stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 7 (124) Lipiec 2015

CROSS

ISSN 1427-728X

ROK XIII

Nr 7 (124)

Lipiec 2015 r. 

miesięcznik

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,
666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Grażyna Wojtkiewicz

Korekta

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

 Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Miesięcznik dofinansowuje

 

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

 

aaa

 

Spis treści:

 

Polskie święto na słowackich torach

Piotr Dudek

Gwiazdy goalballu świecą na Podlasiu

Konrad Andrzejuk

Ostatni puchar białostoczan

Konrad Andrzejuk

Zmiany na podium

Wiesław Skalski

Dominatorka Ewa Wieczorek

Leszek Stefanek

Wiadomości

Impresje z Krety

Andrzej Szymański

Na tropie glutenu

BWO

Crossfit – część 2, czyli jak ćwiczyć

Krzysztof Koc

Gramy w szachy 

Ryszard Bernard   

Gramy w warcaby 

Jan Sekuła

W 80 dni przez Amerykę 

Barbara Zarzecka


Na początek

aaa

 

kręgle

 

Polskie święto na słowackich torach

Tegoroczne mistrzostwa świata na Słowacji to kolejny rozdział historii kręglarstwa zapisany sportową walką na torach i szaleńczym dopingiem na trybunach. .

Zarówno zawody rangi mistrzostw świata, jak i mistrzostw Europy w kręglach klasycznych mają wyjątkowy charakter wśród imprez sportów kręglarskich. Rozgrywane są zazwyczaj na stosunkowo małych kręgielniach sześcio-, a nawet czterotorowych, podczas gdy na zawodach bowlingowych tej klasy rywalizacja toczy się nawet na ponad trzydziestu frontach jednocześnie. Dzięki temu, że obiekt jest mały, kibicujący koleżankom i kolegom z drużyny mają ich w zasięgu wzroku. Cała dramaturgia zawodów, budowana kolejnymi rzutami, rozgrzewa emocje do czerwoności. Dlatego już po zakończeniu rozgrywek naszych reprezentantów można było rozpoznać po wiszących na ich piersiach medalach, a przede wszystkim po zachrypniętych głosach.

W kreowaniu atmosfery gorącego dopingu niewątpliwą liderką była dotychczas Irena Curyło, która nie tylko szalała na torach, lecz także inspirowała i dyrygowała dopingiem naszych reprezentantów. W tym roku Irenki nie było w Rakovicach, ale jej przykład znalazł naśladowców. Rekordy biliśmy więc i na torach, i na trybunach. A powody do radości były.

Dawno już minęły czasy, kiedy jeździliśmy na ME czy MŚ po naukę i zamiataliśmy końcówki tabel. Już od pierwszego dnia konkursu polscy zawodnicy pokazali klasę, zdobywając kwalifikacje do finałowej rozgrywki. Każdy z reprezentantów, stając na torze, brał na siebie ciężar nie tylko własnego sukcesu, ale i sukcesu drużyny.

Kilka lat temu uatrakcyjniono formułę MŚ – poza klasyfikacją indywidualną wprowadzono rywalizację w kilku innych konkurencjach. Dzięki temu dla wszystkich koło fortuny toczyło się wartko każdego dnia. Komu nie poszło najlepiej w grach indywidualnych, miał jeszcze szansę w rozgrywkach drużynowych, mikstach i klasyfikacji generalnej. Tempo zawodów nie spadało do ostatniego bloku i ostatniego rzutu.

Pierwszego dnia mistrzostw po 30 rzutów na każdym z czterech torów oddawały nasze panie. Jako otwierająca rozgrywkę stanęła na polu rozbiegu Mieczysława Stępniewska (kat. B1). Zagrała na swoim poziomie, zbijając 479 kręgli. W tej samej kategorii Regina Szczypiorska uzyskała 512 p. i pobiła swój rekord życiowy. Tym sposobem obie zawodniczki zakwalifikowały się do finału. To motywująco wpłynęło na pozostałych 13 kadrowiczów. W kat. B2 świetna gra Marii Harazim (670 p.) i Ireny Zięby (661 p.) również dała im finał. Do grona szczęśliwych finalistek dołączyła jeszcze Emilia Sawiniec, która uratowała swoją skórę w ostatnich 30 rzutach. Uzyskany w tej grze wynik 181 kręgli podniósł sumę punktów do 647 i dał jej przepustkę do dalszej indywidualnej rywalizacji. Awans to jedno, a rezultaty do klasyfikacji drużynowej to drugie. Niestety team, w skład którego wchodziły Mieczysława Stępniewska, Maria Harazim i Emilia Sawiniec, nie obronił ubiegłorocznego srebrnego medalu i nie zmieścił się na podium. Pozostałe zawodniczki nie dotarły do finału, choć osiągnęły wyniki na przyzwoitym poziomie: Jadwiga Dudek – 620, a Zofia Sarnacka – 614 p.

Następny dzień należał do mężczyzn. Tutaj również praca na własny wynik składała się na wspólny rezultat drużyny. Wielokrotny reprezentant Polski w kat. B1 Zdzisław Koziej tradycyjnie zachwycił wynikiem – zdobył 623 p. Szczepan Polkowski zbił 517 kręgli, więc również nieźle. W kat. B2 jak zwykle Mieczysław Kontrymowicz i Stanisław Fortkowski stanowili mocne filary drużyny. Mieczysław zbił 683 kręgle, natomiast Staszek 685. Do ich złotego sukcesu dołożyli się jeszcze Albert Sordyl i Grzegorz Kanikuła z kat. B3. Pierwszy uzyskał 715, a drugi 722 p. Z męskiej sześcioosobowej drużyny do finału nie zakwalifikował się jedynie Szczepan Polkowski. Jego los podzielili także były mistrz Europy w kat. B2 Władysław Wakuliński (660 p.) i debiutant w reprezentacji – Tomasz Ćwikła z kat. B3 (659 p.).

Na półmetku zawodów cieszyliśmy się więc ze złotego medalu w drużynie męskiej i z dziesięciu awansów do finału. W czwartek, czyli czwartego dnia startów, miało grać jeszcze sześć par w mikstach. Dzięki relacji na żywo ich zmagania można było oglądać w internecie. Kto zaś nie śledził na bieżąco poczynań naszych zawodników, koniecznie powinien zajrzeć do sieci i zobaczyć, w jakim stylu zdobywa się medal w parach mikstowych. W każdej kategorii reprezentacje mogły wystawić po dwie pary, które najpierw musiały przejść eliminacje. Do dalszych rozgrywek kwalifikowało się tylko po osiem ekip, które grały już systemem pucharowym, czyli pierwsza para z ósmą, druga z siódmą itd. W mikstach B3 przez fazę wstępną przebrnęła para Zofia Sarnacka i Albert Sordyl, ale niestety z dalszej gry odpadli już w pierwszym pojedynku. Tak samo jak w B2 mikst Maria Harazim i Stanisław Fortkowski. Za to emocji dostarczyli obrońcy brązowego medalu z ubiegłego roku – Jadwiga Dudek i Mieczysław Kontrymowicz. Choć na ósmej pozycji, to udało im się awansować do rozgrywek, jednak o przejście dalej zmuszeni byli walczyć z najsilniejszymi w grupie. Dali im radę i pozostali w rywalizacji. Mieczysław walczył wspaniale, jak zresztą przystało na przyszłego mistrza świata. Gdy wynik wynosił 1:1 i ważyły się losy 3. miejsca, Mietek w rzutach zwycięstwa strącił wszystkie 9 kręgli, Jadwiga dodała swoje 5 i mieli ponownie medal w kieszeni. W mikstach w kat. B1 było jeszcze bardziej ekscytująco. Co prawda para Mieczysława Stępniewska i Zdzisław Koziej odpadła w pierwszym starciu po eliminacjach, ale za to widowisko uatrakcyjniła Regina Szczypiorska ze swoim klubowym kolegą – Szczepanem Polkowskim. Najpierw przeszli eliminacje, potem zremisowali w pojedynku i stanęli do rzutów decydujących o ich dalszym losie. Tu pokazali, na co ich stać: Szczepan strącił 9 kręgli, po czym na tor weszła Regina i bez żadnych rzutów próbnych spadło 8. W sumie było 4:17. Następne dwa wygrane pojedynki przypieczętowały kwestię złota dla Polski. Takim bilansem zakończył się czwartek.

Kolejny dzień to znów walka na torach i gorące emocje na trybunach. Było komu kibicować, ponieważ aż pięć naszych pań weszło do finału. Niestety, żadna z nich nie zdobyła medalu w konkurencji single event, za to Regina była naszą królową kręgielni. Po raz drugi na tych mistrzostwach ustanowiła swój nowy rekord życiowy. Zagrała 543 punkty, co pozwoliło jej utrzymać 3. miejsce w klasyfikacji indywidualnej. Warto też odnotować rezultaty Chorwatki z kat. B1. Wynik z eliminacji 619 p. i finałowe 635 p. nie potrzebują komentarza.

Po południu występowali mężczyźni z kat. B1. Tu dopingowany był Zdzisław Koziej, który wszedł do finału z pierwszej pozycji. Suma 573 punktów pozwoliła obronić podium, lecz na najniższym stopniu.

Najbardziej obfitujący w wydarzenia był ostatni, szósty dzień mistrzostw. Pokazał on, jak swoistymi prawami rządzi się finał. Pomimo tego, że do klasyfikacji generalnej liczy się suma punktów z eliminacji i finału, to ciągle możliwe jest wywrócenie całej tabeli do góry nogami. Wejście z ostatniego miejsca nie wyklucza możliwości wywalczenia medalu. Koło fortuny całkiem zmiażdżyło wszelkie kalkulacje. A wszystko za sprawą nie kogo innego, tylko Mieczysława Kontrymowicza, który potrafił zamienić nierealne w możliwe. Podchodząc do finału z dziewiątej pozycji i ze stratą ponad 40 punktów, zdobył złoto w single event i srebro w klasyfikacji indywidualnej. Do kompletu dwóch 1. miejsc brakło zaledwie 1 punktu. Jego najwięksi konkurenci trzymali go w niepewności jeszcze przez dwie godziny. Kiedy w końcu odłożyli już kule, wybuchła euforia w całej naszej reprezentacji. Medale Mietka to jedyne tego koloru krążki zdobyte indywidualnie. Ten sukces pobudził apetyty na dalsze miłe niespodzianki. Staszek Fortkowski startował z wyższej pozycji, jednak los nie był dla niego tak łaskawy. Z wynikiem 666 p. spadł na 12. miejsce w konkurencji indywidualnej i 8. w single event.

Wciąż jednakże można było mieć nadzieję na większy dorobek medalowy, ponieważ aż dwóch mężczyzn z B3 występowało w finale. Obaj zagrali powyżej 190 punktów w jednej z czterech gier. Jednak limit szczęścia został widocznie wyczerpany. Pomimo stosunkowo dobrych wyników: Albert Sordyl 711, Grzegorz Kanikuła 720 p. – obaj pozostali poza strefą medalową.

Ostatecznie bilans krążków to trzy złote, jeden srebrny i trzy brązowe medale. Słabiej niż na ubiegłorocznych mistrzostwach Europy. „To nie nasza kręgielnia” – słychać było wśród reprezentantów. Bardziej miękka nawierzchnia torów oraz bardzo śliskie kule znacząco różnicowały grę. Trenerzy podpowiadali zawodnikom, jak sobie poradzić z tymi niedogodnościami, lecz w tak krótkim czasie trudno zmienić przyzwyczajenia. Pomimo tych problemów występ naszej ekipy przyniósł wiele satysfakcji. Szkoleniowcy byli zadowoleni, ponieważ każdy z zawodników zagrał na swoim dobrym poziomie. Zdobycze medalowe to efekt wspólnych działań organizacyjnych, zaangażowania sportowców oraz ciężkiej pracy trenerów: Bożeny Polak i Izydora Jóźwika. Gratulujemy! Wciąż liczymy się w kręglach klasycznych w Europie i na świecie.

III Mistrzostwa Świata

w Kręglach Klasycznych Niewidomych i Słabowidzących

23-31.05.2015 r., Rakovice

Medale złote 

Drużyna męska – Zdzisław Koziej, Szczepan Polkowski, Stanisław Fortkowski, Mieczysław Kontrymowicz, Grzegorz Kanikuła, Albert Sordyl

Mikst B1 – Regina Szczypiorska, Szczepan Polkowski

Single event B2 mężczyzn – Mieczysław Kontrymowicz

Medal srebrny 

B2 mężczyzn – Mieczysław Kontrymowicz

Medale brązowe 

Mikst B2 – Jadwiga Dudek, Mieczysław Kontrymowicz

B1 kobiet – Regina Szczypiorska

B1 mężczyzn – Zdzisław Koziej

Piotr Dudek

Na początek

aaa

 

goalball

 

Gwiazdy goalballu świecą na Podlasiu

Co roku uwaga goalballowego świata na kilka dni zwraca się w kierunku Supraśla – niewielkiego miasteczka, malowniczo położonego na skraju Puszczy Knyszyńskiej. Nie inaczej było i tej wiosny. Wszystko za sprawą V Interkontynentalnego Turnieju Goalballu.  

Turniej w Supraślu od 2011 r. pracuje na swoją renomę i można śmiało powiedzieć, że obecnie jest jednym z najbardziej prestiżowych turniejów towarzyskich na świecie. Na Podlasie regularnie przyjeżdżają gwiazdy światowego goalballu. W tym roku turniej mężczyzn przyciągnął aż trzy drużyny z pierwszej dziesiątki światowego rankingu: Turcję, Czechy i po raz pierwszy goszczącą w Polsce reprezentację USA. Oprócz nich zaprezentowały się również męskie drużyny Izraela, Grecji i nieoficjalna reprezentacja Polski. Na zawodach nie pojawiły się natomiast zespoły z Algierii, Egiptu i Kataru, mimo że zgłosiły swoje uczestnictwo, a nawet zakupiły już bilety lotnicze. Jak się okazało, nieprzypadkowo wszystkie trzy kraje muzułmańskie nie przyjechały do Polski. Choć początkowo ciężko było w to uwierzyć, był to wyraz protestu przeciw uczestnictwu w turnieju reprezentacji Izraela. Wielka szkoda, że również w sporcie względy polityczne odgrywają tak poważną rolę. Starożytni Grecy na czas igrzysk zawieszali wojny. Jednak w dzisiejszych czasach duch sportowej rywalizacji nie zawsze jest w stanie przezwyciężyć animozje pomiędzy narodami.

Wobec niestawienia się kobiecej reprezentacji Algierii, w grupie pań rywalizowały cztery zespoły: Izrael, Wielka Brytania i dwie drużyny Turcji. Mimo przykrego incydentu związanego z niedyplomatycznym zachowaniem części zgłoszonych drużyn wszystkie rywalizujące zespoły przystąpiły do rozgrywek z pasją i determinacją godną najlepszych.

W roli gospodarzy zaprezentowała się nieoficjalna reprezentacja Polski złożona z zawodników z Białegostoku i Wrocławia. Nasza drużyna narodowa nie wyrażała zainteresowania udziałem w turnieju. Organizatorzy, niemal pozbawieni wsparcia z zewnątrz, nie byli w stanie pokryć wszystkich kosztów udziału i przejazdów, co spełniłoby oczekiwania kadry. Zarząd Główny PZSN „Start” kolejny raz nie wpisał zawodów w Supraślu do kalendarza imprez, w których biorą udział biało-czerwoni. Ciężko to racjonalnie wytłumaczyć i należy się wstydzić przed całym sportowym światem, że Polacy nie są w stanie bądź nie chcą wystawić do organizowanych w swoim kraju, świetnie obsadzonych zawodów, oficjalnej reprezentacji. Wobec takiego stanu rzeczy naprędce wyselekcjonowano zespół perspektywicznych polskich zawodników, który stanął przed nie lada wyzwaniem. Wszak większość graczy po raz pierwszy miała zmierzyć się z zespołami ze światowej czołówki.

Rozgrywki w tym roku trwały trzy dni. Jako pierwsze do rywalizacji przystąpiły drużyny Stanów Zjednoczonych i Czech. Mecz miał dość zaskakujący przebieg. Nasi sąsiedzi z południa zafundowali Amerykanom zimny prysznic, gdyż ci podczas 24 minut aż dziewięć razy wyciągali piłkę ze swojej bramki i nie zdobyli ani jednego punktu. Ten sensacyjny wynik na inaugurację zawodów zapowiadał bardzo ciekawą i nieprzewidywalną rywalizację. W drugim spotkaniu zmierzyli się panowie z Izraela i Grecji. Izraelczycy tworzą nieprzewidywalną drużynę, która jest w stanie wygrać nawet z najsilniejszymi przeciwnikami, a jednocześnie w kluczowych meczach nie potrafi potwierdzić swojej wyższości. Kadrę Izraela wciąż dręczy „kompleks ukraiński”. W ciągu ostatnich czterech lat trzykrotnie spotykała się z drużyną naszych wschodnich sąsiadów w meczach o 3. miejsce mistrzostw Europy i za każdym razem o włos przegrywała walkę o podium. W meczu z Grekami Izraelczycy pokazali jednak swoje umiejętności i zwyciężyli 11:4.

Przyszedł wreszcie czas na panie. Naprzeciw siebie stanęły Brytyjki i Izraelki. Również tym razem 3 punkty powędrowały na Bliski Wschód. Po dość spokojnym meczu Izrael zwyciężył 3:1. Dziewczęta z Wielkiej Brytanii wykorzystały swoje pięć minut przed sześciu laty podczas mistrzostw Europy rozgrywanych w Monachium. Na Wyspy powróciły wówczas ze złotymi medalami, ale pomimo pokładanych w nich wielkich nadziei nie zdołały dobrze zaprezentować się ani podczas mistrzostw świata w 2010, ani podczas igrzysk paraolimpijskich w 2012 r., mimo że w obu imprezach wystąpiły w roli gospodarzy. Również w Supraślu Brytyjki nie należały do faworytek, co potwierdził już wynik ich pierwszego pojedynku.

