stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 5 (98) Maj 2013

ISSN 1427–728X

ROK XI

Nr 5 (98)

Maj 2013 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO-SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00–216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9,  tel.: 22 635 57 94

tel.kom. 668 764 654,
666 725 040

e–mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Skład i opracowanie graficzne:

Wojciech Górski

Druk: Wydawnictwa Polskiego Związku Niewidomych Spółka z o.o

Miesięcznik dofinansowuje:

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

http://www.pfron.org.pl/ftp/Loga/logo_PFRON_2011_r.jpg

Redakcja nie zwraca tekstów nie zamówionych

 

Spis treści:

Mistrzostwa Polski w kręglach klasycznych

Piotr Dudek

Goalballiści z Pucharem Przyjaźni

Konrad Andrzejuk

Sezon alpejczyków na mecie

Dariusz Rutkowski

Pokonać strach w Norwegii

Krzysztof Koc

Wiadomości

Wolontariat wpisany w sport

AMA

Niepełnosprawny świat sportu

Grzegorz Kubis

Krutynia, Gałczyński, safari, huragany...

Andrzej Szymański

Egzotyczna ucieczka

Renata Nowacka-Pyrlik

Pączek w maśle

(BWO)

Modelowanie sylwetki

Krzysztof Koc

Gramy w szachy

Ryszard Bernard

Gramy w warcaby

Jan Sekuła

Zapraszamy do Iławy na obóz żeglarski 

 

kręgle 

Mistrzostwa Polski w kręglach klasycznych 2013

 

Tomaszów Mazowiecki, który w dniach od 12 do 13 kwietnia gościł niewidomych i słabowidzących kręglarzy, miał swoje coroczne wiosenne zmartwienie. Jego mieszkańcy, kibicując rywalizującym sportowcom, nieustannie spoglądali z troską na wzbierającą Pilicę. Dla nas jednak mistrzostwa Polski były najważniejsze, tym bardziej że części zawodników ich wyniki miały dać przepustkę do mistrzostw Europy w Serbii.

Pomimo organizacyjnego wysiłku koordynatora Włodzimierza Sajdycha zawody straciły nieco w porównaniu z poprzednimi latami. Można było zauważyć, że ucierpiał zwłaszcza integracyjny wymiar imprezy. Żeby zaoszczędzić na kosztach zakwaterowania, jedni zawodnicy żegnali się, śpiesząc na powrotny pociąg czy autobus, podczas gdy inni dopiero przyjeżdżali. Łezka się w oku kręci na wspomnienie trybun pełnych koleżanek i kolegów gorąco kibicujących swoim faworytom. A uroczysta kolacja i zakończenie… W końcu jednak najważniejszy jest wymiar sportowy, czyli gra na torach i wyłonienie mistrzów. Tutaj nic się nie zmieniło. Każdy dał z siebie co najlepsze i walczył do ostatniego rzutu.

Oczywiście nie we wszystkich blokach startowych było równie gorąco. Najwięcej emocji przyniósł drugi dzień zawodów,
w którym zestawiono do rywalizacji czterech najwyżej uplasowanych zawodników z półfinałów z każdej kategorii. Jan Zięba („Karolinka” Chorzów) – mistrz Europy w kat. B1 – szybko odskoczył rywalom, uzyskując fantastyczny wynik 621 zbitych kręgli. Zupełnie nieźle zaprezentował się też Zdzisław Koziej z „Hetmana” Lublin (530 punktów). Podobnie w kat. B2 mężczyzn Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn), który wynikiem 705 punktów zdeklasował nawet lepiej widzących kolegów z kat. B3.

Nie zachwyciły za to ani panie z kat. B1, ani B3. W B1 zwyciężyła, ku swojemu zaskoczeniu, Basia Szypuła („Karolinka” Chorzów), ogrywając lepiej sklasyfikowane w półfinałach rywalki. W B3 Irena Curyło, z łatwością rozprawiająca się w ubiegłorocznych zawodach z konkurentkami, tym razem z wielkim trudem wygrała jednym punktem ze skromnym jak na nią i tę kategorię wynikiem 609 punktów. Zadecydował tutaj feralny przedostatni rzut Emilii Sawiniec („Hetman” Lublin). Ciekawie zapowiadała się rywalizacja kobiet w kat. B2. Anna Barwińska miała do wyrównania zeszłoroczne porachunki. Po porażce na poprzednich IMP zawodniczka „Omegi” Łódź później wygrywała już wszędzie, gdzie się pojawiła. Konkurentki też starały się dobrze przygotować i nie miały zamiaru rezygnować ze zwycięstwa. Niestety, dokonana przez organizatora zmiana we wcześniej zaplanowanym bloku startowym tej kategorii zepsuła widowisko. Wojtek Puchacz, grający za Anię, po pierwsze nie rywalizował bezpośrednio z resztą pań, a po drugie to one, nieoczekiwanie, „złoiły mu skórę”. Dwugodzinne oczekiwanie na start bez wątpienia kosztowało Anię wiele nerwów. Tym bardziej że Jadwiga Szuszkiewicz ustawiła jej poprzeczkę dość wysoko (638 pkt.). Ostatecznie Anna wygrała różnicą 9 kręgli, zdobywając swój kolejny tytuł mistrzyni Polski.

Po zakończonych mistrzostwach miała o czym myśleć trener kadry narodowej Bożena Polak. Wybranie reprezentantów na mistrzostwa Europy w Serbii to trudne i odpowiedzialne zadanie. Nasi sportowcy nie ułatwiali jej rozwiązania tego problemu. Patrząc na wyniki grającego całkowicie bezwzrokowo Janka Zięby, trudno znaleźć właściwą ocenę dla zawodników i zawodniczek kat. B3. Mają oni stosunkowo najmniejsze ograniczenia wzrokowe i korzystają dodatkowo z dobrodziejstwa rozbiegu przy wyrzucie. Mimo to ich wyniki są ciągle dalekie od pozycji medalowych na ME.
A przecież do wyjazdu został już tylko miesiąc i trzeba go będzie dobrze wykorzystać. Na szczęście zgrupowanie zorganizowane tuż po IMP pokazuje, że forma idzie w górę. W ubiegłym roku nasza ekipa przywiozła 9 medali. Miejmy nadzieję, że tegoroczne mistrzostwa Europy także zakończą się dla polskiej reprezentacji podobnym lub nawet większym sukcesem.  Znamy już jej skład:

Kobiety

B1: Barbara Szypuła, Regina Szczypiorska

B2: Anna Barwińska, Jadwiga Szuszkiewicz

B3: Irena Curyło, Emilia Sawiniec

Mężczyźni

B1: Jan Zięba, Zdzisław Koziej, Szczepan Polkowski

B2: Mieczysław Kontrymowicz, Stanisław Fortkowski, Władysław Wakuliński

B3: Grzegorz Kanikuła, Albert Sordyl, Zbigniew Strzelecki

Poza tym rozkręca się sezon startowy Stowarzyszenia „Cross” i na kręgielniach krajowych czeka nas wiele równie emocjonujących zawodów. Na początku maja odbywa się I Puchar Grażyny Burskiej, poświęcony pamięci naszej tak lubianej i szanowanej koleżanki. Grażynka była wzorem zawodniczki, pokazała jak walczyć nie tylko w rywalizacji sportowej, lecz także z poważną chorobą. Ale o tym szczególnym turnieju napiszemy w następnym numerze.

Piotr Dudek

XIV Indywidualne Mistrzostwa Polski
w Kręglarstwie Klasycznym Niewidomych i Słabowidzących

Kobiety

B1

1.  Barbara Szypuła 456 p. „Karolinka” Chorzów       

2.  Regina Szczypiorski 453 p. „Morena” Iława

3.  Agnieszka Kozłowska 437 p. „Pionek” Włocławek

B2

1.  Anna Barwińska 647 p.  „Omega” Łódź

2.  Jadwiga Szuszkiewicz 638 p. „Pionek” Włocławek

3.  Maria Harazim 623 p.  „Karolinka” Chorzów

B3

1.  Irena Curyło 609 p. „Pogórze” Tarnów

2.  Emilia Sawiniec 608 p. „Hetman” Lublin

3.  Zofia Sarnacka 587 p.  „Warmia i Mazury” Olsztyn

Mężczyźni

B1

1.  Jan Zięba 621 p. „Karolinka” Chorzów        

2.  Zdzisław Koziej 532 p.  „Hetman” Lublin    

3.  Wiesław Nastarowicz 443 p.  „Omega” Łódź

B2

1.  Mieczysław Kontrymowicz 705 p. „Warmia i Mazury” Olsztyn

2.  Stanisław Fortkowski 646 p. „Pogórze” Tarnów

3. Władysław Wakuliński 644 p. „Łuczniczka” Bydgoszcz

B3

1. Grzegorz Kanikuła 690 p. „Hetman” Lublin

2. Albert Sordyl 671 p. „Pogórze” Tarnów

3. Zbigniew Strzelecki 668 p. „Karolinka” Chorzów

 

Na początek

 

goalball 

Goalballiści z Pucharem Przyjaźni

 

9 marca goalballiści powrócili do Supraśla – urokliwego miasteczka, położonego na skraju Puszczy Knyszyńskiej. Nazwa turnieju nie pozostawała bez uzasadnienia. Jego gospodarze, ekipa Białegostoku, zaprosili do rywalizacji reprezentację Mołdawii oraz dwie drużyny z Białorusi. Wszystkie te zespoły dobrze się znają i od lat współpracują na niwie sportu, opierając swe działania na przyjacielskich stosunkach i starając się wykorzystywać prowizoryczne warunki do organizacji kolejnych goalballowych spotkań.

 

Oprócz zawodników do potyczki stanęli również młodzi wolontariusze starający się o licencje sędziowskie, którzy z początkiem lutego rozpoczęli realizację projektu „Pociąg do sportu”, finansowanego ze środków Unii Europejskiej w ramach programu „Młodzież w działaniu”. Do głównych celów tej inicjatywy należy promocja aktywności fizycznej oraz wolontariatu w sporcie osób niepełnosprawnych. Jedną z aktywności podjętych w ramach projektu był kurs sędziów goalballa, który towarzyszył międzynarodowemu turniejowi o Puchar Przyjaźni. Dwoje uczestników przystąpiło do egzaminu na sędziego międzynarodowego I stopnia. Pierwszym etapem sprawdzianu była część pisemna, kontrolująca znajomość przepisów obowiązujących w rywalizacji goalballistów. Pomyślny wynik otwierał drogę do części praktycznej, na którą składało się samodzielne przeprowadzenie dwóch meczów. Zaproszenie do roli egzaminatora przyjął Kari Rasanen – przewodniczący europejskiej sekcji podkomitetu goalballa przy IBSA, który chyba przywiózł ze sobą z północnej Finlandii mroźną pogodę. Zaskoczyła ona nas po kilku ciepłych dniach zwiastujących rychłe nadejście wiosny. Mróz za oknem nie ostudził jednak gorącej atmosfery, towarzyszącej rozgrywkom prowadzonym w nowoczesnej hali Centrum Edukacji w Supraślu, która nie po raz pierwszy była areną zmagań polskich, jak i zagranicznych miłośników dzwoniącej piłki.

Jako pierwsze do rywalizacji przystąpiły drużyny Białorusi i Mołdawii. Nasi południowi goście, znużeni ponad 40-godzinną podróżą, mogli potraktować to spotkanie jako rozgrzewkę. Po niezbyt zaciętym pojedynku ulegli Białorusinom 1:11.

W kolejnym meczu białostoczanie podjęli drugi zespół Białorusi, który składał się z zawodników drużyny Beltiz Mińsk. Naszym zawodnikom udało się wysoko pokonać ekipę wschodnich sąsiadów. Spotkanie zakończyło się wynikiem 11:3. Taki rezultat cieszy szczególnie, zważywszy że ten mecz był jednocześnie debiutem nowego zawodnika białostockiej drużyny – Kamila Tołwińskiego, który od pierwszej minuty występował na pozycji centra. Mimo że Kamil podjął treningi zaledwie 2 miesiące przed zawodami, prezentował się znakomicie. Jego występ można więc uznać za dobry prognostyk, który wróży temu utalentowanemu 23-letniemu chłopakowi karierę na goalballowych boiskach. Oczywiście kręta i wyboista droga do osiągnięcia poziomu godnego reprezentanta Polski jeszcze przed nim, ale zapał i systematyczność, z jaką podchodzi do treningów, każą nam niecierpliwie wyczekiwać dnia, w którym Kamil dołączy do krajowej czołówki goalballistów.

W trzecim meczu turnieju białostoczanie podjęli zespół Mołdawii, który gospodarzom ustawił poprzeczkę dużo wyżej niż swoim pierwszym przeciwnikom. Przez dużą część spotkania to właśnie Mołdawianie byli na prowadzeniu, jednak zabrakło im sił, aby utrzymać korzystny dla siebie wynik do końca. Białostoccy zawodnicy w ostatnich minutach pojedynku zaprezentowali naprawdę przyzwoity goalball, co pozwoliło im ostatecznie wygrać 10:7. Przedpołudniowy blok rozgrywek zakończyły białoruskie derby, z których zwycięsko wyszła drużyna Białorusi I, pokonując swoich rodaków 3:0.

W tym samym czasie przyszli sędziowie dokładali wszelkich starań, by sprostać wymaganiom egzaminu, choć nie było to łatwe, jak przyznaje Kasia Borkowska, jedna z kandydatek. Stres towarzyszący sędziowaniu goalballowych pojedynków pod okiem fińskiego arbitra wzmagał fakt, że cały egzamin przeprowadzany był w języku angielskim.

Po obiedzie rozpoczął się popołudniowy blok rozgrywek. Drugi zespół Białorusi uporał się z Mołdawią, zaś białostoczanie wygrali z niepokonaną dotąd drużyną Białorusi I. Rezultaty te sprawiły, że w meczach finałowych znowu spotkały się pary z dwóch ostatnich spotkań. W rywalizacji o 3. miejsce Białorusini ponownie podjęli zawodników z odległej Mołdawii, którym zabrakło sił, aby przełamać złą passę i stawić skuteczny opór rywalowi. Mimo że mołdawski trener robił co mógł, zręcznie szafując taktycznymi zmianami i przerwami technicznymi, jego zespół ostatecznie poległ 4:11 i musiał pogodzić się z ostatnim miejscem turnieju.

Punktualnie o godzinie 17.00 rozpoczęło się ostatnie spotkanie, przesądzające o tym, do kogo trafi Puchar Przyjaźni, który czekał na zwycięzcę, eksponowany w widocznym miejscu od rozpoczęcia turnieju. Białostoczanie, po pokonaniu w fazie grupowej zespołu Białorusi I, wcale nie przystąpili do meczu bez tremy, wszak mieli w pamięci dzielną obronę wschodnich gości i wiedzieli, że również tym razem sukces będą musieli okupić niemałym wysiłkiem. Trener gospodarzy postanowił w finale postawić na debiutanta Kamila Tołwińskiego, który na środku zastąpił doświadczonego Tomasza Sokoła. Jak się okazało, ta ro-
szada przyniosła efekt. Po 8 minutach białostoczanie prowadzili już 7:1! Gorąca krew młodych zawodników uderzyła im jednak wkrótce do głowy i popełnili kilka błędów, które pozwoliły Białorusinom nieco zmniejszyć dystans. W chwili gdy sędzia zakończył pierwszą połowę spotkania, na tablicy wyników widniał rezultat 8:4. Druga połowa nie przyniosła niespodzianek. Obie drużyny ustabilizowały swoją grę i w efekcie mecz finałowy zakończył się zwycięstwem gospodarzy 11:6.

