stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 7-8 (100-101) Lipiec Sierpień 2013

ISSN 1427–728X

ROK XI

Nr 7-8 (100-101)

Lipiec - Sierpień 2013 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO-SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00–216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9,  tel.: 22 635 57 94

tel.kom. 668 764 654,
666 725 040

e–mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Skład i opracowanie graficzne:

Wojciech Górski

Druk: Wydawnictwa Polskiego Związku Niewidomych Spółka z o.o

Miesięcznik dofinansowuje:

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

http://www.pfron.org.pl/ftp/Loga/logo_PFRON_2011_r.jpg


Redakcja nie zwraca tekstów nie zamówionych

 

 

SPIS TREŚCI

 

Łukasz zjechał z gór

Andrzej Szymański

W Saragossie ponownie srebro

Teresa Dębowska

Sukces na europejską skalę

Piotr Dudek

Para-Cycling – kolejna odsłona wyścigów Pucharu Świata

Mirosław Jurek

Światowy goalball w Supraślu

Konrad Andrzejuk

Pierwszy turniej w Suwałkach

Andrzej Szymański

Wiadomości

Warcabowy motor z doktoratem

Andrzej Szymański

Tajlandia – znów na szlaku

Reata Nowacka-Pyrlik

Bliżej słońca

(BWO)

Taniec dobry na wszystko

Krzysztof Koc

Gramy w szachy

Ryszard Bernard

Gramy w warcaby

Jan Sekuła

Plebiscyt – Galeria sław polskich sportowców z niepełnosprawnością

Na początek

 

gość numeru

Łukasz zjechał z gór

38-letni Łukasz Szeliga został wybrany w czerwcu br. na prezesa Polskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych „Start”. Pochodzi z Rzyk w Beskidzie Małym. 22 lata temu w wypadku motocyklowym stracił nogę. Przez prawie dziesięć lat kierował bielsko-bialskim „Startem”.

 – Nie czuje Pan tremy, obejmując fotel prezesa PZSN „Start” po zmarłym niedawno Witoldzie Dłużniaku? Pan Witold przez 20 lat kierował tą organizacją sportową.

– Nie przesiadam się na ten stołek bezpośrednio po jego odejściu. „Startem” kierowali w ciągu ostatnich lat – Ryszard Rodzik i Robert Szaj. Dla mnie kontynuacja dzieła pana Dłużniaka to spore wyzwanie, by wprowadzić Związek w jeszcze lepszy wymiar i sukces organizacyjny.

– Nie znalazł się Pan na tym stanowisku znikąd. Dziesięć lat kierował Pan „Startem” w Bielsku-Białej.

– Wcześniej byłem zawodnikiem, jestem też trenerem narciarstwa alpejskiego. Cieszę się, że miałem możliwość pokonania całej ścieżki: od sportowca, poprzez trenera, działacza, do prezesa PZSN „Start”. Zapoznałem się z całą piramidą zarządzania sportem osób niepełnosprawnych.

– Chce Pan coś zmieniać w tej organizacji?

– Bardzo zależy mi na jakości. Pracując w narciarstwie alpejskim, nauczyłem się, że osiąga się sukces w wyniku ciężkiej i porządnej roboty. Nasi zawodnicy, mimo że nie jesteśmy krajem alpejskim, zaczęli osiągać doskonałe wyniki w Pucharze Świata i Europy. Przyczynił się do tego słowacki trener Peter Matiaszko i ja w niewielkim zakresie.

– Czy to oznacza, że będzie Pan preferował sporty zimowe?

– Absolutnie nie. Będziemy kłaść nacisk na te dyscypliny, w których jesteśmy dobrzy i plasujemy się w czołówce światowej. Pokazaliśmy pazur na londyńskiej paraolimpiadzie. Zdeterminowani zawodnicy

i trenerzy klubowi są pasjonatami sportu. To właśnie oni uzyskali te wspaniałe wyniki,

a nie „Start”.

– Które kluby świecą przykładem?

– Wymienię tylko niektóre: „Start” Katowice, Poznań, Szczecin, Gorzów Wielkopolski, Białystok, Radom, Zielona Góra, Kielce, Bielsko-Biała. Do tej pory Związek nie za bardzo pomagał klubom, dlatego zdecydowałem się na kandydowanie w wyborach na prezesa. Chciałbym wprowadzać swe idee w życie. Sporo spraw jest do przedyskutowania na nowo, prowadzę więc dialog ze środowiskiem niepełnosprawnych sportowców. Również z innymi organizacjami, jak „Cross”, „Olimp” , „Olimpiady Specjalne”.

– Co chce Pan zmienić i poprawić?

– Mój program jest na stronie internetowej i traktuję go jako katechizm. Będę go wdrażać punkt po punkcie. Musimy zmienić siedzibę, bo tu na Filtrowej, w starej przedwojennej kamienicy, bez windy, ciężko jest się wdrapać na czwarte piętro osobom niepełnosprawnym. Negocjuję też pozostawienie 18 dyscyplin sportowych w naszym Związku. To, co się stało w tenisie stołowym, czyli przypisanie niepełnosprawnych zawodników do Polskiego Związku Tenisa Stołowego, jest kompletnym nieporozumieniem.

– No dobrze. Plany nowego prezesa to zmiana siedziby i zatrzymanie dyscyplin w Związku. A pieniądze?

– Będą potrzebne, choćby na przekształcenie naszego ośrodka w Wiśle w Europejskie Centrum Przygotowań Paraolimpijskich i zarazem Centrum Rehabilitacji Pourazowej poprzez sport. To Centrum przeznaczamy dla dzieci i młodzieży, ale też dla grupy 40 plus i 50 plus. Ci ostatni dojrzali ludzie są animatorami naszego ruchu i bardzo skutecznie lobbują na rzecz sportu niepełnosprawnych. To jest konieczne, bo media nami się nie interesują. Emitowanie filmu dokumentalnego o niepełnosprawnych sportowcach w sobotę rano o 6.30 to kpina. To brak szacunku dla ciężkiej pracy paraolimpijczyków.

– W jakiej kondycji finansowej jest „Start”?

– Jesteśmy na minusie i płacimy zobowiązania, ale jest pomysł na rozwiązanie tego problemu. Mamy nieruchomości, które mogą zlikwidować ten deficyt.

– „Start” prowadzi 18 dyscyplin. Ilu jest zrzeszonych w waszym Związku zawodników i trenerów?

– Dokładnie policzymy. Chcemy wprowadzić licencje dla naszych zawodników i audytować kluby. Myślimy, jak zdobywać fundusze na rozwój sportu niepełnosprawnych. Sponsoring to jedna z form pomocy. Obecnie prowadzimy rozmowy z kilkoma dużymi firmami, które mogłyby nas wspierać finansowo. Niejako z urzędu pieniądze przekazuje nam Ministerstwo Sportu, a współpracę z PFRON-em musimy reaktywować. Czekają mnie jeszcze trudne rozmowy z szefami tych instytucji. Chcę im przedstawić projekt europejskich standardów funkcjonowania sportu niepełnosprawnych. Muszą być zaspokojone potrzeby ostatnich beneficjentów, czyli zawodnika, trenera i klubu. Z panią minister sportu Joanną Muchą rozmawiałem też o pomyśle rehabilitacji niepełnosprawnych żołnierzy, którzy odnieśli urazy w misjach wojskowych. Chcemy, by poprzez sport odnaleźli sens życia i odbudowali się fizycznie i psychicznie. Z jednej strony przyczyni się to do pozytywnego myślenia o życiu, a z drugiej – mogą w naszych szeregach pojawić się ciekawi zawodnicy.

– O czym rozmawiał Pan w Stowarzyszeniu „Cross” z Piotrem Dukaczewskim?

– O współpracy. Kontaktuję się ze wszystkimi organizacjami działającymi na rzecz ludzi niepełnosprawnych. One naprawdę wykonują świetną robotę.

– A jak się Panu współpracuje z sąsiadem, czyli Polskim Komitetem Paraolimpijskim?

– Jesteśmy zobligowani do współpracy i musimy się wspierać w działaniach. Świetnie, gdybyśmy się razem znaleźli w nowej siedzibie. Oprócz lokalu chcemy też zmienić nazwę, z Polskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych na Polski Związek Sportów Paraolimpijskich.

– Kilka słów o sobie. Wiemy, ile Pan ma lat i skąd pochodzi.

– Mam 9-letniego syna Leonarda. W wolnych chwilach słucham dobrej muzyki, oglądam filmy, czytam książki. A poza tym pasjonuje mnie sport: narciarstwo alpejskie, kolarstwo, pływanie, nurkowanie. Mówię po angielsku i słowacku.

– Co się zmieni wkrótce na Filtrowej?

– Przedstawię zarządowi tzw. bilans otwarcia po dokonanym audycie. Konieczna będzie restrukturyzacja biura. Nie istnieją działy PR-u i marketingu. Trzeba je stworzyć. Będziemy namawiać dziennikarzy do współpracy. Ostatnio miałem godzinną audycję w radiu TOK FM poświęconą m.in. plebiscytowi na najlepszego paraolimpijczyka ostatniego 40-lecia. Wyniki ogłosimy w końcu tego roku. Zarząd myśli też o współpracy ze szkołami. Dzieci i młodzież powinny pojawiać się na naszych imprezach sportowych. To świetna, praktyczna lekcja integracji.

– Czego Panu życzyć „na nowej drodze życia”?

– Tego, by zrealizować zadania, które panu przedstawiłem. Chciałbym się spełnić w roli człowieka, który wprowadza nową jakość. Potrzebna jest konsekwencja i odrobina szczęścia. Sukcesów upatruję w swej autentyczności jako zawodnika i trenera ludzi, którzy się uczą, studiują, pracują i jednocześnie kochają sport. Paraolimpijczycy mimo niepełnosprawności, zwyciężają.

– Dziękuję za rozmowę.

Andrzej Szymański

 

Na początek

 

szachy

 

W Saragossie ponownie srebro

Trzy lata temu, na szóstych drużynowych mistrzostwach świata w szachach, które odbyły się w rumuńskim Calimanesti, Polacy nie obronili tytułu mistrzów świata z 2005 roku. Musieli zadowolić się srebrem. Pierwsze miejsce wywalczyła wówczas Ukraina. Na tegoroczne, siódme z kolei mistrzostwa, które odbyły się w dniach od 11 do 22 czerwca w hiszpańskiej Saragossie, nasi szachiści jechali pełni wiary w zwycięstwo. Uprawniały ich do tego dotychczasowe sukcesy, jakie odnieśli w tej imprezie – dwa medale złote (2001 i 2005), dwa srebrne (1990 i 2010) i jeden brązowy (1998).

Drużynowe mistrzostwa świata odbywają się co cztery lata, na przemian z olimpiadami. W rozgrywkach biorą udział czołowe drużyny z poprzedzającej mistrzostwa olimpiady. Zwykle było to 12 drużyn. W tym roku Hiszpanie zaprosili 16 najlepszych reprezentacji z olimpiady w Indiach (2012). W Saragossie zjawili się reprezentanci Rosji, Ukrainy, Hiszpanii, Niemiec, Indii, Polski, Wielkiej Brytanii, Wenezueli, Chorwacji, Serbii, Bułgarii, Kolumbii, Rumunii i Słowenii. W ostatniej chwili z udziału w mistrzostwach zrezygnowały Kazachstan i Szwecja.

Turniej rozegrano systemem pucharowym. Najpierw grano po 6 partii w dwóch grupach, a następnie mecze finałowe. Do finału awansowały po dwie pierwsze drużyny z obu grup. W grupie A znalazły się reprezentacje: Rosji, Niemiec, Indii, Chorwacji, Rumunii, Wenezueli i Kolumbii, a w grupie B – Polski, Ukrainy, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Serbii i Bułgarii.

Polska reprezentacja zagrała w następującym składzie (układ według szachownic): Andrzej Migala, Rafał Gunajew, Piotr Dukaczewski, Jacek Stachańczyk i Ryszard Suder.

Polacy wystartowali bardzo dobrze. Dwa pierwsze mecze wygrali wysoko – 4-0 ze Słowenią i 3,5-0,5 z Bułgarią (zremisował Suder). W trzeciej rundzie mistrzostw pauzowali. Po dniu odpoczynku spotkali się z silną Serbią. Był to dość ważny mecz. Przy stanie 1,5-1,5 – wygrał Gunajew, przegrał Dukaczewski, zremisował Suder – o zwycięstwie Polaków zdecydowała partia Jacka Stachańczyka zakończona jego wygraną. Kolejny mecz – z Hiszpanami – praktycznie rozstrzygał o tym, kto zajmie pierwsze miejsce w grupie B. Musieliśmy go wygrać. Remis nie odbierał wygranej, ale bardzo ją utrudniał. Zajmując drugą pozycję w rozgrywkach eliminacyjnych, Polacy w pierwszym meczu finałowym trafiliby na Rosjan, czego bardzo nie chcieli. Przy stanie 2-1 (wygrał Dukaczewski, zremisowali Stachańczyk i Suder) Rafał Gunajew bronił gorszej końcówki. Cała drużyna mocno trzymała kciuki za kolegę i w napięciu czekała na wynik. Udało się. Rafał zremisował i wygraliśmy z Hiszpanią 2,5-1,5.

Do ostatniego meczu rozgrywek grupowych – z Ukrainą – polska drużyna przystąpiła rozluźniona, spokojna o czołową lokatę. I … przegraliśmy go 1,5-2,5. Na pierwszej szachownicy swoją drugą partię w mistrzostwach zagrał Andrzej Migala. Nie sprostał Grigorczukowi. Przegrał też Piotr Dukaczewski z Szepelewem. Rafał Gunajew na drugiej szachownicy „wycisnął” Wassina, a partia Jacka Stachańczyka z Jacyszynem na ostatniej desce zakończyła się remisem. Przegrana na szczęście nie odebrała nam pierwszego miejsca w grupie.

W meczu przeciwko Polsce tym razem nie wystąpiła grająca nie najlepiej na tych mistrzostwach Luba Żilcowa. Nie błyszczała też cała drużyna ukraińska, broniąca złotego medalu. Nie udało jej się wejść do finału A. Ukraińcy musieli zadowolić się trzecim miejscem. Drugie miejsce w grupie B, ku naszemu zadowoleniu, przypadło reprezentacji Hiszpanii. Kolejne lokaty zajęły drużyny Serbii, Bułgarii, Słowenii i Wielkiej Brytanii.

W grupie A bezkonkurencyjna była Rosja. Mecz po meczu wysoko gromiła swoich rywali: Chorwację – 3,5-0.5, Indie – 4-0, Wenezuelę – 3-1, Rumunię 2,5-1,5, Kolumbię – 4-0. W ostatniej rundzie Rosjanie, spokojni o pierwsze miejsce, zremisowali z Niemcami, którzy zajęli drugą lokatę i weszli do finału A. Do finału B awansowała Wenezuela (III m.) i Indie (IV m.). Pozostałe miejsca zajęły drużyny Rumunii, Chorwacji i Kolumbii.

Przed meczami finałowymi szachiści mieli dzień wolny. Większość uczestników mistrzostw wykorzystała go na poznanie Saragossy. Można było m.in. skorzystać ze zwiedzania grupowego z przewodnikiem, które zapewnili organizatorzy, lub indywidualnie przemierzać uliczki starego miasta. Szachiści dostali bezpłatne bilety na jedyną linię tramwajową w mieście – 3 karty po 10 przejazdów.

Saragossa jest stolicą regionu Aragonia i prowincji Saragossa. Leży w północno-wschodniej części Hiszpanii, przy ujściu rzek Huerva i Gallego do Ebro. Posiada około 700 tys. mieszkańców. Przyciąga wieloma ciekawymi zabytkami.

Polacy zwiedzili Saragossę w trakcie rozgrywek grupowych. Wolny dzień przed finałem przeznaczyli na przygotowanie się do meczów z Niemcami i Rosją.

Mecz z Niemcami wygrali 3-1 i w pojedynku o złoto spotkali się z reprezentacją Rosji. Niestety i tym razem musieli zadowolić się tytułem wicemistrzów świata. Mecz przegrali 1,5-2,5 (Gunajew przegrał z Mieszkowem, Dukaczewski wygrał z Pachomowem, Stachańczyk przegrał z Babarykinem i Suder zremisował z Kryłowem). Walkę o brązowy medal stoczyły drużyny Niemiec i Hiszpanii. Wygrali Hiszpanie 3,5-0,5.

Polacy dosłownie otarli się o złoto. Podobnie jak i trzy lata temu w Rumunii, do tytułu mistrza świata zabrakło im jedynie pół punktu. Przy remisie na pierwszej szachownicy i w całym meczu tytuł drużynowego mistrza świata przypadłby Polsce. Ale i tak wynik polskiej drużyny jest dużym sukcesem, gdyż osiągnęli go na znacznie trudniejszym dystansie w porównaniu do poprzedniej edycji mistrzostw.

Nie można powiedzieć, aby ktokolwiek w polskiej drużynie zawiódł. Rafał Gunajew zdobył srebrny medal za wynik indywidualny, Piotr Dukaczewski brązowy, Jacek Stachańczyk złoty, a Ryszard Suder srebrny. Wszyscy zawodnicy grali na dobrym poziomie, ale szczególnie należy podkreślić bardzo dobrą grę Rafała Gunajewa, który większość partii rozegrał na pierwszej szachownicy. Pozytywnie o jego grze wyrażali się też komentatorzy telewizji hiszpańskiej, żartobliwie podejrzewając go o korzystanie z niedozwolonych pomocy w trakcie partii. W drużynie była dobra atmosfera sprzyjająca grze. Wszyscy trzymali się razem. Nikt nie starał się chodzić swoimi ścieżkami. Zawodnicy, którzy zakończyli swe partie, kibicowali swej drużynie do końca meczu.

Od wielu lat na większości imprez międzynarodowych niewidomym i słabowidzącym szachistom towarzyszył trener Ryszard Bernard. Tym razem z przyczyn zdrowotnych zabrakło go. W Saragossie, w roli trenera, debiutował arcymistrz Artur Jakubiec. Wszystkich mile zaskoczyło jego emocjonalne zaangażowanie w zmagania polskiej drużyny. Szybko zintegrował się z reprezentacją i nie był tylko stojącym z boku chłodnym obserwatorem. Każdy mecz bardzo przeżywał, a szczególnie te finałowe.

Na uroczystym zakończeniu mistrzostw miła niespodzianka spotkała reprezentacjePolski i Hiszpanii. Zagrano hymn nie tylko zwycięskiej Rosji, ale także srebrnym i brązowym medalistom mistrzostw.

 

VII Drużynowe Mistrzostwa

Świata w Szachach

11-22.06.2013 r., Saragossa (Hiszpania)

1. Rosja 24,5 p. − Jurij Mieszkow, Aleksy Pachomow, Stanisław Babarykin, Sergiej Kryłow, Rusłan Draganow

2. Polska 22 p. − Andrzej Migala, Rafał Gunajew, Piotr Dukaczewski, Jacek Stachańczyk, Ryszard Suder

3. Hiszpania 20,5 p. − Manuel Perez Palacios, Agustin Manrique Fernandez, Gawril Futur Draghici, Roberto Liamero Clemente, Dawid Garcia Zanoletty

4. Niemcy 17 p.

5. Ukraina 21 p.

6. Serbia 17,5 p.

7. Wenezuela 18,5 p.

8. Indie 13 p.

9. Bułgaria 15,5 p.

10. Rumunia 17,5 p.

11. Słowenia 10 p.

12. Chorwacja 10 p.

13. Kolumbia 5,5 p.

14. Wielka Brytania 7,5 p.

Medale za wyniki na szachownicach

I szachownica

złoty medal: D. Pulvett (Wenezuela) 7,5 p

srebrny: J. Mieszkow (Rosja) 5,5 p.

brązowy: S. Grigorczuk (Ukraina)            5 p.

