Nr 7/8 (76/77) Lipiec, Sierpień 2011
ISSN 1427–728X
ROK IX
Nr 7/8 (76/77)
Lipiec, Sierpień 2011 r.
miesięcznik
INFORMACYJNO-SZKOLENIOWY
STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ
SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH
I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”
Adres redakcji:
00–216 Warszawa
ul. Konwiktorska 9, tel.: 022 635 57 94
tel.kom. 668 764 654,
666 725 040
e–mail: redakcja@cross.org.pl
Redaguje zespół w składzie:
Teresa Dębowska
Redaktor naczelna
Anna Amanowicz
Zastępca redaktor naczelnej
Skład i opracowanie graficzne:
Wojciech Górski
Druk: Wydawnictwa Polskiego Związku Niewidomych Spółka z o.o
Miesięcznik dofinansowują:
Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych
Ministerstwo Sportu i Turystyki
|
Paweł Ciesielski |
|
Andrzej Szymański |
|
Mirosław Jurek |
|
Andrzej Szymański |
|
Ryszard Bernard |
|
Leszek Stefanem |
|
Konrad Andrzejuk |
|
AMA |
|
(BWO) |
|
Ryszard Bernard |
|
Jan Sekuła
|
Kalendarium
Wrzesień - Październik 2011 Stowarzyszenie „Cross”
18.08-4.09.2011 r., Grecja Mistrzostwa świata juniorów w szachach
2-11.09.2011 r., Dźwirzyno Drużynowe mistrzostwa Polski w warcabach
5-16.08.2011 r., Grecja Mistrzostwa Europy w szachach
18-24.09.2011 r., Augustów Ogólnopolski turniej w warcabach
22.09-2.10.2011 r., Dadaj Ogólnopolski turniej szachowy
5-8.10.2011 r., Augustów Ogólnopolski turniej w brydżu sportowym (impy)
7-9.10.2011 r., Bydgoszcz Ogólnopolski turniej w tańcu sportowym
7-16.10.2011 r., Malezja Mistrzostwa świata w bowlingu
15-16.10.2011 r., Poznań Mistrzostwa Polski w maratonie
17-24.10.2011 r., Klimkówka Ogólnopolski turniej w warcabach
28-30.10.2011 r., Sielpia Półfinał mistrzostw Polski w showdown (strefa A)
28-30.10.2011 r., Bydgoszcz Półfinał mistrzostw Polski w showdown (strefa B)
ZKF „Olimp”
7-12.09.2011 r., Dania Mistrzostwa świata w kolarstwie
13-18.09.2011 r., Słowacja Mistrzostwa Europy w strzelectwie pneumatycznym
16-18.09.2011 r., Bydgoszcz Mistrzostwa Polski niepełnosprawnych w strzelectwie pneumatycznym
21-23.10.2011 r., Dadaj Drużynowe mistrzostwa Polski w strzelectwie pneumatycznym
wokół sportu
Jedną z chorób naszej cywilizacji jest samotność. Dotyka oczywiście osoby ze wszystkich kręgów naszego społeczeństwa, ale najbardziej dotkliwie niepełnosprawnych – połączona z fizyczną dysfunkcją, podwaja ich cierpienie. W byciu „wolnym strzelcem” są oczywiście pewne zalety. Jest wówczas mnóstwo czasu na zajmowanie się sobą, na rozmyślania, realizowanie zainteresowań, czytanie książek, pisanie wierszy. Ale przychodzi chwila, że ma się tego dosyć, tych czterech ścian, pustki wokół i rozmów z samym sobą. Rośnie pragnienie kontaktu z ludźmi, z osobami o podobnych zainteresowaniach i poglądach, z którymi łączyłyby nas więzi emocjonalne, wzajemne zrozumienie, wspólne doświadczenia. Jednym słowem pragniemy zdobyć przyjaciół.
Nie będę chyba oryginalna – ale o tym trzeba ludziom młodym ciągle przypominać – jeśli powiem, iż sport jest tą dziedziną aktywności, która poprzez podobne zainteresowania, wspólne treningi, wyjazdy na zawody i obozy sprzyja rodzeniu się mocnych więzi emocjonalnych. Na boiskach, stadionach i akwenach zawiązują się przyjaźnie, bywa, że na całe życie. Kiedy rozmawiam z naszymi sportowcami i pytam o przyjaciół, na ogół wymieniają, poza członkami najbliższej rodziny, kolegów ze sportowych aren. Z nimi dzielą radości zwycięstw i smutek porażek. Do nich głównie zwracają się, kiedy potrzebują kogoś, komu mogą się wypłakać w mankiet, bo ich problemy przerastają ich samych. Zdarza się, że najlepszym przyjacielem okazuje się trener, który często potrafi lepiej doradzić niż rodzony ojciec czy brat. Bywa też, że trener staje się wzorcem osobowościowym, a jego wskazówki w dalszym życiu sportowca stają się drogowskazem.
Mówią, że przyjaciel to „drugie ja”, mówią, że to „połowa naszej duszy” i że przyjaźń jest cnotą. Te powiedzenia bardzo mocno akcentują potrzebę doznania w życiu przyjaźni, by zaznać spełnienia.
JAGA
organizacje
Nowy zarząd PKPar
W dniu 27 kwietnia 2011 roku odbył się w Warszawie III Walny Zjazd Sprawozdawczo-Wyborczy Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego, na którym wybrano nowy zarząd i komisję rewizyjną PKPar.
Zarząd na swym pierwszym posiedzeniu ukonstytuował się następująco:
Longin Komołowski - prezes
Robert Szaj - wiceprezes
Jan Włostowski - wiceprezes
Eugeniusz Grafowski - członek prezydium
Zenon Jaszczur - członek prezydium
Wojciech Kijowski - członek prezydium
Jerzy Mysłakowski - członek prezydium
Tadeusz Nowicki - członek prezydium
Wojciech Skiba - członek prezydium
Adam Borczuch - członek
Maciej Cybulski - członek
Piotr Dukaczewski - członek
Jerzy Jankowski - członek
Jerzy Linka - członek
Piotr Łożyński - członek
Henryk Pięta - członek
Dariusz Skibniewski - członek
Łukasz Szeliga - członek
Danuta Tarnawska - członek
W skład komisji rewizyjnej weszli:
Tadeusz Jedynak - przewodniczący
Mariusz Krawczyń - wiceprzewodniczący
Janusz Kłos - sekretarz
Jacek Cicho - członek
Kazimierz Lemańczyk - członek
Longin Komołowski pełni funkcję prezesa Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego od 2000 roku. Po raz trzeci wybrany został na szefa PKParu na kolejną czteroletnią kadencję.
Urodził się 5 stycznia 1948 r. w Czaplinku. W 1974 r. ukończył studia na Wydziale Budowy Maszyn i Okrętów Politechniki Szczecińskiej. Zatrudniony w stoczni szczecińskiej, pracował tam jako ślusarz, zaopatrzeniowiec, awansując z czasem na stanowiska kierownicze. W stanie wojennym działał w strukturach podziemnych „Solidarności”. Jest działaczem związkowym, byłym ministrem pracy i wicepremierem, posłem na Sejm, a od 2010 r. prezesem Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”.
Zapytany przez dziennikarza w 2009 r., po wyborze na prezesa PKPar na II kadencję, co skłoniło działacza związkowego, polityka, i byłego wicepremiera do zajęcia się sportem niepełnosprawnych, Longin Komołowski tak odpowiedział:
„Mój wybór był pochodną moich doświadczeń. Działacz związkowy zajmuje się bowiem na co dzień problemami ludzkimi, a więc siłą rzeczy nabywa w kontakcie z nimi większą wrażliwość społeczną. Dodatkowo praca w roli ministra pracy i kontakt ze środowiskami organizującymi sport osób niepełnosprawnych i wspieranie takich przedsięwzięć skutkowało ofertą z tego środowiska (…) Na pewno dzięki funkcjonowaniu zarówno w ruchu związkowym, jak i przez wiele następnych lat w polityce, mogę być teraz rozpoznawalny, a to często ułatwia kontakty. Chciałbym wierzyć w to, że moja działalność publiczna pomaga mi w sprawowaniu funkcji na rzecz sportu osób niepełnosprawnych, na rzecz ruchu paraolimpijskiego”.
Prezesowi Longinowi
Komołowskiemu i zarządowi Polskiego Komitetu Paraolimpij-
skiego życzymy, by w nowej kadencji nadal realizowali ambitne cele, jakie stoją
przed tą organizacją.
kręgle
Kręgarze w Sarajewie
Na przełomie maja i czerwca br. (28.05-2.06.2011 r.) odbyły się w Sarajewie, stolicy Bośni i Hercegowiny, II Mistrzostwa Świata
Niewidomych
i Słabowidzących w Kręglarstwie Klasycznym. Wzięła w nich udział 17-osobowa
reprezentacja Polski
Przygotowania do mistrzostw Polacy rozpoczęli 20 maja na kręgielni w Tomaszowie Mazowieckim. Okazały się one bardzo udane, na co w dużej mierze złożyły się: świetna baza treningowa, dobre zakwaterowanie i wyżywienie.
Na zgrupowaniu zjawili się wszyscy zawodnicy powołani do reprezentacji:
Kobiety
B1Agnieszka Kozłowska i Regina Szczypiorska
B2 Irena Zięba i Anna Barwińska
B3 Elżbieta Kłos
Mężczyźni
B1 Jan Zięba, Szczepan Polkowski, Zdzisław Koziej i Krzysztof Tarkowski
B2 Mieczysław Kontrymowicz, Władysław Wakuliński, Stanisław Fortkowski i Jan Smoła
B3 Daniel Jarząb, Grzegorz Kanikuła, Zbigniew Strzelecki i Piotr Gniadek
Kadrę trenerską (na zgrupowaniu i w trakcie mistrzostw) stanowili: Paweł Ciesielski i Bożena Polak.
Z Tomaszowa do Sarajewa wyruszyliśmy autokarem klimatyzowanym, którym kierowali Jerzy i Marcin, wspaniali kierowcy, wierni nasi kibice, także kumple i pomocnicy. Czekała nas długa podróż przez wiele granic. Na granicach słoweńsko-chorwackiej i chorwacko-bośniackiej spędziliśmy ponad 4 godziny. Na szczęście, do celu dojechaliśmy o czasie, choć bardzo zmęczeni. Czekały nas: zakwaterowanie, później badania lekarskie, odprawa techniczna dla trenerów, odprawa z zawodnikami. I wreszcie odpoczynek w wygodnych, dobrze wyposażonych pokojach.
Naszą bazą na okres pobytu był hotel „Terme” w Ilidży, dzielnicy Sarajewa. Do areny zmagań, tj. kompleksu olimpijskiego „Sarajewo 1984”, mieliśmy ok.9 kilometrów. Dzięki codziennej przejażdżce rano i wieczorem przez całe miasto, urokliwie położone wśród wysokich gór, mogliśmy podziwiać jego piękną panoramę, zabytki, symbole architektury po wojnie bałkańskiej, jak również nowoczesne, nietuzinkowe budowle.
Zawody odbywały się w Centrum Sportowym im. Antonio Samarancha na tzw. tymczasowych torach, w liczbie ośmiu, firmy Pauli. Kolorystyka torów i urządzeń pomocniczych niespotykana wcześniej: żółte płyty torów, malinowe rynny zerowe i hamowniki kul oraz szaro-malinowe pole gry z czarną deską nasadzenia. Kule natomiast były w kolorze fioletowym, no, może nie do końca, i oczywiście bialutkie kręgle.
Wiedzieliśmy, że jesteśmy dobrze przygotowani do zmagań, ale jak przeciwnicy? Jaka jest właściwość torów? Czy są wolne, szybkie? O tym przekonaliśmy się dopiero po pierwszym dniu zawodów. Do rywalizacji jako pierwsze przystąpiły panie, najpierw startujące w drużynie, a potem indywidualnie. Po nich na start ruszyli panowie, w podobnej kolejności.
I oto już po pierwszym bloku w kategorii B1 ogromna sensacja. Mistrzyni świata, wielokrotna mistrzyni i rekordzistka Europy – Rumunka Negrilescu – nie kwalifikuje się do ścisłego finału, plasując się dopiero na 5. miejscu. Przed nią jest Agnieszka Kozłowska, a tuż za nią Regina Szczypiorska, z dobrym rezultatem – 494 (Agnieszka uzyskała w eliminacjach rekord życiowy 506, a w finale niewiele gorszy wynik – 501). Gdyby nie awaria elektroniczna jednego toru, a tak naprawdę nieumiejętność obsługi systemu komputerowego przez operatora, Agnieszka mogła sięgnąć w swoim debiucie po medal. Bowiem rzuty treningowe (5 minut) miała rewelacyjne. Niestety, prawie 30-minutowe oczekiwanie w niedogodnej pozycji, przy słabej strukturze fizycznej zawodniczki, spowodowało błędy w grze na pierwszym i przedostatnim torze. Mimo wszystko, były łzy szczęścia zawodniczki i radość trenera.
Następnie, w kategorii B2, wystartowała Anna Barwińska, osiągając wynik – 637. Niestety, po ostatnich trudnych osobistych przeżyciach, nie miała należytej koncentracji, w czym nie pomagała nabyta w trakcie zgrupowania niewielka, ale bardzo bolesna kontuzja biodra. Osiągnęła piąte miejsce w eliminacjach, piąta też była po finale – 630. Wiele zawodniczek byłoby szczęśliwych, ale nie niedawna mistrzyni Europy.
Irena Zięba startowała indywidualnie, osiągnęła trzeci wynik po eliminacjach (670), trzecia też była po finałach. To olbrzymi sukces zawodniczki. Jednak odrobina niedosytu pozostała, bo zarówno złoty medal, jak i srebrny były w jej zasięgu. Może następnym razem?
Elżbieta Kłos – kat. B3, była naszą ostatnią startującą zawodniczką. W „klasycznym” debiucie zagrała bardzo przyzwoicie, osiągając 613 kręgli i 12. miejsce w świecie.
Teraz do rywalizacji przystąpili mężczyźni. Najpierw zawodnicy startujący w kategorii B1. Jan Zięba – mistrz Europy – zagrał na bardzo dobrym poziomie, uzyskując 629 kręgli. Dało mu to tylko drugie miejsce po eliminacjach za rewelacją mistrzostw, zawodnikiem gospodarzy Jovicą Radanovicem, który uzyskał aż 650 kręgli. W finale obaj tak bardzo się pilnowali, że zagrali poniżej swoich możliwości: odpowiednio 587 i 586. Pozwoliło to jednak na utrzymanie dotychczasowych miejsc.
Drugim zawodnikiem z kat. B1 był Szczepan Polkowski – 472 kręgle. Ten zawodnik jest bardzo dobry na torach krajowych, nie udaje mu się jednak spełniać oczekiwań w rywalizacji międzynarodowej. Umiejętności ma, brakuje tylko ogrania i pewności siebie. Musi zatem wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję startu w obsadzie międzynarodowej, a wszystko jest do poprawienia. Sukcesy przyjdą bardzo szybko.
Do gry przystąpili zawodnicy z B2. Mieczysław Kontrymowicz to aktualny mistrz Polski. Bardzo dobrze zagrał w eliminacjach (706), uzyskując prawo startu w finałach z 5. pozycji. Na początku finału zawodnik był bardzo usztywniony. Później już było lepiej i wynik końcowy 716 okazał się nie tylko nowym rekordem zawodów Mieczysława, ale dał mu jednocześnie brązowy medal mistrzostw świata.
Kolejnym zawodnikiem był mistrz Europy z roku ubiegłego – Władysław Wakuliński. Jemu problemy zdrowotne (nadwerężenie prawego barku) nie pozwoliły prawidłowo przygotować się do rywalizacji. Mimo niezłego wyniku – 674 kręgli, nie dostał się do finału.
„Drużynówkę” kończyli zawodnicy z kat. B3. Daniel Jarząb, wielokrotny mistrz Polski, nie potrafił poradzić sobie w rywalizacji międzynarodowej, podobnie jak wcześniej wymieniony Szczepan Polkowski. Mimo olbrzymich umiejętności, nie wykorzystał swojego potencjału do końca. Wynik 659 kręgli zirytował samego zawodnika, ale jest wskazówką, że trzeba częściej rywalizować w szerokim, międzynarodowym gronie, nawet w zawodach mniejszej rangi.
Drugim naszym przedstawicielem był Grzegorz Kanikuła. Mimo młodego wieku, to jego kolejny start w dużej imprezie. Wytrzymał presję psychiczną, osiągając w eliminacjach 728 kręgli i dobry rezultat w finale – 708. Tym wynikiem uplasował się na 5. miejscu w rywalizacji o mistrzostwo świata. To jego największy sukces w dotychczasowych startach w tej kategorii. Brawo!
Następnie do rywalizacji przystąpili zawodnicy startujący indywidualnie w poszczególnych kategoriach. W B1 Zdzisław Koziej, od kilku lat w ścisłej czołówce krajowej, brązowy medalista ostatnich mistrzostw Europy. Na zgrupowaniu, szczególnie w początkowej jego fazie, nieustabilizowany. Później było coraz lepiej. W eliminacjach osiągnął 578 punktów i awans do finałów z 5. pozycji. W finale szło mu doskonale – najlepszy wynik ze wszystkich finalistów i rekord życiowy 626 dał awans na trzecie miejsce. Jeszcze raz okazuje się, że ambicja i konsekwencja, poparte pracą, przynoszą oczekiwany efekt.
