprowadzony reportaż telewizyjny. Zwycięzców wszystkich kategorii uhonorowano pucharami i cennymi nagrodami. Uroczysta kolacja dopełniła istotny, integracyjny walor imprezy. Sądząc po atmosferze i uśmiechach na twarzy, zawodnicy nie żałowali startu w Bydgoszczy i zapewne zechcą przyjechać tu na kolejne turnieje.
I Ogólnopolski Turnieju w Bowlingu o Puchar Prezydenta Miasta Bydgoszczy
Kobiety
B2: 1. Jadwiga Szuszkiewicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 965 p., 2. Dorota Kurek („Ikar” Lublin) 751 p., 3. Barbara Łuczyszyn („Podkarpacie” Przemyśl) 706 p.
B3: 1. Maria Walczak („Warmia i Mazury” Olsztyn) 931 p., 2. Honorata Borawa („Łuczniczka” Bydgoszcz) 927 p., 3. Jolanta Krok-Sabaj („Podkarpacie” Przemyśl) 769 p.
Mężczyźni
B1: 1. Piotr Dudek („Warmia i Mazury” Olsztyn) 743 p., 2. Zdzisław Koziej („Hetman” Lublin) 688 p., 3. Krzysztof Tarkowski („Hetman” Lublin) 586 p.
B2: 1. Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1184 p., 2. Cezary Dybiński („Warmia i Mazury” Olsztyn) 952 p., 3. Mariusz Kozyra („Hetman” Lublin) 905 p.
Piotr Dudek
Odkrywanie torballu
Zapewne jeszcze w 1946 roku, kiedy Sepp Reindle i Hanz Lorenzen próbowali ze swymi ociemniałymi podopiecznymi z ośrodków rehabilitacyjnych dla weteranów II wojny światowej „bawić się” piłkami dźwiękowymi, nikt nie przypuszczał, że ta zabawa w ciągu kilkudziesięciu lat rozprzestrzeni się po całym świecie, docierając z Niemiec przez całą Europę aż do Nowej Zelandii, Chile, Japonii, a nawet na Madagaskar.
Jednak traktowanie gier z piłkami dźwiękowymi jako zabawy służącej przede wszystkim rehabilitacji sprzyjało licznym modyfikacjom oraz przystosowywaniu przepisów do lokalnych potrzeb i warunków. Dlatego też, kiedy to w 1978 roku sympatycy dzwoniącej piłki spotkali się w Austrii na I Mistrzostwach Świata w Goalballu (ang. piłka bramkowa), okazało się, że każda drużyna reprezentuje nieco odmienną dyscyplinę sportu. Największy zawód po obejrzeniu hali, w której miały być rozgrywane mecze, przeżyli reprezentanci Kanady, którzy byli przekonani, że zawody będą przebiegać na świeżym powietrzu, zaś ważącą 2 kilogramy piłkę należy kopać, a nie rzucać.
Na zjeździe założycielskim Międzynarodowej Federacji Sportu Niewidomych (IBSA), który odbył się w Paryżu w 1981 roku, ogłoszono oficjalne regulaminy trzech dyscyplin drużynowych, wykorzystujących piłki dźwiękowe: goalballu, rollballu i torballu.
Najszybciej popularność stracił rollball, gra brutalna i w dodatku stawiająca przed organizatorami zawodów duże wymagania techniczne. Goalball – dyscyplina paraolimpijska, jest doskonale znany czytelnikom „Crossu”, na którego łamach był wielokrotnie prezentowany. Jednak niewiele osób w naszym kraju pamięta o torballu, który zarówno na zachodzie, jak i na wschodzie Europy rozwija się całkiem prężnie.
Torball (nazwa, w tłumaczeniu z niemieckiego, oznacza również „piłkę bramkową”) poznałem z opowieści moich starszych kolegów goalballistów. Polska w latach 80. była torballową potęgą, drużyny odnosiły liczne sukcesy na arenie międzynarodowej, później o tej dyscyplinie sportu zapomniano. Z jakiego powodu? Pozostaje się tylko domyślać, że chodziło, jak zwykle, o finanse. Postanowiłem jednak „na własną rękę” dowiedzieć się czegoś więcej o tym niewątpliwie ciekawym sporcie.
Dzięki internetowi skontaktowałem się wkrótce z Aleksiejem Romanenką – niewidomym torballistą ze stolicy Mołdawii – Kiszyniowa, który załatwił polskiej drużynie zaproszenie do udziału w otwartych mistrzostwach swojego kraju. Niełatwo jest zebrać śmiałków gotowych wyruszyć za własne pieniądze w daleką drogę do najbiedniejszego kraju Europy, aby wystartować w zawodach w nieznanej dyscyplinie. Jednak udało mi się znaleźć jednego towarzysza podróży, a był nim Paweł Brodowicz – tegoroczny absolwent Technikum Masażu w Laskach i od niedawna mój kolega z białostockiej drużyny goalballu.
Od 2000. roku, kiedy ta dyscyplina po raz pierwszy pojawiła się w Mołdawii, Aleksiej był motorem napędowym krajowego torballu. Po kilku latach w zaledwie 4-milionowym państwie pojawiło się niemal 20 drużyn, a ekipa „Mean” Kiszyniów, z Aleksiejem w składzie, zajęła 3. miejsce w Pucharze Europy, rozegranym w 2007 roku w Paryżu.
Przed rozpoczęciem zawodów zasady torballu znaliśmy tylko w teorii. Boisko szerokie na 7 metrów i długie na 16. W polu gra trzech zawodników w każdej drużynie, mecz składa się z dwóch pięciominutowych części. Wszystko wydawało się bardzo proste... w teorii.
Na pięknej hali Uniwersytetu Kultury Fizycznej w Kiszyniowie po raz pierwszy w życiu usłyszeliśmy dźwięk grzechoczącej piłki do torballu. „Kupiliśmy piłki we Francji, specjalnie na te zawody” – chwalił się przewodniczący Mołdawskiej Federacji Sportu Niewidomych. Piłki do złudzenia przypominają futbolówki, są jednak nieco cięższe (ważą 500 g), co nie przeszkadza im w odbijaniu się od parkietu. W torballu piłka podczas rzutu musi przemknąć na połowę przeciwnika pod linkami, zawieszonymi na środku boiska na wysokości 40 cm. Ich potrącenie powoduje odezwanie się specjalnie zamontowanego dzwoneczka oraz zasądzenie rzutu karnego przeciw drużynie atakującej. Dla nas, doświadczonych goalballistów, taki styl rzutu nie był prosty. Przecież w goalballu staramy się celowo wprowadzić „w kozioł” znacznie cięższą piłkę, aby ta przeskoczyła ponad murem obronnym przeciwnika i wpadła do bramki. Ten nawyk powodował, że niemal po każdym naszym rzucie słyszeliśmy z ust rosyjskojęzycznego sędziego: „prigajuszczij mjacz” (skacząca piłka) i byliśmy zmuszeni do bronienia rzutu karnego. Zawodnik, który popełni przewinienie, schodzi z boiska, pozostawiając defensywę swoim dwóm kolegom – jednak co trzeci rzut karny broni tylko jeden zawodnik, wytypowany przez kapitana drużyny.