Swój sukces odnieśli również kandydaci na sędziów. Wszyscy z nich zdali egzamin i zasilili szeregi arbitrów goalballa, których w Polsce od zawsze brakowało. Po turnieju w Supraślu nasz kraj będzie reprezentować dwóch nowych sędziów głównych i czterech sędziów technicznych. Egzaminator Kari Rasanen był mile zaskoczony poziomem sędziowania rozgrywek, mówił, że w ostatnich latach dużo dzieje się w polskim goalballu, rośnie poziom naszych drużyn i potencjał organizacyjny. Pan Rasanen wspominał również mistrzostwa Europy, które odbyły się w Białymstoku w 2011 roku i zadeklarował, że będzie wspierał kandydaturę Polski w ewentualnych staraniach o organizację kolejnych ważnych turniejów. O uczestnictwie w nich marzą reprezentacje Białorusi i Mołdawii. Obie drużyny mają swoje miejsce w europejskiej dywizji „C”. W tym roku mistrzostwa Starego Kontynentu w ich grupie odbędą się w Wielkiej Brytanii, jednak wysokie koszty uczestnictwa nie pozwalają sportowym federacjom naszych wschodnich sąsiadów myśleć realnie o wysłaniu tam swoich goalballistów. Szkoda, zważywszy na potencjał i zapał, jakim pałają obie drużyny.

Główne trofeum zawodów, Puchar Przyjaźni, odebrał z rąk organizatorów turnieju debiutant białostockiej drużyny Kamil Tołwiński. Pozostałe ekipy również zostały nagrodzone pamiątkowymi pucharami, które będą przypominały ich członkom o Supraślu, gdzie mamy nadzieję znów spotkać się za rok, w gronie starych znajomych z boiska. Nie oznacza to jednak, że podlaskie miasteczko żegna się z dzwoniącą piłką na 12 miesięcy! Supraska hala gości regularnie goalballistów podczas zajęć realizowanych w ramach projektu „Pociąg do sportu”, zaś na przełomie maja i czerwca będzie areną tradycyjnego już turnieju interkontynentalnego, w którym udział wezmą, oprócz drużyn reprezentujących państwa europejskie, również ekipy z Afryki, Azji, a nawet drużyna z dalekiej Wenezueli!

Konrad Andrzejuk

Klasyfikacja turnieju o Puchar Przyjaźni:

Białystok

Białoruś I

Białoruś II

Mołdawia

Najlepsi strzelcy:

Konrad Andrzejuk – Białystok – 18 bramek

Aleksiej Kabylkin – Białoruś I – 16 bramek

Paweł Brodowicz – Białystok – 12 bramek

Siergiej Brel – Białoruś II – 11 bramek

Aleksiej Romanenco – Mołdawia – 9 bramek

 

Na początek

 

narciarstwo 

Sezon alpejczyków na mecie

 

Dwa intensywne zgrupowania letnie i październikowo-listopadowe przygotowania w Austrii, pierwsze zmagania na holenderskim stoku i ostra rywalizacja w kolejnych zawodach Pucharu Europy. Zima 2012/2013 była jednym z dłuższych narciarskich sezonów. Kadra niewidomych i słabowidzących alpejczyków była do niego świetnie przygotowana.

 

Zanim zawodnicy ruszą na zaśnieżone stoki, duży nacisk należy położyć na przygotowanie ogólnorozwojowe. Sezon rozpoczęły dwa zgrupowania letnie w Oleśnicy, w ośrodku wrocławskiego AWF-u, położonym w lesie nad jeziorem. Jazda na rowerze po urozmaiconych trasach, długie wycieczki kajakowe, gry zespołowe, rejsy żaglówkami, a w drodze powrotnej stały punkt programu – park linowy w Lesznie. Aby już w październiku rozpocząć treningi na śniegu, konieczny jest wyjazd – najlepiej do Austrii. W narciarstwie alpejskim standardem są wyjazdy na odległość nawet 1000 km po to, by trenować. Trzeba do tego przywyknąć. W tym sezonie wszystkie zgrupowania październikowo-listopadowe realizowane były na lodowcach w Kaunertal na poziomie około 3000 m n.p.m. W takich warunkach organizm potrzebuje zwykle dłuższej aklimatyzacji do dużej wysokości, czasem trudno złapać oddech, szczególnie przy wysiłku. Na pierwsze zgrupowanie, w październiku, wyjechały osoby startujące już wcześniej w cyklu zawodów Pucharu Europy, czyli Anna Kosińska z przewodnikiem Dariuszem Rutkowskim oraz Dawid Suchodolski z przewodnikiem Maciejem Grafem. Skład uzupełniał Andrzej Krzyżaniak, który wspierał nas wiedzą, doświadczeniem oraz pomocą techniczną. W drugim zgrupowaniu zespół zasilili: Stanisław Kosiński z przewodnikiem Adamem Pawłowskim oraz Tadeusz Sypień z przewodnikiem Wiktorem Bursiewiczem. W Austrii zawodnicy przede wszystkim musieli się rozjeździć na nartach, przypominali sobie i poprawiali technikę oraz trenowali na tyczkach. Bardzo ważne było zgranie się z przewodnikiem, gdyż właśnie dobra synchronizacja stanowi klucz do sukcesu w narciarstwie alpejskim. 

Obiecujący początek

Pierwsze zawody w sezonie, podobnie jak w ubiegłym roku, odbyły się w hali Landgraf w Holandii. Wewnątrz ustawionej na części stoku hali panowały warunki podobne jak na sztucznym lodowisku. Mimo zaledwie 5 stopni na minusie miało się wrażenie przejmującego zimna i wilgoci. We wszystkich zawodach IPC startują 3 grupy: zawodnicy z dysfunkcją narządu wzroku, narciarze startujący na stojąco (na jednej bądź na dwóch nogach) oraz zawodnicy jeżdżący na siedząco (na mono- lub na biski). W każdej grupie rozdzielany jest jeden komplet medali, a wyniki porównuje się, stosując odpowiednie do grupy przeliczniki. Przez dwa dni (22 i 23 listopada 2012) zawodnicy zmagali się w konkurencji slalomu. Ze względu na dość krótki stok zjazd odbywał się trzykrotnie. W pierwszym dniu zawodów bardzo dobrze pojechał Dawid Suchodolski z przewodnikiem Maciejem Grafem. Zajęli oni co prawda szóste miejsce, ale ze względu na wysokie, a więc gorsze pozycje rywali w rankingu, uzyskali kwalifikację do PE w slalomie i powtórzyli sukces w slalomie gigancie z ubiegłego roku.

Niestety, ten dzień nie był szczęśliwy dla Stanisława Kosińskiego i jego przewodnika Adama Pawłowskiego. Za minięcie bramki zostali zdyskwalifikowani, jednak kolejny etap należał właśnie do nich – Staszek zajął piąte miejsce. Natomiast Dawid, który po dwóch zjazdach miał szansę na podium, niestety z powodu zbyt agresywnej jazdy nie ukończył konkurencji. Zawody te miały dodatkowe znaczenie – tam przeprowadzona została klasyfikacja i przydzielano do grup startowych IPCAS. Jako ciekawostkę należy wymienić fakt, że właśnie w Holandii pierwszy raz odbyły się zawody w snowboardzie dla niepełnosprawnych. 

Pitztal – kolejny udany start

Na alpejskim lodowcu Pitztal w dniach od 4 do 6 grudnia 2012 roku odbyły się zawody Pucharu Europy w narciarstwie alpejskim osób niepełnosprawnych. Polskę reprezentowały dwie pary z kwalifikacjami do startu w zawodach tej rangi – Anna Kosińska z przewodnikiem Dariuszem Rutkowskim w slalomie i slalomie gigancie oraz Dawid Suchodolski z przewodnikiem Maciejem Grafem w slalomie gigancie. Niestety, pogody w Austrii nie można było nazwać przyjazną. Padający śnieg, bardzo silny wiatr i niska temperatura spowodowały, że w pierwszym dniu odwołano starty. Nazajutrz planowano rozegrać dwie konkurencje. Odbyła się tylko jedna – slalom gigant. Dobrze zaprezentowała się Ania, zdobywając trzecie miejsce. Dawid swojego startu nie mógł zaliczyć do udanych. Na bardzo trudnym fragmencie trasy (nierówności) zaczepił o tyczkę i nie ukończył konkurencji.

Kolejny dzień rywalizacji to slalom, w którym startowała tylko Ania. Przy dwudziestostopniowym mrozie i wietrze samo rozebranie się do kombinezonu startowego stanowiło nie lada wyczyn. Dobra jazda została zwieńczona co prawda czwartym miejscem, ale za to najlepszymi w tym roku punktami rankingowymi (przyznawanymi na podstawie wyników bieżących i rankingu startujących zawodników). Na zakończenie odbyły się zawody niższej rangi IPCAS w slalomie gigancie. Startował w nich Stanisław Kosiński z przewodnikiem Adamem Pawłowskim. W złych warunkach atmosferycznych Staszek zajął szóste miejsce.  

Lenk – lekkie rozczarowanie

Ostatnie zawody międzynarodowe w 2012 roku to Puchar Europy, rozegrany w dniach 17-20 grudnia w szwajcarskiej miejscowości Lenk. I tym razem pogoda nas nie rozpieszczała. Trudna, zmienna aura – mróz, odwilż, ponownie mróz – wpłynęła na uzyskane wyniki. Na dodatek pomieszczenie, w którym przechowywało oraz serwisowało się narty, było bardzo oddalone od miejsca zakwaterowania. O dużym pechu może mówić Dawid Suchodolski, który pomimo dobrej jazdy nie ukończył żadnego ze slalomów. Najpierw upadek, a następnie minięcie bramki przy złej widoczności nie pozwoliły osiągnąć mety. Dawid odczuwał jeszcze zmianę nart z juniorskich na seniorskie (dłuższe i twardsze – zgodnie z wymogami kategorii wiekowej). Narty te umożliwiają szybszą jazdę, ale utrudniają kontrolę i szybką reakcję w niełatwych momentach trasy. Także Anna Kosińska nie mogła być zadowolona z giganta. W pierwszym przejeździe pies wyszedł jej na trasę, a w drugim, przy słabej widoczności, minęła bramkę. Za to oba slalomy przejechali bardzo ładnie, zdobywając dwa trzecie miejsca i sporo punktów. 

To były nasze zawody!

W lutym i marcu panowała już odpowiednia pogoda do przeprowadzania zgrupowań na śniegu. W tym roku biały puch dopisał, gorzej było jednak z zachmurzeniem. W trakcie lutowego zgrupowania widoczność cały czas była kiepska, zaś marcowe zapowiadało się świetnie, jednak pod koniec zapanowała fatalna aura. Mimo wszystko udało się potrenować i przygotować do bardzo ważnych zawodów we Francji. Nasi zawodnicy uczestniczyli w Międzynarodowych Mistrzostwach Francji w Narciarstwie Alpejskim Osób Niepełnosprawnych, rozegranych w dniach 18-21 marca w Chmrousse, i wszyscy wrócili z medalami! Był to dla nas bardzo ważny konkurs, gdyż stanowił ostatnią szansę na uzyskanie punktów pozwalających na start w Pucharze Europy w przyszłym sezonie. Limit ten jest tożsamy z kwalifikacją paraolimpijską. Ten piękny ośrodek narciarski, położony na wysokości 1700 m n.p.m., przywitał nas okropną pogodą – wiatrem, zimnem i opadami śniegu. Przez noc spadło blisko pół metra puchu! Na szczęście organizatorzy stanęli na wysokości zadania i dobrze przygotowali trasę. Mimo niesprzyjających warunków atmosferycznych zawody w slalomie odbyły się zgodnie z planem. Trudno było nawet ocenić, jak wyglądał stok – takie panowało zachmurzenie. W południe pogoda zaczęła się poprawiać i drugie przejazdy pozwoliły na pewniejsze starty. Dobra jazda zawodników zaowocowała pozycjami medalowymi. W tyle zostali narciarze z Francji, Belgii, Chorwacji. Ania Kosińska zajęła pierwsze miejsce. W kategorii mężczyzn Dawid Suchodolski był drugi, Stanisław Kosiński trzeci, a Tadeusz Sypień czwarty.

Dopiero drugiego dnia mogliśmy zobaczyć, jak piękny jest ten ośrodek narciarski i jak stroma jest trasa, na której startujemy. Drugi dzień to kolejny start w slalomie. Niestety, nasza zawodniczka nie ukończyła konkurencji. Polacy znowu pojechali bardzo dobrze i osiągnęli pozycje medalowe, zamieniając się kolejnością. Stanisław drugi, Dawid trzeci, a Tadeusz czwarty.

Nazajutrz rywalizowano w konkurencji slalom gigant. Dłuższa trasa, szybsza jazda i bardzo dobre starty zaowocowały kolejnymi medalami. Ania pierwsza, Stanisław drugi, Dawid trzeci.

Ostatniego dnia, ponownie przy pięknej pogodzie, osiągnęliśmy bardzo dobre wyniki. Ania pierwsza, Dawid drugi. Niestety, tym razem nie kończy konkurencji Stanisław, ale na podium godnie zastępuje go Tadeusz. Potem jeszcze tylko wielogodzinna powrotna podróż z workiem trofeów do kraju. Najważniejsze jest to, iż Ania potwierdziła punkty w slalomie i w slalomie gigancie, Dawid potwierdził punkty w gigancie i zdobył w slalomie, a Stanisław uzyskał punkty w slalomie. Trzy pary zakwalifikowane do rozgrywek Pucharu Europy! 

Norwegia

Od 7 do 14 kwietnia 2013 roku w norweskiej miejscowości Beitostølen odbyła się wielka jubileuszowa impreza rehabilitacyjno-sportowa Ridderrennet. Kadra niewidomych i słabowidzących alpejczyków po raz kolejny wzięła w niej udział. Na wydarzenie składa się kilka imprez, wśród nich najważniejszy dla Norwegów jest bieg na 20 km techniką klasyczną, zawsze rozgrywany w sobotę. W piątek organizowany jest dla nas najważniejszy start – slalom gigant. Od poniedziałku do czwartku rozgrywane są krótsze biegi oraz biatlon. Dla Ani Norwegia jest miejscem sentymentalnym. Podczas ostatniego pobytu złamała na treningu rękę i startując z gipsem, zajęła drugie miejsce.