II szachownica

złoty medal: D. M. Pribeanu (Rumunia) 5 p. (z 6 gier)

srebrny: R. Gunajew (Polska) 6 p. (z 8 gier)

brązowy: A. M. Fernandez (Hiszpania)  4,5 p.

III szachownica 

złoty medal: S. Babarykin (Rosja) 6,5 p.

srebrny: G. F. Draghici (Rumunia) 6 p. (z 7 gier)

brązowy: P. Dukaczewski (Polska) 6 p. (z 8 gier)

 IV szachownica

złoty medal: J. Stachańczyk (Polska) 6 p.

srebrny: I. Szepelew (Ukraina) 4,5 p. (z 6 gier)

brązowy: S. Kryłow (Rosja) 5 p. (z 7 gier)

V szachownica

złoty medal: I. Jacyszyn (Ukraina) 4,5 p.

srebrny R. Suder (Polska) 3,5 p.

brązowy J. Pohlers (Niemcy) 3,5 p.

Tekst: Teresa Dębowska

 

Na początek

 

kręgle

 

Sukces na europejską skalę

Aby walczyć o laury w XIV Mistrzostwach Europy Niewidomych i Słabowidzących w Kręglach Klasycznych, nasza reprezentacja musiała pokonać dystans ponad 1000 km w 20-godzinnej podróży do Serbii. Małe miasteczko Apatin, dysponujące aż ośmiotorową kręgielnią klasyczną, zlokalizowaną w uzdrowisku Banja Junakovic, od 21do 26.05. gościło zawodników z całej Europy.

Przygotowania naszej reprezentacji,  z uwagi na ograniczenia finansowe, wymagały dużego wysiłku organizacyjnego.  Niestety, nie obyło się bez zmniejszenia ilości zgrupowań i konsultacji.  Stąd też znaczący ciężar ostatecznego szlifowania techniki gry  spoczął na zgrupowaniu przedwyjazdowym w Tomaszowie Mazowieckim. Szkoleniowcy – Bożena Polak i Izydor Jóźwik – intensywnym treningiem starali się dobrze przygotować każdego zawodnika do najważniejszego startu,  jakim jest udział w ME.

Polska ekipa, już po siedemnastu godzinach od przyjazdu na miejsce, wyszła na pierwsze starty. Występ reprezentacji zainaugurowała Regina Szczypiorska, osiągając trzeci wynik dnia w kategorii B1. Tym rozpoczęła dalsze pasmo sukcesów. Szybko przypomniała reszcie Europy, iż czasy, gdy Polacy zamiatali końcówki tabel wyników, trwale odeszły do historii. Od razu uważniej zaczęto przyglądać się grze naszych zawodników, czyhając na ich błędy czy naruszenia regulaminu.

Starty osób rozstawionych w pierwszym i częściowo w drugim dniu zawodów liczone są do ich klasyfikacji indywidualnej, drużynowej i do mikstów. Niestety, konkurencja drużynowa – odmiennie niż w roku ubiegłym – nie przyniosła sukcesów, pomimo świetnego występu wspomnianej Reginy Szczypiorskiej (503 p.), jak i Zdzisława Kozieja. Ten ostatni swoim  wynikiem 645 p. zadziwił wszystkich i pewnie samego siebie również. Dzięki tak dobrej grze tandemu Szczypiorska – Koziej nasza reprezentacja zdobyła już w pierwszym dniu mistrzostw  medal w mikstach. Wyniki Jadwigi Szuszkiewicz w kategorii B2 (617 p.) i Szczepana Polkowskiego w B1 (445 p.) nie wystarczyły, by wejść do finału. Natomiast Irena Curyło (B3) z sumą 688 kręgli uplasowała się na piątej pozycji, z możliwością dalszych startów.

Kolejny dzień zawodów również przyniósł sporo satysfakcji. Już w pierwszym bloku startowym Mieczysław Kontrymowicz, osiągając wynik 722 p., awansował do finału. Natomiast w decydującej rozgrywce, z rezultatem 749 p., zdobył pierwszy w swoim życiu złoty medal w kręglach klasycznych. Mietek wytrwale piął się z mistrzostw na mistrzostwa po drabinie tablicy wyników. Zapowiedział, iż nie zrezygnuje z kręglarstwa, dopóki nie osiągnie pierwszej pozycji. Jak widać, sportowy zapał i konsekwencja potrafią przynieść ostateczny sukces. Na szczęście medalista, mając już wymarzone złoto, nie zamierza spocząć na laurach. Już dziś zapowiada, że w przyszłym roku podejmie ponowną walkę o najwyższe miejsce na podium.

Po Mieczysławie startowała reszta sześcioosobowej męskiej drużyny. Stanisław  Fortkowski zakończył zawody z wynikiem 669 p., Grzegorz  Kanikuła – 689 p., a Albert Sordyl – 708 p. W sumie rywalizacja drużynowa, zarówno w teamie kobiet, jak i mężczyzn, nie przyniosła medali – choć było blisko. Kobietom zabrakło do brązu 42 punkty, a mężczyznom zaledwie 13. Pewną normą staje się sytuacja, w której zawodnicy startujący w rozgrywce indywidualnej osiągają niemal swoje rekordowe wyniki. Natomiast kiedy walczą w drużynie, dźwigają na barkach odpowiedzialność za wspólny rezultat i niewątpliwie przegrywają z obciążeniem psychicznym.

Po pierwszych zmaganiach przyszła kolej na startujących poza klasyfikacją drużynową. Barbara  Szypuła (419 p.) i Krzysztof Tarkowski  (495 p.) nie weszli do finału, za to ucieszył wszystkich awans Anny  Barwińskiej (646 p.) i Emilii Sawiniec (679 p.). W trzecim dniu od rana nasi kibicowali jeszcze Władysławowi Wakulińskiemu (713 p.) i Zbigniewowi Strzeleckiemu (729 p.). Doping okazał się skuteczny, ponieważ obydwaj zakwalifikowali się do gry w następnym dniu (w finale zdobyli odpowiednio: 722 i 695 p.). Szczególnie wynik Władysława zasługuje na uwagę, gdyż jest to jego rekord życiowy, będący zwieńczeniem gigantycznej pracy nad zmianą techniki gry. Ale to jeszcze nie koniec emocji – następnie o swoje medale indywidualne walczyli w finałach B1 wspomniani już Zdzisław Koziej (650 p.) i Regina Szczypiorska (481 p.). Po tak owocnym dniu należało się zregenerować i przygotować do ostatniego, decydującego występu piątki naszych finalistów.

W sumie polska reprezentacja zdobyła 9 medali, w tym: 3 złote, 4 srebrne i 2 brązowe. Najwięksi wygrani mistrzostw to: Zdzisław Koziej (z trzema medalami i dwoma nowymi rekordami Europy), Mieczysław Kontrymowicz (z dwoma medalami) i Regina Szczypiorska (trzy krążki). Podobnie swoją waleczność i konsekwencję pokazały Anna Barwińska i Irena Curyło. Obie panie przywiozły do domu po srebrnym medalu. Medal Irenki miał swoją historię – nikt nie przypuszczał, iż w walce o niego zostanie pokonana wielokrotna złota medalistka z Chorwacji – Ruźa Markesic. W ten sposób srebro Ireny zajaśniało jeszcze bardziej.

Nasi zawodnicy nie tylko pokazali swoją waleczność na torach, ale godnie demonstrowali postawę sportową poza nimi. Potrafili gromkimi okrzykami nagradzać dobre rzuty nie tylko sportowców z Polski, ale i rywali. Pięknie wykonany rzut, po którym przewracają się wszystkie kręgle, jest wartością samą w sobie, godną głośnej pochwały.

Kiedy już umilkł Mazurek Dąbrowskiego, nie było nawet wiele czasu, aby wspólnie z innymi uczestnikami mistrzostw odreagować stres w rozmowach i zabawie na uroczystym bankiecie. Jeszcze tego samego wieczoru trzeba było wsiadać do autokaru i wracać do Polski, gdzie już czekały stęsknione rodziny, koleżanki i koledzy. Po takim sukcesie powitania są zawsze radosne.

Piotr Dudek

 

Na początek

 

kolarstwo

 

Para-Cycling – kolejna odsłona wyścigów Pucharu Świata

Zawodnicy kadry narodowej w kolarstwie skonfrontowali swoją formę z czołówką światową. W czerwcu, najpierw we Włoszech, a następnie w Hiszpanii, odbyły się dwie edycje szosowego Pucharu Świata z udziałem naszej reprezentacji. W tych prestiżowych zawodach medalowe sukcesy odnieśli zawodnicy Związku Kultury Fizycznej „Olimp”: Anna Harkowska (kategoria WC5 – niepełnosprawność ruchowa) i tandemy Iwona Podkościelna − Aleksandra Wnuczek (WB – niewidomi i słabowidzący), Marcin Polak −  Michał Ładosz (MB) oraz reprezentanci  Polskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych „Start”– Rafał Wilk i Arkadiusz Skrzypiński (MH3 – handbike).

Gospodarzami pierwszego tegorocznego PŚ, rozegranego w terminie 7-9.06. 2013 r., były dwa sąsiadujące ze sobą miasteczka – Merano  i Marlengo, położone w pięknej alpejskiej dolinie w Południowym Tyrolu. To autonomiczny region, administracyjnie należący do Włoch, lecz historycznie związany z Austrią, w którym równoprawne są dwa języki – włoski i niemiecki. My mieliśmy okazję usłyszeć również język polski, ponieważ wśród kibiców znaleźli się też nasi rodacy mieszkający w tych stronach. W programie szosowego PŚ, tak samo jak w programie mistrzostw świata, znajdują się trzy konkurencje: wyścig na czas, wyścig ze startu wspólnego i wyścig drużynowy (tylko w kategorii handbike).

Pierwsza tegoroczna międzynarodowa próba sił we wszystkich kategoriach niepełnosprawności zgromadziła na starcie doborową stawkę kolarzy. W imprezie wzięło udział około trzystu zawodników z 32 krajów, a wśród nich 13 reprezentantów Polski. Piątkowe wyścigi na czas w Marlengo  rozegrane zostały na dystansach 22,9 km (kategorie WC5, WB, MB) oraz 11,4 km (MH3), na wymagającej trasie, której najtrudniejszymi elementami były liczne zakręty i stromy podjazd o nachyleniu dochodzącym do 15 proc. Z trudnościami trasy i rywalami najlepiej poradzili sobie Anna Harkowska i Rafał Wilk, którzy zwyciężyli w swoich kategoriach. Na trzecim stopniu podium stanęli Arkadiusz Skrzypiński oraz tandem Iwona Podkościelna − Aleksandra Wnuczek. Nasze panie uzyskały czas 00:36:52,42 i przegrały jedynie z kanadyjską parą Robbi Weldon − Emilie Roy (00:35:36,60) i tandemem brytyjskim Lora Turnham − Fiona Duncan (00:35:45,14). W rywalizacji męskich tandemów ekipie Marcin Polak − Michał Ładosz zabrakło do podium 12 sekund. Nasi zawodnicy zajęli 4. lokatę, ulegając dwu duetom włoskim: Emanuele Bersini − Riccardo Panizza i Ivano Pizzi − Lucca Pizzi (srebrni medaliści IP w Londynie) oraz hiszpańskiemu Christian Venge Balboa − David Llaurado Caldero (złoci medaliści z Londynu). Pozostałe polskie tandemy – Przemysław Wegner − Piotr Czopek i Adrian Juszczyk − Ernest Kurowski – uplasowały się odpowiednio na 9. i 12. miejscu.

W sobotnim wyścigu ze startu wspólnego w kategorii handbike z Polaków najlepiej wypadł Rafał Wilk, finiszując na pierwszej pozycji. Podwójny złoty medalista ubiegłorocznych igrzysk paraolimpijskich w Londynie potwierdził swoją supremację nad rywalami i został liderem tegorocznego Pucharu Świata. Sztuka ta nie udała się Annie Harkowskiej, która w niedzielny poranek zajęła 2. miejsce w wyścigu na dystansie 52,2 km i straciła szansę na białą koszulkę liderki PŚ na rzecz zwyciężczyni Kerstin Brachtendorf (Niemcy). Kiedy po południu na starcie swoich wyścigów stanęły tandemy (kobiety miały do przejechania 67,9 km, a mężczyźni 94 km), nastąpiło załamanie pogody. Prażące dotychczas słońce schowało się za ciemnymi chmurami, z których zaczął padać początkowo niewielki, a potem ulewny deszcz. W tych okolicznościach wyścigi rozgrywane na rundzie o długości 5,2 km, prowadzącej ulicami Merano, obfitującej w liczne zakręty, niebezpieczne zjazdy  oraz odcinek śliskiej kostki, nabrały wyjątkowo emocjonującego, a nawet dramatycznego charakteru. Stawka zawodniczek i zawodników rozbiła się na małe grupki, a kolejność liderów często się zmieniała.

W wyścigu kobiet od początku wspaniale jechał nasz duet Iwona Podkościelna − Aleksandra Wnuczek, który pomimo udziału w kraksie cały czas utrzymywał się w czołówce i na koniec popisał się skutecznym finiszem, zwyciężając rywalki z Irlandii (Catherine Walsh – Francine Meehan) i z Holandii (Joleen Hakker – Samantha Van Steenis). W początkowej fazie wyścigu mężczyzn, po brawurowej ucieczce, na prowadzeniu znajdował się tandem Marcin Polak − Michał Ładosz. Niestety, wskutek defektu koła stracił czołową pozycję i musiał odrabiać straty, goniąc uciekających rywali. Dwóch załóg włoskich nie udało się już dogonić, lecz nasi zawodnicy zdołali wywalczyć 3. miejsce, pokonując na finiszu duet hiszpański Ignacio Avila Rodriguez − Joan Font Bertoli. Kolejni polscy zawodnicy – Adrian Juszczyk z pilotem Ernestem Kurowskim − choć dwukrotnie zmieniali przebite koło, ukończyli wyścig na przyzwoitym 9. miejscu. Najmniej szczęścia miał tandem Przemysław Wegner − Piotr Czopek, któremu najpierw przytrafił się defekt koła, a potem groźny upadek. Zawodnicy wpadli w poślizg na zjeździe, po czym na ich drodze znalazł się krawężnik, chodnik, potem murek i na koniec ogrodzenie z siatki ze stalowymi słupkami, na którym się zatrzymali. Pomoc medyczna udzielona poturbowanym kolarzom przez załogę karetki pogotowia okazała się niewystarczająca i konieczne było przewiezienie ich do szpitala. Po badaniach i zdiagnozowaniu jedynie bolesnych stłuczeń oraz obtarć i skaleczeń naskórka nasi pechowcy mogli powrócić do hotelu. To nieprzyjemne zdarzenie popsuło nam humory i zmąciło radość z dobrych wyników. Bilans sportowy startu polskiej reprezentacji w I edycji PŚ okazał się bowiem bardzo korzystny. W klasyfikacji medalowej zajęliśmy 5. miejsce, z dorobkiem 8 medali wśród 20 sklasyfikowanych krajów. W punktacji ogólnej PŚ Rafał Wilk i tandem Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek zostali liderami w swoich kategoriach, Anna Harkowska zajęła 2. miejsce, a duet Marcin Polak − Michał Ładosz 3. lokatę.

W kolejnej edycji PŚ, która odbyła się w terminie 14-16.06.2013 r. w Hiszpanii, reprezentacja „Olimpu” wystartowała w osłabionym składzie. Zabrakło kontuzjowanych w Merano Przemysława Wegnera i Piotra Czopka oraz Anny Harkowskiej, która zrezygnowała ze startu w PŚ na rzecz przygotowań do mistrzostw Polski w Sobótce. Tymczasem w stosunku do włoskiej edycji, silnych rywali przybyło i na liście zgłoszeń do zawodów w Hiszpanii znaleźli się przedstawiciele aż 35 krajów. Pomimo że oficjalnym gospodarzem PŚ była Segovia, wszystkie wyścigi odbyły się w miasteczku Cuellar i jego okolicach.

W pierwszej konkurencji – jeździe na czas na dystansie 22 kilometrów – najlepsze wyniki z polskich reprezentantów osiągnęli Rafał Wilk (1. miejsce) i tandem Marcin Polak – Michał Ładosz (3. miejsce), który potwierdził swoją przynależność do światowej czołówki w tej specjalności, przegrywając jedynie z hiszpańskimi duetami Ignacio Avila Rodriguez – Joan Font Bertoli (o 21 sekund) oraz Christian Venge Balboa – David Llaurado Caldero (o 3 sekundy). Pozostali nasi reprezentanci – Iwona Podkościelna i Aleksandra Wnuczek oraz Krzysztof Kosikowski z pilotem Arturem Korcem – zajęli taką samą 7. lokatę.

W wyścigach ze startu wspólnego, rozgrywanych na dystansach 104 km (mężczyźni) i 84 km (kobiety), tradycyjnie liczyliśmy na dobre wyniki polskich tandemów. Niestety, tym razem rywale okazali się silniejsi od naszych zawodników i nieco odporniejsi na trudy wyścigu, które potęgowały upalna pogoda oraz pofałdowana trasa. Najbliżej medalowej pozycji były Iwona Podkościelna i Aleksandra Wnuczek, które finiszowały na 4. pozycji, ulegając reprezentantkom Wielkiej Brytanii, Kanady i USA. W wyścigu mężczyzn dwie czołowe lokaty zajęli Hiszpanie, trzecią bracia Pizzi z Włoch, a polskie tandemy Krzysztof Kosikowski − Artur Korc i Marcin Polak – Michał Ładosz uplasowały się na 7. oraz 10. miejscu. Honoru Polaków w wyścigu ze startu wspólnego dzielnie bronił Rafał Wilk, zajmując 3. pozycję w kategorii H3. Dzięki dobrym startom w Hiszpanii jako jedyny z naszych reprezentantów utrzymał pozycję lidera  w klasyfikacji PŚ po dwóch edycjach. Tandem Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek spadł na 3. miejsce, Anna Harkowska zajmuje obecnie 4. pozycję, a duet Marcin Polak – Michał Ładosz 5. miejsce.

Dorobek medalowy polskiej reprezentacji w II edycji PŚ okazał się znacznie skromniejszy niż we Włoszech – zdobywając 3 krążki, zajęliśmy 16. miejsce w gronie 21 sklasyfikowanych krajów. Okazją do poprawienia tych rezultatów będzie finałowa III edycja PŚ w Matane (Kanada) w terminie 22-25.08.2013 r. Będzie to jednocześnie ostatni sprawdzian formy przed tegorocznymi mistrzostwami świata, które rozpoczną się zaledwie trzy dni później w znanym nam  Baie-Comeau, skąd zawodnicy Związku Kultury Fizycznej „Olimp” przywieźli w 2010 roku 3 medale. Biorąc pod uwagę ciągły wzrost poziomu światowego parakolarstwa, powtórka tych wyników w obecnym sezonie byłaby mile widziana.

Mirosław Jurek

 

Na początek

 

goalball

 

Światowy goalball w Supraślu

Tak udanego turnieju goalballu dawno nie było! Do Supraśla, małego miasteczka na skraju Puszczy Knyszyńskiej, przybyli w ostatni weekend maja zawodnicy i zawodniczki z dalekich zakątków Europy, Azji, a nawet Afryki, aby rywalizować o laury 3. Interkontynentalnego Turnieju Goalballu.

Impreza organizowana przez Polskie Stowarzyszenie Gier Piłkami Dźwiękowymi z roku na rok nabiera coraz większego rozmachu i prestiżu, wpisując się na stałe w kalendarz międzynarodowych rozgrywek. W tym roku do rywalizacji po raz pierwszy przystąpiły również drużyny kobiece, czyniąc zawody jeszcze bardziej interesującymi.

W turnieju wzięło udział dwanaście drużyn. Jako pierwsi w Supraślu zameldowali się Irakijczycy, którzy przez dwa tygodnie przygotowywali się na miejscu do występu. Reprezentacja Iraku odwiedziła Polskę po raz pierwszy. Trenerzy postawili na młodych, perspektywicznych zawodników, którzy podczas meczów sparingowych sprawiali niemało kłopotów drużynie Białegostoku. Niestety, tuż przed turniejem kluczowy gracz Iraku Abdulrahman Jammali doznał poważnej kontuzji nogi, która wykluczyła go z udziału w zawodach.