W czwartym meczu turnieju publiczność miała w końcu okazję oglądać gospodarzy. Polakom przyszło podjąć wicelidera rankingu światowego – Turcję. Jej zawodnicy dwa tygodnie poprzedzające zawody spędzili w Supraślu na obozie treningowym. Nasza drużyna niestety nie miała możliwości wspólnie przygotowywać się do zmagań, więc można powiedzieć, że Turcy znali boisko dużo lepiej niż gospodarze turnieju. Mimo to Polacy, napełnieni duchem walki, postanowili wznieść się na wyżyny swoich umiejętności i wysoko postawić poprzeczkę przeciwnikom. Przez cały mecz obie drużyny dzielnie broniły dostępu do swoich bramek. W drugiej połowie Turcy wywalczyli przewagę, chociaż skuteczna gra pozwoliła gospodarzom zbliżyć się do rywali na dystans zaledwie jednej bramki. Turcy jednak zwycięstwa nie oddali i spotkanie zakończyło się korzystnym dla nich wynikiem 5:4. Mimo porażki Polacy mogli poczytać taki wynik za niemały sukces, gdyż wyrównana walka z taką drużyną jak Turcja świadczy o wysokim potencjale naszych.

W kolejnych starciach Czesi pewnie pokonali Greków, Turcy zaś bezproblemowo rozprawili się z reprezentantami USA. Wreszcie przyszedł czas na pojedynek Polaków z Izraelem. Dobry wynik w meczu z Turcją pozwalał optymistycznie podchodzić do spotkania. Nadzieje gospodarzy zweryfikowała jednak rzeczywistość. Proste błędy Polaków wynikające z braku zgrania drużyny stały się przyczyną utraty kilku bramek już w pierwszych minutach spotkania. Po dokonaniu zmian w składzie sytuacja na boisku nie poprawiła się, dopiero w drugiej połowie Polacy zaczęli odrabiać straty. Ale było już za późno. Biało-czerwoni odnotowali kolejną porażkę, tym razem aż 7:14.

W swoim ostatnim meczu pierwszego dnia rozgrywek naszym zawodnikom przyszło zmierzyć się z silną drużyną z Ameryki. Również tym razem zabrakło zgrania i boiskowego doświadczenia. Po słabym widowisku Polacy przegrali 8:14. Tymczasem Czesi, wygrywając z Izraelem, umocnili się na pozycji lidera tabeli.

Drugi dzień rozgrywek rozpoczął pojedynek Grecji i USA. Grecy, podobnie jak Polacy, nie odnieśli dotąd żadnego zwycięstwa. Również mecz z Amerykanami nie poprawił ich dorobku punktowego. Drużyna USA dzięki wygranej 9:3 zapewniła sobie awans do półfinałów. Po tym spotkaniu przyszedł czas na starcie Polaków z Czechami. Nasi południowi sąsiedzi od kilku lat rosną w siłę i coraz pewniej zajmują miejsce w światowej czołówce. Wynik spotkania wydawał się zatem przesądzony. Czesi rzeczywiście okazali się zbyt silni dla naszej ekipy i zwyciężyli 11:6. Polakom pozostał już tylko mecz o honor z drużyną Grecji, zaś Czesi zwycięstwem nad biało-czerwonymi zapewnili sobie pierwsze miejsce w fazie grupowej turnieju.

Tymczasem w grupie kobiet rozgrywki zaczęły nabierać barw. Pierwsza drużyna Turcji po bardzo zaciętej walce zremisowała z Izraelem 7:7. Remis padł również w spotkaniu drugiej tureckiej ekipy i Wielkiej Brytanii. Wobec takiego stanu rzeczy stało się jasne, że w meczach półfinałowych Turcja A zmierzy się z Wielką Brytanią, a Turcja B z Izraelem.

Po południu Polacy przystąpili do starcia z Grekami. W swoim ostatnim meczu fazy grupowej nasza drużyna dobrą postawą chciała zatuszować poprzednie porażki. Dlatego już od początku spotkania biało-czerwoni grali z dużym zaangażowaniem, co jednak początkowo nie przekładało się na gole. Wreszcie, po długim oczekiwaniu, Pawłowi Brodowiczowi udało się celnym trafieniem rozwiązać worek z bramkami. W drugiej połowie naszym rywalom zabrakło sił, co bezlitośnie wykorzystaliśmy, powiększając swoją przewagę. Mecz zakończył się zwycięstwem naszej drużyny 10:3.

Na koniec drugiego dnia rozgrywek Amerykanie starli się z drużyną Izraela. Przez całe spotkanie oba zespoły szły łeb w łeb. Na minutę przed końcem meczu na tablicy wyników widniał remisowy rezultat 10:10. Wtedy o przerwę poprosił izraelski trener. Michael Rozin, główny atakujący drużyny, uważnie wysłuchał uwag szkoleniowca i po wznowieniu gry celnym trafieniem pokonał obronę USA, zdobywając decydującą bramkę i zapewniając swojej drużynie zwycięstwo.

Na trzeci dzień rozgrywek zaplanowano mecze fazy pucharowej. Półfinały kobiet nie przyniosły niespodzianek. Zespół Turcji A pokonał 5:1 drużynę Wielkiej Brytanii, zaś Izrael okazał się lepszy od drugiej z tureckich drużyn i zwyciężył 4:2.

Zdecydowanie większa dramaturgia towarzyszyła pojedynkom mężczyzn o wejście do finału. Niepokonani w fazie grupowej Czesi zmierzyli się ponownie z reprezentacją USA. Tym razem zawodnicy zza oceanu postawili swym rywalom poprzeczkę znacznie wyżej. Po gwizdku sędziego kończącym drugą połowę spotkania na tablicy wyników widniał rezultat 6:6. Oznaczało to konieczność rozegrania dogrywki. Pierwsze trzy minuty nie przyniosły rozstrzygnięcia i gdy w drugiej części dogrywki wszystko wskazywało na to, że zwycięzca zostanie wyłoniony dopiero po rzutach karnych, niemal w ostatniej chwili Jan Bosek z Czech zdobył zwycięską bramkę, czym zapewnił swojej drużynie awans do finału.

Znacznie bardziej jednostronny był drugi półfinał pomiędzy Turcją i Izraelem. Turcy łatwo pokonali swoich rywali 10:0 i w doskonałych nastrojach oczekiwali na pojedynek o złoto. Polakom ostatniego dnia rozgrywek ponownie przyszło walczyć z Grekami, tym razem o 5. miejsce turnieju. Tak jak poprzedniego dnia, biało-czerwoni pokazali swoją wyższość i w pięknym stylu wygrali 11:4. Bardzo dobrze zaprezentowali się młodzi zawodnicy z Wrocławia: Adrian Piotrowski, Marcin Lubczyk i Karol Huminiak, debiutujący na międzynarodowym turnieju.

Kobiecy pojedynek o brązowy medal rozegrał się między Turcją B a Wielką Brytanią. Brytyjki nie wykorzystały swojej ostatniej szansy i przegrały bój o podium 1:4. Dużo bardziej zaciętą walkę stoczyli rywalizujący w męskim małym finale reprezentanci USA i Izraela. W podstawowym czasie gry oba zespoły zdobyły po trzy gole i dopiero dogrywka zdecydowała o wygranej Amerykanów.

W finale pań zarówno reprezentantki Izraela, jak i Turcji pokazały goalball na bardzo wysokim poziomie. Ostatecznie lepsze okazały się Turczynki, brązowe medalistki ubiegłorocznych mistrzostw świata – zwyciężyły 3:1. Sukcesu swoich koleżanek z reprezentacji nie powtórzyli panowie. W finale rozgrywanym pomiędzy Turkami i Czechami od pierwszych minut górą byli nasi południowi sąsiedzi, którzy bezlitośnie wykorzystywali niedociągnięcia defensywy przeciwnika. Podopieczni trenera Gokhana Ince w drugiej połowie co prawda zaczęli odrabiać straty, jednak nie zdołali przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść. Ostatecznie Czesi, zwyciężając 10:5, stali się triumfatorami V Interkontynentalnego Turnieju Goalballu w Supraślu.

Mimo odległego miejsca Polaków ich występu nie można zaliczyć do nieudanych. Wydaje się, że gdyby drużyna miała okazję wcześniej razem trenować, rezultat byłby znacznie lepszy. O porażkach zdecydowały błędy w taktyce i brak odpowiedniego zgrania między zawodnikami. Mimo to turniej stanowił nieocenione doświadczenie dla młodego i dobrze rokującego składu – średnia wieku polskiej drużyny nie przekraczała 22 lat, podczas gdy największe sukcesy osiągają zazwyczaj zawodnicy około trzydziestki. Miejmy zatem nadzieję, że problemy finansowe i organizacyjne nie przeszkodzą polskim goalballistom w rozwinięciu skrzydeł. Na razie musieli oni pożegnać pozostałych uczestników turnieju, którzy walczą o kwalifikacje do igrzysk paraolimpijskich w Rio de Janeiro. Polacy na występ na najważniejszej dla każdego sportowca imprezie muszą poczekać co najmniej pięć lat. Trzeba wierzyć, że marzenia o debiucie reprezentacji Polski w goalballu na paraolimpiadzie staną się rzeczywistością już w 2020 r. w Tokio.

Klasyfikacja końcowa V Interkontynentalnego Turnieju Goalballu

16-20.05.2015 r., Supraśl

Kobiety 

1. Turcja A

2. Izrael

3. Turcja B

4. Wielka Brytania

Mężczyźni 

1. Czechy

2. Turcja

3. USA

4. Izrael

5. Polska (reprezentacja nieoficjalna)

6. Grecja

Skład polskiej drużyny

Konrad Andrzejuk, Paweł Brodowicz (PSG Białystok), Karol Huminiak, Marcin Lubczyk, Adrian Piotrowski (Dolnośląski Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy nr 13 we Wrocławiu)

Konrad Andrzejuk

 

Na początek

aaa

 

goalball

 

Ostatni puchar białostoczan 

Tej wiosny Wrocław stał się ponownie miejscem zmagań czołowych polskich goalballistów. Miłośnicy dzwoniącej piłki przyjechali do stolicy Dolnego Śląska, aby walczyć o Puchar Polski 2015. Do rywalizacji przystąpiło siedem zespołów: po jednym z Lublina i Białegostoku, po dwa z Katowic i ośrodka szkolno-wychowawczego dla niewidomych i słabowidzących we Wrocławiu oraz reprezentująca „Start” Wrocław drużyna z Bierutowa, która wystąpiła w roli gospodarza zawodów.  

Tradycyjnie już turniej rozegrano w systemie każdy z każdym. Kolejność meczów została rozlosowana podczas odprawy trenerskiej w dniu poprzedzającym rozpoczęcie rozgrywek. W pierwszym spotkaniu zmierzyły się zespoły Bierutowa i Katowic II. Młody zespół z Górnego Śląska odważnie stawiał czoła doświadczonym bierutowianom. Ostatecznie gospodarze wygrali 10:7, jednak katowiczanie swoją waleczną postawą pokazali, że nie można ich lekceważyć.

W kolejnym pojedynku publiczność miała okazję oglądać derby, bo naprzeciwko siebie stanęły dwie ekipy z ośrodka we Wrocławiu. Obie drużyny składają się z młodych, obiecujących zawodników. Dolny Śląsk jest obecnie goalballowym zagłębiem. Dzięki staraniom trenera Wacława Falkowskiego uczniowie wrocławskiej szkoły pokochali goalball. Nowych zawodników wciąż przybywa, a to sprzyja rozwojowi dyscypliny. Dlatego też wrocławianie radzą sobie coraz lepiej i w bieżącym sezonie włączyli się na poważnie do walki o najwyższy stopień podium krajowych zawodów. Pojedynek podczas Pucharu Polski wygrał pierwszy zespół Wrocławia wynikiem 14:6.

W trzecim spotkaniu pierwszego dnia zawodów zmierzyły się drużyny Lublina i Katowic I. Zespół ze Śląska, mimo że osłabiony brakiem swojego lidera Piotra Szymali, po zaciętym pojedynku pokonał lublinian 16:15. Jako ostatnia do rywalizacji przystąpiła ekipa z Białegostoku, w której gościnnie zagrali Adam Kaczyński i Kamil Sowisz ze Szczecina. Obrońcy Pucharu Polski w swym pierwszym starciu podjęli Bierutów. Mecz od początku przebiegał pod dyktando drużyny ze stolicy Podlasia, która ostatecznie pokonała gospodarzy 17:7.

Bierutowianie od wielu lat przeżywają na przemian lata tłuste i chude. Drużyna, która ma na swoim koncie imponujące sukcesy, takie jak mistrzostwo Polski czy chociażby drugie miejsce ubiegłorocznego Pucharu Polski, obecnie notuje wyraźną tendencję spadkową. U podłoża tego kryzysu na pewno leży odejście z zespołu najlepszego atakującego Daniela Henke. Tak jak w wielu innych drużynach, również w Bierutowie daje się wyraźnie odczuć brak nowych zawodników. Mimo że rośnie forma nowej gwiazdy Bierutowa, Damiana Horteckiego, jego ekipa chyba na jakiś czas wyłączyła się z wyścigu o najwyższy stopień podium.

W kolejnych spotkaniach zgromadzona na trybunach publiczność mogła oglądać bardzo dobrą postawę rezerw ośrodka szkolno-wychowawczego z Wrocławia. Młodzi zawodnicy napsuli niemało krwi Lublinowi, który po morderczej walce zdołał przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść i wygrał 15:12. Następny pojedynek również był bardzo ciekawy. Zmierzyły się w nim dwie drużyny wymieniane w gronie faworytów zawodów: Wrocław I i Białystok. Wrocławianie postanowili stanąć na wysokości zadania i zrobić wszystko, aby pokonać bardziej doświadczony zespół obrońców Pucharu Polski. W ostatnich minutach zabrakło im jednak sił i białostoczanom udało się uzyskać niewielką przewagę i zwyciężyć ostatecznie 10:8.

Druga z wrocławskich drużyn, podbudowana dobrą postawą w meczu z Lublinem, przystąpiła w bojowym nastroju do pojedynku przeciw silnej ekipie Katowic I. Wyjątkowo zacięty pojedynek zakończył się remisem 8:8, co należy zaliczyć wrocławianom jako niemały sukces. Zupełnie niespodziewanie zwycięzcy nie wyłonił również mecz pomiędzy Wrocławiem I i Bierutowem. Pojedynek ten ujawnił słabość chłopaków ze stolicy Dolnego Śląska, którym brak jeszcze doświadczenia. Zbyt swobodne podejście do pojedynku i zlekceważenie rywala sprawiło, że zawodnicy z ośrodka szkolno-wychowawczego zdobyli w meczu zaledwie jeden punkt, co dało remis 11:11. Następny mecz przerodził się w prawdziwy spektakl. Naprzeciw siebie stanęły drużyny Białegostoku i Lublina. W pierwszej połowie górą byli lublinianie, jednak w drugiej połowie obrońcy pucharu metodycznie odrabiali straty. Na 6 sekund przed zakończeniem meczu na tablicy wyników widniał rezultat 10:8 dla Białegostoku. Z racji tego, że białostoczanie obronili piłkę, mieli 10 sekund na rozegranie akcji. Sytuacja była więc oczywista. Paweł Brodowicz, prawy skrzydłowy drużyny ze stolicy Podlasia, postanowił trzymać piłkę aż do końcowej syreny, ta jednak nie rozbrzmiewała pomimo upływu czasu. W końcu zdecydował się rzucić piłkę w kierunku przeciwników. Wtem powstało niemałe zamieszanie. Okazało się, że zegar odmierzający czas gry odmówił posłuszeństwa i stanął. Jeden z sędziów ogłosił koniec meczu, drugi kazał kontynuować grę. Lublinianie oddali rzut, zdezorientowani białostoczanie nie wiedzieli zaś, co się dzieje i nie bronili swej bramki. W efekcie piłka wpadła do siatki, a sędzia odgwizdał bramkę. Mimo że czas gry dawno już minął, jeden z sędziów postanowił doliczyć dodatkowe 3 sekundy. Nagle rozbrzmiała syrena. Zawodnik Białegostoku, Adam Kaczyński, przekonany o tym, że mecz już się zakończył, zdjął gogle zasłaniające oczy. Wtem sędzia podjął decyzję o podyktowaniu za ten czyn rzutu karnego. Lublin wykorzystał okazję i strzelił wyrównującą bramkę. Po wznowieniu gry doliczono kolejne 3 sekundy.

Kiedy mecz się skończył, rozgorzała emocjonalna debata nad jego wynikiem. Sędziowie mierzący czas tłumaczyli się tym, że pełnią tę funkcję po raz pierwszy w życiu i nie znają przepisów. Nikt nie potrafił wyjaśnić, w jaki sposób do meczu, który dawno już powinien się zakończyć, można doliczać dodatkowe sekundy. Drużyna Białegostoku, nie uznając wyniku spotkania, złożyła przewidziany regulaminem zawodów protest, jednak organizatorzy poprosili o wycofanie go, ponieważ... nie wiedzieli, w jaki sposób taki protest rozpatrzyć. Nic dziwnego, nawet sędzia główny zawodów nie posiadał tekstu przepisów gry. Wpływ na ostateczną decyzję miała opinia trenera lubelskiej drużyny, który zresztą nie ma kwalifikacji sędziowskich. Zatem przy rozstrzyganiu sporu dotyczącego regulaminu gry przyjęto system „szamański”. Zawody były oficjalnymi rozgrywkami o Puchar Polski, a zasady wymyślano na poczekaniu. Ciężko też nie odnieść wrażenia, że decyzje sędziów były często nacechowane emocjonalnie. Nic w tym dziwnego, skoro rolę sędziów pełnią trenerzy innych drużyn, którzy w dodatku nie są do tego przygotowani, a część z nich otwarcie przyznaje, że nigdy w życiu nie miała w ręku przepisów gry. Ostatecznie białostoczanie postanowili dalej nie protestować i zaakceptowali fakt, że zremisowali wygrany mecz. Niesmak jednak pozostał.

Kolejne spotkania również obfitowały w emocjonujące końcówki. Lublin pokonał jedną bramką Wrocław I, zaś Białystok wywalczył zwycięstwo nad Katowicami I wynikiem 12:11. Bierutów również jedną bramką pokonał katowiczan, jednak w swym kolejnym pojedynku uległ drugiej drużynie Wrocławia.