Na piątkowych zawodach w konkurencji slalom gigant Ania Kosińska z przewodnikiem Dariuszem Rutkowskim stanęli na szczycie podium, Magdalena Wierna z przewodnikiem Andrzejem Krzyżaniakiem była trzecia, Stanisław Kosiński z przewodnikiem Adamem Pawłowskim – pierwszy. Założenia zostały zrealizowane – wszyscy zawodnicy wrócili z medalami. Jeszcze „tylko” bieg na 20 km. Niektórzy narciarze w czwartek mieli po raz pierwszy biegówki na nogach. Wielką pomoc okazali nam rodacy z Lasek, którzy przyjechali tu startować w konkurencjach biegowych. Podszkolili nas i posmarowali narty. Serdecznie im dziękujemy i gorąco wszystkich pozdrawiamy. Zawodnicy w swoich kategoriach uplasowali się następująco: Ania – 8., Magda – 8., a Stanisław 3. miejsce. Doskonale zorganizowana impreza, możliwość kontaktu ze sportowcami z całego świata i − co dla zawodników najważniejsze – świetne wyniki na zakończenie sezonu.

Dariusz Rutkowski

 

Na początek

 

Pokonać strach w Norwegii

 

437 zawodników, ponad 300 km tras i 50. jubileuszowy bieg Ridderrennet – czyli niewidoma i słabowidząca młodzież z ośrodka szkolno-wychowawczego w Laskach po raz drugi na Tygodniu Rycerskim w Beitostølen w Norwegii, dzięki Towarzystwu Narciarskiemu „Biegówki”.

 

Projekt „Pokonać strach”, realizowany w Laskach już od 3 lat, ma na celu aktywną rehabilitację osób z dysfunkcją wzroku poprzez uprawianie biegów narciarskich. Niewidomy Erling Stordahl, twórca Biegu Rycerskiego, muzyk i działacz społeczny, przekonywał do aktywnego trybu życia, a szczególnie narciarstwa biegowego. Uważał, że sport ten, oprócz walorów zdrowotnych, pomaga osobom niewidomym pokonywać ich bariery wewnętrzne. Poprawia orientację w terenie, przełamuje lęk przed przestrzenią i prędkością oraz daje bardzo wiele radości. Pierwszy Ridderrennet odbył się w 1963 roku. Z inicjatywy Stordahla, za pieniądze zebrane od społeczeństwa norweskiego, w Beitostølen powstał również cały kompleks sportowo-rehabilitacyjny: Beitostølen Helsesportsenter. Znajdują się tu trasy biegowe dla niepełnosprawnych i corocznie odbywają się zawody. Działalność i światopogląd Stordahla są bardzo bliskie osobom związanym z projektem „Pokonać strach”, dlatego Tydzień Rycerski w Norwegii, największa narciarska impreza dla niepełnosprawnych na świecie, stał się ważnym wydarzeniem, kończącym sezon biegającej na nartach młodzieży z Lasek.

W kraju fiordów spędziliśmy z nawiązką tydzień od 7 do 14 kwietnia 2013 roku. Nasza ekipa liczyła 9 osób. Czwórce uczniów, którzy wykazali się ambitną postawą i zaangażowaniem na treningach (przełożyło się to na bardzo dobre przygotowanie techniczne i sprawnościowe), towarzyszyli przewodnicy wolontariusze oraz kierownik Robert Mucha, członek zarządu TN „Biegówki”, który pełnił na wyjeździe również funkcje kierowcy, fotografa, tłumacza, kucharza oraz, jak okazało się na zakończeniu imprezy − komika. Wszyscy zawodnicy startowali w tegorocznym Biegu Piastów: niewidomy Arek Duda biega ze swoim nauczycielem z Lasek Krzysztofem Kocem, niewidomy Grzegorz Meller z koordynatorką projektu Krystyną Nowacką, słabowidząca (B2) Arnika Bukowska z Ulą Zawadzką oraz słabowidząca Aneta Wyrozębska (B3) tym razem z doświadczonym instruktorem Michałem Horodeńskim.

W niedzielę, 7 kwietnia, nastąpiła ceremonia otwarcia, a zawodnicy mogli odpocząć po podróży. Następnego dnia, po klasyfikacji medycznej i okulistycznej, rozpoczęły się treningi na wytyczonych wokół miasteczka, doskonale przygotowanych trasach,  o łącznej długości ponad 300 km. Na pierwszym treningu dotarliśmy do stadionu i trasy FIS. Tu najczęściej odbywają się zawody Pucharu Świata, rozpoczynające sezon narciarski dla czołówki światowej. Było to dobre miejsce na przypomnienie wszystkich elementów technicznych i przerobienie trudnych ćwiczeń koordynacyjnych i doskonalących równowagę. Szybko odświeżyliśmy sobie abecadło narciarskie, bo zima w Polsce była w tym roku bardzo długa i mogliśmy biegać na nartach praktycznie do samego wyjazdu. Następnego dnia zaplanowany był Bieg Górski, do którego zakwalifikowali się wszyscy z naszej grupy. Chcieliśmy dobrze przygotować się do wymagającej trasy, dlatego popołudniowy trening spędziliśmy, koncentrując się głównie na elementach zjazdowych. To był też dobry moment, by postrzelać z biatlonowego karabinku laserowego.  Pogoda w Norwegii była wymarzona do biegania na nartach: lekki mróz i mocne wiosenne słońce.

We wtorek, 9 kwietnia, odbył się Bieg Górski (Fjellrennet), do którego zakwalifikowali się wszyscy z naszej grupy. Trasa prowadzi przez duże przewyższenia. Pokonuje się strome podbiegi i trudne zjazdy, obowiązkowo z plecakiem wypełnionym niezbędnymi rzeczami potrzebnymi do przeżycia w górach, kiedy czeka się na pomoc. Według zasady tego biegu plecak z wyposażeniem musi ważyć przynajmniej 3 kg. Start znajduje się w górach na wysokości blisko 1400 m n.p.m., na przepięknym płaskowyżu, w miejscu zwanym „Valdresflya”, w okolicy schroniska górskiego. Oprócz nas, czyli 50 zawodników z przewodnikami, wojska norweskiego, które zabezpieczało imprezę, i organizatorów, dookoła była tylko nieskalana przyroda. Czuliśmy, że czeka nas piękny bieg. Początkowo trasa była dość płaska, później krętymi, ostrymi zjazdami dojeżdżało się nad ogromne górskie jezioro. Jechaliśmy bardzo szybko wzdłuż wody, by potem przeciąć ją w najwęższym miejscu. Lód przykryty był grubą warstwą śniegu i tor narciarski był przyzwoicie przygotowany – ponad 4 km płaskiej prostej trasy przez jezioro jakby bez końca. Cieszyliśmy się, kiedy dobiegliśmy na ląd, jednak nasza radość była przedwczesna. Seria stromych podbiegów, które nie pozwalały biec z równolegle ustawionymi nartami, wykończyła nas psychicznie i fizycznie. A przecież trasa miała przebiegać z góry w dół, bo meta znajdowała się na wysokości około 750 m n.p.m. Siły i humor odzyskaliśmy na bardzo szybkim zjeździe, który pokonaliśmy bez hamowania, wyprzedzając przy tym asekuracyjnie jadących Norwegów. Szybko dotarliśmy do mety, „pchając” się dwoma kijkami w jeździe tzw. bezkrokiem. Cała czwórka dała radę ukończyć wyścig z bagażem pięknych doświadczeń i satysfakcją pokonania 30-kilometrowej trasy.

Środa, 10 kwietnia, to dzień spokojnego treningu na trasach biegu głównego wokół Helsesportsenter. Przebiegliśmy całe 10-kilometrowe okrążenie, które w sobotę pokonywać trzeba było dwa razy. Po wcześniejszych doświadczeniach w Biegu Górskim konfiguracja trasy wydawała się nam bardzo łatwa. Po południu, dla zabawy, wybraliśmy się na zjazdówki. Wieczorem, aby się lepiej zregenerować, poszliśmy na basen i do sauny.

Na czwartek zaplanowaliśmy wycieczkę górską na nartach. Tego dnia pogoda się zmieniła i z nieba nieustannie sypał śnieg. Mimo to wyruszyliśmy. Młodzieży bardzo podobało się nieforsowne tempo i częste postoje w drewnianych chatkach, w których zawsze był piec, rozpałka i drewno. Przestaliśmy rozmawiać i uśmiechać się do siebie po przekroczeniu jednej z przełęczy. Wiatr zaczął wiać mocniej, a śnieg sypał prosto w twarz. Prawie w ciszy pokonaliśmy kilkukilometrowe podejście do następnej przełęczy, doświadczając prawdziwej górskiej pogody. Z tego miejsca zjechaliśmy szybko, kostniejąc zupełnie, do małej osady górskiej i schowaliśmy się w następnej drewnianej chatce. Dobrze, że Norwegowie są zapobiegliwi i budują takie schronienia przy trasach. Szybko rozpaliliśmy w piecu. Wraz z ogrzanym powietrzem podgrzała się atmosfera i humory znowu zaczęły dopisywać. W cieple można było wysuszyć ubrania i zjeść polską kiełbaskę z grilla. Długo zbieraliśmy się do wyjścia, a do końca wycieczki zostało jeszcze ponad 5 km. Gdy już opuściliśmy schronienie, pogoda się poprawiła i spokojnie dotarliśmy do domu.

Piątek był dniem na regenerację, na dowolne zajęcia na nartach, indywidualne szlifowanie techniki z instruktorami. Trzeba było skumulować energię na sobotni bieg Ridderrennet. Dystans 20 km nie należy do najkrótszych. 13 kwietnia na polanie startowej zgromadziło się mnóstwo osób. Zawodnicy rozpoczynali ze startu lotnego, dwójkami, co 30 sekund. W biegu był jeszcze jeden polski akcent: razem z nami na dystansie 20 km wystartowała grupa słabowidzących zjazdowców z Wrocławia, prowadzona przez Dariusza Rutkowskiego i reprezentująca Stowarzyszenie  „Cross”. Na Ridderrennet startowali w czwartkowym slalomie, zajmując dwa pierwsze i trzecie miejsce. Biegówki potraktowali jako nową przygodę, bo po raz pierwszy założyli je poprzedniego dnia, kiedy ćwiczyli razem z nami. Wieczorem wspólnie smarowaliśmy narty. Po biegu mówili, iż mimo tego, że było ciężko, bawili się wspaniale.

Arkadiusz Duda, dla którego był to drugi udział w Ridderrennet, wystartował 30 sekund przed Rodem Magnusem, z którym rok wcześniej stoczył piękny pojedynek. Przed startem życzyli sobie wzajemnie powodzenia. Obawiał się, że mając go za plecami, to Rod będzie kontrolował bieg i weźmie udany rewanż. Rywal jednak nie wytrzymał tempa, utrzymał dystans tylko na pierwszym podbiegu, później stopniowo Arek oddalał się od niego. Na mecie poprawił czas (1:31:13), mimo że warunki kazały oczekiwać gorszych rezultatów niż w 2012 roku. Pokonał Norwega o ponad 9 minut. Zwyciężył w swojej kategorii, a wśród wszystkich startujących niewidomych (około 40) był 7. Grzegorz Meller (2:01:56) bardzo dobrze poradził sobie z trasą, ale nie udało mu się pokonać Tomassa Johanssona z Norwegii – stracił do niego 13 minut. Dobrze w debiucie poradziły sobie dziewczyny: Aneta Wyrozębska (2:14:36) była 6., a Arnika Bukowska (2:34:59)  zajęła 7. miejsce. Na mecie na wszystkich czekały pamiątkowe medale z logo Ridderrennet po jednej stronie i wizerunkiem Stordahla po drugiej − piękna pamiątka z jubileuszowego 50. biegu. Łącznie w sobotnich startach wzięło udział 437 niepełnosprawnych zawodników.

Krzysztof Koc

 

Ridderrennet 20 km czas (miejsce):  

Arkadiusz Duda 1:31:13 (1)     

Grzegorz Meller 2:01:56 (2)

Aneta Wyrozębska 2:14:59 (6)

Arnika Bukowska  2:34:55 (7)

 

Bieg Górski 30 km czas:

Arkadiusz Duda 1;58

Grzegorz Meller 2:24

Aneta Wyrozębska 2:50

Arnika Bukowska 3:36

 

Na początek

 

wiadomości 

Strzelectwo

Puchar Czech w strzelectwie za nami

Od pięciu lat zawodnicy uprawiający strzelanie laserowe rozpoczynają sezon za południową granicą. Udział w Pucharze Czech to jedyna możliwość wyjazdu zagranicznego dla czołówki naszych zawodników. Oprócz wymiaru czysto sportowego ma on ogromne znaczenie organizacyjne, związane z wymianą doświadczeń i podtrzymywaniem kontaktów sportowych. Co najważniejsze, w równym stopniu zależy na tym obydwu stronom.

Nasi sąsiedzi startują w organizowanych u nas zawodach, choćby w Pucharze Prezydenta Przemyśla. Starają się, poznając polskie rozwiązania, w równym stopniu rozpropagować ten sport u siebie. Mimo iż nie ma sprzętu polskiej produkcji i strzelamy z broni czeskiej, to ma ją u nas ponad 20 klubów. Niektóre mają nawet po dwa, trzy komplety, co daje łącznie imponującą liczbę trzydziestu symulatorów. I tego zazdroszczą nam Czesi, którzy trenują tylko dzięki oddziałom związku niewidomych.

Czechy to kolebka strzelectwa – tam zdobywaliśmy pierwsze doświadczenia, ale obecnie ten kraj jest przede wszystkim partnerem w dążeniu do upowszechniania tej dyscypliny w innych krajach. Tylko podobny do naszego boom strzelecki i analogiczne rozwiązania organizacyjne mogą doprowadzić do wzbogacenia oferty igrzysk olimpijskich o strzelanie pneumatyczne. Biorąc pod uwagę poziom naszej czołówki, jesteśmy tym żywo zainteresowani. Obecnie głównym problemem jest jednak zbyt mała liczba krajów i zawodników uprawiających ten sport. Niestety, nie wzrośnie ona bez wprowadzenia tanich, łatwo dostępnych, podobnych w formie dyscyplin, czyli w tym przypadku strzelania laserowego.

Tegoroczny XII Puchar Czech w Strzelectwie Laserowym odbył się w Centrum Rehabilitacyjnym w Pradze. Organizatorzy zrealizowali go w starej, podstawowej formule. Odbyły się tylko strzelania z broni krótkiej w dwóch pozycjach, strzelania jedno- i dwurącz w kategoriach pań, panów i open. Zrezygnowano ze stojącej u nas na bardzo wysokim poziomie broni długiej. Skrócona formuła zawodów nie pozwoliła w pełni zaprezentować swoich umiejętności wszystkim naszym zawodnikom. Stąd zrozumiały jest pewien sportowy niedosyt. Reprezentacja jako całość stanęła jednak na wysokości zadania. Mimo że bez złotych medali, do kraju „wróciła z tarczą”. Krzysztof Ruszkiewicz, zdobywając 182 punkty, zajął trzecie miejsce w kategorii mężczyzn. O jedną pozycję wyżej w kategorii pań, ze 168 punktami na koncie, skończyła zawody Bożena Rudko. Do pełni szczęścia zabrakło jej tylko jednego punktu.