Następnie do gry przystąpił ostatni nasz przedstawiciel w kategorii B1 – Krzysztof Tarkowski. Dobra gra na dwóch torach, słabsza na kolejnych, nie daje dobrego wyniku (455) i upragnionego finału. Niemniej jest to zawodnik bardzo ambitny i z dużym potencjałem. Jeśli będzie konsekwentny w czasie treningów i gier, tak jak jego starszy utytułowany kolega Zdzisław Koziej, ma przed sobą przyszłość.
W kategorii B2 indywidualnie wystartował Stanisław Fortkowski, zawodnik z bardzo dobrą dyspozycją w okresie przygotowawczym. Start w eliminacjach, poparty rekordem życiowym 725, dał awans do finałów z trzeciego miejsca. Niestety, słabsza dyspozycja, przede wszystkim psychiczna, w finale nie pozwoliła, przy tak wysokim poziomie, na utrzymanie medalowej pozycji. Wynik 683 i tylko 5. miejsce. Niewątpliwie, mimo większych oczekiwań zawodnika, piąte miejsce w bardzo silnie obsadzonych mistrzostwach świata to duży sukces.
Jan Smoła startował jako ostatni w kategorii B2. Jego wynik – 649, nie odbiega od jego faktycznych umiejętności. Jakiekolwiek tłumaczenia nie zmienią faktu, że mogło być dużo lepiej. Oczekuję konsekwencji zarówno w czasie treningów, jak i gry, wówczas na pewno będzie lepiej.
W kategorii B3 indywidualnie wystartował Zbigniew Strzelecki. W eliminacjach pokazał wreszcie to, co potrafi ugrać na treningach. Wynikiem 709 uzyskał pewny awans do finałów. Mimo że w finale zagrał również dobrze – 704 (stać go na więcej!), zdobył tylko 11. lokatę w mistrzostwach świata. Jest to jednak jego sukces i mam nadzieję początek dalszej kariery.
Ostatnim startującym zawodnikiem ekipy był Piotr Gniadek (kat. B3). Młody, początkujący zawodnik, nieukształtowany technicznie, ale o dużym potencjale. W eliminacjach osiągnął wynik 645, co jest poniżej jego możliwości. Był to jego pierwszy start w zawodach międzynarodowych tak wysokiej rangi, ale na pewno nie ostatni. Piotr to inwestycja na przyszłość.
Reasumując, zdobyliśmy 5 medali: jeden srebrny i trzy brązowe medale indywidualnie i brązowy medal drużyny męskiej.
Na zakończenie chciałbym podziękować zawodnikom za wolę walki, za charakter, za koleżeństwo i przede wszystkim pogratulować osiągnięć. Pozostałym osobom towarzyszącym serdecznie dziękuję za pomoc w realizacji startu, podczas pobytu w Sarajewie i w czasie powrotu do Polski. W sposób bardzo istotny wspomagały grupę w trakcie podróży, podczas zawodów i w innych trudnych sytuacjach dwie panie: Czesława Konieczna – delegat do spraw kontaktów z IBSA oraz Natasza Ciesielska – tłumacz, które były, rzec można, na każde zawołanie. Koordynatorem imprezy był niezastąpiony Włodzimierz Sajdych.
II Mistrzostwa Świata w Kręglastwie Klasycznym
26.05-2.06.2011 r., Sarajewo
Kobiety
Wyniki indywidualne
B1
1. Daniela Hladikova, Czechy 1132
2. Petra Desa, Chorwacja 1115
3. Adelheid Rother, Niemcy 1031
4. Agnieszka Kozłowska, Polska 1007
…
6. Regina Szczypiorska, Polska 494
B2
1. Evica Serfez, Chorwacja 1349
2. Andrea Erdlyi, Węgry 1325
3. Irena Zięba, Polska 1299
…
5. Anna Barwińska, Polska 1267
B3
1. Ruza Markesic, Chorwacja 1421
2. Marija Fras, Słowacja 1388
3. Silvia Sagge, Niemcy 1360
…
12. Elżbieta Kłos, Polska 613
Wyniki drużynowe
1. Chorwacja 1972
2. Rumunia 1867
3. Niemcy 1855
4. Polska 1756
Mężczyźni
Wyniki indywidualne
B1
1. Jovica Radanovic Bośnia i Hercegowina 1236
2. Jan Zięba, Polska 1216
3. Zdzisław Koziej, Polska 1204
…
15. Szczepan Polskowski, Polska 472
17. Krzysztof Tarkowski, Polska 455
B2
1. Jakob Vodusek ,Słowacja 1436
2. Stanko Jerkovic ,Chorwacja 1424
3. Mieczysław Kontrymowicz Polska 1422
…
6. Stanisław Fortkowski, Polska 1408
14. Władysław Wakuliński, Polska 674
21. Jan Smoła, Polska 649
B3.
1. Marjan Zalar, Słowacja 1514
2. Vlado Milovic, Serbia 1472
3. Milija Bjekic, Serbia 1456
...
5. Grzegorz Kanikuła, Polska 1436
11. Zbigniew Strzelecki, Polska 1413
23. Daniel Jarząb, Polska 659
26. Piotr Gniadek, Polska 645
Wyniki drużynowe
1. Chorwacja 3956
2. Niemcy 3906
3. Polska 3868
Jan Zięba i Szczepan Polkowski (B1), Mieczysław Kontrymowicz i Władysław Wakuliński (B2), Daniel Jarząb i Grzegorz Kanikuła (B3)
Paweł Ciesielski (trener kadry)
Trzeba to lubić!
Ona – radomianka, on – gdańszczanin. Spotkali się na dyskotece w Lublinie. Od 31 lat są małżeństwem i mieszkają w Kielcach. Odchowali dzieci i teraz jedyną ich pasją są kręgle. Irena i Jan Ziębowie przywieźli z ostatnich mistrzostw świata w kręglach klasycznych trzy medale, w tym jeden drużynowy. Cała 17-osobowa ekipa zdobyła ich pięć.
Z okien domu Ziębów, znajdującego się na osiedlu „Na Stoku” na obrzeżach Kielc, rozciąga się zalesione pasmo Łysogór. Wiedzą o tym, ale nie widzą łagodnych świętokrzyskich wzgórz. Jan miał wypadek na uczelni i stopniowo tracił wzrok. Studiował mechanikę na Politechnice Gdańskiej. Nawet przez rok kierował zakładem produkcyjnym. Potem ukończył masaż i od lat pracuje jako rehabilitant w lecznicy MSWiA. Jako całkowicie niewidomy, ma kategorię B1. Irena trochę widzi i długi czas zatrudniona była w kieleckiej spółdzielni niewidomych. Startuje na kręgielni w kategorii B2.
Zaczęli pod koniec XX wieku
Ich życie biegło zwykłym trybem. Pracowali, wychowywali dwójkę dzieci. Pewnego dnia postanowili zapisać się do kieleckiego klubu „Cross”. Jan Zięba po raz pierwszy znalazł się na kręgielni w połowie lat 80, w Poznaniu wziął nawet udział w jakimś turnieju, ale potem na 15 lat zapomniał o tej dyscyplinie. Dopiero pod koniec lat 90. znowu zaczął jeździć na zawody, między innymi do Tomaszowa Mazowieckiego, gdzie była najbliższa kręgielnia. A żona?
– Irenka pojechała ze mną na mistrzostwa Polski jako przewodnik. Po nich odbywa się zwykle tzw. „Turniej o Puchar Prezesa”. Po raz pierwszy wzięła kulę do ręki, rzuciła i …zajęła trzecie miejsce. Wszyscy byli zaskoczeni, a najbardziej ona. Tak się napaliła na te kręgle, że nawet dzisiaj podchodzi do gry z większym entuzjazmem niż ja – mówi Jan.
W pierwszych startach reprezentowali kielecki „Cross”. Ale, jak twierdzą, nie było tu sportowej atmosfery do uprawiania kręgli. Przenoszą się więc w 2008 roku do Częstochowy. W tymże roku Jan po raz pierwszy kwalifikuje się do ekipy na mistrzostwa Europy niewidomych w kręglarstwie klasycznym. Z Budapesztu przywozi dwa srebrne medale: indywidualny i drużynowy. Klub częstochowski triumfuje, bo z medalem wraca też Edyta Siwek. Irena wcześniej od męża przetarła zagraniczne szlaki, choć nie odniosła sukcesów. W 2006 startowała w mistrzostwach Europy w Czechach, rok później na Słowacji w mistrzostwach świata.
Po głębszym namyśle wspólnie postanawiają kolejny raz zmienić klub. Przenoszą się do chorzowskiej „Karolinki”. Dlaczego? Dlatego, że jest to prężny klub, który od wielu lat jest zapraszany na turnieje kręglarskie do Czech i na Słowację. Ziębowie mogą częściej startować w zawodach, ogrywać się, nabywać większego doświadczenia. Oczywiście, raz są „na wozie”, raz „pod wozem”. Jan jednak często triumfuje i staje na najwyższym podium.
– Pamiętam taki otwarty turniej w 2010 roku w Ostrawie – opowiada Zięba. – Graliśmy z ludźmi zdrowymi. Zbudzono nas bardzo wcześnie, o szóstej. Ledwo otworzyłem oczy, przetarłem je i bez śniadania ruszyłem na tor. Miałem takiego kopa, że wygrałem ze zdrowymi – nawet bez doliczania tzw. punktów bonusowych. To była śmieszna kręgielnia, bo jak się zbiło 9 kręgli, sędzia ręcznym dzwonkiem oznajmiał wynik. Oj, dużo wtedy było dzwonienia, prawie po każdym moim rzucie.
W swoim sportowym życiu mistrzowie z Kielc wiele godzin spędzili na różnych obiektach. Za najlepsze w Polsce uważają kręgielnie w Tomaszowie Mazowieckim i Gostyniu.
– Najłatwiejsza dla
nas, niewidomych, jest kręgielnia w
Tucholi. Tam wystarczy lekko pchnąć kulę i już zbija się kręgle. Natomiast
jedna z najtrudniejszych była w
Łaziskach na Śląsku. Wymagała od
zawodnika siły rzutu i precyzji, czyli doskonałej techniki. Podobna była w
Brzesku, przed modernizacją, chociaż mile ją z mężem wspominamy, bo obydwoje
wygraliśmy tam turniej. Bardzo dobre obiekty są na Słowacji, o wiele lepsze niż
w Czechach, gdzie przeważają stare kręgielnie – rozgadała się Irenka.
Oprócz udziału w turniejach w kręgle klasyczne, Ziębowie startują również z powodzeniem w bowlingu. Z zazdrością stwierdzają, że sekcje bowlingowe są prężniejsze i mają więcej zawodów niż kręglarskie. Jednak jedna i druga dyscyplina wymaga predyspozycji, treningów, wytrwałości, wsparcia rodziny i, jak twierdzą, trzeba to lubić. Na dobrą sprawę za bardzo nie potrzebują wsparcia czy rad z zewnątrz, sami dla siebie są trenerami.
Cud, że przywieźliśmy medale z Sarajewa
Mistrzostwa świata odbywały się w Sarajewie na przełomie maja i czerwca. Irena i Jan Ziębowie przygotowywali się do nich z wielkim zaangażowaniem na pięknym obiekcie w Tomaszowie Mazowieckim. Intensywna praca przyniosła efekty – Jan zdobył srebrny medal, a Irena brązowy. Srebrny medalista tak wspomina sarajewskie zawody:
– Międzynarodowe towarzystwo kręglarzy wie o sobie wszystko. Znają się „jak łyse konie”, bo nie jest ich znowu tak wielu i często spotykają się na turniejach. Kiedy zobaczyli naszych, zapytali, czy z Polski są dwie ekipy? Pytanie było rozsądne, bo Polacy wystąpili w różnych strojach. Zabrakło kilkuset złotych na nowe ubrania? Jan Zięba mówi, że „opadła mu szczęka”, kiedy dowiedział się o przygotowaniach rywali: Chorwatów, Słoweńców, Niemców. U nich dwa razy w tygodniu odbywają się treningi kadry, raz w miesiącu międzynarodowy turniej. Nie dziwota więc, że te ekipy zgarniały medale i cud, że Polska wywiozła aż pięć krążków.
Ziębowie są bardzo zadowoleni z mistrzostw świata. Startowali w takim napięciu, że nie bardzo pamiętają, co się dookoła nich działo w momencie oddawania rzutów. Jan przegrał złoto zdecydowanie z Jovicą Radanovicem o 20 p., Irena wreszcie zdobyła swój pierwszy medal na mistrzostwach. Podsumujmy ich dotychczasowe sukcesy. Jan w swym dorobku ma: dwa srebrne medale, przywiezione z ME w Budapeszcie, złoto i brąz z ME w Tomaszowie, złoto z MŚ na Słowacji i srebro oraz brąz z MŚ w Sarajewie. W sumie siedem medali. Irena, jak wcześniej wspomniałem, zdobyła brąz w Sarajewie.
Co dalej?
Jednym głosem mówią: – Będziemy grać do czasu, aż zdrowie pozwoli. Mieszkają z synem Sebastianem, który jest studentem IV roku biologii na Uniwersytecie Świętokrzyskim, 28-letnia córka Izabela już się wyprowadziła. Grę w kręgle i w bowling urozmaicają pieszymi wycieczkami. W 2003 roku zdeptali całe Tatry, w zasięgu ręki mają piękne Góry Świętokrzyskie. On mimo swoich 56 lat szybko maszeruje, żona ledwo za nim nadąża.
A wracając do kręgli, to Janowi marzy się jeszcze jeden puchar (mimo że w mieszkaniu nie ma już na trofea miejsca). Od lat rozgrywany jest w Ostrawie „Turniej o Puchar Przechodni” w kręgle klasyczne. Kto wygra trzykrotnie, dostaje go na własność. Zięba w ubiegłym roku wygrał, w tym roku przymierza się do kolejnego sukcesu. Zostanie tylko rok 2012. Na naszych piłkarzy nie ma co liczyć, ale puchar w ręku mistrza z Kielc jest możliwy do wyobrażenia.
Andrzej Szymański
kolarstwo
Kierunek Londyn
Tegoroczny sezon kolarski jest bardzo trudny i ogromnie ważny, gdyż właśnie teraz ważą się losy kwalifikacji do igrzysk paraolimpijskich w 2012 roku. Przepustką do Londynu będą punkty rankingowe, o które kolarze muszą walczyć na mistrzostwach świata w konkurencjach torowych (Montichiari) i szosowych (Roskilde), Pucharach Świata (2 najlepsze starty) oraz Pucharach Europy (3 najlepsze starty). W ZKF „Olimp” panuje mobilizacja w celu stworzenia kolarzom jak najlepszych warunków do rywalizacji o paraolimpijskie nominacje. Wprawdzie dotychczas nie udało się zakupić nowego sprzętu, ubiorów kolarskich i odżywek, ani wykonać medycznych testów wydolności, lecz do końca sezonu pozostało jeszcze trochę czasu na nadrobienie tych zaległości.
Pierwszą wielką imprezą w tym roku (9-13.03.2011) były mistrzostwa świata na torze we włoskim Montichiari, w których Polskę reprezentowali: Anna Harkowska (klasa C5) oraz tandem (klasa B): Przemysław Wegner – Arkadiusz Garczarek. W przygotowania do tej imprezy zawodnicy włożyli wiele pracy i zainwestowali własne pieniądze, trenując w Hiszpanii. Celem startu w MŚ było zdobycie punktów rankingowych UCI oraz skonfrontowanie aktualnego poziomu sportowego naszych kolarzy z czołówką światową. Na tle 174 zawodników z 27 krajów nasi reprezentanci nie zaimponowali sukcesami. Anna Harkowska na dystansach 500 m i 3 km dwukrotnie zajęła 6. miejsce premiowane punktami UCI. Natomiast tandem Przemysław Wegner – Arkadiusz Garczarek, pomimo uzyskania wyników zbliżonych do rekordów życiowych na 200 m, 1 km i 4 km, w żadnej z tych konkurencji nie zdołał uplasować się na punktowanym miejscu w pierwszej dziesiątce. Warto podkreślić, że poziom kolarstwa torowego na arenie międzynarodowej osiągnął już bardzo wysoki poziom i ciągle się podnosi – podczas MŚ w klasie BM (tandemy mężczyzn) ustanowiono rekordy świata na 200 m i 1 km, a więc w dwóch z trzech rozgrywanych konkurencji. Warunkiem uzyskania wyników na światowym poziomie jest systematyczne, specjalistyczne szkolenie torowe. To zadanie pozostaje dla polskich kolarzy niepełnosprawnych wyzwaniem, któremu w obecnych warunkach nie mamy szans sprostać.