Po podsumowaniu wszystkich wyników okazało się, że Puchar Polski po raz drugi z rzędu wywalczyli obecni mistrzowie Polski z Białegostoku. Drugie miejsce przypadło Lublinowi, na najniższym stopniu podium stanęła zaś pierwsza drużyna ośrodka we Wrocławiu. Dużo trudniej było określić kolejność pozostałych drużyn, gdyż ekipy Bierutowa, Katowic I i Wrocławia II zdobyły taką samą liczbę punktów. Znów problem sprawiła nieznajomość przepisów gry i zasad ustalania kolejności drużyn w tabeli. W efekcie wyniki ogłaszano trzykrotnie, za każdym razem zmieniając kolejność drużyn. Ostatecznie 4. miejsce przyznano Katowicom I, za nimi uplasował się Wrocław II i Bierutów, a stawkę zamknęła druga z katowickich drużyn.

Dla ekipy z Białegostoku był to prawdopodobnie ostatni puchar zdobyty podczas krajowych rozgrywek. Problemy kadrowe, brak perspektyw rozwoju, złe warunki treningowe i wreszcie kolejne złośliwości, których drużyna od dłuższego czasu doznaje ze strony sędziów-trenerów (szczególnie jednej z drużyn) sprawiły, że białostoczanie nie mają ochoty dłużej bawić się w goalball na polskim podwórku. – Niestety, trzeba przyznać, że kolejne rozgrywki o mistrzostwo czy Puchar Polski przybierają coraz bardziej charakter spartakiady – narzeka jeden z Podlasian. – Reguły często ustalane są naprędce, a potem w trakcie zawodów zmieniane, sędziowie nie mają odpowiedniej wiedzy. Poziom sportowy wyrównuje się, ale niestety w dół – dodaje. Reprezentacja Polski też zdaje się być uśpiona. Dziś nikt już nie mówi o ambitnych planach kadry, które były żywe jeszcze kilka lat temu. Aby poprawić sytuację, należy dokonać fundamentalnych zmian w zarządzaniu polskim goalballem. Czy znajdą się śmiałkowie, którzy nie bacząc na liczne przeciwności, podejmą się tego zadania? Oby.

Klasyfikacja końcowa Pucharu Polski w Goalballu

8-10.05.2015 r., Wrocław

1. PSGPD Białystok

2. „Start” Lublin

3. SOSW nr 13 Wrocław I

4. „Start” Katowice I

5. SOSW nr 13 Wrocław II

6. „Start” BierSIN Bierutów

7. „Start” Katowice II 

Konrad Andrzejuk

 

Na początek

aaa

 

strzelectwo

 

Zmiany na podium

Między 15 a 17 maja 2015 roku odbyły się zorganizowane przez Związek Kultury Fizycznej ,,Olimp” III Mistrzostwa Polski Niewidomych i Słabowidzących w Strzelectwie Pneumatycznym w postawach stojąc i leżąc oraz w mikstach. W organizację imprezy zaangażowany był również klub „Zryw” Słupsk. Za nami emocjonujące rozgrywki na wysokim poziomie sportowym, okraszone wynikiem na miarę rekordu świata.

Na strzelnicy w Ustce wystartowało 16 zawodniczek i 24 zawodników – najlepszych strzelców wyłonionych w eliminacjach. W pierwszym dniu mistrzostw rozegrano zawody w postawie stojącej.

Jako pierwsi do rywalizacji przystąpili panowie. Po dwóch seriach strzelań z karabinu pneumatycznego w konkurencji KPN 60 eliminacje wygrał Jerzy Załomski („Pionek” Bielsko-Biała) z wynikiem 618,2 p., za nim uplasowali się Adam Kielar („Podkarpacie” Przemyśl) z 615,5 p. i Zdzisław Ptasiński („Zryw” Słupsk) z 605,4 p.

Następnie do rywalizacji przystąpiły panie w konkurencji KPN 40. Eliminacje wygrała Wioletta Zarzecka („Morena” Iława), która uzyskała 408,8 p., przed Bożeną Kruk („Warmia i Mazury” Olsztyn) – 407,1 p. i Klaudią Żelazowską („Morena” Iława) – 403,5 p.

Po zakończonych eliminacjach, w godzinach popołudniowych ośmioro najlepszych zawodniczek i zawodników rozpoczęło rywalizację finałową, decydującą o medalach. Zgodnie z zasadami zawodnicy rozpoczęli finały z wyzerowanym kontem punktowym.

Po zaciętej i emocjonującej walce pierwsze miejsce i tytuł mistrza Polski zdobył Jerzy Załomski, wicemistrzostwo wywalczył Zdzisław Ptasiński, trzeci na podium był Adamem Kielar.

W finale pań oprócz emocji czysto sportowych pojawiły się również inne, spowodowane przez tzw. złośliwość przedmiotów martwych. Awaria elektroniki w trakcie konkurencji przedłużyła rozgrywki finałowe o około 30 minut, co zapewne miało wpływ na końcowe wyniki.

Po zakończonej szczęśliwie rywalizacji pierwsze miejsce i tytuł mistrzyni Polski zdobyła Klaudia Żelazowska, druga była Anna Barwińska, a trzecia Wioletta Zarzecka.

W postawie stojącej w rywalizacji mikstów, obejmującej sumę wyników zawodniczki i zawodnika z jednego klubu, pojedynek wygrali i zdobyli tytuł mistrzów Polski Bożena Kruk z Piotrem Misiem z „Warmii i Mazur” Olsztyn (1009,8 p.). Drugie miejsce wywalczyli Monika Młot i Adam Kielar z „Podkarpacia” Przemyśl (1004,8 p.), trzecie – Janina Szymańska z Eugeniuszem Barszczewskim z „Warmii i Mazur” Olsztyn (991,2 p.).

Na zakończenie zmagań w pierwszym dniu najlepsi zostali udekorowani medalami i otrzymali puchary z rąk prezesa ZKF „Olimp” Piotra Łożyńskiego, sędziego głównego Tadeusza Sadowskiego oraz trenera reprezentacji Polski Wiesława Skalskiego.

W drugim dniu mistrzostw strzelcy rywalizowali w konkurencji karabinu pneumatycznego KPN 60 leżąc.

Pierwsi do zmagań stanęli panowie. Po zaciętej, stojącej na bardzo wysokim poziomie walce zwycięstwo w eliminacjach odniósł Krzysztof Ruszkiewicz („Zryw” Słupsk) z 642 p., przed Adamem Kielarem („Podkarpacie” Przemyśl) – 638,1 p. i Jerzym Załomskim („Pionek” Bielsko-Biała) – 636 p. Trzeba zaznaczyć, że wynik uzyskany przez Krzysztofa Ruszkiewicza jest najlepszym na świecie w historii strzelectwa osób niewidomych i słabowidzących. O wysokim poziomie konkurencji świadczy też to, że aby dostać się do finału, należało uzyskać 623 p., co jeszcze dwa lata temu dawało medal mistrzostw Polski.

W rywalizacji kobiet rezultaty również były bardzo wysokie. Emocjonującą walkę w eliminacjach wygrała Wioletta Zarzecka („Morena” Iława), która uzyskała wynik 631,5 p. Za nią uplasowały się Edyta Kazberuk („Victoria” Białystok) – 631,3 p.
i Bożena Kruk („Warmia i Mazury” Olsztyn) – 628,9 p.

Po południu panie i panowie przystąpili do decydujących starć o tytuły i medale. Do rozgrywek finałowych stanęło po ośmiu najlepszych strzelców z eliminacji.

Wśród panów wygrał zdecydowany faworyt Krzysztof Ruszkiewicz przed kolegą klubowym Zdzisławem Ptasińskim i Adamem Kielarem. Finał jeszcze raz pokazał, że jest wielką loterią, wymagającą żelaznych nerwów i koncentracji do ostatniej chwili. Bardzo boleśnie przekonał się o tym Jerzy Załomski (mistrz Europy w tej konkurencji), który nie oddał strzału w regulaminowym czasie i zajął odległe miejsce.

W finale pań również sypnęło niespodziankami i na podium nie zmieściła się żadna z trzech pierwszych zawodniczek eliminacji. Po zaciętej walce pierwsze miejsce i mistrzostwo Polski zdobyła Magdalena Dudowicz przed Janiną Szymańską i Barbarą Rup.

W postawie leżącej w rywalizacji mikstów pierwsze miejsce i tytuł mistrzów Polski wywalczyli Ewa Bojarska z Krzysztofem Ruszkiewiczem przed Moniką Młot z Adamem Kielarem i Wiolettą Zarzecką z Romanem Jagodzińskim.

Zawody zostały przeprowadzone sprawnie, chociaż czasami emocje wymykały się spod kontroli, a kruczki regulaminowe i złośliwość rzeczy martwych dawały o sobie znać. Cieszy bardzo wysoki poziom sportowy, uzyskane wyniki, jak również pojawienie się nowych zawodników. Impreza zakończyła się uroczystą kolacją, na której zaproszeni goście, na czele z zastępcą prezydenta Słupska panią Krystyną Danilecką-Wojewódzką oraz sponsorami, wręczyli nagrody i upominki najlepszym zawodnikom.

Tegoroczne mistrzostwa Polski, dofinansowane przez PFRON, koordynował prezes klubu „Zryw” Słupsk Mirosław Mirynowski.

 

III Mistrzostwa Polski

Niewidomych i Słabowidzących w Strzelectwie Pneumatycznym

15-17.05.2015 r., Ustka

Klasyfikacja finałowa

Kobiety

KPN 40 stojąc

1. Klaudia Żelazowska („Morena” Iława) 202,2 p.

2. Anna Barwińska („Omega” Łódź) 199,5 p.

3. Wioletta Zarzecka („Morena” Iława) 175,3 p.

4. Bożena Kruk („Warmia i Mazury” Olsztyn) 156,5 p.

5. Edyta Kazberuk („Victoria” Białystok) 135,4 p.

6. Barbara Rup („Podkarpacie” Przemyśl) 115,5 p.

7. Monika Młot („Podkarpacie” Przemyśl) 96,3 p.

8. Maria Ciupińska („Sudety” Kłodzko) 75,8 p.

KPN 60 leżąc

1. Magdalena Dudowicz (Kielce) 209,6 p.

2. Janina Szymańska („Warmia i Mazury” Olsztyn) 206,3 p.

3. Barbara Rup („Podkarpacie” Przemyśl) 186,1 p.

4. Bożena Kruk („Warmia i Mazury” Olsztyn) 165,3 p.

5. Wioletta Zarzecka („Morena” Iława) 144,1 p.

6. Monika Młot („Podkarpacie” Przemyśl) 122,9 p.

7. Klaudia Żelazowska („Morena” Iława) 101,6 p.

8. Edyta Kazberuk („Victoria” Białystok) 80,2 p.

Mężczyźni

KPN 60 stojąc

1. Jerzy Załomski („Pionek” Bielsko-Biała) 203,0 p.

2. Zdzisław Ptasiński („Zryw” Słupsk) 201,6 p.

3. Adam Kielar („Podkarpacie” Przemyśl) 181,4 p.

4. Piotr Miś („Warmia i Mazury” Olsztyn) 160,2 p.

5. Tomasz Olejarczyk („Pionek” Bielsko-Biała) 136,8 p.

6. Eugeniusz Barszczewski („Warmia i Mazury” Olsztyn) 116,5 p.

7. Józef Maraj („Podkarpacie” Przemyśl) 95,1 p.

8. Piotr Staszewski („Zryw” Słupsk) 68,7 p.

KPN 60 leżąc

1. Krzysztof Ruszkiewicz („Zryw” Słupsk) 211,1 p.

2. Zdzisław Ptasiński („Zryw” Słupsk) 210,3 p.

3. Adam Kielar („Podkarpacie” Przemyśl) 187,4 p.

4. Tomasz Olejarczyk („Pionek” Bielsko-Biała) 166,1 p.

5. Grzegorz Kłos („Łuczniczka” Bydgoszcz) 141,4 p.

6. Bogdan Konieczny („Podkarpacie” Przemyśl) 119,9 p.

7. Jerzy Załomski („Pionek” Bielsko-Biała) 92,9 p.

8. Michał Choma („Podkarpacie” Przemyśl) 72,1 p.

Miksty

KPN 40 + KPN 60 stojąc

1. Bożena Kruk, Piotr Miś („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1009,8 p.

2. Monika Młot, Adam Kielar („Podkarpacie” Przemyśl) 1004,8 p.

3. Janina Szymańska, Eugeniusz Barszczewski („Warmia i Mazury” Olsztyn)

991,2 p.

4. Izabela Mirynowska,  Zdzisław Ptasiński („Zryw” Słupsk) 976,5 p.

5. Krystyna Myśliwiec, Józef Maraj („Podkarpacie” Przemyśl) 970,5 p.

6. Wioletta Zarzecka, Roman Jagodziński („Morena” Iława) 967,3 p.

7. Barbara Rup, Michał Choma („Podkarpacie” Przemyśl) 967 p.

8. Maria Ciupińska, Łukasz Szczepuła („Sudety” Kłodzko) 966,6 p.

KPN 60 + KPN 60 leżąc

1. Ewa Bojarska, Krzysztof Ruszkiewicz („Zryw” Słupsk) 1257,1 p.

2. Monika Młot, Adam Kielar („Podkarpacie” Przemyśl) 1255,3 p.

3. Wioletta Zarzecka, Roman Jagodziński („Morena” Iława) 1252,5 p.

4. Barbara Rup, Michał Choma („Podkarpacie” Przemyśl) 1246,9 p.

5. Bożena Kruk, Piotr Miś („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1243,2 p.

6. Janina Szymańska, Eugeniusz Barszczewski („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1241,8 p.

7. Izabela Mirynowska, Zdzisław Ptasiński („Zryw” Słupsk) 1238,3 p.

8. Krystyna Myśliwiec, Józef Maraj („Podkarpacie” Przemyśl) 1237,6 p.

Wiesław Skalski

 

Na początek

aaa

 

warcaby

 

Dominatorka Ewa Wieczorek

W dniach 16-24 maja 2015 roku w Ośrodku Sportu i Rekreacji w Tucholi rozegrany został turniej finałowy XIX Indywidualnych Mistrzostw Polski Kobiet Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach Stupolowych. Ewa Wieczorek potwierdziła, że nie ma sobie równych.

Do rywalizacji stanęło dwanaście pań. Grano systemem kołowym. W tym roku wyjątkowo trudno było skompletować stawkę finału. Trzy uprawnione zawodniczki zrezygnowały w ostatniej chwili z udziału i musiały zastąpić je rezerwowe. W miejsce srebrnej medalistki z ubiegłego roku Władysławy Jakubaszek, zwyciężczyni półfinału Barbary Wentowskiej oraz Haliny Wójcik zagrały: Maria Górzna, Hanna Maćkowiak oraz jedyna debiutantka – Grażyna Skonieczna.

Zdecydowaną kandydatką do zwycięstwa była Ewa Wieczorek z „Victorii” Białystok, która w niedawnym finale open (tzw. męskim, rozgrywanym również w Tucholi) zajęła wysokie 4. miejsce i wypełniła przy okazji drugą normę arcymistrzowską.

Pozostałe warcabistki praktycznie skazane były na walkę o niższe stopnie podium. Przebieg rywalizacji potwierdził te przypuszczenia. Ewa Wieczorek od startu ostro rozprawiała się z rywalkami i z dużą przewagą niezagrożona osiągnęła cel, zdobywając swój siódmy tytuł mistrzyni Polski. Jedynie w trzeciej rundzie zdołała ją chwilowo powstrzymać inna Ewa – Grabska. Partia obu Ew zakończyła się remisem.

W tej sytuacji emocjonowaliśmy się głównie walką o pozostałe dwa krążki.

Po trzech dniach rywalizacji (pięć rund) liderka miała już 2 punkty przewagi nad grupą pościgową, którą tworzyły: Barbara Wójcik, Barbara Gołębiowska-Fryga, Teresa Bonik i Petronela Dapkiewicz (wszystkie po 7 p.). Oczko mniej od nich zgromadziła Maria Górzna. Nadspodziewanie słabo, mimo remisu z liderką, wystartowała brązowa medalistka sprzed roku Ewa Grabska, która na tym etapie rozgrywek miała zaledwie 4 p. Odtąd jednak rozpoczęła systematyczny marsz w górę tabeli. Kolejne dwie rundy przyniosły jej komplet punktów, podobnie jak Barbarze Wójcik, która wysforowała się na drugie miejsce. Lublinianka w ósmej rundzie spotkała się z trzecią w tabeli Petronelą Dapkiewicz. W pojedynku „o 4 punkty” lepsza okazała się zawodniczka „Jaćwinga” Suwałki, która zrównała się punktami z Wójcik.

Runda dziewiąta przyniosła kolejne pojedynki, kluczowe dla losów medali. Idąca jak burza Ewa Grabska odniosła bardzo ważne zwycięstwo nad Dapkiewicz i panie zamieniły się miejscami. Z kolei Ewa Wieczorek, dzięki zwycięstwu nad Marią Górzną, z dorobkiem 17 p. zapewniła sobie złoty medal na dwie rundy przed końcem turnieju. Za nią znajdowały się: Wójcik (13), Grabska (12) oraz Dapkiewicz, Gołębiowska-Fryga i Malcer (po 11). Już tylko one pozostały w grze o podium.

W przedostatniej rundzie swoje partie wygrały Grabska i Dapkiewicz. Gołębiowska zremisowała z Malcer, a Wójcik straciła cenny punkt z Górzną i wyprzedziła ją Grabska.

Ostatni dzień, sobota 23 maja, miał dać rozwiązanie zagadki: kto obok Ewy Wieczorek stanie na podium. Wójcik grała z Maćkowiak, Grabska z Górzną, a Dapkiewicz ze Skonieczną. Wydawało się, że faworytki poradzą sobie ze swymi rywalkami i kolejność w tabeli nie ulegnie zmianie. Okazało się po raz kolejny, że w sporcie nie ma pewniaków. Grająca tylko o honor Górzna odebrała punkt Grabskiej i w ten sposób Wójcik, po wygraniu swej partii, mogła cieszyć się ze srebra. Grabska musiała zadowolić się drugim z rzędu brązowym medalem.

Mniej więcej w tym samym czasie w chińskim Wuhan kończył się turniej o mistrzostwo świata kobiet pełnosprawnych. Znakomitym finiszem popisała się reprezentantka Polski Natalia Sadowska. Wygrała trzy ostatnie partie (w tym sobotnią z Chinką Alatenghua) i zdobyła tytuł wicemistrzyni świata. Jest to jeden z największych sukcesów w całej historii polskich warcabów. W przyszłym roku Natalia stoczy walkę o mistrzostwo świata z aktualną czempionką, piętnastokrotną mistrzynią globu Zoją Gołubiewą (Łotwa).