Wyniki pozostałych Polaków: wśród pań czwarte miejsce zajęła Anna Barwińska; wśród panów szósty był Adam Kielar, ósmy Jerzy Załomski.

Wojciech Kopczyński 

 

Showdown

Zawody showdown na Słowacji

36 zawodników i zawodniczek z Czech, Polski i Słowacji brało udział w międzynarodowym turnieju showdown w Żylinie w dniach 19-21.04. Były to jedne z najcięższych zawodów, w jakich uczestniczyliśmy do tej pory. Na tym turnieju mężczyźni i kobiety grali razem. Po spotkaniu kierowników wszystkich ekip odbyło się losowanie i sędziowie podzielili zawodników na sześć grup. Po tradycyjnym śniadaniu, składającym się z parówki z musztardą i chleba, rozpoczęła się walka. Każdy gracz rywalizował w pięciu meczach tej fazy turnieju. Daje to razem 95 spotkań. Pierwsza runda, rozgrywana na czterech stołach, trwała od 8.30 do 16.30. Do drugiej fazy turnieju przechodziło trzech najlepszych w grupie. Z tych osiemnastu zawodników utworzono trzy sześcioosobowe ekipy. Tym razem część wyników spotkań, które zawodnicy rozegrali między sobą w poprzedniej rundzie, została przepisana. Ten etap był krótszy – każdy miał zagrać tylko trzy mecze. Dopiero o 19.00 wyłoniono z każdej grupy po czterech zawodników, którzy przeszli do trzeciej rundy turnieju – fazy play off. Z 12 par tylko sześciu graczy przechodziło do następnego etapu play off. Trzech najlepszych utworzyło grupę finałową i o zwycięstwo zagrali każdy z każdym.

Z Polski do Żylina przyjechało sześciu zawodników – wszyscy z klubu „Sprint” Wrocław. Najwyżej w turnieju zaszła Ela Mielczarek – zajęła 4. miejsce, Adrian Słoninka był 7., Adam Wołczyński zajął miejsce 19., Łukasz Byczkowski 20., Tadeusz Sypień 22., a Dawid Młodnicki był 24. Zwyciężył Joromir Vospel z Czech. Drugi był David Sicha, również z Czech. Trzecie miejsce zajął gospodarz Dusan Milo.

Tak serdecznej atmosfery jak na turniejach na Słowacji nigdzie jeszcze nie doświadczyliśmy. Rywalizacja bardzo nas wyczerpała, ale też niezwykle usatysfakcjonowała. Przed nami wyjazd na podbój Mediolanu. Trzymajcie kciuki!

Lubomir Prask

 

Biegi

Orlen Warsaw Marathon z naszym udziałem

W niedzielę, 21 kwietnia, odbył się pierwszy Orlen Warsaw Marathon. Na starcie zgromadziło się blisko 27 tys. miłośników biegania, z czego część brała udział w maratonie – około 6 tys. startujących, część w biegu na 10 km. Choć to debiut imprezy, aż 19 niewidomych i słabowidzących zawodników, w większości reprezentujących kluby Stowarzyszenia „Cross”, stanęło na starcie maratonu, a kilku przebiegło krótszy dystans 10 km. Trasa 42 km 195 m była objęta homologacją PZLA, start i meta znajdowały się w okolicach Stadionu Narodowego, a zasadnicza pętla biegu prowadziła ulicami południowej części Warszawy. Dla najlepszych udział w tym maratonie stanowił szansę na osiągnięcie limitów czasowych, które kwalifikują do udziału w mistrzostwach świata niepełnosprawnych w Lyonie w lipcu tego roku. W tym przypadku czas biegu zawodników słabowidzących B2 (T12) nie może przekroczyć 2:55:00, a niewidomych B1 (T11) 3:15:00. Kwietniowa pogoda tym razem dopisała, było słonecznie, ale nie gorąco. Wydarzenie zostało doskonale przygotowane, a organizator przyciągał nagrodami. A oto wyniki najlepszych zawodników. Maraton wygrali: wśród mężczyzn – Sisal Lemma Kasaye z Etiopii z czasem 2:09:02, wśród kobiet – Kenijka Milka Jerotich z czasem 2:28:23. W grupie słabowidzących z najlepszym czasem dobiegł Tomasz Chmurzyński z „Łuczniczki” Bydgoszcz – 2:53:06 (wysoka 72. pozycja w klasyfikacji ogólnej maratonu), na drugim miejscu wśród naszych zawodników uplasował się Jacek Ziółkowski z „Syrenki” Warszawa (ubiegłoroczny zwycięzca mistrzostw Stowarzyszenia „Cross” w maratonie), a miejsce trzecie wywalczył Grzegorz Małowiecki, również z „Syrenki” Warszawa, osiągając wynik 3:14:49. W grupie zawodników niewidomych biegnących z przewodnikami pierwsze miejsce wywalczył zawodnik „Sprintu” Wrocław Adam Rajczyba (jego czas to 3:15:36), na drugim miejscu przybiegł Zbigniew Świerczyński („Warmia i Mazury” Olsztyn) z czasem 3:28:30, a na trzecim Marcin Grabiński („Karolinka” Chorzów) z wynikiem 3:38:03.

Gratulujemy pięknej walki i bardzo dobrych wyników.

Maraton w Bostonie podwójnie trudny

Tegoroczny, 117 w historii maraton bostoński, nie zapisze się dobrze w naszej pamięci i dziejach sportu. Stał się celem bezprecedensowego ataku terrorystycznego, którego ofiary zapamiętamy zapewne bardziej niż zmagania sportowe. O udziale w maratonie marzył Sławomir Jeżowski, jeden z naszych najlepszych słabowidzących maratończyków, członek kadry lekkoatletycznej. Los chciał, że marzenie spełniło się właśnie w tym roku. Aby z 40 innymi niewidomymi i słabowidzącymi zawodnikami z całego świata uczestniczyć w tym prestiżowym wydarzeniu, Sławek musiał wykazać się udanymi startami w dużych maratonach europejskich, których zaliczenie jest przepustką do biegu w Bostonie. Rywalizował wcześniej w Barcelonie, Berlinie, Rzymie; zebrał niezbędne środki na pokrycie kosztów podróży i udział i wreszcie pojechał. Dla niego osobiście maraton zakończył się szczęśliwie, zdążył przekroczyć linię mety przeszło 40 minut przed tragicznymi wydarzeniami. Z 40 biegaczy tej kategorii trasę zdążyło ukończyć tylko 14 − ostatni sklasyfikowany niewidomy zawodnik przybiegł na metę 8 sekund przed pierwszym wybuchem. W ogólnej klasyfikacji Sławek był na 7185 miejscu na około 29 tys. zarejestrowanych zawodników. W klasyfikacji słabowidzących zajął trzecie miejsce z czasem 3 godziny 25 minut (pierwszy z tej grupy zawodników Aaron Scheidies osiągnął czas 2:44, drugi Thomas R. Marka – 3:13).

– Trasa maratonu jest trudna, górzysta. Tu nie bije się rekordów, to trzeba po prostu przebiec – wyjaśnia Sławek, któremu w czasie biegu towarzyszył przewodnik Kevin Kliwiński z Chicago. – Doceniam pomoc i życzliwość Kevina, zaprosił mnie na maraton w Chicago, więc może kiedyś... – dodaje lekkoatleta. Jednocześnie sportowe emocje przyćmiły tragiczne wydarzenia.
– Bardzo współczuję rodzinom ofiar i wszystkim poszkodowanym. Widać było, jak wszyscy jednoczą się w tej trudnej sytuacji, chcą być pomocni. Wszędzie flagi opuszczono do połowy masztu – relacjonuje. – To uświadamia, że mimo stosowania procedur i środków bezpieczeństwa, mimo naprawdę dobrej organizacji, nie udało się zapobiec tragedii. Coś tu nie zadziałało, trzeba zrobić wszystko, by to się nie powtórzyło. Dodaje jednak: – Biegaczy na pewno to nie zniechęciło i nikt z tego powodu z biegania nie zrezygnuje. Nie wolno dać się zastraszyć, trzeba robić swoje. 

Anna Baranowska

 

Szachy

Szachowa „Koźmińska 2013”

Kolejny raz młodzi adepci królewskiej gry spotkali się przy szachownicach, by sprawdzić swoje umiejętności. Tak jak w poprzednich latach, w gościnnych progach Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego nr 8 dla Dzieci Słabowidzących w Warszawie, który był współgospodarzem turnieju, drużyny szachistów z klubów Stowarzyszenia walczyły o puchary i awans do wyższych kategorii szachowych. W dotychczasowych edycjach na Koźmińskiej gościły drużyny z Krakowa, Dąbrowy Górniczej, Wrocławia i oczywiście Warszawy. Tak się złożyło, że skład tegorocznego podium turnieju nie różnił się od zeszłorocznego. Zwyciężyła drużyna z Koźmińskiej, drugie było Stowarzyszenie „Nadzieja” z Krakowa, a trzecia „Syrenka” Warszawa. Na pierwszych szachownicach szczególnie wyróżnili się: Karol Urbaniak, Piotr Pisarski, Daria Rycharska i Magdalena Winnicka, wszyscy z Warszawy. Dla tej ostatniej był to pierwszy turniej szachowy w życiu, a więc szczególnie cenne zwycięstwo na szachownicy. Podobnie pochwalić należy Annę Kłos z krakowskiej „Nadziei”, która również debiutując, zdobyła trzecie miejsce w towarzyszącym zmaganiom drużynowym turnieju indywidualnym. Pozostałe miejsca na podium przypadły Karolowi Urbaniakowi (pierwsze) i Piotrowi Pisarskiemu (drugie), obaj z Koźmińskiej. Sędzią głównym turnieju był Adam Umiastowski, a imprezę koordynował Adam Baranowski.

Tegoroczną edycję „Koźmińskiej” można uznać za udaną, co podkreślano podczas zamknięcia turnieju. Ciągle w klubach „Crossu” nie ma jednak wystarczającej liczby juniorów ćwiczących tę piękną grę, by jeszcze więcej drużyn mogło ze sobą rywalizować. Rozwiązaniem dla pojedynczych reprezentantów jest możliwość udziału w turnieju indywidualnym oraz przesunięcie daty rozgrywek z początku kalendarza imprez Stowarzyszenia na drugą połowę roku, co planuje koordynator imprezy.

 

Warcaby

W dniach 20- 27.04.2013  odbywały się półfinały mistrzostw Polski w warcabach 100-polowych kobiet. Aby walczyć o kolejny awans, do Ośrodka Sportu i Rekreacji w Tucholi przyjechały zawodniczki aż z 14 klubów.  Turniej rozegrano systemem szwajcarskim, na dystansie 9 rund. W chwilach wolnych od rywalizacji panie korzystały z kręgielni klasycznej. Do finału, który odbędzie się w czerwcu w Augustowie, awansowało pierwszych 9 kobiet. 

 

Półfinały mistrzostw Polski kobiet niewidomych i słabowidzących
Tuchola 20-27.04.2013

Awansujące do finału:

1. Beata Kasperczyk  14 „Atut” Nysa 

2. Irena Ostrowska  14 „Cross Opole”  

3. Helena Poliniewicz  13 „Podkarpacie” Przemyśl

4. Ewa Grabska  12 „Łuczniczka” Bydgoszcz

5. Petronela Dapkiewicz  11 „Jaćwing” Suwałki

6. Władysława Jakubaszek  11 „Cross Opole”

7. Barbara Gołębiowska-Fryga  11 „Cross Opole”

8. Joanna Malcer  11 „Warmia i Mazury” Olsztyn

9. Maria Górzna    10 „Sudety” Kłodzko

Ewa  Sargalska

 

Na początek

 

wolontariat 

Wolontariat wpisany w sport

 

Nazwa wolontariat pochodzi od łacińskiego słowa „voluntas” i oznacza wolną wolę. Słowem „volunteering” w języku angielskim określa się „zgłaszanie się na ochotnika”. W obu przypadkach chodzi o to samo – o dobrowolne, świadome i nieodpłatne działanie (pracę) na rzecz innych ludzi, wykraczające poza więzi rodzinno-koleżeńskie.

 

Nie ma jednej definicji wolontariatu. W każdej charakterystyce największy nacisk kładzie się na motywacje osoby gotowej nieść pomoc. Mogą być najróżniejsze: chęć wspierania innych, potrzeba oddania dobra, które się otrzymało, wzorce rodzinne, względy religijne. Nie można jednak powiedzieć, że wolontariat jest bezinteresowny. Osoby zaangażowane zyskują przecież w sensie niematerialnym, psychologicznym. Bezcenne jest bowiem poczucie bycia potrzebnym, świadomość czynienia dobra, satysfakcja z oddania innym swojego wolnego czasu. Pożytki płynące z wolontariatu to także wspaniała przygoda, możliwość nawiązania ciekawych kontaktów, poznania ludzi pełnych pasji, o podobnych lub dopełniających się  zainteresowaniach. Nie bez znaczenia jest nabywanie przez wolontariusza i kształtowanie w trakcie pracy ważnych cech osobistych: zarządzania własnym czasem, asertywności, umiejętności pracy w zespole. Podejmując dobrowolną pracę na rzecz innych, można poznać samego siebie, doświadczyć wielu przyjemnych uczuć – radości, wzruszenia, dumy.

Wolontariat jest niejako wpisany w sport. Wolontariat sportowy to jedna z najszybciej rozwijających się gałęzi ruchu wolontariackiego, rzadka we współczesnym świecie działalność, która staje ponad podziałami, ma czyste i szlachetne intencje. Trudno dziś sobie wyobrazić jakiekolwiek wydarzenie sportowe bez wolontariuszy, bez wsparcia osób wykonujących często najbardziej niewdzięczną pracę po to, by kibice i sportowcy mogli bezpiecznie przeżywać sportowe emocje. To właśnie wolontariusze zabezpieczają niemal każde miejsce podczas konkursów, mistrzostw, olimpiad, zawodów. Swoją pracę zaczynają na wiele miesięcy przed imprezą. Wtapiając się w tłum kibiców, gotowi są nieść pomoc, wytłumaczyć drogę, zabezpieczyć miejsca, gdzie może dojść do wypadku czy niebezpiecznych sytuacji. Niemal każde wydarzenie sportowe organizuje się obecnie na dużą skalę, z rozgłosem medialnym, często przy obecności kamer. Bez wsparcia wolontariuszy strach pomyśleć, jak by to wyglądało, jaki panowałby chaos, do jakich przykrych zdarzeń by dochodziło. Coraz więcej organizacji, stowarzyszeń czy klubów poszukuje ludzi chcących wesprzeć działania i zaangażować się w ich rozwój. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ pomoc, którą niosą wolontariusze, to praktycznie podstawa organizacji udanej imprezy sportowej każdej rangi. Również Unia Europejska przyczynia się do wspierania europejskich przedsięwzięć w zakresie sportu, „uwzględniając jego szczególny charakter, jego struktury, oparte na zasadzie dobrowolności, oraz uwzględniając jego funkcję społeczną i edukacyjną”. Ta istota wolontariatu sportowego została oficjalnie zawarta w traktacie lizbońskim.

