stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 9 (114) Wrzesień 2014

Nr 9 (114) WRZESIEŃ 2014

 

ISSN 1427-728X

ROK XII

Nr 9/2014 (114)

Wrzesień 2014 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,
666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Miesięcznik dofinansowuje 


Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści:

Olimpijska rocznica

M. Dębowska

Przepustka na mistrzostwa 

Mirosław Jurek

Kadrowicze trzymają fason  

(KAZ)

Podtrzymana tradycja 

Wojciech Kopczyński

Wiadomości

Wakacyjne wiosłowanie 

Wojciech Kopczyński

Jechać każdy może... 

Barbara Zarzecka

Wyprawa życia

Rafał Gręźlikowski

Zarazki są wśród nas 

(BWO)

Jak zachować energię i dobry wygląd na jesień? 

Krzysztof Koc

Gramy w szachy 

Ryszard Bernard

Gramy w warcaby 

Jan Sekuła

W jakich szkoleniach chciałbyś uczestniczyć?

 

aaa

 

szachy

 

Olimpijska rocznica

W tym roku minęło 20 lat od pierwszego startu drużyn reprezentujących Międzynarodowy Związek Niewidomych Szachistów (IBCA) w olimpiadach szachowych FIDE. Niewidomi i słabowidzący szachiści zagrali po raz pierwszy na olimpiadzie w Moskwie w roku 1994. 

W drużynach IBCA – kobiecej i męskiej – zawsze występowali Polacy. Teresa Dębowska i Piotr Dukaczewski grali na dziewięciu olimpiadach. Dębowska nie zagrała w Calvi w roku 2004 i w Chanty Mansyjsku (2010), a Dukaczewski w Dreźnie (2008) i Chanty Mansyjsku. Do reprezentacji IBCA siedem razy powoływana była Anna Stolarczyk – pierwszy raz na olimpiadę w Bled (2002). W olimpiadach FIDE dwukrotnie uczestniczyła także Józefa Spychała (Erewan 1996 i Calvia 2004). Jeden raz zagrał Rafał Gunajew (Bled) i Tadeusz Żółtek (Calvia).

41. Olimpiada Szachowa FIDE, która odbyła się w dniach od 1 do 14 sierpnia 2014 roku w norweskiej miejscowości Tromso, była dla szachistów IBCA jedenastą z kolei. Po majowych mistrzostwach świata w Grecji władze Związku zatwierdziły składy obu drużyn. W kobiecej znalazły się zawodniczki z trzech krajów: Luba Żilcowa (Ukraina), Daria Pustowoitowa (Rosja), Anna Stolarczyk i Teresa Dębowska (Polska), Shafiga Valner (Rosja). Do drużyny męskiej powołani zostali: Daniel Pulvett (Wenezuela), Piotr Dukaczewski (Polska), Jurij Mieszkow (Rosja), Jacek Stachańczyk (Polska) i Oliver Mueller (Niemcy). W ostatniej chwili z udziału w olimpiadzie, z powodu choroby, zrezygnowała Pustowoitowa. Zastąpiła ją Irina Zarubynska z Ukrainy.

Tromso to rodzinne miasto aktualnego szachowego mistrza świata Magnusa Carlsena. Jego sukces ogromnie spopularyzował tę dyscyplinę sportu w całej Norwegii. Szczególnie czuje się to właśnie w mieście tegorocznej olimpiady. Przez dwa tygodnie całe Tromso było wprost przez szachy opanowane. Gdzie się nie spojrzało i gdzie się nie weszło, wszędzie widać było szachowe motywy i rozstawione komplety szachów.

Tromso leży na wyspie Tromsoya, na dalekiej północy Norwegii, 350 kilometrów za kręgiem polarnym. Stąd na początku XX wieku wyruszały pierwsze wyprawy na zdobycie bieguna północnego, a wcześniej, w połowie XIX wieku, tu koncentrowały się arktyczne połowy. Miasto Carlsena nazywane jest bramą Arktyki. Jego położenie jest urzekające – nad morzem, w otoczeniu wysokich, surowych gór. Jest dość rozległe – spora część miasta leży na wyspie, połączonej mostem ze stałym lądem. Jego urok docenić można, wjeżdżając kolejką gondolową Fjellheisen na niewielką górę Storsteinen o wysokości 421 metrów n.p.m. Roztacza się stąd zapierający dech w piersi widok na miasto i okolicę, szczególnie piękny podczas letnich białych nocy. Ostatni kurs kolejka ma godzinę po północy.

Choć w Tromso to natura gra pierwsze skrzypce, to jest tu także wiele atrakcji i ciekawych miejsc, które warto poznać. Choćby arktyczna katedra czy nowoczesne muzeum Polaria poświęcone Arktyce – z panoramiczną salą projekcyjną, pozwalającą przenieść się w wyobraźni na odległy Svalbard. W pierwszym dniu wolnym od gry członkowie reprezentacji IBCA wraz z prezydentem Beutelhoffem i jego małżonką zwiedzili bardzo interesujące muzeum polarne poświęcone historii dalekiej północy Norwegii.

W Tromso jest też teatr, doskonała orkiestra symfoniczna, najdalej na północ położony uniwersytet i... najbardziej północny browar świata – L. Macks Olbryggeri. Z okazji olimpiady wyprodukował on 900 litrów piwa o szachowej nazwie Sjakk Mack (Szach Mat). Przy browarze działa nastrojowy pub Olhallen. Podobno ten, kto nie odwiedził tego miejsca, to jakby nie był w Tromso. Z pewnością bywało tu wielu uczestników olimpiady.

Szachy są chyba jedyną dyscypliną sportu, w której na drużynowe mistrzostwa świata (bo tym są w istocie olimpiady) przyjeżdżają wszystkie reprezentacje. W jedno miejsce zjeżdża ich sto kilkadziesiąt. Jednocześnie, obok meczów decydujących o medalach, toczą się egzotyczne pojedynki o miejsca w drugiej setce drużyn: Togo – Lesoto czy Butan – Wyspy Salomona. Kiedyś olimpiady dzielono na męskie i kobiece, jednak coraz liczniejsze uczestnictwo kobiet w „męskich” reprezentacjach wymusiło zmianę nazwy na open.

W norweskiej olimpiadzie wzięła udział rekordowa liczba federacji. W turnieju open sklasyfikowano 172 drużyny, w kobiecym – 136. Gospodarze olimpiady, oprócz reprezentacji narodowej, wystawili dodatkowe dwie drużyny – Norwegia II i Norwegia III. Tradycyjnie grały też trzy reprezentacje szachistów niepełnosprawnych. Oprócz niewidomych i słabowidzących grali także niepełnosprawni ruchowo reprezentujący IPCA oraz głusi – ICCD. Razem z osobami towarzyszącymi zawodnikom i delegatami na kongres FIDE do Tromso przyjechało ponad trzy tysiące osób. Uczestników rozgrywek rozlokowano w hotelach w różnych częściach wyspy, skąd dowożeni byli na miejsce zawodów autobusami pomalowanymi w barwy i symbole norweskiej olimpiady. Wszystkie trzy reprezentacje szachistów niepełnosprawnych zakwaterowane były w hotelu Radisson Blu, na nabrzeżu portowym – 15 minut spacerem od sali gry.

Polska reprezentacja narodowa zjawiła się w Norwegii w następującym składzie: drużyna open – Radosław Wojtaszek, Grzegorz Gajewski, Mateusz Bartel, Bartosz Soćko, Jan Krzysztof Duda; drużyna kobieca – Monika Soćko, Jolanta Zawadzka, Karina Szczepkowska-Horowska, Marta Bartel i Klaudia Kulon.

W ponad 150-osobowej obsadzie sędziowskiej olimpiady znalazł się także reprezentant Polski. Był nim Tomasz Delega, prezes Polskiego Związku Szachowego. Powierzono mu sędziowanie pojedynków na prestiżowym pierwszym stole w sektorze kobiecym.

Otwarcie olimpiady odbyło się w hali, która na co dzień jest krytym boiskiem piłkarskim. Uroczystość była świetnie zorganizowana i przeprowadzona. Transmitowała ją norweska telewizja, co chyba nigdy dotąd nie zdarzyło się w historii tej imprezy. Kolory dla drużyn z pierwszymi numerami startowymi w turnieju open i kobiecym – Rosjan i Chinek – wylosował mistrz świata. W obu przypadkach był to kolor czarny.

Zawody rozgrywane były w ogromnej, liczącej około 7500 metrów kwadratowych hali, położonej na nabrzeżu portowym i przystosowanej do potrzeb olimpiady. Zwykle pełni ona chyba rolę magazynu. Drużyny niewidomych i słabowidzących, głuchych i niepełnosprawnych ruchowo grały w osobnej, wydzielonej sali. Tam też odbywały się mecze końcówki turnieju kobiecego.

Początek olimpiady to jak zwykle spory chaos. Pół godziny przed pierwszą rundą ogromna kolejka zawodników ustawiła się do kontroli bezpieczeństwa. Norwegom udało się to jednak w miarę sprawnie opanować i runda ruszyła jedynie z 15-minutowym opóźnieniem. Pierwsza rozgrywana była o 15.00, kolejne – o 14.00. Nie dotarło to do wszystkich szachistów. W drugim dniu zawodów na rundę o godzinie 15.00 przyszedł arcymistrz Aleksander Bielawski reprezentujący Słowenię. Walkowera zaliczyły także reprezentacje Palestyny. Kobiety spóźniły się, a panowie w ogóle nie pojawili się na sali gry, podobnie jak męska reprezentacja Burundi. W końcówce turnieju zawodnicy tego kraju byli powodem innej sensacji. Po ósmej rundzie organizatorzy olimpiady ogłosili, że zaginęło siedem osób z reprezentacji Burundi – jeden zawodnik drużyny open, cztery zawodniczki oraz dwójka działaczy. Sprawę oddano w ręce norweskiej policji. Ponieważ wszyscy posiadali wizy Schengen, podejrzewano więc, że byli już wówczas poza Norwegią.

Ostatni dzień olimpiady przyniósł też smutne zdarzenia. Na sali gry zmarł 67-letni Kurt Meier z Seszeli. A wieczorem, w hotelu Radisson Blu, odnaleziono nieżyjącego zawodnika reprezentacji ICCD – 46-letniego Aliszera Anarkulowa z Uzbekistanu.

Sędziowie bardzo restrykcyjnie przestrzegali zasady, aby w momencie rozpoczęcia rundy wszyscy zawodnicy byli na swoich miejscach, przy szachownicach. Olimpiada jest turniejem ogromnym, więc codziennie zdarzały się zawodnikom jakieś wpadki. Pierwsze przyniosła druga runda. Dużo osób było świadkami łez młodziutkiej reprezentantki Ruandy Murari Umuhozy Layoli, która kilka minut spóźniła się na partię i niestety już jej nie rozegrała. Zgubiła koleżanki z drużyny i nie mogła w porę odnaleźć na sali swojego sektora gry. To samo spotkało reprezentanta Zambii, który był już na sali podczas rozpoczęcia rundy, jednak nie zdążył dobiec do swojej szachownicy.

Męska drużyna IBCA grała w Norwegii bez zawodnika rezerwowego. Nie dotarł na olimpiadę wraz ze swym przewodnikiem Daniel Pulvett z Wenezueli, który był rozstawiony na pierwszej szachownicy. Jego przewodnik miał pełnić funkcję kapitana męskiej reprezentacji. W dniu przyjazdów Pulvett przysłał do będącego w Tromso prezydenta IBCA Ludwiga Beutelhoffa wiadomość, że dotrą na olimpiadę w dniu wolnym. Pierwszy dzień wolny był po piątej rundzie. Zawodnicy grali więc tymczasem bez zmiennika, a funkcję kapitana męskiej reprezentacji przejął przewodnik Rosjan. Ale niestety, Pulvett w Tromso już się nie pojawił. Do anegdot przejdzie fakt, że jednak mimo nieobecności na olimpiadzie, znalazł się w składzie IBCA na ostatnią, jedenastą rundę rozgrywek. Sprawcą tego lapsusa był wiceprezydent IBCA Nikos Kalesis z Grecji. W Tromso pełnił on funkcję kapitana kobiecej reprezentacji IBCA i zgłaszał codziennie składy obu drużyn. Przed ostatnią rundą był dzień wolny, który wybił go z rutyny codziennych obowiązków. I Nikos za późno zgłosił zmiany w drużynach. W ostatnim dniu zawodów obie reprezentacje musiały więc grać w podstawowym składzie, zgłoszonym na olimpiadę.

Grając w osłabionym składzie, męska reprezentacja IBCA nie powtórzyła sukcesu sprzed dwóch lat, ze Stambułu, kiedy to wygrała klasyfikację w swojej grupie rankingowej. W Tromso najlepszy wynik w drużynie osiągnęli Polacy, którzy uzyskali po 6 punktów z 11 gier i kilkunastopunktowe zyski w rankingu ELO. Piotr Dukaczewski odniósł też sukces, wygrywając z arcymistrzem Zambraną Oswaldo z Boliwii. Jurij Mieszkow z Rosji zakończył olimpijskie rozgrywki na jednym minusie (5 p.). Nie najlepiej grał Oliver Mueller z Niemiec. Z 10 partii uzyskał jedynie 2,5 punktu. Niespodziewanie słabą formę zademonstrowała też Luba Żilcowa z Ukrainy, grająca na pierwszej desce w drużynie kobiecej. Uzyskała 6 punktów z 11 partii. Dwadzieścia lat temu w Moskwie odbierała złoty medal za najlepszy wynik olimpiady na pierwszej szachownicy. Pięćdziesiąt procent punktów wywalczyły na swych szachownicach Anna Stolarczyk i Teresa Dębowska z Polski oraz Irina Zarubynska z Ukrainy. Shafiga Valner z Rosji, uzyskując półtora punktu z siedmiu rozegranych partii, odnotowała znaczne straty rankingowe.

W ogólnej klasyfikacji turnieju open miano najlepszej drużyny świata wywalczyła po raz pierwszy reprezentacja Chin. Zajmując drugie miejsce, Węgrzy ocalili honor Europy. Brązowy medal przypadł Hindusom. W turnieju kobiet trzeci raz z rzędu najlepsza okazała się reprezentacja Rosji. Srebro zdobyły Chinki, z którymi reprezentacja kobieca IBCA spotkała się w pierwszej rundzie rozgrywek. Brązowymi medalami olimpiady udekorowano Ukrainki. Jedynym trofeum, jakie z Tromso wywiozła polska reprezentacja narodowa, był srebrny medal Marty Bartel wywalczony na czwartej szachownicy. Marta nie przegrała w turnieju żadnej partii.