Męskie drużyny podzielono na dwie grupy. W pierwszej z nich przyszło się zmierzyć drużynom Kataru, Rosji, Ukrainy oraz białostockim gospodarzom turnieju. Skład drugiej grupy stanowiły reprezentacje Algierii, Iraku, Węgier oraz Wielkiej Brytanii. Po dwie najlepsze drużyny z każdej grupy awansowały do półfinału, zaś pozostałe walczyły o miejsca od piątego do szóstego. Do kobiecych rozgrywek przystąpiły zespoły z Rosji, Ukrainy, Węgier i Wielkiej Brytanii. Panie rywalizowały systemem „każdy z każdym”.

Z powodu nadspodziewanie dużej liczby zespołów piątkowe rozgrywki musiały rozpocząć się z samego rana. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego na miejsce zawodów przybyła ekipa telewizyjna, która przekazywała relacje z turnieju w krótkich wejściach na żywo dla porannego programu jednej z ogólnopolskich stacji informacyjnych.

W pierwszych meczach Ukraińcy wysoko pokonali drużynę Kataru, której nie pomógł sprowadzony z Algierii trener Khedim Abdelkader. Algierczycy natomiast wyśmienicie poradzili sobie z Irakiem, wygrywając 11:1. W następnym pojedynku mieliśmy okazję obejrzeć panie. Po zaciętym boju Węgierki zremisowały z nieco przebudowanym w tym roku zespołem z Ukrainy.

W czwartym meczu turnieju przyszła wreszcie kolej na gospodarzy, którzy podjęli reprezentację Rosji. – W pierwszych minutach pojedynku nie potrafiliśmy odpowiednio zgrać obrony, co poskutkowało szybką utratą kilku punktów – relacjonuje jeden z zawodników białostockiej drużyny – jednak rozważna gra w drugiej części spotkania pozwoliła nam wyjść na prowadzenie i ostatecznie pokonaliśmy Rosjan 11:6, co zdecydowanie podniosło nasze morale przed meczem z Ukrainą – jedną z najsilniejszych obecnie drużyn w Europie – dodaje z zadowoleniem.

Z Ukraińcami Polakom przyszło się zmierzyć po przerwie obiadowej. Na początku spotkania popełnili kilka błędów, które w konsekwencji przyniosły dwa rzuty karne przeciwko białostockiej drużynie. Rywale ze Wschodu wykorzystali obie sytuacje i przekuli je na bramki. Potem Polacy mylili się kilkakrotnie w obronie. Dopiero przegrywając 0:5, udało im się zmobilizować atak i zdobyć dwie bramki. Jednak Ukraińcy okazali się zbyt silni, ponownie pokonując białostocką obronę. Wówczas trener postanowił dać odpocząć doświadczonemu centrowi Tomaszowi Sokołowi i wprowadził na boisko Kamila Tołwińskiego. Wiedząc, że nie uda się już odwrócić losów tego spotkania, zespół dograł je spokojnie do końca, starając się zachować siły na wieczorną potyczkę z Katarem. Ostatecznie Polacy ulegli Ukrainie 4:14.

Tymczasem Algierczycy szaleli w grupie B, pokonując wysoko Węgrów. Za to Węgierki, ku niemałemu zaskoczeniu, okazały się lepsze od utytułowanych Rosjanek, zwyciężając z nimi 5:1.

Na zakończenie rozgrywek grupowych białostocka drużyna spotkała się z reprezentacją Kataru. Tej drużyny nikt z Polaków nie widział na innych turniejach, jednak ich poczynania w pierwszych meczach pozwalały z optymizmem oceniać nasze szanse. Do pojedynku zawodnicy podeszli w pełni skoncentrowani, wszak wygrana dawała im drugie miejsce w grupie, a tym samym prawo gry w półfinale. Na boisko wyszli w składzie: Paweł Brodowicz, Tomasz Sokół i Konrad Andrzejuk. Od początku za priorytet postawili sobie grę defensywną i plan ten skutecznie realizowali. Katarczycy, próbując wzmóc swój atak, zaczęli popełniać błędy w obronie, co bezlitośnie wykorzystali Polacy, wygrywając 10:0 po niespełna 10 minutach gry, w myśl reguły, że po osiągnięciu przez jedną z drużyn przewagi 10 bramek spotkanie kończy się, bez względu na pozostały czas gry. Tym sposobem zapewnili sobie miejsce w sobotnim półfinale, w którym przyszło im się zmierzyć z reprezentacją Algierii. Drugą parę kandydatów do zwycięstwa stanowiły Ukraina i Wielka Brytania.

Ostatnim spotkaniem fazy grupowej był pojedynek Rosji i Ukrainy, w którym górą były Rosjanki. Wygrana w tym meczu pozwoliła im na walkę w kobiecym finale o pierwsze miejsce z dotąd niepokonaną drużyną Węgier.

Piątkowe rozgrywki zakończyły się późnym wieczorem. Zespół sędziowski, w skład którego, oprócz Polaków, wchodzili też goście z Rosji, Ukrainy, Iraku i Finlandii, miał ręce pełne roboty. Praca sędziego goalballu nie jest prosta. Wymaga dużej koncentracji, ale też odporności psychicznej. Wielu trenerów chce zmieniać sytuację na boisku, usiłując wywrzeć wpływ na arbitrów i uzyskać korzystną dla swej drużyny decyzję. Starania trenerów nie przynoszą jednak najczęściej rezultatu. Regulamin stara się ograniczyć możliwość pomyłki. Przy każdym meczu goalballu, oprócz dwóch  sędziów w polu, pracuje jeszcze ośmiu sędziów technicznych!

Półfinałowi przeciwnicy Polaków, Algierczycy, to siódma drużyna igrzysk paraolimpijskich z Londynu. Mimo że białostockiej drużynie trudno się z nimi porównywać, postanowili dać z siebie wszystko i powalczyć. Niestety po pierwszej połowie spotkania polskie argumenty się wyczerpały i ostatecznie ulegli 4:14. W tej sytuacji pozostało im zwierać szyki na mecz o trzecie miejsce, w którym spotkali się z Wielką Brytanią, pokonaną przez Ukraińców wynikiem 10:4.

Przed rozgrywkami o miejsca na podium Irakijczycy zmierzyli się z Rosją, walcząc o 7. pozycję turnieju. Zła passa Rosjan została podtrzymana, spotkanie zakończyło się wynikiem 14:9 dla gości z Azji. W meczu o 5. miejsce Węgrzy poradzili sobie z drużyną Kataru, zaś 3. miejsce w turnieju pań przypadło Ukrainkom, które pewnie pokonały Brytyjki 13:3.

Wreszcie nadeszła pora na pojedynek Białegostoku i Wielkiej Brytanii, którego stawką było miejsce na najniższym stopniu podium turnieju panów. – W naszym ostatnim meczu podczas tych zawodów chcieliśmy wypaść jak najlepiej i mimo respektowania zwyczaju polskiej gościnności nie mieliśmy zamiaru dać Brytyjczykom za wygraną – opowiadają zawodnicy. Początek spotkania był dość monotonny. Żadna z drużyn nie popełniała błędów pozwalających rywalom na zdobycie punktu. Jako pierwsi dostęp do bramki znaleźli jednak zawodnicy z Wysp. Utracony punkt tylko zmotywował Polaków do gry i powoli zaczęli odpowiadać, zdobywając kolejne gole. Po pierwszych 12 minutach prowadzili już 7:1. Drugą część spotkania rozpoczęli spokojnie, ale pewnie. Pozwoliło to nam powiększać dorobek punktowy. Na 6 minut przed zakończeniem podstawowego czasu gry Paweł Brodowicz zdobył bramkę, po której wynik na tablicy wskazywał rezultat 11:1. Sędzia zakończył spotkanie, ogłaszając wygraną gospodarzy. Zadowoleni z sukcesu, rozpoczęli zwycięski taniec radości i już chcieli dziękować rywalom za grę, kiedy przy stoliku sędziowskim wybuchło zamieszanie. Po kilku minutach gorących debat usłyszeli decyzję: mecz należy kontynuować. Okazało się, że protokolant niewłaściwie podliczył punkty i rzeczywisty rezultat wynosi 10:1, co oznaczało, że spotkanie powinno trwać dalej. Taka decyzja sędziów wywołała wzmożony doping międzynarodowej publiczności, która próbowała uskrzydlić Brytyjczyków, aby wykorzystali daną im szansę na odwrócenie losów pojedynku. Cała sytuacja bardzo zaskoczyła zespół z Białegostoku. Jednak nie mieli innego wyboru, jak tylko ponownie stawić się na boisku i zgłosić swą gotowość do gry. Po wznowieniu spotkania w naszych przeciwników wstąpiły nowe siły, Polacy zaś popełnili kilka błędów w obronie i w ataku. Ostatecznie Białystok zwyciężył drużynę z Wysp 11:7.

Po naszym ostatnim boju publiczność miała okazję obejrzeć finałowy mecz turnieju kobiet. Mimo że faworytkami tego spotkania były Rosjanki, spisujące się rewelacyjnie podczas tych zawodów Węgierki postanowiły stawić im opór. Gdy sędzia zakończył mecz, na tablicy wyników widniał rezultat 2:2; oznaczało to konieczność przeprowadzenia dogrywki. Zdobycie podczas niej punktu przez którąkolwiek z drużyn kończy według regulaminu spotkanie zgodnie z zasadą „złotej bramki”. Swoją szansę wykorzystały Węgierki, które zapunktowały tuż przed końcem czasu przewidzianego na dogrywkę. Radości zwyciężczyń nie było końca. Rosjanki zaś schodziły z boiska ze spuszczonymi głowami, jednak sportowe ambicje wkrótce ustąpiły radości z zajęcia 2. miejsca turnieju.

Do ostatniego meczu zawodów przystąpiły męskie reprezentacje Algierii i Ukrainy. Zawodnicy obu drużyn, mimo widocznego zmęczenia poprzednimi grami, urządzili publiczności prawdziwe widowisko. Przez pierwszą połowę obie ekipy szły łeb w łeb, zdobywając bramki po efektownych i wyszukanych technicznie akcjach. Jasne było, że zwycięży ta drużyna, której na dłużej starczy sił. Okazała się być nią ekipa Algierii. Pod koniec spotkania mistrzowie Afryki wykorzystali zmęczenie rywali, aby wyjść na prowadzenie. Zdesperowani Ukraińcy próbowali za wszelką cenę odrobić straty, jednak przypłacili to błędami w ataku i rzutami karnymi, które Algierczycy przekuli na kolejne bramki, triumfując ostatecznie 9:5. Tym samym męska reprezentacja Algierii sięgnęła po drugie zwycięstwo w niedługiej historii supraskiego turnieju.

Podczas ceremonii zakończenia wszystkie drużyny otrzymały puchary oraz zaproszenie do Supraśla za rok. Wiele ekip od razu zadeklarowało swój powrót. Miejmy nadzieję, że dobra passa turnieju zostanie podtrzymana i w kolejnej edycji rywalizacja będzie jeszcze ciekawsza. Tymczasem wszystkie drużyny powróciły do domów, aby kontynuować przygotowania do mistrzostw kontynentalnych, będących ostatnią szansą na wywalczenie przepustek na mistrzostwa świata, które już za rok odbędą się w Finlandii.

 

Klasyfikacja turnieju:

Kobiety:

1. Węgry

2. Rosja

3. Ukraina

4. Wielka Brytania

 

Mężczyźni:

1. Algieria

2. Ukraina

3. Polska

4. Wielka Brytania

5. Węgry

6. Katar

7. Irak

8. Rosja

 

Skład drużyny Białegostoku:

Paweł Brodowicz

Tomasz Sokół

Konrad Andrzejuk

Kamil Tołwiński

Radosław Popławski

Trener: Henryk Andrzejuk

Konrad Andrzejuk

 

Na początek

 

bowling

 

Pierwszy turniej w Suwałkach

Do siedemdziesięciotysięcznych Suwałk zjechało w połowie czerwca prawie 60 grających w bowling zawodników z dysfunkcją wzroku. Nie byłoby to jakieś wyjątkowe wydarzenie, bo takich turniejów rocznie odbywa się w Polsce sześć, do siedmiu, gdyby nie fakt, że klub „Jaćwing” zorganizował rozgrywki po raz pierwszy i od razu rzucił się na głęboką wodę. 

Takiej gromady niewidomych i słabowidzących bowlingowców nie gościły Suwałki od początku swego istnienia, czyli od 300 lat. Aby zorganizować turniej, władze klubu w osobach: prezesa Romana Wrześniewskiego, wiceprezesa Andrzeja Świtaja i skarbnika Stanisława Poświatowskiego musiały się trochę natrudzić. Ośmiotorową kręgielnię – Fantasy Park – mają na miejscu w centrum handlowym „Plaza”. Stowarzyszenie „Cross” zapewniło finansowanie  z Ministerstwa Sportu i Turystyki, a „Jaćwing”,  jako współorganizator, wystarał się też o wsparcie u miejscowych sponsorów: firmy „Malow”, PPUH Gabriela Poświatowska oraz Urzędu Miasta. Od maja organizatorzy byli nieustannie bombardowani zgłoszeniami. Okazało się, że jest dużo więcej zainteresowanych niż miejsc. Z wielką przykrością prezes odmawiał kolejnym chętnym. Ostatecznie zameldowało się na kręgielni 56 sportowców – od młodzieży po osoby w wieku mocno już dojrzałym. Zjechali z 15 crossowskich klubów. Najwięcej startujących było z klubu „Warmia i Mazury” Olsztyn – 14, z warszawskiej „Syrenki” 9 osób. Kadrę reprezentowało ośmiu graczy.

 

Profesjonalny Przemek

Zawody sędziował i doglądał walki fair play Przemysław Antuszewicz. Z „Crossem” związał się siedem lat temu, a bowlingiem i kręglarstwem zajmuje się od 14 lat. Ten 37-latek ma prywatną szkołę i kręgielnię w Płocku, handluje sprzętem, jest sędzią i działaczem w Polskim Związku Kręglarskim. Związek ma trzy sekcje: kręglarską, bowlingową i sportowców niepełnosprawnych. Licencjonowanych zawodników zrzesza około tysiąca – mówimy o pełnosprawnych. Rozgrywają turnieje, rywalizują, mimo że nie jest to sport tani. Wynajęcie na godzinę toru w Fantasy Park to około 40 złotych. W dużych miastach ze dwa razy więcej. Może dlatego ubywa torów. Zajmują one duże powierzchnie i przy wysokich stawkach dzierżawy nie mają szans, by wyjść na zero, nie mówiąc już o zyskach.

Antuszewicz pochwalił suwalską kręgielnię, że ma maszynę do smarowania torów, że taka czysta, dobrze oświetlona, choć i tak kilku uczestników narzekało na niedostateczne oświetlenie rozbiegu. Organizację ocenił na piątkę. Na torach toczyła się walka, a ja zapytałem sędziego o sprzęt potrzebny do gry. – Na każdej kręgielni można pożyczyć kule i obuwie. Jednak ci lepsi zawodnicy mają własne kule, warte od 300 do 1000 złotych, z profesjonalnie  dopasowanymi otworami na palce. Niezbędne są też buty ze specjalną podeszwą, zapobiegającą poślizgowi i nieniszczącą rozbiegu. Koszt od 100 do 700 złotych. Jeżeli chce się dobrze grać, to trzeba zaglądać na kręgielnię, trzy razy tygodniowo na minimum jedną do dwóch godzin. Powtarzalność zyskuje się po kilku tysiącach rzutów. Oceniam, że w naszym kraju regularnie gra w kręgle klasyczne i bowling około 180-200 osób z dysfunkcją wzroku. To popularny sport w tej grupie niepełnosprawnych – mówi pan Przemek.   

 

Mietek, Darek, Honorata na czele

O Mieczysławie Kontrymowiczu z olsztyńskiego klubu „Warmia i Mazury” napisałem obszerny tekst w „Crossie” w lutym ubiegłego roku.  W grze Miecia nie zmieniło się wiele: dołożył kolejny tytuł mistrza Europy w B2 (kręgle klasyczne)  w rozegranych w maju zawodach w Serbii, z doskonałym wynikiem 749 p. – Trudno jest pogodzić kręgle z bowlingiem, ale nie pękam. Każdego dnia trenuję obie dyscypliny po 5-6 godzin. I wyniki są. W zeszłym roku w Olsztynie rzuciłem 300 p. w jednej grze. Słyszałem, że podobny rekord padł tu, w Suwałkach, ale osiągnięty przez człowieka pełnosprawnego – opowiada mistrz.

Odkryciem zawodów był 47-letni Dariusz Chalecki, reprezentujący w kat. B3 „Jaćwinga” Suwałki. W dużym stopniu to on rozkręca ruch na miejscowej kręgielni. Zachęcił ludzi widzących i stworzył Suwalską Ligę Międzyzakładową, liczącą nawet do 32 zespołów. W „Jaćwingu” jest od niedawna. Zaprosił go Stasiek Poświatowski, gdy zobaczył jego wyniki. Rekord – 279 p., średnia – 176 p. Pan Darek jest wysokim i niezwykle spokojnym człowiekiem, ojcem dwójki dorosłych dzieci. Trzeba go ciągnąć za język, by coś powiedział. Mało mówi… i wygrywa.

Trzeba pochwalić społecznych działaczy z Suwałk za sprawnie poprowadzone zawody. Najlepsi wygrali, nikt nie został ranny, a gdyby nawet, to służba zdrowia w osobie pielęgniarki pani Agnieszki Żuk przyszłaby mu z natychmiastową pomocą. Miłym akcentem było zaproszenie miejscowego gawędziarza, przewodnika i autora książek o regionie – Jana Bacewicza. Barwnie i dynamicznie opowiedział zebranym o historii tej ziemi, o obyczajach, języku, lokalnej kuchni.

 

Ogólnopolski turniej niewidomych i słabowidzących w bowlingu

14-16.06.2013 r., Suwałki

Kobiety

B1

1. Alicja Bury            573 p. („Syrenka” Warszawa)

2. Regina Szczypiorska 483 p. („Morena” Iława)

3. Salomea Walkowiak 463 p. („Pogórze” Tarnów)

B2

1. Janina Szymańska 862 p. („Warmia i Mazury” Olsztyn)

2. Barbara Kąckowska 787 p. („Warmia i Mazury” Olsztyn)

3. Jolanta Szapańska 769 p. („Łuczniczka” Bydgoszcz)

B3

1. Honorata Borawa 1074 p. („Łuczniczka” Bydgoszcz)

2. Zofia Sarnacka 839 p. („Warmia i Mazury” Olsztyn)

3. Krystyna Krajewska 807 p. („Warmia i Mazury” Olsztyn)

 

Mężczyźni

B1

1. Mariusz Podpora 666 p. („Syrenka” Warszawa)

2. Jerzy Dołowy 650 p. („Warmia i Mazury” Olsztyn)

B2

1. Mieczysław Kontrymowicz 1128 p. („Warmia i Mazury” Olsztyn)

2. Dominik Czyż 1080 p. („Warmia i Mazury” Olsztyn)

3. Stanisław Poświatowski 1051 p. („Jaćwing” Suwałki)

B3

1. Dariusz Chalecki 1128 p. („Jaćwing” Suwałki)

2. Zbigniew Strzelecki 1086 p. („Karolinka” Chorzów)

3. Piotr Gniadek 947 p. („Syrenka” Warszawa)

 

Walkę o Kulę Bowlingową (wartą 900 zł  i ufundowaną przez PPUH Gabriela Poświatowska) wygrała Zofia Sarnacka z „Warmii i Mazur” Olsztyn.