Na przełomie marca i kwietnia odbyły się dwa obozy treningowe kolarzy – na Cyprze i w Polanicy Zdroju, natomiast tegoroczny sezon startowy na szosie rozpoczął się XIV wyścigiem „O Puchar Marszałka Lubelszczyzny” (30.04–3.05). W kategorii kobiet imprezę tę zdecydowanie wygrał tandem Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek (KKT „Hetman” Lublin), wyprzedzając duety: Ewa Wiśniewska – Magdalena Radziej i Marta Pekar – Jolanta Myć, reprezentujące OKS „Warmia i Mazury” Olsztyn. Zawodniczki z Lublina triumfowały na wszystkich sześciu etapach i udowodniły koleżankom z Olsztyna, że przygotowania na krajowych zgrupowaniach mogą być skuteczniejsze niż na Cyprze. Wśród mężczyzn wyścig w klasyfikacji końcowej wygrali reprezentanci KKT „Hetman” – Marcin Polak i Michał Ładosz. Lubelski tandem uzyskał ponad 3 minuty przewagi już na I etapie i, pomimo licznych ataków rywali na kolejnych etapach, nie oddał pozycji lidera. Drugie miejsce zajął tandem Przemysław Wegner – Arkadiusz Garczarek („Razem” Poznań), który wygrał aż 4 etapy. Na trzeciej pozycji wyścig ukończyła para Adrian Juszczyk – Ernest Kurowski („Syrenka” Warszawa), po trudnej walce z koalicją tandemów olsztyńskich. W następnym tygodniu kolarze tandemowi zamienili się w kibiców i z uwagą śledzili w internecie przebieg Pucharu Świata w Sydney, w którym Polskę reprezentowali zawodnicy PZSN „Start”: Arkadiusz Skrzypiński i Zbigniew Wandachowicz, startujący w klasie handcycling. Ekipa ZKF „Olimp” nie wzięła udziału w tej imprezie ze względu na brak środków finansowych.
Najlepsi zawodnicy z wyścigu lubelskiego wystartowali natomiast w imprezie z cyklu Pucharu Europy – Piacenza Paracycling (28-29.05). Tandem Wegner – Garczarek zajął w tym 2-etapowym wyścigu 3. miejsce, para Polak – Ładosz 6. pozycję, a wśród kobiet Iwona Podkościelna i Aleksandra Wnuczek uzyskały 5. lokatę. Warto podkreślić, że nasi zawodnicy szczególnie dobrze wypadli w pierwszym dniu imprezy na etapie ze startu wspólnego, który wygrała para Wegner – Garczarek. Kolejnym startem zagranicznym był 6-etapowy Tour of Belgium, rozgrywany w terminie 2-5.06. W tej jubileuszowej imprezie (XXV edycja) reprezentowały Polskę trzy tandemy. Para Wegner – Garczarek zajęła 2. miejsce w klasyfikacji generalnej, zwyciężyła w klasyfikacjach punktowej i sprinterskiej oraz wygrała dwa etapy. Adrian Juszczyk i Przemysław Kusztykiewicz zajęli 9. pozycję, a Ryszard Kożuch, startujący z Pawłem Topolskim, wpisał się do historii tego prestiżowego wyścigu jako jedyny uczestnik wszystkich 25 edycji. Polska ekipa wyróżniła się też elegancką postawą, przekazując organizatorom wyścigu pamiątkowy puchar, stanowiący formę gratulacji za imponujące dokonania, a jednocześnie wyrażający podziękowanie za wkład „Tour of Belgium” w rozwój kolarstwa tandemowego w naszym kraju. Warto przypomnieć, że to właśnie w Belgii przed laty polscy zawodnicy zdobywali międzynarodowe szlify i pobierali nauki od czołówki światowej.
W terminie 3-4.06 w Gippingen odbył się następny wyścig z serii Pucharu Europy z udziałem polskich tandemów. W tej trudnej imprezie, rozgrywanej na górzystych trasach, tandem Podkościelna – Wnuczek zajął 5. miejsce, Krzysztof Kosikowski z Arturem Korcem 6. lokatę, a para Piotr Łożyński – Piotr Czopek była 11. Para Kosikowski i Korc zajęła 3. miejsce w wyścigu na czas (I etap), a szansę na dobrą lokatę utraciła po defekcie na II etapie ze startu wspólnego. W poprzednich latach nasi zawodnicy święcili w Gippingen triumfy, a teraz, niestety, przyszedł czas porażek.
W dniach 10-11.06 reprezentacja wystartowała w Pucharze Świata w Segovii. W wyścigu na czas na dystansie 21 km w rywalizacji 33 tandemów polskie zespoły osiągnęły następujące rezultaty: 7. miejsce Kosikowski – Korc, 10. lokatę Wegner – Garczarek, 12. miejsce Polak – Ładosz. Wyniki te, choć nie rewelacyjne, to jednak świadczyły o wysokim oraz wyrównanym poziomie polskiej reprezentacji i dawały nadzieję na dobry występ w wyścigu ze startu wspólnego. Niestety, nasi zawodnicy na trudnej 108-kilometrowej trasie nie ustrzegli się błędów taktycznych i pozwolili na ucieczkę aż sześciu rywali. Na osłodę tego niepowodzenia finisz z peletonu wygrał tandem Wegner – Garczarek, pokonując w bezpośredniej walce o 7. miejsce aktualnych mistrzów świata – braci Pizzi z Włoch. Marcin Polak i Michał Ładosz zajęli 12. miejsce, a Krzysztof Kosikowski i Artur Korc 17. lokatę.
Zawodnicy, którzy startowali w zagranicznych wyścigach, potwierdzili swoje reprezentacyjne kompetencje, pokonując krajowych rywali w szosowych mistrzostwach Polski rozegranych w terminie 23-24.06.2011 w Złotoryi. Wyścigi tandemów były częścią MP kolarzy pełnosprawnych, zorganizowanych przez Polski Związek Kolarski w kategorii „Elita” oraz „Orlik” kobiet i mężczyzn.
W wyścigu tandemów na czas na dystansie 21,8 km wyniki były następujące:
Kobiety
1. Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek (KKT „Hetman” Lublin)
2. Marta Pekar – Jolanta Myć („Warmia i Mazury” Olsztyn)
1. Ewa Wiśniewska – Magdalena Radziej („Warmia i Mazury” Olsztyn)
Mężczyźni
1. Krzysztof Kosikowski – Artur Korc („Warmia i Mazury” Olsztyn)
2. Marcin Polak – Michał Ładosz (KKT „Hetman” Lublin)
3. Przemysław Wegner – Arkadiusz Garczarek („Razem” Poznań)
W wyścigu ze startu wspólnego miejsca na podium zdobyli:
Kobiety (dystans 43,6 km)
1. Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek (KKT „Hetman” Lublin)
2. Marta Pekar – Jolanta Myć („Warmia i Mazury” Olsztyn)
3. Ewa Wiśniewska – Magdalena Radziej („Warmia i Mazury” Olsztyn)
Mężczyźni (dystans 87,2 km)
1. Piotr Łożyński – Piotr Czopek („Warmia i Mazury” Olsztyn)
2. Marcin Polak – Michał Ładosz (KKT „Hetman” Lublin)
3. Przemysław Wegner – Arkadiusz Garczarek („Razem” Poznań)
Czwarte miejsce w tym wyścigu zajął tandem Andrzej Zając – Dariusz Flak. Startem w MP mistrzowie paraolimpijscy z Pekinu zakończyli swoją piękną karierę. Duży sukces w Złotoryi odniosła Anna Harkowska (OKS „Warmia i Mazury”), która, rywalizując z zawodniczkami pełnosprawnymi w kategorii „Elita”, zajęła 3. miejsce w wyścigu na czas na dystansie 18, 1 km, ulegając jedynie Mai Włoszczowskiej (CCC Polkowice) i Eugenii Bujak (GK „Zagłębie” Sosnowiec). Impreza w Złotoryi potwierdziła, że idea uczestniczenia zawodników „Olimpu” w MP wraz z elitą polskich kolarzy pełnosprawnych jest słuszna i godna kontynuowania. Zawody były perfekcyjnie zorganizowane i miały oprawę godną mistrzostw kraju. Rywalizacja odbywała się na trudnej i widowiskowej trasie, w obecności wielu kibiców i kamer tv. Zwycięskie tandemy zostały uhonorowane biało-czerwonymi koszulkami z orłem na piersiach i pięknymi medalami, co potwierdziło ich symboliczną przynależność do wielkiej kolarskiej rodziny. Warto jednak podjąć działania, aby te „odświętne” relacje „Olimpu” z Polskim Związkiem Kolarskim zostały wzbogacone codzienną współpracą.
Podsumowując pierwszą część sezonu kolarskiego, należy stwierdzić, że dorobek naszych zawodników, szczególnie w kontekście kwalifikacji do igrzysk paraolimpijskich w Londynie, nie jest zbyt imponujący. Nie poprawimy go w kolejnej edycji Pucharu Świata w Baie-Comeau (8–10.07), ponieważ nie wybieramy się do Kanady ze względu na brak środków finansowych. Nasze nadzieje na dobre wyniki trzeba odłożyć do mistrzostw świata w duńskim Roskilde (8-11.09). Jednak przygotowania do tej imprezy wymagają dużej staranności i zaangażowania większych środków niż dotychczas. Polskie tandemy straciły dotychczasowy rozpęd i potrzebują silnych impulsów do ponownego rozruchu. Poziom światowego parakolarstwa bardzo się podniósł i w walce o medale liczą się tylko ci zawodnicy, którzy wkroczyli na drogę sportowego profesjonalizmu.
Tekst i zdjęcia: Mirosław Jurek
lekka atletyka
Mistrzostwa w deszczu
W ubiegłym roku na początku lipca żar lał się z nieba. Tego lata mistrzostwa Polski osób niepełnosprawnych w lekkiej atletyce, rozegrane na tym samym obiekcie, czyli bydgoskiej „Zawiszy” im. Zdzisława Krzyszkowiaka, spływały deszczem. Różnica była jeszcze jedna. Rok temu tłum gromadził się na ogólnopolskim turnieju darta, czyli rzutach lotek do tarczy, w tym – dopingował piłkarskich młodziaków, którzy rozgrywali mecze na bocznym boisku obiektu sportowego „Zawiszy”. Na płycie głównej obrazki były te same. Startowała garstka niepełnosprawnych, kibicowali im również niepełnosprawni sportowcy. Zawody reklamował na płocie stadionu skromny baner z połową odklejonych przez wiatr i zmytych przez deszcz liter.
Z tą garstką może przesadziłem, a raczej niedoszacowałem. Andrzej Owczyński, prezes bydgoskiego „Startu”, wyprowadził mnie z błędu.
– Na mistrzostwa Polski przyjechało około 200 zawodników z 27 klubów. Razem z przewodnikami, trenerami, działaczami i osobami towarzyszącymi. To są dla naszych lekkoatletów ważne zawody, ponieważ odbywają się w roku przedolimpijskim. Pieniądze, które przyznano nam z Ministerstwa Sportu i Turystyki na tę imprezę, były mniejsze niż w 2010 roku, i te oszczędności odczuwamy podczas tych mistrzostw. Wspomógł nas PFRON, Wydział Promocji naszego miasta, Urząd Marszałkowski województwa kujawsko-pomorskiego, PZSN „Start”, MOPS w Bydgoszczy. Cieszy nas to, że w ciągu obecnego sezonu aż pięć dużych imprez sportowych dla niepełnosprawnych odbyło się lub odbędzie na naszym obiekcie. A od niedawna dostaliśmy tu siedzibę – mówi pan prezes.
Nagłośnienie było doskonałe. Nawet na odległym o 800 metrów dworcu Bydgoszcz Leśna słychać było zapowiedzi komentatora i dziennikarza sportowego Krzysztofa Głąbowicza. Krzysztof jest osobą niepełnosprawną, kiedyś był zawodnikiem, więc środowisko sportowców, nie tylko lekkoatletów, zna od podszewki. Ubolewał nad zerowym zainteresowaniem mediów sportem niepełnosprawnych. Głównie chodziło mu o tak nośną informacyjnie telewizję. Do 2010 roku współpracował z II Programem publicznej TVP, ale podziękowano mu, bo według decydentów, zainteresowanie odbiorców tym sportem jest znikome. Trochę lepiej było siedem lat temu, przed paraolimpiadą w Atenach, ale zapał telewizji szybko się skończył.
– Problem jest bardziej złożony. Trochę tkwi w nas, niepełnosprawnych. Uciekamy od sportu, od aktywności fizycznej, uciekamy w internet, telewizję. W naszym kraju w ciągu ostatnich 20 lat sporo się zrobiło, by likwidować bariery architektoniczne, udostępniać inwalidom obiekty sportowe czy kulturalne. Bardzo żałujemy, że jest mniej pieniędzy na sport – ten wyczynowy i masowy. Chwała Bogu, że mamy jeszcze takich oddanych działaczy i trenerów, jak Jan Remplewicz, Andrzej Owczyński, Henryk Piętak, Ryszard Rodzik, Zbyszek Lewkowicz i jeszcze kilku innych. A że mało kibiców na tych zawodach? Za granicą nie jest lepiej. Może przychodzi więcej kolegów, koleżanek ze szkoły czy pracy, członków rodzin zawodników. A na paraolimpiadach czy mistrzostwach świata to są darmowe spędy kibiców, jak w Atenach, Sydney, szczególnie w Pekinie – mówił Krzysztof.
Na bieżni, rzutni i skoczni…
W sobotę i w niedzielę (2 i 3 lipca) konkurowali ze sobą amputanci, wózkowicze, paraplegicy, niewidomi, osoby z porażeniami mózgowymi. Startowali w biegach od 100 m do 5 km, skokach w dal i wzwyż oraz rzutach: dyskiem, oszczepem, maczugą i pchnięciu kulą. Rywalizowali mistrzowie i ci, którzy chcą nimi zostać.
Niedowidzący Łukasz Wietecki jest mistrzem. W styczniowych mistrzostwach świata w Nowej Zelandii zwyciężył w swej grupie w biegu na 800 m (1:56.17 min) i był drugi na 1500 m (3:59.52 min). Po tym triumfie wystartował na wiosnę w mistrzostwach świata niewidomych i słabowidzących w Turcji i triumfował na 5 km, zdobył też srebro na 800 m i brąz na 1500 m.
– Od kwietniowych zawodów w Turcji, mistrzostwa w Bydgoszczy są moim pierwszym sprawdzianem formy. Na 800 wygrałem, ale czas niezbyt rewelacyjny – ponad 2 minuty. Latem i na początku jesieni wystartuję jeszcze w europejskich zawodach i mam nadzieję, że pojadę do Londynu. Podobno jestem pewniakiem, ale różnie może być. Wystarczy kontuzja i ze startu nici – opowiadał, ciężko dysząc po dopiero co zakończonym biegu. 27-letni Łukasz ma starszego o rok brata Marka. Rok temu namówił go do uprawiania sportu. Braciszek pojechał do Turcji i przywiózł znad Bosforu dwa srebrne medale w konkurencjach rzutowych.
Na bocznym boisku i rozmokniętej rzutni kulą spotkałem znajomego z mistrzostw Polski w tańcu sportowym – Wieńczysława Leszczyńskiego z Tarnowa. To całkowicie niewidomy, zadziwiający człowiek. Ma „dopiero” 49 lat, a uprawia kilka dyscyplin sportowych. Jak wspomniałem, w „Crossie” tańczy sportowo w parze ze swoja żoną, sam (już bez małżonki) dźwiga ciężary, trenuje sztukę walki, a od roku rzuca dyskiem, oszczepem i pcha kulą. W Bydgoszczy jest debiutantem i staruje z samym sobą w pchnięciu kulą. Nie ma żadnego faceta z grupą B1, który by mu zagroził w tej konkurencji. Inna sprawa, że ma dobrych opiekunów. Takim jest Bogusław Szczepański, prezes tarnowskiego „Startu”, w którym poważnie trenuje 50 zawodników. Z dysfunkcją wzroku, oprócz Wieńka, jest dwoje młodych. Ich trener, Bartłomiej Tott, fizjoterapeuta po krakowskiej AWF, od pięciu lat pracuje w klubie. Chwali się młodą 18-letnią sprinterską gwiazdką – Agnieszką Kozioł. Podobno coraz bardziej kręci ją bieganie i trening nie jest dla niej, jak czasem bywa, katorgą, a konieczną codziennością.
Renata Chilewska, startująca w grupie C2 (porażenia), jest weteranką. Pierwszy medal paraolimpijski zdobyła w roku 1992 w Barcelonie (oszczep), a w sumie ma ich sześć. Najbardziej jednak ceni ten złoty w oszczepie, z Aten. – Nie zapomnę do końca życia Mazurka Dąbrowskiego, którego dla mnie zagrano w stolicy Grecji – wspomina pani Renata. Nie traci formy z wiekiem. Z Nowej Zelandii wyjechała ze srebrem w rzucie dyskiem. Mówi, że czuje się spełniona sportowo i dziękuje wszystkim, którzy ją wspierają – szczególnie zaś trenerowi Krzysztofowi Chmielewskiemu, szczecińskiemu „Startowi” i sponsorom.
Z Alicją Fiodorow porozmawiałem po jej zwycięskim biegu na 400 metrów. Na tym samym dystansie zdobyła brąz na tegorocznych mistrzostwach świata w Christchurch w czasie 61,27 sek. W Bydgoszczy biegała na 100, 200 i 400 metrów. Bardzo chciałaby pojechać do Londynu na paraolimpiadę. Jest to jej i trenera Jacka Szczygła marzenie. Ale powoli myśli o zakończeniu kariery sportowej. – Proszę pana, ja mam już 26 lat, w tym 13 lat trenuję – mówi przekonująco. – Znalazłam w czerwcu stałą pracę, a poza tym trochę wypala się mój organizm i coraz częściej myślę o życiu poza sportem.
