stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 6 (147) Czerwiec 2017

 CROSS 6 2017

ISSN 1427-728X

ROK XV

Nr 6 (147)

Czerwiec 2017 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ,

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 412 18 80

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Grażyna Wojtkiewicz

Korekta

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

 Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Nakład: 900 egzemplarzy

Miesięcznik dofinansowuje

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

aaa

 

Spis treści

Dla zasłużonych

Marta Michnowska

Kolekcjoner Krzyży Zasługi

Andrzej Szymański

Powroty mistrzów

Leszek Stefanek

UCI Para-cycling Road World Cup

Mirosław Jurek

Medale w Hiszpanii

EML

Droga do siebie

Barbara Poniatowska

Wiadomości

Pod niebem i słońcem Sycylii

Stanisław Niećko

Prawda czy mit?

BWO

Bieganie dla początkujących

Krzysztof Koc

Gramy w szachy

Ryszard Bernard

Joga bez napinki

Barbara Zarzecka

 

aaa

 

 zaszczytne odznaczenia

 

Dla zasłużonych 

Świętowanie jubileuszu 25-lecia Stowarzyszenia „Cross” wciąż trwa. 19 maja 2017 r. w Mazowieckim Urzędzie Wojewódzkim wieloletnim działaczom organizacji wręczono odznaczenia rangi państwowej. Na takie wyróżnienie pracowali wiele lat.

Kolejnym etapem jubileuszu 25-lecia Stowarzyszenia Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących „Cross” było uhonorowanie wieloletniej pracy osób zaangażowanych w tworzenie organizacji, trenerów sportowców z dysfunkcją wzroku i klubowych przyjaciół niewidomych. – To sami członkowie klubów wytypowali osoby, które najbardziej zasłużyły na odznaczenia – wyjaśnia dyrektor biura Stowarzyszenia Przemysław Warszewski. – Propozycje kandydatów można było przysyłać do biura do 30 kwietnia 2016 r. Po zaakceptowaniu kandydatur przez Radę Krajową Stowarzyszenia wnioski o nadanie odznaczeń zostały skierowane do właściwych instytucji. A w to, że osoby tak zasłużone dla rozwoju naszej organizacji i upowszechniania idei sportu i turystyki w środowisku osób niewidomych i słabowidzących zostaną odpowiednio uhonorowane, nikt z nas nie wątpił – dodaje Warszewski.

I oto nadszedł upragniony dzień – działacze Stowarzyszenia zjechali z całej Polski do Warszawy, by odebrać przyznane im nagrody. Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyże Zasługi i Medale za Długoletnią Służbę przekazywał wicewojewoda mazowiecki Sylwester Dąbrowski. Podczas uroczystości w Mazowieckim Urzędzie Wojewódzkim rozdano łącznie trzydzieści siedem odznaczeń państwowych.

W gronie uhonorowanych złotym Krzyżem Zasługi znalazł się związany ze Stowarzyszeniem „Cross” Leszek Łysakowski. Ponadto wicewojewoda Sylwester Dąbrowski wręczył siedemnaście srebrnych i pięć brązowych Krzyży Zasługi, m.in. działaczom sportowym i społecznikom, a także sześć złotych, trzy srebrne i dwa brązowe medale „Za Długoletnią Służbę”. Spośród działaczy Stowarzyszenia „Cross” odznaczenia otrzymali:

srebrny Krzyż Zasługi: Michał Czarski, Wacław Morgiewicz, Dariusz Rutkowski, Joanna Staliś, Irena Tomal;

brązowy Krzyż Zasługi: Adam Dzitkowski i Mirosław Mirynowski.

Krzyż Zasługi to odznaczenie przyznawane za działania na rzecz państwa lub obywateli, które przekroczyły zakres zwykłych obowiązków, przynosząc znaczną korzyść krajowi. Może być także nadany za ofiarną działalność publiczną i charytatywną oraz niesienie pomocy. Nic dziwnego, że wśród uhonorowanych znalazło się tak wielu działaczy naszej organizacji.

Poza typowaniem kandydatów do odznaczeń rangi państwowej klubowicze z całej Polski zadecydowali o przyznaniu odznak za wybitne osiągnięcia sportowe, działalność na rzecz popularyzacji rozmaitych dyscyplin, a także wskazywanie przykładu najlepszą sportową postawą. Czyje kandydatury zyskały aprobatę członków Stowarzyszenia?

W Ministerstwie Sportu i Turystyki zadecydowano o przyznaniu czternastu brązowych odznak „Za Zasługi dla Sportu”. Odznaczeni to: Irena Curyło, Kazimierz Curyło, Sławomir Gruszkowski, Franciszek Kała, Małgorzata Kasprzycka, Zdzisław Mądry, Maria Paduszyńska, Zdzisław Porochnicki, Stanisław Poświatowski, Dariusz Rutkowski, Janusz Stolarski, Brunon Studziński, Andrzej Świtaj, Janusz Żydek.

Wśród nagrodzonych złotym Krzyżem Zasługi znalazł się Leszek Łysakowski – współzałożyciel klubu warcabowego w Gnieźnie, obecnie UKS Lokator Gniezno, instruktor warcabowy, prezes Polskiego Towarzystwa Warcabowego, sędzia międzynarodowy w warcabach, a przede wszystkim trener kadry narodowej Stowarzyszenia „Cross”. Zainteresowanych sylwetką trenera zapraszamy do lektury wywiadu zamieszczonego obok. Wszystkim nagrodzonym serdecznie gratulujemy, dziękujemy za pracę na rzecz Stowarzyszenia i życzymy kontynuowania pracy z pasją, a wówczas kolejne zaszczyty z pewnością nadejdą.

Marta Michnowska

 

aaa

 

zaszczytne odznaczenia

 

Kolekcjoner Krzyży Zasługi

19 czerwca w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawy odbyła się podniosła uroczystość. Wicemarszałek województwa mazowieckiego wręczył złote, srebrne i brązowe Krzyże Zasługi osobom zasłużonym dla środowiska niepełnosprawnych. W gronie tym znalazło się dwunastu działaczy ze Stowarzyszenia „Cross”, od lat udzielających się w pracy na rzecz osób niewidomych i słabowidzących. Jednym z nich był 61-letni mężczyzna z Gniezna – Leszek Łysakowski, od 17 lat trener warcabistów w „Crossie”.

– Panie Leszku, jak Pan się czuje z tym złotem na szyi?

– Jestem kolekcjonerem Krzyży Zasługi. Brązowy dostałem od prezydenta Kwaśniewskiego, srebrny od Komorowskiego i teraz złoty – od Dudy. Za ten ostatni szczególnie dziękuję Wackowi Morgiewiczowi i oczywiście crossowskiej komisji, która moją skromną osobę wytypowała do wyróżnienia. Cóż, mam trzy Krzyże, więc pora już umierać…

– Zanim Pan to uczyni, proszę kilka słów o sobie.

– Rodowity gnieźnianin, rocznik Bońka i Borga, wzrok doskonały. Do „Crossu” ściągnęli mnie Jurek Gorczyński i Andrzej Sargalski, a teraz „męczę się” z Wackiem Morgiewiczem, odpowiedzialnym w Stowarzyszeniu za warcaby. Jestem najdłużej panującym trenerem kadry narodowej w „Crossie” i prezesem Polskiego Związku Warcabowego.

– Kiedy rozpoczęła się Pana przygoda z tą dyscypliną?

– Jak zwykle piękne historie zaczynają się w dzieciństwie. Miałem sąsiadkę w Gnieźnie, panią Cecylię Makowską. I ta, wówczas starsza kobieta, namówiła siedmioletniego brzdąca na grę w warcaby klasyczne, 64-polowe. Nigdy nie miałem predyspozycji do sportów ruchowych, tylko do gier stolikowych. Jestem fanatykiem gier logicznych. Zaszczepiłem to z powodzeniem w moich dzieciach. Gdy odwiedzają mnie syn, synowa i wnuczęta, to obowiązkowo po obiedzie siadamy do kart.

– W szkole Pan grał w warcaby?

– Tak, ale najwięcej w wojsku, w baterii rakietowej w Biedrusku.

– Panie Leszku, w wojsku się strzela, a nie gra w warcaby!

– Też strzelałem. Mogę się pochwalić, że jako żołnierz Ludowego Wojska Polskiego na ćwiczeniach w Kazachstanie strzelałem z wielkiej rakiety o zasięgu 300 kilometrów. Chybiłem do celu tylko o 70 metrów. Nasz dowódca, polski pułkownik, tak mnie wtedy wycałował, jak nigdy żadna kobieta. Miał zapewniony awans, a nasza drużyna satysfakcję. I tyle przygody z Kazachstanem. Tam wokoło tylko piasek…

– A kiedy zaczął Pan grać w warcaby stupolowe?

– To był przypadek. Szedłem na działkę w moim mieście i zobaczyłem plakat informujący o pierwszych mistrzostwach Gniezna w warcabach stupolowych. Wygrałem kilka partii i na 48 zawodników uplasowałem się na 14. miejscu. To był udany debiut. Miałem wtedy 34 lata. Kolega, który namówił mnie na ten turniej, zaprosił na środowe spotkania w klubie warcabowym. Zacząłem grać, potem dzięki Janowi Kotkowi zrobiłem kurs sędziowski, zostałem członkiem zarządu Polskiego Związku Warcabowego (PZW), a po jakimś czasie jego prezesem.

– Panie Łysakowski, proszę powiedzieć kilka słów o historii warcabów stupolowych w naszym pięknym kraju.

– Tę dyscyplinę rozkręciła w Polsce w latach 70. ubiegłego wieku pani Maria Moldenhauer-Frej i jej mąż Romuald Frej, dziennikarz. Zresztą w warcaby grano już w starożytności, wcześniej niż w szachy. To szachiści wykorzystali planszę warcabową do swej gry.

– Czym różnią się warcaby stupolowe od 64-polowych?

– W „setce” jest dużo więcej kombinacji. Są ciekawsze. A w 64-polowych mamy nudny schemat. Jak stracisz jednego pionka, to masz prawie przegraną partię. W stupolowych strata jednego pionka nie powoduje takiego dramatu, bo mamy na planszy dwadzieścia pionków, a nie dwanaście.

– W 2000 roku zaczął Pan rozkręcać warcaby w środowisku osób z dysfunkcją wzroku…

– Tak. Namówił mnie prezes Jurek Gorczyński. Na początku sędziowałem po sześć, siedem imprez rocznie. Potem rozpoczęły się szkolenia w Stowarzyszeniu „Cross”. Przewinęły się przez nie dziesiątki, a może i setki osób niewidomych i słabowidzących. Na 42 kluby zrzeszone w Stowarzyszeniu w aż 35 są sekcje warcabowe. Więcej jest warcabistów niż szachistów. Jeśli szachy nazywane są królewską grą, to nasza dyscyplina jest co najmniej „książęca”. W zeszłym roku odbyło się 20 turniejów warcabowych, a w każdym z nich brało udział blisko 50 zawodników. Ambicją wszystkich klubów crossowskich jest zorganizowanie u siebie choć jednego turnieju.

– Jaki jest najlepszy wiek do osiągania sukcesów w tej dyscyplinie?

– Im wcześniej, tym lepiej. Lepszy jest 22-latek niż 62-latek. Ale warcaby są tak fajne, że można grać do lat sędziwych. Mamy takiego zawodnika, Antoniego Ptasznika z Przemyśla. Ma 85 lat i do niedawna wygrywał z młodszymi od siebie o trzydzieści, czterdzieści lat. I specyficznie reagował. Jak mu się kombinacja udała, to radośnie na całą salę to ogłaszał!

– Pod koniec sierpnia kadra naszych warcabistów jedzie na mistrzostwa świata do Bułgarii. Jakie mamy szanse na medal?

– Odbędą się tam zawody niewidomych i słabowidzących, paraplegików i niepełnosprawnych intelektualnie. Przypomnijmy, że byliśmy gospodarzami mistrzostw Europy w tej dyscyplinie, w Augustowie. Organizował je Wacław Morgiewicz. A z Bułgarii chcemy przywieźć choć jeden medal. Niezwykle silni w tej dyscyplinie są nasi sąsiedzi ze wschodu. A jak będzie w Bułgarii? Na pewno napiszecie w miesięczniku…

– Dziękuję bardzo za rozmowę.

Andrzej Szymański

 

aaa

 

warcaby

 

Powroty mistrzów 

Najlepsze warcabistki i najlepsi warcabiści Stowarzyszenia „Cross” spotkali się w dniach 12-21 maja 2017 roku w hotelu „Hańcza” w Suwałkach, by wyłonić spośród siebie zwycięzców XXI Indywidualnych Mistrzostw Polski Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach Stupolowych.

Suwałki pierwszy raz były gospodarzem finału kobiet. Mężczyźni już po raz drugi (poprzednio w 2014 roku) walczyli w tym mieście o mistrzostwo. I tu właśnie po dwuletniej przerwie na warcabowy tron powrócili: wśród kobiet – Ewa Wieczorek, a wśród mężczyzn – Leszek Stefanek.

Turniej kobiet

Po raz pierwszy od 2004 roku finał kobiet rozegrany został systemem szwajcarskim. System ten nie jest optymalną metodą wyłaniania najlepszych, ale w tym roku, w przypadku kobiet, żaden inny (z systemem kołowym na czele) nie spowodowałby raczej diametralnie różnych rozstrzygnięć. Ponieważ nie odbył się turniej półfinałowy, do finału, w którym było 28 miejsc, kwalifikowały się zawodniczki z najlepszymi rankingami. W praktyce wszystkie chętne do gry warcabistki wystąpiły w tej decydującej o medalach rozgrywce, bo wiele liczących się w środowisku pań ponownie nie okazało zainteresowania najważniejszą imprezą roku.

Faworytka do zwycięstwa była tylko jedna. Wielokrotna mistrzyni Polski Ewa Wieczorek nie miała praktycznie konkurencji, tym bardziej że w Suwałkach zabrakło obrończyni mistrzowskiego tytułu Barbary Wójcik. Reprezentantka „Victorii” Białystok wygrała turniej z dużą przewagą nad rywalkami, oddając im tylko jeden punkt na dziewięć partii (remis z Joanną Malcer). Do pozostałych dwóch medali kandydowały Ewa Grabska, Petronela Dapkiewicz i Joanna Malcer. Miejsce na podium którejkolwiek innej zawodniczki należałoby uznać za sporą niespodziankę.

Rywalizacja przebiegała na ogół zgodnie z przewidywaniami. W kluczowych pojedynkach zanotowano następujące rezultaty: siódma runda: Grabska – Dapkiewicz 1:1, Górzna – Malcer 1:1; ósma runda: Dapkiewicz – Górzna 2:0, Malcer – Grabska 0:2. Do bezpośredniego pojedynku Malcer z Dapkiewicz nie doszło (najlepszy przykład wyższości systemu kołowego nad szwajcarskim).

Przed ostatnią, dziewiątą rundą, medalistki były już praktycznie znane. Złoto miała zapewnione Ewa Wieczorek (15 p.), za nią znajdowały się Petronela Dapkiewicz (12), Ewa Grabska (11) i Barbara Kacprzak (10). Dapkiewicz grała z dobrze dysponowaną w Suwałkach Kacprzak i tylko zremisowała, przez co dała się wyprzedzić Grabskiej, która pokonała Danutę Biechowską. Jak się okazało, pani Pela nawet w przypadku porażki zachowałaby miejsce na podium. Jest to pierwszy indywidualny medal MP w długiej karierze wiecznie czwartej sympatycznej warcabistki „Jaćwinga” Suwałki. Tym bardziej cenny, że zdobyty u siebie, na Suwalszczyźnie. Ewa Grabska z kolei, po brązowej serii, sięgnęła po raz pierwszy po srebro, co jest jej najlepszym osiągnięciem w MP. Ewa Wieczorek do bogatej kolekcji dorzuciła kolejne złoto MP i przewodzi zdecydowanie w medalowej tabeli z bilansem 8-2-3.

Niespodzianką in plus jest bardzo dobry występ i wysokie 4. miejsce Barbary Kacprzak, która przegrała tylko z Ewą Wieczorek i do końca walczyła o podium. Z pozostałych zawodniczek na szczególne wyróżnienie zasługują Teresa Borowiec i Hanna Maćkowiak, które wypełniły normy na II kategorię warcabową, znacznie poprawiły ranking i, co najważniejsze, zajęły wysokie miejsca w tabeli (najlepsze w karierze). Bliska podobnego osiągnięcia była zawodniczka „Hetmana” Lublin Halina Jasińska. Wygrana w ostatniej rundzie dałaby jej 8. miejsce. Niestety, tylko zremisowała swą partię, a na przeszkodzie stanęła Ewa Wójcik, czyli... jej siostra.

Turniej mężczyzn

Zawody rozegrano na szczęście tradycyjnie – systemem kołowym (w przeciwieństwie do szachistów, którzy powrócili nieoczekiwanie do loteryjnego „szwajcara”). W finałowej dwunastce znalazł się tylko jeden debiutant, najmłodszy w stawce Krzysztof Pichlak („Jutrzenka” Częstochowa) i on właśnie został pierwszym liderem turnieju, wygrywając ze swym imiennikiem Krzysztofem Furtakiem („Hetman” Lublin). Pozostałe, w większości derbowe pojedynki inauguracyjnej rundy zakończyły się remisowo.