Oprócz samych rozgrywek olimpijskich, w Tromso miał także miejsce kongres FIDE, na którym odbyły się między innymi wybory prezydenta FIDE oraz władz kontynentalnych federacji szachowych. O najwyższe stanowisko w świecie szachowym walczyli dwaj kandydaci – aktualny prezydent FIDE Kirsan Ilumżynow i Gari Kasparow, trzynasty szachowy mistrz świata. Plakaty z podobizną kandydującego Kasparowa były w Tromso wszędzie. Nie przekonał on jednak do siebie szachowego świata i na kolejną kadencję prezydenturę objął Ilumżynow. Nowym prezydentem Europejskiej Unii Szachowej został Zurab Azmaiparaszwili z Gruzji.

 

41. Olimpiada Szachowa FIDE

1-14.08.2014 r., Tromso (Norwegia)

Kategoria open (172 drużyny)

1. Chiny 19 p.

2. Węgry 17 p.

3. Indie 17 p.

4. Rosja 17 p.

5. Azerbejdżan 17 p.

15. Polska 15 p.

78. IBCA 12 p.

Piotr Dukaczewski (Polska) 6 p. z 11 partii

Jurij Mieszkow (Rosja) 5 p. z 11 partii

Jacek Stachańczyk (Polska) 6 p. z 11 partii

Oliver Mueller (Niemcy)  2,5 p. z 10 partii

 

Olimpiada kobieca (136 drużyn)

1. Rosja 20 p.

2. Chiny 18 p.

3. Ukraina 18 p.

4. Gruzja 17 p.

5. Armenia 17 p.

6. Kazachstan 17 p.

7. Polska 16 p.

82. IBCA 0 p.

Lubow Żilcowa (Ukraina) 6 p. z 11 partii

Anna Stolarczyk (Polska) 5,5 p. z 11 partii

Teresa Dębowska (Polska) 4,5 p. z 9 partii

Shafiga Valner (Rosja) 1,5 p. z 7 partii

Irina Zarubynskaja (Ukraina) 3 p. z 6 partii

M. Dębowska

 

aaa

 

kolarstwo

 

Przepustka na mistrzostwa

 

Końcówka lipca i pierwsza połowa sierpnia to czas intensywnych przygotowań kadry kolarskiej do udziału w tegorocznych mistrzostwach świata w konkurencjach szosowych, odbywających się w Greenville (USA) od 29 sierpnia do 1 września.  

Najważniejszymi elementami tego makrocyklu szkoleniowego były – zgrupowanie w Zieleńcu i start w XIV Wyścigu Tandemowym po Ziemi Kłodzkiej. W imprezie wzięli udział również kandydaci do kadry, którzy wcześniej uczestniczyli w obozie treningowym w Radkowie. 

Kadrowicze, zgodnie z wieloletnią tradycją, ostatni etap przygotowań do mistrzostw świata realizują na zgrupowaniu w Zieleńcu. Są tam znakomite warunki do treningu – górski klimat (panuje pogląd, że jest on podobny do alpejskiego), dobrej jakości szosy, odpowiednie ukształtowanie terenu oraz bardzo przyjazny dla kolarzy hotel „Absolwent”, któremu szefuje przesympatyczna pani Maria Zaczyk. Zawodnicy „Olimpu” czują się tam niemal jak członkowie rodziny, a dobra atmosfera sprzyja ciężkiej pracy. W Zieleńcu następuje ostatnie „doładowanie akumulatorów” po to, by skumulowaną tam energię wykorzystać podczas najważniejszych startów w sezonie. Przeważają treningi kształtujące siłę i wytrzymałość specjalną, a w celu zwiększenia intensywności wysiłku w planach są również starty w trakcie zgrupowania.

Między 8 a 10 sierpnia odbył się trzyetapowy XIV Wyścig Tandemowy po Ziemi Kłodzkiej o Puchar Starosty Kłodzkiego. Zawody rozegrano w kategorii kobiet i mężczyzn. Pierwszy etap wyścigu – podjazd z Dusznik-Zdroju do Zieleńca na dystansie 6 km – był jednocześnie górskimi mistrzostwami Polski w jeździe na czas. W tej rywalizacji medalistami zostali:

Kobiety

Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek (KKT „Hetman” Lublin)

Anna Duzikowska – Aleksandra Stańczak („Warmia i Mazury” Olsztyn)

Izabela Hillar – Magdalena Przeworska („Warmia i Mazury” Olsztyn)

Mężczyźni

Marcin Polak – Michał Ładosz (KKT „Hetman” Lublin)

Piotr Urbanowicz – Michał Wyżlic („Warmia i Mazury” Olsztyn)

Przemysław Wegner – Piotr Czopek („Razem” Poznań) 

Drugi etap rozegrany został na trasie okrężnej Jaszkowa Górna – Drożków – Rogówek – Jaszkowa Górna o długości 11 km. Trasa wyścigu była bardzo trudna i obfitowała we wszystkie elementy charakterystyczne dla wyścigów górskich – trudny podjazd o długości 3 km, bardzo szybkie zjazdy z niebezpiecznymi zakrętami oraz odcinki wąskiej, krętej szosy w terenie pagórkowatym. Kobiety miały do pokonania dystans 44 km (4 okrążenia), a mężczyźni 77 km (7 okrążeń). Etap ten nie spowodował żadnych zmian w klasyfikacji kobiet, a kolejność była identyczna jak na czasówce. W wyścigu mężczyzn ponownie wygrali liderzy, natomiast 2. miejsce zajął tandem Piotr Kołodziejczuk – Paweł Kowalkowski i uzyskał 3. lokatę w klasyfikacji generalnej. Piotr Urbanowicz i Michał Wyżlic przyjechali na 3. miejscu, ale z niewielką stratą, dzięki czemu utrzymali pozycję wiceliderów. Kryzys przeżywał duet Przemysław Wegner – Piotr Czopek, który zanotował duże straty i spadł na 10. miejsce.

Trzecim i ostatnim etapem było kryterium uliczne w Kłodzku, rozegrane na dystansie 41 km (25 okrążeń) dla kobiet i 50 km (30 okrążeń) dla mężczyzn. Co pięć okrążeń rozgrywano lotny finisz premiujący punktami trzech pierwszych zawodników (odpowiednio 3, 2 i 1 p.). Na tej podstawie prowadzona była klasyfikacja punktowa kryterium, natomiast finisz na ostatnim okrążeniu decydował o kolejności i czasie uzyskanym na trzecim etapie. Zarówno w kategorii kobiet, jak i mężczyzn kryterium w Kłodzku wygrali liderzy, którzy przyjechali na metę z dużą przewagą nad konkurentami i jednocześnie byli najlepsi w klasyfikacji punktowej. Klasyfikacja generalna wyścigu jest następująca:

Kobiety

Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek (KKT „Hetman” Lublin)

Anna Duzikowska – Aleksandra Stańczak („Warmia i Mazury” Olsztyn)

Izabela Hillar – Magdalena Przeworska („Warmia i Mazury” Olsztyn)

Mężczyźni

Marcin Polak – Michał Ładosz (KKT „Hetman” Lublin)

Piotr Urbanowicz – Michał Wyżlic („Warmia i Mazury” Olsztyn)

Piotr Kołodziejczuk – Paweł Kowalkowski („Warmia I Mazury” Olsztyn) 

Zawodnicy „Olimpu” wystartują w tegorocznych mistrzostwach świata w następującym składzie: Anna Harkowska (klasa WC5) oraz tandemy: Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek, Marcin Polak – Michał Ładosz, Piotr Kołodziejczuk – Artur Korc, Przemysław Wegner – Piotr Czopek. Zawodnicy są dobrze przygotowani do startów w USA, co potwierdziły badania wydolności przeprowadzone w Zieleńcu przez lekarza kadry Piotra Kosielskiego, oraz pełni wiary w swoje możliwości. Kibicom pozostaje trzymać za nich kciuki i czekać na dobre wieści z Greenville.

Mirosław Jurek

 

aaa

 

kręgle

 

Kadrowicze trzymają fason

Letnie upały nie zniechęciły braci kręglarskiej do odwiedzenia nadmorskiego Pucka i udziału w II Ogólnopolskich Zawodach Kręglarskich dla Osób Niewidomych i Słabowidzących, organizowanych w tym mieście.

Joanna Staliś, koordynator turnieju z nyskiego „Atutu”, oraz sędzia główny Eugeniusz Biernat zadbali, aby trzydniowe zmagania, przeplatane morskimi i słonecznymi kąpielami, przebiegały bez zakłóceń, a wszyscy uczestnicy, których było aż osiemdziesięciu, miło spędzili czas i wrócili do domu pełni najlepszych wrażeń.

Na żadnym z sześciu torów emocji nie brakowało. Wśród kobiet prym wiodły medalistki ostatnich mistrzostw Europy, rozegranych w czerwcu w Tomaszowie Mazowieckim. W B1 zdecydowane zwycięstwo odniosła Mieczysława Stępniewska z „Omegi” Łódź – 462 p. Wakacyjną formę zaprezentowała tym razem mistrzyni kraju w tej kategorii Karolina Rzepa z „Łuczniczki” Bydgoszcz, która zaliczyła 335 p., co dało jej 5. miejsce. W kat. B2 triumfowała Jadwiga Szuszkiewicz z „Pionka” Włocławek (610 p.), natomiast kolejna reprezentantka kraju, Anna Barwińska z „Omegi” Łódź, zajęła 3. miejsce (552 p.), ustępując Marii Kieloch z „Moreny” Iława (570 p.). Najbardziej zacięta rywalizacja toczyła się w kat. B3. Mistrzyni Europy Irena Curyło z „Pogórza” Tarnów (606 p.) wyprzedziła koleżanki z reprezentacji: Emilię Sawiniec z „Hetmana” Lublin (595 p.) oraz Jolantę Krok-Sabaj z „Podkarpacia” Przemyśl (576 p.).

Rywalizację mężczyzn również zdominowali kadrowicze. Najwyższe wyniki uzyskali przedstawiciele kat. B3. Zwycięzcy Zbigniewowi Strzeleckiemu z „Karolinki” Chorzów zabrakło tylko dwóch oczek do 700 p., drugiemu w klasyfikacji Albertowi Sordylowi z „Pogórza” zabrakło oczek 41, zaś Władysławowi Szymańskiemu z „Omegi” – 65. Po operacji kolana do rzucania powrócił Mieczysław Kontrymowicz. Powrót był efektowny, albowiem zawodnik „Warmii i Mazur” wygrał z dobrym wynikiem 677 p. Ponad 600 p. rzucili też Stanisław Fortkowski z „Pogórza” (624 p.) oraz Mieczysław Sabaj z „Podkarpacia” (605 p.). W gronie czterech startujących niewidomych pewną wygraną zanotował Krzysztof Talkowski z „Hetmana” (425 p.).

Na uwagę zasługują też osiągnięcia zawodniczek i zawodników spoza kadry: Jolanty Lewandowskiej („Pionek” Włocławek) w kat. B2 oraz Moniki Grzybczyńskiej („Omega” Łódź) i Marianny Dorociak („Morena” Iława) w B3. Dwie pierwsze zajęły wysokie 4. miejsca z wynikiem odpowiednio 536 i 555 p., Dorociak była zaś 5. z rezultatem 541 p. U mężczyzn uwagę zwracają rezultaty wykulane w kategorii B2 – 605 p. Mieczysława Sabaja („Podkarpacie” Przemyśl), co dało mu 3. pozycję (jego żona, Jolanta, również zajęła 3. miejsce), a w B3 Ireneusza Stankiewicza („Jaćwing” Suwałki) – 601 p. i Tomasza Ćwikły („Morena” Iława) – 598 p.

Na najlepszych czekały okazałe puchary, dyplomy, punkty do rankingu oraz nagrody rzeczowe ufundowane przez Urząd Marszałkowski w Nysie i tamtejszy klub „Atut”. Zawody obserwowała trener kadry Bożena Polak, która, z małymi wyjątkami, mogła być usatysfakcjonowana dyspozycją reprezentantów kraju. Pani trener ma nadzieję, że niebawem pojawią się kolejni nowi zawodnicy, którzy dorównają kadrowiczom i jeszcze bardziej rozgrzeją rywalizację o miejsce w reprezentacji kraju. Wszyscy uczestnicy zapowiedzieli przyjazd do Pucka za rok. Wiadomo już, że turniej zostanie rozegrany w innym terminie – Joanna Staliś zaprasza nad morze w ostatni weekend czerwca 2015 roku.

II Ogólnopolskie Zawody Kręglarskie dlaOsób Niewidomych i Słabowidzących

7-10.08.2014 r., Puck

Kobiety

B1

Mieczysława Stępniewska („Omega” Łódź) 462 p.

2. Jolanta Nowacka („Cross Opole”) 383 p.

3. Regina Szczypiorska („Morena” Iława) 347 p.

B2

1. Jadwiga Dudek („Pionek” Włocławek) 610 p.

2. Maria Kieloch („Morena” Iława) 570 p.

3. Anna Barwińska („Omega” Łódź) 552 p.

B3

1. Irena Curyło („Pogórze” Tarnów) 606 p.

2. Emilia Sawiniec („Hetman” Lublin) 595 p.

3. Jolanta Krok-Sabaj („Podkarpacie” Przemyśl) 576 p.

Mężczyźni

B1

1. Krzysztof Tarkowski („Hetman” Lublin) 425 p.

2. Franciszek Kała („Jutrzenka” Częstochowa)  324 p.

3. Jan Kawecki („Pogórze” Tarnów) 262 p.

B2

1. Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 677 p.

2. Stanisław Fortkowski („Pogórze” Tarnów) 624 p.

3. Mieczysław Sabaj („Podkarpacie” Przemyśl) 605 p.

B3

1. Zbigniew Strzelecki („Karolinka” Chorzów) 698 p.

2. Albert Sordyl („Pogórze” Tarnów) 659 p.

3. Władysław Szymański („Omega” Łódź) 635 p.

 (KAZ)

 

aaa

 

żeglarstwo

 

Podtrzymana tradycja 

Od tragicznej śmierci Adama Ćwikły minęło już kilka lat. Zwłaszcza młodszych i tych, którzy nie znali go osobiście, może nurtować pytanie: kim był i czy warto pielęgnować pamięć o nim, poświęcając mu zawody? Memoriał jego imienia odbywa się już od czterech lat na wodach Jezioraka. I to nie tylko w ramach obozu żeglarskiego. 

Dla wielu był to szef Dolnośląskiego Okręgu Polskiego Związku Niewidomych, prezes tamtejszych spółdzielni. Społecznik, którego zajmowały problemy środowiska osób z dysfunkcją wzroku. Przy wielu okazjach podkreślał, że kłopoty z widzeniem to niepełnosprawność inna niż wszystkie, bo jak mówi chińska sentencja: „Jeden obraz równa się tysiącu słów”. Uświadamiał władzom, jak ważne są inwestycje przełamujące bariery i w imieniu całego środowiska wyrażał za nie podziękowania, jak choćby po stworzeniu miniatur zabytków Wrocławia.