Szczególnie ważną rolę spełniają wolontariusze w sporcie osób niepełnosprawnych. To ogromna grupa ludzi, bez których realizacja tak wielkich imprez jak  paraolimpiady byłaby niemożliwa. To właśnie oni z ogromnym zaangażowaniem, wypływającym z potrzeby serca, czuwają wówczas nad bezpieczeństwem zawodników, pomagają w czasie uroczystości otwarcia i zamknięcia igrzysk, zapewniają obsługę w recepcjach hotelowych, opiekują się gośćmi na lotniskach i dworcach kolejowych, pomagają załatwić sprawy niemożliwe. Nasi sportowcy mówią, że dzięki obecności wolontariuszy na wielkich sportowych imprezach czują się bardziej komfortowo – pewniej i bezpieczniej. Pozyskują od nich wszelkie informacje, mogą liczyć na wsparcie w każdej sytuacji. Wśród ogromnej międzynarodowej braci sportowej nie czują się anonimowi.  

AMA  (źródło: Internet)

 

Na początek

 

debata 

Niepełnosprawny świat sportu

 

Członkowie kadry narodowej to zawodnicy reprezentujący kraj na arenie międzynarodowej. Zmagają się z problemami nieznanymi zawodnikom pełnosprawnym. Trenują ciężko, równie ciężko jak oni, a nawet ciężej. Tylko dzięki swoim umiejętnościom i treningom mogą osiągnąć tak wysoki poziom. A mimo to sport osób niepełnosprawnych wciąż pozostaje niedoceniony.

 

Szczecin, grudzień 2010 rok, zimowe mistrzostwa Polski osób niepełnosprawnych. W kategorii S11 osób niewidomych głównych faworytów jest dwóch: Marcin Ryszka i Grzegorz Polkowski. Znają się nie od dzisiaj i wiedzą, że rywalizują ze sobą na ułamki sekund. Są w składzie kadry Polski, spotykają się na mistrzostwach – po prostu są kolegami dzielącymi pasję. Pływanie to dla nich większa część życia, to również sposób na to życie. Jako sportowcy stawiają wszystko na jedną kartę. Na najwyższy poziom sportu. Są niewidomi. Poruszają się po swoich miastach, uczelniach, akademikach i swoich miejscach jak każdy przeciętny student. Różni ich tylko to, że są utytułowanymi zawodnikami na krajowej i światowej arenie pływackiej. W rywalizacji z Grzegorzem Polkowskim i resztą krajowej czołówki Marcin tym razem jest górą. Wygrywa swoje główne konkurencje, nie odbiera jednak niestety medali, bo musi wracać do Krakowa. Ze Szczecina wraca z rywalami i kolegami, zawodnikami krakowskiego klubu „Druga Strona Sportu”. Uczestnicy mistrzostw Polski: chłopak na wózku, kolega bez nóg i rąk, niedowidzący. Zawodnicy. Ten na wózku musi objechać cały dworzec, by dostać się na peron, z którego odjeżdża pociąg. Wsiedli, już prawie jadą. Pociąg miał być przystosowany dla niepełnosprawnych, wózek jednak nie mieści się w korytarzu, Marcin podnosi kolegę i prowadzony za rękę, zanosi go na własnych ramionach do przedziału. Z potrzebą toalety sytuacja się powtarza. Gdzieś z przedziału słychać przypadkowy, cichy komentarz pasażerów: „prowadził ślepy kulawego…”.

Tak wygląda podróż na zawody kadrowicza, paraolimpijczyka, i wszystkich sportowców niepełnosprawnych w Polsce. Marcin trenuje w AZS AGH Kraków ze sprawnymi zawodnikami. Nie ma taryfy ulgowej i mieć nie może. By osiągać szczyt, musi być lepszy, mocniejszy, poprawiać się z treningu na trening. Potrzebuje jedynie wskazówek, dotknięcia pleców, kiedy trzeba zrobić nawrót. Marcin zakwalifikował się na paraolimpiadę w Londynie. W finale został dziewiątym najszybszym niewidomym zawodnikiem na świecie. Mimo braku medalu osiągnął sukces. Ale nie w Polsce. Krajowy kalendarz imprez pływackich osób niepełnosprawnych na rok 2013 jak na razie obejmuje znikomą liczbę oficjalnych zawodów.

20 kwietnia w Nowej Auli Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie odbyła się I Małopolska Debata Pełno(s)prawni w Sporcie i w Mediach, na przykładzie pływania. Marcin Ryszka był prelegentem i jednocześnie uczestnikiem odbywającego się równolegle II Integracyjnego Maratonu Pływackiego o Puchar Rektora UEK. Podzielił się swoim doświadczeniem niewidomego sportowca i wspomógł swoich niepełnosprawnych kolegów podczas maratonu – w roli zawodnika. Temat jego prelekcji brzmiał: „Możliwości treningowe niepełnosprawnego sportowca na początku kariery sportowej i obecnie”. Przedstawił drogę chłopaka ze Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących z ul. Tynieckiej w Krakowie, który dzięki poświęceniu kilku ludzi, szczęściu i swojemu uporowi dotarł tam, gdzie jest w tej chwili. Dopiero po ostatnich sukcesach pływackich mógł mieć zagwarantowane normalne warunki treningowe. Marcin podkreślił jednak, że ta droga jest tylko przypadkowa, nie dająca szans innym, bo niekoniecznie powtarzalna. Marcin wskazywał na potrzebę organizacji kształcenia sportowego, rekreacyjnego w sposób planowy, dający możliwość rozwoju sportowego na poziomie cywilizowanego kraju dzieciom niewidomym, jak i wszystkim osobom z niepełnosprawnością. Obawiał się, że droga rozwoju sportowego dziecka, stawiającego dziś pierwsze kroki w pływaniu czy w innym sporcie, niestety może być podobna,  czyli całkowicie zdana na przypadek.

Postulat szukania rozwiązań zmieniających ten stan podnosili również kolejni prelegenci, stawiając akcenty w zupełnie innych punktach swoich wypowiedzi. Katarzyna Rogowiec (mistrzyni paraolimpijska w biegach narciarskich i biatlonie) wskazywała na potrzebę zwiększenia medialności sportu osób niepełnosprawnych – na przedstawianie profesjonalnego sportu niepełnosprawnych jako produktu zaspokajającego potrzeby dobrego widowiska, bo tylko taki może przyciągnąć uwagę mediów, a w konsekwencji sponsorów. Tomasz Koźmiński (asystent posła Jerzego Fedorowicza, również niewidomy) replikował, że nie będzie sportu profesjonalnego z sukcesami bez uruchomienia rekreacji ruchowej dla ogółu niepełnosprawnych, bo z niej wywodzą się później zawodnicy. Joanna Łasocha (firma „Inwentarium”) reprezentowała jedną z pierwszych marek, organizujących marketingową kampanię osobie niedowidzącej, złotej medalistce z Londynu – Joannie Mendak. – Ten problem jest niezwykle ważny, bo za sukcesami sportowymi powinna iść świadomie zaplanowana strategia, pozwalająca na zbudowanie świadomości medialnej osoby danego sportowca – argumentowała przedstawicielka biznesu. Według niej powinno to przełożyć się na skuteczniejsze poszukiwanie sponsorów i wsparcia. Karolina Hamer, multimedalistka w pływaniu, wyraziła zainteresowanie tym zagadnieniem jako zawodniczka, której ciężka praca na treningach i idące za nią wygrane powinny przełożyć się również na stałe finansowanie treningów, zgrupowań czy wyjazdów na zawody. O tym, jak wygląda przyszłość niepełnosprawnych sportowców w regionie Małopolski, mówił Rafał Szumiec (paraolimpijczyk, członek kadry narciarzy alpejskich) z klubu „Druga Strona Sportu”. Zaznaczył, że w wyniku wieloletnich zaniedbań formalnych, braku finansowania i zaangażowania ludzkiego, w Małopolsce stoimy przed koniecznością naprawiania i budowania podstaw sportu i rekreacji osób z niepełnosprawnością. Rozwijające się sekcje – pływacka, handbikowa i narciarska – mogą zatem stać się podstawą do organizowania wspólnie z innymi klubami, stowarzyszeniami czy fundacjami szerzej zakrojonych działań prosportowych. Tadeusz Rodziewicz, przewodniczący Komisji ds. Pływania Osób Niepełnosprawnych i Niesłyszących przy Polskim Związku Pływackim, przedstawił stan struktur jednostek odpowiedzialnych za sport osób niepełnosprawnych i wskazał błędy w finansowaniu działań sportowych. Ukazywał, jak jego zdaniem powinien wyglądać układ finansowania i wzajemnych relacji instytucji, by mógł on sprawnie funkcjonować. Tomasz Nowakowski – klasyfikator medyczny Międzynarodowego Komitetu Paraolimpijskiego (IPC) – zaprezentował zgromadzonym zasady klasyfikacji i nadawania klas startowych. Rozwój sportu to też wzrost samej liczby zawodników z nadaną grupą startową, a Polska ma do dyspozycji tylko trzech klasyfikatorów. To przykład kolejnych zaniedbań, wpływających pośrednio na stan i jakość sportu. Łukasz Szeliga, prowadząc swoją prelekcję pod tytułem „Organizacja i finansowanie imprez sportowych dla osób niepełnosprawnych”, dawał wskazówki co do możliwości organizacyjnych zawodów w sportach zimowych. Wskazał na warunki konieczne do zwiększenia zainteresowania tym sportem samych osób niepełnosprawnych, mediów, sponsorów i kibiców. Wszelkie propozycje zmian i pomysły na przyszłość będą publikowane na stronie www.pelnosprawniwsporcie.pl

Marcin Ryszka, po zakończeniu swojej prelekcji, udał się na basen Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, gdzie wraz z kolegami śrubował rekord maratonu pływackiego. Tu spotkały się ekipy Dziecięcej Sztafety Integracyjnej, Policji, WOPR-u, AZS UEK oraz ekipy „Drugiej Strony Sportu” z zaproszonym Marcinem Ryszką i UKS SMS „Galicja”. Zabawa i sportowa rywalizacja były wspaniałe, każda z ekip chciała pobić swoje zeszłoroczne wyniki. Wśród zawodników niepełnosprawnych panowała świetna atmosfera, każdy walczył ile sił w ciele. Debiutowali także młodzi zawodnicy niepełnosprawni, którzy dopiero co nauczyli się pływać. Każdy ścigał się tak szybko jak potrafił i na ile dawał radę, a wszystkich łączyła pasja do pływania. Integracyjna Sztafeta Dziecięca z najmłodszymi zawodnikami przepłynęła 4350 metrów, Marcin Ryszka wraz z kolegami z DSS – 7150 metrów, zawodnicy AZS UEK 8800 metrów, drużyna WOPR 9500, „Galicja” 10450, Policja, po dwóch godzinach pływania, osiągnęła 10700 metrów. Wszyscy zawodnicy padali ze zmęczenia, ale satysfakcja z dobrej zabawy dla wspólnego celu, jakim była promocja sportu pływackiego osób niepełnosprawnych, została osiągnięta. Doskonała atmosfera sprawiła, że wszystkie ekipy już teraz obiecały pojawić się za rok w kolejnej, trzeciej edycji maratonu.

Grzegorz Kubis

 

Na początek

turystyka 

Krutynia, Gałczyński, safari, huragany…

 

Jedyny raz spływałem szlakiem Krutyni. Przed laty, z grupą niewidomych i ich przewodników pokonaliśmy w 15 kajakach ponad stukilometrowy odcinek od Krutynia w Puszczy Piskiej do Kamienia nad jeziorem Bełdany. Zajęło to nam kilka przyjemnych dni, tym bardziej udanych, że komandorem tego spływu był Antek Szczuciński – wodniak, górołaz i doskonały organizator turystyki w środowisku niewidomych. Kto go nie zna, nie jest turystą…

 

Ten kajakowy szlak w byłych Prusach Wschodnich odkrył w 1935 roku i opisał w książce „Na tropach Smętka” Melchior Wańkowicz. Na składanym kajaku „Kuwaka” popłynął z córką Martą (nazywał ją „Tirliporkiem”) tym dobrze zagospodarowanym szlakiem wodnym. Spotkali niewielu mówiących po polsku mieszkańców, choć jeszcze 150 lat przed ich wyprawą aż 90 procent ludności Puszczy Piskiej posługiwało się polskim językiem. Co ciekawe, w Wojnowie natknęli się na mówiących po rosyjsku filiponów, odłam staroobrzędowców wyznania prawosławnego wygnanych z Rosji na początku XIX wieku. Dziś to już historia. Ostatnia mniszka zmarła siedem lat temu i puste mury dawnego niewielkiego klasztoru wypełnia skromne muzeum.

Pisarz Ernst Wiechert w latach 30. ubiegłego wieku pięknie przedstawiał swą ziemię rodzinną – Mazury. Lasy, jeziora, rzeki, ludzi. Ale ponieważ krytykował nazizm i politykę Hitlera, musiał to odpokutować w Buchenwaldzie. Inny pisarz, laureat Nagrody Nobla John Steinbeck („Grona gniewu”), spędził w 1962 roku nad Krutynią kilka dni. Zaproszony przez naszych literatów, brał udział w polowaniach, myśliwskich ogniskach z bigosem i żytniówką. Ba, nawet pofatygował się do geesowskiej gospody i zamówił piwo. 

Wycieczka do Prania

Atrakcją pięknych, zdrowych sosnowych lasów Puszczy Piskiej i czystego jeziora Nidzkiego jest leśniczówka Pranie. Położona jest parę kilometrów od Rucianego Nidy. Dojeżdżamy równiutką asfaltową nitką na miejsce. Murowany domek stoi tu od 1909 roku. A nazwa leśniczówki pochodzi od pobliskiej łąki, która wiosną i jesienią „pra” – czyli unoszą się nad nią mgły i opary. Tak też w swej gwarze Mazurzy nazwali leśniczówkę.

Miejsce to rozsławił poeta Konstanty Ildefons Gałczyński. Upodobał sobie cichą osadę w Puszczy Piskiej i nawet zamierzał się tam osiedlić. W latach 1950-1953 napisał poematy: „Kronika olsztyńska”, „Niobe”, „Wit Stwosz”, „Pieśni”. Ostatni raz K.I. Gałczyński przyjechał do Prania na początku sierpnia 1953 roku. Spędził w leśniczówce trzy miesiące. Planował zjechać tam ponownie do zaprzyjaźnionego leśniczego Stanisława Popowskiego i jego matki, zabierając żonę Natalię i córkę Kirę na święta Bożego Narodzenia. Niestety, 6 grudnia w warszawskim mieszkaniu dopadł go trzeci zawał. Miał 48 lat.