W drugiej rundzie Mikołaj Fiedoruk pokonał Józefa Tołwińskiego, a Ryszard Suder zmusił do kapitulacji Edwarda Twardego. Twardy przeprowadził ładną kombinację i powinien wygrać, ale tak skutecznie schował swą damkę, że praktycznie wyeliminował ją z gry i w konsekwencji nie zdołał uratować nawet punktu.

Trzecia runda przyniosła po dwa punkty głównym faworytom turnieju. Stanisław Jędrzycki wygrał z Michałem Czarskim, a Leszek Stefanek pokonał Krzysztofa Furtaka. W najciekawszym pojedynku kolejnej rundy Jędrzycki zremisował ze Stefankiem. Żaden z nich nie zasłużył w tej partii na zwycięstwo. Najpierw błąd popełnił Stefanek, ale jego przeciwnik nie skorzystał z okazji. Kilka posunięć później pomylił się Jędrzycki, na szczęście dla niego – bez przykrych konsekwencji.

W piątej rundzie Stefanek pokonał Sudera, czym rozpoczął serię czterech zwycięstw z rzędu. W następnych pojedynkach pokonał kolejno Andrzeja Jagiełę, Ryszarda Biegasika (zaległa partia z drugiej rundy) i Mikołaja Fiedoruka. W tym czasie jego główni konkurenci tracili punkty, co sprawiło, że zawodnik „Hetmana” po siódmej rundzie uzyskał aż 4 p. przewagi nad grupą pościgową i sprawa mistrzowskiego tytułu została przesądzona. Niespodziankę sprawił Suder, pozbawiając Jędrzyckiego dwóch punktów.

Po siedmiu rundach Stefanek miał 12 p. Za nim z 8 p. plasowali się: Jędrzycki, Tołwiński, Twardy i Suder. Po 7 p. mieli Pichlak i Jagieła. W ósmej rundzie zwycięstwo odniósł tylko Twardy (z Pichlakiem), który wyszedł na drugie miejsce w tabeli.

Runda dziewiąta przyniosła dwie niespodzianki. Twardego sprowadził boleśnie na ziemię Czarski, pokonując go już w debiucie. Inny zawodnik „Hetmana” Lublin – Furtak – dość niespodziewanie pokonał Tołwińskiego, chociaż z przebiegu gry zanosiło się na wynik odwrotny. Potknięcia faworytów wykorzystał Jędrzycki. Po zwycięstwie z Fiedorukiem powrócił na fotel wicelidera.

W przedostatniej rundzie Jędrzycki poszedł za ciosem i, wygrywając z Tołwińskim, zapewnił sobie srebrny medal. Pierwsze zwycięstwo w turnieju odniósł Bernard Olejnik (z Furtakiem) i zgłosił niespodziewanie aspiracje do kadry narodowej (awansuje czołowa szóstka).

Przed ostatnimi pojedynkami prowadził Stefanek (15 p.) przed Jędrzyckim (13), Twardym i Suderem (po 11) oraz Czarskim i Jagiełą (po 10). Twardemu do medalu wystarczał punkt w partii z Furtakiem, bo Suder zremisował awansem z Tołwińskim, który musiał dzień wcześniej wyjechać z turnieju. W ostatnim dniu zanosiło się zatem na same, i to szybkie, remisy. Tym razem nie było „etapu przyjaźni”, rozgorzała bowiem walka o miejsca w kadrze narodowej. Szansę wyczuł Olejnik i po pięknej kombinacji pokonał grającego o pietruszkę Jędrzyckiego. Była to ulubiona kombinacja Benka, znana w literaturze pod nazwą „uderzenie Biedronka”.

Inni nie dawali wszak za wygraną i walczyli do końca. Ostatecznie szalę na swoją korzyść przechylili Jagieła (w partii z Fiedorukiem) oraz Czarski (z Biegasikiem) i rzutem na taśmę wyprzedzili Olejnika, który w konsekwencji wylądował dopiero na
7. miejscu.

Zawodnicy oceniający na gorąco przebieg rywalizacji zmuszeni byli stwierdzić, że poziom gry nie był w tym roku najwyższy. Proste błędy i przeoczenia zdarzały się nawet najlepszym. Niestety, czołówka z roku na rok jest coraz starsza, a następców, poza nielicznymi wyjątkami (Pichlak), nie widać. Mimo to, dzięki wysokiemu średniemu rankingowi (aż 2224), wielu zawodników wypełniło w Suwałkach normy na tytuły warcabowe. Pierwsze normy mistrzowskie uzyskali: Twardy, Czarski i Suder. Normy na kandydata wypełnili: Olejnik, Pichlak i Tołwiński. Ten ostatni ma już dwie normy i wymagany ranking, toteż od 1 lipca br. powinien uzyskać tytuł kandydata na mistrza. Jest to jakieś pocieszenie dla zawodnika „Victorii”, który długo utrzymywał się w czołowej trójce turnieju, by cały dorobek roztrwonić w ostatnich dwóch pojedynkach (porażki z Furtakiem i Jędrzyckim). Według obliczeń normę mistrzowską wypełnił również Jagieła, a kandydacką Biegasik. Program komputerowy ChessArbiter nie potwierdził tego faktu, ale to nie pierwsza taka pomyłka tego programu. Ostateczna decyzja w sprawie zatwierdzenia norm i tak należy do Komisji Technicznej PZWarc. Turniej sędziował Mirosław Grabski.

Jedynym w Suwałkach zawodnikiem bez porażki okazał się Stefanek, a jedynym, który nie zaznał smaku zwycięstwa, był Biegasik – król remisów – bo uzbierał ich aż dziewięć. Najwięcej punktów rankingowych zyskał Czarski (+18).

Podczas uroczystego zakończenia mistrzostw obecny był i nagradzał medalistów prezydent Międzynarodowego Komitetu Warcabowego Niepełnosprawnych (IDCD) Leszek Pętlicki. Koordynatorem mistrzostw w Suwałkach był Wacław Morgiewicz. W trakcie turnieju (dokładnie w piątek 19 maja) Leszek Łysakowski, Wacław Morgiewicz i Michał Czarski udali się do Warszawy na uroczystość wręczenia Krzyży Zasługi nadanych przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudę. Leszek Łysakowski otrzymał złoty Krzyż Zasługi, a Wacław Morgiewicz i Michał Czarski – srebrne Krzyże Zasługi. Całej trójce serdecznie gratulujemy!

 

XXI Mistrzostwa Polski Kobiet Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach Stupolowych – najlepsza dwunastka

12-21 maja 2017 r., Suwałki

1. Ewa Wieczorek („Victoria” Białystok) 17 p. (74)

2. Ewa Grabska („Łuczniczka” Bydgoszcz) 13 p. (73)

3. Petronela Dapkiewicz („Jaćwing” Suwałki) 13 p. (72)

4. Barbara Kacprzak („Syrenka” Warszawa) 11 p. (73)

5. Joanna Malcer („Warmia i Mazury” Olsztyn) 11 p. (69)

6. Maria Górzna („Sudety” Kłodzko) 10 p. (72)

7. Irena Wnuk („Sudety” Kłodzko) 10 p. (68)

8. Teresa Borowiec („Podkarpacie” Przemyśl) 10 p. (67)

9. Hanna Maćkowiak („Pionek” Włocławek) 10 p. (63)

10. Maria Paduszyńska  (Kielce) 10 p. (62)

11. Grażyna Skonieczna  („Syrenka” Warszawa) 9 p. (73)

12. Halina Wójcik („Pionek” Bielsko-Biała) 9 p. (69)

Grało 27 zawodniczek. Sędziował Leszek Łysakowski.

 

Finał XXI Mistrzostw Polski Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach Stupolowych

12-21 maja 2017 r., Suwałki

1. Leszek Stefanek („Hetman” Lublin) 16 p. (5 zwycięstw)

2. Stanisław Jędrzycki („Sudety” Kłodzko) 13 p. (4)

3. Edward Twardy („Sudety” Kłodzko) 12 p. (3)

4. Andrzej Jagieła („Podkarpacie” Przemyśl) 12 p. (2)

5. Michał Czarski („Hetman” Lublin) 12 p. (2)

6. Ryszard Suder („Warmia i Mazury” Olsztyn) 12 p. (2)

7. Bernard Olejnik („Warmia i Mazury” Olsztyn) 11 p. (2)

8. Józef Tołwiński („Victoria” Białystok) 10 p. (2)

9. Krzysztof Pichlak („Jutrzenka” Częstochowa) 10 p. (2)

10. Ryszard Biegasik („Victoria” Białystok) 9 p. (0)

11. Krzysztof Furtak („Hetman” Lublin) 8 p. (1)

12. Mikołaj Fiedoruk („Victoria” Białystok) 7 p. (1)

 

aaa

 

kolarstwo

 

UCI Para-cycling Road World Cup

Kolarze ZKF „Olimp” reprezentowali Polskę w Pucharze Świata, który został rozegrany w terminie 18-21.05.2017 r. w Ostendzie. Prestiżowe zawody w belgijskim kurorcie nadmorskim przyniosły naszym kolarzom, startującym w klasach WC5, WB i MB, sukcesy medalowe. Drugie miejsce w wyścigu na czas zajęły Anna Harkowska (WC5) oraz tandem Iwona Podkościelna – Aleksandra Tecław (WB). W wyścigu ze startu wspólnego mistrzynie paraolimpijskie z Rio de Janeiro odniosły zwycięstwo, a Anna Harkowska i duet Marcin Polak – Michał Ładosz (MB) finiszowali na trzeciej pozycji.

W długoletniej tradycji kolarskiej Stowarzyszenia „Cross”, a potem ZKF „Olimp”, maj obfitował zazwyczaj w imprezy rowerowe, zarówno krajowe, jak i zagraniczne. W 2017 roku sytuacja zmieniła się diametralnie – nasz majowy kalendarz startów został zredukowany do zaledwie dwóch pozycji. Pierwszym wyścigiem był XX Hetman Cup 2017 o Puchar Marszałka Lubelszczyzny (29.04-3.05), a drugim – omawiany Puchar Świata w Ostendzie. Belgijskie zawody były dostępne tylko dla ścisłej kadry narodowej, więc pozostali zawodnicy od wyścigu lubelskiego do końca miesiąca nie mieli okazji do rywalizowania na trasie. Kolarstwo to dyscyplina, w której metoda startowa jest bardzo skutecznym sposobem budowania formy sportowej. Udział w wyścigach podnosi poziom przygotowania fizycznego, doskonali umiejętności techniczne i taktyczne, a ponadto pomaga zawodnikom w nabieraniu doświadczenia oraz pewności siebie. Trudne, a wręcz niemożliwe jest osiągnięcie tego wszystkiego jedynie poprzez trening. Łatwo więc wywnioskować, że brak wyścigów jest zjawiskiem niepożądanym, które może negatywnie wpłynąć na rozwój sportowy zawodników i na poziom kolarstwa tandemowego w Polsce. Miejmy nadzieję, że ta sytuacja poprawi się w kolejnych miesiącach wraz z uruchomieniem projektów PFRON.

Na szczęście duża luka w majowych startach nie przeszkodziła zawodnikom kadry narodowej w osiągnięciu niezłej formy i w uzyskaniu wartościowych wyników podczas pierwszej w tym sezonie konfrontacji z zagranicznymi rywalami. W Ostendzie rywalizowało 315 zawodników z 30 krajów. Dla większości z nich zawody w Belgii były drugim już startem w tegorocznej edycji PŚ, na który składają się trzy imprezy. Inauguracyjna seria odbyła się tydzień wcześniej we włoskim Maniago, a finałowa zaplanowana została w terminie 30.06-2.07.2017 r. w holenderskim Emmen. Z powodu szczupłości tegorocznego budżetu, jaki Związek przeznaczył na kolarstwo, naszą ekipę stać tylko na dwa starty pucharowe, co niestety odbiera zawodnikom szanse na czołowe pozycje w klasyfikacji ogólnej tego cyklu. Fakt ten nie osłabił ducha walki naszych reprezentantów, którzy ambitnie i z zaangażowaniem starali się osiągnąć dobre wyniki w Ostendzie.

Pierwszą konkurencją zawodów były wyścigi na czas, rozgrywane na szosie biegnącej wzdłuż morskiego wybrzeża. Pod tym względem trasa przypominała tę z igrzysk paraolimpijskich w Rio de Janeiro. Sceneria była jednak odmienna – brakowało palm, słońca i plażowiczów, a rywalizacja przebiegała w dość niskiej temperaturze i przy silnym wietrze. W tych trudnych warunkach dobrze poradziła sobie Anna Harkowska, która w klasie WC5 na dystansie 15 km zajęła 2. miejsce. Kolejność czołowej trójki w tym wyścigu była następująca:

Samantha Bosco (USA) 23:36,88

Anna Harkowska (Polska) 23:51,98

Kerstin Brachtendorf (Niemcy) 23:52,98

Kolejny srebrny medal zdobyliśmy w rywalizacji tandemów kobiet na dystansie 22,5 km. Podium wyścigu wyglądało następująco:

Katie-George Dunlevy– Katharine Smyth (Irlandia) 33:34,31

Iwona Podkościelna – Aleksandra Tecław (Polska) 34:33,90

Griet Hoet – Anneleen Monsieur (Belgia) 35:07,66

Nieco gorzej od pań zaprezentowały się męskie tandemy, lecz czwarta pozycja duetu Przemysław Wegner – Artur Korc, który przegrał miejsce na podium zaledwie o 0,7 sekundy, i piąte miejsce pary Marcin Polak – Michał Ładosz to też bardzo wartościowe rezultaty.

Drugą konkurencją zawodów w Ostendzie były wyścigi ze startu wspólnego, rozgrywane na 8-kilometrowej, trudnej technicznie rundzie poprowadzonej ulicami miasta. Część trasy obfitowała w ostre zakręty, lecz były też długie proste, na których jazdę utrudniał silny wiatr. W wyścigach tego typu trzeba jechać z przodu grupy, zachowywać wyjątkową czujność oraz szybko reagować na ataki rywali, ponieważ stawka zawodników rwie się i można przegapić odjazd groźnych konkurentów. Kobiety ścigające się w klasie C5 miały do pokonania dystans 56 km. W czołowej trójce znalazły się:

Kerstin Brachtendorf (Niemcy)

Samantha Bosco (USA)

Anna Harkowska (Polska)

Wyścig kobiecych tandemów na dystansie 80 km był popisem Polek, które znalazły się w ucieczce trzech teamów, na mecie finiszowały najskuteczniej i odniosły spektakularne zwycięstwo:

Iwona Podkościelna – Aleksandra Tecław (Polska)

Katie-George Dunlevy – Katharine Smyth (Irlandia)

Elen Kalatzi – Argiro Milaki (Grecja)

W wyścigu męskich tandemów na 104 kilometry peleton dość szybko podzielił się na małe grupki. W pierwszej z nich w towarzystwie trzech tandemów holenderskich jechali Marcin Polak i Michał Ładosz. W tym niezbyt korzystnym układzie sił Polacy byli narażeni na ataki współpracujących ze sobą rywali, lecz bez problemów dojechali w ucieczce do finiszu i skutecznie zawalczyli o podium:

Tristan Bangma – Patrick Bos (Holandia)

Tommy Van den Eijnde –
Cor Van Leeuwen (Holandia)

 Marcin Polak – Michał Ładosz (Polska)

Piąte miejsce w tym trudnym wyścigu zajęli Przemysław Wegner i Artur Korc, którzy najszybciej finiszowali z trójki tandemów goniących czołówkę.

Podsumowując, starty naszych zawodników w Ostendzie należy ocenić pozytywnie. Puchar Świata to trzecia pod względem prestiżu i rangi impreza po igrzyskach paraolimpijskich i mistrzostwach świata, w której bierze udział niemal cała światowa czołówka. Każde miejsce na podium w tych zawodach ma swoją wagę i stanowi świadectwo najwyższego poziomu zawodników. Nasi reprezentanci, choć nie byli jeszcze w optymalnej formie, zaakcentowali swoją przynależność do światowej elity i potwierdzili aspiracje do odgrywania wiodącej roli w tegorocznej rywalizacji w najważniejszych imprezach kolarskich. Najbliższe plany kadrowiczów ­– na czerwiec – to wyścig w Poznaniu, następnie szosowe mistrzostwa Polski oraz finałowa seria Pucharu Świata w Emmen.

Mirosław Jurek

 

aaa

 

tenis

 

Medale w Hiszpanii

W dniach 8-11 maja odbyły się w hiszpańskim miasteczku l’Alfaz del Pi pierwsze światowe mistrzostwa w blind tenisie, czyli tenisie ziemnym osób z dysfunkcją wzroku. Na imprezie Polskę reprezentowało siedmioro zawodników. Nasi tenisiści zmierzyli się z reprezentantami: Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemiec, Hiszpanii, Włoch, Francji, Japonii, Singapuru, Korei Południowej, Meksyku i Australii – i od razu znaleźli swoje miejsce w światowej czołówce.