Należy tu wspomnieć, że reguły dotyczące obrony w torballu też znacznie różnią się od tych, znanych nam z goalballowych boisk. Zanim piłka nie opuści rąk zawodnika atakującego, gracze defensywni mogą dotykać parkietu jedynie do wysokości kolan, oznacza to, że na przyjęcie pozycji obronnej zawodnik ma zaledwie ułamek sekundy, w którym piłka przemierza boisko. Powoduje to, że jedyną skuteczną techniką jest tak zwana obrona automatyczna, polegająca na rozciągnięciu ciała na parkiecie we wcześniej przyjętym miejscu, niezależnie od kierunku lotu piłki. Obrona taka może być skuteczna, gdyż boisko do torballu ma szerokość zaledwie 7 metrów (w goalballu 9 metrów), więc trzech zawodników średniego wzrostu jest w stanie pokryć całą bramkę. W orientacji na boisku pomagają trzy maty o długości 2 m i szerokości 1 m. Maty zawodników skrzydłowych przylegają do linii bocznej boiska i są wysunięte do przodu względem maty środkowej. W czasach, gdy powstawał torball, spełniały one również funkcję ochronną, asekurując rzucających się na nie graczy i zapobiegając stłuczeniom. Dziś zawodnicy noszą na łokciach i na kolanach profesjonalne ochraniacze i wolą grać raczej przed matą, gdyż parkiet boiska daje lepszy poślizg i umożliwia szybsze przyjęcie pozycji obronnej.
W turnieju w dalekim Kiszyniowie wzięły udział cztery czołowe mołdawskie drużyny. Piątą ekipę stanowiliśmy my, wspomagani przez Igora – doświadczonego zawodnika reprezentacji Mołdawii. W pierwszym meczu musieliśmy stawić czoło silnej ekipie Volea Bendery. Po prezentacji drużyn, nałożyliśmy na oczy specjalne gogle i weszliśmy w świat ciemności, zdając się tylko na słuch, refleks i orientację przestrzenną.
Pierwsze minuty na boisku ciągnęły się w nieskończoność. Nieznajomość komend sędziowskich i brak doświadczenia znacznie utrudniały grę. W miarę narastającego zmęczenia popełnialiśmy coraz więcej błędów w ataku, co skutkowało kolejnymi rzutami karnymi, wymierzanymi przeciw naszej ekipie. Na szczęście, obronnie wypadliśmy całkiem nieźle i po zaciętej walce nasza pierwsza w życiu torballowa potyczka zakończyła się wynikiem 4:6. Pomimo przegranej, byliśmy pełni pozytywnych emocji.
W kolejnym meczu znów górą byli nasi przeciwnicy – „Mean” Kiszyniów, którym ulegliśmy 3:5, co przekreśliło nasze szanse na wysoką pozycję w turniejowej tabeli. Nie chcieliśmy się poddawać – do kolejnej potyczki przystąpiliśmy pełni woli walki. Opłaciło się. Pierwszym pokonanym przez nas zespołem okazała się drużyna z niewielkiej Soroki. Mecz od początku układał się po naszej myśli i pomimo kilku przewinień z naszej strony, spotkanie zakończyło się wynikiem 7:2.
W ostatniej potyczce przyszło nam się zmierzyć z silną drużyną z Tyraspolu, która wygrała do tej pory wszystkie mecze i pewnie dążyła do najwyższego stopnia podium. Już po wymianie kilku piłek przekonaliśmy się, że naszej świeżo sformowanej ekipie nie będzie łatwo. Nasi przeciwnicy oddawali szybkie rzuty, precyzyjnie celując w złącza – miejsca, w których najtrudniej złapać piłkę. Mimo to nie chcieliśmy tanio sprzedać skóry. Rozumiejąc, że reprezentujemy w pewnym sensie całą Polskę, staraliśmy się dać z siebie wszystko. Pierwsza połowa po zaciętej grze zakończyła się wynikiem 3:2 na korzyść naszych przeciwników. W przerwie dostaliśmy cenne wskazówki od obserwującego naszą potyczkę Aleksieja i po gwizdku, wznawiającym grę, powróciliśmy do walki. Podczas kolejnych minut staraliśmy się zachować na boisku refleks i pełną koncentrację. Po zaciętej grze spotkanie zakończyło się remisem 4:4.
Pomimo zajęcia 4. pozycji w turnieju, byliśmy bardzo zadowoleni z występu – wszak z torballem mieliśmy do czynienia po raz pierwszy w życiu, a poza tym z każdą kolejną grą prezentowaliśmy się coraz lepiej. Na pewno nie były to nasze ostatnie zawody, bo będziemy się starali znaleźć w Polsce klimat do rozwoju torballu, którego uprawianie nie jest trudne, daje ogromną satysfakcję i pozytywnie wpływa na kondycję fizyczną.
Torball może stać się doskonałą alternatywą dla goalballu, szczególnie wśród dzieci, dla których ciężka goalballówka może okazać się nieodpowiednia. Ale też dla osób starszych, które wycofały się ze sportu wyczynowego. Obecna ewolucja przepisów goalballu oraz stale rosnący poziom rozgrywek sprawia, że dyscyplina ta zaczyna zajmować coraz silniejsze miejsce w sportach zawodowych, w których bez profesjonalnego cyklu szkolenia i odpowiedniego zaplecza nie da się osiągnąć sukcesu. Torball pozostał natomiast dyscypliną, która może być nadal uprawiana zarówno na poziomie rekreacyjnym jak też sportowym. Ważnym plusem torballu są mniejsze wymiary boiska i niższe wymagania techniczne, co sprawia, że łatwiej jest znaleźć miejsce do uprawiania tej dyscypliny.
Nasi nowi przyjaciele z Mołdawii przygotowują się do Pucharu Europy w torballu, który zostanie rozegrany w listopadzie we Włoszech. My zaś ciągle mamy w pamięci gościnność, z jaką przyjęto nas w Kiszyniowie. Od tej pory Mołdawia będzie nam się kojarzyła nie tylko z wyśmienitym winem, ale też z życzliwymi ludźmi, pięknymi krajobrazami i świetnymi sportowcami. Miejmy nadzieję, że już wkrótce również polskie ekipy, kontynuując przerwaną przed wieloma laty przygodę z torballem, będą stawać w szranki z czołowymi drużynami z całego świata.