Andrzej Szymański  

 

Na początek

 

wiadomości

 

Warcaby

Ewa Wieczorek najlepsza po raz piąty

W dniach 15-22 czerwca 2013 r. w  ośrodku „Pacyfik” w Augustowie rozegrany został finałowy turniej XVII Mistrzostw Polski Kobiet Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach Stupolowych. Niestety, z różnych powodów zabrakło kilku liczących się w środowisku zawodniczek.

W walce o zwycięstwo rolę do odegrania miały praktycznie tylko dwie warcabistki – Ewa Wieczorek  oraz obrończyni tytułu Jolanta Pich. Reszcie stawki pozostała rywalizacja o brązowy medal.

Przewagę potwierdziła wielokrotna mistrzyni Polski Ewa Wieczorek. Prowadząca od początku do końca rozgrywek zawodniczka „Victorii” Białystok stopniowo acz systematycznie powiększała przewagę nad próbującą dotrzymywać jej kroku Jolantą Pich („Podkarpacie” Przemyśl). Po drodze straciła tylko dwa punkty (remisy z Ostrowską i Malcer) i już na rundę przed końcem zapewniła sobie mistrzowski tytuł, piąty w jej karierze. Grająca ostatnio rzadziej Pich musiała w tym roku zadowolić się srebrem.

Do najniższego stopnia podium kandydowało sześć warcabistek, a walczono nie tylko o medal, lecz również o przepustkę do udziału w mistrzostwach świata, które we wrześniu tego roku odbędą się w Augustowie, w tym samym ośrodku, w którym rozgrywano kobiecy finał. Z szóstki najwcześniej odpadły przedstawicielki „Crossa Opole” – Ostrowska i Jakubaszek. Pozostała czwórka spotkała się więc w ostatniej rundzie w bezpośrednich pojedynkach. Poliniewicz grała z Dapkiewicz, a Malcer z Kasperczyk. Z tej rywalizacji zwycięsko wyszła tylko Poliniewicz, gdyż partia drugiej pary zakończyła się remisem i to zawodniczka „Podkarpacia” Przemyśl mogła cieszyć się z pierwszego indywidualnego krążka w karierze. Hela Poliniewicz ma prawo czuć się największą wygraną (poza mistrzynią), bo na taki sukces nie stawiano nawet w jej własnym klubie.

Poziom turnieju był zróżnicowany, co było do przewidzenia, porównując rankingi uczestniczek. Wiele zawodniczek ma problem z właściwym wykorzystywaniem czasu do namysłu. Tempo gry wynosiło 120 minut, co daje rundę czterogodzinną. Wiele partii kończyło się już po upływie niespełna dwóch godzin. Od kilku lat turnieje kołowe rozgrywane są systemem tzw. remisów z przewagą. Ciekawostką  jest fakt, że w całym turnieju, na ogólną liczbę 27 remisów, nie odnotowano żadnego (!) remisu z przewagą. Rekord nie do pobicia.

Mimo to panie walczyły bezkompromisowo, o czym świadczy wysoka rezultatywność. Aż 59 proc. pojedynków zakończyło się zwycięstwem jednej z rywalek. Czterem zawodniczkom (Dapkiewicz, Malcer, Jakubaszek i Kasperczyk) zabrakło zaledwie jednego punktu do wypełnienia normy na pierwszą kategorię.

Zawody w Augustowie sędziował Leszek Łysakowski z Gniezna.

Koordynatorem imprezy zorganizowanej przez Stowarzyszenie „Cross” był Wacław Morgiewicz.

Finał XVII Mistrzostw Polski

Kobiet Niewidomych i Słabowidzących

w Warcabach Stupolowych

1. Ewa Wieczorek 19 p. („Victoria” Białystok)

2. Jolanta Pich 16 p. („Podkarpacie” Przemyśl)

3. Helena Poliniewicz 14 p. („Podkarpacie” Przemyśl)

4. Petronela Dapkiewicz 13 p. („Jaćwing” Suwałki)

5. Joanna Malcer 13 p. („Warmia i Mazury” Olsztyn)

6. Władysława Jakubaszek 13 p. („Cross Opole”)

7. Beata Kasperczyk 13 p. („Atut” Nysa)

8. Irena Ostrowska 13 p. („Cross Opole”)

9. Ewa Grabska 6 p. („Łuczniczka” Bydgoszcz)

10. Barbara Gołębiowska-Fryga 5 p. („Cross Opole”)

11. Maria Górzna 4 p. („Sudety” Kłodzko)

12. Bożena Dalecka 3 p. („Zryw” Słupsk)

Leszek Stefanek

 

Kolarstwo

Mistrzostwa w Sobótce

W dniach 19-23 czerwca stolicą polskiego kolarstwa była Sobótka, malownicze dolnośląskie miasteczko położone u podnóża Ślęży. Odbyły się tam mistrzostwa Polski w dwóch konkurencjach szosowych: w jeździe  na czas i w wyścigu ze startu wspólnego. W imprezie startowali najlepsi polscy zawodnicy z kategorii juniorka, junior, orlik (do lat 23), elita kobiet, elita mężczyzn oraz niewidomi i słabowidzący. Z wyników rywalizacji można wywnioskować, że stolicą kolarstwa tandemowego jest Lublin, ponieważ reprezentanci KKT „Hetman” zdobyli komplet złotych medali zarówno w kategorii kobiet, jak i mężczyzn.

W wyścigach na czas, rozegranych na dystansie 20 km, wyniki były następujące:

Kobiety

1. Iwona Podkościelna − Aleksandra Wnuczek 29:04,29 (KKT „Hetman” Lublin)

2. Anna Gramatyka − Agata Broda 34:26,79 (KKT „Hetman” Lublin)

3. Marta Pekar − Magdalena Przeworska 34:32,44 („Warmia i Mazury” Olsztyn)

Mężczyźni

1. Marcin Polak − Michał Ładosz 25:30,51 (KKT „Hetman” Lublin)

2. Krzysztof Kosikowski − Artur Korc 25:53,84 („Warmia i Mazury” Olsztyn)

3. Adrian Juszczyk − Ernest Kurowski 26:43,99 („Syrenka” Warszawa)

W obu wyścigach doszło do niespodzianek. Takim mianem można określić przede wszystkim zdobycie srebrnego medalu przez tandem Anna Gramatyka – Agata Broda. To pierwszy start lubelskich zawodniczek w takim składzie i od razu znaczący sukces. W kategorii mężczyzn  zaskoczeniem dla obserwatorów było 3. miejsce tandemu warszawskiej „Syrenki”, który pokonał w walce o medal faworyzowany team Przemysław Wegner – Piotr Czopek. Wyścigi ze startu wspólnego miały ciekawy przebieg i przyniosły dość nieoczekiwane rozstrzygnięcia.

Wyścig w kategorii kobiet na dystansie 66 km:

1. Iwona Podkościelna − Aleksandra Wnuczek 1:41:01 (KKT „Hetman” Lublin)

2. Anna Gramatyka − Agata Broda 2:07:33 (KKT„Hetman” Lublin)

3. Marta Stramek − Magdalena Kiewluk 2:09:58 („Warmia i Mazury” Olsztyn)

Wyścig w kategorii mężczyzn na dystansie 88 km:

1. Marcin Polak − Michał Ładosz 2:06,23 (KKT „Hetman” Lublin)

2. Przemysław Wegner − Piotr Czopek 2:06,34 („Razem” Poznań)

3. Piotr Kołodziejczuk − Arkadiusz Szczerbiak 2:12,25 („Warmia i Mazury” Olsztyn)

W wyścigu kobiet trudów walki nie wytrzymał duet Marta Pekar – Magdalena Przeworska, który ustąpił miejsca na podium swoim młodszym koleżankom klubowym. Podobna sytuacja wydarzyła się w wyścigu mężczyzn, w którym niespodziewaną porażkę ponieśli srebrni medaliści z Londynu – Krzysztof Kosikowski i Artur Korc, zajmując zaledwie 4. miejsce. Trudna trasa wyścigów wytyczona w rejonie Masywu Ślężańskiego oraz upalna pogoda bezlitośnie obnażyły wszystkie słabości poszczególnych załóg. Największą odpornością na trudy sportowej rywalizacji wykazali się zwycięzcy wyścigów, co dowodzi, że nie mają żadnych słabości lub potrafią sobie z nimi skutecznie radzić.

 

Na wielkopolskich szosach

W ostatni weekend czerwca kolarze z dysfunkcją wzroku ścigali się na szosach Wielkopolski, rywalizując w XVI Międzynarodowym Wyścigu o Puchar Prezydenta Poznania. Odbyły się 4 etapy: wyścig ze startu wspólnego o długości 82 km na torze samochodowym „Poznań”, jazda na czas na dystansie 12 km na poligonie Biedrusko oraz wyścigi ze startu wspólnego w Kleszczewie (dystans 58 km) i w Konarzewie (dystans 76 km). Polscy zawodnicy okazali się bardzo gościnni dla biorącej udział w imprezie ekipy holenderskiej, pozwalając zagranicznym rywalom na wygranie wszystkich etapów i całego wyścigu.

W klasyfikacji generalnej kobiet kolejność była następująca:

1. Anouk Van Bommel − Samantha Van Steenis (Holandia)

2. Marta Pekar − Magdalena Przeworska  („Warmia i Mazury” Olsztyn)

3. Anna Gramatyka − Natalia Kożuch (KKT „Hetman” Lublin)

W kategorii mężczyzn miejsca na podium zajęli reprezentanci Holandii:

1. Stephen De Vries − Timo Fransen

2. Tristan Bangma − Josbert De Vries

3. Rinne Oost − Eelke Van der Wal

Najlepszy tandem polski, w składzie Piotr Kołodziejczuk – Arkadiusz Szczerbiak („Warmia i Mazury” Olsztyn) zajął 4. miejsce. Miłym akcentem jubileuszowej imprezy było przyznanie przez organizatora Ryszarda Kożucha nagród specjalnych. Najbardziej prestiżową z nich otrzymał Henryk Groszkowski („Syrenka” Warszawa), który jako jedyny z zawodników uczestniczył we wszystkich piętnastu edycjach poznańskiego wyścigu.

 

Taniec

Taneczne powitanie wakacji

Już po raz jedenasty spotkali się w Warszawie miłośnicy tańca z klubów Stowarzyszenia „Cross”. Turniej „Syrenka” był okazją do zaprezentowania i skonfrontowania parkietowych umiejętności w tańcach towarzyskich. Jak to zwykle w Warszawie, zawodnicy zakwaterowani byli w gościnnych progach ośrodka szkolno-wychowawczego dla dzieci słabowidzących przy ulicy Koźmińskiej. Mimo skromniejszej niż zwykle reprezentacji tancerzy, jaką wystawiły kluby, hala tętniła życiem dzięki toczącemu  się równolegle turniejowi osób pełnosprawnych. Tym samym wróciliśmy do dobrej i ciekawej szczególnie dla naszych tancerzy tradycji łączenia, czyli integracji imprez tanecznych osób pełnosprawnych i niepełnosprawnych.

„Cross” reprezentowały kluby: „Karolinka” Chorzów, „Ikar” Lublin oraz „Syrenka” Warszawa – gospodarz turnieju.  Jak podkreślił koordynator imprezy Adam Baranowski, nie wpłynęło to znacząco na poziom zmagań. Wszyscy tancerze, mimo ulewnej, parnej i gorącej czerwcowej aury, stanęli na wysokości zadania. Szczególną uwagę zwracali Marek Czepiec z Anną Grzelak („Karolinka” Chorzów), którzy po dłuższej nieobecności wygrali w kategorii senior początkujący. Miejmy nadzieję, że mimo odległości dzielącej ich miejsca zamieszkania będą odnosić kolejne sukcesy na parkiecie. Pochwalić należy też młodych adeptów tańca z „Syrenki”, doskonalących swoje umiejętności w szkole na Koźmińskiej. Wszyscy zdali swój egzamin taneczny celująco i mogą w spokoju szykować się do prawdziwej rywalizacji turniejowej. Niewątpliwie  zapał, treningi i występy Jurka z Klaudią, Dawida z Olą, Pawła z Karoliną, Eryka z Moniką czy Kacpra z Julką pozwolą na przetrwanie w naszym środowisku tej jakże pięknej, wdzięcznej i widowiskowej dyscypliny sportu.

Turniej odbywał się według zasad sędziowskich Polskiego Towarzystwa Tanecznego, co oznaczało takie same kryteria oceniania jak w przypadku tancerzy PTT. Jak zauważył jeden z sędziów, który nie widział naszych tancerzy ponad rok, wzrósł poziom ich umiejętności technicznych. Widać pracę trenerów, ale przede wszystkim samych tancerzy. Należy tylko liczyć, że kluby nie zaprzestaną szkolenia w sekcjach i taniec w „Crossie” nie zaginie.

XI Ogólnopolski Turniej Tańca

Niewidomych i Słabowidzących „Syrenka”

Zdobywcy I miejsc:

Junior początkujący – kombinacja stylów:

Cezary Skrzyński − Anna Borysiak  („Syrenka” Warszawa)

Senior początkujący – kombinacja stylów:

Marek Czepiec – Anna Grzelak („Karolinka” Chorzów)

Senior średniozaawansowany – kombinacja stylów:

Agnieszka Kwolek – Marcin Kwolek („Syrenka” Warszawa)

Senior zaawansowany – style standard i latin:

Anna Baranowska – Adam Baranowski („Syrenka” Warszawa)

Open – style standard i latin:

Anna Baranowska – Adam Baranowski („Syrenka” Warszawa)

Adam Baranowski

 

Kręgle/Bowling

Chorzowski dwumecz kręglarski 2013

Jak dotychczas jedynie klub „Karolinka” Chorzów, ze swoją prezes Czesławą Konieczną, potrafił zmierzyć się z organizacją dwumeczu kręglarskiego. Jeśli dodać do tego uczestnictwo gości ze Słowacji, tym bardziej  trzeba docenić ciężką pracę całego zespołu koordynującego tak skomplikowaną pod względem logistycznym imprezę. Zawody odbywały się od 6 do 10 czerwca w dwóch śląskich miastach.

Pierwszą konkurencją dwumeczu były w tym roku kręgle klasyczne. Rywalizacja toczyła się na kręgielni w Raciborzu. Obiekt ten znany jest dobrze naszym kadrowiczom ze zgrupowania i zapewne dlatego to oni tutaj rządzili. Wyniki nie tak wysokie jak na mistrzostwach Europy w Serbii, ale to właśnie  potwierdza fakt, że konstrukcja kręgielni ma wpływ na osiągane rezultaty.

Kto już zagrał swoje w Raciborzu, ten przemieszczał się do Katowic. Tu trzeba było zamienić kulę klasyczną na znacznie większą – bowlingową. Oczywiście różnic jest dużo więcej. Wielu naszych niewidomych i słabowidzących zawodników świetnie opanowało odmienną technikę gry w obu tych ledwie pokrewnych sportach. Najlepszym przykładem są: Zdzisław Koziej, Grzegorz Kanikuła (obaj z klubu „Hetman” Lublin) czy Zbigniew Strzelecki („Karolinka” Chorzów), którzy już wielokrotnie stawali na podium zarówno w bowlingu, jak i kręglach klasycznych. Są też członkami kadry w obu dyscyplinach.

Jak na razie z kręglami klasycznymi nie radzi sobie najlepiej Mariola Maćkowiak („Łuczniczka” Bydgoszcz), która zagrała  w Raciborzu zaledwie 292 punkty. Natomiast to, co zrobiła w Katowicach na kręgielni bowlingowej, zdumiało wszystkich uczestników dwumeczu. Mariola grała, jakby startowała w  kat. B3, a nie B1. Jej asystent – Krystian Malcherek – co chwilę informował ją o zbiciu strike’a, czyli wszystkich kręgli w pierwszym rzucie. Jeśli była potrzebna dobitka, robiła to perfekcyjnie. Dzięki temu z gry na grę na totalizatorze pojawiały się coraz lepsze wyniki. Kiedy została wyświetlona liczba 202, kręgielnię wypełnił okrzyk zachwytu. Nawet w kategorii B3 mężczyzn tak dużo punktów za jedną grę pojawia się niezbyt często. W sumie Mariola osiągnęła 910 punktów, co jest bez wątpienia wymarzonym rezultatem, a zarazem nowym rekordem Polski w kat. B1.

O tym, jak trudno było zagrać jeszcze wyżej, niech świadczy wynik Danuty Odulińskiej  z kat. B2, lepszy jedynie o 2 punkty. Również w kat. B3 nie osiągano wysokich rezultatów. Według opinii sędziego głównego Przemysława Antuszewicza, na szachownicy pozostawały często trudne do dobicia splity (układy kręgli), ponieważ kręgielnia wymaga już remontu. Na kolejnych zawodach, za rok, tory powinny być już odnowione, a w wyposażeniu znajdzie się także nowa maszyna natryskowa do smarowania.

Uroczyste zakończenie imprezy odbyło się w restauracji „Pod Dzwonem”, gdzie wszystkich uczestników ugościł klub „Karolinka”. W dekoracji zwycięzców wziął udział trener kadry  Witold Pankau. Dwumecz, a zwłaszcza jego bowlingowa część, był pokazem aktualnych umiejętności naszych zawodników. Trener bacznie przyglądał się rozgrywkom, wypatrując zarówno potencjalnych kandydatów do reprezentacji na zbliżające się ME, jak i planując dalszy tok szkolenia. Przerwa w zgrupowaniach była spora, a więc jest co nadrabiać.  Mistrzostwa Polski w bowlingu odbędą się już 28 czerwca – każdy będzie chciał pokazać się z najlepszej strony i zawalczyć o miejsce w autokarze jadącym na turniej do Pragi, gdyż to Czesi będą w sierpniu gospodarzami mistrzostw Europy.

Turniej w kręglach klasycznych  w Raciborzu

Kobiety

B1

1. Karolina Rzepa 427 p. („Łuczniczka” Bydgoszcz)

2. Salomea Walkowiak 376 p. („Pogórze” Tarnów)

3. Barbara Szypuła 350 p. („Karolinka” Chorzów)

B2

1. Anna Kowal 571 p. („Podkarpacie” Przemyśl)

2. Jadwiga Szuszkiewicz 570 p. („Pionek” Włocławek)

3. Maria Harazim 544 p. („Karolinka” Chorzów)

B3

1. Emilia Sawiniec 593 p. („Hetman” Lublin)

2. Alžbeta Ježiková TJ 584 p. („Štart” Levoča)

3. Jolanta Sabaj-Krok 563 p. („Podkarpacie” Przemyśl)

Mężczyźni

B1

1. Zdzisław Koziej 557 p. („Hetman” Lublin)

2. Krzysztof Tarkowski 495 p. („Hetman” Lublin)

3. Jaroslav Karchňák TJ 440 p. („Štart” Levoča)

B2

1. Václav Trnka TJ 613 p. („Štart” Levoča)

2. Paweł Stefański  591 p. („Tęcza” Poznań)

3. Mieczysław Sabaj 584 p. („Podkarpacie” Przemyśl)

B3

1. Zbigniew Strzelecki 690 p. („Karolinka” Chorzów)

2. Gregorz KanikułA 679 p. („Hetman” Lublin)

3. Albert Sordyl 677 p. („Pogórze” Tarnów)

 

Turniej bowlingowy w Katowicach

Kobiety

B1      

1. Mariola Maćkowiak 910 p. („Łuczniczka” Bydgoszcz)

2. Karolina Rzepa 730 p. („Łuczniczka” Bydgoszcz)

3. Karolina Trojan 633 p. („Łuczniczka” Bydgoszcz)

B2

1. Danuta Odulińska 912 p. („Morena” Iława)

2. Anna Kowal 864 p. („Podkarpacie” Przemyśl)

3. Jadwiga Szuszkiewicz 832 p. („Pionek” Włocławek)

B3

1. Jolanta Sabaj-Krok 974 p. („Podkarpacie” Przemyśl)

2. Aneta Łukasik 909 p. („Karolinka” Chorzów)

3. Alžbeta Ježiková TJ 855 p. („Štart” Levoča)

Mężczyźni

B1

1. Zdzisław Koziej 817 p. („Hetman” Lublin)

2. Krzysztof Tarkowski 724 p. („Hetman” Lublin)

3. Szczepan Polkowski 649 p. („Morena” Iława)

B2

1. Mariusz Kozyra 945 p. („Hetman” Lublin)

2. Teodor Radzimierski 915 p. („Karolinka” Chorzów)

3. Václav Trnka TJ 901 p. („Štart” Levoča)

B3

1. Grzegorz Kanikuła 1032 p. („Hetman” Lublin)

2. Zbigniew Strzelecki 997 p. („Karolinka” Chorzów)

3. Władysław Szymański 993 p. („Omega” Łódź)

Piotr Dudek

 

Biegi

Mistrzostwa na dystansie 10 km

9.06. 2013 r. po raz kolejny odbył się bieg w Klimontowie. Tak jak w latach ubiegłych, przy tej okazji zorganizowano mistrzostwa Stowarzyszenia „Cross” na 10 kilometrów. Impreza miała na celu promowanie regionu, aktywności fizycznej w formie biegania oraz rozpowszechnianie idei sportu paraolimpijskiego. Dlatego też organizatorzy w swoim regulaminie ujmują dodatkowo kategorie z różną niepełnosprawnością. Starają się o wsparcie sponsorów i kontynuowanie tego biegu cyklicznie, co rok.