W 1980 roku w pięknie położonym domku, zbudowanym z pruskiej czerwonej cegły i obrośniętym dzikim winem, powstało muzeum poświęcone twórczości poety. W sezonie miejsce to jest dosłownie oblężone przez turystów. Rocznie zwiedza je ponad 20 tysięcy osób. W bezpośrednim sąsiedztwie Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego zaczyna się półtorakilometrowa ścieżka dydaktyczna, a na leśnym dukcie prowadzącym do Karwicy Mazurskiej – Sosna Gałczyńskiego, albo raczej tylko wspomnienie po niej. 30 lat temu uschła i została ścięta. Pozostał kamień, na którym wyryto napis – „W to miejsce K.I. Gałczyński przychodził pod ulubioną sosnę w latach 1950/53. Poeci i drzewa odchodzą, pozostaje pamięć i poezja”. 

Mazurskie safari

Około 10 km od Rucianego Nidy znajduje się kolejna atrakcja Mazurskiego Parku Krajobrazowego – prywatny Park Dzikich Zwierząt (PDZ). Pomysłodawcą i właścicielem jest dr Andrzej Krzywiński.  W Kadzidłowie koło Ukty doktor zakupił 26 hektarów ugorowej ziemi w obrębie Puszczy Piskiej. Status ogrodu zoologicznego teren uzyskał w 2005 roku. – Moim celem jest przybliżenie zwiedzającym (20-30 tysięcy rocznie) gatunków rodzimych, gdyż oprócz ZOO w Bydgoszczy wszystkie inne ogrody w Polsce są nastawione głównie na zwierzęta egzotyczne – opowiada właściciel.
– Szczególną uwagę poświęcam gatunkom rzadkim i ginącym, jak kuraki leśne, ryś nizinny. Ostatnie sukcesy PDZ to rozmnożenie bociana czarnego, łosia, jelenia milu – dodaje.

Ogrodzony stuhektarowy teren zwiedzają grupy oprowadzane w sezonie przez 10 przewodników. A ruch jest jak na Trakcie Królewskim w Warszawie. Frajdę sprawia możliwość obserwacji zwierząt z bliska, a nawet ich głaskania i karmienia. Można się tu poczuć jak na safari. Dla młodszych i starszych to prawdziwa lekcja zoologii w warunkach zbliżonych do naturalnych. Niedaleko, w stacji badawczej Polskiej Akademii Nauk w Popielnie, również możemy oglądać zwierzęta na wolności. W rezerwacie leśnym i łąkowym żyje w pięciu tabunach 45 koników polskich. PAN-owska placówka znana jest z hodowli zachowawczej tego potomka dzikiego konia tarpana. To bardzo ufne stworzenia, niewielkie, w kłębie około 130 cm wysokie. Kiedy jechałem samochodem do Popielna, na drogę wyszło zaciekawione stadko i nie bardzo chciało ją opuścić. 

Kataklizm sprzed 11 lat

Puszcza Piska leży na trasie cyklicznych huraganów, które przechodzą co kilkanaście, kilkadziesiąt lat. Pruskie dokumenty historyczne wspominają o wielkich stratach w lasach w XVIII, XIX i XX wieku. Jednak największy kataklizm przyszedł 4 lipca 2002 roku. Huragan trwał od 15 do 30 minut. Przeszedł pasem o szerokości 12 km i objął sześć nadleśnictw. W Puszczy Piskiej uszkodził 12 tysięcy hektarów lasu, czyli jedną trzecią powierzchni, a na obszarze blisko jednego hektara całkowicie unicestwił las. Żeby wyobrazić sobie skalę zniszczeń, wystarczy jedna liczba – tyle drewna pozyskuje się przez 20 lat w średnim nadleśnictwie w Polsce.

Świadkiem tych wydarzeń była Ela Maszkiewicz, zastępca nadleśniczego w Piszu. – Przedpołudnie tamtego dnia było niesamowicie duszne i gorące. Zanosiło się na burzę. Około 12.00 powietrze zrobiło się wyjątkowo ciężkie. Od południa nadciągnęły zwaliste, czarne chmury. Zrobiło się ciemno jak w nocy. Przyszła ogromna ulewa. Momentalnie przestała działać elektryczność. Zaraz po południu siadła sieć telefonii komórkowej. Każdy chciał się wydostać z połamanego lasu: turyści, grzybiarze, wędkarze, pracownicy leśni. To cud boski, że nikt nie zginął. Ludzie z puszczańskich wiosek zauważyli, że kilkanaście minut przed huraganem cała zwierzyna wyszła z lasu na łąki i pastwiska. Wichura pozrzucała gniazda z drzew, ale ptaki z nich wcześniej wyleciały – wspomina pani Ela.

Dziś z prowizorycznej 11-metrowej wieży widać, że rany się zabliźniają, ale nie całkiem. Świadczą o tym „firanki” sosnowego drzewostanu i młode zalesienia, głównie brzozy. Na terenie 445 ha w Lesie Ochronnym „Szast” powstała ścieżka dydaktyczna. Turyści mogą obserwować, jak w naturalny sposób regeneruje się przyroda, odradza po kataklizmie. Nad samą Pisą postawiono 120-metrową galerię widokową, wokół której na żyźniejszej glebie, wśród kikutów rozpadających się drzew, wyrastają nowe brzozy, wierzby, dęby, jarzębiny. Życie powraca.  

Andrzej Szymański

 

Na początek

 

Egzotyczna ucieczka

 

Tegoroczna wiosna przyszła wyjątkowo późno. Jeszcze w kwietniu za oknem wciąż było biało, zimno, bardzo ponuro, a o kwiatkach – jak sugerowałaby nazwa miesiąca – można było tylko pomarzyć albo pooglądać je sobie w kwiaciarni. Kolejne dni, w dodatku wolne od pracy, „umilał” śnieg z deszczem. Wędrowanie po lesie z kijami nordic walking raczej odpadało. A może wrócić, chociaż we wspomnieniach, do prawdziwie „rajskiej” wyspy – porośniętej dżunglą, egzotycznymi, bajecznie kolorowymi kwiatami, krzewami i drzewami? Do odgłosów nieznanych ptaków i zwierząt, np. całego mnóstwa małp, których surowo zabraniały karmić przybite do drzew tabliczki? Ruszamy w podróż. Naszym celem jest wyspa Koh Chang, należąca do Tajlandii.

 

W kraju tym – według wielu opinii – turyści mogą czuć się bezpiecznie, jest stosunkowo tanio i łatwo się po nim podróżuje, a jednocześnie jest to niezwykle barwny i ciekawy pod wieloma względami ląd. Jego mieszkańcy na każdym kroku okazują zwiedzającym życzliwość, obdarzają uśmiechem, a jednocześnie nie narzucają się – jak często bywa w miejscach obleganych przez turystów – ze swoimi usługami czy towarami. Jeśli więc po raz pierwszy ruszamy w egzotyczną podróż – warto wybrać na początek właśnie Tajlandię. Na wyspie Koch Chang spędziłam kilka dni we wrześniu 2010 roku w towarzystwie pięciu zaprzyjaźnionych osób. Intensywna czterotygodniowa podróż, połączona ze zwiedzaniem ciekawych zakątków Tajlandii, Kambodży i Laosu, była możliwa dzięki inicjatywie pana Witolda Kondrackiego, o której można było przeczytać w poprzednim numerze „Crossa”.

Koh Chang, trzecia pod względem wielkości tajska wyspa, leży na Morzu Andamańskim. W części centralnej jest górzysta i porośnięta lasem, można też znaleźć na niej liczne wąwozy, pieczary, a także urokliwe wodospady, strumyki i dziewiczą roślinność. Najwięcej czaru ma właśnie osobliwa przyroda – niesamowita ilość zapachów i barw, nieznane wcześniej ptasie odgłosy, ale również bardzo ciepłe i spokojne morze. Na wyspie, w zależności od upodobań i możliwości finansowych turystów, można wybierać wśród wielu hoteli i ośrodków wczasowych – od bardzo imponujących, z wysokimi strzeżonymi ogrodzeniami, po przeciętne, ale za to tańsze, oferujące bardzo skromne pokoje gościnne dla osób mniej wymagających. Nasza szóstka („six people” – jak nas często określano przy sprzedaży czy kontroli biletów) właśnie w takim hotelu zamieszkała (koszt pięciu noclegów wyniósł 650 bahtów; 100 B to w przybliżeniu 10 zł; zapłaciliśmy więc ok. 65 zł od osoby). Ciekawostką niech będzie fakt, że Tajlandia była pierwszym krajem na świecie, w którym wyemitowano (w roku 1853) banknoty oznakowane alfabetem Braille’a.

Ale najpierw musieliśmy na wyspę dotrzeć. Jak wyglądało to pod względem organizacyjnym? Kiedy przyjechaliśmy nocnym, bardzo wygodnym sypialnym pociągiem z Wientianu (stolicy Laosu) do Bangkoku (stolicy Tajlandii), z dworca kolejowego zostaliśmy przewiezieni wraz z naszymi bagażami do wynajętego już wcześniej hoteliku o przyjaznej nazwie „At Home”, prowadzonego przez miłą Chinkę. Hotelik stoi przy najbardziej chyba znanej podróżnikom z plecakami ulicy Khao San. Podróż z dworca na miejsce odbyliśmy dwoma tuk-tukami. Dla wyjaśnienia – tuk-tuki to bardzo popularne w krajach azjatyckich pojazdy w rodzaju motorikszy: połączenie motoru z przyczepką i zamontowanym dachem, który chroni przed deszczem, a na wypadek ulewy ma jeszcze dodatkowo rozkładane folie. W zależności od wielkości przyczepy z tuk-tuka mogą skorzystać 2, 3 i więcej osób. Przed każdym przejazdem, by uniknąć kłopotliwych sytuacji, należy na wstępie ustalić cenę; dla przykładu – wynegocjowany koszt podróży jednej osoby z dworca na ulicę Khao San wyniósł 50 B. Nasz hotelik nie znajdował się na szczęście w bezpośrednim sąsiedztwie ulicy, na której życie towarzyskie, połączone z degustacją przy głośnej muzyce, trwa przez całą noc. Mogliśmy więc korzystać z ciszy i wypoczywać. Oczywiście wynajmowane pokoje trudno było nazwać apartamentami, ale zapewniały wszystko, co potrzebne po długiej podróży w upalnym klimacie: łóżko z czystą pościelą, prysznic, toaletę i wentylator (przyznam się, że ja szczerze nie lubiłam tych mielących powietrze urządzeń, w dodatku często niemiłosiernie skrzypiących czy zgrzytających). Nie zaskoczył nas obowiązek zostawiania butów przed wejściem do pokoi – byliśmy już do tego przyzwyczajeni, ponieważ ściągaliśmy je, wchodząc do wszystkich zwiedzanych świątyń buddyjskich (watów).

Jedzenie to esencja każdej podróży. Jest go w Tajlandii wszędzie pod dostatkiem, w dodatku zjeść można bardzo dobrze i tanio (w zależności od upodobań i apetytu, 100-200 B powinno wystarczyć na jeden posiłek). W dniu przyjazdu, po odświeżeniu się i zjedzeniu kolacji, w jednym z biur turystycznych (jest ich mnóstwo, a ceny do negocjacji) zakupiliśmy bilety autobusowe i na prom, którym mieliśmy następnego dnia dopłynąć do wyspy Koh Chang, a następnie – po pięciu dniach – wrócić do naszego hoteliku „At Home”. Głównym celem wycieczki miał być wypoczynek po intensywnie spędzonych trzech tygodniach i pokonanych kilku tysiącach kilometrów.

Nazajutrz, zaraz po śniadaniu, by niepotrzebnie nie dźwigać wszystkich bagaży, zostawiliśmy ich część w przechowalni hotelowej (60 B za 6 dni). Zgodnie z umową zawartą w biurze turystycznym, o umówionej godzinie przyjechał bus, który zawiózł nas na dworzec autobusowy. Przez cały czas naszego podróżowania po Azji korzystaliśmy z takich udogodnień – to bardzo wygodne, ponieważ nie trzeba na własną rękę szukać możliwości docierania do różnych dworców. Biura sprzedające bilety na przejazdy czy wycieczki biorą kłopot dowozu na siebie i trzeba przyznać, że organizacja przejazdów zazwyczaj jest świetna. Dzięki temu unika się również problemu komunikacyjnego – mało kto mówi w językach Azjatów, oni z kolei nie wszyscy znają języki europejskie – nietrudno się więc zgubić, pomylić dworce czy spóźnić na „liniowy” środek transportu.

Przejechaliśmy przez częściowo poznany już Bangkok, a następnie wygodnym klimatyzowanym autobusem przebyliśmy około sześciogodzinną trasę na południe Tajlandii. Stolica to olbrzymie, nowoczesne miasto, z siecią autostrad i ciekawych rozwiązań architektonicznych, ale niestety, jak większość miast, nie jest ona wolna od korków. Od wejścia na pokład piętrowej jednostki pływającej dzieliło nas już tylko skrupulatne sprawdzanie biletów i oczekiwanie w dużej, komfortowej hali z bezpłatnymi i porządnie utrzymanymi toaletami, co zwykle jest standardem w całym kraju. Podróż nie trwała długo, zaledwie około 1,5 godziny, a spokojne morze pozwalało obserwować błękitną wodę, znikające na horyzoncie budynki i drzewa, a potem przybliżającą się i stopniowo rosnącą wyspę.

Gdy dotarliśmy na miejsce, zbliżał się wieczór, a my nie mieliśmy zarezerwowanych noclegów. Zapoznawszy się jednak z ulotkami reklamowymi, wiedzieliśmy, że wystarczy przejechać parę kilometrów w rejony plażowo-turystyczne, aby coś znaleźć. Okazało się, że na wyspie nie ma komunikacji publicznej – autobusów czy busów z określonym odgórnie cennikiem i rozkładem jazdy. Można się było poruszać jedynie dużymi tuk-tukami z dwoma równolegle usytuowanymi ławkami, na których mieściło się w sumie około 16 osób. Bywało jednak, że kierowca zabierał znacznie większą liczbę pasażerów – wtedy „dodatkowi” stali między ławkami, trzymając się prętów dachu. Od każdego cudzoziemca (potocznie „bielasa”) kierowca inkasował 100 B (bez możliwości negocjacji), od mieszkańca wyspy – 40. Akurat tym samym tuk-tukiem jechała właścicielka jednego z „guesthouse’ów”. Od razu zaczęły się więc negocjacje cenowe. Od strony drogi, którą dojechaliśmy na miejsce, posesję otaczał mur, trudno więc było ocenić, jakie oferowano nam warunki. Dopiero po wejściu na jej teren naszym oczom ukazał się niezwykły widok – kilkanaście domków z trzcinowymi stożkowymi dachami, rozmieszczonych wśród palm i kolorowo kwitnących kwiatów. Do poszczególnych domków dochodziło się po drewnianych kładkach, zawieszonych około pół metra nad ziemią. Teren był dobrze oświetlony, więc również w nocy można było bezpiecznie się po nim poruszać. Widok oszałamiający. Z miejsca wpadliśmy w zachwyt, który towarzyszył nam aż do końca pobytu. Oczywiście zamieszkaliśmy tutaj. Wewnątrz, jak się później okazało, nie było zbyt komfortowo: tradycyjnie skrzypiący wentylator, dwa łóżka, łazienka z prysznicem, do tego sporo robactwa na ścianach i podłodze oraz grzyb na suficie – początek września to w Tajlandii pora deszczowa i turystycznie okres posezonowy. Z drugiej strony brak upału oznacza dużo niższe ceny niż w sezonie. Pomimo pewnych niedogodności warto jednak było tam zamieszkać chociażby dla egzotycznej roślinności wokół domków.