Konrad Andrzejuk
Ostrożność nie zawadzi
Przebywanie na łonie natury, obok niewątpliwych korzyści dla naszego zdrowia, może mu także poważnie zaszkodzić. W parku, lesie, nad jeziorem czyhają na nas komary, osy, szerszenie i kleszcze. Te ostatnie bywają najgroźniejsze.
Kleszcze to pasożyty odżywiające się krwią swoich żywicieli. Z jaj złożonych przez samicę (może ich być nawet 20 tysięcy) wylęgają się larwy. Do przemiany w kolejne stadium potrzebują krwi kręgowców. Są nimi często myszy lub zające. Z larwy powstaje nimfa, która żeruje na zwierzętach, na przykład na wilkach i lisach, rzadziej na ludziach. Nimfa przekształca się w dorosłego kleszcza, który ssie m. in. sarny, jelenie i człowieka. Dzięki temu składa jajeczka i kończy swój cykl rozwojowy. Kleszcze są bardzo cierpliwe w poszukiwaniu swego żywiciela. Siedzą w źdźbłach trawy lub w poszyciu leśnym, a kiedy ofiara jest blisko, błyskawicznie zaczepiają się haczykami przednich odnóży o ubranie, sierść lub skórę. Potem wędrują w stronę głowy, wchodzą na szyję, za uszy, do pachwiny lub pępka, pod kolana, czyli w wilgotne i dobrze ukrwione miejsca. Jeśli ich nie zauważymy, mogą spokojnie żyć naszym kosztem nawet kilkanaście dni.
Ci nieproszeni goście mogą nam pozostawić w organizmie różne chorobotwórcze drobnoustroje. Najgroźniejsze to kleszczowe zapalenie mózgu i borelioza. To pierwsze jest ciężką, ostrą chorobą centralnego systemu nerwowego. Przebiega ona w dwóch fazach. W początkowej, kiedy wirus namnaża się w naszej krwi, mamy objawy podobne do grypy lub przeziębienia (gorączka, osłabienie, wymioty, wysypka). U około dwóch trzecich zakażonych, po kilku lub kilkunastu dniach, te dolegliwości znikają. U pozostałych rozwija się druga faza choroby i wirus przedostaje się z krwi do mózgu, zakażając jego tkankę. Gorączka skacze powyżej 39 st. C. Inne objawy to: bóle głowy, zaburzenia świadomości, majaczenia, sztywność karku, porażenia nerwów czaszkowych, zaburzenia koordynacji, porażenia rąk i nóg. Większość chorych po przebyciu wirusowego zapalenia mózgu przez długie lata walczy z jego skutkami: np. z niepełnosprawnością różnych organów. Medycyna nie wynalazła jeszcze leku, który niszczyłby skutecznie tego wirusa, potrafi jedynie łagodzić objawy wywołanej przez niego choroby. Najlepszym sposobem ochrony przed KZM jest szczepionka, dzięki której nasz układ odpornościowy produkuje przeciwciała zdolne zwalczyć wirusy już w pierwszym etapie choroby.
Boreliozę wywołują bakterie – krętki należące do trzech gatunków: jedne atakują stawy, drugie – skórę, trzecie – centralny system nerwowy. Objawem pierwszego stadium zakażenia jest rumień wędrujący w miejscu, w który wkłuł się nasz kleszcz. Początkowo może mieć kształt koła o średnicy od 1-1,5 cm, potem rozrasta się nawet do kilku centymetrów, blednie od środka i zanika. Przeważnie towarzyszą temu objawy przypominające grypę. Jeśli zauważymy taki rumień, powinniśmy szybko udać się do lekarza. W przeciwnym razie choroba wejdzie w drugą fazę, atakując stawy, układ nerwowy (m. in. zapalenie nerwów obwodowych), układ krążenia (np. zaburzenia rytmu pracy serca). Jeśli borelioza wejdzie w fazę przedostatnią, lista powikłań może być jeszcze dłuższa. Dlatego ważne jest szybkie wykrycie choroby i zastosowanie odpowiednich antybiotyków niszczących krętki. Kuracja trwa na ogół dość długo.
Jak się ochronić przed kleszczami? Uwielbiają one wilgoć i ciepło, dlatego najbardziej aktywne bywają latem, po deszczowym dniu. Choć od kilku lat, w związku z ociepleniem klimatu, mają się całkiem dobrze także wiosną i jesienią. Praktycznie od marca do listopada powinniśmy na nie uważać. Istotny jest ubiór, w jakim udajemy się do lasu, parku czy nad wodę. Dobrze mieć na sobie koszulę z długimi rękawami, najlepiej zapinanymi. Na nogach – skarpety i długie spodnie wpuszczone w buty. Głowę chronimy czapką lub kapeluszem. Należy unikać chodzenia w wysokie trawy i krzaki, siadania na zwalonych pniach i na trawie. Dobrze jest skropić się środkami odstraszającymi kleszcze (można kupić w aptece). Po powrocie do domu należy dokładnie obejrzeć swoje ciało i ubranie, potem wziąć prysznic.
Co robić, jeśli mimo zachowania tych środków ostrożności znajdziemy wczepionego w skórę kleszcza? Najczęściej, w odruchu paniki, chcemy go zgnieść, wykręcić, przypalić, posmarować kremem, masłem czy olejem. Dzięki temu wstrzykujemy sobie dodatkową porcję groźnych wirusów i bakterii. Najlepiej uchwycić kleszcza pęsetą tuż przy skórze i zdecydowanym ruchem pociągnąć w górę. Można też kupić w aptece prosty i praktyczny przyrząd, który na zasadzie pompki próżniowej uwolni nas od pasożyta.
Osy, pszczoły i szerszenie mają jad, na który, po ukąszeniu przez te owady, możemy być uczuleni. Czasami reakcja alergiczna jest łagodna (zaczerwienienie, mała opuchlizna). Bywa jednak, że pojawia się silny obrzęk krtani i duszność, spadek ciśnienia krwi, szybkie bicie serca i zaburzenia świadomości. Uczuleni na jad os, pszczół i szerszeni powinni mieć zawsze pod ręką środki, które złagodzą groźne reakcje, m. in. podawaną podskórnie adrenalinę. Nie zaszkodzi też spróbować się odczulić pod kontrolą lekarza, zanim zacznie się sezon letni.