Wracając do turnieju w Tucholi, należy stwierdzić, że nie przyniósł on większych niespodzianek. Jak co roku w finale zabrakło wielu czołowych zawodniczek. Nietrudno było wskazać przed turniejem kandydatki do medali.

Ewa Wieczorek wygrała pewnie, potwierdzając, że jest obecnie dominatorką kobiecych warcabów w środowisku crossowskim. Drugie miejsce Barbary Wójcik nie jest żadną niespodzianką. Medal mogła mieć już wcześniej. Nie zdobyła go z prostej przyczyny – nie startowała w kilku poprzednich mistrzostwach. Brąz Ewy Grabskiej to powtórzenie ubiegłorocznego sukcesu. Po niezbyt udanym starcie zawodniczka „Łuczniczki” Bydgoszcz zanotowała serię pięciu zwycięstw z rzędu! Gdyby odniosła szóste, miałaby srebro. Petronela Dapkiewicz znowu tuż za podium. Czwarte miejsce zajęła trzeci rok z rzędu. Kluczowa okazała się tym razem porażka z Grabską. Może za rok sięgnie wreszcie po upragniony medal. Dobry turniej rozegrała Joanna Malcer – przegrała tylko w pierwszej rundzie z Ewą Wieczorek. Do medalu zabrakło paru zwycięstw z niżej notowanymi rywalkami. Pozytywnie należy też ocenić występ Barbary Gołębiowskiej-Frygi i Marii Górznej. Ta ostatnia rozdawała karty w decydujących rundach, komplikując życie pretendentkom do medali. W normie wypadła Teresa Bonik, chociaż nie udało jej się urwać choćby punktu czterem najlepszym zawodniczkom turnieju.

Pozostałe finalistki nie pretendowały do czołowych lokat. Wszystkie zanotowały straty rankingowe. Poniżej oczekiwań zagrała doświadczona Barbara Kacprzak (aż siedem porażek i żadnego zwycięstwa). Debiutująca w finale jej klubowa koleżanka Grażyna Skonieczna pokazała z kolei, że drzemią w niej spore możliwości, ale na razie ma problemy z umiejętnym rozłożeniem czasu do namysłu (często wpada w niedoczas).

Zawody w Tucholi, dofinansowane przez PFRON, sędziował Mirosław Grabski. Koordynatorem finału była Ewa Sargalska.

XIX Indywidualne Mistrzostwa Polski

Kobiet Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach Stupolowych

16-24.05.2015 r., Tuchola

1. Ewa Wieczorek („Victoria” Białystok) 21 p.

2. Barbara Wójcik („Hetman” Lublin) 16 p.

3. Ewa Grabska („Łuczniczka” Bydgoszcz) 15 p. 

4. Petronela Dapkiewicz („Jaćwing” Suwałki) 14 p.

5. Joanna Malcer  („Warmia i Mazury” Olsztyn) 13 p.

6. Barbara Gołębiowska-Fryga („Atut” Nysa) 12 p.

7. Teresa Bonik („Jaćwing” Suwałki) 11 p.

8. Maria Górzna („Sudety” Kłodzko) 10 p.

9. Irena Wnuk („Sudety” Kłodzko) 7 p.

10. Grażyna Skonieczna („Syrenka” Warszawa) 5 p.

11. Barbara Kacprzak („Syrenka” Warszawa) 4 p.

12. Hanna Maćkowiak („Pionek” Włocławek) 4 p.

Leszek Stefanek

 

Na początek

aaa

 

wiadomości

 

Goalball

Międzynarodowe rozgrywki

Wiosna tego roku była bardzo pracowita dla młodych goalballistów. Drużyny uczniowskie, funkcjonujące przy ośrodkach dla niewidomych w Laskach, Wrocławiu i Lublinie, wzięły udział w kilku międzynarodowych turniejach. Rozwój tej dyscypliny cieszy, wciąż czekamy na nowych graczy, drużyny i reprezentacje pozostałych ośrodków.

W lutym w Budapeszcie zorganizowano międzynarodowy turniej do lat 16. Na tę imprezę wybrały się dwie drużyny z Polski. W kwietniu na międzynarodowy turniej do lat 21 w Dąbrowie Górniczej przyjechały drużyny z Polski, Węgier, Rumunii i Ukrainy, a w maju na międzynarodowym turnieju w Lublinie ponownie zameldowały się drużyny z Polski, Rumunii i Węgier.

Pierwszym wyzwaniem był turniej w Budapeszcie. Odbył się wcześnie, bo już w dniach 13-15 lutego 2015 roku, a gościły na nim zespoły z Polski, Rumunii i Węgier. Nasz kraj reprezentowały ekipy z Lasek i Lublina. Drużyna Lasek zajęła 2. miejsce. Uległa bardzo mocnemu, bazującemu na reprezentantach Węgier, zespołowi gospodarzy VDSE Budapeszt.

Królem strzelców tych zawodów został Paweł Nowicki z Lasek. Wyniki poszczególnych meczów reprezentacji UKS Laski prezentowały się następująco:

UKS Laski – VDSE Budapeszt  1:11

UKS Laski – Lublin 10:0

UKS Laski – GYDSE Budapeszt 15:5

Półfinał: Laski – GYDSE Budapeszt  9:7

Finał: Laski – VDSE Budapeszt 5:13

Turniej do lat 21 w Dąbrowie Górniczej został rozegrany między 24 a 26 kwietnia 2015 roku. Gospodarzem zawodów był zespół z Katowic. Frekwencja dopisała i organizatorzy podzielili drużyny na dwie grupy. Zespoły z Katowic i Wrocławia wystawiły po dwie drużyny. Podział na grupy wyglądał następująco:

Grupa A

Budapeszt (Węgry)

UKS Laski

Katowice II

Wrocław II

Grupa B

Wrocław I

Katowice I

LSDV Cluj (Rumunia)

Charków (Ukraina)

Drużyny podeszły do rywalizacji bardzo profesjonalnie. Zawodnicy dobrze rozgrzewali się przed meczami, trenerzy byli skoncentrowani i często brali czas, by przekazywać kluczowe wskazówki swoim graczom. W sobotę rozegrano 12 meczów grupowych, po 6 w każdej z grup. Wszystkie drużyny rozegrały po 3 spotkania, po których sklasyfikowano je i stworzono tabele dla grup A i B. Biorąc pod uwagę miejsce zajęte w grupie po sobotnich meczach, zaplanowano rywalizację w dalszej części turnieju.

Wyniki meczów w grupach:

1. Budapeszt – Wrocław II 15:5

2. UKS Laski – Katowice II 19:15

3. Wrocław I – Charków  11:1

4. Katowice I – LSDV Cluj 16:6

5. Katowice II – Budapeszt 3:13

6. Wrocław II – UKS Laski 13:3

7. LSDV Cluj – Wrocław I 8:18

8. Charków – Katowice I 4:14

9. Budapeszt – UKS Laski 10:0

10. Katowice II – Wrocław II 3:13

11. Wrocław I – Katowice I 16:16

12. LSDV Cluj – Charków 19:9

W niedzielę 26 kwietnia rozegrano półfinały. Drużyna zajmująca 1. miejsce w grupie A zagrała z drużyną z 2. miejsca z grupy B, a drużyna zajmująca 2. miejsce w grupie A z pierwszym zespołem z grupy  B. O kolejne miejsca zmierzyły się zespoły, które w swoich grupach zajęły 3. i 4. miejsca. Przegrani z półfinałów zmierzyli się w meczu o 3. miejsce, zwycięzcy w finale walczyli o złote medale.

Wyniki meczów niedzielnych:

Półfinały:

A1 Budapeszt – B2 Wrocław I   9:14

A2 Wrocław II – B1 Katowice I  7:17

Mecz o 7-8 miejsce

A4 Katowice II – B4 Charków   8:18

Mecz o 5-6 miejsce

A3 UKS Laski – B3 LSDV Cluj  2:12

Mecz o 3-4 miejsce

Budapeszt – Wrocław II 16:13

Finał

Wrocław I – Katowice I 18:13

Klasyfikacja końcowa międzynarodowego turnieju w goalballu

24-26.04.2015 r., Dąbrowa Górnicza

1. Wrocław I (bramki – stosunek strzelonych do straconych) 77:47

2. Katowice I 76:51

3. Budapeszt 63:35

4. Wrocław II 51:54

5. LSDV Cluj 45:45

6. UKS Laski 24:50

7. Charków 32:52

8. Katowice II 29:63

Królem strzelców tego turnieju został Łukasz Eitner (Katowice I) z dorobkiem 38 strzelonych bramek. Najlepszym obrońcą był Kalaman Gerzsenyi (Budapeszt). Zdaniem trenerów najwszechstronniejszy zawodnik to Bertalan Lakatos (Budapeszt).

Gospodarzem kolejnego turnieju do lat 16 (22-24 maja br.) był Lublin. Tym razem zgłosiły się cztery drużyny z Polski oraz goście z Węgier i Rumunii. Zawody rozegrano systemem każdy z każdym, a o klasyfikacji końcowej decydowały punkty zdobyte w poszczególnych meczach: 3 za zwycięstwo, 1 za remis i 0 za przegraną. Sensacji nie było. Zwyciężył Budapeszt przed Laskami, a królem strzelców ponownie – podobnie jak w Budapeszcie – został Paweł Nowicki z 40 bramkami. Gospodarze, zespół z Lublina, zajęli 3. miejsce.

Drużyny międzynarodowego turnieju w goalballu

22-24.05.2015 r., Lublin

1. „Start” Katowice (Polska)

2. UKS Laski (Polska)

3. LSDV Cluj (Rumunia)

4. UKS „Okej” (Polska)

5. VDSE Budapeszt (Węgry)

6. Wrocław (Polska)

Wyniki meczów

1.   „Start” Katowice – UKS Laski 2:12

2.   LSDV Cluj – UKS „Okej”  5:15

3.   VDSE Budapeszt – Wrocław 10:0

4.   „Start” Katowice – LSDV Cluj 2:12

5.   VDSE Budapeszt – UKS Laski 12:7

6.   Wrocław – UKS „Okej” 2:12

7.   VDSE Budapeszt – „Start” Katowice 11:1

8.   LSDV Cluj – Wrocław 16:6

9.   UKS Laski – UKS „Okej” 12:7

10. Wrocław – UKS Laski 0:10

11. „Start” Katowice – Wrocław 3:13

12. VDSE Budapeszt – LSDV Cluj 12:2

13. UKS „Okej” – „Start” Katowice 11:1

14. UKS Laski – LSDV Cluj 10:0

15. VDSE Budapeszt – UKS „Okej” 11:1

Tabela końcowa

(w kolejności: miejsce, drużyna, liczba punktów, stosunek bramek strzelonych do straconych) 

1. VDSE Budapeszt        15      56:11

2. UKS Laski                 12      51:21

3. UKS „Okej”                  9      46:31

4. LSDV Cluj                    6      35:45

5. Wrocław                      3      21:51

6. „Start” Katowice           0      9:59

Najlepsi strzelcy turnieju

1. Paweł Nowicki (UKS Laski)  40

2. Máté Kisfaludy  (VDSE Budapeszt) 23

3. Wiktor Wójcik (UKS „Okej”) 22

Najlepszym obrońcą został Atilla Kovacs (Budapeszt).

Wszystkie zawody rozgrywane były w miłej, sportowej atmosferze. Zawodnicy poszczególnych drużyn dobrze się poznali i zaprzyjaźnili. Międzynarodowe turnieje to także okazja do obserwacji i wymiany poglądów dla trenerów oraz większa rywalizacja i więcej doświadczenia sportowego dla zawodników. Miejmy nadzieję, że jesień, a potem następne lata będą obfitowały w tego rodzaju imprezy dla młodzieży. Sport nie tylko usprawnia i rehabilituje tych młodych ludzi. Pozwala także oderwać się od trudności dnia codziennego, a przede wszystkim wychowuje i kształtuje charaktery na całe życie.

Krzysztof Koc

 

Kolarstwo

Lubelska etapówka

Tegoroczne krajowe starty kolarzy tandemowych rozpoczął wyścig z tradycjami – Hetman Tandem Cup o Puchar Marszałka Lubelszczyzny. Osiemnasta już edycja imprezy odbyła się w dniach 30.04-03.05.2015 i składała się z pięciu etapów.

 Pierwszym była jazda indywidualna na czas na dystansie 5,3 km z Julkowa do Grabanowa. W kategorii kobiet zwyciężył tandem Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek („Hetman” Lublin), przed duetem Marta Stramek – Anna Skalniak („Warmia i Mazury” Olsztyn) i kolejną załogą lubelską – Anna Gramatyka – Natalia Kożuch. Tak ustalona hierarchia utrzymywała się do końca imprezy – w wymienionej kolejności panie przyjeżdżały na metę poszczególnych etapów i tak też wyglądała klasyfikacja końcowa wyścigu. W kategorii mężczyzn pierwszy etap wygrał tandem Marcin Polak – Michał Ładosz („Hetman” Lublin), a dwie kolejne lokaty zajęły załogi poznańskiego klubu „Razem”: Przemysław Wegner – Artur Korc i Łukasz Wietecki – Tomasz Domagała.

Na drugim etapie o długości 91 km nastąpiła ucieczka, w której odjechali liderzy, wiceliderzy oraz tandem Piotr Kołodziejczuk – Paweł Kowalkowski („Warmia i Mazury” Olsztyn), który tym sposobem awansował na trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej.

Trzeci etap, rozegrany w okolicach Leśnej Podlaskiej na dystansie 77 km, nie spowodował zmian w klasyfikacji. Nastąpiły one na czwartym etapie, który odbył się w formie kryterium ulicznego w centrum Lublina. Na 40-kilometrowej trasie najszybsi byli liderzy Marcin Polak i Michał Ładosz, na drugiej pozycji finiszowali Przemysław Wegner i Artur Korc, a za nimi Łukasz Wietecki i Tomasz Domagała, którzy ponownie powrócili na trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej. Taka sama kolejność była na piątym etapie o długości 68,4 km, rozegranym na trudnej, pagórkowatej trasie w miejscowości Dys, oraz w klasyfikacji końcowej wyścigu.

Na poznańskim torze

W dniach 19-21.06.2015 odbył się XVII Wyścig Tandemowy Niewidomych i Słabowidzących o Puchar Prezydenta Poznania. Tegoroczna impreza składała się z trzech etapów: pierwszy i trzeci, o długości 61 km, rozegrano na samochodowym Torze Poznań, a drugi – jazdę na czas na dystansie 12,6 km – na poligonie Biedrusko. Scenariusz wyścigu poznańskiego był bardzo podobny do wyścigu lubelskiego, choć w rolach głównych wystąpili nieco inni aktorzy. Tutaj również walka o etapowe i końcowe zwycięstwo rozgrywała się w wąskim gronie faworytów. Wszystkie etapy i klasyfikację generalną wyścigu wygrał tandem Piotr Urbanowicz – Dariusz Wojciechowski („Warmia i Mazury” Olsztyn), który wyprzedził duet warszawskiej „Syrenki” w składzie Henryk Groszkowski – Robert Płotkowiak oraz team Józef Plichta – Robert Kiszka („Sudety” Kłodzko). W kategorii kobiet zwyciężył tandem Iwona Podkościelna i Aleksandra Wnuczek.

 

Biegi

Sprawdzian na bieżni

W dniach 28-31 maja 2015 r. w Słubicach odbył się otwarty mityng lekkoatletyczny osób niepełnosprawnych. Organizatorem wydarzenia był PZSN „Start” Warszawa wraz ze swoim gorzowskim oddziałem. Podczas imprezy sportowcy z całej Polski walczyli m.in. o kwalifikacje na październikowe mistrzostwa świata w Katarze. Stowarzyszenie „Cross” reprezentowali trzej zawodnicy. Na 5 km najlepiej pobiegł na bieżni Patryk Łukaszewski (16:02), drugi był Jacek Ziółkowski (19:38), a trzeci Sławomir Jeżowski (21:27). Patryk – zawodnik z Gniezna – pokazał klasę: w niełatwych warunkach pogodowych samotnie walczył z dystansem i czasem, a mimo to dwukrotnie zdublował pozostałych zawodników.

Puchar „Najlepsi spośród nas”

Dwaj doświadczeni zawodnicy z bydgoskiego klubu „Łuczniczka” w 2011 r. powołali do życia Stowarzyszenie Kultury Fizycznej Niewidomych i Słabowidzących „Oculus” w Bydgoszczy. Krzysztof Badowski i Tomasz Chmurzyński od kilku lat organizowali bydgoski bieg uliczny pod nazwą Bieg na Szwederowie. Rosnąca frekwencja, poziom przygotowania imprezy i zebrane przez kilka lat doświadczenie mocno przyczyniły się do przyznania im w 2014 r. organizacji mistrzostw Polski w biegu na 10 km zawodników z dysfunkcją wzroku. Mistrzostwa zostały wysoko ocenione przez przedstawiciela PFRON obserwującego zawody.

Jesienią ubiegłego roku bydgoscy aktywiści wpadli na ciekawy pomysł rozszerzenia formuły biegów ulicznych dla biegaczy z dysfunkcją wzroku o zmagania pucharowe. Nazwali ten projekt „ Najlepsi spośród nas”, a PFRON przyznał fundusze na jego realizację. Przedsięwzięcie obejmuje cztery biegi na różnych dystansach: od 5 km, poprzez czterodniowy bieg na 100 km w Zamościu i półmaraton, po bieg na 10 km. Aby zostać sklasyfikowanym, trzeba wziąć udział w co najmniej trzech imprezach. Zakończenie i podsumowanie Pucharu odbędzie się po Biegu Niepodległości 11 listopada w Warszawie.

Otwarcie cyklu imprez nastąpiło 14 czerwca w Bydgoszczy, w ramach biegu pod nazwą Kamienna Piątka. Zawodnicy przyjezdni zostali zakwaterowani w hotelu „Brda”. Organizatorzy na odprawie szczegółowo omówili sprawy techniczne, rozdali numery startowe, kamizelki i linki dla przewodników.
Wszystko odbyło się bardzo sprawnie, choć grupa startujących była liczna.