W pamięci większości Adam utrwalił się jednak jako turysta, organizator wypoczynku i bard. Przez siedemnaście lat był uczestnikiem organizowanych na Pojezierzu Iławskim obozów kajakarskich i żeglarskich. Sam również zorganizował wiele imprez. Życzliwy, o ciepłym głosie, nie tylko potrafił dobrze doradzić, lecz przede wszystkim wysłuchać. Nigdy nie wysuwał się na pierwszy plan. Idealnie opisują go słowa A. Sikorowskiego: „…zawsze śpiewał po cichu, bez złości”. Wybierał ballady, bo w nich jest najwięcej miłości. Nie chwalił się swoimi umiejętnościami i nieprzeciętnym repertuarem. Pięknie brzmiał w duetach z Leonardą Pawłowską. Tworzył aranżacje szant na gitarę i skrzypce, by grać razem z Anią Olbryś. Znał ulubione utwory poszczególnych obozowiczów i umiejętnie je dozując, integrował biesiadników. Gdy było więcej gitarzystów obozowych czy zaprzyjaźnionych, do białego rana prowadził zabawę „Przyjaciele – przyjaciołom”, polegającą na tym, że na zagrany właśnie utwór odpowiadał własnym, zainspirowany tym, co usłyszał. Bo, jak napisał do jednej ze skomponowanych przez siebie szant:
„…najważniejsze, że jesteśmy tutaj razem, że możemy razem śpiewać i razem się śmiać, dając tyle, ile można drugiemu z życzliwości dać…”.

Wieloletnich organizatorów wypoczynku, jakim jest chociażby Stanisław Piasek, motywował swoją osobą do pracy. – Subtelny humor zawsze towarzyszył Adamowi – wspomina pan Stanisław. – Barwne opowieści i historie o nim mogłyby stać się kanwą dobrej komedii – dodaje. Do historii obozów kajakarskich przeszło zainspirowane przez niego zdjęcie kajakarza Henia Szumińskiego wracającego ze spływu: na koniu, za to w płetwach, kapoku i oczywiście z wiosłem. Jego zainteresowania się rozwijały. Wypływał także na wielką wodę i miłością do niej zaraził wiele osób.

Organizacja tegorocznego IV Memoriału  Adama Ćwikły, mimo braku obozu żeglarskiego, ani przez chwilę nie była zagrożona. Dzięki prywatnym czarterom i miłośnikom żeglarstwa, którzy przyjechali z różnych stron Polski (m.in. Annie Barwińskiej, Henrykowi Kuligowi, Bogdanowi Karpińskiemu z rodziną), udało się podtrzymać tradycję. Jak co roku, puchary ufundował wójt gminy Iława Włodzimierz Harmaciński. Na starcie biegu stanęły cztery łodzie, których załogi stanowili koledzy Adama. Część z nich uczestniczyła w odbywającym się właśnie obozie kajakarskim.

Bieg po największym rozlewisku w Siemianach dostarczył emocji zarówno żeglarzom, jak i obserwatorom. Zmienny wiatr i pomruki burzy do połowy dystansu nie pozwoliły nikomu uzyskać większej przewagi i utrzymywały uczestników w napięciu. Ostatecznie zwyciężył jacht Bugs ze sternikiem Elżbietą Ekiert, kapitanem Cezarym Królikiem i osadą w składzie: Tadeusz Ekiert, Danuta i Stanisław Odulińscy. Drugi był jacht dowodzony przez Annę Barwińską, trzeci dopłynął Bogdan Karpiński. Ostatnie miejsce przypadło jachtowi Mango dowodzonemu przez Mieczysława Kaciotysa. Pomysłodawca regat Stanisław Piasek rozdał pamiątkowe puchary i statuetki nie tylko zwycięzcom, lecz również osobom, które swoją postawą na nie zasłużyły; byli to Henryk Szumiński i Mieczysław Kaciotys.

Miejmy nadzieję, że w przyszłym roku obóz żeglarski się odbędzie i memoriał zyska liczniejszą obsadę. Miłośnicy żeglarstwa udowodnili, że stanowią silną, zgraną grupę, potrafiącą przezwyciężyć trudności. Dzięki nim została podtrzymana ciągłość imprezy i tworzy się nowa tradycja.

Wojciech Kopczyński

 

aaa

 

wiadomości

 

Kajakarstwo

Mistrzowie wracają do wioseł

Po rocznej przerwie Stowarzyszenie „Cross”, przy współudziale olsztyńskiego klubu „Warmia i Mazury”, zorganizowało już po raz dwunasty mistrzostwa Polski w kajakarstwie.

Zawody rozegrano w dniach 1-3 sierpnia 2014 r. w Ostródzie na torze regatowym na Jeziorze Drwęckim. Rywalizacja toczyła się w pięciu kategoriach: K2 kobiet i mężczyzn na dystansie 500 m, K2 kobiet i mężczyzn na dystansie 1000 m oraz w mikstach na dystansie 500 m.

W wyścigach kobiet na krótkim i długim dystansie tradycyjnie zaciętą walkę stoczyły zawodniczki z Iławy i Olsztyna. Ostatecznie to reprezentantki klubu „Morena” zdobyły cztery medale, w tym dwa złote, które trafiły do załogi Małgorzata Kamińska – Grażyna Kasprzycka. Te same zawodniczki wiodły prym w kategorii mikstów, w której Małgosia wraz z Januszem Jeleniem zdobyli złoty medal, a Grażyna z Tomaszem Ćwikłą brązowy. Jedynie Zofia Sarnacka i Joanna Pożarycka z Olsztyna starały się stawić im czoła. W rezultacie zdobyły dwa medale w rywalizacji kobiet (srebrny na krótkim dystansie i brązowy na długim), a w mikstach Zofia Sarnacka w parze z Markiem Mikulskim wywalczyli srebrny krążek.

Zupełnie odmiennie wyglądała rywalizacja wśród mężczyzn. Oprócz zawodników z Olsztyna i Iławy, do walki o medale bardzo mocno włączyli się reprezentanci klubów z Przemyśla i Łodzi. Największa niespodzianka to wyniki rywalizacji na krótkim dystansie. Zawodnicy z Iławy tym razem nie znaleźli się na podium, a faworyci
z Olsztyna – Stanisław Tomaś i Marek Mikulski – zdobyli srebrny medal. Niespodziewanie zwycięzcami zostali przedstawiciele klubu „Podkarpacie” Przemyśl: Dariusz Mądro – Piotr Dynda, natomiast brązowy medal zdobyli łodzianie – Tomasz Olechno i Daniel Roróg. Również na 1000 m silna przemyska załoga wywalczyła medal, tym razem brązowy, jednak dwa pierwsze miejsca zajęli już faworyci. Złoto przypadło osadzie Stanisław Tomaś – Marek Mikulski z Olsztyna, a srebro zgarnęli iławianie, załoga Janusz Jeleń – Jan Smoła.

 W klasyfikacji drużynowej zwyciężyła ekipa z Iławy, drugi był Olsztyn, a trzecie miejsce należało do łodzian. Zawody odbywały się w atmosferze zaciętej rywalizacji i z pewnością warto kontynuować je w kolejnych latach. Zachęcamy pozostałe kluby do rozwijania tej dyscypliny sportu, aby w przyszłym roku walka o trofea była jeszcze ciekawsza i bardziej nieprzewidywalna.

Impreza została dofinansowana przez Ministerstwo Sportu i Turystyki. 

 

Bowling

„Broadway” zdominowany przez „Łuczniczkę”

W dniach od 22 do 24 sierpnia 51 zawodniczek i zawodników rywalizowało w bydgoskiej kręgielni „Broadway” w turnieju bowlingowym, który na zlecenie Stowarzyszenia „Cross” zorganizował i przeprowadził tamtejszy klub „Łuczniczka”.

Pod względem sportowym gospodarze okazali się bardzo „niegościnni” dla swoich rywali, albowiem na sześć możliwych do odniesienia zwycięstw zgarnęli cztery. Znajomość kręgielni, a przy tym dobra dyspozycja sprawiły, że aż siódemka reprezentantów „Łuczniczki” ukończyła rywalizację w medalowej czołówce.

Nie od dziś wiadomo, że w kategorii B1 kobiet (niewidomi) dominują bydgoszczanki. U siebie zajęły całe podium. Zacięty pojedynek o zwycięstwo stoczyły: mistrzyni Mariola Maćkowiak (asystent Krystian Malcherek) i Karolina Rzepa, wicemistrzyni kraju. Tym razem nieznacznie lepsza okazała się srebrna medalistka. Rzepa wykulała 731 p., Maćkowiak zaś, borykająca się od pewnego czasu z kontuzją palców – 714. Trzecie miejsce przypadło Karolinie Trojan (417 p.), która tym samym zrewanżowała się Reginie Szczypiorskiej z „Moreny” Iława (375 p.) za porażkę we Wrocławiu.

U mężczyzn o sporą niespodziankę postarał się kolejny zawodnik „Łuczniczki” Patryk Iks, który dzięki zdobytym 659 p. (rekord życiowy), wyprzedził doświadczonych reprezentantów kraju Krzysztofa Tarkowskiego z „Hetmana” Lublin – 636 p. i Piotra Dudka z Pionka Włocławek – 603. Niewidomi: Rzepa, Trojan, szósta w B1 Katarzyna Świątek i Iks to wychowankowie lub absolwenci ośrodka szkolno-wychowawczego dla niewidomych w Bydgoszczy. Przygotowuje ich i prowadzi Kazimierz Fiut, wychowawca internatu.

Trzecie zwycięstwo dla gospodarzy odniósł z wynikiem 1013 p. w kategorii B2 mężczyzn Arkadiusz Gęstwiński, brązowy medalista MP. Wyprzedził wracającego po kontuzji Mieczysława Kontrymowicza z „Warmii i Mazur” Olsztyn (922) oraz Janusza Jelenia z „Moreny” Iława (880). Czwarty triumf zanotowała natomiast mistrzyni kraju w kategorii B3 Honorata Borawa. Reprezentantka „Łuczniczki” jako jedyna z kobiet przekroczyła 1000 p., zaliczając 4 oczka więcej. Druga w klasyfikacji Łucja Grochowska-Pilzek z „Jutrzenki” Częstochowa wykulała 868 p. i wyprzedziła o 22 p. olsztyniankę Jolantę Pazurkiewicz, wicemistrzynię Polski.

Bydgoszczanie pozwolili gościom wygrać w dwóch kategoriach: B2 kobiet i B3 mężczyzn. W tej pierwszej najlepszy wynik uzyskała Jadwiga Dudek („Pionek” Włocławek) – 901, ale już drugie miejsce przypadło – a jakże! – reprezentantce „Łuczniczki” Mirosławie Malcherek, brązowej medalistce z Wrocławia, za 844 zdobyte punkty. W B3 mężczyzn zacięty bój o pierwsze miejsce stoczyli: Cezary Dybiński („Warmia i Mazury”), trzeci zawodnik MP, Ireneusz Stankiewicz („Jaćwing” Suwałki) i Marcin Binkuś („Morena” Iława). Zwyciężył brązowy medalista z Wrocławia, który o 6 p. wyprzedził przeciwników. O 2. pozycji Stankiewicza zadecydował lepszy rezultat w ostatniej grze (203 – 190). Mistrz kraju Krzysztof Huszcza musiał zadowolić się 5. pozycją (915 p.).

Z rąk Ewy Sargalskiej – koordynatora turnieju, Andrzeja Sargalskiego i Franciszka Hermana – prezesów bydgoskiego klubu – oraz od sędziego głównego Macieja „Dziadka” Mackiewicza triumfatorzy odebrali statuetki „Łuczniczki” oraz nagrody rzeczowe ufundowane przez Urząd Miasta w Bydgoszczy. Cenne prezenty od właścicieli kręgielni „Broadway” otrzymali: Honorata Borawa, Arkadiusz Gęstwiński i Patryk Iks. Za najlepsze wyniki w jednej grze (odpowiednio 203, 207 i 149 p.) wręczono im okazałe kule.

Impreza została dofinansowana przez Ministerstwo Sportu i Turystyki. 

 

Ogólnopolski turniej bowlingowy

22-24 sierpnia 2014 r., Bydgoszcz

Kobiety

B1

1. Karolina Rzepa („Łuczniczka” Bydgoszcz) 731 p.

2. Mariola Maćkowiak („Łuczniczka” Bydgoszcz) 714 p.

3. Karolina Trojan („Łuczniczka” Bydgoszcz) 417 p.

B2

1. Jadwiga Dudek („Pionek” Włocławek) 901 p.

2. Mirosława Malcherek („Łuczniczka” Bydgoszcz) 844 p.

3. Barbara Kąckowska („Warmia i Mazury” Olsztyn) 822 p.

B3

1. Honorata Borawa („Łuczniczka” Bydgoszcz) 1004 p.

2. Łucja Grochowska-Pilzek („Łuczniczka” Bydgoszcz) 868 p.

3. Jolanta Pazurkiewicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 846 p.

Mężczyźni

B1

1. Patryk Iks („Łuczniczka” Bydgoszcz) 659 p.

2. Krzysztof Tarkowski („Hetman” Lublin) 636 p.

3. Piotr Dudek („Pionek” Włocławek) 603 p.

B2

1. Arkadiusz Gęstwiński („Łuczniczka” Bydgoszcz) 1013 p.

2. Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 922 p.

3. Janusz Jeleń („Morena” Iława) 880 p.

B3

1. Cezary Dybiński („Warmia i Mazury” Olsztyn) 976 p.

2. Ireneusz Stankiewicz („Jaćwing” Suwałki) 970 p.

3. Marcin Binkuś („Morena” Iława) 970 p.

(KAZ)  

 

Biegi

Piekielna piętnastka

Kodeń – niewielka nadbużańska miejscowość położona przy granicy z Białorusią, dawniej należąca do litewskiego rodu Sapiehów – z początkiem sierpnia gości biegaczy z całej Polski. Co roku odbywa się tu bowiem Bieg Sapiehów na dystansie 15 km. Impreza ma już kilkunastoletnią historię i zawsze przyciąga wielu miłośników biegania. 2 sierpnia 2014 r. na liście startowej widniało 170 zawodników, a wśród nich silni rywale zza wschodniej granicy. Na przekór pogodzie kilku zawodników z naszego środowiska również zdecydowało się wziąć udział w tych zawodach.

Po otwarciu biegu przez lokalne władze do pracy przystąpił miejscowy duchowny, który błogosławił i obficie skrapiał wodą święconą zawodników ustawionych na starcie. Przy takiej pogodzie – 32°C w cieniu – każda kropla wody była cenna nie tylko w duchowym wymiarze. Bieg wystartował punktualnie o 13.00. Organizatorzy co 5 kilometrów ustawili punkty z wodą pitną i przygotowali dwie kurtyny wodne. Panująca tu wyjątkowa, rodzinna atmosfera, otwartość i serdeczność dodawały zawodnikom sił. Po ostrym finiszu w biegu zwyciężył Bogusław Andrzejuk z Białegostoku (czas 49:49).Tylko 3 sekundy za nim był Andrey Starżyński z Ukrainy. Trzeci minął metę zawodnik z Białorusi Siergiej Krilou (51:27). Najszybszą wśród kobiet okazała się Izabella Trzaskalska z Terespola (59:54).