Komary, poza tym, że pozostawiają nam swędzące miejsca na skórze, mogą także przenieść groźne mikroby. Często nie zdajemy sobie sprawy z zakażenia nimi. Parę dni boli nas głowa, mamy lekko podwyższoną temperaturę – i na tym się kończy. Ale bywa i gorzej. Komar może bowiem zarazić człowieka nicieniami, które wywołują choroby zwane filariozami. Atakują one głównie mieszkańców tropików. Jeden z pasożytów dostaje się do naczyń limfatycznych, powodując powstawanie podskórnych guzów. W krajach Unii Europejskiej zanotowano dotąd ok. 270 przypadków zakażenia filariozą. Polska, jak na razie, jest wolna od tej choroby, choć w przeszłości zdarzały się pojedyncze na nią zachorowania.
To jeszcze nie koniec przykrych skutków obcowania z przyrodą. Chodzi o tzw. dary lasu. Lubimy zbierać i jeść poziomki, jagody i grzyby. Przy okazji możemy się zarazić larwami… tasiemca. Jego głównym żywicielem jest lis. Ten, wydalając z kałem człony tasiemca, może zanieczyścić leśne krzewy, z których zrywamy owoce. Larwy tego pasożyta lokują się w naszej wątrobie i są bardzo niebezpieczne. Aby się przed tym uchronić, należy zebrane w lesie jagody czy grzyby po przywiezieniu do domu myć w wodzie z dodatkiem mydła. Można je potem spłukać jeszcze zwykłą wodą. Ale chyba mało kto tak robi. Najsmaczniejsze są przecież poziomki i jagody zbierane z krzaka prosto do ust. Tymczasem, hołdując tym zwyczajom, oprócz tasiemca możemy też nabawić się glist. Ich głównym żywicielem jest szop pracz. Przez wieki jego ojczyzną była Ameryka Północna. Po ostatniej wojnie żołnierze amerykańscy, stacjonujący w Niemczech Zachodnich, zaczęli sprowadzać te zwierzęta do Europy. Według ostatnich szacunków, ich populacja w Polsce sięga już blisko 10 tysięcy. Larwy glisty mogą osiąść w rdzeniu kręgowym lub w mózgu człowieka, powodując wiele groźnych powikłań, nawet utratę wzroku.
Zdaniem ekspertów, jedyną gwarancją, że spożywając dary lasu nie nabawimy się przy okazji groźnych chorób, jest termiczna obróbka jagód, poziomek i grzybów. Tak więc spokojnie mogą spać jedynie miłośnicy konfitur, pierogów z jagodami i duszonych maślaków.
(BWO)
O nordic walking – raz jeszcze
W parkach, na leśnych ścieżkach, a nawet na chodnikach coraz częściej można spotkać ludzi maszerujących z kijkami. Coraz więcej osób w Polsce, szczególnie w podeszłym wieku, uprawia tę formę ruchu. Owo „pospolite ruszenie” niezwykle cieszy. Nordic walking można trenować na różnym stopniu zawansowania. Sam ćwiczący nadaje sobie intensywność i właśnie dlatego polecam go każdemu, bez względu na wiek, stan zdrowia i sprawność fizyczną.
Niestety, druga strona medalu jest taka, że w większości spotykane przeze mnie osoby tak naprawdę nie uprawiają nordic walking, ale tylko spacerują z kijkami. Nordic walking nie jest trudną formą ruchu i można ją opanować w 60 minut, czyli po jednej lekcji z instruktorem. Zachęcam do zainwestowania w tę umiejętność. Jeżeli jednak osoby spacerujące z kijkami nie mają ochoty uczyć się, to też dobrze, każdy ruch jest lepszy od bierności, a kije niech będą zachętą do wyjścia z domu. Pamiętajmy jednak, że tylko prawidłowa technika marszu z kijami daje upragnione efekty, korzyści zdrowotne i ogromną satysfakcję.
Niewiele osób wie, że nordic walking zostało stworzone dla osób wyczynowo uprawiających narciarstwo biegowe, jako uzupełnienie treningu latem. Finowie opracowali tę formę ruchu dla sportowców, ale z czasem przyjęła się ona jako rekreacyjna forma aktywności dla każdego. Dzięki temu, że ćwiczący sam dozuje intensywność i dynamikę ruchu, nordic walking mogą uprawiać wszyscy i uzyskiwać oczekiwane przez siebie rezultaty.
Najłagodniejszą odmianą nordic walking jest forma rehabilitacyjna, uprawiana przez osoby po urazach, chorobach, o słabej sprawności fizycznej i niskim poziomie siły mięśniowej. Praca nóg w czasie marszu jest wspomagana przez pracę ramion, które uzyskują kontakt z podłożem za pośrednictwem kijków. Dlatego odciążone zostają stawy skokowe, kolanowe, biodrowe oraz kręgosłup. Właśnie ta zaleta decyduje, że to świetna forma dla osób starszych oraz otyłych. Ponadto prawidłowa technika wymusza wyprostowaną sylwetkę i proste plecy. Kolejną zaletą rehabilitacyjną jest uzyskiwanie dzięki kijom większej stabilności i równowagi podczas marszu, co również daje poczucie bezpieczeństwa osobom słabszym fizycznie. W porównaniu z tradycyjnym chodzeniem, lepiej usprawnia układ oddechowy i sercowo-naczyniowy. Jest to istotne w kompensowaniu siedzącego trybu życia i profilaktyce chorób cywilizacyjnych.
W rekreacyjnym nordic walking najważniejsza jest swoboda ruchu i rozluźnianie spiętych mięśni oraz miłe spędzenie czasu na świeżym powietrzu. Ćwiczenia w takim podejściu nie powinny być bardzo obciążające i męczące. Najważniejsza jest przyjemność czerpana z chodzenia po naturalnym i różnorodnym terenie.
Bardziej intensywną formą nordic walking jest trening aerobowy, czyli dający podobne rezultaty kondycyjne co zajęcia typu fitness. Marsz jest bardziej intensywny, treningi prowadzone systematycznie (przynajmniej 3 razy w tygodniu po 1,5 h). Cel – poprawa kondycji, samopoczucia, ogólnej sprawności i, poprzez zwiększenie ilości spalanej tkanki tłuszczowej, uzyskanie bądź utrzymanie odpowiedniej sylwetki i masy ciała. Badania naukowe wykazały, że trening typu nordic walking angażuje do 90 proc. mięśni szkieletowych człowieka. Przekłada się to na zwiększenie o 20-60 proc. poboru tlenu oraz 20-40 proc. spalania kalorii w porównaniu z tradycyjnym chodem. Trening tego typu w większości przypadków daje ćwiczącym nie tylko dużo radości i satysfakcji, ale poprawia wygląd, samopoczucie i wytrzymałość.