Trasa nie należy do łatwych, jest urozmaicona. Płaskie odcinki co chwila zmieniają się w podbiegi, poza tym większość dystansu nie jest zacieniona i w pełnym słońcu można się porządnie wypocić. W tym roku tylko 90 zawodników stanęło na starcie, mając do wyboru dystans 10 kilometrów lub półmaraton. Startowali też nasi crossowcy.

Po 34 minutach linię mety przebiegł zwycięzca – Paweł Raczyński z Kraśnika. Na szóstym miejscu w open, z czasem 39:56, zameldował się nasz paraolimpijczyk Tomasz Chmurzyński z „Łuczniczki” Bydgoszcz. Za nim, po 96 sekundach, finiszował Jacek Ziółkowski („Syrenka” Warszawa). Po 44 minutach i 11 sekundach dobiegł Krzysztof Badowski z „Łuczniczki” Bydgoszcz. W ten sposób na mecie zameldowało się już trzech pierwszych zawodników słabowidzących. Osiągnięte czasy wyraźnie wskazują, że był to bieg o miejsca. Tomek kontrolował bieg i niezagrożony dobiegł jako zwycięzca grupy B2.

Podobnie przebiegła rywalizacja w grupie B1. Pierwszy na mecie, po prawie 47 minutach, był Zbyszek Świerczyński („Warmia i Mazury” Olsztyn). Drugi – Grzegorz Powałka z „Syrenki” Warszawa. Trzeci przybiegł Ryszard Sawa z czasem 58:52. W biegu asystował mu Wiesław Miech (paraolimpijczyk), obydwaj z klubu „Syrenka” Warszawa. Poza podium dobiegli: Stanisław Spólnik – „Lajkonik” Kraków, Piotr Jankowski i Maciej Dąbrowski z „Syrenki” Warszawa.

Po raz pierwszy w grupie słabowidzących wystartowali nowi zawodnicy: Wojciech Debner, Mateusz Surowiec i Mariusz Zacheja (zgłoszeni jako „Cross” Warszawa). Oby tylko połknęli bakcyla i uzależnili się od biegania.

Od kilku lat nie startują w Klimontowie najlepsi zawodnicy na handbikach. Mają inne priorytety startowo-treningowe. Tym bardziej na uznanie i gromkie brawa na mecie zasłużyło pięciu startujących na tzw. wózkach aktywnych. Pokonanie 10 kilometrów na takim sprzęcie wymaga bardzo dużego wysiłku. Jeszcze większy aplauz na mecie otrzymał Robert Pawłowicz, jedyny zawodnik, który pokonał ten dystans o kulach!

Mariusz Gołąbek

 

Pływanie

Krakowska świeża krew

W dniach 14-16.05.2013 r. odbyły się w Szczecinie międzynarodowe mistrzostwa Polski w pływaniu osób niepełnosprawnych. Na nowoczesnym basenie Floating Arena rywalizowali zawodnicy kilkunastu klubów z całej Polski. Na tej dwudniowej imprezie Kraków reprezentowała świeżo powstała sekcja pływacka osób niewidomych i słabowidzących ze Stowarzyszenia „Nie Widzę Przeszkód”. Sekcja to połączenie paraolimpijskich doświadczeń wielokrotnego mistrza świata Marcina Ryszki, a także świeżej krwi zawodników depczących mu po piętach w osobach: Bartka Niesyczyńskiego oraz debiutanta Rafała Sitka. Środowisko niewidomych reprezentowali również doskonali sportowcy z Warszawy, Lasek oraz Wrocławia.

Miłym początkiem mistrzostw było wręczenie zawodnikom, w tym niewidomemu Grzegorzowi Polkowskiemu z Integracyjnego Klubu Sporotwego  Warszawa, powołań do kadry narodowej, które przekazał im nowy trener Wojciech Seidel. Zawody w Szczecinie jak zawsze stały na wysokim poziomie organizacyjnym, choć i tu widać było kłopoty finansowe sportowego świata osób niepełnosprawnych. Rywalizacja w wodzie nie miała jednak żadnych ograniczeń. Zawodnicy walczyli na każdym metrze basenu o jak najlepsze rezultaty. Chłopaki z „Nie Widzę Przeszkód”, oprócz poprawy swoich najlepszych wyników, zdobyli też medale: w klasie S12 (słabowidzący) na 2. miejscu zawody ukończył Bartek Niesyczyński, w klasie S11 (niewidomi) zwyciężył Marcin Ryszka przed Grzegorzem Polkowskim. Rafał Sitek w każdym ze startów poprawił swój czas. To niezły prognostyk na przyszłość dla tego młodego klubu. Zawody były zaledwie drugą imprezą ogólnopolską w tym roku. Miejmy nadzieję, że nie ostatnią. Wisienką na torcie udanych dla osób słabowidzących i niewidomych zawodów był wspólny start z zawodnikami z innego krakowskiego klubu – „Druga Strona Sportu” – w sztafecie  4 x 100 stylem dowolnym. Ustanowili oni drugi czas tych zawodów, niestety poza konkursem, więc medali nie było. Cieszy fakt powstawania nowych sekcji sportowych osób z dysfunkcją wzroku i uczestnictwa ich członków w zawodach pływackich. Choć skład reprezentacji klubu na mistrzostwa w Szczecinie obejmował jedynie trzech zawodników, debiutancka ekipa „Nie Widzę Przeszkód” zajęła w klasyfikacji generalnej 8. miejsce. To niezłe osiągnięcie, dobrze rokujące na przyszłość. Gratulujemy!

Międzynarodowe mistrzostwa Polski w pływaniu

14-16.06.2013 r., Szczecin

Kobiety

Klasa S12

Joanna Mendyk 1104 p. („Start” Białystok)

Mężczyźni

Klasa S11

1. Marcin Ryszka 1721 p. (IKS Warszawa)

2. Grzegorz Polkowski 1678 p. (IKS Warszawa)

3. Dawid Głowacki 1515 p. (UKS Laski)

Klasa S12

1. Kamil Rzetelski 1911 p. („Start” Wrocław)

2. Bartłomiej Niesyczyński 1389 p. („Nie Widzę Przeszkód”)

3. Przemysław Bula 1299 p. (DSS Kraków)

Grzegorz Kubis

 

Szachy

Kolejne złoto Gunajewa

Mistrzostwa Polski w szachach szybkich niewidomych i słabowidzących odbyły  się w Tucholi  w dniach 30 maja – 1 czerwca 2013 r. Rafał Gunajew zdobył kolejny złoty medal w szachach w tym roku.

Mistrzostwa Polski niewidomych i słabowidzących w szachach szybkich

Tuchola 2013

 1. Rafał Gunajew 8,5 p. („Syrenka” Warszawa)

2 .Tadeusz Żółtek 8,0 p. („Warmia i Mazury” Olsztyn)

 3. Dawid Falkowski           7,5 p. („Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza)

 4. Michał Wolański            5,5 p. („Syrenka” Warszawa)

 5. Emil Przewoźnik            5,0 p. („Łuczniczka” Bydgoszcz)

 6. Krzysztof  Cichoń 5,0 p. („Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza)

 Koordynator turnieju: Ewa Sargalska

 

Tak się gra na Kaszubach

W dniach 20-26 maja 2013 r. w pensjonacie „Gabriela” we Wdzydzach Kiszewskich k. Kościerzyny odbył się ogólnopolski integracyjny turniej szachowy „Kaszuby 2013”, zorganizowany przez gdański klub „Jantar” przy współpracy ze Stowarzyszeniem „Cross” i Pomorskim Oddziałem PFRON. Rozgrywki przeprowadzono systemem szwajcarskim na dystansie 7 rund. Tempo gry: 90 minut na zawodnika. Startowało 29 szachistów z całej Polski, w tym, co warto podkreślić, aż 11 całkowicie niewidomych. Imprezę uatrakcyjniła wycieczka do miejscowego Muzeum Kaszubskiego Parku Etnograficznego. Spośród 59 prezentowanych obiektów najciekawsza dla zwiedzających była zapewne przeniesiona z pobliskiej wsi Piechowice chałupa gburska, w której urodziła się i wychowała znana działaczka gdańskiego okręgu Polskiego Związku Niewidomch – Krystyna Dzióbek.

Sędziował sędzia klasy państwowej Zygmunt Wielecki.

Ogólnopolski integracyjny turniej szachowy „Kaszuby 2013”

1. Adam Rosołek 5,5 p. („Zryw” Słupsk)

2. Zygmunt Myszka 5 p. („Zryw” Słupsk)

3. Jerzy Rutkowski 4,5 p. („Zryw” Słupsk)

4. Roman Staruch 4,5 p. („Zryw” Słupsk)

5. Emil Przewoźnik 4,5 p. („Łuczniczka” Bydgoszcz)

6. Mieszysław Kaciotys 4,5 p. („Sudety” Kłodzko)

7. Stanisław Huzarski 4,5 p. („Zryw” Słupsk)

8. Józef Wyrzykowski 4,5 p. („Łuczniczka” Bydgoszcz)

9. Jerzy Jagiełło 4,5 p. („Syrenka” Warszawa)

10. Tadeusz Traczyk 4,5 p. („Atut” Nysa)

 

Brydż

Mistrzostwa drużynowe

W Tucholi w dniach 06-09.06.2013 r. odbyły się drużynowe mistrzostwa Polski w brydżu sportowym, w których udział brało 30 zawodników z  sześciu klubów. Po trzech dniach zmagań mistrzostwo Polski zdobył klub z Olsztyna.

1. „Warmia i Mazury” Olsztyn

2. „Syrenka” Warszawa

3. „Atut” Nysa

Koordynator turnieju: Ewa Sargalska

 

Na początek

 

sylwetki

 

Warcabowy motor z doktoratem

84-letniej pani Marii Moldenhawer-Frej 24 maja br. wręczono w warszawskiej Akademii Pedagogiki Specjalnej dyplom doktora nauk humanistycznych w zakresie pedagogiki. Uczelnia zatrudnia 500 pracowników i kształci ponad siedem tysięcy osób. Wraz z nią tytuł naukowy otrzymało 14 studentów, ale pani Maria, jako najstarsza wśród doktorantów tej uczelni, a prawdopodobnie nawet wszystkich w Polsce (i chyba w Europie), dostała morze braw i wzbudzała największe zainteresowanie gości i mediów. Tytuł rozprawy doktorskiej: „Wychowawcza i kształcąca funkcja gry w warcaby. Ruch warcabowy w Polsce”.

Uroczysta sesja Senatu tej liczącej już 91 lat szkoły wyższej (wcześniej: Państwowego Instytutu Pedagogiki Specjalnej i Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej – założycielki) miała podniosły charakter. Poprowadził ją rektor prof. Jan Łaszczyk. Aulę wypełniło ponad 300 zaproszonych gości, w tym m.in. profesorowie, posłowie, sekretarze stanu, urzędnicy państwowi, dziennikarze. Głównym i zajmującym najwięcej czasu punktem programu było wręczenie doktoratu honoris causa 89-letniemu prof. Czesławowi Kupisiewiczowi – wybitnemu pedagogowi i dydaktykowi, członkowi Polskiej Akademii Nauk. Rok wcześniej tytuł ten nadano Szewachowi Weissowi, byłemu ambasadorowi Izraela w Polsce.

Oto krótki wywiad, który udało nam się przeprowadzić z bohaterką wspomnianej uroczystości.

− Pani doktor na pewno się orientuje, że w naszym czasopiśmie „Cross” sporo miejsca przeznaczamy na szachy i warcaby. Czym są te gry dla osób z niepełnosprawnością wzroku?

− Są dla nich bardzo ważne, bo sprawiają, że czują się pełnowartościowi i niepozamykani w domach. Jeżdżą po Polsce i świecie, grają, nawiązują kontakty. Spełniają się życiowo i sportowo.

− Czy mogą rywalizować z pełnosprawnymi?

– Rywalizują, i widzący zawodnicy mają spore kłopoty z warcabistami z dysfunkcją wzroku, którzy są skoncentrowani i skupieni na rozgrywaniu partii, czego nie da się powiedzieć o widzących.

− Są wspólne turnieje?

− Tak. Jest ich kilka w roku, a poza tym samo Stowarzyszenie „Cross” organizuje sporo rozgrywek. Niejednokrotnie byłam zapraszana do ich sędziowania.

− Kogo z zawodników by Pani wyróżniła?

− Znam ich sporo, ale wolałabym pochwalić działaczy, jak na przykład Jerzego Gorczyńskiego czy Jana Nafalskiego, którzy całe swe życie poświęcili, by rozwijać tę dyscyplinę. Natomiast nie chcę wyróżniać jakiegoś zawodnika, bo mogę zrobić krzywdę innym. Oni wszyscy dobrze grają.

− Jak się zaczęło Pani zainteresowanie warcabami?

− Jako dziecko, jeszcze przed wojną, trochę grałam w warcaby. A kiedy w 1959 roku w Warszawie poznałam męża, to on mnie zaciekawił tą dyscypliną. Był wiceprezesem Polskiego Związku Szachowego, potem jego sekretarzem generalnym. Zaczęliśmy się interesować warcabami i w 1972 roku zorganizowaliśmy pierwszy turniej warcabowy pod nazwą „Kryształowy Kamień”. Przez ten turniej przeszło sporo dzisiejszych arcymistrzów. Warcaby bardzo się rozwinęły, ale nie zostały dyscypliną olimpijską. Nie interesują mediów, nie możemy przebić się z nimi w telewizji.

− Ale dzisiaj się przebiły, bo wywiad z Panią ukazał się w Teleexpresie i Kurierze Warszawskim.

− Dzisiaj tak, i cieszę się, że mój doktorat spowoduje większe zainteresowanie warcabami w kraju.

− Skąd Pani pochodzi?

− Jestem poznanianką. Ojciec był profesorem genetyki na uniwersytecie poznańskim. Mama urodziła się na Kresach Wschodnich. Ja od wojny mieszkałam w stolicy. Mam jeszcze dwóch braci. Też są doktorami. Jeden jest specjalistą od mechaniki lotnictwa, drugi elektronikiem. Musiałam im dorównać, więc zabrałam się za pracę doktorską.

− Kończyła Pani studia chemiczne...

− Tak, specjalizowałam się w biochemii lekarskiej i zawodowo pracowałam do 1975 roku. Potem całkowicie poświęciłam się warcabom. Zostałam pierwszym polskim sędzią międzynarodowym. Dzisiaj jest ich siedmioro. Byłam też sekretarzem generalnym Polskiego Związku Warcabowego, a teraz jestem prezesem honorowym. W naszym Związku zarejestrowanych jest blisko 7 tysięcy ludzi, a licencję posiada 1,5 tysiąca zawodników.

− Grała Pani w turniejach?

− Tak, ale żeby być dobrym zawodnikiem, trzeba każdego dnia ćwiczyć. Wolę być organizatorem i sędzią.

− Dlaczego Pani zdecydowała się doktoryzować na APS?

− Znałam profesora Tadeusza Pilcha jeszcze z młodych lat. Skontaktował mnie z profesorem Maciejem Tanasiem, który bardzo życzliwie odniósł się do tematu pracy. Namówił mnie do nauczenia się pisania na komputerze i korzystania z internetu, a miałam wtedy 79 lat.

− Sędziuje Pani jeszcze turnieje?

− Raczej jestem gościem honorowym. Zastępują mnie młodsi, jak choćby panowie Jarek Suchecki czy Bartosz Socha.

− Jak długo pisała Pani pracę?

− Około pięciu lat. Musiałam uczyć się i studiować pedagogikę.

− Jest Pani zadowolona?

− Bardzo. I z samego doktoratu, i z otoczenia mnie wielką życzliwością przez władze APS. Kiedy broniłam doktoratu 27 czerwca 2012 roku, to czułam wielką sympatię i psychiczne wsparcie. Serdecznie im wszystkim dziękuję!

 

***

Nie mogłem nie poprosić o komentarz dwóch wymienionych przez panią doktor osób, które były obecne na uroczystości wręczenia dyplomów.

Bartosz Socha, wiceprezes Polskiego Związku Warcabowego: − Dla nas, warcabistów, sukces pani Marii to wielka sprawa. Jednocześnie bardzo nas cieszy, że warcaby są tak popularne w środowisku osób niewidomych i słabowidzących. Wspieramy ich, jak tylko możemy. Miałem okazję uczestniczyć w turnieju i obserwować osoby niewidome w akcji. Trzeba mieć naprawdę rozwiniętą wyobraźnię, aby móc dobrze grać w warcaby, a oni to potrafią. I robią to z sukcesami! Każda partia wymaga u zawodnika olbrzymiej ilości obliczeń – analizy aktualnej pozycji, możliwych wariantów i obrania właściwej strategii gry. A osoby niewidome robią to wszystko w pamięci. Ogromny szacunek dla nich!

Jarosław Suchecki, energetyk, działacz i instruktor klubu sportowego „Struga” w Markach: − Warcaby w naszym klubie zaczęły się 19 lat temu dzięki pani Marii. Ona nas namówiła, zresztą nie tylko nas. Jeździła po Mazowszu i całej Polsce. Obecnie mazowieckie kluby są najsilniejsze w kraju. I dzięki niej dwóch moich synów sędziuje również crossowskie turnieje. Pani Maria to nasz „motor warcabowy z doktoratem”!

Andrzej Szymański

 

Na początek

 

turystyka

 

Tajlandia – znów na szlaku

Poznaliśmy już smaki egzotycznej wyspy Koh Chang, pisałam też trochę o możliwościach przemieszczania się i zakwaterowania w Bangkoku. Warto wrócić jeszcze na azjatycki szlak i wspomnieć podróż przez trzy kraje – Tajlandię, Kambodżę i Laos. Na początek znów  Tajlandia (do 1949 roku Syjam) – państwo graniczące z Laosem, Kambodżą, Birmą i Malezją.

Do Bangkoku – stolicy Tajlandii – nazywanym Miastem Aniołów, Królewskim, Niebiańskim lub Siedzibą Bogów – dotarliśmy samolotem po dziesięciogodzinnym wygodnym locie z Wiednia. Dziś można już tam dolecieć bezpośrednio z Warszawy. Po opuszczeniu „stalowego ptaka” przywitało nas olbrzymie lotnisko, otwarte w 2006 roku, jedno z najnowocześniejszych na świecie i drugie, po Hong Kongu, pod względem wielkości. Jego spokojna kolorystyka w błękitnej tonacji, wyraźnie zaznaczone ciągi dla podróżnych (dotykowe oznakowania w kontrastowych barwach), mnóstwo kwiatów, uśmiechnięci pracownicy obsługi, komunikaty w obcym dla nas języku, ale powtarzane również po angielsku – wszystko to przeniosło mnie po dość długiej podróży w zupełnie nieznany mi dotąd, ale przyjazny świat.