Nasi biegacze na pewno ten start zapamiętają. Dopingujący mieszkańcy podawali na trasie dodatkową wodę do picia i schłodzenia, a i tak było niemiłosiernie ciężko.
– Mariuszowi było tak gorąco, że przez pierwszą kurtynę biegł jak najwolniej, natomiast drugą obiegł dwukrotnie, by schłodzić organizm – mówi asystentka Mariusza Zachei Ola Karaś (tym razem towarzyszyła mu na rowerze). Jego czas na mecie to 1:42:12. Cierpiał też Wiesław Miech. Już po 3 kilometrach odczuwał trudy biegu, a gdzie tu do mety! Dobiegł do niej z czasem 1:27:42. Grzegorz Powałka uzyskał czas 1:28:47, a Maciej Dąbrowski 1:47:12. Wszyscy zawodnicy należą do klubu „Syrenka” Warszawa.

Gratulacje za ukończenie tak trudnego biegu! „Nigdy więcej w taki upał!” – takie były pierwsze pobiegowe postanowienia. Mimo to na pewno za rok zawodnicy Stowarzyszenia „Cross” znów staną na starcie Biegu Sapiehów w Kodniu.

Mariusz Gołąbek 

 

Szachy / warcaby

Bałtyk 2014

W dniach 26-31 sierpnia br. w ośrodku rehabilitacyjno-wczasowym „Słowiniec” w Poddąbiu koło Ustki odbył się XVII Integracyjny Wielomecz Szachowo-Warcabowy „Bałtyk 2014”. Imprezę zorganizował klub „Zryw” Słupsk przy wsparciu finansowym PFRON, Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego w Gdańsku oraz Urzędu Miasta w Słupsku. W turnieju wzięło udział 12 szachistów i 16 warcabistów z klubów „Zryw” Słupsk i „Jantar” Gdańsk. Rozgrywki przeprowadzono systemem szwajcarskim na dystansie 7 rund, czas gry to 1 godzina na zawodnika.

Klasyfikacja końcowa

Turniej szachowy 

1. Jan Biskupski („Zryw” Słupsk) 6 p.

2. Jerzy Rutkowski („Zryw” Słupsk) 6 p.

3. Adam Rosołek („Zryw” Słupsk) 5 p.

4. Roman Staruch („Zryw” Słupsk) 4 p.

5. Werner Mettel („Zryw” Słupsk) 3,5 p.

6. Roman Kulik („Jantar“ Gdańsk) 3 p.

7. Zbigniew Woronowicz („Zryw” Słupsk) 2,5 p.

8. Henryk Chochel („Zryw” Słupsk) 2,5 p.

9. Mikołaj Kulik („Jantar” Gdańsk) 2,5 p.

10. Adolf Jagiełło („Jantar” Gdańsk) 2,5 p.

Turniej warcabowy 

1. Tadeusz Gryglewicz („Zryw” Słupsk) 12 p.

2. Dariusz Szafran („Zryw” Słupsk) 10 p.

3. Zygmunt Myszka („Zryw” Słupsk) 9 p.

4. Mieczysław Kaciotys („Jantar” Gdańsk) 8 p.

5. Jerzy Dzióbek („Jantar” Gdańsk) 8 p.

6. Zygfryd Loroch („Jantar” Gdańsk) 8 p.

7. Krzysztof Kusowski („Jantar” Gdańsk) 8 p.

8. Barbara Wentowska („Jantar” Gdańsk) 8 p.

9. Krystyna Pękała („Zryw” Słupsk) 8 p.

10. Krzysztof Mettel („Zryw” Słupsk) 8 p.

 

aaa

 

obozy

 

Wakacyjne wiosłowanie 

 Patrząc na liczbę imprez wodnych zorganizowanych na Jezioraku, można stwierdzić, że od ponad ćwierć wieku obozy kajakarskie i żeglarskie rywalizują ze sobą o palmę pierwszeństwa. Choć te pierwsze mają dłuższą tradycję, to dopiero w tym roku dorównały liczbą zgrupowaniom żeglarzy – po dwadzieścia pięć. Niestety, mimo sporego zainteresowania, impreza pod żaglami nie znalazła się w wakacyjnej ofercie. 

Obóz kajakarski był więc jedyną imprezą wodną w tym sezonie, a w założeniu miał przygotować uczestników do mistrzostw Polski. Taki stan wpłynął na znacznie większą liczbę deklaracji udziału. Powstała dość długa lista rezerwowa i niestety, na przekór oczekującym, nikt z zakwalifikowanych się nie wycofał. O przykrych konsekwencjach figurowania na takiej liście przekonał się w latach ubiegłych Joachim Trocha. – Starałem się zakwalifikować już kilka razy, udało mi się po raz pierwszy i, jeśli zdrowie pozwoli, mam nadzieję, że nie ostatni – mówi.

Tym, którzy przyjechali, towarzyszył dobry humor. Weteran obozów Henryk Szumiński, który aż dwadzieścia trzy razy w nich uczestniczył, jako pacjent onkologii dziękował również za wspaniałą rehabilitację.
– Czuję się świetnie, przytyłem 4 kilogramy. Nie przypuszczałem, że aż tak dobrze będę sobie dawał radę – podkreślał dumnie. Nie wiadomo tylko, czy ten entuzjazm związany z wagą udzielił się Wojtkowi, partnerowi z kajaka... Ci, którzy byli po raz pierwszy, tak jak Leszek i Teresa Mystkowscy, podkreślali, że nie odczuwali strachu podczas pływania. Takie opinie są bardzo miłe dla organizatora. Media atakują przecież negatywnymi statystykami dotyczącymi wypadków na wodzie. Jednak wcale tak nie musi być. Dobrze zorganizowane, dostosowane do możliwości uczestników spływy nie muszą wiązać się z niebezpieczeństwem. Prawidłowo eksploatowany kajak ze sprzętem asekuracyjnym (tegoroczny był nowy, kolorowy i dostosowany do załogi) daje ogrom satysfakcji. Tych, którzy nauczyli się pływać na starych, ciężkich kajakach, tak rozpierała energia, że młodsi mogli im oglądać jedynie plecy...

Po kilku dniach pływania stało się jasne, że weterani są w wyśmienitej formie. Młodszym nie wypadało ciągnąć się w ogonie, więc spływy były raczej szybkie. Na usta samo cisnęło się pytanie: czy jezioro się nie skurczyło? Nawet najdalsze trasy wydawały się krótkie. Jak co roku, pływano w atrakcyjne rejony jeziora. Organizator Stanisław Piasek zadbał jednak o to, aby nie odsłonić wszystkich tajemnic od razu. Starał się, by głód pływania i ciekawość nie opuszczały uczestników. W dużym stopniu wpływ na jego plany miała pogoda, która determinowała długość trasy i jej kierunek. Odwiedzane w ubiegłym roku miejsca częściowo pominięto, do innych starano się docierać zmienioną trasą. W zanadrzu pozostało jednak jeszcze wiele ciekawych miejsc. Być może dobre wiatry pozwolą dopłynąć do nich w następnych latach.

Obóz co roku dostarcza dodatkowych atrakcji. Tym razem było ich tak wiele, że zabrakło czasu na strzelanie i kręgle. Uczestnicy odwiedzali imprezy lokalne, częściej spotykali się przy ogniskach. O oprawę muzyczną dbali trzej gitarzyści: Robert Kopczyński, gościnnie odwiedzający nas znany z żagli Cezary Królik oraz Stanisław Oduliński, który – tak jak Paganini – bez uszczerbku dla linii melodycznej grał na pozbawionym jednej struny pożyczonym instrumencie. W tym roku po raz pierwszy repertuar zdominowały szanty. Nie zapomniano również o piosenkach biesiadnych. Jak zwykle ciepła i przyjazna atmosfera przyciągnęła obcokrajowców. Pojawiły się nawet pytania o wspólne spływy w przyszłości.

Miłośnicy kąpieli mogli dzięki upalnej pogodzie poczuć się jak na wycieczce do ciepłych krajów. Słońce świeciło nieprzerwanie. Nawet gdy reszta Polski tonęła w strugach deszczu, tu była ładna pogoda. Woda miała 26°C, a ukryte w lesie jezioro Urowiec – cel naszych wycieczek – było chyba nawet cieplejsze. Dzięki temu wszyscy bardzo dobrze wypoczęli i wysoko ocenili organizację. Na 34 ankietowanych aż 33 wystawiło ocenę bardzo dobrą.

Obóz spełnił również swoją rolę jako przygotowanie do mistrzostw Polski. Czternaście osób wystartowało na zawodach w Ostródzie. Ich łupem padły aż cztery z pięciu złotych medali.

Wojciech Kopczyński

 

aaa

 

kultura

 

Jechać każdy może... 

„By wybrać się w podróż ku przygodzie, wystarczy wsiąść na rower i zacząć pedałować. Wszystko nagle zaczyna się układać. Na poprawianie przygotowań jest już trochę za późno i trzeba sobie radzić z tym, co się ma. Nagle wszystkie zmartwienia pozostają za nami. Z każdym kilometrem liczy się tylko to, co przed nami” – tę prostą receptę na szczęście „sprzedają” nam autorzy „Podręcznika przygody rowerowej”, książki opublikowanej nakładem Wydawnictwa Helion. Anna i Robert „Robb” Maciąg oraz wszyscy zaproszeni do współpracy podróżnicy cykliści dzielą się z nami swoją pasją. Opowiadają, jak na dwóch kółkach zwiedzali poszczególne rejony świata, zmagając się z często niełatwymi warunkami, usterkami sprzętu, kapryśną pogodą i najtrudniejszym do pokonania – swoimi słabościami. Znajdziemy tu relacje z dalekich i bliskich rowerowych wojaży, poczynając od wymagających sprawności i odwagi podróży po Madagaskarze, Sudanie czy Islandii, skończywszy na osiągalnej nawet dla dziesięciolatka wyprawie wzdłuż Odry.

Każda z nich – bez względu na pokonane kilometry i tempo jazdy – miała swój urok i swój sens. Bo jak przekonują autorzy, „...nieważne jest, na jakim rowerze jedziemy, nieważne nawet dokąd. Najważniejsze jest to, że siedzimy na rowerze i że wszystko się nareszcie dzieje. Wydarza się. Nikt z nas nie wie, za którym zakrętem czeka na nas przygoda. Może w Kanadzie, może w Norwegii, a może 40 km od domu”.

Czym jeszcze – poza przygodą – może być wyprawa na dwóch kółkach? „Podróż rowerowa może być nie tylko odkrywaniem świata, ale i naszego własnego ja. W ciszy i rytmicznym ruchu roweru niejeden odnalazł sens życia. Dowiedział się więcej niż kiedykolwiek wcześniej o swojej sile i swoich słabościach” – uczy nas „Podręcznik…”.

Książka ta jest także zbiorem porad praktycznych, dotyczących sprzętu, miejsc noclegowych, tego, co należy ze sobą zabrać czy cen w danym kraju. Znajdziemy tu także opisy tras (ze wskazaniem poziomu trudności) oraz przydatne adresy stron www.

Jest to więc świetne przygotowanie do wyprawy. Ale nie tylko – podręcznik z przyjemnością przeczytają także ci, którzy nigdzie się nie wybierają, ale lubią czytać o wyzwaniach, o pokonywaniu siebie i o „podglądaniu” świata. I wreszcie – jest to też świetna lektura dla tych, którzy „chcieliby, lecz boją się” wyruszyć w podróż. Bo jak czytamy we wstępie: „Jeśli ktoś nie wierzy w swoje siły, po przeczytaniu tej książki może zmienić zdanie, bo „jeśli innym się udało, to dlaczego nie mnie!”.

Barbara Zarzecka

„Podręcznik przygody rowerowej” Ani i Roberta Maciągów opublikowało wydawnictwo Helion w 2012 r. Książka dostępna jest w wersji drukowanej oraz jako e-book (wersja PDF, EPUB oraz MOBI).

 

aaa

 

turystyka

 

Wyprawa życia

Któregoś dnia, surfując w internecie, natrafiłem na zdjęcie położonego w górach zamku. Był posadowiony przy przepięknym skalnym cyplu, po którego grani wiódł drewniany pomost prowadzący do niewielkiej wieżyczki. Ów zamek – Boldogko var – znajdował się na Węgrzech, a ja wiedziałem już, że nie wystarczą mi do szczęścia jedynie jego fotografie… 

Nazywam się Rafał Gręźlikowski. Mam 38 lat. Jestem mężem, ojcem, sportowcem, wielkim miłośnikiem zamków. I żeby nie pominąć pewnego szczegółu: nie mam jednej nogi. Dawno temu, dokładnie w wieku 20 lat, dopadł mnie nowotwór. Amputacja okazała się ceną za szczęście, jakie czekało mnie później. Jeśli mam być szczery –
była to bardzo korzystna transakcja!

Początki były trudne. Pomimo tego, że miałem protezę, amputacja skutecznie ograniczała moje ambicje i możliwości do bardzo przyziemnych rzeczy. Zaczynałem naprawdę od zera. Od zera fizycznego i psychicznego. Ale kiedy wzmacniałem ciało, o dziwo rosło w siłę też to drugie.

Po zakończonej chemioterapii niewiele zostało z wysportowanego, dobrze zbudowanego chłopaka, który marzył o jednostce desantowej i nieprzeciętnej sprawności. I chociaż wielokrotnie dopadało mnie zwątpienie tak wielkie, że z tej całej bezsilności nie chciało mi się podnosić – wiedziałem, że jedyne, co mogę zrobić, to choćby bardzo małymi krokami, ale podążać uparcie przed siebie. 

A zatem podążałem!

Przez wiele lat zatracałem się w rozmaitych sportach wyczynowych, dających konkretne wyniki, puchary, kilogramy na sztandze. Aż pewnego dnia zacząłem robić coś nie dla wyniku, coś wyłącznie dla siebie: jeździć na rowerze. Z początku niewielkie dystanse, blisko domu, potem w promieniu okolicznych lasów i wiosek. Z czasem rozwinąłem skrzydła. Potrafiłem pokonać przeszło 100 km dziennie, do tego wozić przy rowerze coraz więcej ekwipunku, prowiantu, rzeczy niezbędnych podczas dłuższych wypraw. Na decyzję o zakupie niewielkiego namiotu i pierwszą przygodę z noclegiem w terenie nie trzeba było długo czekać. Poczułem, że to jest moja przygoda. Uwielbiam bliskość natury, aktywność fizyczną, fotografowanie. Do kompletu brakowało jeszcze tylko zamków. Nie wystarczyły mi dwudniowe wyprawy po 140 i 170 km do ruin w Iłży czy Janowcu. Postanowiłem zmierzyć się ze swoją pierwszą wielodniową wyprawą.