Polska drużyna – Kamila Wróblewska, Marlena Król, Marta Michnowska, Monika Dubiel, Marcin Król, Grzegorz Kurpiński i Robert Zarzecki – wylądowała w Hiszpanii już 6 maja. Był to jednak dzień poświęcony na zakwaterowanie, wypoczynek po podróży i zapoznanie się z najbliższą okolicą. Przygotowania do turnieju ruszyły pełną parą następnego dnia. Wszyscy zawodnicy udali się na pobliskie korty, gdzie mieli zaprezentować swoje umiejętności i na tej podstawie zostać sklasyfikowani. W tenisie tradycyjnym każdy zawodnik profesjonalista zajmuje określone miejsce w rankingu tworzonym na podstawie liczby zdobytych przez niego punktów. Tenisistów w turniejach rozstawia się w ten sposób, by na początku rozgrywek ci sklasyfikowani wyżej grali ze słabszymi, a najlepsi spotkali się dopiero w finale. W przypadku blind tenisa nie może być na razie mowy o takich rankingach, bo przed 2017 rokiem nie odbyła się żadna impreza, na której zawodnicy mogliby zdobyć punkty. Dlatego też była niezbędna ocena ich umiejętności przed rozpoczęciem rozgrywek. Zawodnicy byli oceniani przez zespoły trenerskie, na skali od 1 do 10, pod kątem trzech umiejętności: serwisu, forhendu i bekhendu. Po zakończonej klasyfikacji przyszedł czas na trening. Dla większości naszych zawodników była to pierwsza w życiu okazja do gry na otwartym korcie, na świeżym powietrzu. Jak mówili, było to bardzo przyjemne doświadczenie, choć wiejący wiatr, który znosił piłki z kortu, znacznie utrudniał im zadanie. Na szczęście turniej rozgrywany był już pod dachem.

Następnego dnia przyszedł czas na klasyfikację medyczną, na podstawie której zawodnicy byli przydzielani do odpowiednich kategorii: B1 – niewidomi, B2
– słabowidzący z bardzo dużą wadą wzroku, B3 – słabowidzący z mniejszą wadą. I tu przyszedł czas na pierwsze rozczarowania. Część naszych reprezentantów została sklasyfikowana zgodnie z kategorią, w której grali dotychczas w Polsce: Monika Dubiel – B1, Kamila Wróblewska, Marta Michnowska i Marcin Król – B2, a Grzegorz Kurpiński – B3. Jednakże grający dotychczas w kategorii B1 Robert Zarzecki został zaliczony do zawodników B3, a grająca wcześniej w B2 Marlena Król została zakwalifikowana do B5. Ponieważ B5 to kategoria nowa, której wprowadzenie na turniejach jest dopiero planowane, w Hiszpanii nie odbyły się rozgrywki w tej kategorii i tym samym nasza zawodniczka została pozbawiona możliwości wzięcia udziału w turnieju. Natomiast Robert Zarzecki, choć mógł zagrać, to musiał stawić czoła przeciwnikom w zupełnie nowych dla siebie warunkach. Różnice pomiędzy zasadami gry dla kategorii B1 i B3 są dość istotne. Po pierwsze w B3 kort jest dużo większy, a po drugie piłkę należy odbić już po drugim koźle. – Moim zdaniem zasady klasyfikacji medycznej są niesprawiedliwe, gdyż nie uwzględniają specyfiki sportu, jakim jest tenis – powiedział nasz rozgoryczony zawodnik. – Jako osoba o bardzo zawężonym polu widzenia nie mam szans z kimś, kto widzi cały kort, nawet jeśli na odległość widzę lepiej – tłumaczy. Z pewnością gra według nowych zasad nie była prosta. Dlatego nie należy się dziwić, że dwukrotny zdobywca pierwszego miejsca na turniejach krajowych nie wygrał ani jednego gema na mistrzostwach w Hiszpanii.

Nie tylko zasady klasyfikacji medycznej budziły spore kontrowersje. Wielu zawodników narzekało także na sposób, w jaki przygotowane były korty. Te, na których rozgrywane były mecze w kategoriach B2 i B3, zostały wydzielone na ogromnej hali sportowej przedzielonej kotarą. Na każdej z połówek wyznaczono kort, tak że jednocześnie odbywały się dwa mecze obok siebie. Co – biorąc pod uwagę, że w tenisie osób z dysfunkcją wzroku używa się dźwięczącej piłeczki – nie było najszczęśliwszym rozwiązaniem. Dodatkowo korty leżały tak blisko siebie, że niemal pozbawione były wybiegów, czyli przestrzeni wokół kortu, na którą zawodnik może wbiec, by odbić piłkę znajdującą się jeszcze na korcie, ale tuż przy linii bocznej lub końcowej. Sporo zastrzeżeń budziła też mało kontrastowa kolorystyka kortu i piłek. – Żółte piłki wybrane do rozegrania turnieju były niemal niewidoczne na tle jasnobrązowego parkietu, co osobom widzącym tak jak ja znacznie utrudniało grę – zauważa Marta Michnowska. Także linie wyznaczające kort zostały wyklejone w sposób niemal niewidoczny, w związku z czym nawet gracze z kategorii B3, ustawiając się do serwisu, nieraz musieli szukać ich dłonią. Narzekać natomiast nie mogli zawodnicy z kategorii B1. Ich kort znajdował się w oddzielnej sali, za zamkniętymi drzwiami. Dzięki temu panowała tam absolutna cisza i było sporo miejsca.

W pogardzie mając jednak piętrzące się trudności, nasza reprezentacja stanęła do rywalizacji pełna zapału i sportowego ducha. Uroczyste rozpoczęcie turnieju miało miejsce 8 maja. Został ogłoszony regulamin rozgrywek oraz plan meczów. Wszystkie, oprócz finałowych, miały się składać tylko z jednego seta, w którym rozegrane powinny być minimum cztery gemy, a maksymalnie osiem. Przy wyniku 4:4 rozgrywany miał być tie-break do siedmiu. O wygraniu zarówno gema, jak i tie-breaku decydował tzw. złoty punkt, czyli przy równym wyniku dla obu stron wygrywa ten zawodnik, który pierwszy zdobędzie punkt. Jest to modyfikacja w stosunku do zasad tradycyjnego tenisa, gdzie gra się zazwyczaj do dwóch przewag.

Jako pierwsza ruszyła do boju jedyna reprezentantka Polski w kategorii B1 – Monika Dubiel, gdyż to właśnie rozgrywki tej kategorii otworzyły turniej. Pierwszy mecz nasza zawodniczka przegrała z kretesem (4:0). Nic jednak dziwnego, skoro przyszło się jej zmierzyć z trenującą od piętnastu lat japonką Ayą Uchidą, która w ostatecznym rozrachunku zdobyła złoto. Zdecydowanie lepiej poszło naszej reprezentantce w kolejnym meczu, w którym 4:0 rozgromiła zawodniczkę z Irlandii. Najtrudniejszy okazał się dla Moniki ostatni mecz, w którym zmierzyła się z reprezentantką Włoch. Rozgrywka była niezwykle zacięta i zakończyła się tie-breakiem, niestety przegranym przez reprezentantkę Polski.

Na szczęście następnego dnia zawodnicy pozostałych kategorii obronili honor polskiej reprezentacji. Rozgrywki w kategorii B3 rozpoczął bratobójczy pojedynek między Robertem Zarzeckim i Grzegorzem Kurpińskim, który zakończył się niekwestionowanym zwycięstwem tego ostatniego. Robert rozegrał jeszcze pojedynki z reprezentantami Irlandii i Singapuru, oba niestety również przegrał. Natomiast Grzegorz pokonał swoich przeciwników w pięknym stylu i jak burza przeszedł pierwszą rundę rozgrywek. Najwięcej emocji dostarczyły mecze w kategorii B2, bo tutaj polska reprezentacja miała najwięcej zawodników. Jeśli chodzi o panie, to pięknie spisała się Kamila Wróblewska, która przegrała zaledwie jeden mecz z reprezentantką Wielkiej Brytanii. Dla zawodniczek z Irlandii i Australii była bezlitosna, dzięki czemu przeszła do ćwierćfinału. Marta Michnowska uległa reprezentantkom Japonii i Hiszpanii, jednak udało jej się pokonać zawodniczkę z Irlandii. Mecze obu naszych pań, choć nie zawsze wygrane, zawsze były pokazem wspaniałej techniki oraz gracji w poruszaniu się po korcie. Rzadko który serwis nie został odebrany, a wymiany piłek trwały naprawdę długo.

Powodów do radości przysporzył trenerom również Marcin Król, który w pierwszej rundzie pokonał bez większego wysiłku wszystkich przeciwników. W ćwierćfinale spotkał się z Niemcem Dennisem Schererem, który, jak przyznał nasz zawodnik, był dość groźnym przeciwnikiem. – Dennis gra naprawdę dobrze i dość agresywnie. Jego piłki byłyby dla mnie nie do odebrania, gdyby tylko znalazły się na mojej połowie kortu. Na szczęście często lądowały w siatce lub na aucie – dodaje ze śmiechem. Dzięki niecelności niemieckich serwisów Marcin, przez kolegów z zespołu nazywany Przyczajonym Tygrysem, zakończył mecz zwycięsko z wynikiem 6:1. W kategorii B2 kobiet Kamila spotkała się z Adrianną Sanchez. Grające w barwach Meksyku bliźniaczki Adrianna (B2) i Alejandra Sanchez (B3) zostały okrzyknięte turniejowymi siostrami Williams, nie tylko ze względu na więzy krwi, lecz także z powodu ich morderczej skuteczności na korcie. Niestety, nasza reprezentantka uległa meksykańskiej burzy szalejącej po drugiej stronie siatki, ale zrobiła to w pięknym stylu. Jej serwisy zmusiły Adriannę do intensywnego biegania po korcie i wykazania się sporą dozą refleksu.

Kolejny dzień – i czas na półfinały. Marcin zmierzył się z reprezentantem Korei Południowej Byeong In So, który niestety okazał się dużo bardziej doświadczonym zawodnikiem. Jego spektakularne serwisy i podkręcone piłki były dla Przyczajonego Tygrysa nie do odebrania. – Ogromną przewagą tego zawodnika jest fakt, że umie niezwykle precyzyjnie kierować piłkę – mówi Marcin. – Jego serwisy lądowały dosłownie dziesięć centymetrów przed linią końcową albo boczną. Wyczuł też, niestety, że mam tendencję do wchodzenia w kort, i kiedy byłem blisko siatki, posyłał mi długie piłki – dodaje. W konsekwencji mecz zakończył się zwycięstwem Azjaty 6:1. W kategorii B3 dużo lepiej poradził sobie Grzegorz Kurpiński, który rozniósł w pył Australijczyka Adama Fayada i skończył mecz z wynikiem 6:1.

Mimo przegranego półfinału Marcin jeszcze nie mógł liczyć na chwilę wytchnienia. Czekał na niego ostatni mecz, w którym jego przeciwnikiem w walce o brąz był reprezentant Singapuru Marc Chia Ling Chiang.
Tym razem Marcin nie dał przeciwnikowi najmniejszych szans. Azjacie nie udało się wygrać ani jednego gema, a Polak z wynikiem 6:0 miał już medal w kieszeni.

Po trzech dniach intensywnych zmagań nasi zawodnicy postanowili zafundować sobie trochę relaksu. Wspólny wieczorny spacer do oddalonej o kilka kilometrów zabytkowej miejscowości Aldea był nie tylko nagrodą za wyciskane na kortach siódme poty – dla czekającego na decydujący mecz Grzegorza był świetnym sposobem na odstresowanie. Na krętych uliczkach i stromych schodach, pośród ukrytych w zaułkach fontann i donic z palmami nasi zawodnicy na chwilę zamienili się w beztroskich turystów. A pełna hiszpańskich smakołyków kolacja w nadmorskiej tawernie była wymarzonym uwieńczeniem wspólnego wieczoru.

Następnego dnia nasza reprezentacja, zwarta i gotowa do intensywnego dopingu, stawiła się na korcie, na którym Grzegorz miał zmierzyć się z zawodnikiem z Wielkiej Brytanii Chrisem Bailym. Mieszkańcy deszczowej wyspy, podobnie jak Japończycy, należą do drużyn najdłużej trenujących i byli jednymi z najgroźniejszych rywali. Jednakże pierwszy set należał do Polaka. Zestresowany Chris z ledwością wygrał dwa gemy, po czym uległ nawałnicy niezwykle silnych serwisów Grzegorza, który wygrał set z wynikiem 4:2. Niestety, w drugim secie nowe siły wstąpiły w Brytyjczyka i bardzo szybko odrobił straty: teraz on wygrał 4:2. Pozostali członkowie naszej reprezentacji dopingowali Grzegorza z całych sił. Powiewająca na trybunach polska flaga i co chwila wznoszone okrzyki z pewnością dodały mu ducha walki. Okazało się to jednak niewystarczające do wygranej. Tie-break zakończył się wynikiem 10:5 dla Brytyjczyka. – Obaj graliśmy bardzo dobrze technicznie – mówi po meczu nasz zawodnik – jednak on mnie po prostu wykończył fizycznie. Te jego crossy, kiedy stałem naprzeciwko, i zagrania po linii, kiedy byłem w przeciwległym rogu kortu, sprawiły, że musiałem się sporo nabiegać, a kondycja, jak się okazuje, nie jest moją najmocniejszą stroną. Przynajmniej już wiem, nad czym muszę popracować do następnych mistrzostw – podsumowuje.

Po meczach finałowych przyszedł czas na ceremonię dekoracji oraz oficjalne zakończenie. – To fenomenalne uczucie, kiedy się staje na podium – mówi Marcin Król. – Wyjeżdżając z Polski, myślałem tylko, żeby nie dać plamy i wyjść chociaż z grupy, ale nie podejrzewałem, że zajdę tak wysoko. Oczywiście pewna nutka żalu pozostaje, że to tylko brąz. Zawsze chciałoby się lepiej, ale myślę, że to jest najlepsza motywacja do dalszych wysiłków.

Srebrny medalista nie jest aż tak skromny. – Oczywiście, że jechałem po medal. Na złoto wprawdzie nie liczyłem, ale miałem nadzieję, że coś wygram – kończy z uśmiechem, dumnie prezentując trofeum do kamer lokalnej telewizji.

Marcin Hertel, który na co dzień jest jednym z trenerów naszej drużyny, w Hiszpanii sędziował mecze kategorii B1. I, jak mówi, było to niezwykłe przeżycie. – Oczywiście jako trener blind tenisa wiedziałem, czego się spodziewać, ale jednak niektórym udało się mnie zaskoczyć. Zwłaszcza Japończycy, którzy mają dość ciekawą technikę odbioru piłki spomiędzy nóg, zrobili na mnie wrażenie. Jednakże inne reprezentacje swój krótki staż i braki w technice nadrabiały determinacją i energią. Na przykład Niemcy, którzy trenują krócej niż my, bardzo dobrze sobie poradzili. Trener, zapytany o główną różnicę między turniejami tenisa tradycyjnego a blind tenisa, odpowiedział: – Atmosfera. Na zwykłym turnieju prawie nikt nie zostaje do końca. Zawodnicy po przegranych meczach jadą do domu i finały rozgrywają się przy pustych trybunach. Tu jest inaczej, tu atmosfera z każdym dniem robiła się coraz gorętsza, a doping na ostatnim meczu był fantastyczny u wszystkich drużyn.

Międzynarodowe mistrzostwa to nie tylko wyścig po medale, lecz także – a może przede wszystkim – okazja do podzielenia się swoimi doświadczeniami z innymi zawodnikami oraz podpatrzenia, jak sobie radzą. Była to z pewnością pouczająca lekcja dla naszych zawodników, ale także dla ich szkoleniowców. O tym, czego trenerzy nauczyli się w Hiszpanii, mówi Marek Łowkis. – Zobaczyliśmy, że tyle jest różnych technik gry, ile jest drużyn. Niektóre z nich do złudzenia przypominają klasyczny tenis, inne podobne są do podrzucania naleśnika na patelni. Każda reprezentacja ma swój niepowtarzalny styl. Japończycy, na przykład, często podkręcają piłki, ale przyznam, że nie byłem fanem ich gry. Królami tradycyjnego tenisa ziemnego są Hiszpanie i tę wspaniałą tradycję było widać i tutaj. Ich blind tenis jest chyba najbardziej zbliżony do tradycyjnego – wyjaśnia.

Po zakończonym turnieju było też spotkanie dla trenerów, na którym mogli wymienić doświadczenia i nauczyć się nowych technik treningowych. – Parę fajnych ćwiczeń podpatrzyliśmy, na pewno chcemy je zastosować na treningach. A patrząc na to, jak pracują inne drużyny, wiemy, że idziemy w dobrym kierunku. Kiedy porównaliśmy zarówno technikę gry zawodników, jak i sposoby pracy trenerów, okazało się, że robimy mniej więcej to samo.

Naszym zawodnikom oprócz trenerów towarzyszyli także przedstawiciele mediów. Kamila Lisiecka-Lis z TVP, która obserwuje zmagania polskich tenisistów niemal od początku, stworzyła emocjonujący reportaż z turnieju, a Jacek Turczyk, na co dzień pracujący dla PAP-u, uwiecznił naszą reprezentację na kliszy. Zapytany o różnicę między tenisem tradycyjnym a blind tenisem, która najbardziej rzuca się w oczy, fotograf odpowiada, że tempo. – W blind tenisie wszystko dzieje się wolniej, ale emocje są dokładnie te same. Zwłaszcza u naszego srebrnego medalisty, który serwuje językiem – dodaje ze śmiechem.