Rano przed biegiem spadł deszcz, potem zza chmur wyjrzało słońce, a ciężkie, parne powietrze nie ułatwiało rywalizacji. Trasa biegu okazała się idealna dla zawodników z dysfunkcją wzroku – płaska, prosta, z nawierzchnią bez żadnych niedoskonałości, z atestem PZLA. Tylko ta duchota... Wystartowało 800 biegaczy.

Po kilkunastu minutach najlepsi mieli już bieg za sobą. Naszych na mecie sprawnie wyłapywali wolontariusze z „Oculusa”.

Z grupy słabowidzących pierwszy przybiegł Tomek Chmurzyński z czasem 18:46, drugi był Jacek Ziółkowski (19:09) z „Syrenki” Warszawa, a trzeci Przemysław Musiał z „Łuczniczki” (19:30). Czwarte miejsce ostrym finiszem wywalczył Grzegorz Małowiecki ze Szczecina. który o 2 sekundy wyprzedził Mariusza Gołąbka z „Jantaru” Gdańsk. Pozostali zawodnicy dobiegali już ze znacząco większą stratą do czołówki.

Z grupy niewidomych pierwszy zameldował się na mecie Mariusz Zacheja z „Syrenki” Warszawa z czasem 24:04, drugi był Adam Kruczkowski z Bydgoszczy ze stratą 19 sekund. Trzeci dobiegł Rafał Machnikowski z Torunia (25:16). Wśród kobiet jedyna i zarazem najlepsza była słabowidząca Ola Karaś ze Szczecina (28:56).

Po biegu krótki odpoczynek, dekoracja i statuetki dla najlepszych w poszczególnych kategoriach. Nagrody wręczała Aleksandra Gierej, dyrektor kujawsko-pomorskiego oddziału PFRON, która wcześniej śledziła przebieg rywalizacji i organizację wydarzenia. Na zakończenie imprezy zawodnicy zjedli wspólnie obiad i omówili pierwszy start z cyklu pucharowego bydgoskiego duetu, w którym wzięło udział 30 zawodników, w tym 9 niewidomych.

Krzysztof Badowski i Tomasz Chmurzyński profesjonalnie zrealizowali pierwszy etap projektu i poradzili sobie ze sprawami organizacyjno-technicznymi związanymi ze startem. Na pewno przydało się doświadczenie zdobyte w Stowarzyszeniu „Cross” i podczas pracy samorządowej w Bydgoszczy. Gratulacje dla zwycięzców i pozostałych startujących!

Mariusz Gołąbek

 

Na początek

aaa

 

turystyka

 

Impresje z Krety

Na największej greckiej wyspie – Krecie – bywałem kilkakrotnie. Głównie jeździłem za pracą i tylko raz turystycznie. Dziś to się może wydawać śmieszne przy olbrzymim bezrobociu w tym kraju, ekonomicznych problemach, ucieczce młodych Greków do bogatych państw UE czy Stanów Zjednoczonych. Jednak jeszcze 20-25 lat temu na Krecie można było nieźle zarobić, tanio przeżyć i cieszyć się wspaniałym klimatem śródziemnomorskim.  

Wyspa ma 260 km długości i 60 szerokości (12 km w najwęższym miejscu). Zamieszkuje ją 550 tysięcy ludzi. Trudno w ciągu dwutygodniowego pobytu obejrzeć wszystkie interesujące miejsca, zakosztować kąpieli na licznych plażach (długość wybrzeża – 1000 km), wspiąć się na najwyższy szczyt w masywie Ide Psiloritis (prawie tak wysoki jak Rysy). A już nie wspomnę o kosztowaniu lokalnej kuchni: grillowanym mięsie czy rybach i o kafe elliniko – niezwykle mocnej kawie po grecku.

Atrakcyjne położenie wyspy powodowało, że na przestrzeni wieków najeżdżały ją na krócej lub dłużej wszystkie liczące się mocarstwa basenu śródziemnomorskiego: Rzymianie, Bizantyjczycy, Wenecjanie, Genueńczycy, Turcy, Egipcjanie. Ostatnia inwazja miała miejsce w maju 1941 roku, kiedy desant niemiecki po ciężkich bojach zajął wyspę. Miejscowa ludność przez cztery lata zmagała się z okupantem, walcząc w ruchu oporu. Dziś można oglądać pasy startowe na lotnisku Maleme koło Chanii, gdzie lądowali niemieccy spadochroniarze i ścierali się z brytyjskimi żołnierzami. Przypominają o tym groby na miejscowym cmentarzu.

Nie da się zwiedzać Krety bez odniesień do historii. Należy do miejsc, które tworzą kolebkę zachodniej cywilizacji. To tygiel, w którym oryginalnie przetworzone kultura i sztuka egipska oraz wpływy Babilonii, Grecji mykeńskiej i Bizancjum – stopiły się w coś nowego. Wpływy tego bogactwa kulturowego odnajdujemy w naszej współczesności.

Na początek Knossos

Po trzygodzinnym locie z Warszawy lądowanie w Iraklionie, największym mieście Krety. Ostatni etap lotu robi wrażenie. Maszyna zniża się nad Morze Egejskie, niemal liże fale, nagle ze stromego, skalistego wybrzeża wyłania się pas startowy. Siadamy łagodnie. Na płycie wrześniowy żar leje się z nieba na głowy. I z miejsca atakują nas inne zapachy niż nad Wisłą. W Iraklionie wylewają się z tawern na wąskie uliczki intensywne zapachy serów, ryb, souvlaki, gyrosu, oliwek, wina, kawy. Nie licząc się z kosztami, zamawiamy moussaki, czyli suflet z bakłażanów, jaj i siekanego mięsa, zapieczonych w sosie beszamelowym, posypanych serem. Do popicia karafka czerwonego wina. Płacimy z 10-procentowym napiwkiem i jazda do odległego o 5 km Knossos.

To miejsce było najwcześniej zamieszkałe na Krecie – od 7 tysięcy lat. Badacze oceniają, że już 3,5 tysiąca lat temu żyło tu 10 tysięcy ludzi. Knossos odkrył tuż przed I wojną światową brytyjski badacz Arthur Evans. Prowadzone później prace archeologiczne odsłoniły rozległe ruiny pałacu wybudowanego w okresie minojskim. Kompleks pałacowy składał się z blisko 1400 pomieszczeń i utożsamiano go z mitycznym labiryntem Minotaura. Zresztą mity greckie łączą z pałacem imiona budowniczego labiryntu – Dedala, jego lekkomyślnego syna Ikara, córki Minosa – Ariadny.

Zwiedzając po latach tę perłę starożytnej kultury śródziemnomorskiej, dostrzegam sporo zmian. Nie można już swobodnie przemierzać ruin. Barierki, płotki, strzałki z kierunkiem zwiedzania, wzdłuż których porusza się zgodnie wielojęzyczny tłum turystów. I jeszcze jedna różnica: za wstęp płacimy w euro, nie w drachmach, choć do końca jeszcze nie wiadomo, czy grecka waluta nie wróci do łask.

W drodze z Knossos na południe warto odwiedzić Fajstos, niegdyś jedno z najważniejszych siedlisk na Krecie. Ulokowane jest tarasowo na niewysokim wzniesieniu. Zachowały się jedynie pozostałości północnego i zachodniego skrzydła pałacu. Dwa pozostałe zniszczyły trzęsienia ziemi w 1450 roku p.n.e.

Na samym południu wyspy, nad Morzem Libijskim (część Morza Śródziemnego), leży kąpielisko Matala. W malowniczej skale wcinającej się daleko w morze Rzymianie wykuli grobowce dla swych zmarłych. Matala w końcu lat 60. i na początku 70. ubiegłego wieku była rajem dla hippisów z Europy i Ameryki. W tutejszych grotach wiedli oni spokojny, swobodny tryb życia, karmiąc się nieskrępowaną miłością w odmiennych stanach świadomości, na piaszczystej plaży osłoniętej od wiatrów. Po latach to puste miejsce zmieniło się nie do poznania. Gigantyczny parking zastawiony autami, ulica bazarowa z licznymi kramami, tawerny – jedna obok drugiej, z których płynie głośna kreteńska muzyka.

Aby odetchnąć od zgiełku, idę plażą na północ do Kokkinos Pyrgos (tłum.: czerwone skały). Po niecałym kilometrze mija mnie chłopak, który ma na sobie jedynie wysokie buty i plecak. Jego przyjaciółka nie ma nic oprócz przepaski na głowie. Idę w ich ślady i – jak mnie Pan Bóg stworzył – zanurzam ciało w ciepłej, słonej wodzie…

Wspomnienia

Pierwszy pobyt na tej wyspie, zawieszonej między Grecją a Afryką, był pełen wrażeń. Październik i listopad są znośne dla Europejczyka z północy kontynentu. Woda osiągała tylko 24 stopnie, powietrze nie przekraczało 30. Przez cały dwumiesięczny pobyt spałem w namiocie rozstawionym na piaszczysto-żwirowej plaży w Kokkinos Pyrgos. Za toaletę, kabinę prysznicową i stołówkę służyło zaplecze skromnej tawerny znajdującej się obok „sypialni”. Właścicielem był Janis, wąsaty, baryłkowaty Grek, niezwykle dobroduszny i przyjacielski. Pomagała mu żona Stella, młodsza chyba o lat 20 i sucha jak wiór. Krzątała się bezszelestnie od jednego do drugiego kulawego stolika, zbierając zamówienia od nie za bogatych młodych ludzi z kontynentu. Natomiast kasę trzymał Janis. Z wielką czułością odnosił się do siedmioletniej Evangelii, owocu miłości obydwojga małżonków. Knajpa przyciągała łazęgi z całej okolicy, ściągające tu, by tanio zjeść i napić się kreteńskiego wina. Nas było stać na stołowanie się u Janisa, pracowaliśmy bowiem w pobliskich termokipiach, czyli szklarniach, a raczej pokrytych folią konstrukcjach, w których dojrzewały banany, pomidory, ogórki, fasola, nowalijki. W środku było niebywale gorąco. Już sama nazwa obiektu daje przedsmak piekła: termos – znaczy gorący, kipia – wrzenie. Okolice Timbaki to ogromne zagłębie foliowych szklarni. Jeśli ktoś wejdzie na najbliższe wzgórze, otworzy się przed nim błyszczące w promieniach słońca jakby lustro przypominające wielkie jezioro.

Po miesiącu tej sauny zarobiłem tyle, by wybrać się na turystyczne zwiedzanie wschodniej Krety. Udaliśmy się z żoną autostopem w kierunku plaży Vai, którą bardzo nam polecano. Kiepsko szło to podróżowanie. Wieśniacy podwozili nas agroticonami (popularne auta z paką) po parę kilometrów. Utknęliśmy na jakiejś górskiej, kamienistej drodze. Posilaliśmy się zrywanymi prosto z drzew pomarańczami, gdy nagle zza zakrętu wyłonił się biały kamper na niemieckich numerach. Szczupły, opalony 60-latek zaprasza do środka, jego frau częstuje czekoladkami. Nasz kierowca pochwalił się turystycznymi wojażami, które rozpoczął jako młodziak… z Wehrmachtem: Francja, Rosja, Polska, Jugosławia, Grecja. Nie krępował się, że jesteśmy Polakami, po prostu przez 200 kilometrów wspominał swoją młodość. Opuściliśmy gościnnego obywatela RFN w miasteczku Ierapetra. Tu, na 35 stopniu szerokości geograficznej, czuć było klimaty afrykańskie. Na nadbrzeżnej promenadzie wśród rozłożystych palm pełno tawern, kawiarenek. Ierapetra pamięta czasy antyczne. Na początku VI wieku n.e. była siedzibą biskupów, później służyła Wenecjanom i Turkom jako twierdza. Według podań odwiedził ją w 1798 roku Napoleon Bonaparte. Nocował tu przed legendarną wyprawą do Egiptu.

Następnego dnia mijamy po drodze gaje oliwne i docieramy do celu. Warto było zobaczyć Vai. Na skraju rozległego gaju palmowego rozciąga się piaszczysta plaża. Niedaleko brzegu skaliste wysepki. Zanurzając się w wodach zatoki, można poczuć się jak w raju i zapomnieć o bożym świecie.

Po ćwierć wieku odwiedziłem knajpkę Janisa w Kokkinos Pyrgos. Długo jej szukałem. Wokół wyrosło mnóstwo nowych budynków, pensjonatów, rozbudowała się marina. Ledwo poznałem pochyloną, ubraną na czarno Stellę. Tawerna skurczyła się do trzech stolików, a Evangelia to już dorosła, 35-letnia kobieta. Poczęstowała doskonałą kawą. Pytam o Janisa, jej ojca. Kobiety smutno spoglądają na mnie i mówią po grecku: cardia. Umarł na serce. No tak, wspomnienia można zatrzymać, biegu czasu – nigdy.

Samaria

Podczas kilku moich pobytów na wyspie zawsze chciałem odwiedzić to miejsce. Nie udawało się. Dopiero ostatnia turystyczna eskapada spełniła marzenie. 17-kilometrowy wąwóz Samaria leży w zachodniej Krecie. Na parking przy Ksyloskala (1229 m n.p.m.) podwozi nas poznany w Iraklionie Polak mieszkający od lat na wyspie. Przygotujmy się na niemiłe niespodzianki w czasie schodzenia wąwozem do portu w Agia Rumeli. Częściej spoglądamy pod nogi niż przed siebie, aby się nie połamać na wyślizganych kamieniach. Przeszkadza to podziwiać groźne, skaliste zbocza. Dla uspokojenia serca przysiadamy na drewnianej ławeczce. Nareszcie można pokontemplować przyrodę i odpocząć po sześciogodzinnej wędrówce w tłumie turystów depczących sobie po piętach i rozpychających się łokciami. Ruch jak na Marszałkowskiej!

Samaria (nazwa pochodzi podobno z języka arabskiego i oznacza „grecka woda”) to najdłuższy wąwóz (nie dolina!) Europy. Niezamieszkały jest od 1962 roku, kiedy wysiedlono ostatnich mieszkańców wioski Samaria. Na całej długości jaru utworzono park narodowy.

Przez dwa pierwsze kilometry, do wysokości 1000 metrów, schodzi się zygzakowatym szlakiem z drewnianymi poręczami. W połowie drogi zaparkował osiołek, a przy nim lekarz. To na wypadek skręcenia lub złamania nogi przez nieostrożnego turystę. Kulawego delikwenta sadza się na grzbiet czworonoga i wio do Agia Rumeli. Przepiękny jest ostatni odcinek – Sidirosportes (Żelazne Wrota). Droga pomiędzy dwoma ścianami skalnymi zwęża się do trzech metrów. Nad głową wyrastają 200-metrowej wysokości pionowe kolumny. Z góry ludzie muszą wyglądać jak mrówki.

Opuszczając wąwóz, podajemy strażnikom drugą część biletu. Pierwszą oddzierają nam przy wejściu. Chodzi o to, by zgadzała się liczba turystów, która zaczęła i zakończyła wędrówkę. Nie może być mowy o zgubieniu się w tym kolosalnym wąwozie. Trasa turystyczna jest zamykana od listopada do maja. Często występuje tu zagrożenie powodziowe i lawinowe. Z molo w Agia Rumeli całe zmęczone towarzystwo zabiera się ostatnim promem wycieczkowym o godz. 18 i po 45 minutach dopływa do Hora Sfakion. Z tego portu można już ruszyć autem bądź autobusem do Chanii, Rhethimnonu czy Iraklionu.

Nasza grupka po drodze zatrzymuje się w górskiej wiosce na zamówioną kolację. Siadamy na zewnątrz wśród platanów i pałaszujemy souvlaki – szaszłyk z koziny grillowany nad otwartym ogniem. Do tego owoce morza: kałamarnice, krewetki, kalmary, ośmiornice, małże z pomidorami i fetą. Popijamy te niebiańskie potrawy czerwonym winem. I całe zmęczenie Samarią z nas uchodzi. Czyli jak mówią Grecy – endaxi – w porządku!

Andrzej Szymański

 

Na początek

aaa

 

zdrowie

 

Na tropie glutenu

Zaprosiłam znajomych na obiad. W menu były potrawy, jakie zazwyczaj lubią: barszcz czerwony z uszkami, pieczony filet z indyka w owocach, ryż, surówki, ciasto. Goście nie kryli zdumienia, kiedy moja przyjaciółka, znana z dobrego apetytu, ledwo skosztowała tych pyszności i oświadczyła, że to, co na stole, jest wybitnie niezdrowe, bo zawiera gluten, a ona sama jest od niedawna na diecie wykluczającej ten składnik. Sugerowała, byśmy poszli za jej przykładem, bo produkty bezglutenowe mają uzdrawiające działanie. W jej przypadku na tzw. zespół jelita drażliwego. Na tę dolegliwość, nie do końca jeszcze rozpoznaną przez medycynę, cierpi co piąty mieszkaniec krajów wysoko rozwiniętych.

Przepis na gluten jest bardzo prosty. Przygotowujemy odrobinę ciasta z wody i mąki pszennej, zalewamy je zimną wodą i „wyrabiamy”, aż płyn zmętnieje. Wylewamy ciecz i powtarzamy ugniatanie, póki nie pojawi się masa podobna do gumy. To właśnie jest gluten, czyli mieszanina dwóch roślinnych białek: gluteniny i gliadyny, występująca w zbożach. Najwięcej ma go pszenica i wszystkie jej odmiany, także – żyto i jęczmień. Dzięki niemu ciasto z mąki ma ciągliwą konsystencję.