Najwyższą intensywnością charakteryzuje się trening typu sportowego, który ma na celu wzmocnienie mięśni kończyn górnych u sportowców oraz poprawę wytrzymałości ogólnej. Ćwiczenia mają charakter wyczerpujący. Do bardzo szybkiego marszu w urozmaiconym terenie z maksymalną pracą ramion wprowadza się cięższe ćwiczenia: trucht i bieg z kijami, maksymalne skoki z nogi na nogę z obszernym odepchnięciem kijami, przeskoki na kijkach, podbiegi.
Mimo że nordic walking nie jest dyscypliną trudną do opanowania, każdemu – bez względu na cel jej uprawiania – polecam lekcje z instruktorem. On pomoże przyswoić prawidłową technikę, pokaże różne ćwiczenia ułatwiające naukę, nauczy ćwiczeń rozciągających mięśnie oraz doradzi, jak dobrać odpowiednie kije. Najczęściej koszt lekcji indywidualnej szacuje się w granicach 50 zł i jedna lekcja w zupełności wystarczy do opanowania pełnej techniki marszu z kijami. Dla tych, co nie mają takiej możliwości, poniżej opiszę dobór sprzętu, prawidłową strukturę ruchu oraz ćwiczenia do stosowania w czasie nauki lub doskonalenia techniki.
Dobór sprzętu i porady praktyczne
Najistotniejszą sprawą jest dobór kija. Analizując źródła i tabele długości kijków dla wzrostu ćwiczącego, spotkać się można z różnymi wartościami, ale wszystkie oscylują w okolicach 2/3 wysokości ciała. Trzeba pamiętać, że długość dobiera się indywidualnie, biorąc również pod uwagę charakter i intensywność ćwiczeń oraz poziom wytrenowania.
Początkującym łatwiej jest zaczynać na nieco krótszych kijach. Wraz ze wzrostem poziomu zawansowania, kije nieznacznie się wydłuża tak, by nie zaburzając przy tym techniki i rytmu marszu, praca kończyn górnych była jak najbardziej efektywna. Trzymając odpowiednio dobrane kije przed sobą, oparte pionowo o podłoże, powinniście uzyskać kąt prosty w łokciach. Kolejną cechą kijów, na którą warto zwrócić uwagę przy ich dobrze, to ich ciężar, wytrzymałość i elastyczność. Oczywiście, wraz ze zmniejszającym się ciężarem i jakością kija cena rośnie, ale pamiętajcie, że to inwestycja na lata. Osobiście polecam kije o stałej długości (jednoczęściowe). Są solidniejsze, ale do wyboru są również te z regulowaną długością – teleskopowe (mogą być przydatne w czasie nauki i doboru indywidualnej ich długości). Kije do nordic walking są specyficzne i przy zakupie trzeba zaznaczyć, do czego mają służyć, gdyż często są mylone z kijami trekkingowymi, które przeznaczone są do wypraw górskich. Na końcówki kijów można nałożyć gumowe „buciki”, które pozwalają na odpychanie się kijami od twardego podłoża typu asfalt, chodnik. Nie polecam ćwiczenia po betonie, ponieważ twarde podłoże negatywnie wpływa na stawy i kręgosłup. Nordic walking najlepiej sprawdza się w naturalnym terenie, gdzie kije po prostu wbijają się w ziemię. Naprawdę warto pofatygować się do parku lub lasu. Trening w tym terenie jest korzystniejszy, a natura pozytywnie wpływa na psychikę, pomaga rozładować stresy.
Istotną sprawą jest również dobór obuwia, które powinno być sportowe, zakryte, z miękką, sprężystą podeszwą. To istotne, ponieważ chodzi się „z pięty” – zbyt cienka, twarda podeszwa może powodować przeciążenia. Ubieramy się lekko, luźno, na sportowo. W zimie stosujemy kilka warstw, by w zależności od intensywności marszu móc już w terenie regulować ubiór. Grube kurtki i płaszcze nie będą potrzebne.
Osoba niewidoma powinna poruszać się z przewodnikiem, również idącym z kijami. Osoby łączą swe ramiona lub nadgarstki elastycznym paskiem (sprawdza się tylko przy podobnym wzroście). Pasek powinien napinać się w czasie skrętu w stronę przewodnika, w drugą stronę przewodnik spycha lekko niewidomego przedramieniem. Istotne jest, by maszerować obok siebie (ręka w rękę), zaczynając ruch od przeciwnych nóg. Przewodnik utrzymuje rytm i długość kroków niewidomego (dopasowuje się do jego tempa), powinien również instruować, przekazywać informacje o trasie, zapowiadać skręty i przeszkody oraz wybierać najbezpieczniejszą drogę. Brak specjalistycznych pasków to nie przeszkoda. Do chodzenia można wykorzystać szerokie gumki lub bandaż elastyczny.
Technika nordic walking
Postawa w czasie marszu powinna być wyprostowana, łopatki lekko ściągnięte, brzuch wciągnięty. Krok jest wydłużony, najistotniejsza jest praca stopą, którą stawia się płasko na pięcie, następnie przejście przez śródstopie, na końcu wybicie z palców, czując nacisk na duży palec. Krok ten przypomina nieco chód sportowy. Efekt uzyskuje się, włączając lekką rotację w miednicy (praca biodrem). Ramiona pracują naturalnie, naprzemiennie, odwrotnie w stosunku do nóg (prawa noga – lewa ręka). Łokcie lekko ugięte, rozluźnione (nie usztywniać ich i nie cofać ugiętych w tył), ręka naturalnie blisko biodra, nie wyrzucana zbytnio ani w górę, ani w przód (wystarczy do wysokości pępka) – nie należy wbijać kijków ze znacznej wysokości i rozpędu. Ruch ramion o charakterze wahadłowym, lekka rotacja w barkach i kręgosłupie, czyli aktywna praca tułowia. Dłoń oparta na paskach, lekko zaciska się na rękojeści. Wbicie kijka następuje pod kątem ostrym (końcówka kijka cofnięta względem rękojeści) na wysokości pięty stawianej z przodu stopy. Aktywna praca ramienia powinna wypchać ciało w przód – wydłużając krok i przyspieszając w ten sposób marsz. Ruch ręki blisko biodra, poza jego linię (ręka znacznie cofnięta za ciało), z tyłu należy puścić rękojeść, dłoń odpoczywa, kijek zostaje przeniesiony do przodu, ciągnięty na paskach. Najczęściej popełniane błędy to: brak aktywnego stawiania stopy, zaczynając wyraźnie od pięty, brak aktywnej pracy ramienia (podpieranie się kijkami, zamiast odpychania się nimi), zbyt krótka praca ramienia (na przykład tylko do biodra, bez przeniesienia dłoni w tył) oraz zła koordynacja ruchu – brak naprzemiennej pracy ramion i nóg (chodzenie sposobem: ta sama noga, ta sama ręka). Na te elementy należy zwrócić szczególna uwagę.