Medale zdobyte, kontakty nawiązane, szlaki na arenie międzynarodowej przetarte. Co zatem dalej? Zarząd Blind Tenis Polska nie spoczywa na laurach, w sierpniu zaplanowane są dwa turnieje, a jesienią kolejne dwa. Na razie wszystkie krajowe, ale niewykluczone, że w niedalekiej przyszłości znów nasza drużyna wystąpi na korcie w koszulkach z białym orzełkiem. Trzymamy kciuki i życzymy dalszych sukcesów.

 

I Mistrzostwa Świata w Blind Tenisie

8-11.05.2017 r.,  l’Alfaz del Pi

Kobiety

B1

1. Aya Uchida (Japonia)

2. Daniela Pierri (Włochy)

3. Ana Karen Arenas (Meksyk)

B2

1. Chizuko Hara (Japonia)

2. Brenda Cassell (Wielka Brytania)

3. Adriana Sanchez (Meksyk)

B3

1. Charlotte Schwagmeier (Niemcy)

2. Alejandra Sanchez (Meksyk)

3. Odette Battarel (Francja)

Mężczyźni

B1

1. Hirofumi Ono (Japonia)

2. Alejandro Zacares (Hiszpania)

3. Toshio Oshiro (Japonia)

B2

1. Ximo Garcia (Hiszpania)

2. Byeong In So (Korea Południowa)

3. Marcin Król (Polska)

B3

1. Chris Baily (Wielka Brytania)

2. Grzegorz Kurpiński (Polska)

3. Willem Roode (Irlandia)

 

aaa

 

joga

 

Droga do siebie

“Zgodnie z nauką jogi wszyscy jesteśmy geniuszami, jeśli tylko odpowiednio się postaramy”.

Swami Vivekananda

Joga staje się coraz popularniejszą formą ćwiczeń. Ale to nie tylko rodzaj aktywności ruchowej. Jest wszechstronna i – co najważniejsze – dla każdego. Rozwija zarówno ciało, jak i umysł. Buduje świadomość tego, co dzieje się z organizmem na wielu poziomach. Pomaga w wyciszeniu i zrelaksowaniu. 

Joga traktuje człowieka jako całość. To nie tylko ćwiczenia fizyczne, jak powszechnie się uważa. Nie jest ona terapią, rehabilitacją, nie jest też techniką redukcji stresu. W jodze dążymy do równowagi między energiami ciała, ducha i umysłu.

W najszerszym rozumieniu tego terminu joga jest systemem filozoficznym, który obejmuje wszelkie techniki samodoskonalenia, medytacji i ascezy prowadzące do doskonałości duchowej, doświadczenia transcendencji (bycia poza umysłem) oraz wyzwolenia się z koła narodzin i śmierci (reinkarnacji).

Samo słowo „joga” w sanskrycie oznacza jarzmo, kontrolę i jednocześnie zjednoczenie, połączenie. Bogactwo znaczeń terminu pokazuje, jak wiele łączy się w niej procesów, i że sama jest procesem łączenia.

O początkach

Historia jogi liczy niemal 5 tysięcy lat, a jej początków szukać można na terenach dzisiejszych Indii. Wywodzi się ze szkół klasycznej filozofii indyjskiej. Najstarsze zapisy na temat jogi znajdziemy m.in. w Wedach – manuskryptach uznawanych przez hindusów za teksty objawione. Opisana jest w nich m.in. grupa ascetów, którzy trwają długi czas w jednej pozycji, praktykując w ten sposób ascetyczny tryb życia.

Na przestrzeni dziejów joga ewoluowała, dostosowując się do zmieniających się warunków społecznych i kulturowych. Jej zasady były spisywane w traktatach. Pełny i szczegółowy opis jogi klasycznej prezentują Jogasutry spisane przez Patańdżalego, mędrca, który nauczał, jak oczyścić mowę, ciało i duszę. Jogasutry zawierają nauki o metodach skupienia w świetle mądrości, metodach praktyk ascetycznych, rozwoju nadludzkich zdolności i nauki o ostatecznym wyzwoleniu. Stanowią do dzisiaj podstawy nauki filozofii jogi. Jogasutry są najważniejszym traktatem jogi klasycznej i najważniejszym dziełem na temat jogi.

Kolejnym utworem w całości traktującym o jodze jest Bhagawadgita, zwana w skrócie Gitą. Gita poświęcona jest różnym ścieżkom jogi, została zapisana w formie rozmowy filozoficznej między uczniem i nauczycielem. Oba teksty pochodzą sprzed 2 tysięcy lat przed naszą erą.

Pod koniec XIX wieku podróże do Indii stają się coraz częstsze i joga zaczyna swoją drogę do świata zachodniego, systematycznie się rozpowszechnia, powstają nowe jej odłamy. Współcześnie ma wiele odmian i szkół, a jej praktyka podejmowana jest najczęściej w celu utrzymania sprawności fizycznej bądź poprawienia stanu zdrowia. Najważniejsze rodzaje jogi to:

Vinyasa – koordynowanie ruchu i oddechu, sesje asan za każdym razem są inne, dostosowane do poziomu grupy;

Ashtanga – dynamiczna sekwencja asan, ale w odróżnieniu od Vinyasy pozycje są ściśle określone, w oparciu o sekwencje tzw. powitania słońca;

Joga Iyengara – jedna z najbardziej popularnych form jogi, stworzona przez B.K.S. Iyengara. Są to statyczne pozycje ciała, ze szczególnym naciskiem na precyzję ich wykonania;

Kundalini joga – praca z energią wewnętrzną za pomocą asan, technik oddechowych, medytacji w ruchu i mantr;

Bikram – jedna sekwencja asan powtarzanych dwukrotnie, praktyka prowadzona jest w wysokiej temperaturze i przy dużej wilgotności powietrza;

Power joga – rodzaj jogi spotykany w klubach fitness, inspirowany Ashtanga jogą;

Joga hormonalna – specjalny zestaw asan wspomagających pracę hormonów;

Joga śmiechu – polega na spontanicznym, niczym nieskrępowanym śmiechu;

Joga twarzy – joga poruszająca ponad 50 mięśni twarzy;

Air joga – joga na specjalnych chustach zawieszonych pod sufitem.

Zasady jogi

Droga jogi to osiem stopni wtajemniczenia prowadzących do osiągnięcia doskonałości. Pierwszy to jamy – zasady moralne. Podstawą zasad moralnych jest Ahimsa, czyli niekrzywdzenie jakiejkolwiek istoty. Poza nią są jeszcze: umiłowanie prawdy – Satja, niekradzenie – Asteja, wstrzemięźliwość – Brahmaczaraja, nieposiadanie, wolność od chciwości – Aparigraha. Kolejnym stopniem na drodzę jogi są nijamy – podstawowe założenia indywidualnej samodyscypliny: oczyszczanie, zadowolenie i dyscyplina. Dopiero trzecim stopniem są asany – pozycje jogi. Dalej na ścieżce jogi są pranajamy – doskonalenie poprzez kontrolę oddechu. Po opanowaniu tych czterech poziomów można zacząć wspinać się na kolejne stopnie na drodze do doskonałości. Piątym stopniem jest pratjahara – kontrola, panowanie nad zmysłami, asceza. Trzy następne to duchowa ścieżka do stanu nadświadomości: dharana – koncentracja, dhjana – medytacja i samadhi – owoc praktyki – stan nadświadomości.

Asany – pozycje jogi

Asany jako trzeci stopień na drodze jogi są obecnie najczęstszą formą jej praktykowania. Dzisiaj dla wielu osób to właśnie ćwiczenia są synonimem jogi.

Asany są pozycjami nieruchomymi i wygodnymi. Praktykując poszczególne pozycje, dążymy do rozluźnienia napięcia. I właśnie to odczuwanie rozluźnienia, a nie perfekcyjne wykonanie stanowi podstawę praktyki. Pozycji jest wiele, źródła podają, że jest ich 840. Dzielą się na pozycje stojące, siedzące, leżące, wygięcia do tyłu, balansy, pozycje odwrócone (z głową w dół), skręty. Pozycje ujęte są w sekwencje asan i ważna jest ich kolejność. Zajęcia trwają 1,5 godziny, czasem zdarzają się krótsze sesje.

Sekwencje asan mogą być układane harmonijnie, tak by poruszyć całość ciała. Mogą też być układane tak, by zająć się tylko jedną partią mięśni i skupić się np. na wykonaniu jednej trudnej pozycji.

Ważna jest całość wejścia i ustawienia w pozycji i trwania w niej, a następnie przejścia do następnej asany. Ważne są odpowiednie ustawienia poszczególnych części ciała, stąd dobrze jest uczyć się pod okiem instruktora, zanim rozpocznie się samodzielną praktykę.

W pozycjach stojących, np. w pozycji drzewa (w sanskrycie: vrksasana) – zaczynamy od stabilnego ustawienia stóp i znalezienia swojego środka ciężkości; uginając jedną z nóg, ustawiamy stopę po wewnętrznej stronie drugiego uda z palcami skierowanymi w dół, a wyciągając ręce, łączymy dłonie nad głową; dla ułatwienia utrzymania równowagi warto skoncentrować wzrok w jednym punkcie przed sobą i, oddychając spokojnie, trwać w pozycji, licząc oddechy (ok. 12 oddechów). Asany stojące wzmacniają nogi, równowagę. W prostej asanie siedzącej skłon do przodu (w sanskrycie: paschimotasana), ważne, by połączyć nogi i zaktywizować, czyli pchać w stronę podłogi, wraz z uniesieniem rąk wydłużyć boki tułowia i kolejno, pochylając się do przodu, „doklejać “ najpierw brzuch, potem klatkę piersiową, na końcu głowę; w tej asanie ważne jest, by wydłużać kręgosłup raczej do przodu, niż przybliżać tułów do nóg. W pozycjach siedzących możliwe jest rozciągnięcie nóg, wzmocnienie okolicy dolnych pleców, uelastycznienie kręgosłupa w skrętach.

Jedną z ważniejszych pozycji są wygięcia do tyłu – zwiększają możliwości oddechowe, powodują wzrost energii (w przeciwieństwie do skłonów, które są wyciszające). W pozycji kobry (w sanskrycie: bhujangasana) leżymy na brzuchu i przede wszystkim skupiamy się na odciąganiu kości ogonowej od głowy. Opierając ręce na dłoniach, podciągamy ramiona i głowę, wyginając kręgosłup w odcinku piersiowym; ważne, by okolica pępka pozostała na macie. Wygięcia do tyłu wzmacniają też mięśnie przykręgosłupowe, zarówno te duże, jak i mniejsze.

Królowymi asan są pozycje odwrócone – stanie na głowie, na rękach, pies z głową w dół – kiedy ciało ustawiamy w trójkącie, wyciągając kości pośladków w górę, aktywizując nogi i sięgając piętami w stronę podłogi; pozycja ta znakomicie odpręża kręgosłup, wzmacnia ręce, barki i ramiona, rozciąga tyły nóg. Pozycje odwrócone wymagają stabilności ciała i umysłu, zwiększają dopływ świeżej krwi do mózgu. Energetyzują całe ciało.

Dla kogo jest joga i od czego zacząć?

Prawidłowo wykonywane ćwiczenia są jednymi z łatwiejszych form ruchu. Praktykować jogę może każda osoba, bez względu na wiek i poziom wysportowania. Ograniczeniem lub przeciwwskazaniem do uczestnictwa w zajęciach są przebyte poważne urazy kręgosłupa, urazy głowy, nadciśnienie wewnątrzgałkowe, nadciśnienie tętnicze. Do każdego przypadku można jednak podejść indywidualnie i dopasować zestaw ćwiczeń do danego schorzenia. Oczywiście po uprzedniej konsultacji z lekarzami specjalistami.

Praktykę jogi warto zacząć pod okiem instruktora. Ważna jest kolejność wchodzenia w poszczególne pozycje i prawidłowość ich wykonania. Ta wiedza i doświadczanie ciała potrzebne są, by uniknąć kontuzji. Po kilku miesiącach uczęszczania na treningi prostsze asany można zacząć praktykować w domu.

Zajęcia dla osób niewidomych

Trening skonstruowany jest na podstawie autorskiego programu. Zajęcia łączą w sobie trzy elementy – ćwiczenia oddechowe, ćwiczenia fizyczne (w oparciu o pozycje jogi) i na koniec ćwiczenia relaksacyjne. Celem zajęć jest wypracowanie świadomości ciała na wielu poziomach, począwszy od podstawowej czynności – oddychania. Oddech towarzyszy nam bezustannie przez całe życie, jednak świadome oddychanie pomaga uspokoić ciało i zmysły, ma zbawienny wpływ na ograniczenie napięć powstałych w wyniku codziennych zajęć. Ćwiczenia zaczerpnięte z jogi pomagają usunąć sztywności powstałe w wyniku przykurczy, napięć spowodowanych codziennym trybem życia. Podczas zajęć uczestnicy zajmują się łagodnym rozciąganiem i wzmacnianiem poszczególnych części ciała. Ćwiczenia wpływają korzystnie na świadomość i możliwości ciała, co ułatwia poruszanie się i panowanie nad nim. Ostatnim elementem zajęć są ćwiczenia relaksacyjne, łagodne wyciszenie ciała po treningu. Technik relaksacyjnych jest dużo, ważne, by dostosować je do grupy.

Warto zacząć swoją przygodę z jogą, do czego gorąco zachęcam.

Barbara Poniatowska

instruktorka jogi i relaksacji

 

Autorka jest trenerką jogi i instruktorką relaksacji, stworzyła również autorski program radzenia sobie ze stresem. Ukończyła podyplomowe studia relaksacji i jogi na warszawskim AWF-ie. Wieloletnią praktykę jogi pogłębia poprzez liczne warsztaty rozwojowe, poszerzanie wiedzy w zakresie technik relaksacyjnych, pracę z oddechem, naukę tańca afrykańskiego i tańca brzucha. Uczestniczyła w Międzynarodowym Sympozjum Świadomości Ciała w 2014 roku.

 Joga stała się jej drogą życia. Prowadzi zajęcia dla osób z problemami z kręgosłupem, sesje relaksacyjne (prowadziła m.in. zajęcia dla pacjentów szpitala psychiatrycznego). W swojej pracy łączy doświadczenia wyniesione z praktyki jogi, technik relaksacyjnych, pracy ze świadomością ciała powiązaną z ruchem. Przekazuje swoje doświadczenie i radość życia.

 

aaa

 

wiadomości

 

Taniec

Integracyjnie – na parkiecie

Tancerze zrzeszeni w klubach Stowarzyszenia „Cross” mieli w maju okazję do zaprezentowania swoich umiejętności szerszej widowni. Po rejestracji przez TVP Sport reportażu z treningów tanecznych w warszawskim klubie „Syrenka” pojawiło się zaproszenie do gościnnego udziału w otwartych mistrzostwach Polski w tańcu na wózkach.

Mistrzostwa odbywały się w terminie 20-21 maja w centrum dydaktyczno-sportowym w podwarszawskich Łomiankach. Zorganizowane zostały pod auspicjami International Paralimpic Committee, Polish Paralimpic Committee oraz Stowarzyszenia Swing Duet. Tancerzy oceniało międzynarodowe grono sędziowskie. Okazja do występu na turnieju osób na wózkach zdarzyła się naszym tancerzom po raz pierwszy i była tym bardziej atrakcyjna, że poza reprezentantami Polski w mistrzostwach uczestniczyli tancerze z całego świata, m.in. z Austrii, Belgii, Finlandii, Holandii, Izraela, Japonii, Niemiec, Słowacji oraz z Tajpej. Z zaproszenia skorzystały jednak tylko dwie nasze pary, chociaż organizatorzy widzieliby chętnie liczniejsze grono tancerzy z dysfunkcją wzroku. Na parkiecie w czterech tańcach standardowych i czterech latynoamerykańskich zaprezentowały się dwa taneczne małżeństwa: para tancerzy słabowidzących Agnieszka Kwolek i Marcin Kwolek oraz para mix Anna Baranowska i Adam Baranowski (pary mix to te, w których jeden z tancerzy jest pełnosprawny). Emocje towarzyszące występom były niemal tak gorące, jak tropikalna była temperatura panująca na sali. Sędziowie wyżej ocenili co prawda taniec Anny i Adama, ale w tych warunkach zwycięzcami były obie pary.

Polacy w tańcu na wózkach zaprezentowali się doskonale, samych złotych medali zdobyli aż pięć: w klasie Combi latin II – Nadine Kinczel i Paweł Karpiński, w Single woman II – Katarzyna Błoch, w Duo latin II – Joanna Reda i Paweł Karpiński, w Duo standard II – również Joanna Reda i Paweł Karpiński, a w Freestyle combi II – Katarzyna Błoch i Marek Zaborowski.

Można przypuszczać, że występy tancerzy ze Stowarzyszenia „Cross” się spodobały, bo już w trakcie imprezy pojawiło się zaproszenie od pani Iwony Ciok, głównej koordynatorki mistrzostw, na kolejne integracyjne wydarzenie taneczne. Trzy tygodnie później, również na hali sportowej w Łomiankach, odbywał się drugi już Festiwal Integracyjnych Form Tanecznych, który zgromadził lokalne grupy taneczne osób z różnego rodzaju niepełnosprawnościami oraz grupy pełnosprawnych tancerzy hobbystów. Tym razem środowisko taneczne osób z dysfunkcją wzroku reprezentowały trzy pary, bo do Marcina i Agnieszki oraz Adama i Anny dołączyła para mix Małgorzata Cicha i Mariusz Zacheja (niewidomy tancerz i biegacz). Nasze trzy pary, zgodnie z formułą przyjętą na festiwalu, były oceniane wspólnie – jako formacja. W klasyfikacji końcowej przypadł im puchar za drugie miejsce w kategorii standard. Ponieważ nagrodą był jeden puchar dla całej grupy, zgodnie postanowiono, że stanie on na półce w domu Mariusza – jako zachęta do dalszych wytrwałych treningów tanecznych (które w ostatnich latach godzi z treningami biegacza).