Jak spędzaliśmy dni na wyspie? Zgodnie z planem: wypoczynkowo-turystycznie – zażywaliśmy kąpieli w ciepłym, lazurowym morzu, plażowaliśmy (niestety, ostatnie dwa dni były deszczowe), spacerowaliśmy wzdłuż wybrzeża, a w miejscach skalistych – nie do przejścia – „zdobywaliśmy” wyspę, idąc „górą”, czyli krętą ulicą, opasującą ją wokół). Dla niektórych sporym utrudnieniem mogą być olbrzymie różnice poziomów, powodujące duże zmęczenie. Mimo to można obejrzeć wiele ciekawych miejsc – wodospady, strumienie, świątynie, plantacje kauczuku, hodowle słoni, oddalone od naszego hoteliku inne plaże, ale też przydrożne knajpki, oferujące wyśmienite i niedrogie posiłki, kramy z zupełnie inaczej niż u nas smakującymi i bardzo tanimi owocami – mango, ananasami, bananami. Niektórych turystów kusiły gabinety oferujące masaż tajski czy wykonanie tatuażu. Wiele osób, mających prawo jazdy i umiejętność czy odwagę przestawienia się na ruch lewostronny, wypożyczało motocykle i przy ich pomocy poznawało odległe zakątki wyspy. Na Koh Chang był internet, można więc było nawiązać kontakt z odległym krajem.

Pamiętam, że wtedy, po prawie miesiącu pobytu w innym, nieznanym wcześniej świecie, już troszkę tęskniłam za codziennością. Z kolei miesiąc temu, gdybym tylko mogła, z ogromną chęcią zamieniłabym te zbyt długo towarzyszące nam zimowe krajobrazy na rajskie widoczki. A więc do spotkania w ciepłych  krajach…

Renata Nowacka-Pyrlik

 

Na początek

 

zdrowie 

Pączek w maśle

 

Kiedyś panowało przekonanie, że małe dziecko powinno przypominać amorka: być różowe, pulchne i tłuste. Okrągła główka, zadarty nosek i pucołowate policzki były sygnałem wyzwalającym instynktowną życzliwość u ludzi. Zachwyt nad „słodkim maleństwem” szybko przekładał się w działanie: „dajmy mu coś do jedzenia”.

 

Ale w czasach, gdy nasi dziadkowie wychowywali swoje dzieci, nie było chipsów, hamburgerów i przesłodzonych napojów oraz reklam oferujących te i inne przekąski. Wszyscy się więcej ruszali, łatwiej więc spalali zbędne kalorie. Nie było wtedy epidemii otyłości. Dziś jest inaczej: nawyk tuczenia dzieci pozostał, a sprzyja mu „śmieciowe” jedzenie i mało aktywny tryb życia. Zapominamy, że z pulchnych berbeci wyrosną otyli i schorowani dorośli, bo w dzieciństwie, kiedy buduje się organizm, tworzymy rezerwy zdrowia na całe życie.

Polskie dzieci należą dziś do najgrubszych w Europie. Co trzeci jedenastolatek ma nadwagę. Według raportu NIK prawie co piąte dziecko jest otyłe, co stanowi około 20 procent populacji młodych Polaków. Jest uzasadniona obawa, że niedługo dogonimy w tej niechlubnej statystyce Stany Zjednoczone, gdzie ta sprawa stała się już problemem społecznym. Podstawowy błąd, jaki w żywieniu dzieci popełniają rodzice, to serwowanie potraw zbytnio przetworzonych, bez niezbędnych witamin i minerałów, do tego zbyt tłustych i słodkich. Większość rodziców pracuje, więc o codziennym obiedzie domowym nie może być mowy, podobnie zresztą jak o regularności innych posiłków. Bywa, że dziecko rano nie zdąży zjeść śniadania, więc dostaje parę złotych, by w szkole sobie coś kupiło na przerwie. Najczęściej taką przekąską jest baton nadziewany słodkościami, ciastko, żelki lub chipsy, popijane barwioną chemicznie lemoniadą. Mimo że o konieczności zmiany asortymentu w szkolnych sklepikach mówi się już od kilku lat, praktycznie niewiele się zmieniło. Ten sam raport NIK stwierdza, że blisko 90 procent tych placówek sprzedaje nadal niezdrową żywność, a jedna trzecia szkół nie zapewnia uczniom obiadu. Z kolei co czwarta z tych, które oferują obiady, gotuje je niezgodnie z zaleceniami dietetyków: są one mączne, tłuste, z nadmiarem cukru i soli, do tego często zimne. Należy wątpić, czy zarządzona przez władze oświatowe likwidacja kuchni szkolnych i zastąpienie ich cateringiem zmieni sytuację na lepszą. O tym, jak ważna to sprawa, by dzieciom w trakcie dorastania dostarczać odpowiedniego budulca dla ich rozwoju umysłowego i fizycznego, niech świadczy fakt, że Skandynawowie już dawno temu wiedzę o żywności wprowadzili do szkół jako przedmiot obowiązkowy.

Oprócz niewłaściwej diety do nadwagi przyczynia się brak ruchu. Dzieci nie chcą ćwiczyć: według nich zajęcia z wychowania fizycznego to obciach. Zgodnie z raportem NIK sprzed dwóch lat aż 33 procent uczniów szkół podstawowych i 21 procent gimnazjalistów sądzi, że szkolny wf. jest nudny, co być może nie odbiega od prawdy. Nic dziwnego, że nasze dzieci, będąc coraz grubszymi, są jednocześnie coraz słabsze i mniej sprawne fizyczne. Jak zbadał dr Janusz Dobosz z warszawskiej AWF, 30 lat temu siedmioletni chłopcy skakali w dal z miejsca 129 cm, a dzisiaj ledwo 109 cm. Wynik siedmioletniej dziewczynki również pogorszył się ze 122 cm do 105. Jednocześnie nasze 11-latki są na pierwszym miejscu pod względem czasu spędzanego przed komputerem. 45 procent deklaruje, że zajmuje im to w ciągu dnia więcej niż dwie godziny.

To wszystko przekłada się na samopoczucie i stan psychiczny. Dzieci, które jedzą niezdrowo, są otyłe i nie lubią się ruszać, znacznie częściej niż inni mają obniżone poczucie własnej wartości, negatywne emocje i frustracje – mówią psychodietetycy. Nadwaga oznacza kłopoty ze zdrowiem: okrąglutkie pociechy ryzykują chorobę niedokrwienną serca, mają zwiększoną podatność na cukrzycę, nadciśnienie, uszkodzenie układu kostnego, osłabioną odporność, a dziewczynki dodatkowo większą skłonność do nowotworów piersi. A to tylko wierzchołek góry lodowej – mamy ponad 80 chorób, których przyczyną jest niewłaściwa dieta.

Co robić, kiedy już wpędziliśmy nasze dzieci w otyłość i chcemy, żeby się jej pozbyły? Nie należy ich odchudzać po amatorsku (a już broń Boże przy pomocy „cudownych diet” reklamowanych w gazetach i telewizji). Chodzi o to, by ograniczając liczbę kalorii, nie zmniejszać ilości dostarczanych składników odżywczych i witamin. Wiek przedszkolny i szkolny jest bowiem okresem bardzo intensywnego wzrostu i aktywności umysłowej. Jedno i drugie wymaga dostarczenia najwyższej jakości „paliwa”. Warto więc zwrócić się do lekarza dietetyka o poradę, jak zmienić dotychczasowe nawyki żywieniowe. Recepta nie jest ani przesadnie droga, ani trudna do realizacji. Wystarczy unikać potraw smażonych, dodawania tłuszczu podczas gotowania, nie dodawać go także do już przyrządzonych dań (na przykład nie polewać ziemniaków masłem); usuwać widoczny tłuszcz z mięsa i wybierać produkty „chude”; masło do smarowania pieczywa zastępować margaryną wysokiej jakości; nie słodzić napojów (herbaty) i potraw (na przykład placków); do każdego z posiłków dodawać warzywa; zamiast słodyczy, dawać na deser owoce (świeże, mrożone), jogurty; używać niskotłuszczowych produktów mlecznych; ograniczyć ilość żółtego sera.

Ważne, by dziecko przed wyjściem z domu zjadało śniadanie (ponad 20 procent ogółu pytanych dzieci mówi, że spożywa je tylko jeden, dwa lub trzy razy w tygodniu). Najprostsze do przyrządzania, a przy tym zdrowe śniadanie to mleko i płatki z pełnego ziarna. Wpływają one lepiej na regenerację organizmu niż napoje izotoniczne dla sportowców. Zapewniają na długo sytość i energię zarówno dla mięśni, jak i dla mózgu, bo trawi się je powoli. Zanim uwierzymy w „prozdrowotne” deklaracje na opakowaniach płatków, które kupujemy, warto zwrócić uwagę na to, co naprawdę zawierają. Ważne, by pochodziły z ziaren pełnego przemiału, bo tylko te są bogate w bezcenne witaminy z grupy B, witaminy E, PP, mikroelementy oraz błonnik. Płatki z różnymi dodatkami (owoce, jogurt, bakalie prażone z miodem itp.) to głównie cukier i tłuszcz, „wzbogacone” farbowaną żelatyną i innymi chemikaliami. Najzdrowiej i najtaniej jest przygotować musli śniadaniowe samemu, mieszając płatki z pełnego przemiału – pszenne, żytnie czy owsiane – z orzechami, pestkami słonecznika czy dyni oraz świeżymi, pokrojonymi owocami sezonowymi.

Dzieci powinny jeść posiłki przygotowywane w domu – mówią lekarze dietetycy. – Najlepiej, żeby cała rodzina spożywała je wspólnie. Z badań wynika, że dzieci, które jadają w ten sposób – nawet jeśli są to obiady tradycyjne, czyli schabowy i ziemniaki – odżywiają się zdrowiej niż te, które jedzą fast foody. Rodzice odchudzający swoje dzieci powinni koniecznie wprowadzić do jadłospisu ryby, owoce i świeże warzywa. Te ostatnie najlepiej przygotowywać na parze albo krótko obgotować, zamiast, jak to mamy w zwyczaju, rozgotowywać na miazgę. Wysoka temperatura niszczy w nich nie tylko witaminy i minerały, lecz przede wszystkim kwas foliowy, niezbędny dla pracy układu nerwowego i mózgu.

Jak zachęcić nastoletniego grubasa, by przestał jeść czekoladę i chipsy, a także zaczął się ruszać, bo inaczej będzie coraz grubszy i chory? Nie jest to łatwe, bo dzieci w tym wieku mają już swoje nawyki i gusty.
– Nie mów małemu, że jest na diecie – radzą psycholodzy. Dzieci uczą się wyłącznie na przykładach. Jeśli naprawdę chcesz odchudzić swoją pociechę, sam musisz jeść zdrowo i dużo się ruszać. Dziecko nie może być jedyną osobą w rodzinie, która dba o linię. Wszystkie rytuały: sprawdzanie wagi, zajęcia sportowe itp. powinny być obowiązkiem reszty domowników, nie wyłączając babci i dziadka. Warto oczyścić dom ze śmieciowego jedzenia: chipsów, ciastek, słodyczy, gazowanych napojów, by nie „wodziły na pokuszenie”. Z powodzeniem mogą je zastąpić pokrojone w słupki warzywa i owoce jako przegryzka między posiłkami.

Robi się coraz cieplej. Dlatego, zamiast spędzać weekendy na zakupach czy sprzątaniu (mama) lub oglądaniu meczów w telewizji (tata), warto ruszyć z dziećmi w plener. W mieście – na plac zabaw z siatkami z linek, torami przeszkód, drabinkami. Niech się wspinają i podciągają. Jeśli w okolicy nie ma „małpiego gaju”, cała rodzina może pojechać na wycieczkę rowerową. Na początek – na 20-30 minut, a z tygodnia na tydzień – na coraz dłużej. Dzieci powinny mieć przemyślany wysiłek fizyczny co najmniej trzy razy w tygodniu. Kiedy już złapią bakcyla sportu, być może szkolny wf. przestanie być tylko nudą i utrapieniem. To ostatnie zależy w dużej mierze od nauczycieli tego przedmiotu. Jeśli są trenerami z prawdziwego zdarzenia, potrafią dobrze zorganizować uczniom czas i zyskać ich posłuch. W późniejszych klasach podstawówki dzieci szukają autorytetu, wzoru do naśladowania. Dobrze, żeby wtedy pojawił się w ich życiu taki trener (na przykład lekkiej atletyki lub jakiejś sztuki walki), który wykorzysta atuty swoich podopiecznych i popracuje nad słabszymi stronami motoryki. Są kluby, które proponują chętnym różnego rodzaju zajęcia sportowe. W przypadku dzieci na początku jest to zwykle trening ogólny, tzw. gry i zabawy: przewroty, skoki, biegi, tory przeszkód, sztafety. To rozwija najmłodszych ruchowo, pozwala trenerowi ocenić ich zdolności i podpowiedzieć rodzicom, jak je ukierunkować.

Warto przy tym pamiętać, że odchudzanie dziecka nie jest kwestią dwóch tygodni czy kilku miesięcy. Wymaga zmiany trybu życia i trwa do dorosłości.

(BWO)

 

Na początek

 

ruszajmy się 

Modelowanie sylwetki

 

Tegoroczna zima była bardzo długa. Naturalne jest, że każdy człowiek o tej porze roku przybiera na wadze. Gdy jest chłodno, chce się jeść więcej i bardziej tłusto. Kiedyś spowodowane to było między innymi sezonowym dostępem do świeżej żywności pochodzenia roślinnego, dziś jednak przez cały rok możemy jeść owoce i warzywa, ale stare przyzwyczajenia często zostają. Jak zadbać o siebie na wiosnę?

 

Lato przyjdzie, nim się obejrzymy. Każdy będzie chciał zaprezentować się jak najlepiej. Wizerunek odgrywa przecież ważną rolę w życiu. Tak jak dbamy o schludne ubranie, tak i nasze ciało powinno wyglądać estetycznie.

Wcześniej pisałem o tym, jak zrzucać zbędne kilogramy, czyli pozbywać się niechcianych złogów tłuszczu. Jest to podstawą utrzymania zgrabnej sylwetki, dobrego zdrowia i samopoczucia. Nadwaga zwiększa ryzyko powstawania wielu chorób. Trzeba jednak pamiętać, że tkanka tłuszczowa jest niezbędna dla prawidłowego funkcjonowania człowieka, szczególnie kobiet, a tłuszcz jest ważnym składnikiem odżywczym. Nie można go zupełnie wyeliminować, chodzi o to, by pozbyć się nadwagi. Aby tak się stało, powinny zostać spełnione dwa warunki: odpowiednia racjonalna dieta (chodzi o rodzaj produktów, nie ich ilość) oraz umiarkowany, długotrwały, ciągły wysiłek, wykonywany systematycznie − najlepiej codziennie − przez więcej niż 30 minut.