Ćwiczenia metodyczne
Marsz bez kijków (lub trzymanie ich w połowie długości), z naprzemianstronną pracą ramion (poruszają się one jak wahadło w przód i w tył); w ćwiczeniu należy skoncentrować się na prawidłowej pracy stopą: pięta – śródstopie – palce – i na płaskim długim kroku.
Marsz z kijami za sobą (marsz z naprzemianstronną pracą ramion, kije należy ciągnąć luźno za sobą, nie trzymając i nie wbijając ich) - ćwiczenie ma za zadanie wymusić ustawienie kija pod kątem i przeniesienie go do przodu, ustawiając rękę na odpowiedniej wysokości; nie zapominamy o naprzemiennym ruchu ramienia i nogi.
Ćwiczenie nacisku na pasek (nie zaciskając dłoni, maszeruj aktywnie, czując opór na pasku – szczególnie pod koniec ruchu odpychaj się za pomocą paska).
Ćwiczenie koordynacji ruchu – marsz z zatrzymaniem. (start z pozycji wysuniętej prawej ręki i lewej nogi: trzy kroki – zatrzymanie i sprawdzenie ustawienia - lewa ręka i prawa noga – start – trzy kroki).
Prawidłowy spokojny marsz z fazą trzymania rękojeści w czasie pracy ramienia w tył i przeniesienia za pasek w przód. Co kilka kroków zatrzymanie – noga z przodu na pięcie, sprawdzenie miejsca wbicia kijka oraz długości ruchu drugiej dłoni – marsz, zatrzymanie.
Trenując, należy pamiętać o rozgrzewce i ćwiczeniach rozciągających. Świetnie sprawdzają się ćwiczenia z kijami oraz w dwójkach z pomocą współćwiczącego. Miłej zabawy i przyjemnej aktywności!
Krzysztof Koc
Gramy w szachy
Ciche posunięcie
O skuteczności ataku często przesądza tak zwane „ciche” posunięcie, które nie jest ani szachem, ani biciem. Przy liczeniu wariantów jest ono trudne do znalezienia, gdyż uwaga grającego skierowana jest głównie na rozpatrywanie ruchów bezpośrednio zagrażających królowi lub innym figurom. Cichy ruch stanowi natomiast tylko przygotowanie groźby, która jest nie do odparcia i kończy partię:
Białe: Kc1, Hh4, Wc3, Gg2, Sf3, a4, b3, c2, g3, h2
Czarne: Ka6, Hc8, Wh8, Gd5, Sc6, a5, b6, c7, d6, g6, h7
1.W:c6! G:c6 2.Hc4+ Kb7 Po 2...Ka7 3.H:c6 białe też powinny wygrać 3.H:c6+! K:c6 4.Se5+ Kc5 5.Sd3+ Kd4 Dotąd policzyć było łatwo, teraz jednak rozstrzyga tylko 6.Kd2! i czarne nie mają obrony przed 7.c3x
Szofman – Iliwicki 1945
Białe: Kh1, Hf3, We1, Gg5, Sf5, Sg2, b2, c2, e4, g4, h2
Czarne: Kg8, Hc7, Wd8, Gc6, Gf8, Sf6, b4, e5, f7, g7, h7
Uzasadnieniem poświęcenia 1...G:e4! 2.W:e4 było ciche 2...Wa8! Po 2...S:e4? 3.G:d8 nie było rekompensaty za figurę. Po dalszym 3.We3 (3.G:f6 Wa1+) 3...Wa1+ 4.Se1 W:e1+ 5.Kg2 e4 6.Hg3 W:e3 7.S:e3 Sd7 czarne zdobywały tylko pionka, ale do wygranej powinno to wystarczyć.
Czasami ciche ruchy bywają wstępem do kombinacji:
Białe: Kh1, Hh6, Wf3, Wg1, a2, h2
Czarne: Kh8, Ha8, Wf8, Ge5, a6, d6, e6, f7, h7
Po trudnym do znalezienia 1.Wg2! druga wieża zostaje uwolniona od związania i czarne nie mają obrony przed matem: 1...H:f3 2.H:f8x lub 1...Wg8 2.H:h7+! K:h7 3.Wh3x
A.Jusupow – M.Dworecki 1985
Białe: Ke1, Hc3, Wg3, Gb3, Gc5, a2, b2, f2, f3, h2
Czarne: Kg7, He6, Wa8, Gh5, Sd5, a7, b7, e5, g6, h7
W pozycji na diagramie nic nie daje 1.Hd2 Wd8 2.Hg5? Hf6! (Skuteczna obrona przed 3.H:d8 i 3.H:h5) 3.H:h5 Sf4! 4.Hg5 Sd3+. Można wprawdzie grać 2.G:a7, ale po 2...Hf6 czarne najgorsze mają za sobą. Znacznie silniejsze jest 1.Ha5! Grozi teraz 2.G:d5 H:d5 3.Gf8+ z zyskiem hetmana. Białe jednocześnie odbierają wieży pole d8. Po ewentualnym dalszym 1...Kh8 2.Ge3 b5! 3.H:b5 Wd8 4.G:a7 białe zostają z przewagą dwóch pionków.
Bardzo efektownie wyglądają ciche posunięcia w obronie:
J.Geller – E.Gufeld 1980
Białe: Kg1, Hh6, We4, Sf3, a3, b2, d3, e5, f2, g2, h2
Czarne: Kg8, Ha2, Wa8, Wc8, Ge7, a6, b7, e6, f7
Do tej pozycji dążyły białe, poświęcając wieżę. Wydawało im się, że po 1...Hb1+ 2.Se1 jedyną obroną przed 3.Wg4+ jest oddanie hetmana na e1. Nastąpiło jednak zaskakujące 2...Wc4! 3.We3 Nic lepszego nie ma: 3.W:c4? H:e1x czy 3.dc4 H:e4 3...Wg4 4.Hh3 Wg6 i czarne wygrały.