Krótkie relacje z powyższych imprez oraz reportaż z treningów w warszawskim klubie można obejrzeć w archiwum programu „Pełnosprawni” na stronie sport.tvp.pl.

Anna Baranowska

 

aaa

 

turystyka

 

Pod niebem i słońcem Sycylii

Ta największa wyspa Morza Śródziemnego (ponad 25 tys. kilometrów kwadratowych z pobliskimi wyspami) jest niewątpliwie najpotężniejszą i najwspanialszą wyspą świata. To kraina mitów, wydarzeń i historii fantastycznych, eldorado ludów i narodów, mozaika kultur, które uczyniły ją tak ekscytującą.

Gdy wziąć pod uwagę jej walory kulturowe, powstałe i zgromadzone tu zabytki architektury i sztuki pozostawione przez niesłychanie bogatą i skomplikowaną przeszłość, gdy ujrzeć zachwycające miasta pełne majestatu, przejść się wąskimi uliczkami miasteczek z pomarańczowego piaskowca (których nazwę porwał wiatr morski eolski), rozpiętych na wzgórzach i szczytach gór, otoczonych widokami błękitów morza i tchnących zniewalającym czarem południa – osąd taki staje się oczywisty.

Sycylia, kiedy patrzeć na nią z zewnątrz, sprawia wrażenie krainy idyllicznej. Zieleń, wszechobecna na północy wyspy będącej pod władaniem Etny, która daje wilgoć i wodę. I ochra dominująca na południu. A cała wyspa przybrana kolorami kwitnących jak oszalałe bugenwilli, oleandrów, hibiskusów. Sady migdałowe i cytrusowe, kwitnące przedziwną bielą, zniewalają zapachem. Te plantacje w Złotej Dolinie koło Palermo w okresie zbiorów (grudzień-kwiecień) lśnią dosłownie złotopomarańczową zorzą, łuną płonącą po horyzont. Większość gór i wzgórz porastają lasy dębowe i kasztanowe oraz piniowe i cyprysowe. To charakterystyczny rys krajobrazu, typowy dla Italii. Z kolei góry – gołe, skaliste, w odcieniach pomarańczu – demonstrują fantazyjnymi kształtami artyzm swych autorów – gigantów z mitów greckich, które przed wiekami tutaj się rozgrywały. Przeróżne dzikie górskie zakątki i doliny porastają agawy, żółto kwitnące teraz opuncje, mirty, wrzośce, drzewa poziomkowe, kolczaste krzewinki – frygany, storczyki i zioła, trawy – niezwykle intensywnie pachnące.

Dla starożytnych Rzymian była ziemią mlekiem i miodem płynącą. Zwana wtedy Trynicarią (trójkątny kształt wyspy), jak z rogu obfitości zasypywała Rzym zbożem, warzywami, owocami (jeszcze nie cytrusami – nieznanymi tu wtedy), rybami, dziczyzną. Żyzne, powulkaniczne gleby, ciepły, wilgotny klimat i wysoka kultura rolna zapewniały obfitość zbiorów. Tak jest i dzisiaj. Tylko gama upraw i asortyment produktów spożywczych poszerzyły się niebywale. Pomarańcze z czerwonym miąższem, tylko tu uprawiane, najlepsze na świecie pistacje, sławne cukinie i wiele, wiele innych. Na Sycylii nie ma kopalin i przemysłu ciężkiego, co znakomicie wpływa na jej kondycję ekologiczną i turystykę. Gaje oliwne, winnice, plantacje granatów, pistacji, fig, palmy daktylowej, morwy, brzoskwiń i innych owoców, niewielkie pola zbóż czy warzyw – co dziwne – nie narzucają się swą obecnością w stopniu zakłócającym naturę. Mimo że rolnictwo jest główną gałęzią gospodarki Sycylii, przed rybołówstwem i turystyką. Większe pola leżą na równinach dolin i na zboczach Etny. Natomiast w ryby szczególnie obfitują wody w rejonie Trapani, gdzie poławia się tuńczyki, oraz Mesyny, bogate w mieczniki i w ryby błękitne.

Sycylia jest wyspą pochodzenia wulkanicznego. Na skałach i kamieniach wylegują się w słońcu gekony i jaszczurki. Po niebie szybują sokoły i orły. Na słonych bagnach laguny Stagnone żerują flamingi. Wszystko skąpane świetlistością odkrywającą nowe odcienie barw. Nawet niebo ma tu inny błękit – niebieskość przezroczystego kryształu. Późnym popołudniem, o zachodzie słońca, cienie gór na tle dolin, wyolbrzymione odbicia pinii i wydłużone smugi cyprysów tworzą przedziwny w swym pięknie milczący teatr cieni. Jego muzyką jest wieczorny niemilknący koncert cykad. Sycylia to kraina okrutna dla poetów, bo odbiera im zajęcie. Ona cała to jedna wielka chwytająca za serce poezja.

Sycylijczycy są genetycznie mieszanką wielu różnych ludów. Typu o urodzie dawnych Rzymian – wysokich blondynów o niebieskich oczach i antycznych rysach – prawie się nie spotyka. Ich język, śpiewny i słodki, jakby stworzony do muzyki, różni się nieco od włoskiego – florentyńskiego. Przystojni i eleganccy, zawsze w pełnych butach i modnych garniturach, na ogół śniadej karnacji, z niezwykle zadbaną fryzurą – wyraźnie odróżniają się od turystów. A kobiety? Jako klasyczne wzorce wystarczy przypomnieć sobie słynne nie tylko urodą aktorki: Sofię Loren, Ginę Lollobrigidę, Monikę Vitti, Claudię Cardinale, Virnę Lisi, Antonellę Lualdi i inne, których sobowtóry spotyka się na Sycylii dosłownie co krok.

Garść historii

Pierwszymi zidentyfikowanymi mieszkańcami Sycylii byli Sykanie w epoce neolitu, po nich Sykulowie i Elymowie. I to oni założyli osady na terenie dzisiejszych miast: Palermo, Syrakuz, Erice i Segesty. Ale to oczywiście Fenicjanie, pierwsi zarządcy rejonu Morza Śródziemnego, zaszczepili pierwociny cywilizacji na Sycylii, znacząco rozwinęli tu rolnictwo i handel. W VIII i VII w. p.n.e. nastąpiła kolonizacja wyspy przez Greków, po których do dziś pozostały wspaniałe, doskonale zachowane świadectwa. Założyli Syrakuzy, Mesynę, Katanię, Selinunte i Naxos. W VII-V w. p.n.e. powstały ogromne świątynie doryckie w Selinunte, Agrigento i w Syrakuzach. Szczególnie dominowały Syrakuzy, gdzie osiągnięto wysoki poziom gospodarczy, naukowy i artystyczny, a także militarny. Po Grekach, w 212 r. p.n.e., na Sycylię przyszli Rzymianie. Zbudowano teatry, termy, ogromne wille patrycjuszy rzymskich z kunsztownymi mozaikami o wielkiej wartości artystycznej, a obecnie także historycznej. Chrystianizacja Sycylii rozpoczęła się w III w. n.e. Chrześcijaństwo rozwijało się ekspansywnie, z wielką żarliwością wyznawców, co było m.in. wynikiem opresyjnej polityki Rzymian wobec podbitej ludności. Po upadku Rzymu wyspę nękały najazdy Wandalów i Gotów. W VI w., za panowania Justyniana I, wojska Bizancjum pod wodzą Belizariusza pokonały barbarzyńców. W IX w. tereny te podbili Arabowie. Po Bizantyjczykach pozostały chrześcijańskie kościoły w formie bazyliki, z typową kopułą na środku budowli. Arabowie wnieśli nowe rośliny uprawne, jak: drzewo świętojańskie, morwa, cytrusy, daktyle, trzcina cukrowa i opuncja figowa. W XII w. zostali wyparci przez Normanów przybyłych z frankońskiej Normandii – już nie barbarzyńskich, a chrześcijańskich potomków dzikich i okrutnych wikingów. Oni to przyłączyli Sycylię do południa Włoch, a Roger II został królem wyspy.

Nastały złote lata dla Sycylii. Rozwijała się gospodarka, a Palermo było największym miastem Europy. Kwitła medycyna, astronomia i architektura. Powstały stocznie okrętowe, rozpoczęto produkcję jedwabiu. Ale już pod koniec XII w. dynastia Normanów wymarła bezpotomnie i rządy na krótko przejęli niemieccy Hohenstaufowie. Po śmierci ostatniego z nich, Fryderka II, papież Urban IV (zwierzchnik Sycylii od czasów Normanów) przekazał władzę Francuzowi Karolowi Andegaweńskiemu. Nowi władcy brutalnie obchodzili się z Sycylijczykami, nakładali wysokie podatki, gnębili za najdrobniejszą niesubordynację, więzili.
Doprowadziło to do wybuchu powstania antyandegaweńskiego, zwanego nieszporami sycylijskimi (1282 r.). Po francuskich Andegawenach przychodzą hiszpańscy Aragończycy, potem rządzą Piemontczycy, dalej – Austriacy i znów Hiszpanie, tyle że w burbońskim wydaniu. W 1811 r. lokują się tu Anglicy. Ale znów powraca burboński król – i tak do 11 maja 1860 r., kiedy to na Sycylii zaczerwieniły się koszule tysiąca ochotników – bojowców Garibaldiego. Burbonów wypędzono, a w połowie marca 1861 r. powstało Zjednoczone Królestwo Włoch, z Sycylią w swym składzie. I tak dawna antyczna Trinicaria połączyła się z pozostałą częścią ziem włoskich, ale zachowała dużą autonomię, własnego prezydenta, rząd i parlament, podlegające oczywiście centralnym władzom Republiki Włoskiej.

Mesyna – starożytna chimera

Pierwszym miastem, kiedy wpływa się na Sycylię od strony Kalabrii, jest Mesyna. Założyli ją żeglarze greccy w VIII w. p.n.e. Obecna Mesyna to efekt odbudowy po trzęsieniach ziemi z 1849 r., 1908 r. i bombardowaniu w 1943 r. W 1908 r. zginęło w trzęsieniu ziemi 80 tys. osób ze 140 tys. mieszkańców miasta. Przy wejściu do portu podróżnych wita 60-metrowa kolumna – Madonna della Lettera (Matka Boska z listem), wznosząca się na bastionie fortecy z napisem „Błogosławię was i wasze miasto”. Centrum Mesyny stanowi duży plac Piazza del Duomo z masywną bryłą katedry oraz fontanną di Orione z posągami przedstawiającymi rzeki: Tybr, Nil, Ebro i Camaro. Pierwszą budowlę katedry postawiono w VII w., w czasach bizantyjskich, obecna powstała na gruzach poprzedniczki zburzonej w 1908 r. Przywrócono jej pierwotne kształty stylu normańskiego, z elementami gotyckimi i barokowymi. Posiada harmonijną fasadę z mozaikami, reliefami i trzema gotyckimi portalami, a we wnętrzu – cenny drewniany malowany sufit i ciekawy skarbiec katedralny. Przy katedrze wznosi się wspaniała 90-metrowa dzwonnica Campanile. Jest w niej zainstalowany największy na świecie zegar mechaniczny. Co dzień w południe zegar uruchamia przesuwające się złocone figury – m.in. ryczącego lwa, piejącego koguta, Matkę Boską – tworząc trwający kwadrans spektakl przy muzyce „Ave Maria” Schuberta. Bardzo interesujący jest kościół Zwiastowania NMP, zbudowany w XII w. na fundamentach greckiej świątyni Posejdona. Jest w stylu sycylijsko-bizantyjskim i jako jedyna budowla nie uległ zniszczeniu w czasie trzęsienia ziemi i bombardowania. Przebogate jest Muzeum Mesyńskie z bezcennymi obrazami „Pokłon pasterzy” i „Wskrzeszenie Łazarza” pędzla Caravaggia, który kilka lat żył w Mesynie.

Katania

Katania zachwyca najpierw swym stalowym, srebrzystoszarym kolorem – niespotykaną nigdzie indziej barwą miasta. Swą oryginalną kolorystykę zawdzięcza Etnie, ofiarodawczyni materiału budowlanego – wszelkiego rodzaju tufów wulkanicznych wyrzucanych aż nadto hojnie przy erupcjach. Leży nad Morzem Jońskim, na zboczach Etny przechodzących w równinę z rozległymi uprawami cytrusów. Katania to drugi po Palermo ośrodek gospodarczy i turystyczny, z uwagi na bliskość tego atrakcyjnego dla turystów wulkanu. Miasto powstało w VIII w. p.n.e., krótko potem skolonizowali je Grecy. Później – jak cała wyspa – przechodziła z rąk do rąk kolejnych zdobywców, co urozmaiciło pejzaż miasta, które po okresie normańskim odziedziczyło wspaniałą katedrę św. Agaty – patronki miasta i Sycylii. Wielki zamek Castello Ursino pozostał po latach szwabskich i aragońskich. Etna dominuje nad Katanią. W 1669 r. wybuch wulkanu zalał miasto lawą, która popłynęła aż 700 m w głąb morza. A wkrótce, w latach 90. XVII w., trzęsienia ziemi zniszczyły zupełnie Katanię wraz z południowo-wschodnią częścią Sycylii. Miasto przepięknie odbudował architekt Giovanni Vaccarini, korzystając głównie z lokalnego, etneńskiego budulca. Centrum miasta tworzą Piazza Duomo – plac Katedralny z wytwornymi barokowymi pałacami, kultową fontanną ze słoniem, będącą symbolem Katanii, i wspaniałą, zachwycającą harmonią swej fasady i całej bryły katedrą św. Agaty. Katedrę po kataklizmach z XVII w. zrekonstruowano, co jest dziełem głównie Vaccariniego. Procesje ulicami miasta z figurą patronki świątyni i Katanii trwają po osiemnaście godzin. Katedra jest perłą architektoniczną łączącą styl normandzki z barokiem. Znajduje się tutaj grobowiec wielkiego kompozytora Vincenzo Belliniego, którego arie, w tym „Casta diva” z „Normy”, pięknie, w sposób nieosiągalny dla innych artystek wykonywała boska Maria Callas. Dochodzę główną ulicą Via Etna do Villa Bellini – przepięknego parku miejskiego – i słucham w amfiteatrze niezwykłego koncertu złożonego z arii tego kompozytora, śpiewanych i granych przez artystów z opery w Palermo. Miejsce, sceneria, cały klimat występu świetnych, włoskich przecież artystów, w mieście, w którym się on urodził i żył, wszystko to stworzyło niezapomniane przeżycie i nastrój, w którym czuło się unoszącego się gdzieś ducha Vincenza. Późnym wieczorem, uduchowiony koncertem i wzmocniony doskonałym sycylijskim winem, na Piazza Stesicoro składam hołd przed monumentalnym pomnikiem wielkiego Belliniego.

Etna

Na stacji przy via Caronda w Katanii wsiadam do pociągu kolejki wąskotorowej Circumetnea i objeżdżam Etnę dookoła jej zboczami (110 km), by oswoić się z bestią. Trwa to sześć godzin. Przyglądam się uroczym miasteczkom u jej stóp i na stokach. Podziwiam niezwykłe widoki wulkanicznego krajobrazu, upstrzonego zielonymi poletkami winnic, pistacji, kwitnących jaśniutkim, lecz jaskrawym amarantem gai granatów. Widoki przemiłe, chwytają za serce, ale czuję jakiś niepokój. Wszak gleba smoliście czarna, niesłychanie chropawa, gruzłowata. No i zawiewa przedziwnym zapachem żaru i spalenizny. Miasteczek jest trzynaście. W niektórych wysiadam, by trochę pospacerować, upajać się ich niezwykłą scenerią i zabudową nie z tej ziemi. Pałaszując z lubością pistacjowe lody, pragnę, aby wszystkie lody na świecie już tylko tak smakowały (zbocza Etny to najsłynniejszy w świecie rejon upraw tych orzeszków). Jem i dowiaduje się przeróżnych niezwykle ciekawych rzeczy o współżyciu mieszkańców z Etną.

Na zboczach wulkanu żyje blisko 200 tys. ludzi, chociaż w żadnej firmie ubezpieczeniowej nie ma możliwości ubezpieczenia życia czy mienia od skutków wybuchu Etny. Widzę domostwa popalone i zalane lawą po ostatnich erupcjach. Na Etnie stale dyżurują sejsmolodzy i wulkanolodzy. Po ich ostrzeżeniu ewakuuje się ludzi i zwierzęta. Ludzie nie żyją tu w ogóle pod presją strachu przed erupcją. Takie życie byłoby nie do zniesienia. (Czy my żyjemy pod presją strachu np. przed wypadkiem samochodowym? Nie, a ludzi na drogach ginie stokroć więcej). Etna jest żywicielką Sycylii, zwłaszcza jej północnej, stale zielonej połowy, i tak jest traktowana przez Sycylijczyków. Wiadomo powszechnie, jak żyzne są gleby wulkaniczne z rozpadłej lawy i popiołów, a jednocześnie – słodka woda, bezcenna w ciepłym klimacie. Otóż góra gromadzi chmury deszczowe, nawadniające całą północ i wschód wyspy. Z jej stoków spływa woda tworząca rzeki wykorzystywane do intensywnego nawadniania upraw.