Produkty zbożowe od stuleci były niekwestionowaną podstawą naszej diety. W ostatnich latach badania chorób autoimmunologicznych (nieprawidłowych reakcji organizmu skierowanych przeciw sobie) wykazały, że przyczyną jednej z nich, celiakii, jest nietolerancja glutenu przez niektóre osoby (białko to uszkadza im kosmki jelitowe). Osoby z tą przypadłością stanowią zaledwie około 1 proc. populacji. Dodatkowo, na gluten jest nieznacznie uczulonych od 5 do 10 proc. ludzi na całym świecie, przy czym większość z nich nawet o tym nie wie. Do 2011 roku jedni i drudzy mieli zalecaną dietę bezglutenową, która skutecznie niwelowała lub łagodziła ich dolegliwości. Ale wkrótce w świat poszedł komunikat, że produkty zbożowe powinny być wykluczone z każdego jadłospisu jako wybitnie szkodliwe dla zdrowia i urody. Nadawcą był zespół australijskich naukowców pod kierunkiem gastroenterologa dr. Petera Gibsona, który na podstawie badań przeprowadzonych wśród pacjentów cierpiących na tzw. zespół jelita drażliwego (bóle brzucha, wzdęcia, biegunki, zmęczenie) ogłosił, że przyczyną tej choroby jest nadwrażliwość na gluten, bez celiakii. W sukurs przyszedł mu wkrótce amerykański kardiolog William R. Davis, publikując książkę „Pszeniczny brzuch” (w 2013 r. ukazało się jej polskie tłumaczenie pod tytułem „Dieta bez pszenicy”), która szybko stała się bestsellerem. Autor odsądza od czci i wiary nie tylko gluten, lecz również inne składniki tego zboża jako winne wielu nieszczęść zdrowotnych, takich jak: epidemia otyłości, cukrzyca, autyzm, ADHD, trądzik, a nawet schizofrenia. „Zboże to – czytamy w książce Davisa – sięga praktycznie do każdego narządu organizmu – od jelit, wątroby, serca i tarczycy aż po mózg. Prawdę mówiąc, nie ma narządu, na który nie mogłoby wpływać w jakiś potencjalnie szkodliwy sposób”. Zdaniem autora dzieje się tak, gdyż trucizna – pszenica – uzależnia. W czasie jej trawienia powstają ponoć morfinopodobne związki, wprawiające nasz mózg w stan lekkiej euforii. Kiedy pszenica nie zostaje dostarczona organizmowi, wielu z nas doznaje przykrych objawów narkotycznego głodu. Sięgamy wtedy po kolejną bagietkę, paluszki czy spaghetti. „Należy więc – konkluduje autor – wyrzucić z jadłospisu produkty oparte na pszenicy, a będziemy szczuplejsi, pełniejsi energii, myślący jaśniej. Będziemy ludźmi o zdrowych jelitach, stawach i płucach”.

Media natychmiast kupiły temat. Do akcji zwalczania glutenu włączyły się gwiazdy i celebryci. Znana aktorka Gwyneth Paltrow wyznała, że czuła się słaba i zmęczona, miała anemię, niedobory witaminy D i żyła w wiecznym stresie. Odżyła, od kiedy lekarz zalecił jej dietę eliminacyjną pozbawioną glutenu. Zaordynowała ją całej rodzinie, po czym opublikowała książkę „To wszystko jest dobre”, reklamującą śniadania bez płatków owsianych, obiady bez makaronu, kolacje bez pieczywa. Żartowano, że chyba tylko autorka – dzięki honorarium za swój bestseller – może sobie pozwolić na taką dietę, zbyt kosztowną dla przeciętnego Amerykanina. Brytyjska piosenkarka Victoria Beckham na podobnej diecie skutecznie się ponoć odchudziła. Modelka McCarthy ogłosiła, że nowy sposób żywienia wyleczył jej syna z… autyzmu. Serbski tenisista Novak Djoković wydał książkę, w której wyznał, że dzięki pożegnaniu glutenu pozbył się wszelkich bólów i problemów z oddychaniem, a w 2011 roku wygrał 41 meczów i trzy wielkoszlemowe turnieje. Znak „gluten free” propagowały w internecie Madonna, Lady Gaga, Rachel Weisz i Miley Cyrus. Internet odegrał w tej akcji istotną rolę, napędzając wielką rzeszę entuzjastów „cudownego” odkrycia żywieniowego, będącego lekarstwem „na całe zło”. W wyszukiwarce internetowej słowa „gluten” i „trucizna” stały się niemalże synonimami. Nowa moda kulinarno-zdrowotna zawędrowała też do Polski. Jeśli wierzyć tabloidom, jej orędowniczkami były Kayah, Patrycia Kazadi i dziewczyna Tomasza Kammela – Katarzyna Niezgoda.

W miarę jak rosła rzesza „uczulonych” na gluten celebrytów, rosły dochody producentów żywności oznakowanej przekreślonym kłosem. Ponad 20 proc. Amerykanów wyrzuciło gluten ze swojej diety, a we Francji, gdzie dotarła nowa moda, zaczęto się poważnie zastanawiać, czy nie spowoduje ona kryzysu wypieku tradycyjnych bagietek i croissantów. W ciągu pięciu lat sprzedaż produktów bezglutenowych skoczyła aż o 75 procent. W Stanach wartość tego rynku osiągnęła 8,8 mld dolarów rocznie, w Wielkiej Brytanii rośnie on w tempie 15 procent na rok i dziś jest wart, w przeliczeniu, prawie 1,5 mld zł. Szacuje się, że w USA w 2016 roku może osiągnąć nawet 60 mld zł.

Magazyn „Time” nazwał nową modę jednym z dziesięciu najsilniejszych trendów ostatnich lat. Na nic się zdały ostrzeżenia dietetyków, że to szaleństwo będzie miało opłakane skutki w postaci ogromnych niedoborów witamin z grupy B, kwasu foliowego, cynku, selenu, wapnia i magnezu. Amerykańska Fundacja Świadomości Celiakii ogłosiła, że ludzie, którzy nie cierpią na tę chorobę i nie mają alergii na gluten, przechodząc na dietę bezglutenową bez konsultacji z lekarzem, wyrządzają sobie krzywdę.

Sprawą zajęli się wreszcie fachowcy, m.in. prof. Julie Jones, specjalistka od żywienia z St. Catherine University i doradca naukowy amerykańskiej agencji federalnej odpowiedzialnej również za kontrolę żywności. W Europie wywody Davisa wzięli pod lupę naukowcy z Maastricht University i Rothansted Research. I wykazali, że autor książki o „pszenicznym brzuchu” straszy ludzi dowodami bez pokrycia. Wytknęli mu też wiele błędów merytorycznych. Dobrano się również do innej książki, autorstwa neurologa dr. Davida Perlmuthera, który dowodzi, że gluten i węglowodany (ale nie tylko te zawarte w pszenicy, lecz również w innych zbożach i owocach) to „mordercy” mózgu, odpowiedzialni za chroniczne bóle głowy, demencję, ADHD, zaburzenia lękowe i depresję. „Ta książka – komentuje znany amerykański epidemiolog prof. David Katz – została wypełniona masą bzdur”. Niemal równocześnie odezwał się prekursor bezglutenowego szaleństwa, dr Peter Gibson z Australii, by odwołać wszystko, co kiedyś głosił. Twierdzi, że przeprowadził kolejne, dokładniejsze badania, które obaliły teorię o nadwrażliwych i nie znalazł żadnych dowodów na szkodliwość glutenu dla osób niechorujących na celiakię. Ale jak wytłumaczyć fakt, że niektórzy z nich na diecie bezglutenowej poczuli się lepiej? – To nie gluten, ale tzw. FODMAP – fermentujące węglowodany, które słabo się wchłaniają, długo zalegają w jelitach, więc leżą sobie, rozkładają się i psują, zatruwając organizm – przekonuje teraz doktor. Duże ilości FODMAP, według niego, zawierają niektóre warzywa, np. cebula, czosnek, kalafior czy pory, owoce – jabłka, gruszki, brzoskwinie, śliwki, produkty mleczne, nasiona roślin strączkowych i oczywiście produkty zbożowe. Dla naszych babć i dziadków to, że fasola i cebula powodują sensacje żołądkowo-jelitowe, było czymś tak oczywistym, że nie wymagało badań naukowych. Ale teraz może być powodem pojawienia się mody na kolejną, nową dietę FODMAP`s free. Dr n. med. Tadeusz Tacikowski, gastroenterolog z warszawskiego szpitala MSW, wyjaśnia, na czym ona polega. – Do diety low FODMAP – mówi – zaliczamy chude mięso wołowe czy drobiowe – ono nie powoduje wzdęć. Poza tym sery żółte twarde, jajka, banany, grejpfruty, kiwi, cytryny, ananasy, pomarańcze, ogórki, pomidory, ziemniaki, marchewka – to wszystko powoduje tylko małe wzdęcia. Kiedy pytam, co sądzi o bezglutenowych szaleństwach, jakie ogarniają Polskę, odpowiada: – Trzeba być ostrożnym. Mamy przecież piramidę żywienia, a w niej produkty zbożowe są podstawą. Jednak dieta bezglutenowa może dawać mniejsze wzdęcia. Można to wytłumaczyć w ten sposób, że osoby na niej w ogóle rezygnują z pieczywa, w którym jest dużo węglowodanów. A te, jako cukier, bardzo zwiększają liczbę bakterii jelitowych. Więc jak zredukujemy węglowodany, to zmniejszamy fermentację. Dlatego osoby nie mające celiakii mogą twierdzić, że dieta bezglutenowa dobrze im robi na dolegliwości przewodu pokarmowego i zmniejszanie nadwagi. Bo skądinąd wiadomo, że zawsze pozytywnie wpływało na te problemy ograniczenie spożywania pieczywa, ciasta i innych węglowodanów, a o glutenie, jako sprawcy wszelkiego zła, w ogóle nigdy nie było mowy. Czyli – nie dajmy się zwariować!

Na Zachodzie i w Stanach moda na żywność „gluten free” wydaje się powoli przechodzić i ustępować miejsca FODMAP. U nas, przeciwnie, rośnie. W ubiegłym roku sprzedano w Polsce 6 tys. ton paczkowanej żywności z przekreślonym kłosem w logo, za 113 milionów złotych. Z coraz większym zdumieniem można obserwować napis „nie zawiera glutenu” na wielu codziennie spożywanych produktach. Oznacza się nimi już nie tylko płatki śniadaniowe, lecz także twarożki, herbatniki, nawet soki owocowe. Probiotyki bez laktozy i białek mleka, zalecane przez gastrologów, reklamują się teraz jako bezglutenowe. Podobnie jak niektóre potrawy w restauracyjnych menu. Z tego totalnego strachu przed glutenem kpią już satyrycy. Żarty z nowej mody stroi sobie świetny warszawski kabaret Pożar w Burdelu oraz animowany serial amerykański „South Park”, oglądany również w Polsce. Pewnie niedługo polski rynek zostanie zasypany bezglutenowym pieczywem, co zapewne odnotują pozytywnie chorzy na celiakię (według różnych szacunków w Polsce może być ich nawet milion), którzy dotąd narzekali na trudności z jego kupnem. Reszta z nas powinna zachować wobec nowych trendów żywieniowych zdrowy rozsądek. Ten jest nam potrzebny od zawsze, a wszelkie mody – wcześniej czy później – przemijają. – Produkty z niewielką ilością glutenu na pewno nie zaszkodzą osobom nie chorującym na celiakię. Dla nich i dla innych najlepsza dieta to pięć dobrze zbilansowanych posiłków dziennie, w tym lekka kolacja na dwie godziny przed snem, by nasz żołądek mógł odpocząć – powiedziała w wywiadzie radiowym dr Agnieszka Jarosz z Instytutu Żywności i Żywienia.

Wygląda więc na to, że choć zewsząd straszą nas glutenem, możemy spokojnie cieszyć podniebienie croissantami, chrupać paluszki i bagietki i przyrządzać spaghetti (koniecznie al dente!) z ulubionymi dodatkami. Rzecz w tym, żeby zachowywać niezbędny umiar. 

BWO

 

Na początek

aaa

 

ruszajmy się

 

Crossfit – część 2, czyli jak ćwiczyć

W poprzednim numerze próbowaliśmy wyjaśnić, czym jest crossfit. Przybliżyliśmy założenia tego sportu, jego zalety i zasady wykonywania ćwiczeń. Teraz postaramy się zapoznać Czytelników z konkretnymi ich przykładami. Mamy nadzieję, że pomogą one początkującym podjąć ten nowy rodzaj aktywności.  

Większość proponowanych ćwiczeń angażuje mięśnie całego ciała. Trening jest wyczerpujący, ale szybko przynosi oczekiwane rezultaty w postaci poprawy sprawności fizycznej. Przy okazji niezwykle skutecznie modeluje sylwetkę. Ucieszą się szczególnie panie, bo mocno zaakcentowane są pośladki, uda i mięśnie brzucha.

Należy pamiętać, że obciążenia w crossficie dobierane są indywidualnie. Trzeba też szczególnie zwrócić uwagę na liczbę serii i liczbę powtórzeń w ćwiczeniu, ciężar podnoszonych przyborów (sztangi, hantle, kettle, piłki lekarskie itp.). Początkujący, nie mający żadnej aktywności fizycznej na co dzień, powinni przejść dwutygodniowy program wstępny, który przygotuje ciało do prawidłowego wykonywania typowych crossfitowych ćwiczeń. Pamiętajmy również, że założeniem crossfitu jest poprawa sprawności we wszystkich obszarach fizycznych i należy równomiernie ćwiczyć każdy z nich. Powinniśmy trenować wydolność krążeniowo-oddechową, wytrzymałość, siłę, gibkość (elastyczność mięśni), moc mięśni (iloraz siły i czasu – czyli jak największa siła w jak najkrótszym czasie), szybkość, zwinność, równowagę, koordynację ruchów i dokładność (precyzję ruchów). Niektóre typowe dla crossfitu ćwiczenia oddziałują w wielu obszarach, ale trening stacyjny również powinien być poparty bieganiem, pływaniem, jazdą na rowerze, wioślarstwem, ćwiczeniami gimnastycznymi i akrobatycznymi oraz innymi sportami (większość rzeczy jesteśmy w stanie zrobić w klubie fitness lub w siłowni). Pamiętajmy, że ważna jest różnorodność. Oprócz podnoszenia ciężarów powinniśmy również robić ćwiczenia z ciężarem własnego ciała (pompki, przysiady, wyskoki, skakanie na skakance), rzucać piłką lekarską.

Intensywne ćwiczenia w części głównej powinny trwać około 20 minut. Poprzedza je oczywiście rozgrzewka (około 15 minut). Trening kończy rozciąganie mięśni (przynajmniej około 10 minut). O rozgrzewce i rozciąganiu były osobne artykuły, dlatego skupimy się tylko na ćwiczeniach, które powinny znaleźć się w części głównej i są najczęściej wykorzystywane przez trenerów crossfitu.

Część główna składa się z obwodu ćwiczebnego, czyli kilku ćwiczeń (tzw. stacji) wykonywanych jedno po drugim, rozdzielonych minimalnymi przerwami. Zadania te wykonuje się na czas (każda stacja obwodu trwa np. 2 minuty, z maksymalną liczbą powtórzeń, czyli ćwiczymy jak najszybciej) lub określoną liczbą powtórzeń, z dbałością, by wykonywać je dynamicznie, jak najszybciej. Cały obwód możemy powtórzyć kilkakrotnie. Przykładowy tzw. workout (część główna) z ćwiczeń, które wszyscy znamy, może wyglądać następująco: 10 podciągnięć na drążku, 20 pompek, 30 brzuszków, 30 przysiadów – całość powtórzyć 2-3 razy.

Początkującym polecamy trening przynajmniej trzy razy w tygodniu, wprawionym – sześć razy. Dobrym rozwiązaniem może być przyjęcie zasady, że ćwiczenie trwa 30 sekund lub 20 dynamicznych powtórzeń. Dobieramy 6-8 ćwiczeń, kierując się zmiennością pracujących mięśni. Całość powtarzamy 1-3 razy.

Rozpiskę treningową, wraz z filmikami ilustrującymi prawidłowe wykonanie, można znaleźć na oficjalnej stronie programu. Jednak najlepszym rozwiązaniem jest trenowanie z profesjonalnym trenerem, który oceni poziom naszej sprawności, dopasuje odpowiedni program i będzie czuwał nad prawidłowym, gwarantującym bezpieczeństwo wykonaniem. 

Typowe ćwiczenia stosowane przez trenerów crossfitu

Padnij – powstań (delfinki)

Ćwiczenie zaczerpnięte z wojska. Polega na dynamicznym przejściu z podporu leżąc przodem (ewentualnie z leżenia), poprzez przysiad, do postawy stojącej. Wersja bardziej obciążająca: po przejściu podskokiem do przysiadu wykonujemy wyskok w górę z jednoczesnym klaśnięciem nad głową. Osobiście wolę nazwę delfinki, bo ruch przypomina wyskakującego z wody delfina, chociaż w internecie można spotkać to samo ćwiczenie pod nazwą krokodylki, a crossfitowcy nazywają je z języka angielskiego burpees.

Będąc w podporze, dodatkowo można wykonać pompkę (czyli ugięcie ramion w podporze tak, by ciało znalazło się tuż nad podłożem), a następnie wyprost ramion ponownie do podporu. 

Delfinki – wersja dla kobiet

W łatwiejszej wersji tego ćwiczenia można wykonać pompkę na kolanach (tzw. damską pompkę) – reszta pozostaje bez zmian, czyli zawiera: przysiad podparty, wyrzut nóg do tyłu, przejście na kolana, pompkę na kolanach, powrót podskokiem do przysiadu podpartego oraz wyskok w górę z klaśnięciem nad głową. 

Delfinki ze sztangą

To typowe ciężkie ćwiczenie crossfitowe z wykorzystaniem dodatkowego obciążenia. Obejmuje kilka elementów połączonych w jeden ruch. Ćwiczymy nie tylko siłę, lecz także szybkość, precyzję ruchów, moc mięśni i wytrzymałość całego ciała. Ćwiczenie zawiera następujące po sobie elementy: pompka w podporze o sztangę, przysiad wykonany podskokiem, zarzut sztangi na barki (opis w dalszej części) i wypchnięcie sztangi nad głowę (opis w dalszej części). Następnie opuszczamy sztangę, pamiętając o prostych plecach, i wyrzucamy nogi w tył do podporu. 

Przysiady

To znane ćwiczenie bardzo dobrze rozwija mięśnie ud i pośladków. Robione dynamicznie, znacząco wpływa na wytrzymałość naszego organizmu. Ważne, by nauczyć się prawidłowo je wykonywać, gdyż jest bazą dla wielu bardziej skomplikowanych ćwiczeń.