Myślenie o Londynie
Długoletni pracownik „Startu” Maciej Skupniewski pojawił się w Bydgoszczy niespodziewanie. Jest od niedawna na emeryturze, ale doskonale orientuje się w temacie. Wymienia nazwiska sportowców mających największe szanse na paraolimpijski start, ale uważa, że nie ma co jeszcze odkrywać kart. Za wcześnie. Mamy spore szanse medalowe w pływaniu, łucznictwie, tenisie stołowym, może w ciężarach i w la. – Cieszy mnie, że do tej ostatniej dyscypliny garnie się coraz więcej młodych, ale jeszcze muszą sporo popracować z trenerami, by osiągać sukcesy. Piąte miejsce w klasyfikacji medalowej w Christchurch do czegoś zobowiązuje. Trochę niepokoją mnie trudności finansowe Ministerstwa Sportu i Turystyki, które zalega z wypłatami stypendiów dla zawodników, z finansowaniem wyjazdów na mitingi. Dobrze, że Polski Komitet Paraolimpijski ma takiego sponsora jak AVIVA, który finansuje kilkunastu najlepszych – mówi Skupniewski.
Szacuje się wstępnie, że w londyńskiej paraolimpiadzie weźmie udział od 70 do 110 niepełnosprawnych sportowców z Polski, w tym około 20-30 lekkoatletów. Na pewno będą wśród nich inwalidzi wzroku. Ostateczna lista zostanie ogłoszona w marcu 2012 roku. Do tego czasu będą mitingi, zawody, sprawdziany, zdobywanie minimów. Trenerów i działaczy cieszy, że odmładza się kadra wysoko kwalifikowanych zawodników, potencjalnych zdobywców medali. Martwią ograniczenia finansowe, szczególnie w Ministerstwie Sportu. Mniej będzie startów zagranicznych, ale na tym zaciskaniu portfela krajowe zgrupowania nie powinny ucierpieć.
Prezes „Startu” (od kilku miesięcy) i jednocześnie wiceprezes Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego Robert Szaj, bardzo się uwijał podczas mistrzostw w Bydgoszczy. A najbardziej chyba w czasie dekoracji najlepszych. Wręczał medale, pozował do każdego zdjęcia ze sportowcami. W wolnej chwili powiedział „Crossowi”, że bardzo dziękuje za ofiarność, za serce włożone w organizację tych mistrzostw panom: Owczyńskiemu i Remplewiczowi. A najbardziej prezesowi PFRON Wojciechowi Skibie, który dał kasę na nagrody rzeczowe dla triumfatorów zawodów.
Tekst i zdjęcia: Andrzej Szymański
Otwarte mistrzostwa Polski osób niepełnosprawnych w lekkiej atletyce
Mistrzowie Polski
Mężczyźni
100 m
A Emil Król 12.30
B Mateusz Michalski 11.07
C2 35, 36, 38 Marcin Mielczanek 13.40
C2 37 Dawid Budka 13.07
200 m
A+B Mateusz Michalski 22.44
C2 35, 36, 38 Piotr Radosz 31.59
C2 37 Patryk Kolasiński 27.11
W1 Artur Kamieński 31.76
400 m
A+B Wojciech Lewandowski 54.17
C2 35, 36, 38 Piotr Radosz 1:13.85
C2 37 Kamil Gołębski 1:01.81
W1 Tomasz Hamerlak 53.88
800 m
A+B Łukasz Wietecki 2:00.17
C2 Jakub Rega 2:26.28
W1 Zbigniew Baran 2:07.06
1500 m
A+B Łukasz Wietecki 4:11.41
C2 Jakub Rega 4:59.82
W1 Zbigniew Baran 4:09.37
5000 m
A+B+C2 Michał Rogowski 16:45.94
Skok w dal
A+B Maciej Lepiato 6.43
C2 Łukasz Labuch 5.34
Trójskok
A+B Grzegorz Drelewski 10.26
Pchnięcie kulą
A Bartosz Tyszkowski 11.89
B Emil Stopierzyński 10.45
C1 Maciej Sochal 8.02
C2 Paweł Piotrkowski 12.63
W1 Wojciech Halicki 8.87
W2 Jakub Rokicki 14.72
Skok wzwyż
A Maciej Lepiato 2.05
Rzut dyskiem
A Bartosz Tyszkowski 35.16
B Marcin Wesołowski 37.94
C1 Sebastian Matuszyński 13.64
C2 Tomasz Blatkiewicz 48.26
W1 Wojciech Halicki 17.54
W2 Krzysztof Smorszczewski 28.21
Rzut oszczepem
A Bartosz Tyszkowski 30.94
B Dariusz Osiński 37.96
C1+W1 Daniel Gawroński 14.25
C2 Paweł Piotrkowski 42.16
W2 Karol Kozuń 25.17
Kobiety
100 m
A Ewa Zielińska 17.75
B Anna Duzikowska 14.30
C2 Marta Langner 14.98
W1 Teresa Starzec 19.76
200 m
A Ewa Zielińska 37.15
B Małgorzata Ignasia 29.72
C2 Marta Langner 31.42
W1 Teresa Starzec 34.26
Skok w dal
A+B+C2 Marta Langner 4.10
400 m
A+B Alicja Fiodorow 1:01.98
C2 Klaudia Maliszewska 1:48.95
W1 Teresa Starzec 1:10.62
Pchnięcie kulą
A+B+C2 Renata Chilewska 8.80
C1+W1+W2 Katarzyna Letkiewicz 5.65
Rzut dyskiem
A+B+C2 Renata Chilewska 24.15
C1+W1+C2 Agnieszka Zańko 15.25
Rzut oszczepem
A+B+C2 Renata Chilewska 24.18
C1+W1+W2 Katarzyna Letkiewicz 11.87
Sukces Jacka Stachańczyka
Już po raz trzeci ośrodek „Zew Morza” w Jastrzębiej Górze gościł najlepszych szachistów kraju. W finale rozgrywek o tytuł mistrza Polski, które odbyły się na przełomie maja i czerwca, uczestniczyło tradycyjnie 12 miłośników królewskiej gry. Wśród faworytów najczęściej wymieniano 10-krotnego triumfatora Piotra Dukaczewskiego oraz Rafała Gunajewa, którego dorobek pod tym względem jest skromniejszy – był mistrzem Polski „tylko” trzy razy, ale za to wygrał dwa ostatnie finały i to w dodatku tu – w Jastrzębiej Górze.
Obrońca tytułu rozpoczął imprezę bardzo skutecznie – po trzech zwycięstwach był na czele stawki. Przełomowa okazała się 4. runda, w której lider uległ Jackowi Stachańczykowi. Dla Gunajewa porażka była początkiem kryzysu (przegrał również dwie następne partie), spotęgowanego przez kłopoty zdrowotne, Stachańczykowi natomiast ta partia dodała skrzydeł. Objął prowadzenie, które utrzymał już do końca. Kiedy w 8. rundzie lider pokonał w arcyważnej partii Dukaczewskiego, stało się jasne, że okazały puchar za mistrzostwo Polski powędruje do Jaworzna. Dodam, że Jacek Stachańczyk uzyskał bardzo wysoki wynik punktowy: 8 zwycięstw i 3 remisy, co udawało się do tej pory tylko nielicznym. Tytuł mistrza Polski zdobył po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni. Trochę w cieniu zwycięzcy walczył przez cały turniej Marek Maćkowiak. Poznaniak grał bardzo solidnie technicznie i, podobnie jak Stachańczyk, nie doznał w Jastrzębiej Górze porażki. Tytuł wicemistrza kraju przypadł mu jak najbardziej zasłużenie.
Wszyscy pozostali finaliści (może z wyjątkiem najstarszych – Tadeusza Żółtka i Zdzisława Żarowa) uznali końcowy wynik za niepowodzenie. Różne były tego przyczyny: nierówna gra (Dukaczewski), problemy ze zdrowiem (Gunajew), niespodziewana porażka w ostatniej rundzie (Suder), zbytnia nerwowość (Chojnowski), przeoczenia (Falkowski, Gosek) czy niedoczasy (Pawelec, Wolański). Cóż, za rok będzie okazja do „odegrania się”.
Jeden z seniorów turnieju, Zdzisław Żarow, zawodnik z najniższym rankingiem, był autorem dużej sensacji. W pięciu kolejnych rundach (III-VII) zdobył aż 4,5 p., grając w tym czasie m.in. ze Stachańczykiem i Dukaczewskim. Po siódmej rundzie dzielił wysokie 3-4 miejsce. W końcówce finału zabrakło jednak sił.
W Jastrzębiej Górze, wzorem poprzednich lat, obowiązywał zakaz spóźnienia się na rundę powyżej 15 minut. Nie wolno było też składać remisowych propozycji przed wykonaniem 30. posunięcia. Ta ostatnia reguła zwiększyła bezkompromisowość. Remisów zanotowano zaledwie 17 (na 66 partii), co jest godnym podkreślenia rekordem w mistrzostwach.
Po raz pierwszy w mistrzostwach grano tempem 90 minut na 40 posunięć, plus 30 minut na zakończenie partii, plus 30 sekund za każdy wykonany ruch. Było to możliwe dzięki zakupieniu w Niemczech nowych zegarów elektronicznych, dostosowanych do gry niewidomych. Zegary te pomyślnie testowane już były na olimpiadzie w Chanty-Mansijsku w partiach reprezentacji IBCA. Dzięki zainstalowanemu urządzeniu, grający może w dowolnym momencie usłyszeć przez słuchawki, ile pozostało czasu do namysłu na zegarze własnym i przeciwnika. Dodawanie 30 sekund za wykonany ruch spowodowało, że w przegranych pozycjach nie można już było liczyć na przekroczenie czasu u partnera i pojedynki kończyły się bardziej logicznie.
Sędzia główny Witalis Sapis nie miał powodów do interwencji. To też jest już dobrą tradycją mistrzostw, że pojedynki toczą się bez konfliktów.
Duże akwarium na sali gry nadal urozmaica obserwację przebiegu partii. „Mieszkańców” za szkłem jest już tak dużo, że w następnym roku grozi przeludnienie, przepraszam – przerybienie...
Zgodnie z regulaminem, pierwsza piątka z Jastrzębiej Góry weźmie udział w tegorocznych mistrzostwach Europy na Rodos (wrzesień, Grecja). Stowarzyszenie „Cross” czyni starania, by mógł tam zagrać również Rafał Gunajew, któremu do kwalifikacji zabrakło tylko łaskawości systemu Bergera.
Mistrzostwa Polski niewidomych w szachach
30.05-10.06.2011 r., Jastrzębia Góra
1. Jacek Stachańczyk 9,5 p. „Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza
2. Marek Maćkowiak 8 p. „Tęcza” Poznań
3. Piotr Dukaczewski 7,5 p. „Syrenka” Warszawa
4. Tadeusz Żółtek 7 p. „Warmia i Mazury” Olsztyn
5. Ryszard Suder 6,5 p. „Warmia i Mazury” Olsztyn
6. Rafał Gunajew 6,5 p. „Syrenka” Warszawa
7. Zdzisław Żarow 4,5 p. „Lajkonik” Kraków
8. Dawid Falkowski 4,5 p. „Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza
9. Zenon Gosek 4 p. „Ikar” Lublin
10. Bartosz Pawelec 4 p. „Ikar” Lublin
11. Marcin Chojnowski 2,5 p. „Warmia i Mazury” Olsztyn
12. Michał Waloński 1,5 p. „Łuczniczka” Bydgoszcz
Ryszard Bernard
Sensacyjny triumf Jagieły
W dniach 17-25 czerwca 2011 r., w ośrodku wczasowym „Halny” w Krynicy, rozegrany został finał XV Indywidualnych Mistrzostw Polski w Warcabach. Zapowiadał się wyjątkowo ciekawie. Wśród 12 finalistów pojawili się dwaj nowi, silni gracze: powracający po kilkuletniej przerwie były mistrz Polski Józef Tołwiński i debiutujący w zawodach Stowarzyszenia „Cross” Marek Maćkowiak, zwycięzca półfinału. Wydawało się, że właśnie oni oraz dominujący w ostatnich latach Jan Sekuła i Leszek Stefanek rozstrzygną między sobą walkę o medale. Życie napisało jednak nieco inny scenariusz...
Śmiało można powiedzieć, że zawody w Krynicy obfitowały w niespodzianki, a nawet sensacje, którymi można by obdzielić kilka turniejów. Już w pierwszej rundzie w poważnych opałach w partii z Mikołajem Fiedorukiem znalazł się Stefanek, szczęśliwie ratując remis. Druga runda przyniosła już sensację dużego kalibru. Pierwszej porażki w historii swych startów w indywidualnych finałach doznał Sekuła, który, nie dość że wypuścił wygraną pozycję z Maćkowiakiem, to jeszcze nie wygrał żadnego z kilku remisowych wariantów i ostatecznie uległ swemu przeciwnikowi. Po dwóch rundach z kompletem punktów liderowali Tołwiński i Maćkowiak. Ich dobra passa nie trwała jednak długo. Już w trzeciej rundzie poległ Maćkowiak, nieoczekiwanie przegrywając z Mazurem, a w następnej podążył w jego ślady Tołwiński, który musiał uznać wyższość debiutanta Tomasza Kuziela, dla którego były to pierwsze punkty w turnieju.
W międzyczasie kolejne oczko stracił Sekuła, remisując z Bernardem Olejnikiem, i po trzech rundach był dopiero ósmy. Pozostali medaliści z roku ubiegłego – Stefanek i Fiedoruk – zajmowali miejsca bezpośrednio przed nim. Kilka dni później ciekawe powinszowania imieninowe otrzymał Sekuła od swej klubowej koleżanki Krystyny Chilińskiej. – Abyś już nigdy nie był … ósmy – wypowiedziała wśród innych życzeń.
Kolejne pojedynki potwierdziły regres formy Tołwińskiego i Maćkowiaka. W ich miejsce do walki o podium włączyli się zawodnicy „Podkarpacia” Przemyśl – Andrzej Jagieła i Stanisław Mazur. Tołwiński, po początkowych sukcesach w partiach z kolegami klubowymi, w ciągu jednego dnia poniósł dwie porażki (Sekuła, Mazur) i spadł na dalsze miejsce, podobnie jak Maćkowiak (przegrał z Mazurem i Jagiełą). Rozkręcający się z pojedynku na pojedynek Kuziel odebrał kolejny punkt Sekule i po 7 rundach sytuacja w czołówce przedstawiała się następująco: prowadził równo i skutecznie grający Jagieła (11 p.) przed Stefankiem (10). Po 9 punktów uzbierali Sekuła i Mazur, a po 7 – Tołwiński, Maćkowiak i Ryszard Biegasik. Kolejne dwie rundy nie przyniosły większych niespodzianek, chyba że za takie uznamy remisy walczącego o medal Mazura z Kuzielem i Ewą Wieczorek.
Dwie rundy przed końcem poznaliśmy praktycznie skład podium. Stefanek i Jagieła mieli po 14 p., a Sekuła 13. Tylko matematyczne szanse na medal zachowywali jeszcze Mazur (11) i Tołwiński (10). Teoretycznie najłatwiejszy dystans miał przed sobą Jagieła i sensacja zawisła w powietrzu.
Przedostatnie pojedynki przybliżyły Jagiełę do ostatecznego triumfu, a Sekułę do srebrnego medalu. Stefanek, remisując z Maćkowiakiem, zapewnił sobie brąz.
Ostatnia runda nie przyniosła już większych emocji. Jagieła, potrzebujący dwóch punktów do pełni szczęścia, ograł Biegasika (bookmacherzy nie przyjmowali zakładów na tę partię) i został absolutnie niespodziewanie, aczkolwiek zasłużenie, po raz pierwszy w karierze mistrzem Polski.
Ciekawa rywalizacja toczyła się jeszcze o miejsca w kadrze narodowej. Zwycięsko wyszedł z niej Kuziel, pokonując Olejnika. Mirosław Grabski, przegrywając z Ewą Wieczorek, sam wypadł z kadry, ale zwycięstwo Ewy zapewniło miejsce w kadrze kobiecej innej Ewie (prywatnie... żonie Grabskiego).
Oceniając występ poszczególnych zawodników, podzielę ich na trzy grupy.
Pierwsza grupa to warcabiści, którzy w Krynicy zagrali lepiej niż oczekiwano i mogą turniej zapisać po stronie zysków. Zaliczam do nich Jagiełę, Kuziela i Mazura. Rewelacyjny występ Andrzeja Jagieły to duża niespodzianka. Przed turniejem optymiści mogli typować go na miejsca 3-5, ale chyba nikt nie stawiał na jego zwycięstwo. Andrzej w roku ubiegłym nie wygrał w finale żadnej partii, teraz zwyciężał aż siedmiokrotnie (!), nie ponosząc przy tym ani jednej porażki. Bardzo dobrze zaprezentował się największy zawodnik w środowisku (202 cm wzrostu) Tomasz Kuziel, który do finału dostał się wskutek rezygnacji zawodników „Hetmana” Lublin: Michała Czarskiego i Krzysztofa Furtaka. Tomek zaczął od trzech porażek, ale po pokonaniu Tołwińskiego uwierzył we własne możliwości i urwał jeszcze sporo punktów wyżej od siebie notowanym rywalom. Solidny turniej rozegrał również Stanisław Mazur. Świadczy o tym choćby zaledwie jedna przegrana (z Sekułą). Długo liczył się w rywalizacji o medal. Odniósł cenne zwycięstwa w grze z Maćkowiakiem i Tołwińskim.