A.Alechin – Werlinski Odessa 1918
Białe: Kg1, Hb3, Wc1, Wd6, Gg5, Se5, a2, b2, g2, h2
Czarne: Kh8, Hc7, Wa8, Wf8, Ge2, a7, b7, e4, g7, h7
Czarne ofiarowały figurę uznając, że groźby 1...H:d6 i 1...H:c1+ spowodują odzyskanie materiału (1.W6d1 H:e5). Po ewentualnym 1.Sg6+ hg6 2.Hh3+ Kg8 3.Hb3+ Hf7 pozycja ich była przyjemniejsza. Białe znalazły jednak kapitalny cichy ruch hetmanem 1.Hd1! który pozwolił utrzymać przewagę materialną (1...G:d1 2.W:c7).
E.Ermenkow – G.Sax 1969
Białe: Kg1, Ha3, Wf1, a4, d6, f2, g3, h2
Czarne: Kg7, He2, Wc2, a5, d3, f3, f7, g6
1.d7! Alternatywą było 1.Ha1+? f6 2.d7 He7 3.Hd4 He2 4.Ha1 (Ale nie 4.d8H? H:f1+! z matem) 4...He7 5.Hd4 z remisem przez powtórzenie posunięć 1...H:f1+!? Jedyna szansa. Po 1...d2 2.Ha1+ f6 3.d8H pozycja jest przegrana 2.K:f1 d2 3.H:f3! Z daleka wydawało się czarnym, że jedyną obroną przed 3...Wc1+ jest 3.Hf8+ K:f8 4.d8H+ Kg7 5.Hd4+ z wiecznym szachem 3...Wc1+ 4.Hd1! W:d1+ 5.Ke2 Wb1 6.d8H d1H+ 7.H:d1 W:d1 8.K:d1 z wygraną dla białych końcówką pionkową.
W grze końcowej i w studiach ciche posunięcie przeważnie wpędza przeciwnika w zugzwang lub stwarza groźby nie do odparcia:
Białe: Kf5, Wc7, Gh5, a4, h3
Czarne: Kd8, Wg8, a5, h6
Białe mają przewagę figury, ale wobec gróźb 1..K:c7 i 1...Wg5+ muszą ją oddać. Nie przechodzi 1.Gf7?, bo Wg5+. Do zwycięstwa prowadzi jednak 1.Wc4! Wg5+ 2.Ke6! W:h5 i teraz po 3.h4! i czarne tracą wieżę lub dostają mata.
Troicki Kubbel 1936
Białe: Kb1, Hd1, Sa8
Czarne: Ka3, Ha5, a7, b4, c5
1.Hc1+ Ka4 Słabsze jest 1...Kb3 2.Hc2+ Ka3 3.Ha2x 2.Hc4! Pierwszy zugzwang po cichym posunięciu 2...Hd8 Jeśli 2...a6, to 3.Kb2 Hd8 4.H:a6+ z matem 3.Ha6+ Ha5 Do straty hetmana prowadzi 3...Kb3 4.Ha2+ Kc3 5.Hc2+ Kd4 6.Hd2+ 4.Sb6+! ab6 5.Hc4! Drugi zugzwang – czarne tracą hetmana lub dostają mata.
D.Pietrow 1948
Białe: Kc8, We1, Gf8, Se7
Czarne: Kd6, Hd2, b5, b6, d7
Niewidomi szachiści bardzo lubią rozwiązywać studia. Na zgrupowaniu przed laty to zadanie sprawiło naszej czołówce najwięcej problemów. Kilkakrotnie upewniano się nawet, czy pozycja jest podana prawidłowo... Ale były ku temu podstawy – rozwiązanie jest niezwykle trudne do znalezienia 1.Sf5+ Kc6 Nie można 1...Kd5?, bo 2.Wd1! H:d1 3.Se3+. 2.Wd1!! H:d1 3.Gb4! Grozi 4.Se7x Aż trudno uwierzyć, że jedyną obroną jest oddanie hetmana za darmo 3...He2 Lub 3...Kd5 4.Se3+ 4.Sd4+ z wygraną pozycją, choć wymaga ona jeszcze trochę techniki w likwidacji pionków.
Najsłynniejszym przykładem cichego posunięcia jest jednak poniższa sytuacja:
F.Saemisch – A.Nimzowitsch Kopenhaga 1923
Białe: Kh1, He3, We1, Wg1, Gd2, Gg2, Sb1, a2, b2, d4, g3, h3
Czarne: Kg8, Hd7, Wf2, Wf5, Gd3, Gd6, a6,
b4, d5, e4, e6, g7, h7
Po cichym
25...h6! białe złożyły broń, gdyż przy pełnej desce figur znalazły się
w zugzwangu. Każdy ruch figurą prowadzi do strat: 26.Wc1 We2; 26.Wd1 We2; 26.Gf1 W2f3; 26.Gc1 G:b1; 26.Kh2 W5f3. Pozostają tylko ruchy pionkami, ale i te wkrótce się skończą.
Ryszard Bernard
W dniach 17-21 lipca 2011 r. w
Żurominie odbył się XI Międzynarodowy Turniej Warcabowy Ziemi Zawkrzeńskiej.
Uczestniczyło w nim 96 zawodników i zawodniczek z ośmiu krajów. Z naszego
środowiska do udziału w turnieju swoich zawodników zgłosiły trzy kluby:
„Podkarpacie” Przemyśl – Jolantę Pich i Zenona Sitarza, „Pionek” Bielsko Biała
– Stanisława Raczka i Karola Dziędziela oraz „Cross Opole” – Ewę i Mirosława
Grabskich. Dla osób z dysfunkcją wzroku było to spore wyzwanie, nowe
doświadczenie i dodatkowo niepewność, jak zostaną przyjęci przez zawodników
pełnosprawnych i na jaki wynik ich stać. Przyjęci zostali ze zrozumieniem i
byli zadowoleni z dużej kultury gry. Biorąc pod uwagę kategorie naszych
zawodników, ich końcowe wyniki w tak silnie obsadzonym turnieju należy ocenić
jako duży sukces. Miejsce 41. Zenona Sitarza i 44. Mirosława Grabskiego to
rejony tabeli, w których znaleźli się także zawodnicy z kategoriami o wiele
wyższymi. Również 56. miejsce Stanisława Raczka jest dużym sukcesem.
W konfrontacji z młodymi, w pełni zdrowymi i często dużo lepiej przygotowanymi
zawodnikami wielu krajów, nasi reprezentanci wychodzili obronną ręką – w
niektórych przypadkach będąc blisko sprawienia nie lada sensacji. Już w
pierwszej rundzie Stanisław Raczek rozegrał bardzo dobrą partię z mistrzem
Białorusi, Wladislawem Splenderem i był bardzo blisko osiągnięcia remisu.