 

Siedziba bogów

Po odebraniu bagażów i już poza klimatyzowanym lotniskiem nastąpiła kolejna zmiana – nasze zmysły w jednej chwili zostały porażone hałasem wielu trąbiących pojazdów, mrowiem ludzi, a przede wszystkim – oblewającym nas tropikalnym powietrzem. Turyści, natychmiast po opuszczeniu przyjemnego lotniska, ulegają rozkojarzeniu i całkowitemu rozbiciu. Dokładnie pamiętam, jak w jednej chwili doznałam przykrego wrażenia, że plecak znacznie przybrał na wadze, a wszystko, co miałam na sobie, zaczęło się przyklejać do ciała. Czułam się tak, jakby ktoś wrzucił mnie razem z ubraniem i ciężkim bagażem do bardzo głośnej i oślepiającej sauny. Na szczęście nie trwało to długo. Dość szybko znalazł się środek lokomocji – niewielki, klimatyzowany bus, którym po około dwóch godzinach dotarliśmy na „europejską” ulicę Khao San, a potem do hoteliku „At home”.

Podczas podróży w korkach chłonęłam widok bardzo nowoczesnego miasta – wielopasmowe autostrady, skomplikowane rozjazdy, wiadukty, szklane wieżowce, sporo zieleni i kwiatów, mnóstwo kolorowych reklam. Coś, czego nie widziałam wcześniej w innych dużych miastach, to olbrzymie zdjęcia – jak się okazało – króla i członków rodziny królewskiej, stojące w centralnych punktach miasta (na skrzyżowaniach, rondach, przy nowoczesnych budowlach). Przechadzając się piechotą po Bangkoku, można się tym uśmiechniętym, młodym, elegancko, po europejsku ubranym postaciom przyjrzeć z bliska. Często wokół fotografii stoją kwiaty i wiszą lampki, jak u nas w okresie bożonarodzeniowym. W Tajlandii panuje niespotykany gdzie indziej kult króla – Bhumibola  Adulyadej Rama IX z dynastii Czak, który jest także zwierzchnikiem sił zbrojnych i głową kościoła buddyjskiego i innych religii w Tajlandii. Panuje nieprzerwanie od 1946 roku i jest najdłużej urzędującą głową państwa. Według amerykańskiego magazynu  „Forbes” należy do najbogatszych monarchów – jego majątek szacowany jest na 30 mld dolarów. Podobno bardzo łatwo jest obrazić majestat władcy i narazić się na przykre konsekwencje, z karą więzienia włącznie; dotyczy to zarówno Tajów, jak i obcokrajowców.

W tle wąskich uliczek i chodników uwagę zwracała dość niska zabudowa z zakratowanymi niewielkimi oknami, setki kolorowych i na ogół niezrozumiałych dla nas reklam, wiszące na wszelkich wysokościach plątaniny kabli. Ulice i chodniki zastawione mnóstwem straganów, wieszakami z kolorowymi ubraniami, do tego kuchnie polowe, serwujące różne rodzaje jedzenia, przenośne lodówki z owocami, chodzące samopas psy… Tłumy przemieszczających się  pieszo i na rowerach ludzi, głośno trąbiących i, wydawałoby się, zupełnie nie przestrzegających zasad ruchu drogowego kierowców samochodów, motocykli, różowych taksówek czy kolorowych tuk–tuków.   Pierwsze wrażenie szokowało – było zbyt jasno, gorąco, głośno i chaotycznie. Ale po zrzuceniu ciężkich plecaków, zażyciu orzeźwiającej, chłodnej kąpieli, wreszcie – po zaspokojeniu  głodu – zmysły zaczęły powoli przyzwyczajać się do nowego otoczenia, natłoku barw, zapachów, odgłosów – swoistego chaosu.

 

Metoda na Bangkok

Niełatwo poznać to miasto „wzdłuż i wszerz” – jest to największa, niezwykle dynamicznie rozwijająca się aglomeracja Tajlandii – podzielona na 50 dzielnic, zamieszkiwana przez ponad 10 milionów ludzi, bardzo urozmaicona pod względem architektonicznym. Stanowi centrum bankowości, przemysłu i turystyki – samych tylko świątyń buddyjskich i hinduistycznych jest około 400. Łatwo się zachłysnąć specyficznym klimatem tego miasta, oglądając choćby  najsłynniejsze czy najczęściej opisywane w przewodnikach  budowle.  Biorąc pod uwagę upał i znaczne odległości, warto wybrać chyba najkorzystniejszą z oferowanych opcji turystycznych – zwiedzanie Bangkoku drogą wodną. Bilety wycieczkowe na statek płynący szeroką rzeką Chao Phraya (koszt 200 bahtów, czyli ok. 20 zł) upoważniały do wielokrotnego schodzenia na ląd, a następnie wchodzenia na pokład (już innego statku płynącego tą samą trasą).

Już na lądzie zwiedzić można  między innymi pierwszą znaczącą budowlę wzniesioną w Bangkoku (1782 r.), do dziś uznawaną  za najcenniejszą i otoczoną przez wyznawców największym kultem – Świątynię Szmaragdowego Buddy (Wat Phra Kaew), w której znajduje się zaledwie 45-centymetrowy posążek siedzącego Buddy, wykonany nie ze szmaragdu, lecz zielonego jadeitu (jadeit to rzadko występujący minerał, któremu przypisuje się właściwości magiczne i lecznicze). Ciekawa jest historia tej mającej największe znaczenie dla wyznawców figurki – otóż znaleziono ją w XV wieku w Chiang Rai (mieście w północnej Tajlandii). Była później otaczana głęboką czcią w kilku innych świątyniach tajskich, a także laotańskich. Po podbiciu Laosu przez założyciela obecnie panującej dynastii królewskiej w Tajlandii Szmaragdowy Budda dostał się w ręce zwycięzców, którzy umieścili go w specjalnie wybudowanej świątyni na terenie Pałacu Królewskiego. Oprócz tej figurki w kompleksie świątynnym znajduje się jeszcze  wiele innych posągów Buddy, wykonanych z kryształu, srebra, kości słoniowej i złota. Posadzka świątyni wyłożona jest płytkami ze srebra, a ściany pokryte malowidłami przedstawiającymi sceny z życia Buddy.

Zwiedzając Wielki Pałac, gdzie obecnie odbywają się oficjalne spotkania i uroczystości państwowe, a wcześniej – do 1946 roku – mieszkała rodzina królewska, podziwialiśmy przepiękne sale w tonacji złoto-purpurowej, z mnóstwem rzeźb, złoconych ornamentów, kolumn z wtopionymi kawałkami chińskiej porcelany. Z zewnątrz wzrok przyciągała bogata, pięknie uformowana zielona roślinność i mnóstwo kwiatów.

Warto odwiedzić również najstarszą, wielokrotnie przebudowywaną  i największą świątynię Wat Pho, gdzie znajduje się 46–metrowy pozłacany posąg leżącego Buddy. Na jego stopach umieszczono delikatny wzór wykonany z masy perłowej, ze 108 znakami, poprzez które Budda może zostać rozpoznany. Wzdłuż jednej ze ścian budowli ustawiono około 50 naczyń, do których wyznawcy czy zwiedzający mogą wrzucać drobne pieniądze na ofiarę albo na szczęście.

Wstęp do wszystkich świątyń wymagał zdejmowania  i zostawiania przed drzwiami butów, czasem też drobnej opłaty. Dodatkowo, przed wejściem do niektórych zabytkowych obiektów, np. do Wielkiego Pałacu (tu koszt biletu był dość wysoki – 400 bahtów), wymagano, by zwiedzający mieli stosowny strój – osoby z odkrytymi ramionami lub w krótkich spodenkach miały stanowczy zakaz wstępu. Na szczęście zwykle można było wypożyczyć na miejscu bluzy i spodnie za 200 bahtów, a po wyjściu i po zwrocie tego przyodziewku otrzymać z powrotem swoje pieniądze.

Początkowo złote posągi bóstw, malowidła na ścianach, ołtarze z mnóstwem palących się świec, mieniące się złotem i srebrem rzeźbione mozaiki, przepych i bogactwo – wszystko wydawało się bardzo ciekawe i egzotyczne. Jednak po pewnym czasie powtarzalność wzorów i motywów (jeden Budda w pozycji siedzącej, inny – leżącej, jeszcze inny – medytujący czy przebudzony), do tego woń palących się świec, kadzideł, relaksacyjna muzyka, upał i tłumy zwiedzających – przyniosły znużenie. Interesująca okazała się wówczas dla odmiany dzielnica chińska – z charakterystyczną zabudową, mnóstwem straganików oferujących chińskie wyroby, z wieloma restauracjami i jadłodajniami wprost na ulicy.

 

Wyprawa za miasto

Wiele biur turystycznych oferuje kilkudniowe wycieczki w ciekawe zakątki Tajlandii. Punkt pierwszy programu – targ na wodzie w oddalonej ok. 100 km od Bangkoku miejscowości Damnoen Saduak. Kiedyś podobno faktycznie był to typowy targ, zjeżdżało, a raczej spływało tam dużo osób z okolicznych wiosek, by sprzedać i kupić potrzebne artykuły. Dziś jest to przede wszystkim jedna z atrakcji, zorganizowanych z myślą o turystach. Na miejscu znajdowało się mnóstwo łodzi z przeróżnymi towarami – owocami, warzywami, wyrobami rękodzielniczymi – plecionkami, chustami, szalikami, serwetkami, obrazkami, dzbanuszkami z gliny i innymi drobiazgami. Łodziami tymi sterowały głównie starsze kobiety w ogromnych kapeluszach na głowach (w Tajlandii nie ma ubezpieczeń społecznych, a więc osoby niepełnosprawne czy w starszym wieku nie otrzymują rent i emerytur; gdy nie mogą pracować, pozostają na wyłącznym utrzymaniu swoich rodzin). Przyjezdnych przywiezionych przez rozliczne biura turystyczne zapraszono do oczekujących już łodzi i przewożono wzdłuż „targu”. Kobiety handlujące swoimi towarami miały specjalne haki, którymi przyciągały łodzie pełne turystów, by mieć z nimi lepszy kontakt i dokładniej zaprezentować swój towar, a w konsekwencji sprzedać go po niewygórowanych  cenach.

Następny punkt  programu – wizyta na farmie tresowanych węży. Dopływa się do niej łodziami, mijając po obu stronach kanału drewniane domki zbudowane na palach – jedne bardzo atrakcyjne, inne dość zaniedbane. Uwagę przyciąga przede wszystkim mnóstwo różnobarwnych roślin odbijających się w wodzie. Dopłynąwszy na miejsce, na dużej sali ze sceną pośrodku można było obserwować widowisko. Tresura polegała na tym, że kilku młodych Tajów próbowało okiełznać niebezpieczne gady. Wiele osób obserwujących te wyczyny jest autentycznie zafascynowanych ich zmaganiami, o czym świadczy pełna napięcia cisza. Po kilku, podobno bardzo niebezpiecznych pokazach, można dotknąć i pogłaskać jednego z jadowitych węży, nieoczekiwanie miłego w dotyku, wcale nie śliskiego i nie zimnego.

Punkt kolejny – zwiedzanie mostu na rzece Kwai i muzeum związanego z jego budową (w pobliżu miasta Kanchanaburi). Podczas II wojny światowej most ten, wraz z budowaną koleją, miał połączyć Tajlandię z Birmą, by Japończycy mogli dokonać inwazji na Indie. Z miejscem tym wiąże się wiele opowiadań i filmów, zaś najwięcej mogliby o nim opowiedzieć ci, którzy przeżyli koszmar budowy. Niestety, ok. 100 tys. robotników azjatyckich i ok. 50 tys. jeńców alianckich, głównie Anglików, ale też Australijczyków i Holendrów, zmuszonych przez okupantów japońskich do katorżniczych robót, przypłaciło tę budowę własnym życiem. Ich praca – bez odpowiedniego wyżywienia, do tego w tropikalnym klimacie – często trwała kilkanaście godzin na dobę. Tamten most, zbudowany kosztem wielkiego cierpienia tysięcy istnień ludzkich, został zburzony przez aliantów przed oddaniem go do użytku. Dziś w tym samym miejscu znajduje się nowy most, po którym można się przejść, zrobić pamiątkowe zdjęcie i pomyśleć o tragicznym losie ludzi, których zmuszano do wielomiesięcznej wyniszczającej pracy. Warto odwiedzić też małą jaskinię z posągiem Buddy, w której przed laty modlili się budowniczy tego mającego strategiczne znaczenie obiektu.

Biura proponują też wyprawę nad rzekę z kołyszącą się na niej niepozorną budowlą. Po chybotliwym, dziurawym mostku turyści dostają się do wnętrza. Na początku, starym już zwyczajem, trzeba zdjąć i zostawić buty, a następnie wąskim korytarzem dostać się do przydzielonych pokoi. Było ich kilka na pokładzie, przy nich prowizoryczne łazienki, z wodą pochodzącą prawdopodobnie  bezpośrednio z rzeki, na co wskazywał brunatny kolor. Aby uniknąć chorób tropikalnych, mycie zębów odbywało się przy pomocy wody butelkowanej – na szczęście nie ma z nią problemów, można ją kupić w rozsądnej cenie w każdym sklepie spożywczym. Na barce, w ramach wycieczki, spędziliśmy dwie noce. Pobyt w tym miejscu okazał się wspaniałym, relaksującym wypoczynkiem po mocno zatłoczonym i hałaśliwym Bangkoku oraz zwiedzeniu miejsca nad rzeką Kwai, przypominającego hitlerowski Oświęcim w azjatyckim wydaniu. Oprócz kojącego bujania na wodzie, możliwości podziwiania prawdziwie rajskich widoczków – palm, różnobarwnych kwiatów, drzew z dojrzewającymi bananami, pomarańczami, grejpfrutami, cudnych wschodów i zachodów słońca, słuchania nieznanych wcześniej ptasich głosów – można było także odbyć wycieczkę tratwą po rzece, przejechać się na słoniach  (a dla chętnych, za dodatkową opłatą, odbyć kąpiel wraz z tymi zwierzętami, podobno bardzo przyjemną i orzeźwiającą), a także spotkać się z tygrysami i innymi zwierzętami w Ośrodku Buddyjskim.

Dzięki między innymi takim atrakcjom pobyt w Tajlandii może być bardzo udany, pouczający, przyjemny, a jednocześnie nierujnujący kieszeni.

Renata Nowacka-Pyrlik

 

Na początek

 

zdrowie

 

Bliżej słońca

Lato to pora, w której wystawiamy się na słońce. Poprawiając w ten sposób urodę, nie zdajemy sobie sprawy, że dostarczamy organizmowi coś znacznie ważniejszego. Chodzi o witaminę D, zwaną nie bez racji „szarą eminencją medycyny”. Pod wpływem światła słonecznego nasza skóra produkuje ją w ilości pokrywającej 90 procent dobowego zapotrzebowania. Ma to ogromne znaczenie dla prawidłowego funkcjonowania każdego z nas.  

Przed laty niedobory witaminy D kojarzono głównie z krzywicą, na którą zapadały dzieci. Choroba zmiękczała ich kości, powodując deformację kończyn, m.in. pałąkowate nogi. Dziś wiadomo, że jej brak przyczynia się do rozwoju także wielu innych schorzeń. Uczeni odkryli bowiem ważną prawidłowość: witamina D steruje aktywnością blisko tysiąca genów w naszym DNA. Jest niezbędna dla właściwego funkcjonowania serca, systemu nerwowego, procesów krążenia krwi, pracy układu odpornościowego. Zmniejsza ryzyko zachorowań na nowotwory (zwłaszcza piersi), prostaty, jelita grubego oraz białaczkę. Potrafi stymulować do pracy geny produkujące specjalne białka – coś w rodzaju naszych „wewnętrznych antybiotyków”. Zwalczają one bakterie, wirusy i grzyby. To dlatego latem rzadziej zapadamy na rozmaite infekcje, a z naszej skóry znikają pryszcze i inne „ozdoby”. Do niezwykłych właściwości witaminy D dochodzi jeszcze jedna: hamuje ona stany zapalne. Dzięki temu pomaga leczyć tzw. choroby autoimmunologiczne (niekontrolowane zapalenia niszczące różne narządy), między innymi niektóre rodzaje cukrzycy, stwardnienie rozsiane, pewne choroby jelit.

Zmiany trybu życia, zanieczyszczenia atmosferyczne, a także stosowanie filtrów słonecznych sprawiły, że współczesny Europejczyk otrzymuje zaledwie drobną część dawki promieniowania UV, jaką wchłaniała skóra jego przodków. Według najnowszych badań epidemiologicznych stężenie witaminy D w surowicy u osób zamieszkujących nasz kontynent, a więc także u Polaków, jest grubo niższe od optymalnego. Dlatego w latach czterdziestych ubiegłego wieku w wielu krajach zachodnich zaczęto wzbogacać żywność w witaminę D. Pionierem była Wielka Brytania, ale tam wkrótce tego zaniechano, bo pojawiły się przypadki jej przedawkowania u dzieci. Powodem była niedoskonałość metod laboratoryjnych, służących do oznaczania stężenia witaminy D w żywności. Dziś zatrucia tą substancją są niezmiernie rzadkie: zdarzają się, kiedy spożywamy ją w dawkach większych niż zalecane, przez długi okres. W Stanach Zjednoczonych dodaje się dziś witaminę D do wielu produktów, między innymi do mleka, masła i margaryny, soków i płatków śniadaniowych.

Specjaliści w wielu krajach prowadzą badania weryfikujące zalecane przez lekarzy dzienne spożycie witaminy D. Mówi się, że prawdopodobnie będzie konieczne ich podniesienie nawet pięciokrotnie. Według ustaleń Amerykańskiego Instytutu Medycyny dopuszczalna bezpieczna dzienna dawka witaminy D dla dzieci poniżej jednego roku życia wynosi 1000 jednostek (jedna jednostka równa się 0,025 mg witaminy), a dla dorosłych – dwa razy tyle. Nie znaczy to, że mamy przez okrągły rok zażywać kropelki z tą substancją. W okresie lata nasza skóra potrafi sama wytwarzać witaminę D. Wystarczy, byśmy w kostiumie plażowym wystawili swoje ciało na działanie promieni słonecznych przez 15-30 minut, a wyprodukuje ono jej tyle, ile uzyskalibyśmy, wypijając 200 szklanek mleka.

– W naszych warunkach klimatycznych – mówią dermatolodzy – odpowiednie zaopatrzenie organizmu w witaminę D można osiągnąć w okresie od marca do września, eksponując ciało na słońce przez 15 minut pomiędzy godziną 10 a 15. Powinno ono docierać do co najmniej 18 procent powierzchni naszej skóry. To nie są wygórowane wymagania – wystarczy kwadrans spaceru z odsłoniętą głową, szyją, rękoma, nogami czy odrobiną pleców. Tyle że dla wielu osób wyjście z domu oznacza dziś zjazd windą, przejazd samochodem przez miasto, zaparkowanie w pobliżu miejsca pracy, a potem powrót do domu. W takiej sytuacji można zapomnieć nawet o tym minimum.

Każdy z nas ma inny fototyp karnacji. Im jest ona ciemniejsza, czyli zawiera więcej barwnika melatoniny, tym mniej produkuje witaminy D. Dlatego osoby ze śniadą cerą mogą nieco dłużej od „bladolicych” przebywać na słońcu bez ryzyka oparzeń. Najlepiej wystawiać się na promienie słoneczne krótko – po kilka minut, ale robić to regularnie. Osoby o niezwykle jasnej skórze, dla których nawet krótki kontakt ze słońcem może być niebezpieczny, powinny wzbogacić swoją dietę preparatami z witaminą D. Od października do marca to zalecenie dotyczy wszystkich. Osobom powyżej 65. roku życia lekarze zalecają witaminę D w kropelkach przez cały rok. W uzupełnianiu jej niedoborów pomaga jedzenie ryb i zażywanie tranu.