Wyposażenie roweru i odpowiednia odzież pozostawiały jeszcze wiele do życzenia. Są to rzeczy dość drogie i niełatwo skompletować je wszystkie w krótkim czasie. Mimo tych braków wyruszyłem na Słowację. Ta pierwsza górska wyprawa wiele mnie nauczyła. Co prawda w wyniku upartej jazdy w deszczu zakończyła się zapaleniem oskrzeli i przedwczesnym powrotem, ale przy planowaniu kolejnego wyjazdu wiedziałem już, z czym się mierzę. Następną wyprawę przygotowałem na tyle dobrze, że po dziewięciu dniach rowerowej wędrówki po górskich drogach i szczytach Słowacji powróciłem całkowicie spełniony.

Wydawało mi się wówczas, że sięgnąłem granic swych możliwości. Rower dociążony bagażami do blisko 60 kg, noclegi pod namiotem w najrozmaitszych miejscach, np. na szczycie potężnej góry, pod którą musiałem go najpierw wepchnąć trawiastą łąką, pobudki z widokiem na przepiękne zamki. Niekiedy budziły mnie stada owiec wyprowadzanych na górskie hale (ależ głośne są te dzwonki na ich szyjach!). W takim przeświadczeniu skusiłem się jeszcze na kilka nieco mniejszych wypraw. Ot, choćby po okolicach Wilna na Litwie czy szlakami dolnośląskich zamków.

Aż nadszedł dzień, kiedy zobaczyłem po raz pierwszy ten węgierski zamek. Jeden z tych, które już na wstępie potrafią zachwycić i rozbudzić marzenie o odwiedzinach... 

Przed najtrudniejszym sprawdzianem

Dobiegał kresu rok 2013, zima była niezbyt sroga, a ja tradycyjnie szlifowałem rowerową formę po okolicznych lasach i bezdrożach. To wówczas zdecydowałem się zmierzyć z tym swoim węgierskim marzeniem: szczegółowe kompletowanie sprzętu, sięganie po proste, acz niezawodne patenty, które pozwolą mi przetrwać choćby w najbardziej surowych warunkach przez wiele dni podróżowania. Na pierwszy chrzest kondycyjny wyruszyłem w styczniu. Była to kilkudniowa wyprawa do pewnego przepięknego zamku na Słowacji, 70 km od naszej granicy. Ze względu na śnieg i minusowe temperatury jechałem tylko w dzień. Spałem w bardzo przystępnych cenowo kwaterach agroturystycznych. Przy okazji tej wyprawy ziściło się jedno z moich dość starych już marzeń: podjechałem rowerem – na odpowiednich oponach, z hydrauliczno-tarczowymi hamulcami i przy zachowaniu pełnej ostrożności – do Morskiego Oka. I to w samym środku zimy! Wpuszczono mnie tam warunkowo tylko dlatego, że rower potraktowano jak wózek inwalidzki, niezbędny do samodzielnego poruszania się. Zasadniczo na tym szlaku panuje całkowity zakaz ruchu rowerowego.

Kolejny etap to szlifowanie formy przed przyszłymi węgiersko-słowackimi górskimi podjazdami z niewyobrażalnie ciężkim rowerem. Tak naprawdę trudno jest się przygotować na jazdę w górach, mając w okolicy tereny wybitnie równinne – a takie są na Mazowszu. Ale i na to znalazł się sprawdzony już sposób. Zamiast szosą, jeździłem głównie lasami, po pagórkach, niekiedy zupełnie zjeżdżałem ze ścieżek i walczyłem z oporami leśnej ściółki. Z czasem doczepiałem jeszcze specjalną przyczepkę i nie żałowałem sobie wysiłku w najrozmaitszym terenie. Niekiedy kilka kilometrów piaszczystymi leśnymi drogami potrafiło zmęczyć mnie bardziej niż setka kilometrów równą i twardą szosą. Ale taki był właśnie cel – przygotować się na wyzwanie, jakiego jeszcze nigdy wcześniej nie odważyłem się podjąć.

Przez ostatnie dwa miesiące przed wyprawą praktycznie nie schodziłem z roweru. Spędzałem na nim każdą wolną chwilę, jeździłem do pracy z sakwami wypełnionymi wszystkim, co niezbędne. I kręciłem przy tym naprawdę niezłe dystanse! Momentem kulminacyjnym był wyjazd do Malborka, skąd po dopełnieniu swoich obowiązków wyruszyłem na kilkudniową wyprawę szlakiem warowni krzyżackich. Ten wyjazd był ostatnim sprawdzianem formy i wyposażenia przed podróżą na Węgry. Pełne obciążenie, noclegi pod namiotem, w ruinach zamków, czas spędzany jak najbliżej natury. Wiedziałem już, że kondycyjnie jestem w życiowej formie. Półroczne przygotowania nie poszły na marne. A jednak najlepiej miał je zweryfikować zbliżający się wyjazd.

Pełen zniecierpliwienia wreszcie doczekałem dnia, kiedy pociągiem dotarłem do stolicy Węgier. Odbyłem oficjalne spotkanie z przedstawicielami producenta wypożyczonej na czas wyprawy protezy i spędziłem miły wieczór na mieście. Następnego dnia zgodnie z planem dotarłem do miejscowości Vac i dokładnie tam rozpoczęła się moja wyprawa życia… 

Start do przygody

Już pierwszego dnia napotkałem nie lada podjazdy, a ruiny zamku na szczycie potężnej góry, którą zdobyłem, brodząc w niesamowitym, podeszczowym błocie – dały mi przedsmak wszystkiego, co czekało na mnie każdego kolejnego dnia. Pierwszy nocleg na rozłożystym szczycie najwyższej z napotkanych gór był zachwycający. Kiedy już rozbiłem namiot i przygotowałem wszystko do spania, narąbałem maczetą drewna i rozpaliłem ognisko, niebo roziskrzyło się setkami gwiazd, a ponad drzewami ukazał się pięknie jaśniejący księżyc. Jakże byłem szczęśliwy, że moje marzenie zaczęło się właśnie realizować.

Z każdym dniem przybywało nowych wyzwań, przygód, zacząłem odczuwać zmęczenie. A góry noszące na swych grzbietach ruiny zamków zdawały się coraz wyższe i trudniejsze do zdobycia.

Niebotyczną węgierską górę i znajdujące się na jej szczycie upragnione ruiny zamku Salgovar zdobyłem, wpychając tam, krok po kroku, przez kilka godzin, swój rower. Nawet w chwili, kiedy skończyła się bardzo stroma, lecz przejezdna jeszcze droga, a przed szczytem jej miejsce zajęły duże kamienie – wiedziałem, że już się nie poddam! Niebawem rozpętała się potężna burza, więc o rozbijaniu namiotu nie było mowy. Noc spędziłem w towarzystwie niezbyt lękliwej myszy, w zadaszonej i wyposażonej w piorunochron wieży zamku. Przez ogromne okna przyglądałem się najpierw błyskawicom sięgającym okolicznych gór, a potem morzu mgieł, jakie rozlało się w dolinach. Dopiero kiedy przywitałem wychylające się zza gór słońce, rozbiłem na kilka godzin namiot, żeby choć trochę się przespać.

Tak naprawdę nie jestem w stanie oddać w słowach tych wszystkich niepowtarzalnych chwil i miejsc, ani tym bardziej emocji. Przywołując takie wspomnienia, jak nocleg w opuszczonej chatce, stojącej w głębi węgierskich lasów i gór, wieczorną przygodę z dzikami, spotkanie w ruinach z potężnym wężem czy kolejne burze i ulewy, jakie zaskakiwały mnie na trasie – zaledwie dotykam tego, co naprawdę przeżyłem.

Rano zazwyczaj wyciągał mnie z namiotu dokuczliwy upał i towarzyszył na większości tras, by dostarczać mi tyle samo radości, co narastającego zmęczenia. Jednocześnie każdy kolejny zamek odkrywał przede mną swoje tajemnice i wprawiał w zachwyt. Wieczorami, kiedy leżałem w namiocie, bywałem tak wyczerpany, że usypiałem w trakcie pisania SMS-ów do domu. 

Ostatnie kilometry

Po dwóch węgierskich tygodniach nadszedł czas na Słowację. Co prawda drogi stały się zdecydowanie lepsze niż w madziarskiej krainie, jednak podjazdy do pokonania jeszcze trudniejsze. Coraz częściej przydarzały się chwile, kiedy jechałem bardziej siłą woli niż mięśni. Doznawałem potężnych kryzysów. Schudłem, zacząłem mieć problemy z dopasowaniem wykonanej na miarę protezy, walczyłem z przeszywającym bólem łopatki, gdzie rozwijał się stan zapalny przeciążonego mięśnia. Nie omijały mnie również awarie roweru. Przy jego wadze, przekraczającej 60 kg, najmniejszym i wręcz oczywistym uszkodzeniem były pękające szprychy. Prawie ze wszystkim musiałem sobie radzić sam. Przygotowanie posiłków, ot choćby gotowanie makaronu stanowiącego podstawę rowerowej diety – to jedno z zajęć na stałe wpisanych w moją wyprawową codzienność. Co najmniej dwukrotnie balansowałem na granicy przeziębienia, a jednak udawało mi się przed nim obronić. Na liczniku rowerowym, pomimo górskich podjazdów, pojawiały się dystanse, o które sam siebie bym nie podejrzewał. Najdłuższy z nich liczył ponad 113 km. We wszystkich tych przeżyciach kryło się tyle piękna, że nawet nie wiem, kiedy upłynęły mi dwadzieścia cztery dni wędrowania. Swoją wielką podróż zakończyłem w Cieszynie, na wzgórzu zamkowym z urokliwą Wieżą Piastowską.

Podsumowanie mojej wyprawy życia to: 935 km jazdy przez Węgry, Słowację i na zakończenie, na niewielkim odcinku, przez Czechy; odwiedzonych 25 lepiej lub gorzej zachowanych zamków; ponad 10 tys. fotografii uwieczniających jak najwięcej otaczającej mnie magii i niezwykłości – ilekroć wracam wspomnieniami do każdego z utrwalonych dni, nieustannie mi mało! A najważniejsze: przeżyłem przygodę, o jakiej nawet nie śniłem!

Jeszcze kiedy planowałem wyprawę, miewałem obawy, czy pokonam tak wysoko zawieszoną poprzeczkę. Dziś już wiem, że ta wyprawa życia otworzyła w mojej głowie kolejne wrota, które dotąd pozostawały zamknięte. Z całą pewnością czeka mnie w tym zamkowym świecie podróży jeszcze wiele równie niewyobrażalnych przygód.

A osobom, które stoją dopiero na początku otwierania się na świat i podróże – niezależnie od niepełnosprawności, jaka ich dotyczy – chciałbym powiedzieć tylko jedno: nie bójcie się podążać za swymi marzeniami! To właśnie w dążeniu do nich skrywa się wasze szczęście.

Rafał Gręźlikowski

 

aaa

 

zdrowie

 

Zarazki są wśród nas

Bakterie kojarzą się nam zwykle z czymś groźnym, czyhającym na nasze zdrowie, a nawet życie. Nie każdy wie, że w środku i na zewnątrz ludzkiego organizmu jest ich znacznie więcej niż komórek naszego ciała.  

Przez lata ewolucji zaprzyjaźniliśmy się z tymi drobnoustrojami tak bardzo, że bez ich udziału nie mogłoby zachodzić wiele procesów życiowych. W ogromnej większości bowiem te „oswojone” bakterie są dla nas dobre: kontrolują populację swoich „złych” koleżanek, walcząc z nimi zawzięcie. Dorosły człowiek nosi ze sobą 2 kg mikrobów. Większość z nich, około tysiąca różnych gatunków, żyje w jelicie grubym (dla porównania: w powietrzu unosi się blisko sto gatunków bakterii).

Najważniejsze z prozdrowotnego punktu widzenia są bakterie kwasu mlekowego oraz tzw. LB. Razem tworzą przeciwwagę dla osobników szkodliwych, znajdujących się w mikroflorze jelitowej. Pokrywają szczelnie nabłonek jelit, stanowiąc tarczę przed intruzami. Bronią terytorium o obszarze od 300 do nawet 400 metrów kwadratowych, tyle bowiem wynosi powierzchnia naszego jelita, przez którą organizm kontaktuje się z otoczeniem.

Nowoczesne metody produkcji żywności z wykorzystaniem obróbki termicznej, powszechne stosowanie antybiotyków, wysoki poziom higieny w środowisku chronią nas przed jednymi chorobami, ale mogą wywoływać inne. Przykładem są coraz bardziej powszechne alergie, nie tylko na pyłki roślin, sierść zwierząt czy chemikalia, lecz także na wiele produktów uznawanych przez lata za zdrowe (jak chociażby mleko, jajka, orzechy, poziomki i wiele innych). Mówi się, że przyczyną tego jest złe funkcjonowanie naszego układu pokarmowego i zawartej w nim flory bakteryjnej. Dobre mikroby mieszkające dotąd w nabłonku jelitowym tracą swoją moc z powodu między innymi zmienionej żywności, jaką im fundujemy (nie mówiąc o nadmiarze leków). Jest ich coraz mniej, są też mniej aktywne. W sukurs przychodzą im wyhodowani przez naukowców „kuzyni” – bakterie priobotyczne. Zawarte w niektórych produktach spożywczych, mogą w stanie żywym przedostać się do jelita grubego, zamieszkać w nim i rozmnażać się z pożytkiem dla naszego zdrowia.

Gdzie szukać probiotyków? Zazwyczaj dodaje się je do napojów mlecznych, mleka i jego przetworów: jogurtów, kefirów, serów. Także do tłuszczów, którymi smarujemy pieczywo, napojów na bazie herbaty, soków owocowo-warzywnych, lodów, płatków śniadaniowych, gum do żucia. Nieuczciwi handlowcy starają się wykorzystać modę na probiotyki, wciskając nam produkty, które ich nie zawierają. Takich komercyjnych szczepów bakteryjnych w sprzedaży jest kilkanaście. Przedrostek „bio” w nazwie np. jogurtu nie jest gwarancją probiotyczności, oznacza co najwyżej, że pochodzi z rolnictwa ekologicznego. – Jeśli na opakowaniu nie ma symbolu ze szczepem – ostrzegają specjaliści – to nie jest to produkt probiotyczny. Musi na nim obowiązkowo znaleźć się nazwa rodzaju, gatunku i szczepu bakterii, której zjedzenie ma nam przynieść jakąś korzyść, na przykład Bifidobacterim (rodzaj), lactis (gatunek), DN – 173010 (szczep). Poza tym, żeby działać na nasz organizm, produkt musi zawierać co najmniej 1 milion żywych komórek bakteryjnych w ml (106). Niestety, bakterie probiotyczne nie bardzo chcą w nas pozostać na dłużej. Zjedzenie jogurtu raz na tydzień nie działa jak jednorazowe szczepienie. Trzeba go dostarczać do organizmu regularnie.