 Wielkie są zasługi Etny w trzeciej co do wielkości gałęzi gospodarki Sycylii – turystyce. Także zimą – bo na Etnie przez trzy, cztery miesiące utrzymuje się śnieg i funkcjonują dwa duże wyciągi narciarskie. Dawniej z tuneli wulkanicznych latem pozyskiwano lód i jako towar superluksusowy w gorącym klimacie sprzedawano po arystokratycznych zamkach i pałacach. Idealnie zaizolowany termicznie watą z rosnących tu drzew – wełnowców – był transportowany żaglowcami na ląd, do Rzymu i na Maltę.

A erupcje? Cóż, rekompensują negatywne skutki z nawiązką, także spektakularnymi widokami. Nie na darmo Etna ma ponad 3300 metrów n.p.m. i jest najwyższym czynnym wulkanem w Europie. Jego działalność, wpływająca na codzienne i duchowe życie ludzi, znana jest od starożytnych czasów. To tu mieściła się kuźnia boga ognia Wulkana i cyklopów. Dziś, chociaż nie karmi ich już wiara mieszkańców, niestrudzenie dalej dmą w palenisko Etny, zapewniając ludziom dobroczynne kąpiele termalne w miasteczkach u stóp góry. W 2013 r. doceniono jej zasługi – wpisano Etnę na listę światowego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego UNESCO. Z dumą wznosi się nad pejzażem północno-wschodniego rogu Sycylii, wzbudzając wyglądem pokorę, zachwyt i trwogę.

Żeby dotrzeć na szczyt Etny, jadę autobusem do Nicolosi, godzinę serpentyną drogi. Podziwiam zmieniającą się szatę roślinną góry. Nikną stopniowo pola, lasy i zarośla. Pojawia się czarna hałda, z rzadka porośnięta różowo kwitnącą walerianą, która pierwsza kruszy bryły i bryłki lawy. Dalej już tylko czarne hałdy, mijane po drodze dymiące szczeliny. Kolejką linową docieram do obserwatorium wulkanicznego na wysokośći 2935 m. Po drodze mijam szereg pomniejszych uśpionych kraterów. Jest ich na zboczach Etny około trzystu. Stąd już pieszo za przewodnikiem dochodzę do krateru. Z czeluści biją wyziewy i opary, wycieka strugami rozżarzona lawa. Nagle gorący powiew zrywa mi czapkę ze spoconej trudem wejścia głowy. Spala się momentalnie w lawie, pieczętując tą czapkopalną ofiarą mój dozgonny związek z Etną.

(cdn.)

Stanisław Niećko

 

aaa

 

zdrowie

 

Prawda czy mit? 

Czy przez tatuaż skóra się mniej poci? A alkohol zaostrza alergię? Czy kaszel pomaga przy zawale serca? A piwo rozpuszcza kamienie nerkowe? Te i podobne wątpliwości rodzą się w nas, gdy jakiś Wujek Dobra Rada próbuje nas przekonać o słuszności swoich opinii „medycznych”.

Często takie rewelacje niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Wielokrotnie powielane, stają się mitem, w który wierzymy bez zastrzeżeń. Czy słusznie? Uczeni i lekarze starają się wyprowadzać nas z błędu. Oto ich opinie o niektórych prawdach i mitach zdrowotnych, jakie funkcjonują w zbiorowej wyobraźni.

W powszechnym przekonaniu grzybica stóp powoduje ich swędzenie, jeśli więc go nie odczuwamy, to możemy być spokojni. Tymczasem ta choroba nie daje prawie żadnych objawów (świąd może wystąpić dopiero w ostatnim stadium jej rozwoju). Złuszczenie naskórka, mikroranki, zmiany między palcami stóp, sucha skóra – to powinno wzbudzać nasz niepokój, choć też niekoniecznie świadczy o grzybicy. Stuprocentową pewność daje dopiero badanie mykologiczne. Jeśli ktoś po basenie dokładnie wysuszy stopy (najlepiej suszarką do włosów) ryzyko złapania grzybicy jest małe – uspokajają dermatolodzy.

Wiele osób wierzy w to, że w czasie ataku serca należy intensywnie kasłać, bo to ocali im życie. Potwierdza to internet, radząc, by oddech i kaszlnięcia były powtarzane co dwie sekundy, bez przerwy, aż do chwili przybycia pomocy. Ma to ponoć spełniać funkcje masażu serca. Kardiolodzy przestrzegają, że intensywny kaszel w tym przypadku nie pomaga, a zwiększa ryzyko zawału. Bo kiedy go już mamy, należy unikać wszelkiego wysiłku, by nie zwiększać zapotrzebowania serca na krew. Zamiast zmuszać się do kaszlu, należy jak najszybciej wezwać pogotowie.

Na kłopoty z nerkami najlepsze jest piwo! To hasło pokutuje w naszej świadomości od wielu lat. Niestety, to nieprawda. Piwo jest moczopędne, czyli zwiększa diurezę. To teoretycznie zmniejsza ryzyko wystąpienia kamicy nerkowej. Ale w praktyce ani jej nie zapobiega, ani nie leczy. Codzienne picie piwa przez osoby mające kłopoty z nerkami zwiększa u nich ryzyko stłuszczenia wątroby lub trzustki. By zapobiec kamicy, trzeba pić więcej nie piwa, lecz wody.

Niektórzy alergicy uważają, że po wypiciu alkoholu nasila im się katar lub swędzenie oczu. Prawda jest tu tylko częściowa – nie wszystkie rodzaje trunków wyzwalają reakcje alergiczne. Mogą je powodować wino lub piwo, gdyż zawierają histaminę, czyli związek, który organizm osoby uczulonej uwalnia po zetknięciu się np. z pyłkami traw czy odchodami roztoczy kurzu domowego. Najwięcej histaminy jest w czerwonym winie. Bardzo mało tego związku zawierają wódka i gin, przez co są bezpieczniejsze dla alergików.

Wyniki badań opublikowane niedawno przez amerykańskiego fizjologa dowodzą, że tatuaże mogą wpływać na to, w jaki sposób poci się zabarwiona tuszem skóra. W porównaniu z nietatuowaną wydala ona około 50 procent mniej potu. Okazuje się, że na skórze z tatuażem sód znajdujący się w pocie jest bardziej skoncentrowany niż na skórze niezabarwionej. Kiedy gruczoły wydzielają pot, skóra ma tendencję do ponownego wchłaniania wydzielanego sodu i innych elektrolitów. Tatuaże mogą częściowo blokować tę resorpcję. Jeśli mamy na ciele jeden tatuaż czy też kilka mniejszych, nie ma to znaczenia dla naszej fizjologii. Jednak jeśli ktoś jest niemal cały w tatuażach (a moda na nie ciągle trwa), zwłaszcza na plecach i ramionach, mogą one wpływać na naturalną zdolność organizmu do chłodzenia ciała i zatrzymywania ważnych składników mineralnych. Jeśli do tego osoba z mocnym tatuażem pracuje ciężko fizycznie i jest narażona na wysokie temperatury – mogą się u niej pojawić problemy z termoregulacją, co nie jest obojętne dla zdrowia.

Człowiek głodny jest zły. To prawda. Powodem tego jest spadek poziomu glukozy we krwi. Glukoza to paliwo dla mózgu, bez niej neurony mogą przetrwać tylko chwilę. Niski poziom cukru we krwi powoduje uwalnianie hormonów związanych ze stresem – kortyzolu i adrenaliny – oraz związku o nazwie neuropeptyd Y, który zwiększa agresję wobec otoczenia. Ten mechanizm zapewniał naszym przodkom przetrwanie. Hormony stresu zachęcały do poszukiwania jedzenia lub podjęcia próby polowania. Kiedy w pracy zapominamy o jedzeniu, ogarnia nas irytacja. Pozwolą ją opanować regularne posiłki co 3-4 godziny.

Po słonym jedzeniu chce się nam pić. A niektórzy twierdzą, że wzmaga ono apetyt. Według najnowszych badań wysoki poziom sodu w diecie powoduje, że pijemy… mniej. Powołują się oni na testy dziesięciu rosyjskich kosmonautów, którzy od 2009 do 2011 r. brali udział w programach symulacji lotu. Gdy zmniejszono im porcje soli z 12 g dziennie do 6 g, okazało się, że wypili więcej wody. – W przypadku diety bogatej w sól organizm chce zapobiec utracie wody – mówią specjaliści. Nerki włączają wtedy mechanizmy zatrzymujące ją w organizmie, przez co nie czujemy pragnienia. Astronauci byli też bardziej głodni, gdy poziom sodu w ich krwi był wyższy. Uczeni odkryli, że dieta wysokosodowa powoduje rozkład białek budujących mięśnie. Białko było przekształcone w mocznik, który umożliwiał nerkom ponowne absorbowanie wody i wydalanie soli.

Czy efekt jo-jo może źle wpływać na zdrowie? Okazuje się, że tak. Naprzemienne wzrosty i spadki wagi u osób z chorobą wieńcową nasilają ją i zwiększają ryzyko śmierci. Chodzi o zaburzenia metabolizmu i fizjologii organizmu. Należy więc odchudzać się rozważnie.

Opryszczka pojawia się tylko, gdy jest zimno. Niestety, to mit. Latem wirus opryszczki też może nas zaatakować. Zależy to bowiem nie od pogody, lecz stanu naszego organizmu. Pojawia się na naszej wardze najczęściej wtedy, gdy mamy obniżoną odporność z powodu jakiejś infekcji czy choroby. Po zakażeniu wirus pozostaje w naszym ciele do końca życia. Może dać o sobie znać przy innej infekcji, podczas stresu, a także wtedy, gdy się opalamy podczas urlopu.

Hałas boli? Tak, może nam sprawiać ból. Zwłaszcza, jeśli cierpimy na nadwrażliwość słuchową. Wtedy ośrodki układu nerwowego biorące udział w wykrywaniu i percepcji dźwięku są nadmiernie stymulowane. To prowadzi do obniżenia progu, od którego dźwięk staje się nieznośny. Takie objawy odczuwają też osoby cierpiące na szumy uszne.

Słońce zaostrza żylaki? To prawda. Kiedy nadmiernie ogrzewamy skórę (nie tylko leżąc na plaży, ale także w saunie, pod poduszkami elektrycznymi czy na ogrzewanej podłodze), może dojść do zapalenia żył powierzchniowych. Prowadzi to do zastoju krwi, który drażni ścianę żyły. W przegrzanych nogach maleńkie naczynia włosowate zaczynają przepuszczać zbyt wiele osocza krwi. Powstają wtedy obrzęki.

Uważa się, że biały puch z topoli, podobny do waty, jaki kłębi się wiosną na naszych ulicach, wywołuje objawy alergiczne. Stąd już tylko krok do wycinania tych pięknych drzew w rzekomej trosce o zdrowie publiczne. Jest to błędne przekonanie: biały puch to nie pyłki, tylko nasiona topoli, które nie mają właściwości uczulających. Są wyposażone w aparat lotny w postaci puszku, który ułatwia ich rozsiewanie. U osób szczególnie wrażliwych może czasem podrażniać drogi oddechowe czy spojówki, ale nie powoduje alergii. Okres rozsiewania nasion topoli (kwiecień) zbiega się w czasie z początkiem pylenia traw, których pyłki mogą nas silnie uczulać. Topole są tu niewinne.

Czy dziurki w nosie zatykają się przemiennie? Czasami, gdy mamy katar lub uczulenie, w czasie snu zatyka się nam jedna dziurka w nosie. Wtedy – radzą doświadczeni – wystarczy się przewrócić na drugi bok i wszystko wraca do normy. Ta metoda rzeczywiście działa. Cykl pracy naszego nosa składa się z faz obrzęku i odetkania w jednej lub drugiej dziurce. Powiększają się lub obkurczają naczynia krwionośne wewnątrz nosa. Cykl ten trwa zwykle do kilku godzin. Potem następuje zmiana dziurek. Skrzydełka nosa „puchną” pod wpływem wpływającej do nich krwi. Kiedy leżymy na boku, nozdrze u góry staje się bardziej otwarte, bo napływa do niego nieco mniej krwi i po chwili się odtyka.

Przyjmujemy coraz więcej leków, często nie zdając sobie sprawy z tego, że ich łączenie z innymi lekami lub niewłaściwym jedzeniem może nie przynieść pożądanych efektów lub – co gorsza – poważnie nam zaszkodzić. Na przykład kiedy łapie nas gorączka, najczęściej sięgamy po paracetamol. Słusznie, ale nie powinno się go mieszać z posiłkami bogatymi w węglowodany. Chodzi głównie o słodycze. W ich towarzystwie lek gorzej się wchłania z przewodu pokarmowego. Aspiryna i ibuprofen to niesteroidowe leki przeciwzapalne i przeciwbólowe. Dodatkowo aspiryna przeciwdziała powstawaniu zakrzepów i jest stosowana w profilaktyce chorób sercowo-naczyniowych. Obu leków nie należy stosować jednocześnie, ponieważ ibuprofen znosi antyagregacyjne oddziaływanie kwasu acetylosalicylowego. Żeby nie zaburzyć przeciwzakrzepowego działania aspiryny, należy ją przyjmować dwie godziny przed ibuprofenem.

Jeśli cierpimy na brak żelaza w organizmie i uzupełniamy je suplementami diety, warto pamiętać, by tego pierwiastka, przyjmowanego doustnie, nie popijać kawą. Zawarta w niej kofeina tworzy z żelazem bardzo trudno wchłaniające się związki chemiczne. Należy zachować co najmniej dwie godziny odstępu między zażyciem preparatu żelaza a wypiciem kawy.

Leczenie niedoczynności tarczycy lub choroby Hashimoto wiąże się z przyjmowaniem leków zawierających lewotyroksyny. Zażywanie ich równocześnie z jonami wapnia opóźnia wchłanianie tego hormonu z przewodu pokarmowego do krwi. Dlatego preparaty z wapniem, a także z magnezem lub żelazem należy zażyć po minimum pięciu godzinach od wzięcia lewotyroksyny. Wapń jest także w przetworach mlecznych, dlatego jeśli hormony tarczycy łykamy na czczo, ze śniadaniem bogatym w mleko i jego przetwory trzeba poczekać co najmniej godzinę. Hormony tarczycy można natomiast przyjmować równocześnie z witaminą C, która zwiększa ich wchłanianie.

Często łączymy ze sobą w posiłkach różne produkty, nie zdając sobie sprawy z tego, czy wychodzi to nam na zdrowie czy nie. Tak jest w przypadku, gdy łączymy mięso z fasolą. To pierwsze oprócz białka i żelaza zawiera też cynk, który jest składnikiem ponad 300 enzymów w naszym organizmie. Bierze on udział w przemianach białek, tłuszczów i węglowodanów, jest odpowiedzialny za odczuwanie smaku i zapachu. Przeciętna przyswajalność cynku w żywności wynosi 20-30 proc. Łączenie produktów bogatych w cynk z roślinami strączkowymi znacznie obniża jego wchłanianie. Fasola zawiera bowiem kwas fitynowy, który łączy się z cynkiem, uniemożliwiając jego odpowiednie wykorzystanie. Aby temu zapobiec, należy przed gotowaniem moczyć nasiona roślin strączkowych przez kilka godzin w wodzie z dodatkiem soku z cytryny, a następnie, po przepłukaniu, ugotować w świeżej wodzie.

Ryby morskie są dobrym źródłem jodu, niezbędnego do produkcji hormonów tarczycy. Łącząc w jednym posiłku ryby z kalafiorem, brokułem, brukselką czy kapustą, ograniczamy wchłanianie jodu przez organizm. Warzywa te zawierają substancje zwane tioglikozydami, które wiążą jod. Można temu zapobiec, gotując kalafior w wodzie, bez przykrycia, wtedy duża część tych związków ulatnia się z parą.

Mówi się, że czerwone wino podkreśla smak czerwonego mięsa, szczególnie wołowiny. Okazuje się, że to połączenie nie jest najlepsze, zwłaszcza dla osób z niedoborem żelaza. Czerwone wino zawiera przeciwutleniacz, który działa korzystnie na nasz organizm, bo zwalcza wolne rodniki, ale ma też silne właściwości wiązania jonów metali, w tym żelaza, którego bardzo dobrym źródłem w diecie jest właśnie czerwone mięso. Popijając je czerwonym winem, tracimy ten cenny pierwiastek.

Od jakiegoś czasu jaja przeżywają prawdziwy renesans. Nie obwinia się ich nawet o zły cholesterol. Jednak osoby chore na wrzody żołądka powinny ze swojej diety wykreślić jaja na twardo. Są one ciężkostrawne i powodują zwiększone wydzielanie soku żołądkowego, co podrażnia śluzówkę żołądka i wzmaga przykre objawy. Pacjenci z chorobą wrzodową – radzą dietetycy – mogą jadać jaja na miękko, w koszulce lub przygotowane na parze.