Do drugiej grupy zaliczam zawodników, którzy wypadli na miarę swoich możliwości. Znaleźli się w niej zaledwie dwaj zawodnicy – Stefanek i Biegasik. Leszek Stefanek zdobył tym razem tylko brązowy medal, ale kosztowało go to znacznie więcej wysiłku niż w poprzednich latach. W kilku partiach wybronił, nie bez pomocy rywali, trudne pozycje, unikając w całym turnieju porażki (jako jedyny oprócz Jagieły). Na swoim poziomie zagrał też Ryszard Biegasik. W tej stawce rywali nie mógł chyba liczyć na wiele więcej.
W najliczniejszej grupie – przegranych – znalazło się pozostałych 7 osób.
Mówi się, że drugi, to pierwszy przegrany. Powiedzenie to wyjątkowo pasuje do Jana Sekuły. Dla każdego innego warcabisty byłby to sukces, ale nie dla niego. Tym bardziej że gra wcale nie była lepsza niż wynik. Na szczęście, po początkowych niepowodzeniach, zdołał „zebrać się” na tyle, by w dobrym stylu dojść do podium. Na więcej nie pozwolił Jagieła... Z pewnością większe apetyty miał były mistrz Polski Józef Tołwiński. Brak medalu to z pewnością duży niedosyt, tym bardziej że miał mocne wsparcie ze strony kolegów (i koleżanki) z „Victorii” Białystok. To samo można powiedzieć (poza wsparciem) o Marku Maćkowiaku. Po wygraniu półfinału miał prawo liczyć co najmniej na brązowy medal. Niestety, dobra passa skończyła się po pokonaniu Sekuły. Znacznie słabiej niż w poprzednich finałach wypadł tym razem Mikołaj Fiedoruk. Zaledwie jedno zwycięstwo i aż cztery porażki to wynik zdecydowanie poniżej jego możliwości. Jedynym plusem jest to, że zdołał zmieścić się w czołowej dziesiątce (kadra narodowa). Gorzej niż przed rokiem (ale tylko na warcabnicy!) zaprezentowała się również Ewa Wieczorek. Wywalczyła wprawdzie miejsce w kadrze dla dodatkowej kobiety, ale jej notę obniża kuriozalna porażka z Tołwińskim. Partia skończyła się po 6 posunięciach, a mistrzyni Polski wpadła na... uderzenie nowicjusza! Głównym celem pozostałej dwójki – Bernarda Olejnika i Mirosława Grabskiego był awans do kadry. Niestety, żadnemu z nich ta sztuka tym razem nie udała się. Obaj nie wygrali żadnego pojedynku. Na pocieszenie – Benek wywalczył cenny remis z Sekułą, a Mirek – dwa plusy (remisy z przewagą) na warcabnicy i jednego... u swojej żony.
Reasumując, turniej w Krynicy był jednym z najciekawszych wydarzeń warcabowych w środowisku crossowskim na przestrzeni ostatnich lat. Najwyższy średni ranking w historii nie był przypadkiem. Cieszy zauważalny wzrost poziomu gry krajowej czołówki. Zdrowa, wyrównana rywalizacja może wyjść tylko na dobre całej dyscyplinie.
Po czwartej rundzie głównych zawodów rozegrano (z udziałem 10 osób) VII Mistrzostwa Polski w Grze Błyskawicznej (20 czerwca 2011 r.). Zwyciężył Jan Sekuła (17 p.) przed Leszkiem Stefankiem (13 p.) i Józefem Tołwińskim (12 p.).
Koordynatorem imprezy w Krynicy-Zdroju był Jan Nafalski.
Zawody sędziowali: Konrad Bieżyca (jako główny) i Jerzy Gorczyński (jako rundowy).
XV Finał Mistrzostw Polski w Warcabach
17-25.06.2011 r., Krynica
1. Andrzej Jagieła 18 p. „Podkarpacie” Przemyśl
2. Jan Skuła 16 p. „Cross Opole”
3. Leszek Stefanek 16 p. „Hetman” Lublin
4. Józef Tołwiński 13 p. „Victoria” Białystok
5. Stanisław Mazur 13 p. „Podkarpacie” Przemyśl
6. Marek Maćkowiak 12 p. „Tęcza” Poznań
7. Ryszard Biegasik 9 p. „Victoria” Białystok
8. Tomasz Kuziel 9 p. „Łuczniczka” Bydgoszcz
9. Mikołaj Fiedoruk 8 p. „Victoria” Białystok
10. Ewa Wieczorek 7 p. „Victoria” Białystok
11. Bernard Olejnik 6 p. „Warmia i Mazury” Olsztyn
12. Mirosław Grabski 5 p.„Cross Opole”
Leszek Stefanek
Na podbój Turcji!
W dniach 22-30 kwietnia ekipa młodych polskich goalballistów wzięła udział w światowych igrzyskach dzieci w tureckiej stolicy – Ankarze. Imprezę śmiało można nazwać dziecięcą olimpiadą. Wzięło w niej udział 3000 młodych sportowców z 90 państw świata, rywalizujących w 13 dyscyplinach. Goalball był jedynym sportem paraolimpijskim, jednak traktowanym na równi z piłką nożną, siatkówką czy zapasami. Imprezą żyła cała Turcja. Niezliczone banery reklamowe, bilboardy i potężne, plastikowe wizerunki Misketa – oficjalnej maskotki igrzysk – wprost zalewały ulice Ankary. Podczas ceremonii otwarcia mieszkańcy stolicy wypełnili po brzegi 13-tysięczną widownię Ankara Spor Salonu. Rozmach dwugodzinnego spektaklu, wystąpienia najważniejszych przedstawicieli władz tureckich, przemarsz reprezentacji i spektakularne zapalenie znicza nadały rozpoczęciu igrzysk iście olimpijski charakter.
Rozmach imprezy budził nasze zdumienie i niedowierzanie. Goalball to dyscyplina piękna. W Polsce traktowana po macoszemu, nieobecna w wielu ośrodkach dla dzieci i młodzieży ze schorzeniami narządu wzroku, zaniedbywana finansowo – na ulicach olbrzymiej Ankary rzucała się w oczy pod postacią sympatycznego kota ubranego w ciemne gogle, rzucającego piłką z dzwonkiem. Tysiące banerów reklamowych sprawiły, że nie musieliśmy żadnemu ankarczykowi tłumaczyć, na czym polega sport, którym się zajmujemy. Podczas zwiedzania miasta spotykaliśmy ludzi, którzy łamaną angielszczyzną mówili nam, że widzieli polską drużynę w telewizji, pytali o wyniki, gratulowali zwycięstw, bądź po prostu z uśmiechem na twarzy wołali: „Polonya! Polonya!” Aż trudno w to wszystko uwierzyć, tym bardziej że gdyby nie nasza prywatna inicjatywa, wyjazd nie doszedłby do skutku. Informację o imprezie i druk zgłoszenia znalazłem w marcu na stronie Międzynarodowej Federacji Sportu Niewidomych (IBSA) – to był ostatni dzwonek na wysłanie aplikacji. Przez całą noc ustalaliśmy telefonicznie z Robertem Prażmo, trenerem kadry seniorów, skład zawodniczy, informowałem trenerów klubowych o nominacjach, zbierałem dane osobowe, wypełniałem formularze. Udało się! Nazajutrz dostałem informację zwrotną – możemy się pakować! Kierunek – Turcja!
Gospodarze pokrywali wszystkie koszty, łącznie z przelotem. My musieliśmy załatwić wizy, ubezpieczenie, transport na lotnisko, zorganizować sprzęt sportowy i wziąć na swoje barki odpowiedzialność za grupę. Wspólnie z Piotrkiem Szymalą, trenerem młodzieżowej drużyny z Dąbrowy Górniczej i asystentem w reprezentacji seniorów, rozpoczęliśmy przygotowania do wyjazdu. Urzędowi Marszałkowskiemu zaproponowałem, że wystąpimy pod szyldem województwa podlaskiego, w zamian za ufundowanie koszulek sportowych z ich logo i pokrycie kosztów wiz oraz ubezpieczenia zawodników. Odsyłany od okienka do okienka, otrzymałem w końcu uprzejmą odpowiedź, że mogę wrócić w drugim półroczu, kiedy zostanie ogłoszony konkurs na wspieranie tego typu inicjatyw. Nikt nie zaproponował mi nawet zabrania kilku pocztówek prezentujących region. A mógłbym je przecież rozdać wśród nowych przyjaciół z całego świata, którzy obdarowywali naszą ekipę licznymi pamiątkami z ich krajów. W centrali PZSN „Start” impreza również nie wzbudziła zainteresowania, nie pomogły starania o wsparcie u prywatnych przedsiębiorców. Nasze młode talenty pojechały do Turcji w pożyczonych od starszych kolegów koszulkach z orzełkiem na piersi i pustymi rękoma. Jakiż wstyd towarzyszył nam, gdy nie mieliśmy czym odwdzięczyć się za proporczyki ofiarowane nam przez trenerów rywali oraz za inne regionalne upominki. Przed wyjazdem chciałem nawet za własne pieniądze kupić drobne pamiątki z Polski, jednak po namyśle – zrezygnowałem. Czy mamy na siłę promować w Turcji nasz kraj, jeżeli wyraźnie dano nam do zrozumienia, że nikogo to nie interesuje?
Perfekcyjna organizacja, niezliczone atrakcje, setki nowych znajomości – to niezwykle cieszyło. Najważniejsza jednak była rywalizacja sportowa. Nasi chłopcy, którzy do tej pory znali się tylko jako przeciwnicy z krajowych boisk, na których rywalizować mogą i tak nieczęsto z powodu braku funduszy, grali w jednej drużynie po raz pierwszy w życiu. A jednak spisali się znacznie powyżej oczekiwań.
W turnieju wzięło udział 9 reprezentacji narodowych. Polska trafiła do ciężkiej grupy: z Turcją, Irakiem, Azerbejdżanem oraz Bośnią i Hercegowiną. Pierwszy mecz graliśmy z Irakiem, drużyną zupełnie dla nas nieznaną. Wiedzieliśmy tylko, że z roku na rok zajmują coraz wyższe lokaty w rankingu, a ich seniorska reprezentacja ma dużą szansę na kwalifikację do Londynu. Rozpoczęliśmy w teoretycznie najmocniejszym składzie, który udało nam się wyłonić poprzedniego dnia na krótkim treningu. Na środku zagrał Marcin Lubczyk – utalentowany szesnastolatek z Wrocławia, który ma wrodzoną smykałkę do goalballu – jego tata do dziś jest jednym z najlepszych graczy mistrza Polski z Bierutowa, zaś w Turcji służył naszej kadrze jako fizjoterapeuta. Na prawym skrzydle wystąpił Łukasz Eitner, wychowanek Piotra Szymali. Na co dzień uczy się i trenuje w Dąbrowie Górniczej i z turnieju na turniej gra coraz lepiej. Lewe skrzydło należało do Kuby Ogonowskiego – podopiecznego Roberta Prażmy. Ten siedemnastolatek, najbardziej doświadczony w drużynie, ma już za sobą udział w obozach treningowych reprezentacji seniorów.
Z trudnym przeciwnikiem z Iraku mecz przebiegał bardzo emocjonująco. Trzy minuty przed końcowym gwizdkiem, przy stanie 5-5, Kuba nie wykorzystał rzutu karnego. Jak wiadomo, niewykorzystane sytuacje lubią się mścić i po głupich błędach obronnych przegraliśmy 5-7. Oprócz niesmaku porażki, dał się we znaki brak przygotowania fizycznego. Kuba zbił środkowy palec prawej ręki, zaś Marcin i Łukasz – biodra. Dlatego wspólnie z Piotrkiem Szymalą podjęliśmy decyzję, żeby w popołudniowym meczu z Bośnią i Hercegowiną wypróbować nieco mniej doświadczonych zawodników ze Śląska: Miłosza Bromboszcza i Marcina Lisowskiego. Obserwacja pierwszego meczu Bośniaków z Azerbejdżanem potwierdziła nasze przypuszczenia, że nie jest to drużyna mocna, choć warunki fizyczne graczy na to nie wskazywały. Mimo iż w zawodach uczestniczyli chłopcy do 17. roku życia, średnia wzrostu w pierwszym składzie Bośniaków przekraczała grubo 180 cm.
Miłosz i Marcin, z Łukaszem na środku, pokonali rywali z Bałkanów 16-6 – w pierwszym w historii meczu pomiędzy naszymi krajami. Jednak kolejny rywal, Turcja, był już znacznie trudniejszy. Gospodarze i późniejsi triumfatorzy turnieju postawili poprzeczkę wysoko. Postanowiliśmy oszczędzać kontuzjowanych zawodników na ważniejsze mecze i ostatecznie ulegliśmy Turkom 9-19.
Ostatnim rywalem pierwszego dnia rozgrywek byli nasi qardash (azer. bracia) z Azerbejdżanu. Mimo że nie znaliśmy ich kadry młodzieżowej, obecność na ławce sztabu trenerskiego reprezentacji seniorskiej kazała nam się domyślać, że styl gry nie zaskoczy. Tak też się stało i po ładnym spotkaniu wygraliśmy 15-5.
Drugi dzień rozpoczęliśmy od ćwierćfinałowego pojedynku z Bułgarami. Stan naszych młodych gwiazd nie był dobry. Bolące biodra dały o sobie znać, a zbity palec wywoływał łzy bólu u Kuby. A jednak do czasu, gdy sytuacja na boisku jednoznacznie wskazywała na naszą wygraną, młody goalballista z Lublina grał dzielnie, zaciskając zęby. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 11-7 i naszym awansem do półfinału. Tam czekali herosi z Tajlandii.
Trzon naszej drużyny przed pojedynkiem o finał nie był najsilniejszy – podstawowa trójka, już mocno wyeksploatowana i poobijana, miała zmierzyć się z silnymi Tajami, którzy przebijali się przez defensywę swych poprzednich rywali jak przez masło. Pomimo to podjęliśmy walkę. Zabrakło nam jednak trochę umiejętności, a przede wszystkim sił. Ostatecznie przegraliśmy 5-9.
W meczu o 3. miejsce przyszło nam się ponownie zmierzyć z Irakiem. W trakcie ich półfinałowego meczu z Turcją zauważyliśmy, że środkowy z Iraku opracował technikę podglądania w trakcie gry. Technika sprawdzała się idealnie: chłopak bronił jak z nut, rzucał celnie, ani przez chwilę nie tracił orientacji na boisku. Fakt, iż oszukuje, rozzłościł nas do czerwoności. Po naszej interwencji, sędziowie zmienili mu okulary. Incydent ten przekreślił całą naszą wcześniejszą sympatię do Irakijczyków i wzmocnił wolę zwycięstwa.
W meczu o brąz nikt już nie myślał o bólu. Najważniejsza była wygrana. Kuba Ogonowski wspaniale spisywał się na środku, rozdzielając piłki skrzydłowym, którzy mimo widocznego zmęczenia turniejem dawali z siebie wszystko. W ostatnich sekundach nasi chłopcy wyrównali na 7-7, co oznaczało dogrywkę. Decydował złoty gol. Podczas pierwszej, trzyminutowej połowy, żadna z drużyn nie zapunktowała. Turecka sędzina nie zauważyła przewinienia Irakijczyków, za które powinni otrzymać rzut karny. Druga połowa dogrywki przesądziła o wszystkim. Już po pierwszym rzucie, w wyniku prostego błędu obronnego, straciliśmy bramkę, a razem z nią medale. Euforia Irakijczyków mieszała się z naszymi łzami, o których jednak szybko zapomnieliśmy. Czwarte miejsce, zdobyte przez reprezentację powołaną naprędce, bez wsparcia krajowych organizacji sportowych, to przecież ogromny sukces.
Kolejne dni aż do wyjazdu były wypełnione od rana do wieczora. Nasza ekipa otrzymała do dyspozycji autobus z kierowcą, tłumaczkę i dwóch przewodników, którzy dbali, byśmy nie nudzili się w tureckiej stolicy. Zobaczyliśmy najważniejsze i najpiękniejsze miejsca w Ankarze, skorzystaliśmy z niesamowitych atrakcji wesołego miasteczka, spotkaliśmy się ze wszystkimi uczestnikami igrzysk. Na koncercie przybliżającym turecką kulturę scena spontanicznie zamieniła się w parkiet taneczny dla tysięcy młodych sportowców z całego świata.