Na kondycję mikrobów żyjących z nami w symbiozie fatalny wpływ mają antybiotyki. Nie odróżniają one bowiem dobrych bakterii od złych – niszczą wszystkie, jak leci, zarówno te mieszkające w naszych jelitach, jak i w nosogardzieli. Dlatego lekarze zalecają, by w czasie przyjmowania antybiotyków zażywać leki osłonowe (np. Trilac) zawierające dobre bakterie. Dzięki temu zwiększamy szansę na to, że po odstawieniu głównego leku właśnie one jako pierwsze dopadną naszego nabłonka i ochronią go przed inwazją złych drobnoustrojów. Problem w tym, że wierząc w zbawczą moc antybiotyków, przyzwyczailiśmy się do nadmiernego ich przyjmowania (często w ogóle nieskutecznego, jak w przypadku infekcji wirusowych). Od czasu, kiedy w 1928 r. Aleksander Fleming odkrył penicylinę, co dało początek produkcji pochodnych grup leków działających na różne sposoby w walce z bakteriami, antybiotyki stały się ofiarą swojego sukcesu. Atakujące nas mikroby są bowiem inteligentne – potrafią uodpornić się prawie na wszystkie antybiotyki. – Starają się na przykład – mówi w jednym z wywiadów prof. Waleria Hryniewicz, krajowy konsultant w dziedzinie mikrobiologii klinicznej, przewodnicząca Narodowego Programu Ochrony Antybiotyków – nie dopuścić do przyłączania się do swojej powierzchni cząsteczki leku, umieją też inaktywować, a nawet całkowicie rozkładać antybiotyki. I potrafią się coraz szybciej tego uczyć oraz szczodrze się tą wiedzą dzielić. Gronkowcom uzyskanie oporności na penicylinę nie zajęło wiele czasu. Zaś szczepy pałeczki zapalenia płuc oporne na wszystkie antybiotyki rozprzestrzeniły się na całym świecie w mniej niż trzy lata. Specjaliści z Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób z siedzibą w Sztokholmie ostrzegają, że w Unii Europejskiej, w wyniku zakażeń wywołanych przez bakterie oporne na działanie leków, każdego roku umiera 25 tysięcy osób. Koszty takich zakażeń – w postaci wydatków na opiekę zdrowotną i strat wynikających ze spadku wydajności – wynoszą ponad 1,5 miliarda euro.

W nieustannym wyścigu z mikrobami może nam pomóc profilaktyka. Sprowadza się ona w zasadzie do przestrzegania zasad higieny w codziennym życiu. Osoby pytane o to, gdzie najczęściej „siedzą” bakterie, wymieniają banknoty i miejskie toalety. Tymczasem ich ulubionymi miejscami są także centra handlowe, a w nich terminale do płacenia kartami (nikt ich nie myje, a tym bardziej nie dezynfekuje), wszelkie klamki, rączki wózków sklepowych, bankomaty. Stąd rada, by PIN do karty wbijać nie opuszką, ale kostką palca, bo rzadko nią dotykamy ciała. Przy korzystaniu z publicznych toalet warto wyrobić sobie nawyk zamykania drzwi wyjściowych łokciem, nie dłonią (oczywiście po tym, gdy już wcześniej umyliśmy ręce). Zarazków pełno jest też na uchwytach i siedzeniach w autobusie, na ławkach, w poczekalni lekarskiej (i w centrum handlowym), na brudnych stołach.

A we własnym mieszkaniu? Boimy się nieczystości na sedesie, dlatego go często myjemy. Okazuje się, że powinniśmy się bardziej martwić o inne miejsca. Około 200 razy więcej bakterii fekalnych jest na desce do krojenia. Pochodzą z surowego mięsa lub z wnętrzności zwierząt. Najbrudniejszym miejscem w kuchni są zmywaki do naczyń i ścierki. W gąbce jest około 10 mln bakterii na cal kwadratowy, a na ścierce – milion. To znaczy, że gąbka do mycia naczyń jest 200 tysięcy razy brudniejsza od deski klozetowej (na niej średnio żyje 50 bakterii typu kałowego na cal kwadratowy, czyli na 2,5 cm2), a ścierka – 20 tysięcy razy. Skąd to wiemy? Naukowcy mikrobiolodzy badają, w jaki sposób choroby są przenoszone w środowisku. Pobierają wymazy z różnych rzeczy, urządzeń, mebli znajdujących się w domach ludzi na całym świecie. Potem mierzą, ile bakterii i jakiego rodzaju udało im się z takich powierzchni wyhodować. Pełnymi mikrobów miejscami są też biura – także domowe. Jak często czyścimy telefon stacjonarny? Serwis sprzątający też tego nie robi. Znów, porównując do deski sedesowej, na biurku jest średnio 400 razy więcej bakterii. A pilot do telewizora? Bywa, że w trakcie oglądania programu idziemy do toalety i wracamy na fotel, zapominając o umyciu rąk.

Klasycznymi chorobami brudnych rąk są czerwonka (wywołują ją pałeczki shigelli, wydalane razem z kałem) oraz żółtaczka pokarmowa (zarazek znajduje się we krwi i stolcu osoby zakażonej, która sama może nie wiedzieć, że jest chora, ponieważ jest w tzw. stadium bezobjawowym). Najczęstszą bakterią pokarmową jest salmonella. Kojarzy się nam zazwyczaj z surowymi jajkami, jakich używa się do produkcji lodów, kremów czy majonezów. Lubi też „mieszkać” w mięsie (także w drobiu i rybach), jego przetworach (w tatarze, pastach rybnych, galaretkach i pasztetach). Warto wiedzieć, że pałeczki tej bakterii giną w temperaturze 60-65°C, więc podgrzanie potraw je zabija. Ochroną przed zakażeniem bakteriami pokarmowymi jest przechowywanie jedzenia w lodówce. Raz rozmrożone, musi być od razu zużyte. Mięso i jajka powinny mieć w niej stałe miejsce, by nie stykały się z innym jedzeniem. Jajko przed użyciem należy myć ciepłą wodą (niektórzy radzą, by na 10 sekund zanurzać je we wrzątku). Dobrze mieć osobną deskę do krojenia mięsa, najlepiej plastikową. W ostatnich latach coraz więcej zakażeń pokarmowych wywołuje bakteria o wdzięcznej nazwie campylobacter jejuni. Rezyduje w drobiu, mleku i wodach gruntowych. Powoduje ostre biegunki, zapalenie żołądka i jelit, często o groźnym przebiegu, pozostawiające owrzodzenia. Bakteria ta daje o sobie znać po dwóch do czterech dniach po wniknięciu do naszego organizmu. Pierwsze objawy to gorączka, nudności, utrata łaknienia, złe samopoczucie, bóle głowy, ostre skurczowe bóle brzucha, biegunka (często krwawa). Trwa to od jednego do nawet 21 dni.

Pałeczki okrężnicy (escherichia coli) to bakteria, którą nosi w sobie każdy z nas. Ale gdy opuszcza nasz układ pokarmowy i przenosi się na przykład do dróg moczowych, powoduje długotrwałe stany zapalne. Czasami, z braku odpowiedniej higieny, dostaje się też do naszego jedzenia. Zdarzają się wyjątkowo złośliwe szczepy tej pałeczki, produkujące bardzo groźne toksyny. Wtedy powodują one lokalne (ale nie tylko) epidemie, jak ta z 2011 roku, gdzie skażone okazały się kiełki roślin sprzedawane w supermarketach, co wywołało panikę w krajach Unii Europejskiej. Bakterią coli najczęściej można się zakazić, jedząc niedosmażone mięso (np. w hamburgerach i innych fast foodach) lub mięso surowe (tatar). Znaleziono ją także w niepasteryzowanym mleku, jogurcie, salami. Wymioty i bolesna biegunka, jaką powoduje, mogą utrzymywać się do 10 dni. Chorzy często wymagają leczenia w szpitalu.

Zarazki zawsze były, są i będą wśród nas, zarówno w naszych organizmach, jak i w otaczającym nas środowisku. Co nie znaczy, że w obawie przed nimi powinniśmy nosić maseczki na twarzy, rękawiczki, ochronne kombinezony i co chwila myć ręce, zwłaszcza reklamowanymi płynami odkażającymi. Wprost przeciwnie – wszelkie kosmetyki bakteriobójcze – ostrzegają dermatolodzy – mogą wywołać efekt przeciwny do zamierzonego. Wyjałowiona ze swojej naturalnej warstwy ochronnej skóra łatwo pada ofiarą różnych drobnoustrojów powodujących m.in. stany zapalne, świąd, uczulenia. Zwykłe, najlepiej szare mydło, to najlepszy środek do mycia rąk.

Lekarze przestrzegają rodziców przed chowaniem dzieci pod przysłowiowym kloszem. Jakże często słyszymy polecenia w rodzaju: nie bierz tego do buzi, nie podnoś kamyczka, nie głaszcz kota, nie grzeb w piasku itp. Taka nadmierna ochrona najmłodszych przed zarazkami może przynieść odwrotny skutek. Ich organizm stanie się nieodporny na najmniejsze nawet infekcje, bo nie dano mu szansy, by zdołał wykształcić swój system obronny.

Na szczęście tysiące lat ewolucji skutecznie ukształtowały nasz układ odpornościowy, który walczy z bakteriami. Choć zdarza się, że przegrywa i wtedy chorujemy, to jednak ciągły postęp medycyny w połączeniu z naszym zdrowym rozsądkiem każą wierzyć, że mikroby jeszcze długo nie będą rządzić światem.

(BWO)

 

aaa

 

ruszajmy się

 

Jak zachować energię i dobry wygląd na jesień? 

Kończy się lato. Dni robią się coraz krótsze i chłodniejsze. Zazwyczaj opuszcza nas wtedy energia, robimy się senni i często mamy gorsze samopoczucie. Aktywność fizyczna i dobre odżywianie pozwolą nam zachować na dłużej letni wygląd i pozytywną energię do działania.  

Koniec wakacji i początek jesieni to sezon urodzajny w nasze rodzime produkty rolne. Dieta powinna być bogata w rośliny uprawiane w naszym klimacie. Warto ją uzupełnić o świeże jabłka, bogate w wodę, składniki odżywcze i błonnik, który sprzyja trawieniu. Surowe najlepiej jeść jako przekąskę między posiłkami, do śniadania – jako uzupełnienie owsianki lub kaszy gotowanej na wodzie – albo jako deser, np. pieczone z cynamonem i miodem. Również inne owoce, takie jak gruszki, śliwki, maliny czy czarne jagody, powinny pojawiać się na naszych stołach. Bez ograniczeń należy spożywać także uprawiane w Polsce warzywa: marchew, pietruszkę (korzeń i nać), dynię, cukinię, kabaczki, ogórki, buraki, kalafiory, brokuły i kapustę. Świeże i proste posiłki bogate w te składniki, zarówno gotowane, jak i surowe, zaowocują lekkością umysłu i energią w ciele.

Gdy robi się chłodno, codzienna aktywność fizyczna rozgrzeje nasze przyzwyczajone do ciepła organizmy. Ruch fizyczny powinien stać się rutyną. Polecam, by rozpoczynać dzień od sportu, bo zazwyczaj odkładając coś na później, tracimy w tym systematyczność. Nie musi to być od razu wyczynowy trening, wystarczy 30 minut intensywnego sportu. Zacząć możemy od szybkich marszów, marszobiegów, joggingu (biegu ciągłego), nordic walkingu, jazdy na rowerze lub na łyżworolkach. Najlepiej, aby był to ruch na świeżym powietrzu, intensywny, ale nie maksymalny, tak żebyśmy nie przerywali wysiłku przynajmniej przez te 30 minut. Po zakończeniu nie zapomnijmy poświęcić chwili na rozciąganie. Dzięki temu ciało się rozluźni, a my nabierzemy więcej energii do codziennych zajęć. Jeżeli chcemy rozpocząć dzień wcześniej i poćwiczyć, zorganizujmy dobrze poranek: ubrania do ćwiczeń i na dzień, a także produkty na śniadanie przygotujmy wieczorem. Połóżmy się wcześniej spać, a starczy czasu, by chociaż na 20 minut wyskoczyć „trochę się zmęczyć”. Pamiętajmy, że po każdym, nawet krótkim wysiłku, obowiązkowo bierzemy prysznic.

Na trening, szczególnie rano, ubieramy się ciepło: długie spodnie i bluza to podstawa. Nasze ciało dobrze rozgrzewa się ćwiczeniami. Ważne jest zabezpieczenie mniej umięśnionych części ciała: szyi, głowy i dłoni. W tej roli dobrze sprawdzają się lekkie sportowe ubrania: chusty, rękawiczki i czapki z lekkiego, przylegającego materiału.

Dobra dieta i codzienna aktywność na powietrzu wzmocnią organizm, który stopniowo się zahartuje. Możemy również stosować wzmacniające zabiegi, takie jak prysznic naprzemienny (ciepły – zimny) lub regularne wizyty w saunie czy na basenie. Kluczowe dla zachowania zdrowia, a tym samym dobrego samopoczucia, jest unikanie przeziębień. Zazwyczaj ich powodem jest wychłodzenie, czyli długotrwałe poddawanie się działaniu zimna, potęgowanego dodatkowo przez wiatr i wilgoć. Ważne jest w tym okresie zabezpieczenie się przed tymi czynnikami. Często poranki i wieczory są bardzo chłodne, a w dzień temperatura znacznie się podnosi – należy wtedy ubierać się na tzw. cebulkę, czyli warstwowo.

Pomocne w tym okresie może być zadbanie o sylwetkę. Prawidłowa postawa pozwoli nam czuć się dobrze w naszym ciele, a tzw. odblokowanie kręgosłupa, czyli zadbanie o mięśnie posturalne i niwelowanie wad postawy pozwalają często wzmocnić przepływ energii i przyśpieszyć metabolizm.

Dodatkowo możemy pobudzić ciało, wykonując ćwiczenia siłowe. Wzmocnią mięśnie i poprawią nasz wygląd. Szczególnie warto popracować nad mięśniami: ramion, brzucha, pośladków i ud.

Ćwiczenia możemy również wykonywać w domu. Krótki zestaw zajmuje około 20 minut. Poniżej propozycja energetyzujących ćwiczeń, które pomogą zwalczyć jesienną chandrę. 

Krótka rozgrzewka

Możemy zastosować dobrze nam znane, proste ćwiczenia, takie jak np. bieg, podskoki, krążenia ramion, pajacyki. Rozgrzeją one nasze mięśnie i przyśpieszą krążenie. 

Wzmacnianie mięśni brzucha i prostowników grzbietu

Ćwiczenie 1

Klęk podparty, unosimy prawe ramię maksymalnie w przód i lewą nogę w tył, następnie zbliżamy do siebie łokieć ramienia i kolano nogi uniesionej; czynność powtarzamy 10-15 razy. Powtarzamy ćwiczenia na lewe ramię i prawą nogę. Utrzymujemy stabilną pozycję, ruchy wykonujemy powoli i dokładnie. 

Ćwiczenie 2

Leżąc na placach, staramy się położyć za sobą wyprostowane nogi, następnie unosimy nogi w górę i opuszczamy w dół do kąta 45 stopni; ruch powtarzamy 6-12 razy. 