Ponieważ partia ta rozgrywana była na jednej z czołowych desek turnieju, można
ją było na bieżąco śledzić w internecie. Być może to dodatkowo motywowało
zawodnika z Bielska-Białej, gdyż w trakcie gry miał dłuższe okresy przewagi
pozycyjnej.
O końcowym wyniku partii zdecydowało jednak jeszcze zbyt małe doświadczenie
Polaka. Warto nadmienić, że Wladislaw Splender zajął 4. miejsce w turnieju.
W drugiej rundzie bliski sprawienia jeszcze większej niespodzianki był Mirosław
Grabski, który mógł wygrać z aktualną mistrzynią Polski, Natalią Sadowską (7.
miejsce
w turnieju). Uzyskany remis i tak jest dużym sukcesem, który Mirek osiągnął
dzięki doskonałej obronie przed seryjnie grożącymi kombinacjami. Poniżej
analiza tej partii.
Mirosław Grabski – Natalia Sadowska
1. 32-28 18-22 2. 37-32 12-18 3. 41-37 7-12 4. 34-30 1-7 5. 46-41 20-25
Po niewielkiej zmianie kolejności posunięć, partia wróciła na utarte teoretyczne ścieżki.
6. 30-24 19x30 7. 35x24 14-20 8. 39-34 20x29 9. 34x23 18x29 10. 33x24 22x33 11. 38x29 10-14 12. 42-38 5-10 13. 47-42 14-20 14. 32-28
Niedokładne zagranie. Prawidłowy był plan: 14. 38-33, 15. 42-38, 16. 44-39, 17. 50-44 zachowujący kolumnę 32-41, w celu wykorzystania jej do wymiany, gdy czarne zagrają na 21.
14… 16-21 15. 37-32!
15. 31-26 pozwoliłoby na dobrą odpowiedź 15… 21-27.
15… 21-26 16. 41-37 10-14 17. 43-39! 17-22 18. 28x17 11x22 19. 38-33?
Posunięciem 17. 43-39! białe przygotowały się do korzystnych wymian 19. 32-28! 22x33 20. 39x28 i następnie: 21. 37-32 26x37 22. 42x31 – mając możliwość zyskania + 6 temp należało ten plan kontynuować.
19… 22-27?
Taką wymianą czarne dają białym czas na poprawienie aktywności długiego skrzydła.
20. 32x21 26x17 21. 37-32 17-21 22. 49-43 6-11 23. 32-28?
Lepsze było 23. 33-28, nie blokujące aktywności kamieni na krótkim skrzydle. Dalej należałoby grać: 24. 43-38, 25. 39-33, 26. 44-39, 27. 50-44.
23… 11-17 24. 43-38
Czarne uzyskały przewagę w postaci lepszej aktywności pozycyjnej. Powstałe u białych rzeszoto daje czarnym dodatkowo duże możliwości ustawiania zagrożeń kombinacyjnych. Jeśli jednak istnieje możliwość obrony, gra na kombinacje jest ryzykiem, zwłaszcza gdy prowadzi do utraty przewagi pozycyjnej. W tej partii czarne idą na takie ryzyko, przygotowując serię kombinacji.
24… 14-19 25. 40-35 19x30 26. 35x24 9-14 27. 44-40!
Po 27. 45-40? czarne mają kombinację 27… 25-30 28. 24x35 20-24 29. 29x18 12x45.
27… 3-9 28. 50-44 14-19 29. 40-35 19x30 30. 35x24 9-14 31. 44-40!
Znów groziła ta sama kombinacja po 31. 45-40?
31… 14-19 32. 40-35 19x30 33. 35x24 4-9
Czarne przygotowują kolejny raz tę kombinację.
34. 42-37 9-14
Mogło by się wydawać, że teraz w końcu białe muszą zagrać 35. 45-40, aby obronić zagrożony kamień 24. Jest jednak prawidłowa obrona:
35. 28-23!
Plan szybkiego wygrania partii przez czarne nie powiódł się. Białe nie tylko wyszły obronną ręką z grożących im kombinacji, ale uzyskały co najmniej wyrównanie pozycji.
35… 21-26 36. 38-32! 7-11 37. 32-28 13-18?
Optymistyczne zagranie czarnych. W sytuacji, kiedy białe, mając klina, opanowały centrum przy ograniczonej ilości materiału, który pozostał w grze, czarne już powinny dążyć do remisu poprzez 37… 13-19 38. 24x13 z dalszym 38… 19-24, 39… 14-19.
38. 37-32 26x37 39. 32x41 11-16 40. 41-37 16-21 41. 37-32 18-22 42. 39-34 21-27 43. 32x21 17x26 44. 28x17 12x21 45. 33-28 8-12 46. 48-42 21-27 47. 45-40 2-7
Teraz już białe mają przewagę. Pozycja czarnych rozdzielona na dwie części, bez możliwości organizowania jakiegokolwiek ataku, nie jest zagrożeniem dla białych.
48. 42-37?
Niepotrzebna strata czasu. Poza tym to posunięcie daje możliwość uzyskania remisu przez czarne. Po 48. 40-35 7-11 wiele wariantów daje białym możliwość wygranej. Na przykład: a) 49. 35-30 11-16 50. 24-19 17-21 51. 19x10 15x4 52. 23-18 (na 52. 30-24 nastąpi 4-10 53. 24x4 16-21 54. 4x31 26x48) 17-21 53. 18-12; b) 49. 35-30 11-16 50. 24-19 16-21 51. 19x10 15x4 52. 42-37 4-10 53. 30-24 10-15 54. 23-19 27-32 55. 28-23 32x41 56. 36x47 26-31 57. 19-13 31-37 58. 13-9; c) 49. 35-30 14-19 50. 23x14 (50. 24x13 12-18 51. 13x31 26x48) 20x9 51. 24-19 11-16 52. 29-23 16-21 53. 34-29 25x34 54. 29x40 12-17 55. 40-34 17-22 56. 28x17 21x12 57. 34-30 9-14 58. 19x10 15x4 59. 30-24 z wygraną pozycją; d) 49. 35-30 14-19 50. 23x14 20x9 51. 24-19 9-14 52. 19x10 15x4 53. 29-23 11-17 54. 30-24 4-9 55. 34-29 9-13 56. 23-19 26-31 57. 19x8 12x3 58. 29-23 3-9 59. 23-19. W partii było:
48… 7-11 49. 40-35 11-16 50. 35-30 12-17
I zgodzono się na remis. Na 51. 24-19 czarne mają odpowiedź 51… 27-31 52. 36x27 17-21 53. 19x10 21x41
Jan Sekuła