Turcja pokazała się nam z jak najlepszej strony. Wyjazd przełamał wszelkie zakodowane stereotypy o tym kraju. Okazało się, że Turcy to bardzo sympatyczni, gościnni ludzie. Podczas naszych wieczornych wędrówek po Ankarze nikt nas ani razu nie zaczepił, co często zdarza się w Polsce. Gdy z powodu naszych problemów ze wzrokiem potrącaliśmy kogoś – nigdy nie spotkaliśmy się z pretensjami czy agresją. Ankara jest miastem czystym, zadbanym, ze wspaniałą infrastrukturą sportową i rekreacyjną. W Polsce możemy jedynie pomarzyć o tak pięknych i wspaniale wyposażonych parkach i placach zabaw. Główne ulice wyłożone są wypukłymi, jaskrawymi płytkami, które pomagają w poruszaniu się osobom niewidomym i słabowidzącym. Zachwycił nas kompleks obiektów sportowych, z których mieszkańcy Ankary mogą bezpłatnie korzystać (m.in. hale sportowe, boiska piłkarskie, stoły do ping-ponga, bilardu, sale do nauki gry na instrumentach muzycznych czy języków obcych).
Wszystko to sprawiło, że nie wahaliśmy się, jakiej odpowiedzi udzielić na pytanie naszej tłumaczki, czy Turcja według nas może stać się członkiem Unii Europejskiej. Oczywiście! Turcy inwestują w przyszłość, stawiając na wszechstronny rozwój młodzieży. W Polsce zapomina się o tym. Coraz częściej dzieci „organizują” sobie zwolnienia z lekcji wf, wolny czas spędzają przed komputerem, zamiast na boisku. Goalball w Polsce uprawiany jest tylko w nielicznych ośrodkach (brak jest drużyn w największych polskich miastach: Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Trójmieście). W samej tureckiej stolicy funkcjonuje kilkanaście drużyn na poziomie zawodowym i rekreacyjnym – męskich i kobiecych. Tu docenia się to, jak wiele dobrego może wnieść w życie niewidomych i słabowidzących czynne uprawianie sportu i jak niebagatelną rolę w aktywności fizycznej tych osób powinien odgrywać goalball.
Takie wydarzenia jak igrzyska w Turcji budzą jednak w sercach nowy zapał i nadzieję. Dlatego z zaciśniętymi zębami staramy się przetrwać ciężki okres, w którym odwoływane są kolejne imprezy sportowe, a przyszłość nielicznych sekcji goalballu stoi pod znakiem zapytania.
Klasyfikacja zawodów:
1. Turcja
2. Tajlandia
3. Irak
4. Polska
5. Bułgaria
6. Szwecja
7. Azerbejdżan
8. Czechy
9. Bośnia i Hercegowina
Skład reprezentacji Polski:
1. Kuba Ogonowski
2. Marcin Lisowski
3. Marcin Lubczyk
4. Łukasz Eitner
5. Miłosz Bromboszcz
Kierownik ekipy – Konrad Andrzejuk
Trener – Piotr Szymala
Fizjoterapeuta – Marek Lubczyk
Konrad Andrzejuk
Kręgle
Drużynowe MP w kręglach klasycznych
Drużynówka w „klasyku” o palmę pierwszeństwa rozgrywana jest na kręgielni w Tucholi. To już tradycja. Przez kilka ostatnich lat toczyła się zażarta dyskusja na temat zasadności takiego wyboru. O ile kręgielnia w Tucholi ciągle potrafi jeszcze zaskakiwać swoim charakterem wielu zawodników, to sama organizacja imprezy jest jak zawsze poukładana od początku do końca. Koordynator Ewa Sargalska zadbała, aby każdy zawodnik dokładnie wiedział, kiedy gra, gdzie mieszka i o której godzinie ma posiłki.
Tytułu drużynowego mistrza Polski broniła reprezentacja klubu „Warmia i Mazury” Olsztyn. Miałem przyjemność występowania w tej drużynie. Po świetnych występach brązowego medalisty z Sarajewa Mieczysława Kontrymowicza i Rafała Chaberskiego, moim zadaniem było tylko przypilnować Zdzisława Kozieja z „Hetmana” Lublin. W sumie obroniliśmy złoto dużą nadwyżką punktów. „Czarnym koniem” mistrzostw okazały się natomiast panie z „Pogórza” Tarnów. Irena Curyło pokazała dobrą grę, zbijając ponad 700 kręgli, czym zmobilizowała swoje koleżanki. Ku zaskoczeniu wszystkich, ta drużyna kobieca stanęła na najwyższym stopniu podium.
Jak już wcześniej wspomniałem, kręgielnia w Tucholi „ma charakter”: wymaga myślenia przy grze oraz stalowych nerwów. Kto opanuje emocje i spróbuje ją rozszyfrować, ten wygrywa. Coraz więcej zawodników to zrozumiało, co wpływa na bardziej ciekawą i pełną swoistej dramaturgii rozgrywkę.
Jak zwykle w gościnnej Tucholi, uroczyste zakończenie miało bardzo podniosłą oprawę. Były medale i puchary. Stojąc na podium, mogliśmy wysłuchać Mazurka Dąbrowskiego. Sędziowie zadbali także o kręglarski okrzyk na cześć zwycięzców (trzykrotne: „rzut, rzut, rzut”). Organizator uhonorował również dwoje zawodników mistrzostw za najwyższe indywidualnie wyniki. Była to wspomniana Irena Curyło i Albert Sordyl, obydwoje z „Pogórza” Tarnów. Uroczystość odczytania wyników i dekoracji drużyn odbyła się w nowo oddanej, pięknej hali sportowej, gdzie nie zabrakło miejsca do wspólnej zabawy. Wszyscy bawili się do końca, a państwo Sargalscy, ku zadowoleniu kręglarzy, zapowiedzieli Puchar „Łuczniczki”. Będzie zatem jeszcze raz okazja, aby powalczyć na torach gościnnej Tucholi.
Drużynowe mistrzostwa Polski w kręglach klasycznych
16-19.06.2011 r., Tuchola
Kobiety
1. „Pogórze” Tarnów 1977 p.
Salomea Walkowiak (662 p.), Halina Trela (607 p.), Irena Curyło (708 p.)
2. „Omega” Łódź 1926 p.
Mieczysława Stępniewska (644 p.), Anna Barwińska (654 p.), Grażyna Burska (628 p.)
3. „Łuczniczka” Bydgoszcz 1921 p.
Bogumiła Kolatowicz (608 p.), Mirosława Malcherek (645 p.), Honorata Borawa (668 p.)
4. „Morena” Iława 1897 p.
5. „Syrenka” Warszawa 1896 p.
6. „Warmia i Mazury” Olsztyn 1828 p.
7. „Karolinka” Chorzów 1822 p.
8. „Hetman” Lublin 1801 p.
9. „Tęcza” Poznań 1782 p.
10. „Atut” Nysa 1740 p.
11. „KoMar” Piekary Śląskie 1440 p.
Mężczyźni
1. „Warmia i Mazury” Olsztyn 1990 p.
Piotr Dudek (633 p.), Mieczysław Kontrymowicz (688 p.), Rafał Chaberski (669 p.)
2. „Pogórze” Tarnów 1908 p.
Jan Kawecki (562 p.), Stanisław Fortkowski (648 p.), Albert Sordyl (698 p.)
3. „Hetman” Lublin 1905 p.
Zdzisław Koziej (619 p.), Mariusz Kozyra (626 p.), Grzegorz Kanikuła (660 p.)
4. „Tęcza” Poznań 1889 p.
5. „Bryza” Szczecin 1889 p.
6. „Jutrzenka” Częstochowa 1857 p.
7. „Łuczniczka” Bydgoszcz 1780 p.
8. „Morena” Iława 1756 p.
9. „Syrenka” Warszawa 1756 p.
10. „Cross Opole” 1620 p.
11. „Karolinka” Chorzów 1603 p.
12. Radom 1211 p.
Drugi dwumecz kręglarski
Dwumecz kręglarski (kręgle klasyczne i bowling) już po raz drugi odbył się w czerwcu br. na gościnnej Ziemi Śląskiej. Pomimo szumnych zapowiedzi, nikomu, poza Czesławą Konieczną – szefową Klubu „Karolinka” Chorzów, nie udało się w ostatnim roku zorganizować tego typu imprezy sportowej. Środowisko niewidomych i słabowidzących ukochało tak bardzo siostrzane dyscypliny kręglarskie, iż śląski dwumecz stanowił dla nich rodzaj uczty z dwoma wykwintnymi daniami. Tegoroczne zwiększone zamierzenia organizatorów, pobudzone zeszłorocznym sukcesem, musiały być nieco zweryfikowane z uwagi na „odchudzenie” – niemal w ostatnim momencie – listy sponsorów. Mimo wszystko udało się przeprowadzić rozgrywki zarówno w kręglach klasycznych, jak i w bowlingu, i to przy udziale gości z zagranicy.
W kręgle klasyczne grano w Łaziskach Górnych, w bowling – w Katowicach. Niestety, wielu zawodników rezygnowało z gry w Łaziskach, by w ten sposób pomniejszyć koszty uczestnictwa. A szkoda! Może to była ostatnia okazja do zagrania na torach starej generacji? Betonowa wylewka nawierzchni torów sprawiała, iż wyrzucona kula podskakiwała niczym piłeczka pingpongowa. Również maszynownia i kręgle były tam inne od tych, jakie mamy na współcześnie budowanych kręgielniach. Piszę „były”, gdyż nasza impreza okazała się ostatnią przed rozpoczęciem remontu. O ile kręgielnia w Łaziskach oprze się naporowi bowlingu, to kręglarze klasyczni będą mieli kolejny nowoczesny obiekt, a jest ich, niestety, zbyt mało w naszym kraju.
Na rangę rozgrywek i na tablicę wyników miała wpływ spora absencja naszych reprezentantów, którzy dopiero co wrócili z mistrzostw świata w kręglach klasycznych w Sarajewie. Była natomiast świetną okazją dla innych do zdobycia wysokich punktów do rankingu. W bowlingu należy wyróżnić dwie panie: Honoratę Borawę, która w kat. B3 zagrała 1068 p. (był to najwyższy wynik tych zawodów), oraz Danutę Odulińską, z wynikiem 1040 p. w kat. B2. Jak zwykle, goście ze Słowacji i Czech zachwycali radością gry. Oni po prostu kręglami się bawią. Dzięki takiemu podejściu do rywalizacji sportowej, bardzo szybko zdobywają przyjaciół nawet wśród konkurentów.
Dla bowlingowców dwumecz był pierwszą okazją w tym roku do zmierzenia się na torach. Znaczna poprawa poziomu gry wielu zawodników uwidoczniła poważne ich podejście do szkoleń i treningów jeszcze przed sezonem. Niemal wszyscy liczący się w stawce posiadają już własną kulę, a nawet dwie. Coraz więcej osób gra z boczną rotacją, co dodatkowo świadczy o sukcesach pracy naszych trenerów. Kto do Katowic nie przyjechał z własnym sprzętem, mógł mieć problem z dobraniem kuli dla siebie, bowiem na kręgielni było ich (rekreacyjnych) niewiele. Jeśli ktoś decyduje się na zakup własnej kuli, to uczulałbym na to, by zadbał o odpowiedni nawiert (kula zawodnicza wiercona jest pod wymiar jego dłoni i palców). Nawet najlepsza, światowej marki, ale ze złym nawiertem, odbierze radość gry. Skończy się urazami palców i miernymi wynikami.
W sumie impreza udana, choć Czesława Konieczna chciałaby zapewne, by była jeszcze lepsza.
Wyniki
Kobiety
B1
1. Edyta Siwek („Jutrzenka” Częstochowa) 643 p., 2. Mariola Maćkowiak („Łuczniczka” Bydgoszcz) 631 p., 2. Barbara Szypuła („Karolinka” Chorzów) 543 p.
B2
1. Danuta Odulińska („Morena” Iława) 1040 p. 2. Jadwiga Szuszkiewicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 906 p., 3. Jolanta Szapańska („Łuczniczka” Bydgoszcz) 822 p.
B3
1. Honorata Borawa („Łuczniczka” Bydgoszcz) 1068 p., 2. Aneta Łukasik („Karolinka” Chorzów) 934 p., 3. Łucja Grochowska („Jutrzenka” Częstochowa) 877 p.
Mężczyźni
B1
1. Piotr Dudek („Warmia i Mazury” Olsztyn) 723 p., 2. Lesław Domin („Podkarpacie” Przemyśl) 690 p., 3. Szczepan Polkowski („Morena” Iława) 665 p.
B2
1. Jan Smoła („Morena” Iława) 1019 p., 2. Mariusz Kozyra („Hetman” Lublin) 996 p., 3. Daniel Skop („Karolinka” Chorzów) 958 p.
B3
1. Paweł Gniadek („Syrenka” Warszawa) 1063 p., 2. Krzysztof Huszcza („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1042 p., 3. Daniel Jarząb („Tęcza” Poznań) 1012 p.
Piotr Dudek
Warcaby
Kolejny tytuł
Ewa Wieczorek z „Victorii” Białystok z roku na rok umacnia swą pozycję liderki wśród warcabistek. W czerwcu po raz trzeci z rzędu wywalczyła tytuł mistrzyni Polski. Tym razem, z przewagą trzech punktów nad swą konkurentką do złotego medalu, Iwoną Flak z „Hetmana” Lublin, która po raz kolejny musiała zadowolić się „jedynie” tytułem wicemistrzyni. Trzecie miejsce zajęła najmłodsza zawodniczka turnieju – Jolanta Pich z „Podkarpacia” Przemyśl.
Finał piętnastych mistrzostw Polski odbył się w Tucholi, w dniach od 3 do 12 czerwca 2011 r. Grano systemem kołowym na dystansie 11 rund, tempem 2 godz. na partię dla zawodniczki. Zawody sędziował Leszek Łysakowski.
XV Mistrzostwa Polski Kobiet w Warcabach
3-12.06.2011 r., Tuchola
1. Ewa Wieczorek 19 p. „Victoria” Białystok
2. Iwona Flak 16 p. „Hetman” Lublin
3. Jolanta Pich 14 p. „Podkarpacie” Przemyśl
4. Ewa Spiczak-Brzezińska 13 p. „Warmia i Mazury” Olsztyn
5. Barbara Wójcik 12 p. „Hetman” Lublin
6. Irena Ostrowska 2 p. „Cross Opole”
7. Ewa Grabska 11 p. „Cross Opole”
8. Helena Poliniewicz 10 p. „Podkarpacie” Przemyśl
9. Joanna Malcer 9 p. „Warmia i Mazury” Olsztyn
10. Emilia Bober 7 p. „Ikar” Lublin
11. Maria Górzna 5 p. „Sudety” Kłodzko
12. Petronela Dapkiewicz 4 p. „Jaćwing” Suwałki
Szachy
Mistrzostwa juniorów
Pod koniec czerwca odbyły się w Bocheńcu koło Kielc mistrzostwa Polski juniorów w szachach. Młodych adeptów królewskiej gry gościł ośrodek „Wierna”.
Stawką tegorocznych mistrzostw był nie tylko tytuł mistrza Polski, ale także wyjazd na mistrzostwa świata juniorów, które odbędą się na przełomie sierpnia i września na greckiej wyspie Rodos. Faworytami turnieju byli: Piotr Renkowski z klubu „Warmia i Mazury” Olsztyn oraz Adam Czajowski z „Syrenki” Warszawa. Obaj prowadzili przez cały turniej, wygrywając wszystkie partie i remisując w bezpośrednim pojedynku. Aby wyłonić mistrza Polski, konieczny był baraż. Wygrał go Piotr Renkowski wynikiem 1,5:0,5 i obronił ubiegłoroczny tytuł.
Turniej rozegrany został systemem szwajcarskim na dystansie 9 rund. Grano tempem 1,5 godz. na partię dla zawodnika. Zawody sędziował Leszek Bakalarz.
Mistrzostwa Polski juniorów w szachach
24.06-1.07.2011 r., Bocheniec
1. Piotr Renkowski 8,5 p. „Warmia i Mazury” Olsztyn
2. Adam Czajkowski 8,5 p. „Syrenka” Warszawa
3. Karol Urbaniak 6,5 p. „Syrenka” Warszawa
4. Krzysztof Cichoń 6 p. „Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza
5. Elżbieta Sobótka 5,5 p. „Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza
6. Łukasz Kizym 5 p. „Tęcza” Poznań
7. Łukasz Byczkowski 5 p. „Cross Opole”
8. Dariusz Trybus 4 p. „Podkarpacie” Przemyśl
9. Jakub Olejnik 3,5 p. „Łuczniczka” Bydgoszcz
10. Mateusz Kwiecień 3,5 p. „Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza
Brydż
Ogólnopolski drużynowy turniej w brydżu sportowym
13-26.06.2011 r., Bydgoszcz
1. „Warmia i Mazury” Olsztyn 132.0
Krystyna Franaszek, Zdzisław Ratajczak, Zygmunt Siluk, Adam Żukowski
2. „Syrenka” Warszawa 131.0
Edward Słychań, Andrzej Stelak, Roman Walisiak, Zbigniew Wyziński
3. „Victoria” Białystok 131.0
Alicja Pogorzelska, Wacław Morgiewicz, Franciszek Delesiewicz, Czesław Wojciula
4. „Atut” Nysa 120.0
5. „Sudety” Kłodzko 96.0
6. „Łuczniczka” Bydgoszcz 65.0
7. „Podkarpacie” Przemyśl 64.0
Na konwaliowym szlaku
Pomysł spływu kajakowego dla osób głuchoniewidomych zrodził się w Dolnośląskiej Jednostce Wojewódzkiej TPG. To było ambitne, ale trudne przedsięwzięcie, jak zwykle, gdy impreza nosi znamiona pionierskiej. Nie zraziło to doświadczonych wolontariuszy Towarzystwa, którzy wykorzystali w tym celu swoje kontakty z poznańską i bydgoską AWF. I tak oto wspólnymi siłami zorganizowano I Spływ Kajakowy Osób Głuchoniewidomych na rzece Obrze.