Hasło „bliżej słońca” nie oznacza, byśmy tego lata wylegli na plażę, nie zabezpieczając skóry odpowiednim filtrem. Dermatolodzy nie bez powodu ostrzegają, że nadmierne opalanie może skutkować groźnym nowotworem skóry – czerniakiem. Warto pamiętać, że krem z filtrem 15 zmniejsza skórną syntezę witaminy D o blisko 100 procent. Można go polecać tylko tym, którzy lubią długie kąpiele słoneczne. Bardziej zdroworozsądkowy wydaje się umiarkowany flirt z promieniami UVB, przy zabezpieczeniu skóry kremem z niższym faktorem. Niektóre leki w kontakcie ze słońcem mogą tworzyć niebezpieczne związki, wywołujące przebarwienia skóry, wysypki lub oparzenia. Silne właściwości fotouczulające mają między innymi sulfonamidy (np. biseptol), niesteroidowe leki przeciwzapalne (ibuprofen, naproksen itp.), antyseptyki (niektóre pochodne kwasu salicylowego), środki hormonalne zawierające estrogeny i progesteron, niektóre antydepresanty. Przed „flirtem” ze słońcem warto więc zasięgnąć opinii swojego lekarza. W związki z promieniami UVB – nie zawsze szczęśliwe – wchodzą też substancje zawarte w perfumach i kosmetykach. Najlepiej więc zostawiać je w domu przed wyjściem na plażę.

Aby podreperować zdrowie, bierzemy zazwyczaj leki, brak witamin uzupełniamy suplementami diety. Bywa, że te ostatnie, zamiast pomagać – szkodzą. Witamina  D, pozyskiwana w naturalny sposób przez pół roku, jest bezpieczna: jej nadmiar zsyntetyzowany w skórze ulega rozkładowi pod wpływem promieniowania UVB. Nie sposób więc zatruć się nią poprzez opalanie. Znane porzekadło głosi, że słońce to najlepszy lek na nasze bolączki. Co robić, kiedy z nim przeholujemy?

Najprostsza rada to chłodne okłady i zażywanie niesteroidowych leków przeciwzapalnych. Z domowej apteczki warto polecić preparaty do smarowania zawierające wyciąg z aloesu. Pomocne mogą być też specjalne pianki do stosowania na poparzoną skórę. Działają łagodząco, chłodząco, zwiększają elastyczność i nawilżenie skóry, przyspieszają jej odbudowę. Jeśli skóra jest bardzo spieczona i pojawiły się rany, trzeba użyć jałowych opatrunków oraz – stosowanych zewnętrznie – leków przeciwbakteryjnych. Koniecznie należy udać się do lekarza. No i nie ma już mowy – przynajmniej na jakiś czas – o żadnym słońcu.

(BWO)

 

Na początek

 

ruszajmy się

 

Taniec dobry na wszystko

Trudno jest zdefiniować taniec jednym zdaniem. Dla niektórych jest to jedynie forma sportu, dla innych szeroka dziedzina sztuki, dla pozostałych sposób wyrażania emocji. Słownik formułuje taniec jako zespół celowych elementów ruchowych, najczęściej zsynchronizowanych z muzyką, mający określony rytm. Jednak pewne jest, że ma on w sobie coś głębszego. 

Taniec towarzyszył ludziom od zawsze. Odkrycia archeologiczne wskazują, że pierwsze plemiona ludzkie praktykowały różnego rodzaju rytuały, najczęściej powiązane z tańcem lub bardzo mu bliskie. Najstarsze zapisy pochodzą sprzed ponad 1000 lat przed Chrystusem z Biblii i dzieł Homera.

Taniec jest niezwykle ważną sferą życia ludzkiego. Ze względu na wiele funkcji, jakie może spełniać, jest realizowany w takich  dziedzinach jak: religia, rozrywka i sztuka.  Dzięki temu, że wyraźnie wpływa na zdrowie psychiczne, wykorzystywany jest także jako przynosząca znakomite efekty forma terapii. Dla wielu jest źródłem utrzymania, szczególnie dla tancerzy scenicznych. Jest jednocześnie jedną z szerszych dziedzin sportowych. Poszczególne odmiany tańca mają  swoje federacje, w których rozgrywane są różnego rodzaju zawody, konkursy, festiwale i pokazy. Elementy tańca pojawiają się również w sportach olimpijskich, takich jak: gimnastyka artystyczna, łyżwiarstwo figurowe oraz pływanie synchroniczne, a ponadto w różnego rodzaju sportach zdrowotnych, takich jak fitness i aerobik.

Istnieje wiele odmian i stylów tanecznych. Tempo, rodzaj muzyki i przede wszystkim stosowanie charakterystycznych figur i układów ruchowych wskazują nam na ich rodzaj.  Jednak w niektórych stylach  pozostaje duża przestrzeń na nowatorstwo i artystyczne podejście oraz improwizację. Często elementy, jakie składają się na dany taniec, przeplatają się i niejednokrotnie ten sam rodzaj ruchu może spełniać różne funkcje: rozrywkową, sceniczną lub nawet religijną.

Wśród różnych rodzajów tańca na szczególną uwagę zasługują:

1. Taniec sceniczny (przybiera formę pokazu scenicznego, czyli spektaklu), w którym  między innymi można wyróżnić:

• taniec klasyczny (balet), który charakteryzuje się ścisłymi regułami i technikami;

• taniec współczesny (teatr tańca), gdzie poprzez taniec ukazuje się historie i emocje, które są ważniejsze od zastosowanych technik; jego formą mogą być spektakle taneczne, musicale;

• taniec kulturowy − wywodzi się z religii lub tradycji danego regionu − to np. klasyczne tańce hinduskie, buto (tradycyjny taniec japoński), kabaret (kankan) i wiele innych.

2. Taniec rozrywkowy:

• taniec towarzyski − wywodzi się z tradycji tańca dworskiego i salonowego dworów europejskich XVII i XIX wieku. Tańczony jest w parach i może mieć charakter sportowy, kiedy jest oceniany przez sędziów. W klasycznym ujęciu w jego skład wchodzą dwa style, które oglądamy na turniejach tańca towarzyskiego: tańce standardowe (walc angielski, walc wiedeński, tango, slow-fox, quick step) oraz tańce latynoamerykańskie (samba, cha-cha-cha, rumba, paso doble, jive). Do tańców towarzyskich zalicza się również wiele innych. Najpopularniejsze to: salsa, boogie, rock and roll, mambo, tango argentyńskie;

• taniec ludowy − wywodzi się z tradycji zabaw wiejskich całej Europy, stąd wiele narodów ma własne tańce narodowe i regionalne. W Polsce do tańców narodowych zaliczają się: oberek, kujawiak, mazur, krakowiak i polonez, a do najbardziej popularnych – czeska polka, grecka zorba, rosyjska kalinka czy irlandzki step. Tańczy się je najczęściej w celach rozrywkowych lub poznawczo-turystycznych danego regionu oraz jako pokazy na festiwalach, aby popularyzować lokalne lub narodowe tradycje i stroje;

• taniec nowoczesny. W ostatnich latach powstało wiele jego odmian i technik.  Charakterystyczne w najnowszych tendencjach jest tańczenie solo lub zsynchronizowane pokazy grupowe. Styl uliczny to popularny wśród młodych ludzi hip-hop. Inną odmianą jest widowiskowy breakdance. Popularnością cieszą się również electric boogie, disco, funky lub wywodzące się z innych kultur – boollywood dance czy afro. Najważniejsza jest radość czerpana z samego ruchu, kreatywność. Często różne popularne techniki nauczane są razem jako modern dance, który jest lansowany na koncertach i w teledyskach różnych gwiazd współczesnej sceny muzycznej.

Taniec jest bardzo rozbudowaną dziedziną oraz doskonałą formą ruchu. Uprawianie go wywiera pozytywny wpływ na wiele sfer życia i  funkcjonowania człowieka.

Sfera psychiczna. Taniec to doskonała forma rozrywki, która pozwala się odstresować i zrelaksować. W zależności od rodzaju, może wprowadzać wyciszenie i harmonię lub rozładowywać napięcie emocjonalne, prowadzić do uniesień i wzruszeń, wprowadzać w doznania artystyczne, zbliżać do siebie ludzi, ukazywać emocje poprzez ruch, wyładowywać agresję i fizyczne napięcie.

Sfera fizyczna. Nauka nowych zadań ruchowych i synchronizacja całego ciała oraz zachowanie rytmu doskonale kształtują koordynację ruchową, która pozwala na sprawowanie  większej kontroli nad własnym ciałem. Wprowadza grację poruszania się, lekkość i swobodę ruchu, kształtuje odwagę okazywania emocji. Dodatkowo tańcząc, zapomina się o zmęczeniu, a trenując dłuższy czas, kształtuje się wytrzymałość. Jest to bardzo ważna cecha motoryczna w ujęciu zdrowotnym, ponieważ poprawia głównie sprawność układu krążeniowo-oddechowego.

Sfera kulturowa i społeczna. Taniec jest popularny w różnych grupach społecznych. Był i nadal jest przejawem dobrego wychowania. Pozwala nawiązywać nowe znajomości, przyjaźnie. Poprawia wizerunek oraz sprzyja pożądanej w dzisiejszych czasach sylwetce. Pozwala być częścią grupy lub utożsamiać się z jakąś kulturą lub tradycją.

Jeśli ktoś nigdy nie tańczył, a miałby chęć, istnieje wiele szkół dla amatorów. Duże miasta mają szczególnie bogatą ofertę, wystarczy zapisać się na zajęcia. W mniejszych miejscowościach również można uczyć się tańczyć od profesjonalnych instruktorów, ale zazwyczaj w tych odmianach tańca, które są tradycją w danym regionie czy miejscowości lub po prostu jest na nie zapotrzebowanie. Także w niektórych klubach Stowarzyszenia „Cross” działają sekcje tańca towarzyskiego.

Szczególnie polecam naukę tańca osobom niewidomym, głównie w celach pragmatycznych. Taniec daje poczucie wolności i niezależności. Dzięki niemu wzrasta poczucie własnej wartości. Wyrabia u niewidomych tancerzy estetykę ruchów, dzięki której na co dzień lepiej się poruszają, bardziej płynnie i swobodnie.

Zachęcam więc do częstego tańczenia w formie i stylu, które najbardziej odpowiadają naszym indywidualnym predyspozycjom. Również w formie twórczej i radosnej improwizacji przy ulubionej muzyce. Najważniejsze, żebyśmy się ruszali i czerpali z tego jak najwięcej satysfakcji i szczęścia. Wydaje mi się, że entuzjazm, pozytywny charakter oraz prozdrowotne cechy, które niesie taniec, sprawiają, że stał się on lekarstwem na  współczesny siedzący i stresujący tryb życia. Zapraszam do odważenia się i spróbowania sił w tańcu, bo jak mówią słowa popularnej piosenki: „najtrudniejszy pierwszy krok”.

Krzysztof Koc

 

Na początek

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Ofiara gońca na polu h7

Poświęcenie gońca na polu h7 jest często spotykaną i skuteczną formą ataku na  króla po roszadzie. W operacji biorą udział przynajmniej trzy figury: goniec, którego oddaje się za pionka h7, oraz hetman i skoczek, stwarzający siatkę matową. W wielu przypadkach ten ostatni tandem figur potrzebuje jeszcze wsparcia, zwykle pionka h2 lub wieży. W swej najprostszej postaci cała operacja przebiega następująco:

 

S. Owsiejewicz - C. Koeffner, Erbendorf 2006

Białe: Kg1, Hd1, Wa1, Wf1, Gc1, Gd3, Sf3, Sg3, a3, b2, c3, e5, f2, g2, h2

Czarne: Kg8, Hd8, Wc8, Wf8, Gb7, Gc5, a6, b5, d7, e6, f7, g7, h7

1.G:h7+ K:h7? Mniejszym złem było nieprzyjęcie ofiary 1...Kh8 2.Gc2 f5, godząc się ze stratą pionka 2.Sg5+ Kg8 W tym przykładzie czarne nie mają możliwości zagrania 2...Kg6? 3.Hh5x, ale w innych sytuacjach trzeba się z tym ruchem liczyć  3.Hh5 We8 Jedyny ruch przedłużający grę, teraz jednak ginie pionek f7 4.H:f7+ Kh8 5.Hh5+ Kg8 6.Hh7+ Po 6.Hf7+ można zremisować, dając wiecznego szacha, ale mat jest starszy… 6…Kf8 7.Hh8+ Ke7 8.H:g7x

Poprawność kombinacji gwarantują dwie okoliczności: brak kontroli czarnych nad polem g5 (np. przy gońcu na e7 kombinacja nie przechodzi) oraz niemożność obrony pola h7 (gdyby nie biały pionek na e5, czarne wygrywały po 3…Sf6). Oto kilka przykładów bardziej skomplikowanej gry po oddaniu gońca:

 

Obrona francuska

A. Moroziewicz - G. Hertneck, 1999

1.e4 e6 2.d4 d5 3.Sc3 Gb4 4.e5 Se7 5.a3 G:c3+ 6.bc3 c5 7.Hg4 0–0 8.Gd3 Hc7 9.Sf3 Sbc6? Lekkomyślna decyzja. Ruch ten powinien zostać poprzedzony profilaktycznym 9...Sg6 lub 9...Sf5

10.G:h7+! K:h7 Tym razem nie ma 10...Kh8, bo 11.Hh5 11.Hh5+ Kg8 12.Sg5 Wd8 13.H:f7+ Kh8 14.Hh5+ Kg8 15.Ge3 W tej chwili białe mają tylko wieczny szach, ale największym problemem czarnych są trudności z przerzuceniem figur do obrony monarchy. Daje to atakującej stronie czas na podciągnięcie rezerw 15…Sf5 16.Hh7+ Kf8 17.g4 Sh6 Po 17...cd4 18.gf5 H:e5 19.cd4 S:d4? był możliwy taki efektowny wariant: 20.Hh8+ Ke7 21.H:d8+! K:d8 22.Sf7+ z wygraną 18.Hh8+ Sg8 19.h4 Marsz tego pionka to nie tylko wsparcie bezpośredniego ataku, ale również przygotowanie  włączenia wieży do gry przez trzecią linię lub przez linię „h”  19…cd4 20.cd4 Sce7 21.h5 Solidniejsze było 21.Gd2  21...Hc3+ 22.Ke2 H:c2+ 23.Kf3 Sc6?! (23…Gd7) 24.Wac1 Hd3 25.Whd1 H:a3 26.Kg2 Gd7 Jeśli 26...He7, to 27.Wh1 S:d4 28.h6 gh6 29.W:h6 z decydującymi groźbami 27.Wh1 W końcu wieża wkracza do akcji przez trzecią linię 27...Wac8 Lub 27...We8 28.Wh3 S:d4 29.Wc7 We7 30.h6 28.Wh3 Sce7 29.Wf3+ (29…Ke8 30.H:g7) 1-0

 

Obrona Alechina

R. Bernard - A. Maciejewski, Łódź 1975

1.e4 Sf6 2.e5 Sd5 3.c4 Sb6 4.c5 Sd5 5.Sc3 e6 6.d4 d6 7.cd6 cd6 8.Sf3 Sc6 9.ed6 G:d6 10.Gd3 Ha5?! Ryzykowna decyzja. Solidniejsze było 10...0–0 lub 10...Sf4 11.G:f4 G:f4 11.0–0!? Białe poświęcają pionka za szybkie zakończenie rozwoju.  Mniej energiczne było 11.Gd2 Sf4 11...S:c3 12.bc3 H:c3 13.Wb1 0–0? W centrum król czuł się, o dziwo, bezpieczniej... Prawidłowe było 13...Ha5 14.Wb5!? Hc7 15.We1 ze złożoną grą 14.Wb3?! Możliwe i lepsze było poświęcenie gońca już w tym momencie: 14.G:h7+! K:h7 15.Sg5+, np. 15…Kg6 16.Se4 i białe odbierają figurę 14...Ha5 15.Wb5 H:a2 16.G:h7+ K:h7 17.Sg5+ Kg8?! Więcej szans dawało 17...Kg6 18.Se4 (Grozi 19.Hh5x i 19.S:d6)  18...G:h2+ 19.K:h2 f5! i prawdopodobnie białe nie mają nic więcej niż remis. Komputer podaje m.in. taki efektowny wariant:  20.Wb3 Wh8+ (Przegrywa 20...fe4? 21.Wg3+ Kf6 22.Hh5) 21.Kg1 Wh4 (Ale nie 21...fe4? 22.Hg4+ Kf7 23.Wg3 Wg8 24.Hg6+ Ke7 25.Ga3+) 22.Wg3+ Kf7 23.Sd6+ Kg8 24.Gg5 Wh7 25.Gf6 Gd7 26.Hh5!? W:h5 27.W:g7+ Kf8 28.Wf7+ Kg8 29.Wg7+ z wiecznym szachem 18.Hd3! Konieczna jest przesłona przekątnej b1–h7. Błędem było 18.Hh5? Hc2! 18...f5 Słabe 18…g6? 19.Hh3 Kg7 20.Hh7+ Kf6 21.S:f7! i atak szybciej dosięga celu 19.Hh3 Wf7 Jedyne. Pionka g7 trzeba bronić 19...Wf6? 20.Hh7+ Kf8 21.Hh8+ itd.  20.d5! Otwarcie linii „e” daje dodatkowe możliwości ataku 20...Sd4?! Przegrywało też 20...ed5 21.Hh7+ Kf8 22.Hh8+ Ke7 23.Hg8!? Se5 24.We1. Najwięcej szans dawało 20...Sd8, ale i wówczas po  21.Hh7+ Kf8 22.Hh8+ Ke7 23.Se4! fe4 24.Gg5+ białe powinny zwyciężyć 21.Hh7+ Kf8 22.Hh5!? Se2+ Lub 22...Wc7 23.Hh8+ Ke7 24.H:g7+ Ke8 25.H:d4  23.Kh1 g6 Jeśli 23...Wc7, to 24.Hh8+ Ke7 25.H:g7+ Ke8 26.Hg6+ Ke7 27.S:e6 z matowym atakiem 24.Hh8+ Ke7 25.de6 Hc4 Na 25...G:e6 nastąpiłoby 26.W:b7+ i 27.H:a8 26.ef7 Sg3+ 27.hg3 H:f1+ 28.Kh2 Kd7 29.Wd5 i czarne poddały się.

Jeśli po szachu skoczkiem na g5 król odchodzi na 6 linię, to gra ma bardziej złożony charakter, choć czasami też może się szybko zakończyć: 1.G:h7+! K:h7 2.Sg5+ Kg6 3.Hd3+ f5 Jedyne 4.ef6+ Kh5 (4...K:f6 5.W:e6x) 5.Hh7+ Kg4 6.h3x

 

C. Schlechter - H. Wolf, Ostenda 1905

Białe: Kg1, Hd1, Wf1, Gb1, Sf3, b2, d4, e5, f2, g2, h2

Czarne: Kg8, Hb8, Wf8, Ga8, Se7, b5, c4, d5, f7, g7, h7

19.G:h7+! K:h7 Tu nie można wykupić się pionkiem: 19...Kh8 20.Sg5! g6 21.Hf3 z szybkim końcem 20.Sg5+ Kg6 Po 20...Kg8 21.Hh5 We8 22.H:f7+ Kh8 najprościej wygrywa 23.Se6 z dużymi zyskami materialnymi. Jeśli 20...Kh6, to też 21.Hg4! (Grozi 22.Hh4+ Kg6 23.Hh7+ K:g5 24.f4+ Kg4 25.Hh3x) 21...Sg6 22.f4 (Z ideą 23.Hh3+) 22...Hc8 23.f5 itd. 21.Hg4! W tym przypadku po szachu po przekątnej 21.Hc2+ f5! (21…K:g5? 22.Hh7!) 22.ef6+ K:f6 23.Sh7+ Kf7 24.S:f8 K:f8 pozycja nie była jasna 21...f5 Jedyne wobec groźby 22.Se6+ Kh6 23.H:g7+ 22.ef6 gf6 Po 22...K:f6 23.We1 nie ma obrony przed 24.We6+ Jeśli 22...W:f6, to 23.Se6+ Kf7 24.H:g7+ K:e6 25.We1+ z wariantami podobnymi jak w partii 23.Se6+ Kf7 24.Hg7+ K:e6 25.We1+ Kf5 (25...Kd7 26.H:e7+) 26.Hh7+ Kg5 27.W:e7 Wg8 28.We3 b4 Rozpacz 29.Wg3+ H:g3 (29…Kf4 30.Wf3+ Kg4 31.h3+) 30.H:g8+ i czarne skapitulowały.