BWO

 

aaa

 

ruszajmy się

 

Bieganie dla początkujących 

Bieganie może być drogą do lepszej jakości życia, poprawy zdrowia i samopoczucia. Pierwsze kroki w tej dyscyplinie będą też wspaniałym wstępem do biegania amatorskiego w zawodach dla każdego, czyli biegach masowych na różnych dystansach, również w maratonach. Od czego więc zacząć?

 Bieganie to naturalna forma przemieszczania się, która – wiadomo – jest szybsza od chodzenia. Można je sklasyfikować jako oddzielną dyscyplinę, ale stanowi też podstawę lokomocji podczas uprawiania większości gier zespołowych i sportów. To również fitness w formie joggingu, czyli bieganie dla zdrowia, dobrego samopoczucia lub wyglądu, bez nastawiania się na śrubowanie wyników, bieganie na czas lub udział w zawodach.

Co zrobić, aby bieganie było skuteczne? Przede wszystkim do zdrowego uprawiania sportu należy podejść kompleksowo. Gdy zaczynamy biegać, organizm odpowiednio reaguje na wysiłek fizyczny, czyli trening. Zwiększa się metabolizm, wytwarzają się hormony regulujące procesy potreningowe, ciało przystosowuje się do wysiłku. Ważne jest, żebyśmy wraz z postanowieniem regularnego biegania zaniechali niezdrowych nawyków. Trening przyniesie wtedy szybkie i oczekiwane rezultaty i będziemy mieć gwarancję, że nie doprowadzimy do przeciążenia lub kontuzji. Do tych komponentów należy głównie odpowiednie, regularne i dobre jakościowo żywienie, przede wszystkim składające się z produktów jak najmniej przetworzonych, świeżych i naturalnych, bogatych w składniki odżywcze. Posiłek musi dostarczyć odpowiednią ilość białek, węglowodanów, tłuszczów, witamin, minerałów i wody. Nie wolno też zapomnieć o higienicznym trybie życia, regularnym i odpowiednio długim śnie. Warto do tego dodać zabiegi odnowy, prysznic, kąpiel, masaże itp. Dopiero to wszystko w połączeniu z bieganiem zapewni nam przyrost energii, dobry nastrój, dodatkowo szybko zniweluje zmęczenie fizyczne wynikające z rozpoczęcia aktywnego trybu życia.

Często motywacją do rozpoczęcia regularnego biegania jest chęć schudnięcia. Podczas ciągłego biegu nawet w spokojnym tempie spala się więcej kilokalorii niż w większości innych sportów. Wszystko zależy od intensywności wysiłku. Bieg różni się od innych aktywności tym, że wykonuje się go bez zatrzymania i nasze ciało non stop pracuje, a więc spala kalorie. Biegacze przeliczają to sobie tak, że jeden kilometr biegu spala jedną kilokalorię na jeden kilogram masy ciała. To wartości szacunkowe, gdyż spalanie w naszym organizmie zależy od bardzo wielu czynników, takich jak: wiek, budowa ciała, płeć, stan zdrowia, temperatura, spożywane posiłki. Jednak wyliczenia te są na tyle bliskie prawdy, że nie trzeba stosować bardziej skomplikowanych, w zupełności wystarczą one wszystkim liczącym kilokalorie w diecie. Rachunek jest bardzo prosty, np.: jeżeli ktoś, kto waży 80 kg, przebiegnie 10 km, to spali około 800 kcal.

Wiele osób planuje trening rano, przed pracą, a nawet zaraz po przebudzeniu. Wśród odchudzających się funkcjonuje bowiem wiele mitów na temat biegania na czczo i spalania tkanki tłuszczowej. Biegając bez posiłku, od razu po przebudzeniu, możemy narobić więcej szkód niż zyskać pożytku. Organizm po nocy nie ma energii, więc prawdopodobnie wykonamy słabszy trening (mniej intensywny) niż moglibyśmy po posiłku. Brak mocy wiąże się również z gorszym wykorzystaniem tłuszczu jako źródła energii, a przymuszony do pracy organizm może spalić więcej białek pochodzących z mięśni i tym samym przekreślić oczekiwania co do efektów. W świecie sportu bez posiłku można robić jedynie rozbieganie, czyli spokojny bieg w lekkim tempie, ukierunkowany na rozruszanie organizmu, a nie rezultat. Kiedy jednak nasz plan dnia jest tak napięty, że jesteśmy w stanie biegać tylko od razu po przebudzeniu, to i tak przed biegiem należy zjeść lekkie śniadanie. Najlepiej spożyć coś lekkostrawnego i napić się – taki posiłek nie zaburzy treningu, a da nam zastrzyk energii (np. banan, szklanka jogurtu lub soku).

Dużą zaletą biegania jest jego dostępność. Właściwie biegać możemy w każdym momencie. Do trenowania wystarczą: luźne, wygodne ubranie i buty sportowe. Jeżeli biegamy dużo, np. przygotowujemy się do startów w maratonach, należałoby zainwestować w dobre, wygodne i dobrze amortyzujące obuwie i profesjonalne, odprowadzające wilgoć i oddychające ubranie. Na początku nie ma takich wymagań, dlatego sport ten można uprawiać wszędzie i bez żadnych nakładów finansowych na sprzęt. Jedynym minusem, niestety dla wielu nie do pokonania, jest monotonia tego sportu. Przy odpowiednim podejściu można jednak tę wadę przekuć w zaletę. Podczas biegu nasz mózg inaczej funkcjonuje, dlatego to w trakcie treningu ludzie najczęściej wpadają na genialne pomysły. A jeśli nie lubimy skupiać się na swoim wnętrzu w takich momentach, to możemy urozmaicić czas biegu w inny sposób. Wiele osób biega w słuchawkach, w rytm ulubionej muzyki, inni wyznaczają sobie trasy za każdym razem w innym miejscu i po prostu zwiedzają okolicę. To też świetny sposób na obcowanie z naturą, a przemieszczanie się z większą prędkością pozwoli nam oddalić się od znanych terenów wokół domu.

Co zrobić, żeby zacząć? Wydaje się, że chęci i motywacja wewnętrzna są najistotniejsze. Niestety, nasz zapał często zawodzi, kiedy chcemy robić coś regularnie. Warto jest wzmocnić postanowienie również z zewnątrz. Można zapisać się na zawody i ogłosić to znajomym, tak by nie można było się z tego wycofać. Na treningi warto umawiać się z kimś innym, bo jeśli się już umówimy, trudniej będzie nam taki trening odwołać. Często pomocne są aplikacje, które nie tylko pokazują trasę i liczą przebiegnięty dystans, lecz pozwalają jeszcze śledzić treningi innych. Świadomość, że nasze poczynania obserwują inni, zmobilizuje nas do większego wysiłku.

Najważniejsze, żeby do biegania podejść systemowo. Należy zaplanować stopniowe zwiększanie obciążeń, ponieważ łatwo doprowadzić do przeciążenia i tym samym się zniechęcić. Szczególnie osoby walczące z nadwagą lub nieruszające się od lat muszą stopniowo wzmacniać swoje mięśnie, wydolność krążeniowo-oddechową, a w szczególności stawy, więzadła i ścięgna, które osłabiły się przez siedzący tryb życia. W tej sytuacji organizm adaptuje się do wysiłków miesiącami. Takiej osobie trzeba by zaproponować stosowanie przez pierwszy miesiąc marszobiegów, czyli przeplatanie marszem odcinków pokonywanych biegiem. Cała umiejętność planowania polega na stopniowym wydłużaniu odcinków biegowych i skracaniu marszu. Bez problemów po miesiącu wzmocni się aparat ruchu: stawy, więzadła i mięśnie oraz poprawimy ogólną wydolność organizmu. Sama osoba będzie zaskoczona, gdy zacznie biegać bez zadyszki i z przyjemnością.

Przykład marszobiegów dla początkującego biegacza: trening co dwa dni (3-4 razy na tydzień)

Podczas sesji treningowej stosujemy 5-minutowe cykle. Co tydzień zwiększamy trening o jeden cykl. Dodatkowo każdy trening to wydłużenie biegu o 5 sekund w cyklu. Zaczynamy od czterech cykli, czyli czas trwania naszego marszobiegu to 20 minut. Biegniemy 2 minuty i idziemy 3 minuty (1 cykl) i powtarzamy tak cztery razy (łącznie wykonamy 8 minut biegu i 12 marszu). Tempo biegu zależy od naszych możliwości. Ważne jest, żeby już wyznaczonego czasu biegu nie przerywać. Każdy kolejny trening to wydłużenie czasu biegu o 5 sekund i skrócenie marszu o tyle samo, czyli następny trening to 2 minuty 5 sekund biegu i 2 minuty 55 sekund marszu itd. W drugim tygodniu dokładamy jeden cykl, czyli zwiększamy czas marszobiegu do 25 minut. Drugi tydzień rozpocznie się naszym piątym treningiem, dlatego w tym tygodniu ćwiczymy w cyklu 2 minuty 25 sekund biegu i 2 minuty 35 sekund marszu. W piątym tygodniu naszego trenowania powinniśmy tą metodą dotrzeć do 8 cykli, w których biegniemy 3 minuty i 30 sekund, a maszerujemy 1 minutę i 30 sekund. Daje nam to łącznie 28 minut biegu. Jeżeli nasze treningi urozmaicimy również ćwiczeniami wzmacniającymi, gimnastycznymi i rozciągającymi, będziemy gotowi rozpocząć właściwe treningi, które opierają się na biegach ciągłych.

Warto nie tylko biegać, ale wykonywać też ćwiczenia wzmacniające, siłowe i rozciągające oraz poprawiające technikę biegu. Wtedy szybciej i lepiej będziemy biegać.

Najprostsze ćwiczenia dla każdego biegacza

Przysiady – znane wszystkim ćwiczenie polegające na uginaniu i prostowaniu nóg (głównie w stawach kolanowym i biodrowym) i w ten sposób dźwiganiu własnego ciężaru ciała w dół i w górę. Jego prawidłowe wykonanie jest niezwykle istotne. Trzeba pamiętać o kilku zasadach: stopy na szerokość bioder (nie wolno wykonywać przysiadów z nogami razem), całe stopy spoczywają na podłożu (obciążamy pięty), kolan nie należy prowadzić do przodu (powinny znajdować się zawsze w linii nad stopami).

Wypady – to pogłębiony wykrok. Należy jedną nogę wysunąć maksymalnie w przód i ugiąć kolano do kąta prostego, tak by znalazło się nad stopą. Tylna noga wyprostowana lub delikatnie ugięta.

Brzuszki – w tym ćwiczeniu chodzi głównie o wzmocnienie mięśnia biodrowo-lędźwiowego, który zgina staw biodrowy, czyli podnosi nogę z przodu w górę. W tym ćwiczeniu działamy odwrotnie – nogi są nieruchomo, a my podnosimy i opuszczamy ciało, przechodząc kolejno z leżenia tyłem do siadu i z siadu do leżenia.

Wymachy nogami – to grupa ćwiczeń, która uelastycznia staw biodrowy (grupa – ponieważ nogami możemy machać w różnych kierunkach). Dla dobrej równowagi należy rękami oprzeć się o drzewo, barierkę lub ścianę. Wyprostowaną nogą wykonujemy wymachy (ruch jak wahadło zegara) kolejno w tył, w bok, po skosie w przód i w tył, jedną i drugą nogą.

Wciskanie pięty w podłoże – bardzo ważne ćwiczenie dla biegaczy, bo uelastycznia mięśnie łydki i ścięgno Achillesa. Należy wykonać podpór, opierając ręce na ziemi lub na drzewie albo ścianie. Utrzymujemy biodra wysoko, a piętę wciskamy w podłoże, naprzemiennie – raz jedną, raz drugą.

Ćwiczenia biegowe – czyli te, które wykonuje się podczas biegu

Bieg bokiem krokiem odstawno-dostawnym – poruszamy się bokiem, przeskokami, w których odstawiamy nogę prowadzącą i w to samo miejsce dostawiamy drugą nogę. Wzmacniamy wewnętrzne partie uda.

Skip C – jest to ćwiczenie tylnego wahadła kroku biegowego. Potocznie na to ćwiczenie mówi się: bieg z uderzaniem piętami o pośladki. Ruch w stawie kolanowym podczas każdego kroku jest wzmożony tak bardzo, że pięta nogi przed postawieniem stopy na podłożu powinna znaleźć się w okolicach pośladka.

Skip A – jest to ćwiczenie przedniego wahadła kroku biegowego. Potocznie na to ćwiczenie mówi się: bieg z wysokim unoszeniem kolan. Podczas biegu stawiamy krótkie kroki w przód, natomiast za każdym razem unosimy kolano przynajmniej na wysokość biodra.

Podskoki naprzemianstronne – po wybiciu z jednej nogi lądujemy na tej samęj i stawiamy jeden krok biegowy, by za chwilę wybić się i wylądować na przeciwnej nodze. Jest to sekwencja ruchów: podskok prawa – krok – poskok lewa – krok itd. Podczas wybicia i lotu przeciwległą nogę (kolano) i ramię (wyprostowane) unosimy w górę.

Podskoki z poderwaniem kolan w górę. W przeciwieństwie do poprzedniego ćwiczenia, w tym wybijamy się i lądujemy z dwóch nóg (stopy na szerokość bioder). Ćwiczenie polega na tym, aby wybić się tak wysoko, by zdążyć podciągnąć kolana, a za nimi stopy jak najwyżej (tak jakbyśmy przeskakiwali nad płotkiem) i od razu odbić się do następnego skoku – musimy wtedy użyć dużo siły, by wyhamować poprzedni skok i wybić się do następnego. Skoki należy wykonywać na śródstopiu i stopniowo, elastycznie uginać wszystkie stawy.

Te bardzo proste dziesięć ćwiczeń znacząco poprawi jakość (technikę, siłę i elastyczność) naszego biegu. Kiedy wykonamy wszystkie wskazówki, stopniowo wzmocnimy ciało metodą marszobiegów, zaczniemy wykonywać ćwiczenia dodatkowe i cały czas będziemy dbać o zdrowie, to szybko zaczniemy poruszać się miękko i z gracją, tak jakby bieganie nie sprawiało nam żadnego trudu. Wtedy bieg stanie się nie tylko treningiem, lecz przede wszystkim przyjemnością.

Krzysztof Koc

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Przewaga w przestrzeni

W czasie partii toczy się stała walka o uzyskanie większej przestrzeni dla własnych figur. Przeważnie uzyskuje się ją poprzez przekroczenie przez piechotę (czasami przez lekką figurę) demarkacyjnej linii w środku szachownicy. Strona z przewagą w przestrzeni ma większą swobodę w manewrach figur. Strona przeciwna, zwłaszcza przy dużej liczbie bierek, „dusi się” z braku miejsca do przegrupowania sił i szuka okazji do wymian. Przewaga w przestrzeni jest ważną korzyścią pozycyjną, a w połączeniu z innymi plusami (np. opanowaniem otwartej linii) przeważnie gwarantuje zwycięstwo w grze.

Znany rosyjsko-niemiecki arcymistrz Artur Jusupow podaje takie wskazówki dla strony mającej przewagę w przestrzeni:

1. Należy unikać wszelkich zbędnych wymian, bo dają one więcej miejsca ścieśnionym bierkom przeciwnika.

2. Celowe jest dokładne przygotowanie otwarcia linii, aby wtargnąć ciężkimi figurami w głąb nieprzyjacielskiego obozu.

3. Wskazane są przygotowania dalszego marszu pionków, aby jeszcze dalej odrzucić figury przeciwnika.

4. Jeśli pozycja pozwala, należy próbować manewrów przeciwko dwóm słabościom.

5. Niezbędne jest profilaktyczne myślenie, aby przeciwdziałać próbom aktywizacji figur przeciwnika.

Z podanych wyżej wskazówek najważniejsza wydaje się ta pierwsza. Przy małej liczbie figur przewaga w przestrzeni traci znaczenie. Am. Borys Gelfand ilustruje to następującym przykładem:

Białe: Kg1, Hd1, Wa1, Wf1, Gc1, Ge2, Sc3, Sf3, a2, b2, c4, d5, e4, f2, g2, h2

Czarne: Kg8, Hd8, Wa8, Wf8, Gc8, Gg7, a7, b7, c5, d6, e7, f7, g6, h7

To jedna z typowych pozycji z przestrzenną przewagą białych. Jeśli jednak zdjąć z szachownicy lekkie figury z pól c3, e2, c8, f6, to nie ma mowy o żadnej przewadze. Czarne bierki będą miały stosunkowo dużą swobodę działania, istnieje też możliwość kontrataku poprzez ruch b7-b5.