Stajemy w lekkim rozkroku, stopy rozstawione na szerokość barków, z palcami skierowanymi pod kątem 45 stopni na zewnątrz. Ramiona ułożone wzdłuż tułowia. Wykonujemy pełny przysiad z cofnięciem bioder i pochyleniem prostego tułowia lekko w przód. Stoimy na całych stopach, obciążając głównie pięty. Nie należy odrywać pięt od podłoża. Ugięte kolana nie przekraczają linii stóp. Podczas wykonywania przysiadu przenosimy ramiona w przód. Następnie w czasie wykonywania wydechu wracamy do pozycji wyjściowej. Pamiętajmy o najważniejszych elementach technicznych: ciężar ciała na piętach, plecy proste, kolana na zewnątrz. 

Przysiady z rzutem piłką lekarską o ziemię

Ćwiczenia z piłką pozwalają wykończyć dynamicznie ruch poprzez wyrzut piłki. Jeżeli ćwiczymy przy ścianie, po odbiciu można piłkę złapać i powtórzyć ruch. To ćwiczenie jest bardzo popularne w crossfitowych obwodach. Stajemy w rozkroku, piłkę lekarską unosimy nad głowę. Ćwiczenie rozpoczynamy od przysiadu. Podczas jego wykonywania rzucamy piłką o ziemię. Piłka powinna odbić się od podłoża tuż przed stopami. Podczas wykonywania przysiadu plecy są poste, klatka piersiowa wypięta. Po rzucie wraz z przysiadem łapiemy piłkę tuż nad ziemią i wstajemy, unosząc ją wysoko nad głowę. 

Podrzut piłki z przysiadem

To jedno z najczęściej stosowanych ćwiczeń w programach crossfitowych. Pozycja w rozkroku nieco szerszym niż szerokość barków. Stopy skierowane lekko na zewnątrz. Piłkę lekarską należy trzymać na wysokości klatki piersiowej. Wykonujemy przysiad, a następnie, podnosząc się i prostując nogi w stawie kolanowym, wypchamy piłkę w górę tak, aby odbiła się od ściany. Piłkę należy złapać w górnej fazie wyprostu nóg i następnie powrócić do przysiadu. 

Przysiad ze sztangą na barkach

Aby zwiększyć obciążenie nóg, stosuje się przysiady z ciężarem opartym na barkach za szyją, czyli na karku. Sztangę można trzymać również z przodu, ale należy pamiętać, by łokcie były zablokowane (trudniejsza wersja). Nie można zapomnieć o prawidłowej technice przysiadu i prostych plecach (z pogłębieniem krzywizny kręgosłupa). Ciężar dostosowujemy do naszych możliwości, pamiętając o stopniowaniu trudności. Zawsze zaczynamy od małych ciężarów i stopniowo przechodzimy do większych. 

Brzuszki

To kolejne podstawowe ćwiczenie, które jest wstępem do bardziej złożonych. Dla początkujących jest również podstawą wzmacniania mięśni. Leżenie na plecach, kolana lekko ugięte. Wykonujemy skłon tułowia w przód, aż do momentu dotknięcia rękami podłogi tuż obok stóp.  

Brzuszki w zwisie

W crossficie bardzo popularne są ćwiczenia na drążku, które ćwiczą mięśnie brzucha i ramion. W pełnym zwisie na drążku podciągamy nogi w górę tak, aby dotknąć stopami drążka. Następnie opuszczamy nogi do pełnego zwisu. 

Brzuszki z piłką lekarską

Leżenie na plecach przed ścianą. Kolana lekko ugięte, piłkę lekarską trzymamy za głową w wyprostowanych rękach. Wykonujemy skłon tułowia w przód, podczas którego wydychamy powietrze. W czasie początkowej fazy uginania tułowia wyrzucamy piłkę w kierunku ściany. Po odbiciu od ściany łapiemy ją i przechodzimy ponownie do leżenia.

Pamiętajmy, że do wysokiej sprawności dochodzi się poprzez długotrwały, systematyczny trening. Nie ma sensu forsować się już na początku. Crossfit jest wymagający, ale bardzo skuteczny. Najważniejsze jest zdrowie i unikanie kontuzji podczas ćwiczeń. Powodzenia w pokonywaniu własnych słabości.

Krzysztof Koc

 

Na początek

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Partie z Jastrzębiej Góry (cz. II)

W drugiej połowie mistrzostw jakość partii wyraźnie się poprawiła. Rozstrzygnięcia padały przeważnie po długiej, emocjonującej walce. Błędy oczywiście też były, ale już nie tak rażące. Czołówka zdawała sobie sprawę, że ewentualnych potknięć nie da się już nadrobić.

A. Sargalski (1916) – A. Migala (2055)

Białe: Kg1, He2, Wa1, We1, Gc3, Gd3, Sh4, a3, b2, c2, f2, g2, h3

Czarne: Kg8, Hc7, Wc8, We8, Gb7, Gd6, Sd7, a6, b5, e5, f7, g7, h6

20.Hh5?! Lepsze 20.Sf5 20...e4?! Prawidłowe było 20...Sf6 21.G:g7!? Odważna i poprawna ofiara figury za atak 21...K:g7? Ruch dający białym duże szanse na wygraną. Komputer zaleca 21...Gf4 z takim możliwym „zwariowanym” głównym wariantem: 22.Gc3 (22.G:h6? Sf6) 22…ed3 23.Hg4+ Gg5 24.Sf5 Hf4 25.S:h6+ Kh7 26.H:d7 W:e1+ 27.W:e1 K:h6 28.H:b7 W:c3! 29.H:a6+ Kg7 30.bc3 dc2 31.H:b5 c1H 32.W:c1 H:c1+ 33.Kh2 z prawdopodobnym remisem 22.Sf5+ Kf6 23.H:h6+! K:f5 24.g4+ Ke5 Wszystkie ruchy czarnych były wymuszone 25.f4+? O jeden szach za dużo. Długie kombinacje mają to do siebie, że często przeplatane są „cichymi” ruchami. Należało zagrać 25.G:e4! G:e4 26.Wad1 i mimo trzech (!) figur więcej czarne są na krawędzi porażki. Oto możliwy wariant z programu komputerowego: 26...Gc5 27.Hg5+ Ke6 28.W:e4+ Se5 29.Hf5+ Ke7 30.W:e5+ Kf8 31.Wd7! G:f2+! 32.K:f2 H:c2+ 33.Kg3 H:f5 34.W:f5 We7 35.W:e7 K:e7 36.g5 i białe powinny wygrać wieżówkę. Znalezienie takiego wariantu przy partii przekracza oczywiście ludzkie możliwości. Dodam, że według tego samego „eksperta” po drugim co do siły ruchu 25.Wad1 Wh8 26.Hg5+ Ke6 27.G:e4 G:e4 28.W:e4+ Se5 29.Hf5+ Ke7 30.W:d6 K:d6 31.W:e5! partia powinna zakończyć się wiecznym szachem 25...Kd4 Teraz król ucieka w bezpieczne miejsce na drugim skrzydle i przewaga materialna decyduje 26.Gf1 Kc5 27.b4+ Kb6 28.Wad1 We6 29.Hg7 Hc3 30.H:f7 Hg3+ 31.Gg2 W:c2

0–1

M. Maćkowiak (2131) – R. Suder (2100)

Białe: Kg1, Hd3, Wd1, We2, Gf1, Sd2, a2, b3, c3, d4, f2, g3, h4

Czarne: Kh7, Hd7, Wc8, Wf8, Gd5, Se4, a7, b5, c6, e7, f5, g6, h6

25.c4 Wstęp do usunięcia skoczka z linii „e” i rozpoczęcie ataku na punkt e7 25...bc4 26.bc4 S:d2 27.Wd:d2 Gf7 28.We5 h5 Konieczna profilaktyka. W wielu wariantach białe same groziły ruchem h4-h5. Minusem posunięcia jest osłabienie czarnych pól wokół króla 29.Gg2 Wfe8 30.d5 Z tym przełomem nie musiały się białe spieszyć. Zasługiwało na uwagę 30.Wde2 30...cd5 31.cd5 Hd6 32.He3 Wcd8 33.We2 Wd7 34.Hg5 Naciski białych stawały się coraz bardziej nieprzyjemne 34...e6 Jeszcze bardziej osłabia czarne pola, ale było to wymuszone groźbą 35.We6! Hb4 36.Gf3 z dalszym G:h5 35.Hf6 He7 36.H:e7 Wd:e7? A ten błąd, prawdopodobnie wskutek niedoczasu, przegrywa. Należało odbić drugą wieżą: 36...We:e7 37.de6 Wd1+ 38.Kh2 Gg8 z dalszym podejściem króla na f6 i mimo straty pionka można jeszcze stawiać długi opór 37.d6! Wd7 38.Gc6 Wdd8 39.G:e8 W:e8 40.d7 Wd8 41.Wd2 i czarne poddały się.

R. Suder (2100) – P. Dukaczewski (2297)

Białe: Kg1, Hh4, Wd2, Wf1, Gg2, Gh6, Sf3, a2, b3, c4, d4, f2, g3, h2

Czarne: Kh8, Hf7, We7, Wf8, Gd7, Gg7, Sc6, a7, b7, c7, d6, e6, g6, h7 

Partia rozgrywana była w 7. rundzie. Piotr Dukaczewski miał w tym momencie 6 p. (100 proc.!) i dużą przewagę nad rywalami. Okazało się jednak, że sprawa tytułu nie jest jeszcze przesądzona…17...e5?! Po 17...G:h6 18.H:h6 Hg7 19.He3 e5 białe miały tylko niewielką przewagę 18.de5 de5?! Należało odbić na e5 figurami, nawet za cenę pionka: 18...S:e5 19.S:e5 W:e5 20.G:g7+ H:g7 21.G:b7 Wfe8 z bardzo aktywną pozycją 19.We1 Gf5 20.Sg5 Hf6 21.G:g7+ W:g7 22.G:c6 bc6 Przewaga białych stała się już wyraźna. Czarne pionki są bardzo słabe 23.Wde2 (23.f3!?) 23...Gd3 24.Wd2 Wd8? Przeoczenie. Należało wrócić gońcem na f5 25.W:e5 Przynosi zysk pionka, ale można było zdobyć jakość po 25.Se6! 25...We7 Lub 25…H:e5 26.Sf7+ W:f7 27.H:d8+ Kg7 28.H:d3 26.Hf4 H:f4 27.gf4 Wed7 28.W:d3 W:d3 29.Sf7+ Kg8 30.S:d8 W:d8 31.We7 i po długiej jeszcze grze białe zrealizowały przewagę materialną. 

Obrona sycylijska

B. Pawelec (2097) – J. Stachańczyk (2303)

1.e4 c5 2.c3 Sf6 3.e5 Sd5 4.d4 cd4 5.H:d4 e6 6.Sf3 Sc6 7.He4 d6 8.c4?! Przyczyna późniejszych kłopotów. Pionek na c3 ograniczał figury przeciwnika i gwarantował bezpieczeństwo króla. Solidniejsze było 8.Sbd2 de5 9.S:e5 8...Ha5+ 9.Gd2 Sdb4 10.ed6 Na 10.a3 mogło nastąpić 10…d5!? 11.cd5 ed5 12.Hf4 Ha4 10...G:d6 11.Gc3 e5 12.Sbd2?! Lepsze 12.a3 z groźbą 13.b3 12...g6 13.Sb3 Hd8

14.He2? Szanse na obronę dawało 14.Wd1 Gf5 15.Hh4 Sc2+ 16.Ke2 i nie widać jeszcze dla czarnych nic forsownego. Po ruchu w partii sytuacja białych robi się krytyczna 14...Gf5 Grozi 15…Sd3+ i 15…Sc2+ 15.Sfd4 Nie ratowało i 15.Wd1 0–0, np. 16.c5 Sc2+ 17.Kd2 S6d4 z decydującym atakiem: 18.G:d4 S:d4 19.Sf:d4 ed4 20.cd6 We8 21.Hf3 Hg5+ 15...Sd3+ 16.Kd1 Sf4 (16...S:f2+!? 17.H:f2 ed4) 17.He3 Ge7 18.Ke1 ed4 19.S:d4 S:d4 20.G:d4 0–0 21.H:f4 Gg5 0–1

A. Migala (2055) – P. Dukaczewski (2297)

Białe: Kg4, Wb3, f5, g5

Czarne: Kf7, Wb5, b4 

Czarne przez długi czas broniły się w przegranej końcówce. W pozycji na diagramie białe nie odważyły się uaktywnić wieży i puścić do przodu wolniaka, więc partia zakończyła się remisem przez powtórzenie posunięć 66.Kf4 Kg7 67.Ke4 Kf7 68.Kf4 Kg7 69.Kg4 Kf7 70.Kf4. Tymczasem pozycja była wygrana: 66.g6+ Kf6 67.Wd3! b3 (Nie zmienia wyniku 67...W:f5 68.Wd6+ czy 67...Wb6 68.Wd7 b3 69.Wf7+ Ke5 70.g7) 68.Wd6+ Ke5 (Lub 68...Kg7 69.Wd7+ Kg8 70.f6 Wb8 71.Kg5 b2 72.Kh6 b1H 73.f7+) 69.We6+ Kd4 70.g7 Wb8 71.f6 b2 72.We1 b1H 73.W:b1 W:b1 74.f7

J. Stachańczyk (2303) – M. Maćkowiak (2131)

Białe: Kg2, Hh5, Wf1, Wf2, Gc3, Sd2, Se2, a4, b3, c4, d5, e4, g3, h3

Czarne: Kg7, He8, Wf7, Wf8, Gd7, Se7, Sg6, a6, b4, c5, d6, f6, g5, h7
Białe mają więcej przestrzeni, ale pozycja czarnych wygląda bardzo solidnie. W poszukiwaniu szans obrońca tytułu decyduje się na ciekawe poświęcenie pionka za pole e4 dla skoczka 31.e5! de5? Należało zabić drugim pionkiem. Po 31...fe5! 32.W:f7+ W:f7 33.H:g5 (Niedobre jest 33.Se4? Sh4+! 34.gh4 Wf2+) 33...W:f1 34.S:f1 Hf7 powstawała równa pozycja 32.Se4 Ten skoczek działa ze straszną siłą. Czarne nie mają obrony przed licznymi groźbami 32...Hc8 33.Sd6 Hc7 34.S:f7 W:f7 35.Sg1 Sc8? Przyspiesza przegraną. Po 35...h6 36.Sf3 f5! można było stawiać dłuższy opór 36.Sf3 Sd6 Jeśli 36...Ge8, to 37.Sh2 z dalszym 38.Sg4 37.S:g5 fg5 38.W:f7+ S:f7 39.W:f7+ K:f7 40.H:h7+ Kf8 41.G:g6 1–0

Partia angielska

P. Dukaczewski (2297) – J. Stachańczyk (2303)

Ta partia, grana w przedostatniej rundzie, decydowała o tytule mistrza Polski. Dukaczewski miał w tabeli pół punktu więcej od rywala. Białe zadowalał więc remis, czarne musiały wygrać… 1.c4 e5 2.g3 Sf6 3.Gg2 Sc6 4.Sc3 Gb4 5.e4 G:c3 6.dc3 d6 7.Se2 Ge6 8.b3 Hd7 9.0–0 Gh3 10.f3 G:g2 11.K:g2 Se7 12.Ge3 He6 13.Hc2 0–0 14.Wad1 Sd7 15.g4 a5 16.Sg3?! Niepotrzebnie pozwala otworzyć linię „a”, co daje czarnym niewielką inicjatywę. Lepsze 16.a4 16...a4 17.Sf5 Sc6 18.Kh1 Wfb8 19.Wd5 ab3 20.ab3 Wa3 21.Gc1 Wa1 22.Wfd1 Wba8 23.Gb2 W1a2

Na szkoleniu trenerów, przy omawianiu doboru taktyki w decydujących partiach uczono takiej zasady: jeśli przeciwnik chce remisu, a my musimy wygrać, należy mu pozwolić grać na remis, nie bać się przejścia do końcówki, nie unikać sztucznie wymian. Jeśli taktyka taka zawiedzie – trzeba dać przeciwnikowi szanse na wygraną.