Ćwiczenie 3

W leżeniu tyłem unosimy nogi w górę, następnie staramy się stopy unieść jak najwyżej, podnosząc dolną część pleców nad ziemię. Powoli opuszczamy plecy, a następnie nogi, ale ponownie do kąta 45 stopni. 6-12 powtórzeń. 

Ćwiczenie 4

Następne ćwiczenie wykonujemy, leżąc przodem (na brzuchu). Wyciągamy maksymalnie ramiona w przód, a nogi w tył, następnie unosimy kończyny tuż nad ziemię, tak aby kolana i łokcie znalazły się w powietrzu, ale nie za wysoko – tuż nad ziemią. 10-20 powtórzeń. 

Ćwiczenia siłowo-wzmacniające

Ćwiczenie 5

Pompki – klasyczne lub damskie w klęku podpartym. W podporze, leżąc przodem, ramiona wyprostowane, dłonie pod barkami, ciało również wyprostowane, uginamy ramiona, tak aby ciało znalazło się tuż nad ziemią. Mniej sprawni mogą przechodzić z podporu do leżenia. Powtarzamy 8-20 razy. 

Ćwiczenie 6

W siadzie prostym odchylamy się lekko w tył, ramiona oparte o podłoże za plecami. Unosimy lekko biodra do góry, następnie uginamy i prostujemy ramiona 8-15 razy. 

Ćwiczenie 7

Przysiady, czyli ugięcia nóg w stawie kolanowym. Wykonujemy to ćwiczenie w lekkim rozkroku i z cofnięciem bioder, tak by kolana cały czas znajdowały się w linii stóp. Wystarczy „schodzić” do kąta 90 stopni w stawie kolanowym. Powtarzamy 20-30 razy. 

Ćwiczenie 8

Wypady, inaczej mówiąc wykroki, to również ćwiczenie wzmacniające uda i pośladki. Wykonujemy wykrok i ugięcie w stawie kolanowym nogi wykrocznej (przypomina to ruch przyklęknięcia), następnie prostujemy nogę i dostawiamy do postawy wyjściowej. Powtarzamy 8-15 razy na nogę.  

Ćwiczenie 9

Tak zwane delfinki. Z postawy wykonujemy przysiad podparty, następnie przenosimy ciężar ciała na ramiona i podskokiem wyrzucamy stopy w tył, aż do podporu. Następnie podskokiem wykonujemy ponownie przysiad podparty, z tej pozycji wyskakujemy w górę z uniesieniem ramion nad głowę. Powtarzamy 8-15 razy. 

Odblokowanie kręgosłupa.

Ćwiczenie 10

Skręty w leżeniu tyłem: leżąc na plecach (leżenie tyłem) ramiona rozłożone są w bok, uginamy jedną nogę i skręcamy się, kierując ugiętą nogę w stronę przeciwnego ramienia. Nie odrywamy ramion i nogi wyprostowanej z podłoża. Powtarzamy 4-8 razy na każdą stronę. 

Ćwiczenie 11

Pozycja niska Klappa: wykonujemy siad klęczny, a następnie, nie odrywając bioder od pięt, wyciągamy maksymalnie ramiona w przód. Zatrzymujemy się w tej pozycji od 30 sekund do 2 minut.

Życzę mnóstwa energii i dobrego samopoczucia. Ruszając się codziennie i dbając o zdrowie, zapewnimy sobie optymistyczną jesień. Nie czekajmy dłużej, zacznijmy już dziś.

Krzysztof Koc

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Olimpijskie potyczki (cz. I)

Aż czworo Polaków znalazło się w międzynarodowych reprezentacjach IBCA na tegorocznej 41.Olimpiadzie Szachowej FIDE w norweskim Tromso. Chciałbym przedstawić przebieg niektórych pojedynków, jakie nasi szachiści stoczyli w pierwszej połowie tej imprezy.

Drużyny IBCA zwykle figurowały na olimpiadach na początku drugiej połowy listy startowej uczestników. Tak więc w pierwszej rundzie rywalami były przeważnie drużyny kandydujące do olimpijskich medali. W Tromso, po raz pierwszy w historii, kobiecy zespół IBCA trafił na drużynę nr 1, czyli na Chiny. Zgodnie z przewidywaniami, faworytki wygrały 4:0, ale warto prześledzić przebieg partii, bo nasze panie grały z arcymistrzyniami bez kompleksów:

Gambit hetmański

Zhao Xue (Chiny – Elo 2508) – A. Stolarczyk (IBCA – 1994)

1.d4 d5 2.c4 e6 3.Sf3 c6 4.Sbd2 Sf6 5.g3 Sbd7 6.Gg2 Ge7 7.0–0 0–0 8.b3 We8 9.Gb2 b6 10.Hc2 Gb7 11.Wfd1 Wc8 12.e4 de4 13.S:e4 S:e4 14.H:e4 Hc7 15.Hc2 Czarne mają ścieśnioną, ale solidną pozycję 15...Gf6 Zasługiwało na uwagę 15...c5!? Bez tego ruchu, ożywiającego gońca b7, nie można wyrównać pozycji 16.Sd2 g6?! Tu była ostatnia okazja, by zagrać 16...c5. Po ewentualnym dalszym 17.G:b7 H:b7 18.Se4 cd4!? (Słabsze 18...Ge7, bo 19.d5!) 19.Sd6 Hc6 20.S:e8 W:e8 21.G:d4 G:d4 22.W:d4 Se5! groźba Sf3+ wymusza oddanie jakości: 23.Wf4 Sf3+ 24.W:f3 H:f3 25.Wd1 z niewielką tylko przewagą białych 17.Se4 Gg7 18.c5! Wcd8 19.Sd6 We7 20.b4 Przewaga pozycyjna białych jest już bardzo duża i nie chcą jej „sprzedać” za pionka po 20.S:b7 H:b7 21.cb6 S:b6 22.H:c6 20...Ga8 21.Wac1 b5 22.a4 a6?! Zbyt pasywne. Więcej szans dawało 22...ba4 23.H:a4 Sf6 23.Wa1
23...Sf6?! Czarne ponoszą teraz straty materialne. Dłużej można było się bronić po 23...Sb6!? 24.ab5 ab5 25.cb6 H:d6 24.ab5 ab5 Na 24...cb5 też nastąpiłoby 25.S:b5 25.S:b5! Hb8 26.Sd6 H:b4? Ta próba odzyskania pionka prowadzi do szybkiej porażki. Lepsze 26...Sd5 27.Gc3 Hb8 28.Wdb1 Hc7 29.Ga5 Hd7 30.G:d8 H:d8 31.Ha4 i czarne poddały się.

Obrona Pirca

T. Dębowska (IBCA – 1708) – Tan Zhongyi (Chiny – 2468)

1.e4 d6 2.d4 Sf6 3.Sc3 g6 4.f4 Gg7 5.Sf3 0–0 6.Ge2 c5 7.e5?! Odważne, ale niezbyt poprawne. Zwykle grywa się tu 7.dc5, 7.d5 lub 7.0–0. Jeśli białe chciały skomplikować grę, to ten ruch należało zagrać wcześniej. Po 6.e5 (zamiast 6.Ge2) 6…Sfd7 7.h4 c5 8.h5!? powstaje bardzo ostra, dynamiczna pozycja 7...Sfd7 8.Ge3 cd4 9.G:d4?! Lepsze 9.H:d4 Sc6 10.Ha4, chociaż i tutaj rekompensaty za pionka białe nie miały 9...Sc6 Zasługiwało na uwagę 9...de5!? 10.S:e5 S:e5 11.G:e5 G:e5 12.fe5 Hc7 10.e6!? fe6 11.G:g7 K:g7 12.g3? Strata ważnego tempa. Po 12.Hd2 e5 13.fe5 Sd:e5 14.0–0–0 z białymi jeszcze nie było tak źle 12...e5 13.Sg5?! Lepsze 13.Hd2 z dalszą długą roszadą 13...Sf6 14.fe5 S:e5 15.Hd4 h6 16.Sge4 S:e4 17.H:e4 Gf5 18.H:b7?! (18.Ha4) 18...Wb8 19.H:a7 W:b2 20.Sd5 (20.0-0!? W:c2 21.Wac1) 20…W:c2 21.S:e7 Po 21.H:e7+ H:e7 22.S:e7 Gg4! czarne kończyły grę matowym atakiem 21…Gd7 22.Sd5 Wf7 23.Wf1

23...W:e2+! 24.K:e2 Gg4+ i białe poddały się.

Męska ekipa IBCA wyjątkowo znalazła się na ostatniej pozycji pierwszej połowy listy startowej. W pierwszej rundzie trafiła więc na potencjalnie najsłabszą drużynę olimpiady – Wyspy Świętego Tomasza i Książęce. Jest to wyspiarskie afrykańskie państewko w Zatoce Gwinejskiej. Po wygranej z Afrykanami do zera, dopiero w drugim dniu trafili na bardzo silną Gruzję. Przegrali „na sucho”, ale po walce. 

Obrona słowiańska

G. Nigalidze (Gruzja – 2542) – J. Stachańczyk (IBCA – 2299)

1.d4 d5 2.c4 c6 3.Sf3 Sf6 4.Sc3 dc4 5.a4 Gf5 6.Se5 Sbd7 7.S:c4 Hc7 8.g3 e5 9.de5 S:e5 10.Gf4 Sfd7 11.Gg2 g5!? 12.Se3 Słabe jest 12.G:g5? S:c4, ale można grać 12.S:e5 gf4 13.S:d7 czy 12.G:e5 S:e5 13.Hd4 12...gf4 13.S:f5 0–0–0 14.0–0 fg3 15.hg3

15…Sc5 Bardziej w duchu pozycji było agresywne 15…h5 16.Hc2 h5?! Pozwala białym zdobyć ważne tempo w ataku na króla. Należało wybrać profilaktyczne 15...a5 i dopiero potem h7-h5 17.b4! Se6 18.b5 cb5?! Niedobre 18…c5? bo 19.Sd5, ale lepiej było pogodzić się z otwarciem linii „b”: 18...h4 19.bc6 bc6 20.S:h4 W:h4! 21.gh4 Gc5 z silną kontrgrą 19.ab5 Gb4 20.W:a7 Jeszcze groźniej wyglądało 20.He4! G:c3 21.W:a7 z rozstrzygającym atakiem 20...H:c3 21.H:c3+ G:c3 22.Wc1 Sc5 23.W:c3 Wd1+ 24.Kh2 Sg4+?! Lepsze 24...Kb8 25.b6 Sed7, ale wyniku gry to już nie zmieniało 25.Kh3 S:f2+ 26.Kh4 Kb8 27.b6 Grozi 28.Wca3 27...Wb1 28.W:c5 Wb4+ 29.e4 S:e4 30.G:e4 W:e4+ 31.Kh3 (31…Wb4 32.Wca5) 1–0

W pierwszych rundach olimpiady trafia się zwykle na dużo słabszą lub znacznie silniejszą drużynę. Wahadło słabych i silnych rywali ma coraz mniejszą amplitudę, ale dopiero w połowie imprezy kojarzone są z sobą reprezentacje o zbliżonych średnich rankingach.

A. Stolarczyk (IBCA – 1994) – Rovira Contreras (Wenezuela – 2076)

Białe: Kh1, He2, Gd3, Sg1, Sg2, a3, b4, d5, e4, f3, g3, h2

Czarne: Kg8, Hh6, Wc1, Gd7, Se8, Sf8, a7, b7, d6, e5, f7, g7, h7

Wydaje się, że czarne stoją trochę lepiej, ale o wyniku zadecydowała zła pozycja ich hetmana 35...Ga4 36.Se3 Sf6? Należało grać 36…g6 lub zwolnić miejsce dla hetmana na c1 poprzez 36...Wc7 lub 36...Wc8 37.Sf5 Hg5 Po 37...Hh5 rozstrzygało 38.He3 z groźbą 39.g4 38.h4 Hh5 Po 38…W:g1+ 39.K:g1 Hc1+ 40.Kg2 sytuacja czarnych też wyglądała beznadziejnie 39.g4 Czarne muszą teraz ponieść duże straty materialne 39...Gd1 40.gh5 G:e2 41.G:e2 S:h5 42.Kg2 Sg6 43.Sh3 Kf8 44.S:d6 S:h4+ 45.Kf2 Wh1 46.Sg5?! Dokładniejsze 46.Sg1 46...Sf4?! Po 46...Wh2+ 47.Ke1 Sg2+ 48.Kd1 Sg3 realizacja przewagi mogła się przedłużyć 47.Wc2 1–0

R. Ribeiro (Brazylia – 2000) – T. Dębowska (IBCA – 1708)

Białe: Kg1, Hb3, Wd1, Wd2, Gb6, Gg2, a2, b2, c4, e2, f2, g3, h4

Czarne: Kg8, He7, Wa8, We8, Ge5, Gf5, a6, b7, c5, d6, f7, g6,

Czarne są bez pionka, ale wiążą swoje nadzieje z polowaniem na gońca 24...a5!? 25.Gd5? Białe nie zrozumiały intencji ostatniego ruchu przeciwniczki. Konieczne było 25.a4 i goniec na b6, choć wyłączony z gry, przynajmniej jest bezpieczny 25...a4 26.Hf3?! Gońca uratować już nie można, ale należało go oddać inaczej: 26.Ha3 Wa6 27.e4 Gc8 28.f4 Gg7 29.G:c5 dc5 30.e5 i silne białe pionki bardzo utrudniają realizację przewagi 26...Wa6! 27.G:c5 dc5 28.G:b7 Wb6?! Lepsze 28...Wf6 z groźbą 29…Gc2, np. 29.Hg2 a3 30.b3 Gc3 lub 29.Hd5?! G:g3! 30.fg3 He3+ 31.Kh2 Ge4 z matowym atakiem 29.Gc6 Web8 30.G:a4?! Po 30.Gb5 czarne czekało jeszcze dużo pracy 30...W:b2 31.W:b2?! (31.Gb5) 31...W:b2 32.h5 Lub 32.Gb3 Gg7 33.e3 Ge4 i biały król wkrótce znajdzie się w niebezpieczeństwie 32...W:a2 33.Ha8+ Kh7 34.hg6+ fg6 35.Wd8 Wa1+ 36.Kg2 W:a4! 37.Hd5 Ge4+ 38.H:e4 H:d8 39.H:e5 Ha8+ 40.f3 Hc6 41.He7+ Kg8 42.Hd8+ Kf7 43.Hh4 Wa8 44.Hh7+ Kf6 45.Hh4+ Kg7 46.He7+ Kg8 Wiecznego szacha nie ma i czarne wkrótce wygrały.