Poniżej praktyczne przykłady realizacji zasad podanych przez Jusupowa:

J.R. Capablanca – K. Treybal

Karlsbad 1929

Białe: Kf2, Ha3, Wh1, Wh2, Gd3, Sf3, a4, b4, c5, d4, e3, f4, g5, h5

Czarne: Kg7, Hc7, Wg8, Wh8, Gd7, Sf7, a6, b7, c6, d5, e6, f5, g6, h7

To jest klasyczny przykład wyboru prawidłowego planu gry. Duża przewaga w przestrzeni daje możliwość inicjatywy na obu skrzydłach. Białe wybierają skrzydło hetmańskie, a końcowym obiektem ataku będzie pionek b7: 36.b5 ab5 Zasługiwało na uwagę 36...gh5, aby mieć chociaż cień szansy na ewentualny kontratak na drugim skrzydle 37.h6+! Daje kilka temp i gwarantuje spokój w tej części szachownicy 37...Kf8 38.ab5 Ke7 (38...cb5? 39.c6+) 39.b6 Hb8 40.Wa1 Wc8 41.Hb4 Hetman robi miejsce wieżom 41...Whd8 42.Wa7 Kf8 43.Wh1 Ge8 44.Wha1 Kg8 45.W1a4 Kf8 46.Ha3 Do ataku na punkt b7 trzeba jeszcze włączyć skoczka, ale białe nie spieszą się z tym, gdyż czarne i tak mogą tylko czekać na egzekucję 46...Kg8 47.Kg3 Gd7 48.Kh4 Kh8 49.Ha1 Kg8 50.Kg3 Kf8 51.Kg2 Ge8 52.Sd2 Gd7 53.Sb3 We8 54.Sa5 Sd8 Wydaje się, że czarne skutecznie bronią pionka b7, ale dzięki małej kombinacji białe figury przedzierają się do obozu przeciwnika 55.Ga6! ba6 56.W:d7 We7 57.W:d8+ W:d8 58.S:c6 i czarne skapitulowały.

J. Geller – R. Broadbent

Londyn 1954

Białe: Kg1, He2, Wa1, Wf2, Gc2, Ge3, Sf1, a4, c3, c4, d5, e4, f5, g2, h4

Czarne: Kg8, He8, Wb7, Wf8, Gd7, Sa5, Sc7, a7, b6, c5, d6, e5, f6, g7, h6

W tej partii białe skopiowały plan Capablanki 23.g4 Kf7 Grozi otwarcie linii, więc król ucieka z niebezpiecznej strefy 24.g5 hg5 25.hg5 Ke7 26.Wh2 Wh8 Czarne próbują walczyć o otwartą linię, ale ciasnota skazuje te próby na porażkę 27.Sd2 Wb8 28.W:h8 H:h8 29.Kg2 Wf8 Linię „h” trzeba oddać 30.Wh1 Hg8 31.g6 Ważna decyzja. W obawie o własnego króla białe nie chcą otwierać drugiej linii. Musi im wystarczyć atak na punkt g7 31...Kd8 32.Sf1 Skoczek zmierza na h5 32...We8 33.Wh7 Hf8 34.Sg3 He7 Małe przegrupowanie, aby włączyć skoczka do obrony 35.Sh5 Wg8 36.Gh6 Se8 Pozornie obrona jest skuteczna, ale białe dysponują kombinacyjnymi motywami 37.Kf2 Hf8 38.Gd3 G:a4 W przypadku 38...Wh8 wygrywało 39.G:g7! np. 39...S:g7 40.S:g7 W:h7 41.gh7 H:g7 42.Hh5 Hh8 43.Hf7 39.He3 Ostatnie przygotowanie do uderzenia na g7 39...Gd1 40.S:g7! S:g7 41.G:g7 He8 Jeśli 41...W:g7, to 42.Hh6 Wg8 43.H:f8+ W:f8 44.g7 Wg8 45.Wh8 42.G:f6+ Kc8 43.Hh6 Ga4 44.We7 1-0

A. Wołowicz – A. Nikitin

1962

Białe: Kg1, Hc2, Wa1, We1, Gc3, Ge4, Se5, b4, c5, d4, f4, g3, h2

Czarne: Kg8, Hb7, Wa8, Wf8, Gb5, Ge7, Sb8, a7, c6, e6, f7, g6, h7

W tej grze białe wybrały figurowo-pionkowy atak na króla. Czarne bierki na skrzydle hetmańskim nie zdążyły pomóc monarsze 1.h4 Gf6 Ewentualna wymiana skoczków dawała białym dodatkowe możliwości gry w centrum: 1...Sd7 2.h5 S:e5 3.de5 Gd8 (aby włączyć hetmana do obrony) 4.Wed1 He7 5.hg6 hg6 6.Wd6 Wc8 7.G:g6! z silnym atakiem 2.h5 Gg7 3.hg6 hg6 4.Hg2 Utrudnia wejście czarnego skoczka do gry 4...Wc8 5.g4 Sd7 6.f5 g5?! Przegrywa forsownie, ale i po 6...S:e5 7.de5 ef5 8.gf5 atak białych wkrótce rozstrzygał 7.S:f7! K:f7 8.fe6+ Kg8 9.ed7 H:d7 10.Gf5 G:d4+ 11.Kh1! Kg7!? Grozi 12...Wh8+, ale białe są szybsze 12.We7+! H:e7 13.G:d4+ Kf7 14.Ha2+ Kf8 15.Hh2 Wd8 (15...Gc4 16.Gg6) 16.Hh8+ Kf7 17.Hg7+ Ke8 18.Hg8+ i czarne poddały się.

B. Gelfand (2741) – Wang Yue (2752)

Medias 2010

Białe: Kg1, Hd1, Wa1, Wf1, Gc1, Gf3, Sc3, Sd3, a3, b2, d4, e3, f4, g2, h2

Czarne: Kg8, Hc7, Wa8, Wf8, Ge6, Gg7, Sd7, Sf6, a5, b5, c6, d5, e7, f7, g6, h6

14.g4! Obrona przed wyzwalającym ruchem Gf5 i jednocześnie wstęp do powiększenia przewagi w przestrzeni 14...Sh7 15.h4 f5 16.g5 hg5 W przypadku zamknięcia pozycji po 16...h5 Gelfand planował poświęcenie figury: 17.Se2 Gf7 18.Sg3 e6 19.Gd2 Wfb8 20.S:h5 gh5 21.G:h5 G:h5 22.H:h5 z silnym atakiem 17.hg5 Następny etap to kombinacyjny atak na punkt f5 i wymuszenie posunięcia e7-e6, co całkowicie wyłączy z gry białopolaka czarnych 17...Kf7 18.Kg2 Wfb8 19.Gd2 Shf8 20.Ge2 Goniec zmierza na d3, a skoczek na g3 20...Ke8 21.Se1 Gg8 22.Sf3 Wb7 23.Gd3 Sb8 24.Se2 Hd8 25.Sg3 W wielu wariantach grożą poświęcenia na f5 25…e6 Cel osiągnięty. Teraz nadszedł czas na opanowanie linii „h” 26.Wh1 Gh7? Grający białymi rekomendował tu 26….We7 i stworzenie twierdzy trudnej do zdobycia 27.Hc2 Kf7 28.Wh3 Kg8? Czarne nie wykorzystują ostatniej szansy do zbudowania zalecanej pozycji obronnej: 28…Gg8 29.Wah1 Ke8 z następnym We7. Teraz białe spokojnie przegrupowują swoje ciężkie figury na linię „h” 29.Wah1 Waa7 30.Kf1 He8 31.Ge1 Gh8 32.Wh6 Gg7 33.W6h4 Gh8 34.W1h3 We7 35.Hh2 Podobnie jak w innych cytowanych partiach, białe prawidłowo rozmieszczają ciężkie figury na otwartej linii – hetman powinien stać za wieżami! 35…Web7 36.Wh6 We7 Wydaje się, że pozycja czarnych jest nie do przebicia. Na pomoc białym przychodzi zasada dwóch słabości. Aby uaktywnić skoczka g3, należy wymusić posunięcie a5-a4 dające skoczkowi pole b4 37.Se2 Web7 38.Sc1 We7 39.Sb3 a4 (39...Hd8 40.Hd2) 40.Sc1 Web7 41.Ge2 We7 42.Sd3 Teraz, niezależnie od rezultatów ataku po linii „h”, w wielu przypadkach ruch Sb4 przysporzy czarnym dodatkowych kłopotów. Nie bez znaczenia jest fakt, że i pole e5 dostępne jest tej figurze 42…Web7 43.Sh4! Nadszedł czas na forsowne operacje. Główna groźba dla białych to poświęcenie skoczka na g6 z dalszym Gh5. Jeśli czarne bronią się poprzez Wg7, to drugi skoczek wkroczy na e5 43...Gg7 Wymuszone. Jeśli 43...We7, to 44.S:g6 S:g6 45.Gh5 Gg7 46.G:g6 G:g6 47.Wh8+ 44.W:h7! S:h7 45.S:g6 Sd7! Jedyna obrona. Szybko przegrywało 45...H:g6? 46.Gh5 czy 45...G:d4 46.ed4 H:g6 47.Se5 46.Gh5 (46.W:h7? H:g6) 46…Hd8 Po 46...Sdf8 47.S:f8 H:f8 48.Gf3 ginęła figura 47.Sb4 Atak na pionka c6 wymaga zaangażowania jednej czarnej figury 47…Wc7 Powstało złudzenie, że obrona czarnych okazała się skuteczna. Białe mają jednak w zanadrzu zaskakującą kombinację.

Białe: Kf1, Hh2, Wh3, Ge1, Gh5, Sb4, Sg6, a3, b2, c5, d4, e3, f4, g5

Czarne: Kg8, Hd8, Wa7, Wc7, Gg7, Sd7, Sh7, a4, b5, c6, d5, e6, f5

48.Sh8!! Grom z jasnego nieba! 48…Sdf8 Białego skoczka zabić nie wolno. Gelfand przytacza takie warianty: 48...G:h8 49.Gf7+! K:f7 50.W:h7+ Gg7 51.g6+! Kf8 52.W:g7! lub 48...K:h8 49.Gf7 Sdf8 50.W:h7+! S:h7 51.g6 Gh6! (jedyne) 52.H:h6 W:f7 53.gf7 W:f7 54.S:c6 i po wkroczeniu skoczka na e5 prędzej czy później rozstrzygnie marsz pionka c5 49.Sf7 W:f7 50.G:f7+ W:f7 (50...K:f7 51.S:c6) 51.W:h7 He8 Po 51...S:h7 rozstrzygało 52.g6! Wc7 53.H:h7+ Kf8 54.Gh4 He8 55.Gg5 z dalszym Gh6 52.Wh3 Burza ucichła. Białe zostały z przewagą materialną. Zwycięstwo gwarantuje przejście do końcówki z dalszym otwarciem drugiego frontu na skrzydle hetmańskim 52...Sg6 53.He2 Wc7 54.Hh5 Kf7 55.Hh7 Hg8 Jeśli 55…He7, to 56.Sd3 z groźbą Ga5 56.H:g8+ K:g8 57.Sd3 Wa7 58.Ke2 Kf7 59.Sb4 Se7 60.Kd1 Wa8 61.Kc2 Wg8 62.Sd3 Wa8 63.Wh7 Sg6 Po niedoczasowych manewrach przyszedł czas na konkretne działania 64.b3! Sf8 65.Wh2 ab3+ 66.K:b3 Ke8 67.Wa2 Kd7 68.a4 ba4+ 69.W:a4 W:a4 70.K:a4 Kc8 71.Ga5 Sg6 72.Sb4 Kd7 Lub 72...Kb7 73.Gd8 z dalszym Ka5 i Sa6 73.Sa6 Kc8 74.Gc7 Gf8 75.Ka5 Kb7 76.Gd6 Ge7 77.G:e7 Ale nie 77.Sc7? Gd8 77...S:e7 78.Sb4 Sg8 79.Sd3 Se7 80.Se5 Sg8 81.g6 Sf6 82.g7 1-0 Bardzo pouczająca partia!

Nimzowitsch pouczał, że przy braku przestrzeni szachista przegrywa, gdyż jego bierki nie nadążają za manewrami i przerzutami figur przeciwnika. Trener Mark Dworecki podaje taki przykład na ten temat:

S. Dołmatow (2495) – T. Karolyi (2310)

Groningen 1978

Białe: Kg1, Hd2, Wf1, Wg2, Gd3, Ge3, a4, b3, d4, e5, f4, h2

Czarne: Kg8, He7, Wa8, Wf8, Gd7, a7, b7, d5, f5, g6, h7

Narzuca się marsz pionka h2-h4-h5 i atak po linii „h”. Nie jest to jednak łatwe do zrealizowania. Czarne mają do dyspozycji ripostę h7-h5, a ponadto grożą wymianą hetmanów po 27...Hb4. Białe myślą więc przede wszystkim o profilaktyce i o uaktywnieniu najsłabszej figury – gońca e3 27.Ge2! Aby na 27...Hb4 odpowiedzieć 28.Hd3 Sa5? 29.Gd2 27…Wac8 28.Gf2 Kf7 Czarny król ucieka ze skrzydła i szuka bezpiecznego miejsca na... e6 29.Wg3! Z planem umieszczenia gońca na h4. Na niedokładne 29.h4 nastąpiłoby 29…h5 29...Ke6 30.Wh3 Ge8 31.Wc1! Białe szybko przerzucają figury na drugie skrzydło. Przedwczesne było 31.Gh4? Hb4. Związanie skoczka uniemożliwia wypad hetmana. Ponadto planowany jest kombinacyjny atak na pionka d5. Figury czarnych nie nadążają z obroną 31...Hd7 32.Wc5 Se7? Oddanie pionka h7 jest równoznaczne z kapitulacją. Należało zagrać 32...h5!, nie bojąc się wariantu 33.W:d5?! H:d5! 34.Gc4 Se7 35.G:d5+ S:d5 z aktywną pozycją rekompensującą poświęconego hetmana 33.W:h7 Gf7 34.Gb5 Hd8 35.W:c8 H:c8 36.Wh3 Wieża zostaje przerzucona na skrzydło hetmańskie, bo tam przenosi się ciężar walki 36…a6 37.Gf1 Hd7 38.Gh4 Wc8 39.Wc3 Wc7 40.a5 W:c3 41.H:c3 Hc6 42.Hb4 Sg8 43.Hf8 Hc7 44.Gd8 Hd7 Czarne figury zostały sparaliżowane. Skoczek nie może pójść na e7, bo po generalnych wymianach końcówka gońcowa jest beznadziejna. W przypadku wyczekiwania możliwy był taki wariant podany przez Dworeckiego: 45.Kf2 Hc6 (45...Sh6 46.h3) 46.Ge2 Hd7 47.b4 Hc6 48.h3 Hd7 49.b5! ab5 50.G:b5. Stąd też decyzja o poddaniu partii.

Ryszard Bernard

 

aaa

 

kultura

 

Joga bez napinki

Czasem, chociaż człowiek biega, pływa, jeździ na rowerze, to i tak ma problemy z najprostszymi rzeczami, np. nie może zrobić pełnego skłonu do przodu, usiąść po turecku albo skręcić się bardziej niż kilka centymetrów. W takim przypadku warto zapisać się na zajęcia z jogi, która – jak przekonuje nas Dorota Mrówka w książce „Joga bez napinki” – „ma tę cudowną właściwość, że pozwala na spokojne, zrównoważone uelastycznienie oraz rozciągnięcie całego ciała, od czubków palców po czubek głowy, pozwala także osobom o zbyt dużej giętkości, np. ze skłonnością do przeprostów w kolanach lub łokciach, do większego zdyscyplinowania i kontroli ciała. Nawet najbardziej oporni, kiedy spróbują, potrafią docenić dobrodziejstwo jogi, jeśli podejdą do niej bez uprzedzeń. I nie ma znaczenia, w jakim wieku i w jakiej formie zaczynasz ćwiczyć jogę. Wystarczy, że odpowiednio dobierzesz zajęcia, a na pewno sobie poradzisz”.

Dorota Mrówka była zapracowaną, zmęczoną osobą, która pewnego dnia po krytycznym spojrzeniu w lustro stwierdziła, że musi coś ze sobą zrobić. Po krótkich „romansach” z różnymi innymi aktywnościami wybrała jogę i zakochała się w niej bez pamięci. A potem napisała poradnik dla tych, którzy też chcieliby coś w swoim życiu zmienić.

Ale „Joga bez napinki” to nie podręcznik, to raczej takie abc dla słabo zorientowanych, zachęta dla początkujących, napisana z pasją i humorem. Bez zbędnych szczegółów, bez zadęcia, bez napinki właśnie. Znajdziemy tu trochę praktycznych informacji typu: jaki rodzaj jogi wybrać, gdzie ćwiczyć, w co się ubrać, jaki sprzęt kupić. Ale też wiele głębszych refleksji. Autorka wyjaśnia nam, czym joga jest, a czym nie jest. Obala mity, jakie narosły wokół tego rodzaju aktywności. Wyjaśnia, że nie ma się czego bać, że joga nie jest sektą, nie jest religią, nie podważa naszych wierzeń, nie sprawia, że trzeba zmienić wyznanie.

Joga to sztuka samoakceptacji. To otwarcie umysłu na uważność. Pomaga tak skoordynować wszystkie części ciała, aby harmonijnie i zgodnie ze sobą współdziałały. Scala nas. Ćwicząc na macie, wsłuchujemy się w swoje ciało i niejednokrotnie przekraczamy własne granice. Autorka przekonuje, że jogę można ćwiczyć w każdym wieku. Na przykład królowa Belgii Elżbieta po raz pierwszy wykonała stanie na głowie w wieku 86 lat.

Jak pisała Donna Farhi, „Praktyka jogi jest przeznaczona dla ludzi, którzy wiodą zwykłe życie, a chcą podjąć niezwykłe wyzwanie przebudzenia się do swojej prawdziwej natury. Wyzwanie to istnieje nie poza zwykłym życiem każdego z nas, lecz w nim”.

Barbara Zarzecka

Książka Doroty Mrówki „Joga bez napinki” ukazała się także w wersji audio (czyta autorka).