Przebieg partii w Jastrzębiej Górze tak się ułożył, że w pozycji na diagramie białe miały do wyboru dalszą manewrową grę w trochę gorszej sytuacji albo też wywołanie komplikacji, które, z daleka patrząc, dawały przewagę. Nic dziwnego, że Dukaczewski wybrał tę drugą możliwość, ale przewaga okazała się pozorna, a powstały charakter pozycji dał duże szanse na rezultatywny wynik 24.S:d6?! Sb6?! Komputer pokazuje taki niezwykle interesujący wariant 24...cd6! 25.W:d6 Sd4! 26.W1:d4 ed4 27.W:e6 d3! 28.H:d3 W:b2 29.We8+ W:e8 30.H:d7 Wa8 31.Hd1 h6. Kontynuacja jest forsowna, a końcową pozycję „Rybka” ocenia jako równą, choć moim zdaniem, mimo braku kilku pionków, jest ona znacznie korzystniejsza dla czarnych 25.Sf5 Po 25.Wb5 mogło nastąpić 25...Hf6 26.Kg2 Wd8!? z dużymi komplikacjami 25...g6 26.Se3 Prowadzi do straty jakości. Lepiej było oddać całą figurę 26.W5d2!? gf5 27.c5 Sc8 28.gf5 Hf6 29.Wd7 z trudną do oceny pozycją 26...S:d5 27.cd5 Hf6! 28.Kg2 Przegrywa 28.dc6? H:f3+ 29.Sg2 W:b2 28...Sb8 29.c4 Centralne pionki białych wyglądają imponująco, ale pełnej rekompensaty za jakość nie ma 29...Hf4 30.We1 Sd7 31.We2 b6 32.Sd1 h5 33.Sf2 hg4 34.S:g4 f6 35.b4? Obie strony odczuwały już brak czasu do namysłu i niedokładności stają się częstsze 35...W8a3? Czarne nie wykorzystują okazji. Po wtrąconym 35...f5! 36.ef5 W8a3 (Dopiero teraz!) 37.Wf2 (Lub 37.G:a3 W:c2 38.W:c2 e4!) 37...gf5 38.H:f5 H:f5 39.Sh6+ Kh7 40.S:f5 Wb3 41.Gd4 W:f2+ 42.G:f2 W:b4 uzyskiwały wygraną końcówkę 36.G:a3 W:c2 37.W:c2 Hg5 Teraz nie ma 37...f5? bo 38.Gc1 38.Gc1 Hh4 39.c5 bc5 40.bc5 Pozycja białych wygląda solidnie i jest trudna do przebicia 40...f5 41.Sf2 Sf6 42.d6 c6 (42...cd6? 43.c6!) 43.We2 Sd7 44.Wc2 Hd8 45.ef5?! Ta wymiana nie była konieczna 45...gf5 46.Ge3 Kf7 47.Sh3 f4 48.Gg1 Hg8+ 49.Kh1 Hg6?! Umożliwia skoczkowi zajęcie aktywnej pozycji na e4. Słabe było 49...Kf6?! 50.Wg2 Hd5 51.Sg5! ale po 49...Ke8! 50.Wc3 (50.Wg2? Hd5 51.Sg5 S:c5) 50...Ha2 51.Sg5 Sf8 52.Se4 Se6 z dalszym Sd4 czarne powinny wygrać 50.Wg2 Hb1 51.Sg5+ Kf8 52.Se4 Hd1 53.Wf2 Teraz „twierdza” białych wydaje się już być nie do zdobycia 53...Hb3 54.Kg2 Hg8+ 55.Kf1? (55.Kh1) 55...Hb3? (55...Hc4+!) 56.Kg2 Hg8+ 57.Kf1? Hc4+! Ginie pionek c5, a to rujnuje cały system obronny białych 58.We2 Lub 58.Kg2 S:c5 59.Wd2 Sd7 58...Kf7 59.Gf2 Kg6?! Lepsze 59...Ke6 z dalszym Sf6 60.Sd2? Po 60.Gh4! można było obronić pionka: 60…S:c5? 61.S:c5 H:c5 62.d7 60...Hc1+ 61.Ge1 (61.Kg2? Hd1) 61...H:c5 62.Wg2+ Kf7 63.Se4 Hc4+ 64.Kg1 Hd4+ 65.Wf2 Hd1 66.Wf1 Hb3 67.Wf2?! Ciekawie wyglądało 67.Kg2 c5 68.Gc3!? 67...c5?! Prawidłowe było 67...Sf6 68.S:f6 K:f6, np. 69.Wd2 He3+ 70.Kf1 H:f3+ 71.Kg1 He3+ 72.Kf1 Hh3+ i 73…Hd7 68.Kg2 c4 69.Gd2? Przegrywa szybko. Jak już wspomniano wcześniej, 69.Gc3! dawało okazję stworzenia nowej, ciekawej „twierdzy”, np. 69...Sf6?! 70.S:f6 H:c3 (70...K:f6? 71.d7) 71.Se4 He1 72.Wd2 Ke8 73.Sf6+ Kf7 (73...Kd8? 74.Wa2!) 74.Se4 i nie widać, jak czarne mają wygrywać: 74...c3 75.Wc2 Ke6 76.W:c3 He2+ 77.Kg1 itd. 69...Sf6! 70.S:f6 (70.d7 S:d7) 70...K:f6 71.Gc1 c3 72.Wf1 Ke6 73.h4 K:d6 74.h5 Ke6 75.Kh3 Hb7 76.Wf2 Kf5 77.Wf1 Hg7 78.Kh2 Hg3+ 79.Kh1 Hh3+ 80.Kg1 H:h5 i czarne wygrały.

Ryszard Bernard

 

Od redakcji:

W 6. numerze magazynu „Cross” zabrakło wyników szachowych MP w Jastrzębiej Górze. Przepraszamy wszystkich Czytelników, a w szczególności uczestników turnieju. Rezultaty zamieszczamy poniżej.

Finał mistrzostw Polski w szachach

6-17.05.2015 r., jastrzebia Góra

1. Jacek Stachańczyk „Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza 9 p.

2. Piotr Dukaczewski („Syrenka” Warszawa) 8,5 p.

3. Marek Maćkowiak „Tęcza” Poznań       8 p.

4. Adam Czajkowski („Syrenka” Warszawa) 7,5 p.

5. Ryszard Suder („Warmia i Mazury” Olsztyn) 7 p.

6. Andrzej Migala („Warmia i Mazury” Olsztyn) 6,5 p.

7. Bartosz Pawelec („Ikar” Lublin) 6,5 p.

8. Piotr Kulpiński („Atut” Nysa) 3,5 p.

9. Andrzej Sargalski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 3 p.

10. Dawid Falkowski („Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza) 2,5 p.

11. Zdzisław Wojcieszyn („Ikar” Lublin) 2,5 p.

12. Jacek Ruszczycki („Lajkonik” Kraków) 1,5 p.

Gratulacje dla zwycięzcy turnieju – Jacka Stachańczyka, mistrza Polski.

 

Na początek

aaa

 

Gramy w warcaby

 

W dniach 24-30.04.2015 r. rozegrano w Łajsie półfinał mistrzostw Polski kobiet w warcabach stupolowych. Turniej obfitował w wiele zaciętych i interesujących partii. W grze o wysoką stawkę nie zabrakło też błędów, które po przeanalizowaniu stanowią dobry materiał szkoleniowy. Poniżej partia Barbary Kacprzak z „Syrenki” Warszawa, która zrobiła duże postępy. Nie tylko potrafiła wygrać z wyżej notowaną i doświadczoną zawodniczką „Jaćwinga” Suwałki Petronelą Dapkiewicz, lecz także wywalczyła awans do finału.

Barbara Kacprzak („Syrenka” Warszawa) – Petronela Dapkiewicz („Jaćwing” Suwałki)

1. 32-28 19-23 2. 28x19 14x23 3. 34-29 23x34 4. 39x30 17-21 5. 31-27!

Białe zwiększają tempo do +4.

5... 21x32 6. 37x28 11-17 7. 44-39 6-11
8. 50-44 1-6 9. 41-37 17-22 10. 28x17 12x21

Czarne nie grają konsekwentnie. Jeżeli już ustawiły kolumnę 6-17, to należało pobić 10... 11x22 z zamiarem budowania centrum.

11. 37-32 21-26 12. 33-28 7-12 13. 39-33 11-17 14. 44-39 17-22!

Czarne dążą do wyrównania pozycji poprzez niwelowanie silnego centrum białych i jednocześnie uzyskują skromną przewagę temp.

15. 28x17 12x21 16. 46-41 10-14 17. 30-25 18-23 18. 41-37 14-19 19. 25x14 9x20

Lepsze było 19... 19x10.

20. 35-30 4-9 21. 40-35 20-24?

Przedwczesne w tej pozycji zajęcie pola 24 daje białym możliwość przejęcia inicjatywy.

22. 30-25 15-20 23. 25x14 9x20?

Czarne, nastawione na zdobywanie temp, nie biorą pod uwagę pogarszającego się ustawienia na ich długim skrzydle.

24. 45-40 20-25 25. 40-34 3-9 26. 34-30 25x34 27. 39x30 5-10 28. 49-44 10-14

Białe uzyskały przewagę pozycyjną i mogły przystąpić do ataku na długie skrzydło, grając 29. 44-39. Czarne nie mogłyby odpowiedzieć 29... 13-18 z powodu oczywistej riposty 30. 37-31 ani 29. 14-20, na co białe odpowiedziałyby 30. 30-25 9-14 31. 33-29 24x44 32. 43-39 44x33 33. 38x9 14x3 34. 25x23. Zależnie od zagrania czarnych można by kontynuować plan poprzez 30. 39-34 lub 30. 47-41. W partii było:

29. 30-25 2-7 30. 43-39 7-12?

Po tym zagraniu czarne dużo straciły na aktywności na krótkim skrzydle. Białe mogły przejść do klasyki, wykorzystując szereg słabości w pozycji czarnych, takich jak: brak możliwości ustawienia olimpika, podwieszenie długiego skrzydła w związku
z brakiem kolumny 3-14, brak aktywnych kolumn. Plan można było zrealizować po 31. 36-31 i dalej, w zależności od odpowiedzi czarnych, 32. 33-28 lub 32. 31-27 i 33. 33-28. Po 31. 36-31 czarne nie mogą bronić się przez poświęcenie 31... 21-27 32. 31x22 23-28 33. 32x23 19x17 34. 39-34 (i w następnym posunięciu pionek 24 ginie) ani też 31... 23-28 32. 32x23 19x28 33. 33x22 21-27 (po 33... 12-18 nastąpiłoby 34. 35-30)
34. 22-18 13x22 35. 39-33 27x36 36. 33-28 z możliwością przejścia do damki.

31. 48-43

Białe nadal nie pozwalają na 31... 13-18, jednak teraz do głosu mogły dojść czarne po postawieniu klina lub nawet wymianie 26x17.

31... 12-18 32. 33-29 23x34 33. 39x30

18-23 34. 38-33?

Konieczne było 34. 36-31, w celu niedopuszczenia do wejścia do gry bocznych pionków.

34... 8-12?

Po postawieniu klina czarne mogły osiągnąć dużą przewagę pozycyjną.

35. 44-39

Teraz już nie można było grać 35. 36-31.

35... 12-18?

Można było i należało postawić klina.

36. 42-38 21-27 37. 32x21 26x17

Po 36... 18-22 37. 33-29 24x31 38. 36x27 białe uzyskałyby wygraną pozycję.

38. 47-41 17-21 39. 33-28!

W tej trudnej dla białych pozycji jedyna możliwość prowadząca do kontynuowania w miarę wyrównanej gry.

39... 23x32 40. 38x27 21x32 41. 37x28 6-11 42. 43-38 11-17 43. 38-32 18-23

44. 41-37 24-29?

Konieczne było 44... 13-18.

45. 39-34! 29x40 46. 35x44

I czarne muszą oddać pionka, chcąc zachować niewielkie szanse na remis.

46... 17-22 47. 28x17 13-18 48. 30-24 19x30 49. 25x34 9-13

Białe z pionkiem więcej miały forsowną wygraną po kilku posunięciach. Nawet mając przewagę materialną, należy trzymać dyscyplinę w maksymalnym ograniczaniu aktywności przeciwnika, gdyż czasem jedno niedokładne posunięcie może doprowadzić do remisu. Po zagraniu 50. 37-31 u czarnych grałby tylko jeden pionek. Nie można zagrać 50... 13-19, bo białe ustawiają kolumnę 51. 32-27 i czarne są bez wyjścia. Dalszy plan białych sprowadzałby się do zatrzymania tylko jednego grającego pionka. 50... 14-20 51. 44-40 20-24 (od razu przegrywa 51... 20-25 52. 32-27) 52. 31-27 13-19 (po 52... 24-29 nastąpi 53. 17-11 16x7 54. 32-28) 53. 36-31 24-29 54. 17-11 itd.

50. 36-31?

Po tym zagraniu aktywność białych na długim skrzydle została ograniczona do wykonywania rezerwowych posunięć.

50... 14-20 51. 44-39?

Teraz już po 51... 13-19 może być tylko remis 52. 39-33 19-24

51... 20-24??

Błąd rozstrzygający o wyniku partii. Czarne zablokowały własnego pionka 13.

52. 39-33 13-19 53. 31-27 24-30 54. 34x25 19-24 55. 37-31 23-29 56. 31-26 29x38 57. 32x43 24-29 58. 43-39 18-23 59. 17-12 23-28 60. 12-8 29-33 61. 39-34 33-38 62. 8-3 28-33 63. 3-20

I czarne poddały się. Po 62... 38-42

63. 3-17 42-47 64. 17x50 47-41 65. 34-29 czarne tracą damkę.

Również bardzo udany występ należał do Teresy Bonik z „Jaćwinga” Suwałki. W dobrym stylu wywalczyła awans do finału, pokonując po drodze zwyciężczynię półfinału Barbarę Wentowską z „Jantaru” Gdańsk.

Barbara Wentowska („Jantar” Gdańsk) – Teresa Bonik („Jaćwing” Suwałki)

1. 32-28 17-21 2. 37-32 18-23 3. 34-29 23x34 4. 39x30 20-25 5. 44-39 25x34
6. 39x30 12-18 7. 50-44 7-12 8. 44-39 1-7 9. 40-34 15-20 10. 30-25?

Wcześniej białe zdobyły +4 tempa i po tym zagraniu dają czarnym możliwość odrobienia strat i zajęcia centrum po podwójnej wymianie 10... 19-23.

10... 10-15

Można i tak, planując przejście do klasyki przy dodatnim tempie białych.

11. 31-27

Białe ułatwiają zadanie przejścia do klasyki, która jest korzystniejsza dla czarnych.

11... 21-26 12. 41-37 4-10

Takie zagranie może być zapowiedzią zmiany planu gry, ponieważ do wspomnianej klasyki nie pasuje z powodu nieaktywnych pionków na długim skrzydle.

13. 37-31 26x37 14. 42x31 20-24?

W tej sytuacji dążenie do klasyki jest nieuzasadnione z powodu nieaktywnych pionków 5 i 10.

15. 34-30! 15-20?

Kolejny, jeszcze poważniejszy błąd. Czarne same weszły w związanie długiego skrzydła.

16. 47-42 10-15

 

Białe mogą osiągnąć dużą przewagę pozycyjną, grając na wykorzystanie związania długiego skrzydła czarnych. Należało zagrać 17. 27-21 16x27 18. 31x22 18x27

19. 32x21

17. 42-37 18-23! 18. 46-41 12-18 19.

48-42?

Jeszcze można było przejść do korzystnej pozycji po 19. 27-21 16x27 20. 31x22 18x27 21. 32x21 23x32 22. 37x28.

19... 7-12 20. 31-26 12-17 21. 45-40 5-10?

Podwieszenie pionka przy związanym skrzydle jest błędem, który mógł kosztować przegranie partii. Można było przejść do lepszej pozycji, grając 21... 17-22 22. 28x17 11x31 23. 36x27 24-29.

22. 27-21! 16x27 23. 32x12 8x17

 

Żeby utrzymać sporą przewagę pozycyjną, należało zagrać 24. 40-34 23x32 25. 37x28 18-23 26. 42-37 23x32 27. 37x28.

24. 39-34?? 23x32 25. 37x28?

W tej sytuacji konieczne było bicie

25. 38x27. Teraz czarne mogły przeprowadzić piękną kombinację 25... 17-21 26. 26x17 11x22 27. 28x17 24-29 28. 34x12 13-18 29. 12x23 19x46. W partii było:

25... 2-8 26. 41-37

Teraz taka kombinacja jest niekorzystna, ponieważ damkę można złapać. Natomiast czarne mogły wyjść z problemów, grając 26... 18-23. Z tego powodu należało zagrać 26. 34-29! i nie przechodzi kombinacja 26... 19-23 27. 28x19 14x45 28. 25x5 45-50

29. 30x19 50x46 30. 38-32 46x14 31. 5x16

26... 8-12?

Konieczne było 26... 18-23.

27. 37-32?

Prawidłowo 27. 34-29.

27... 3-8

Teraz nie można już było 27... 18-23 z powodu 28. 33-29 24x22 29. 32-28 23x32

30. 38x16.

28. 42-37 18-23!

I białe znalazły się w sytuacji bez wyjścia. Przegrywa 29. 43-39 24-29 30. 33x24 20x29 31. 39-33 12-18 32. 33x24 17-21

33. 26x17 11x31 34. 36x27 8-12.

29. 37-31 23-29 30. 34x23 17-21 31. 26x17 11x22 32. 28x17 19x26

Można było bić 32... 19x48 33. 30x19 48x26 34. 40-34 12x21.

33. 30x19 13x24 34. 33-28 12x21 35. 38-32 6-11 36. 28-22 21-27

I białe poddały się.

Jan Sekuła

 

Na początek

aaa

 

kultura

 

W 80 dni przez Amerykę

Czy można przebyć trzydzieści tysięcy kilometrów w niespełna trzy miesiące? Czy da się w takim tempie zwiedzić mijane kraje? Czy można poznać ich specyfikę, klimat? I czy do takiej wyprawy nadaje się czternastoletnia honda z przebiegiem 250 tysięcy kilometrów?

Tomasz Gorazdowski w wydanej w maju tego roku książce „Przez trzy Ameryki” pokazuje nam, że tak. Dziennikarz radiowej Trójki razem z fotoreporterem Olgierdem Michalakiem wyruszają szlakiem miejsc z listy światowego dziedzictwa UNESCO. Przemierzają drogi Alaski, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Meksyku, Gwatemali, Nikaragui, Hondurasu, Kolumbii, Boliwii, Argentyny i Chile. Od +30 stopni po -30, od poziomu morza po wysokość powyżej 5000 m n.p.m. Tysiące widoków zza szyby i wrażenia z postojów – koloryt poszczególnych miejscowości, mnóstwo spotkanych po drodze ludzi, niepowtarzalne smaki i zapachy.

Oglądają wyścigi psich zaprzęgów na Alasce; próbują lokalnych specjałów w mieście Tequila; piją mocną, czarną i gorzką ciecz na plantacji kawy w Kolumbii, zwiedzają najbardziej niebezpieczne miasto świata. Odwiedzają również ośrodek w San Pedro zajmujący się szkoleniem psów przewodników. Zresztą pomoc osobom niewidomym była jednym z celów wyprawy. Przez cały czas trwania podróży każdy mógł zamówić kartkę pocztową, wpłacając 25 zł na konto Fundacji Vis Maior zajmującej się ludźmi z dysfunkcją wzroku, a po powrocie prowadzona była jeszcze sprzedaż kubków i koszulek.

Podróż przez trzy Ameryki to nie pierwsza wyprawa Gorazdowskiego. W 2009 r. wraz ze swoim radiowym kolegą Michałem Gąsiorowskim udał się w motocyklową podróż dookoła świata. Przejechali wówczas 44 tysiące kilometrów, odwiedzając 19 krajów. Z tamtej eskapady również powstała relacja pt. „126 dni na kanapie. Motocyklem dookoła świata”.

Książka „Przez trzy Ameryki” napisana jest w tempie tej podróży – czytelnik mknie przez poszczególne kraje, z każdego łapiąc jakiś fragment rzeczywistości. Układa się z tego piękna mozaika. Lekki styl autora, dużo ciekawostek, poczucie humoru – wszystko to sprawia, że to świetna lektura na wakacje. I choć autor ostrzega nas na okładce: „Zanim wyruszysz na taką wyprawę, trzy razy się zastanów”, to po przeczytaniu tej książki pewnie większość czytelników pojechałaby bez wahania. 

Barbara Zarzecka

 

Na początek

 

Książka Tomasza Gorazdowskiego „Przez trzy Ameryki. 30 000 kilometrów z Alaski do Ziemi Ognistej”, wydana przez Znak w 2015 r., dostępna jest również w formie e-booka.