P. Dukaczewski (IBCA – 2288) – Amir Zaibi (Tunezja – 2297)

Białe: Kc1, Hd4, Wd1, Wh1, Ge3, Gf1, Sc3, a3, b2, c2, e4, f3, g4, h4

Czarne: Ke8, Ha5, Wc8, Wh8, Gb7, Ge7, Sf6, a6, b5, d7, e6, f7, g7, h6

16.g5!? Wstęp do bardzo ostrej i skomplikowanej gry, w której obu stronom przyświeca tylko atak na króla 16…Gc5 Ale nie 16...hg5? 17.hg5! W:h1 18.gf6 z wygraną białych 17.Hd2 G:e3 18.H:e3 hg5 Zasługiwało na uwagę poświęcenie wieży już w tym momencie: 18...W:c3!? 19.bc3 (Lub 19.H:c3 H:c3 20.bc3 hg5 z pełną rekompensatą za jakość) 19...H:a3+ 20.Kb1 hg5 i nie wolno 21.H:g5? bo 21...G:e4! 22.fe4 (Lub 22.H:g7 Hb3+ 23.Ka1 H:c3+ z szybkim matem) 22...S:e4 z wygraną czarnych. Białe powinny zagrać 21.Ha7! ze złożoną i trudną do oceny pozycją 19.H:g5 W:c3 20.H:g7!? Teraz białe nie muszą zabijać wieży 20...W:f3?! Lepsze 20...G:e4! 21.H:h8+ Ke7 22.fe4 W:a3 23.H:f6+ (Po 23.ba3 H:a3+ 24.Kd2 S:e4+ 25.Ke2 Sg3+ jest wieczny szach) 23...K:f6 24.ba3 H:a3+ 25.Kd2 z niewielką przewagą białych, chociaż z uwagi na brak osłony ich króla remis był bardzo prawdopodobny 21.H:h8+ Ke7 22.e5? Lepsze 22.Gg2 lub nawet 22.Gd3 G:e4 (22...b4 23.Whf1) 23.Whf1 22...Se4?! (22...Se8) 23.Gd3? Mogło doprowadzić do remisu. Konieczne było 23.Wh3! 23...b4! 24.G:e4 ba3 (24…G:e4 25.Hb8!) 25.G:f3 a2

Niecodzienna pozycja – białe mają dwie wieże więcej, ale na szachownicy nieuchronnie pojawia się drugi czarny hetman 26.Hf6+ Ke8 27.Hh8+ Ke7 28.Hf6+ Ke8 Remis? 29.c3!? Nie! Jeszcze sobie pogramy... 29...a1H+ 30.Kc2 H5a4+ 31.Kd3 Hb5+ 32.Ke3 Hc5+ 33.Kf4 Ha4+? O jeden szach za dużo. Po 33...H:b2! powstawała niejasna pozycja, np. 34.G:b7 H:b7 35.Hh8+ Hf8 (35...Ke7 36.Hf6+) 36.H:f8+ K:f8 37.h5 z prawdopodobnym remisem 34.Wd4! Decydujące tempo! 34...Hab5 35.Wg1! Teraz do ataku ruszają białe 35...Hf8 36.Wb4 Hbc5 Również i po 36...Hd3 37.W:b7 Hh6+!? 38.H:h6 Hd2+ 39.Kg3 H:h6 40.Wd1 pozycja była dla białych wygrana 37.W:b7 Hc8 38.Gc6!? Fajerwerki do końca! 38...dc6 39.We7+ H:e7 40.Wg8+ 1–0

 J. Stachańczyk (IBCA – 2299) – Boudriga Med Ali (Tunezja – 2282)

Białe: Ka1, Ha5, Wd1, Wf2, Sd4, a2, b2, c2, h2

Czarne: Kg7, Hb7, Wb6, Ge4, Sf6, a7, b4, f7, g4, g6, h7

W tej partii także powstała skomplikowana pozycja. Przypuszczalnie obaj grający byli w niedoczasie i stąd taktyczne pomyłki 34.He5 Hb8? 35.Hg5? Kończyło grę 35.Se6+! 35...h6 36.Hc5 Hb7 37.c4 Sd7? Po 37...bc3 38.H:c3 Gd5 czarne miały dobrą grę 38.He7 Sf6 39.He5 Hb8? 40.Hc5? (40.Se6+!) 40...Sh5? (40...Wa6) 41.He7 Wf6?! Konieczne było 41...Gf3, chociaż po 42.c5 Wf6 43.c6 białe też powinny wygrać 42.W:f6 S:f6 43.Se6+! i czarne poddały się.

Ryszard Bernard

 

aaa

 

Gramy w warcaby

Tym razem chciałbym omówić plan gry przeciw klasyce. Klasyka jest grą obronną, wymagającą dobrej znajomości wielu zasad z zakresu gry pozycyjnej. Jest przy tym bardzo trudna i często nieprzewidywalna, jeśli chodzi o wynik, ponieważ stwarza niekończące się możliwości kombinacyjne.  Styl taki często nie odpowiada zawodnikom, którzy wolą atakować. Zdarza się nawet, że wybitni specjaliści od klasyki, jak Aleksander Georgiew, wybierają plan gry przeciw klasyce. Ilustruje to poniższy przykład. Jednym ze sposobów gry przeciw klasyce jest planowe budowanie silnego centrum, przy równoczesnym rozbijaniu centrum przeciwnika.

Mistrzostwa Europy 2008

Aleksander Georgiew (Rosja) – Vaidas Stasytis (Litwa)

1. 32-28 17-21 2. 34-29 11-17 3. 40-34 21-26 4. 45-40 17-22

Po 4... 18-23 5. 29x18 12x32 6. 37x28 26x37 7. 41x32, jak i 4... 19-23 5. 28x19 14x23 6. 33-28 23x32 7. 37x28 26x37 8. 41x32 białe uzyskiwały dużą przewagę temp.

5. 28x17 12x21 6. 50-44 7-12 7. 31-27!

Mistrz klasyki wybiera atak i w tym celu zwiększa tempo.

7... 21x32 8. 37x28 6-11 9. 36-31! 26x37 10. 41x32 11-17 11. 42-37 20-24!?

Białe mają silne centrum i +4 tempa. To warunki, w których czarne mogą przejść do klasyki i aby ten plan zrealizować, najpierw zajmują pole 24.

12. 29x20 15x24 13. 46-41 17-21 14. 37-31

Posunięcie podyktowane koniecznością otwarcia drogi dla podwieszonego pionka 41.

14... 2-7 15. 41-37 10-15

Białe dysponują silnym centrum, jednak ustawienie czarnych w pozycji zbliżonej do klasyki znacznie ogranicza ich aktywność. W tej pozycji białe są zmuszone do atakowania piona 24 w celu przełamania klasyki.

16. 34-29! 5-10 17. 29x20 15x24 18. 40-34 10-15 19. 44-40 18-23 20. 49-44

Białe maksymalnie skupiają siły do kolejnych ataków.

20... 12-18 21. 34-29 23x34 22. 40x20 15x24

Po kolejnej wymianie czarne nadal kontrolują punkt 24, dlatego białe przygotowują następny atak.

23. 44-40 4-10

Na 23... 18-23 białe przygotowują 24. 39-34 i następnie po 25. 34-29 przejęłyby kontrolę w centrum.

24. 39-34 10-15 25. 43-39 7-12 26. 48-43 18-23 27. 34-29 23x34 28. 40x20 15x24

Walka o pole 24 dalej trwa i białe muszą mobilizować siły do następnego ataku.

29. 45-40 1-7 30. 40-34 12-18? 31. 34-29!

I czarne nie mogą się bronić  31. 14-20 z powodu 32. 28-23.

31... 7-12 32. 29x20 14x25

Opór czarnych w punkcie 24 został przełamany. Teraz białym łatwiej będzie przejąć inicjatywę.

33. 39-34 19-23 34. 28x19 13x24

Nie chcąc dopuścić do silnego ataku białych, czarne znów zajęły punkt obronny 24.

35. 32-28 8-13 36. 34-29 13-19 37. 29x20 25x14

Białym udało się kolejny raz zlikwidować obronę czarnych na polu 24 i teraz mogą przejść do ataku, a ich uaktywnione  centrum stało się bardzo silne.

38. 33-29!

To zagranie było konieczne, żeby ostatecznie przejąć kontrolę nad polem 24.

38... 19-24 39. 29x20 14x25

Ta wymiana nie wpłynęła na dominację białych w centrum.

40. 38-33 12-17 41. 43-39 9-13 42. 33-29 18-22

Na 42... 13-19 białe przygotowały 43. 29-24.

43. 28-23 13-18

Po 43... 21-27 44. 23-18 27x36 45. 18x27 17-21 46. 37-32 21-26 47. 39-33 białe osiągnęłyby bardzo dużą przewagę.

44. 23x12 17x8 45. 29-23 21-26

Przegrywało 45... 21-27 46. 23-19 27x36 47. 19-14.

46. 39-34 16-21 47. 35-30 3-9

Po 47... 21-27 48. 23-18 27x36 49. 18x27 pozycja białych jest przegrana.

48. 30-24 8-12 49. 47-41 9-13 50. 41-36 21-27 51. 23-19 22-28 52. 19x17 25-30 53. 31x33 30x28 54. 24-20 28-33 55. 20-14 33-39 56. 14-10

I czarne poddały się.

Mistrzostwa Europy 2008

Artem Ivanov (Ukraina) – Argo Unnuk (Estonia)

1. 32-28 19-23 2. 28x19 14x23 3. 37-32 10-14 4. 34-30 14-19 5. 30-25 17-21 6. 25x14 19x10

Bicie 6... 9x20 dałoby białym argument, by przejść do klasyki 7. 31-27 i dalej 8. 33-28.

7. 40-34 10-14 8. 44-40 13-19 9. 35-30 8-13 10. 31-27

Przeciw silnemu centrum przeciwnika białe budują pozycję klasyczną.

10... 2-8 11. 33-28 15-20 12. 30-25 5-10 13. 39-33 20-24 14. 34-29 23x34 15. 40x20 10-15 16. 41-37 15x24 17. 36-31 21-26 18. 46-41 11-17 19. 41-36 18-22

Czarne, chcąc powstrzymać dalszą koncentrację białych w centrum, szukają wyrównania pozycji poprzez przejście do klasyki.

20. 27x18 12x23 21. 31-27 7-12 22. 43-39 12-18 23. 50-44 8-12 24. 44-40!

Czarne mają +3 tempa i w tej sytuacji klasyka jest korzystniejsza dla białych. Jednak  białe wolą postawić na swoje silne centrum i planują uwolnić się od klasyki. Standardowym planem do realizacji tego celu jest atak na pozycję piona 24. Po ostatnim zagraniu białych czarne znalazły się w trudnej sytuacji, gdyż grozi 25. 39-34, po którym przegrywa 25... 24-30 26. 33-29 30x39 27. 29-24 19x30 28. 28x10 4x15 29. 25x43.

24... 14-20 25. 25x14 9x20 26. 39-34! 3-8 27. 49-44 4-10 28. 34-29 23x34 29. 40x29

Klasyki już nie ma i do głosu dochodzi wolne centrum białych. Żeby częściowo osłabić pozycję białych w centrum, czarne wykonują wymianę.

29... 17-22 30. 28x17 12x21 31. 44-39 20-25 32. 29x20 25x14

Białe uzyskały znaczną przewagę pozycyjną z uwagi na lepszą aktywność i dużą swobodę w centrum. Dodatkowo po rozbiciu klasyki w pozycji czarnych powstała słabość w postaci mało aktywnych bandowych pionków na krótkim skrzydle.

33. 33-29!

To zagranie nie dopuszcza do ponownego zajęcia przez czarne pola 24.

33... 8-12 34. 39-34 10-15 35. 38-33 1-7 36. 45-40 14-20 37. 40-35 19-24 38. 34-30 13-19 39. 30-25 18-23 40. 25x14 19x10 41. 29x20 15x24 42. 27-22!

Białe grożą jednocześnie zagraniami: 43. 22-17 i 43. 33-28, co prowadzi do nieuchronnych strat.

42... 6-11 43. 33-28 23-29 44. 22-18 12x23 45. 28x30 11-17

Po 45... 29-33 46. 48-43 czarne nie są w stanie obronić się na długim skrzydle.

46. 32-28 17-22 47. 28x17 21x12 48. 42-38 10-14 49. 48-42

Białe przygotowują wymianę mocnego pionka 29.

49... 12-18 50. 38-33 29x38 51. 42x33 18-23 52. 47-42

Można było zdecydować się na wariant 52. 30-25, 53. 35-30, 54. 33-29.

52... 14-20 53. 42-38 20-25 54. 33-29 25x34 55. 29x40 16-21

Czarne wcześniej przegrały pionka, a teraz przegrały walkę na długim skrzydle. Pozostał im atak na drugiej stronie w nadziei, że za cenę kolejnych poświęceń uda im się dojść do damki.

56. 40-34 21-27 57. 38-33 7-12 58. 34-30 12-18 59. 30-25 18-22 60. 25-20 23-28 61. 33-29 26-31

Po 61... 27-32 62. 20-14 32x41 63. 36x47 28-32 64. 14-10 32-38 65. 10-5 38-43 66. 29-24 partia jest dla czarnych przegrana.

62. 37x26 28-32 63. 20-14 32-38 64. 14-10 38-42 65. 10-4

Zagranie konieczne, żeby nie pozwolić czarnym na atak pionka 29.

65... 42-48 66. 26-21

Najprostszy sposób realizacji przewagi.

66... 27x16 67. 4x27 48-37

Motywem obrony czarnych jest niedopuszczenie do damki pionków 29 i 35, jednak białe znajdują sposób na realizację przewagi.

68. 29-24 37-10 69. 24-20 10-23 70. 36-31 23-41 71. 31-26

I czarne poddały się, ponieważ po doprowadzeniu białych pionków na pola 15 i 20 muszą opuścić główną linię.

Jan Sekuła

 

aaa

 

W jakich szkoleniach chciałbyś uczestniczyć?

Czy szkolenia z zakresu obsługi komputera są przydatne? Co sądzisz o potrzebie wsparcia w obszarze doradztwa zawodowego? A może interesują Cię kursy języków obcych?

Zapraszamy do wypełnienia ankiety dotyczącej szkoleń organizowanych przez Stowarzyszenie „Cross”. Twój udział w sondażu pomoże nam zaplanować i zrealizować kursy oraz zajęcia o ciekawym profilu, odpowiadające uczestnikom. Jeśli interesujesz się poradnictwem psychologicznym, chciałbyś poznać nowe dyscypliny sportowe (nordic walking, kręgle, warcaby, szachy, brydż itp.), zajrzyj na stronę internetową Stowarzyszenia www.cross.org.pl i wypełnij ankietę znajdującą się w zakładce Aktualności.

Interesuje nas również opinia na temat formy zajęć – wolisz cykliczne spotkania w niewielkich odstępach czasu czy może dłuższe, intensywne zjazdy, bardziej oddalone od siebie w czasie?

Odpowiedz na te i inne pytania i podziel się swoimi pomysłami. Wypełnij ankietę na stronie internetowej i stwórz razem z nami idealne szkolenie dla Ciebie!