 

A. Moisiejenko - I. Nowikow, Montreal 2004

Białe: Kg1, Hd1, Wa1, Wf1, Gc1, Ge4, Sf3, d4, e5, f2, g2, h2

Czarne: Kg8, Ha5, Wb8, Wf8, Gb7, Ge7, a3, c6, e6, f7, g7, g7

18.G:a3 G:a3? Umożliwia przeprowadzenie naszej tematycznej kombinacji. Po 18...Hd8 19.G:e7 H:e7 20.Wa7 białe miały tylko pozycyjną przewagę 19.G:h7+! K:h7 Po 19…Kh8 najszybciej wygrywało 20.Sg5 g6 21.Hg4 Kg7 22.S:e6+! K:h7 (22…fe6 23.H:g6+ Kh8 24.Gg8!) 23.Hh4+ Kg8 24.Sg5 20.Sg5+ Kg6 Po 20...Kg8 nastąpiłby znany nam już schemat 21.Hh5 Wfe8 22.H:f7+ Kh8 23.S:e6 W:e6 24.H:e6 Sf8 25.Hh3+ i po zabraniu gońca a3 białe zostają z materialną przewagą i atakiem. Jeśli 20...Kh6, to 21.Hd3 K:g5 22.Hh7! (Ale nie 22.W:a3? H:a3! i czarne mają się dobrze), odcinając królowi drogę powrotu, np.  22...S:e5 23.de5 g6 24.f4+ Kf5 25.Hh3+ Ke4 26.Hf3+ Kd4 27.W:a3 itd. 21.Hd3+ f5 (21...K:g5 22.Hh7!) 22.S:e6 Wa8 Nie zmieniało oceny pozycji 22...Wfe8 23.W:a3 Hb4 24.Sf4+ Kh7 25.H:f5+ Kg8 26.Wh3 ani 22...Ga6 23.Hg3+ Kf7 24.S:f8 K:f8 25.W:a3 Hb5 26.W:a6!? H:a6 27.e6 23.Wfb1! Jest ciekawe, że do takiej samej pozycji doszło w partii R. Kasimdżanow – A. Lesiege (Stambuł 2000), w której teraz po 23…Gc8 24.Wb3 czarne poddały się… 23…Wfb8 To posunięcie przedłuża opór, ale nie ratuje partii 24.Sf4+ Kf7 25.H:f5+ Ke7 Jeśli 25...Kg8, to 26.He6+ Kh7 27.Wb3 26.He6+ Kd8 27.Hg8+ Sf8 Po ruchu królem następuje natychmiastowy mat 28.Se6+ Kc8 (28…Ke7 29.S:f8) 29.S:f8 Hd8 30.W:a3 (30…W:a3 31.He6+ Kc7 32.Hf7+ Kc8 33.Hf5+ Kc7 34.Se6+)  1–0

 

Gambit hetmański

L. Poługajewski - M. Tal, Moskwa 1969

1.c4 Sf6 2.Sc3 e6 3.Sf3 d5 4.d4 c5 5.cd5 S:d5 6.e4 S:c3 7.bc3 cd4 8.cd4 Gb4+ 9.Gd2 G:d2+ 10.H:d2 0–0 11.Gc4 Sc6 12.0–0 b6 13.Wad1 Gb7 14.Wfe1 Sa5 15.Gd3 Wc8 16.d5!? ed5 17.e5! Sc4?! Słabe jest 17...g6 18.Hh6. Współczesne podręczniki debiutowe zalecają tu czarnym 17...He7 18.Hf4 f5 19.Sd4 g6 z niewielką tylko przewagą białych 18.Hf4 Sb2 Jeśli 18...h6, to 19.Hf5 g6 20.Hh3 Kg7 21.e6!

19.G:h7+! K:h7 20.Sg5+ Kg6 Po 20…Kg8 21.Hh4 We8 22.Hh7+ Kf8 rozstrzygało 23.e6! z groźbą 24.e7+ i 25.Hh8x, np. 23…fe6 24.Hh8+ Ke7 25.H:g7+ Kd6 26.Sf7+ 21.h4! Ten pionek zrobi karierę w partii… 21…Wc4! Po 21...f6 wygrywało 22.h5+! K:h5 23.g4+ Kh6 24.Hh2+. Jeśli 21...f5, to 22.Wd4! Kh5 (Na 22...He7 nastąpi 23.h5+ K:h5? 24.Hh4+ Kg6 25.Hh7+ K:g5 26.f4+ Kg4 27.Hh3x) 23.Se6 He7 24.Hd2! z groźbą 25.Sf4+ 22.h5+ Kh6 Nie wolno 22...K:h5? 23.g4+ Kg6 24.Hf5+ Kh6 25.S:f7+ W:f7 26.Hh5x 23.S:f7+ Kh7 (23…K:h5? 24.g4+) 24.Hf5+ Kg8 25.e6! Hf6 Po 25...He7 wygrywało 26.h6! Wh4 27.Wd4! 26.H:f6 gf6 Po forsownym przebiegu gra przeszła do lepszej dla białych końcówki 27.Wd2 Wc6  Słabsze było 27...Wb4 28.a3 Wb3 29.e7 We8 30.Sd6 Gc6 31.S:e8 G:e8 32.h6, ale zasługiwało na uwagę 27...Sa4!? 28.Sd6! Gc6 29.e7 We8 30.S:e8 G:e8 31.W:d5 Kf7 z szansami na ratunek 28.W:b2 We8 Alternatywą było 28...Gc8 29.e7! We8 30.Sd8 Wc7 31.Wd2 We:e7 32.W:e7 W:e7 33.W:d5 29.Sh6+! Kh7 Po 29...Kf8 białe grały też 30.Sf5 np. 30…Wc:e6 31.W:e6 W:e6 32.Wd2 We5 33.g4 itd. 30.Sf5 We:e6 31.W:e6 W:e6 32.Wc2! Wc6 33.We2 Gc8? Więcej szans na ratunek było w wariancie 33...Wc7 34.We6 Wd7 35.W:f6 d4 36.Kf1 d3 37.Ke1 d2+ 38.Kd1 Ge4! (38…G:g2? 39.Wh6+ Kg8 40.Wg6+) 39.Sd6 G:g2 40.K:d2 34.We7+ Kh8? Niedoczasowy błąd przyspieszający przegraną, ale i po 34...Kg8 35.Sh4 f5 (Inaczej nastąpi h5-h6) 36.W:a7 pozycja była nie do uratowania 35.Sh4 Grozi 36.Sg6+ Kg8 37.h6 i 38.Wg7x 35...f5 36.Sg6+ Kg8 37.W:a7 i czarne poddały się.

Ryszard Bernard

 

Na początek

 

Gramy w warcaby

W dniach 30.04-5.05.2013 r. w Firleju koło Lublina rozegrano już po raz dziesiąty turniej o Puchar Ziemi Lubelskiej w warcabach stupolowych. Turniej miał charakter integracyjny i udział w nim wzięło  72 zawodników i zawodniczek, w tym także spoza naszego środowiska. Bardzo duży sukces odniosła zawodniczka „Victorii” Białystok Ewa Wieczorek, która zajęła drugie miejsce, pokonując m.in. zwycięzcę turnieju Józefa Bajdaka.

 

Ewa Wieczorek („Victoria” Białystok) – Józef Bajdak („Hetman” Lublin)

1. 32-28 18-23 2. 33-29 23x32 3. 37x28 19-24 4. 39-33 14-19 5. 44-39 20-25 6, 29x20 25x14 7. 41-37 12-18 8. 37-32 7-12 9. 46-41 16-21 10. 31-27 21-26 11. 41-37 17-22 12. 28x17 11x31  13. 36x27 6-11 14. 50-44 11-17 15. 27-21 17-22 16. 21-16

Pozycja czarnych wygląda trochę lepiej z powodu słabego bandowego kamienia białych na 16, jednak białe mają przewagę w rozwoju (+3 tempa), co sprawia, że standardowe posunięcie w tego typu pozycjach 16... 22-27 nie gwarantuje utrzymania inicjatywy. Przewaga tempa u białych wzrosłaby do +7. Czarne powinny zagrać 16... 1-7 z planem zdobycia przewagi temp w dalszej części partii, co w otwartej pozycji ma duże znaczenie.

16... 19-23?

To zagranie jest korzystne dla białych, gdyż daje im możliwość zwiększenia tempa do +5 przy jednoczesnym zwiększeniu kontroli w centrum.

17. 34-29! 23x34 18. 40x29 14-19 19. 32-28!

Białe zaczynają  przejmować inicjatywę. Słabe byłoby 19... 12-17  z powodu 20. 37-31

19... 10-14  20. 28 x17 12x21 21. 16x27 18-23  22. 29x18 13x31

Wprawdzie czarne po ostatnich wymianach uzyskały przewagę tempa +4, ale głównie za sprawą niegrających kamieni 26 i 31. Z tego powodu pozycyjna przewaga białych jest duża. Białe kontrolują dużą przestrzeń na warcabnicy i mogą wybierać dowolny plan gry.

23. 38-32! 31-36

Groziła korzystna dla białych wymiana 24. 42-38 31x42 25. 48x37

24. 43-38 9-13 25. 45-40 4-9 26. 40-34 5-10 27. 34-30?

Zagranie umożliwiające czarnym aktywne włączenie do gry kamieni długiego skrzydła.

27...19-24 28. 30x19 14x23 29. 35-30

Lepszym planem było 29. 44-40 30. 40-34, nie dopuszczając do klasyki w dalszej części partii.

29...10-14 30. 32-27 14-19 31. 37-31 26x37 32. 42x31 15-20 33. 38-32 20-24 34. 30-25 8-12 35. 31-26 12-17 36. 44-40 9-14 37. 33-28

Białe dopuściły do klasyki i pozycja się wyrównała, jednak osiągnięcie remisu wymaga bardzo dokładnej gry z obu stron, gdyż nawet niewielki błąd może rozstrzygnąć wynik partii w jedną lub drugą stronę. Oto przykłady: 1) 37... 13-18 38. 39-33 2-7 39. 48-42 7-12 40. 42-37 1-7 41. 47-42 a) 41... 23-29 42. 42-38 18-22 43. 27x18 12x23 44. 49-43  7-12 45. 43-39 12-18 46. 28-22 17x28 47. 33x13 19x8 48. 26-21 8-12 49. 21-16 i czarne nie mogą zagrać 49... 12-17 b) 41... 3-8 42. 42-38 8-13 43. 49-43 7-11 44. 43-39 11-16 45. 40-35 i czarne tracą materiał; 2) 37... 13-18 38. 39-33 2-7 39. 48-42 23-29 40. 42-38 18-23 41. 49-43 7-12 42. 43-39!? 3-8 43. 40-35 29-34! 44. 39x30 8-13 45. 27-21 13-18 46. 21-16 1-7 z przewagą białych; 3) 37... 13-18 38. 39-33 23-29! 39. 48-42 29x38 40. 42x33 18-23 41. 40-34 3-8 42. 49-44 8-12 43. 44-40 2-8 44. 40-35 8-13 45. 35-30 24x35 46. 33-29 13-18 47. 29-24 19x39 48. 28x10 39-43 49. 32-28 z remisem.

37... 13-18 38. 40-35 3-8 39. 39-34 8-12 40. 34-30! 1-7?

Konieczne było 40... 2-8

41. 26-21! 17x26 42. 28-22 14-20 43. 22x13 19x8 44. 30x28 20-24 45. 28-23 8-13 46. 27-21! 26x17 47. 23-19 24-29 48. 19x8 2x13 49. 25-20 13-19 50. 20-15 19-24 51. 15-10

Lepsze było najpierw 51. 48-43, które nie dawało możliwości przejścia do damki.

51... 29-34 52. 10-5 17-22 53. 5-14 24-30 54. 35x24 34-40 55. 14-3 12-18 56. 32-28

Można było 56. 3-12 i przegrywa a) 56... 36-41 57. 12x45 41-46 58. 45x1 46x30 59. 1-6 b) 56... 40-45 57. 12x1 45-50 58. 1x45

56... 22x33 57. 3-12 40-45 58. 12x38 45-50 59. 38-32 50-22 60. 24-20 7-11 61. 20-15 11-16 62. 15-10 22-6 63. 10-5 6-50 64. 32-38 50-45 65. 49-44 45-1 66. 44-39 1-12 67. 38-29 i czarne poddały się.

W ostatniej rundzie walczący o trzecie miejsce Leszek Stefanek spotkał się ze Stanisławem Raczkiem.

 

Leszek Stefanek („Hetman” Lublin) – Stanisław Raczek (KSNiS „Cross” Jastrzębie)

1. 33-29 20-25 2. 39-33 17-21

Częściej spotykany wariant to 2... 14-20 3. 44-39 10-14 4. 50-44 5-10

3. 44-39 14-20 4. 29-24 20x29

Korzystniejszym rozwiązaniem było 4... 19x30 5. 35x24 20x29 6. 33x24

5. 34x14 10x19

Teraz słabością czarnych jest bandowy kamień 25.

6. 50-44 9-14?

Niepotrzebna ostrożność. Lepsze było 6... 5-10 i 7... 10-14

7. 40-34 14-20 8. 44-40 21-26 9. 32-28 16-21 10. 37-32 26x37 11. 42x31 4-9 12. 47-42 9-14 13. 41-37 21-26 14. 49-44 5-10

Pozycja białych jest wyraźnie lepsza, głównie za sprawą słabego bandowego kamienia u czarnych na 25 oraz niekorzystnego ustawienia czarnych kamieni na długim skrzydle. Białe mogły zdecydować się na plan sprowadzenia partii do pozycji klasycznej, który to plan przy bandowym kamieniu czarnych na 25 byłby dla nich korzystny. Można było kontynuować grę, np. 15. 31-27 11-16 16. 37-31 26x37 17. 32x41. Białe wybrały przejście do ataku.

15. 34-30 25x34 16. 39x30 20-24?

Lepiej było zdecydować się na wariant 16... 20-25 17. 30-24 19x30 18. 35x24 11-17 z następnym 19... 7-11

17. 30-25! 15-20 18. 44-39?

Białe nie wykorzystały możliwości związania długiego skrzydła po 18. 40-34! Kombinacja 18... 24-29  19. 33x4 14-20 20. 25x23 18x49 21. 4x27 jest dla czarnych przegrywająca, gdyż nie można teraz grać 21... 49-44 22. 27-18 44x4 23. 31-27 4x31 24. 36x27. Przegrywa również 21... 11-17 22. 28-22 17x28 23. 32x23

18... 10-15! 19. 31-27 18-23

Przedwczesna decyzja. Należało grać 19... 11-17, kontynuując grę krótkim skrzydłem.

20. 37-31 26x37 21. 42x31 3-9?

Takie posunięcie w pozycji klasycznej wcześniej czy później ograniczy aktywność czarnych na długim skrzydle. Należało grać 21... 12-18 22... 7-12, chociaż i w tym przypadku białe mają możliwość wykorzystania w dalszej części partii słabości w pozycji czarnych w postaci braku kolumny 3-14.

22. 46-41 12-18 23. 41-37 8-12 24. 39-34! 12-17 25. 34-29 23x34 26. 40x29 7-12

Czarne nie mogły odpowiedzieć tym samym planem 26... 17-22 27. 28x17 11x22 28. 43-39! i czarne nie mają dobrych odpowiedzi a) 28... 7-12 29. 29-23 18x29 30. 27x7 1x12 31. 32-28 z dalszą przewagą białych; b) 28... 2-8 29. 29-23 18x29 30. 27x18 13x22 31. 35-30 24x35 32. 33x11 6x17; c) 28... 6-11 29. 48-43 11-16 30. 32-28 2-8 31. 28x17 18-23 32. 29x18 13x11 33. 33-28 8-13 34. 28-23 19x28 35. 27-21 16x27 36. 31x33 z lepszą pozycją u białych.

27. 43-39 2-7 28. 27-22 18x27 29. 31x22 12-18?

Partia mogła zakończyć się forsowną wygraną białych 30. 39-34 18x27 31. 32x12 7x18 32. 34-30 a) 32... 18-22 33. 28x17 11x22 34. 48-42 13-18 35. 45-40 9-13 36. 29-23 19x39 37. 30x8 b) 32... 11-17 33. 45-40 17-22 34. 28x17 18-23 35. 29x18 13x11 36. 33-28 c) 32... 18-23 33. 29x18 13x22 34. 28x17 11x22 35. 48-43 6-11 (35... 9-13 36. 33-29 24x31 37. 36x9 14x3 38. 25x23) 36. 38-32 11-17 (Nadal nie można 36... 9-13 37. 33-29 i 38. 43-38) 37. 43-38 1-7 38. 37-31 7-12 (38... 9-13 39. 32-27 13-18 40. 38-32) 39. 32-27 12-18 40. 45-40 9-13 41. 40-34 17-21 42. 27x16 24-29 43. 34x12 13-18 44. 12x23 19x39 45. 38-33 39x28 46. 16-11 z wygraną. W partii było

30. 37-31 18x27 31. 32x12 7x18 32. 38-32 1-7 33. 48-42 11-17 34. 32-27 7-12?

Czarne mogły jeszcze się bronić po 34... 17-22 35. 28x17 18-23 36. 29x18 13x11 z szansami na remis.

35. 27-22 18x27 36. 31x11 6x17 37. 35-30 24x35 38. 28-23 19x28 39. 33x11 20-24 40. 29x20 15x24 41. 11-6 24-30 42. 25x34 13-18 43. 34-29 14-20 44. 6-1 20-25 45. 29-23 18x29 46. 1x34 9-14 47. 34-23 i czarne poddały się.

Jan Sekuła

 

Na początek

 

Plebiscyt

Fundacja Sedeka ogłasza Plebiscyt 40-lecia na 10 najwybitniejszych sportowców – medalistów igrzysk paraolimpijskich w latach 1972–2012. Zapraszamy na stronę internetową www.sedeka.pl/plebiscyt-paraolimpijski, by  przyłączyć się do wyboru najbardziej zasłużonego sportowca z niepełnosprawnością. Głosowanie trwa!

Przypomnijmy wspólnie i utrwalmy w  pamięci Polaków wspaniałe osiągnięcia niepełnosprawnych sportowców oraz oddajmy hołd ich niespotykanej woli walki i niezłomnej wierze w osiągniêcie wymarzonego celu.

Plebiscyt wystartował 10 czerwca 2013 r. Pod podanym adresem internetowym znajdziemy listę 273 medalistów oraz regulamin plebiscytu. W głosowaniu może wziąć udział każdy, typując maksymalnie 40 kandydatów, minimalnie jednego. Fundacja Sedeka czeka na głosy do 31 października. Po tym terminie spośród najczęściej wybieranych 40 sportowców kapituła wyłoni 10 laureatów. Ogłoszenie wyników nastąpi podczas uroczystej gali w grudniu br.

Współorganizatorem przedsięwzięcia jest Polski Związek Sportu Niepełnosprawnych. Patronat honorowy nad plebiscytem objął Polski Komitet Paraolimpijski. Wydarzenie wspierają m.in.: Polski Komitet Olimpijski, Akademia Wychowania Fizycznego oraz organizacje działające na rzecz osób niepełnosprawnych.

Na początek