Odbył się (24-26 czerwca 2011 r.) pod auspicjami utytułowanych organizatorów imprezy: profesora Stanisława Kowalika, specjalisty w dziedzinie psychologii rehabilitacji, i doktora Janusza Brzozowskiego, doświadczonego kierownika obozów sportowych, których wsparli studenci.
Podczas trzydniowego spływu uczestnicy mieli do pokonania trzy trasy:
I: Gorczyca – Chycina-wieś (rzeka Obra, 2 jeziora) – 5 godzin
II: Jezioro Chycina, 4 km kanałem, Jezioro Długie, Chycina-wieś – 5 godzin
III: Zalew Bledzewski, Jezioro Bledzewskie – elektrownia wodna – 4-5 godzin
Co chcieli osiągnąć, organizując spływ, jego pomysłodawcy? Takie przedsięwzięcia mają przede wszystkim zachęcić osoby głuchoniewidome do podejmowania ciekawych, ekstremalnych zadań sportowych i pokonywania własnych słabości, oraz promować aktywną rehabilitację. Ale również zagospodarować i uatrakcyjnić im czas wolny, dostarczyć radości z przebywania w grupie, stworzyć okazję do zawiązywania przyjaźni. Do pokonania kajakiem wybrano rzekę Obrę na odcinku 32 km. W spływie wzięli udział młodzi głuchoniewidomi z wrocławskiej jednostki TPG oraz z innych województw (m.in. z mazowieckiego i łódzkiego). W każdym kajaku, obok osoby głuchoniewidomej, znajdował się tłumacz-przewodnik.
„I oto zaliczyłem spływ, który śmiało mogę określić jako niezwykły – tak zaczyna swoją relację Marcin Chojnowski, głuchoniewidomy jego uczestnik. – Nieczęsto bowiem zdarza się brać udział w wyprawie, podczas której doznaje się od opiekunów tak ogromnej życzliwości, na każdym kroku czuje się ich poświęcenie i odpowiedzialność. Ani przez chwilę nie doznałem na wodzie zagrożenia. Kadra komandorska to byli ludzie wyrozumiali, ale konsekwentni. Nie pozwalali uczestnikom na podejmowanie niebezpiecznych zadań. Profesor Kowalik był wręcz nieugięty w swoich postanowieniach, kompetentny, ale zawsze uzasadniał swoje stanowisko czy decyzję. Dzięki doświadczonej kadrze otrzymywaliśmy na wodzie lekcje życia, których nie dostanie się na ławeczce w parku czy podczas rozmowy przy kawie czy herbacie. Również bardzo cenny był dla mnie bezpośredni kontakt z ludźmi, którzy, jak ja, nie słyszą i nie widzą, a dane nam było wspólnie przeżywać przygodę. Dla takich chwil warto żyć.
Rzeka Obra na Szlaku Konwaliowym była dość wąska i trudna do pokonania. Nadałem jej miano polskiej Amazonii. Wdychałem specyficzny zapach rzeki, napawałem się zapachem liści, lilii wodnych. Jeśli tylko implant pozwolił, słuchałem szumu rzeki, śpiewu ptaków i gry koników polnych. Co krok natrafialiśmy na wystające z wody konary drzew, pływające pnie i inne przeszkody. Zdarzało się, że musieliśmy przenosić kajak przez kłodę, która zamykała nam rzeczny szlak. Rozpierała mnie pozytywna energia. Dobrze, że mój tłumacz-przewodnik Dawid był bardzo odpowiedzialny i co chwilę mnie stopował: – Marcin, spokojnie, spokojnie. Stop! Ale zdarzały się również chwile słabości, szczególnie wówczas, gdy wiatr utrudniał wiosłowanie. Wtedy niecierpliwie liczyłem, ileż to kilometrów do końca.
Tegoroczny czerwcowy spływ to był początek mojej przygody z wodą. Z wyprawy wracałem z przeświadczeniem, że nie to jest ważne, czy wygrywasz czy nie, jak prężne masz mięśnie i ile w nich sił. Ważniejsze jest to, czy chcesz stawić czoło przeciwnościom, wytrwać, nie „wymięknąć”. Mam nadzieję, że w kolejnym roku uda mi się wodniacką przygodę kontynuować.
AMA
Żyj na dobrej stopie
O nasze dłonie dbamy znacznie bardziej niż o stopy. Potwierdza to statystyka: 15-30 procent dorosłych Polaków cierpi na grzybicę stóp, co czwarta Polka, niekoniecznie w starszym wieku, ma tzw. haluksy. Zapominamy, że stopy to nasze amortyzatory, dzięki którym utrzymujemy równowagę przy chodzeniu, bieganiu, uprawianiu sportów. Zaniedbywane, mogą nam odmówić posłuszeństwa.
Brak troski o stopy wynika być może z tego, że przez większą część roku chowamy je w obuwiu, do tego niekoniecznie wygodnym. Kiedy latem chcemy założyć sandały z odkrytymi palcami i piętą, skóra w tych miejscach jest żółta, twarda, z odciskami. Zapomnieliśmy bowiem, że stale rosnący naskórek trzeba regularnie usuwać, szczególnie na stopach, gdzie twardnieje pod wpływem kontaktu z butami. Z tym akurat możemy się sami uporać: moczymy nogi w wodzie z dodatkiem mydła i dwóch-trzech łyżek soli kuchennej lub leczniczej. Łatwiej wtedy, przy pomocy specjalnej tarki lub pilnika, usunąć zmiękczony, zrogowaciały naskórek (dermatolodzy odradzają pumeks, bo to siedlisko bakterii i grzybów). Gorzej, gdy przyplączą się nam modzele i nagniotki, czyli popularne odciski. Modzele powstają na podeszwach stóp (żółtawe narośla grubej skóry) wtedy, gdy stale w jednym miejscu uciska lub obciera nas but. Ale też wówczas, gdy nacisk na stopę jest nierównomierny. Kiedy taką narośl mocno uciśniemy, czujemy ostry, piekący ból. Trzeba ją zetrzeć lub wyciąć – najlepiej u specjalisty, bo może być z tego stan zapalny stopy. Nagniotki tworzą się na stawach palców stóp oraz na powierzchniach stycznych palców. Wyglądają jak stożki, w których tkwi twardy rdzeń-korzeń, przysparzający nam najwięcej cierpień. Chodzenie w obuwiu staje się torturą. Jeśli w porę ich nie zlikwidujemy (w czym mogą być pomocne regularne wizyty u pedikiurzystki), niezbędna będzie interwencja lekarska. W przypadku grzybicy stóp (najłatwiej nabyć ją na basenie) wystarczy zakupić w aptece odpowiedni preparat (jest ich mnóstwo, bez recepty), a po zakończonej kuracji pamiętać o profilaktyce stóp.
Z tym wszystkim stosunkowo łatwo sobie poradzić. Znacznie gorzej z deformacją stopy. Do powszechnych należy koślawy paluch, czyli haluks. Ta choroba dotyczy przede wszystkim kobiet. Po części fundują ją sobie same, ulegając dyktatowi mody: pantofle na wysokich obcasach, szpilki o wąskich czubkach, ogromne koturny – to główni winowajcy. Haluksom sprzyja także nadwaga i wielogodzinna praca na stojąco oraz uwarunkowania dziedziczne. Podniesienie pięty o kilka, a czasem kilkanaście centymetrów, powoduje przeciążenie przedniej części stopy. Jeśli buty mają dodatkowo szpiczaste czubki, siła z jaką naciskamy na stopę powoduje jeszcze większy ucisk na paluch. To zmienia sposób, w jaki pracują mięśnie stóp, które chcą się dostosować do nowej sytuacji. Paluch „naciera” na sąsiada z lewej, a ten w ucieczce przed nim wykręca się w prawo (czasem nachodzi nawet na palucha). Z biegiem lat od ucisku butów wokół główki i kości śródstopia tworzy się stan zapalny. Czasami ból jest tak dotkliwy, że chory ledwo stąpa. Kupno obuwia staje się koszmarem, najlepiej czujemy się w szerokich, rozdeptanych kapciach. Boli nas nie tylko okolica palucha, ale też inne stawy w stopach.
W takich przypadkach może nam pomóc tylko operacja. Większość osób obawia się jej, m. in. dlatego, że czeka ich potem długa rehabilitacja i brak pewności, czy po jakimś czasie haluksy nie wrócą (zdarzają się takie przypadki). Większą gwarancję, że zabieg będzie jednorazowy i skuteczny, możemy mieć wtedy, gdy jest on przeprowadzony na wstępnym etapie choroby przez doświadczonego chirurga. Nowoczesne metody, np. z zespoleniem kości specjalną blaszką, umożliwiają bardzo wczesne chodzenie z obciążeniem operowanej stopy. Już dwa-trzy dni po zabiegu (a nie jak dotąd – minimum po 6 tygodniach) można chodzić w specjalnym obuwiu.
Płaskostopie to kolejna deformacja, która dotyka nie tylko dzieci. Prawidłowo zbudowana stopa nie jest nam bowiem dana raz na zawsze. Pod wpływem otyłości, osłabienia mięśni, więzadeł czy noszenia złego obuwia, płaskostopie (podłużne lub poprzeczne) może się przydarzyć każdemu. Zazwyczaj je bagatelizujemy. Tymczasem płaskie stopy bolą i puchną. Obrzęki obejmują także łydki. Od „platfusa” może nas też nieźle rozboleć kręgosłup. Obwiniamy o to niewygodny materac, przeciążenia, upały itp. Tymczasem warto zacząć od sprawdzenia stóp. Najlepiej odcisnąć je na piasku lub zostawić mokry ślad, np. na dużym kafelku terakoty w łazience, ostatecznie na asfalcie. Prawidłowa stopa, w przeciwieństwie do tej zdeformowanej, nie dotyka podłoża całą powierzchnią: mniej więcej w środku śladu powinno być puste, nieodbite pole. Jeśli jest inaczej, to znak, że mamy płaskostopie. Trzeba wtedy odwiedzić ortopedę, który oceni, jak poważny jest nasz problem i zaleci np. odpowiednie ćwiczenia. W skrajnych przypadkach płaskostopie podłużne może prowadzić do stanów zapalnych torebek i więzadeł, a poprzeczne – do haluksów. Wtedy trzeba je leczyć operacyjnie. Osobom z niezaawansowanym płaskostopiem zaleca się częste chodzenie boso po trawie, piasku czy dywanie. Bardzo pomocne są też wkładki ortopedyczne do butów, które zamawia się u specjalistów.
Większość dolegliwości ze strony stóp ma swoje przyczyny w niewłaściwym obuwiu. Za ciasne lub zbyt luźne, za twarde albo za miękkie, wykonane z nie tych, co trzeba, materiałów – od lat zwracają na to uwagę ortopedzi. Technolodzy i producenci butów wymyślają coraz nowe wzory, dzięki którym – ich zdaniem – nasze stopy będą miały komfortowe życie. Dotyczy to głównie obuwia sportowego, które już z samego założenia powinno być zdrowe, wygodne i bezpieczne. Biegacz korzysta ze stóp bardziej niż niebiegający. Gdy są słabe, cała jego konstrukcja jest niestabilna i powstają przeciążeniowe kontuzje. Aby chronić stopę, „butolodzy” od 40 lat szukają dla niej najlepszej amortyzacji. Mieliśmy więc w podeszwach obuwia systemy air, plaster miodu czy sprężyny: pianki, sylikon, mieszankę gum, poduszki powietrzne albo żelowe. By pomieścić te wszystkie dodatki, nowoczesne buty muszą mieć potężną podeszwę. Skutkiem ubocznym jest bieganie „z pięty”. Walimy nią o ziemię i dopiero potem przetaczamy całą stopę. Kolano jest w chwili uderzenia wyprostowane, stopy, nogi i reszta ciała odczuwają wstrząs. Łatwo obliczyć, że biegając np. 50 km tygodniowo, budujemy sobie takich wstrząsów 3,5 mln rocznie. Kontuzje murowane.
– Cokolwiek by się nie wymyśliło – komentuje dr Robert Śmigielski, ortopeda traumatolog – stopa i tak daje o wiele lepszą amortyzację dzięki swojej genialnej konstrukcji. Ale coraz lepsze buty wyłączyły stopę z użycia, zagipsowały ją. Mamy więc świetny narząd, który przestaje spełniać swoją funkcję.
Być może już niedługo nasza stopa (przede wszystkim zaś stopa sportowca) odzyska wolność. Mówi się i pisze o tym, że nowoczesne buty do biegania szkodzą. Firmy je produkujące zaczynają się wycofywać z podeszw-gigantów. Oferują modele butów inspirowanych bieganiem boso. Wyglądają skromniej niż dotychczasowe, mają cieńsze podeszwy, składające się z wielu kostek i kółek z wyraźnymi przerwami. Już popularne są buty pięciopalczaste – coś w rodzaju skarpetek do biegania. Dają ochronę stopom, ale używa się w nich własnych mięśni – jak w bieganiu boso. Podobno już część zawodowych biegaczy wykonuje w takich pięciopalczastych „cichobiegach” 40-50 procent treningu. Poprawili wyniki, mają mniej kontuzji.
BWO
Gramy w szachy
Przegląd partii z mistrzostw Polski
W tegorocznym finale w Jastrzębiej Górze stoczono wiele interesujących pojedynków. W chronologicznej kolejności wybrałem te, które decydowały o czołowych miejscach, oraz kilka lapsusów, będących efektem niedoczasów i nerwów.
M. Maćkowiak (2215) – M. Chojnowski (2147)
(3 runda)
Białe: Ke3, a2, b4, e4, f3, g2, h3
Czarne: Ke6, a6, b5, e5, f6, g5, h4,
Pionkówki są zdradliwe. W tej, wydawałoby się prostej pozycji, czarne nie znalazły drogi do remisu 38.Kf2 Kf7 Możliwe było 38...f5 39.ef5+ (39.g3 f4) 39...K:f5 40.Ke3 Kf6 41.Ke4 Ke6 42.a3 Kf6 i nie wolno 43.Kd5?, bo 43...Kf5 44.Kc5 Kf4 45.Kb6 Kg3 46.K:a6 K:g2 47.K:b5 K:f3 48.a4 g4 i wyścigi dają czarnym wygraną końcówkę hetmańską: 49.a5 gh3 50.a6 h2 51.a7 h1D 52.a8D+ e4 itd. 39.g3 Kg6? Przegrywający błąd. Prawidłowe było 39...hg3+ 40.K:g3 Kg7 41.h4 gh4+ 42.K:h4 Kh6 43.Kg4 Kg6 44.f4 ef4 45.K:f4 Kf7 46.Kf5 Ke7 z remisem 40.gh4 gh4 41.Ke3 Czarny pionek na h4 nieuchronnie ginie 41...Kg5 42.f4+ Kg6 Lub 42...ef4+ 43.Kf3 Kg6 44.K:f4 Kf7 45.e5 fe5+ 46.K:e5 z dalszym marszem po pionka h4 43.Kf3! Kh6 44.fe5 fe5 45.Kg4 Kg6 46.K:h4 Kf6 47.Kh5 1–0
Obrona sycylijska
J. Stachańczyk (2303) – R. Gunajew (2272)
(4. runda)
1.e4 c5 2.Sf3 d6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 a6 6.Gg5 e6 7.f4 Ge7 8.Hf3 Hc7 9.0–0–0 Sbd7 10.Gd3 h6 11.Gh4 g5 12.fg5 Se5 13.He2 Sfg4 14.Sf3 hg5 15.Gg3 Na szachownicy toczy się pojedynek w jednym z głównych odgałęzień tzw. wariantu Najdorfa. Ryzykowne było teraz 15.G:g5?! G:g5+ 16.S:g5, bo 16...Hc5 17.Sh3 (Groziło 17...S:d3+ i 18...H:g5+ oraz 17...Sf2) 17...Gd7 z dalszą długą roszadą, Gc6 i Wdg8 z nieprzyjemnymi naciskami za oddanego pionka 15...Gd7 Drugą odnogą wariantu jest 15...S:f3 16.gf3 Se5 17.f4 gf4 18.G:f4 Gd7 19.Wdf1!? Wh7 20.h4 0–0–0 21.h5 Wdh8 z minimalną przewagą białych 16.h3 S:f3 17.gf3 Więcej szans na uzyskanie przewagi debiutowej daje 17.hg4!? W:h1 18.W:h1 Sh4 19.Wf1 i czarne mają problemy z obroną punktów f7 i h4 17...Se5 18.f4 gf4 19.G:f4 b5 Czarne pozostawiają króla w centrum i próbują szturmować pionkami pozycję długiej roszady. Bezpieczniejszym planem było 19...0–0–0 z dalszym Gc6, Gf6 i Wdg8 20.Wdf1 b4 21.G:e5 Nie można od razu 21.Sd1?, bo S:d3+ 22.H:d3 Gb5 21...de5 22.Sd1 a5 23.h4 a4 Pionka zabrać nie wolno: 23...W:h4? 24.W:h4 G:h4 25.Hh5 czy 23...G:h4?! 24.Hg4 z niebezpieczną inicjatywą białych 24.Kb1 b3 25.cb3 ab3 26.ab3!? Hb7 27.Kc2 Wb8 Lepiej wyglądało natychmiastowe 27...Gc6 28.Sc3 Gb4, gdyż wieża na linii „a” ma więcej perspektyw 28.Gc4 Gc6 29.Sc3 Gb4 30.We1 30...f5? Samobójcze posunięcie. Po 30...Wa8 czy 30...Wd8 szanse stron były wyrównane 31.ef5! G:c3 Nieco lepsze było 31...G:h1, ale po 32.H:e5 Wh6 33.W:h1 wynik partii był też przesądzony 32.bc3 G:h1 33.H:e5 0–0!? Rzadko wykonuje się roszadę tak późno, ale i to oryginalne posunięcie nie przynosi ratunku. W przypadku 33...Wh6 rozstrzygało 34.G:e6 lub 34.f6 34.H:e6+ Kh8 35.Hh6+ Hh7 36.H:h7+ K:h7 37.W:h1 Kh6 38.Ge6 i białe wygrały.
P. Dukaczewski (2295) – Z. Żarow (1959)
(6. runda)
Białe: Kb1, Hf4, Wd1, Wd6, Gf3, Gg3, a2, b3, c2, f2, g2, h4
Czarne: Kg8, He7, Wc8, Wc5, Ge8, Gf6, a6, b5, f7, g7, h6
Białe mają przewagę pionka, ale pozycja ma ostry charakter i wymaga dokładnej gry 25.Ge4 Ge5 26.He3 Wc3 Po 26...G:d6 27.G:d6 Hd7 28.Wd2 para gońców + pionek wyrównywały brak jakości 27.Ha7? Grube przeoczenie. Narzucające się 27.W6d3 prowadziło do korzystnych uproszczeń 27...G:d6! Drugie możliwe zabicie 27...H:a7? 28.Wd8+ prowadziło do mata 28.H:a6 G:g3 29.fg3 G:b3 i czarne wygrały.
M. Maćkowiak (2215) – T. Żółtek (2147)
(6. runda)
Białe: Kc1, Hc2, Wd1, Wh1, Gh6, Sc3, a2, b2, d4, e5, f4, g4, h4
Czarne: Kg8, Ha5, Wa8, Wd8, Ge7, Se6, a6, b7, c6, d5, f7, g6, h7
22...c5 23.dc5 H:c5? Konieczne było 23...d4! 24.f5 (Słabsze 24.Se4 H:a2 czy 24.Sa4? d3! 25.Hb3 Sd4) 24...dc3 25.fe6 fe6 z obopólnymi szansami 24.Kb1 Wac8 Teraz po 24...d4 białe mogły zagrać 25.Se4 25.f5 Sd4 26.Hd3 Sb5 27.S:d5? Po 27.S:b5 H:b5 28.H:b5 ab5 29.h5 końcówka była dużo lepsza 27...W:d5! 28.H:d5 Sa3+! Słabsze 28...Hc2+? 29.Ka1 Sc3 (29...Sa3 30.Hb3) 30.Hd3 S:d1 31.H:c2 W:c2 31.W:d1 G:h4?! 33.f6! Wc8 34.Wd7 z groźbą 35.e6! 29.Ka1 Po 29.ba3 Hc2+ 30.Ka1 Hc3+ też jest wieczny szach 29...Sc2+ 30.Kb1 Sa3+ i zgodzono się na remis.
Z. Gosek (2060) – J. Stachańczyk (2303)
(7. runda)
Białe: Kc1, Hd2, Wd1, Wh1, Ge3, Gf1, Sc3, Sf3, a2, b2, c4, e4, f2, g2, h2
Czarne: Kg8, Hd8, Wa8, Wf8, Ge6, Gg7, Sb8, Sf6, a7, b7, c5, d6, f7, g5, h6
11...Sg4?! Prawidłowe było 11...Sc6, co po ewentualnym 12.H:d6 (12.h4!?) 12...Sd7 13.G:c5 Ha5 dawało czarnym rekompensatę za poświęcone pionki 12.G:c5 Ha5 13.G:d6?! Białe zabrały drugiego pionka, ale teraz sytuacja na szachownicy się komplikuje. Po 13.Gd4 można było czuć się bezpiecznie 13...Wd8 14.Hc2?! Lepsze 14.c5 G:c3!? 15.bc3 z ostrą grą 14...G:c3 15.h3 Przegrywało zarówno 15.H:c3? H:c3+ 16.bc3 S:f2, jak i 15.bc3? W:d6! 16.W:d6 Ha3+ 15...S:f2 16.H:f2 H:a2 17.Hc2 Ha1+ 18.Hb1 G:b2+ 19.Kc2 Ha4+?! Teraz z kolei czarne niepotrzebnie sobie komplikują sytuację. Proste 19...H:b1+ 20.K:b1 Gg7 dawało końcówkę z dużymi szansami na wygraną 20.K:b2 W:d6 21.W:d6 Hb4+ 22.Kc2 H:d6 23.H:b7 Gd7? Przeoczenie. Po 23...Hc6 24.H:c6 S:c6 szanse były mniej więcej wyrównane 24.Gd3? Wieżę można było śmiało zabrać. Stachańczyk po partii wyjaśniał, że przy liczeniu wariantu 24.H:a8 Ga4+ 25.Kc3 Ha3+ 26.Kd2 Hb4+ 27.Ke3 Gc6 nie widział z daleka ruchu 28...H:a7 24...Gc6 25.e5? Podstawienie figury. Po 25.Hc8+ Kg7 26.e5 wynik partii był niepewny 25...H:d3+! i białe poddały się.
B. Pawelec (2045) – T. Żółtek (2147)
(8 runda)
Białe: Kh1, Hg2, Wa1, Wg1, Gc3, a2, b2, f2, f3, h2
Czarne: Kf7, Hh5, Wh7, Gd6, Sf6, a7, b7, d5, e5, f4, g7
Białe mają przewagę jakości, a mimo to są bezradne wobec narastających gróźb przeciwnika 28.Wge1 d4 29.Wad1 Wh6 30.Wg1 Gf8 Szybciej kończyło grę 30...Se8 31.Gd2 e4! 32.h3 (Jeśli 32.fe4, to f3) 32...ef3 33.Hh2 H:h3 31.Gd2 g5 32.Wc1 Gd6 Czarne wróciły do właściwego planu. Przed e5-e4 nie ma obrony 33.Wge1 e4 34.Wc4 ef3 35.Hg1 Sg4 36.Gb4 S:h2 37.We7+ G:e7 0–1
P. Dukaczewski (2295) – Z. Gosek (2060)
(8. runda)
Białe: Kg1, Hh4, Wf1, Wh6, Ge3, Sd1, Sd4, b2, b3, c2, e4, f6, g5, h2
Czarne: Kg8, Hc7, Wa8, We8, Gb7, Gd8, Sf8, a6, b4, d5, e6, f7, g6, h7
23...He5? Błąd, pozwalający białym efektownie zakończyć grę. Po 23...de4 24.W:g6+ fg6 25.f7+ H:f7 26.W:f7 K:f7 powstawała trudna do oceny pozycja 24.W:g6+ i czarne poddały się, gdyż na 24...fg6 nastąpi 25.f7+, a po innym zabiciu rozstrzyga 25.Hh6.
Obrona sycylijska
J. Stachańczyk (2303) – P. Dukaczewski (2295)
(9. runda)
1.e4 c5 2.Sf3 Sc6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 d6 6.Gg5 e6 7.Hd2 a6 8.0–0–0 Gd7 9.f4 b5 10.G:f6 gf6 Wariant Rausera jest coraz częstszym gościem na turniejach niewidomych. W tej partii powstała typowa pozycja z tego wariantu. Czarne mają parę gońców, ale za to problemy z królem i ze słabymi pionkami 11.Kb1 Hb6 12.S:c6 G:c6 13.f5 Hc5?! Dla czarnych lepiej jest nie dopuścić do wymiany pionków na e6. Lepsze było więc 13...b4 14.Se2 e5!? 14.fe6 fe6 15.Hd3 Naturalniej wyglądało 15.Gd3, ale białe chcą umieścić gońca na h3 15...He5 16.g3 Wd8 Niedobre było 16...b4?! 17.Hc4!, ale zasługiwało na uwagę 16...Wc8!? 17.Gh3 Gg7 18.Sd5! f5 Źle wyglądało dla czarnych 18...ed5?! 19.ed5 Gd7!? 20.G:d7+ K:d7 21.Whe1 Hg5 22.Hd4 z silnym atakiem, ale należało spróbować 18...Kf7!? 19.Whe1 Wc8 (19...Whe8!?) i na 20.Sf4?! jest 20...f5 19.Hb3 Wd7? Po tym ruchu pozycja czarnych się rozsypuje. Więcej szans dawało 19...Kd7!? lub przejście do gorszej końcówki po 19...H:b2+ 20.H:b2 G:b2 21.K:b2 ed5 22.ed5 Gd7 20.Whe1 fe4 Jeśli 20...0–0, to 21.Sf4 21.G:e6! Wb7 (21...H:e6? 22.Sc7+) 22.Sb4 Wc7 23.S:c6 W:c6 24.Gd5 Wc4 25.G:c4 bc4 26.Hb7 0–0 27.W:e4 Hh5 28.Wee1 c3 29.Hd5+ H:d5 30.W:d5 cb2 31.W:d6 i białe wygrały. Ta partia praktycznie przesądziła o pierwszym miejscu Jacka Stachańczyka.
Z. Gosek (2060) – R. Suder (2235)
(11. runda)
Białe: Kc1, Hd2, Wd1, We1, Gf2, Gg2, Se4, Sf3, a3, b2, c2, d4, f4, h3
Czarne: Kg8, Hc7, We8, Wf8, Gd7, Gg7, Sf5, Sh5, a7, b7, c6, d6, g6, h7
Zenon Gosek grał w Jastrzębiej Górze bardzo pechowo. Szczęście uśmiechnęło się do niego dopiero ostatniego dnia zawodów 21...Se7 Czarne osaczają pionka f4. Zasługiwało na uwagę 21...d5 22.Sc5 (22.Seg5 S:f4) 22...Gh6 22.Hb4 S:f4 23.S:d6?! Obiektywnie lepsze było 23.Gf1 lub 23.Gh1, ale błąd białych nieoczekiwanie zamienił się w sukces 23...Sfd5? Do wygranej pozycji prowadziło wejście na d5 drugim skoczkiem 23...Sed5! 24.S:e8 G:e8 z następnym S:g2 24.S:e8! G:e8 Na zaplanowane 24...Hf4+ białe miały odpowiedź 25.Hd2 25.Hb3 Kh8 26.Gh4 i białe po długiej jeszcze grze zrealizowały przewagę materialną.
Ryszard Bernard
Kolejnym bardzo ciekawym tematem, który chcę rozpocząć, jest plan gry przy układzie kamieni 27 i 29 u białych oraz 22 i 24 u czarnych, w początkowej fazie partii. Jest to układ niekorzystny, bardzo często prowadzący do dużych trudności w grze, dlatego w debiutach niezwykle rzadko dochodzi do takiego ustawienia. Czasem jednak, poprzez odpowiednie rozwiązania taktyczne, można zmusić przeciwnika do powstania takiego układu. Oto piękny przykład na ten temat. Partia została rozegrana w finale mistrzostw Polski 2010 r.
Bartosz Socha – Karol Dudkiewicz
1. 32-28 17-22 2. 28x17 11x22 3. 37-32 12-17 4. 41-37 6-11 5. 34-30 19-23 6. 40-34 7-12 7. 45-40 1-6 8. 46-41
W tego typu pozycjach toczy się walka o przejęcie kontroli w centrum, dlatego białe przygotowały wymianę 32-28.
8… 13-19
To posunięcie nie pozwala białym na wymianę w centrum, ale jest też minus tego zagrania – zablokowane kamienie na długim skrzydle.
9. 50-45 9-13 10. 30-25!
Początek planu wiązania długiego skrzydła czarnych.
10… 4-9 11. 34-30 20-24?
Pozycja czarnych z ustawieniem kamieni z przodu 22, 23, 24, wspartych kolumnami, wygląda bardzo bojowo. Jednak białe mają możliwość wymiany środkowego kamienia 23 i u czarnych powstanie układ 22, 24.
12. 32-28!! 23x32 13. 38x27
Po tej wymianie białe uzyskały wiele korzyści: doprowadziły do niekorzystnego ustawienia u czarnych 22, 24, pozbawiły czarnych aktywnych niebezpiecznych kolumn, same uzyskały dużą swobodę w grze z możliwością ustawiania aktywnych kolumn. Tego typu plan ograniczania swobody gry przeciwnika w oparciu o ustawienie kamieni 22, 24 lub 27, 29 u białych można przeprowadzać w początkowej fazie partii, gdyż do jego realizacji potrzebna jest odpowiednia ilość materiału.
13… 17-21 14. 42-38 21x32 15. 37x17 12x21
Czarne nie pobiły 15…11x22, żeby odejść od ustawienia 22, 24.
16. 31-26!
Czarne nie mają dobrego wyboru. Pozostawienie wymiany ponownie doprowadzi do omawianego układu.
16… 11-17 17. 41-37 8-12 18. 37-31
Białe kontynuują ograniczanie krótkiego skrzydła czarnych.
18… 18-22
Trudny wybór, ale czarne nie mają lepszych posunięć. Znów powstał układ 22, 24, być może czarne nie doceniły zagrożeń za strony białych. Dalszy plan białych będzie polegał na ustawianiu kolumn ograniczających możliwości gry czarnych.
19. 48-42 13-18 20. 40-34!
Ten kamień zmierza do ataku na 29, a czarne w tym czasie nie mogą się nawet bronić, nie mówiąc już o jakiejś możliwości kontrgry.
20… 2-7 21. 34-29! 15-20
Czarne nie miały wyboru, pozostawienie wymiany prowadziło do straty kamienia po 33-28.
22. 38-32 3-8 23. 42-38 8-13 24. 32-28!
Okres wykorzystywania ustawienia 22 i 24 do ograniczania gry czarnych zakończył się dla białych sukcesem. Długie skrzydło czarnych zostało związane. Ostatnim posunięciem białe proponują korzystną dla siebie wymianę, którą czarne muszą przyjąć z powodu grożących strat po 28-23.
24… 18-23 25. 29x27 21x23
Teraz plan gry dla białych jest jasny – utrzymać związane długie skrzydło czarnych. W sytuacji, kiedy trzy kamienie 25, 30, 35 wiążą sześć kamieni czarnych, dowolne uproszczenia prowadzą do realizacji pozycyjnej przewagi białych.
26. 33-28! 23x32 27. 38x27 7-11
Inną możliwością czarnych było 27…17-22, co było korzystne tylko dla białych.
28. 43-38 12-18 29. 49-43 18-23 30. 47-42 23-29
Czarne nie miały wyboru i wykonały posunięcie, które jeszcze bardziej pogarszyło ich sytuację.
31. 39-33 17-21
Duże ograniczenie aktywności czarnych prowadzi do kolejnych uproszczeń, które szybko przybliżają białe do zwycięstwa.
32. 26x17 11x22 33. 27x18 13x22 34. 31-27
Korzystna dla białych wymiana, która pozwala zdobyć ważne pole 27.
34… 22x31 35. 36x27 6-11 36. 33-28!
Koniecznie należało uwolnić się spod działania kolumny 20-29. Czarne nie mogą wymienić kamienia 28, np.: 36…19-23 37. 30x19 23x21 38. 44-39 10x19 39. 25x3 lub 37. 28x19 24x13 38. 30-24
36… 9-13 37. 38-32 11-17 38. 42-37 17-21 39. 43-38?
Posuniecie dające czarnym możliwość remisu. Należało grać: 39. 27-22! 21-26 40. 43-38 16-21 41. 44-40 10-15 42. 37-31 26x37 43. 32x41 21-26 44. 41-37 5-10 45. 38-32 z wygraną białych.
39… 13-18 40. 45-40 18-23?
Po 40…10-15 białe nie mają drogi do wygranej: a) 41. 28-23 19-28 42. 30x10 15x4 43. 32x12 21x41 44. 25 x14 41-47 i białe muszą forsownie remisować 45. 12-7 (45. 38-32 przegrywa po 29-34) 47x50 46. 7-2 z groźbą uproszczeń po dalszym 14-9; b) 41. 28-22 18-23 i białe nie są w stanie obronić się przed 23-28.
41. 44-39 10-15 42. 39-34 21-26 43. 28-22
Tylko tak, po 43. 27-22, czarne mają odpowiedź 16-21.
43... 5-10 44. 22-18 23x12 45. 34x23 19x28 46. 30x19 14x23 47. 25x5
Grozi 38-33 i czarne poddały się.
Jan Sekuła