Pozbyć się tkanki tłuszczowej to jedno. Wyrzeźbić swoje ciało to kolejna pozytywna rzecz. Słowo „rzeźbić” jest użyte poprawnie, ponieważ stosując odpowiedni trening siłowy lub wytrzymałościowy, możemy modelować naszą sylwetkę. Ćwiczeniami można zmieniać ciało, tak jak drewno zmienia swój kształt pod wpływem ruchu dłuta rzeźbiarza. Innymi słowy, możemy odjąć lub dodać tam, gdzie chcemy. Oczywiście wszystko w zakresie anatomicznych możliwości człowieka.

Aby to osiągnąć, trzeba zastosować odpowiednie ćwiczenia. Wybierając te segmentalne na określone partie ciała, będziemy oddziaływać głównie na miejsce, w którym pracują dane mięśnie, np. ramiona, brzuch, pośladki, uda itp. Możemy też wykorzystać ćwiczenia na wszystkie partie mięśniowe. W zależności od tego, co chcemy osiągnąć, możemy zastosować odpowiednio dwa rodzaje ćwiczeń: wytrzymałościowe lub siłowe.  

Trening wytrzymałościowy

Ćwiczenia o charakterze wytrzymałościowym wzmacniają mięśnie, a poprzez duże wykorzystanie tłuszczu podczas pracy dają efekt zmniejszenia wielkości danej partii ciała. Najczęściej ćwiczenia tego rodzaju stosuje się na te miejsca, które chcemy, żeby były płaskie (szczupłe). Pod tym względem najbardziej kłopotliwą częścią ciała jest brzuch i wszystkie programy treningowe na tzw. płaski brzuch opierają się na ćwiczeniach wytrzymałościowych. Polegają one na pracy z nieznacznym obciążeniem (np. pod ciężarem własnego ciała bądź jego części: tułowia, nóg, ramion) i wielu powtórzeniach (ten sam ruch powtarzamy powyżej 30 razy). Stosuje się kilka rodzajów ćwiczeń (3-4) na daną partię i kilka serii (2-5) danego ćwiczenia.  

Trening siłowy
(budujący tkankę mięśniową)

Stosując odpowiednie obciążenia, możemy pobudzić tkankę mięśniową do wzrostu. W takich ćwiczeniach spala się niewiele tłuszczu, ale można uwypuklić mięśnie, które chcemy uwidocznić czy ujędrnić dla dobrego wyglądu. Najczęściej na rozwijaniu górnych partii mięśni (klatki piersiowej, ramion i pleców) zależy mężczyznom. Kobiety wolą raczej kształtować dolne partie ciała, szczególnie uda i pośladki. Ćwiczenia siłowe przeważnie wykonuje się w siłowni. Najszybszy przyrost tkanki mięśniowej uzyskamy, stosując takie obciążenie, przy którym jesteśmy w stanie powtórzyć ruch 8-12 razy, a na kolejny nie mamy już siły. Ćwiczenie powtarza się 3-4 razy, stosując 3-minutowe przerwy wypoczynkowe. Podczas jednej sesji treningowej powinno stosować się 3-4 rodzaje ćwiczeń na daną partię mięśniową. Kiedy nie mamy odpowiedniego sprzętu treningowego, możemy wykorzystać ćwiczenia z obciążeniem własnego ciała, ale wykonujemy wtedy około 12-15 powtórzeń z maksymalną prędkością ruchu. Wkładamy całą swoją siłę i robimy dane ćwiczenie bardzo szybko. Prędkość najbliżej koreluje z siłą i odwrotnie. Aby to osiągnąć, nie powinniśmy ruchu zatrzymywać. Wyprosty nóg z przysiadu (tzw. przysiady) powinniśmy wykonywać gwałtownie, aż do wyskoku, podobnie wyprost ramion w podporze z leżenia przodem, czyli pompki.

Najłatwiej uwidocznić różnicę w zaprezentowanych odmianach treningu na przykładzie osób, które stosują bardzo dużo ćwiczeń jednego bądź drugiego rodzaju. Porównajmy biegaczy: tych na krótkie dystanse (sprinterzy) i na długie dystanse (maratończycy). Pominę predyspozycje indywidualne i selekcję do tego sportu, ponieważ odgrywa ona ważną rolę, skupię się tylko na aspekcie treningowym, czyli na rodzaju wykonywanych ćwiczeń. Sprinterzy opierają swój trening głównie na ćwiczeniach szybkościowych i siłowych. Najczęściej są dobrze zbudowani, mają tzw. budowę atletyczną, czyli wyraźnie widoczne mięśnie. Natomiast maratończycy trenują głównie wytrzymałość poprzez ćwiczenia, które są w stanie wykonywać przez długi czas (np. bieg w umiarkowanym tempie). Są bardzo szczupli i ich mięśnie nie są aż tak rozbudowane. Oczywiście, żaden sportowiec nie pozwoli sobie na noszenie zbędnych kilogramów i zarówno sprinterzy, jak i maratończycy mają niewielkie ilości podskórnego tłuszczu.

Można również kompleksowo oddziaływać na organizm. Dlatego należy wyróżnić trzeci rodzaj treningu:  

Ćwiczenia ogólnorozwojowe

Mają one oddziaływać na całe ciało. Stosuje się różnego rodzaju wysiłki, najczęściej te wytrzymałościowe przeplata się szybkościowymi i siłowymi. Ich zadaniem jest harmonijne oddziaływanie na wszystkie mięśnie. Dobrym przykładem ćwiczenia całościowego jest bieganie albo pływanie. Ogólnie są to ćwiczenia wytrzymałościowe, ale możemy wzbogacić je o pokonywane bardzo szybko krótkie odcinki lub zastosować dodatkowe obciążenie (płetwy lub łapki w pływaniu albo pokonywanie wzniesień w bieganiu − tzw. podbiegi). Trening taki spala tłuszcz w całym ciele i pobudza do rozrostu różne partie mięśni. Uzupełnia się go dodatkowo urozmaiconymi ćwiczeniami w miejscu (głównie siłowymi) i nie zapomina się o zastosowaniu różnego rodzaju pozycji rozciągających mięśnie.

Mając odpowiednią wiedzę lub konsultując się ze specjalistą (np. trenerem personalnym), możemy modelować naszą sylwetkę w kierunku, który nas zadowoli. Dzięki stosowaniu odpowiednich ćwiczeń można diametralnie zmienić swoje ciało. Potrzeba, co prawda, wytrwałości, bo efekty przyniesie tylko systematyczna praca. Po jednym, nawet najbardziej wyczerpującym treningu, nie zauważymy efektu. Ale ćwicząc kilka razy w tygodniu, po paru miesiącach możemy spostrzec znaczną różnicę w wyglądzie. By zdążyć do lata, trzeba zacząć już dziś.

Krzysztof Koc

 

Na początek

 

szkolenie 

Gramy w szachy

Pozycyjna ofiara pionka (cz. II)

W tym odcinku przedstawiam kolejne przykłady poświęcenia pionka dla uzyskania pozycyjnych korzyści na szachownicy. Mam nadzieję, że będą one zachętą do podobnych praktyk, zwłaszcza wśród młodych szachistów.

 

„Skoczkowe tango”

M. Sadler – V. Bologan

Enghien-les-Bains 1999

1.d4 Sf6 2.c4 Sc6 Komentujący partię am. Bologan nazwał ten oryginalny debiut „skoczkowym tangiem”. Autorem pomysłu jest rosyjski szachista Wiaczesław Czebanienko. Idea jest podobna do obrony Alechina: skoczki prowokują białe pionki do marszu, aby potem rozpocząć ich likwidację. W partii białe reagują spokojnie i powstaje struktura zbliżona do obrony królewsko-indyjskiej 3.Sf3 e6 4.a3 d6 5.Sc3 g6 6.e4 Gg7 7.h3 0–0 8.Ge3 We8 9.Gd3!? Białe nie chcą dopuścić, aby po ewentualnym e7-e5 i odpowiedzi d4-d5 czarny skoczek wkroczył na d4: 9...e5?! 10.d5 Sd4 11.S:d4 ed4 12.G:d4 Gf5 13.f3 z przewagą 9...Sd7 10.Ge2!? e5 11.d5 11...Sd4!? Ciekawe poświęcenie za aktywną grę po czarnych polach. Nie było zresztą specjalnego wyboru: po 11...Se7 12.g4 białe miały dużą przewagę 12.S:d4 ed4 13.G:d4 G:d4 14.H:d4 Sc5 15.Wd1 Przed 15…Sb3 broniło również 15.Gd1, ale dawało to czarnym możliwość zagrania 15…S:e4 16.S:e4 f5 15...Hg5! 16.Gf3 Białe nie chcą rezygnować z roszady. Na 16.Kf1 też nastąpiłoby 16…f5 16...f5 17.0–0 f4! Czarne wolą grać aktywnie bez pionka, niż przejść do trochę gorszej końcówki na równym materiale po 17...fe4 18.S:e4 S:e4 19.G:e4 G:h3 20.f4 He7 21.Wfe1!? Gg4 22.G:g6 H:e1+ 23.W:e1 W:e1+ 24.Kf2 We2+ 25.Kg3 18.Kh2 Sd7! Skoczek zmierza na idealną placówkę na e5 19.Gg4 Se5 20.G:c8 f3! Ważne wtrącenie. Znacznie słabsze było 20...Wa:c8?! 21.f3 21.g3 Przegrywało 21.Gg4? S:g4+ 22.hg4 Hh4+ 23.Kg1 H:g4 24.g3 Hh3 21...Wa:c8 22.Wh1 Na zabranie drugiego pionka nie ma czasu: 22.H:a7 Sg4+ 23.Kg1 Hh5 24.h4 g5 itd. 22...a6 Ważny moment w partii. Czarne mają rekompensatę za pionka. Am. Bologan podaje, że w przypadku 23.b3 planował atak na króla: We7, Wf8-f6, Hh6, g6-g5 23.Hd2!? Białe decydują się oddać pionka, ale uprościć pozycję i przejść do mniej więcej równej końcówki 23...H:d2 24.W:d2 S:c4 25.Wd4 Se5 26.Wc1? Poważny błąd, po którym pozycja staje się trudna. Należało zapewnić królowi drogę do centrum: 26.g4! Kf7 27.Kg3 h5 28.g5= 26...h5 27.Sb1 g5 28.Sd2 g4 29.h4 Kf7 30.Kg1 We7 31.Kf1 Sd7 32.Wdc4 Sf6 33.W1c3 b5 34.Wd4 Sd7 35.Ke1 Sc5 36.b4?! Białe skazane są na pasywność. Ruch w partii umożliwia czarnym korzystne otwarcie linii „a”. Więcej szans na remis dawało 36.Kd1 a5 37.Kc2 36...Sa4 37.Wc6 a5! 38.ba5 Sc5 39.Kd1 Wa8 40.a6 S:a6 41.Wc3 Sc5 42.Kc2 Kf6 43.Wb4 Wa5 44.We3 We8 Przedwczesne było 44...Ke5?! 45.S:f3+! gf3 46.W:f3 S:e4 47.W:e4+ K:e4 48.We3+ K:d5 49.W:e7 W:a3 50.W:c7 i wygrać jest trudniej 45.Kc1 Ke5 46.Kc2 Wea8 47.Kb2 W8a6 48.Ka2 Wa4 49.W:b5 Wb6! 50.W:b6 cb6 51.Kb2 S:e4 52.Kb3 Wd4 Według komentatora partii, szybciej i prościej wygrywało 52...b5 53.S:e4 W:e4 54.W:e4+ K:e4 55.Kb4 Kd3 53.S:e4 W:e4 54.W:e4+ K:e4 55.Kc4 b5+! 56.K:b5 Kd3! 57.Kc6 Lub 57.a4 Ke2 58.a5 K:f2 59.a6 K:g3 60.a7 f2 61.a8H f1H+ 62.Kc6 Hf4 też z wygraną dla czarnych końcówką hetmańską 57…Ke2 58.K:d6 K:f2 59.Ke5 K:g3 60.d6 f2 61.d7 f1H 62.d8H Kh3 63.Hd7 K:h4 0–1 

Idea podobna do powyższej partii, czyli poświęcenie pionka w celu uzyskania silnej placówki dla skoczka, występuje w praktyce mistrzów bardzo często:

 

H. Pilnik – J. Geller

Goeteborg 1955

Białe: Kg1, He2, Wd1, Wf1, Gc2, Gc3, a2, b2, c4, d5, f3, g2, h2

Czarne: Kg8, Hd8, Wa8, Wf8, Gf6, Sd7, a4, c5, d6, e5, f5, g6, h7

22...e4!? 23.G:f6 H:f6 24.fe4 f4! Teraz skoczek z dużą siłą wkracza na centralne pole i nie ma możliwości jego wymiany 25.Wf2 Se5 26.Wdf1 Hh4 27.Gd1 Wf7 28.Hc2 g5 Początek pionkowego ataku na króla, wspomaganego przez ciężkie figury i skoczka. Białe nie mają zadowalającej obrony, nadwyżkowy piechur tylko ogranicza pracę ich bierek 29.Hc3 Waf8 30.h3 h5 31.Ge2 g4! 32.W:f4 W:f4 33.W:f4 W:f4 34.g3 Sf3+?! Szybko kończyło grę także 34…H:h3 35.gf4 g3 35.Kf2 H:h3 36.gf4 g3+ 37.K:f3 g2+ 38.Kf2 Hh2 0–1

 

M. Botwinnik – A. Pomar

Olimpiada szachowa, Warna 1962

Białe: Kg1, Hd1, Wa1, Wf1, Gc1, Gg2, Sd2, Sh4, a2, b2, c4, d3, e4, f4, h2

Czarne: Ke8, Hc7, Wa8, Wh8, Gd6, Ge6, Sc6, Se7, a7, b7, c5, d4, f6, g7, h7

12.e5! fe5 13.f5 Gf7 14.Se4 0–0–0 Czarne decydują się natychmiast zwrócić pionka. Po 14...Sc8 15.Hg4 Gf8 16.f6 g6 17.Sg5 Sd6 18.S:f7 S:f7 (18...H:f7? 19.Gd5) 19.He6+ Kd8 20.Gd5 ich sytuacja była bardzo zła 15.Hg4 Kb8 16.H:g7 Białe zachowały przewagę pozycyjną. Na dalszy ciąg partii duży wpływ miały obustronne niedoczasowe błędy 16…Gh5 17.Wf2?! Lepsze 17.S:d6 H:d6 18.f6 z dalszym Sf5, ale białe prawdopodobnie nie brały pod uwagę możliwości wymiany silnego skoczka za pasywnego gońca… 17...h6 18.Gd2 Wdg8 19.Hf6 Sc8 20.Sg6 G:g6 21.fg6 Ge7 22.Hf7 Sd8 23.Hf5 Gh4 24.Wf3 Se7 25.Hh3 S:g6 26.Sf6 G:f6 27.W:f6 He7?! (27...Hg7) 28.Waf1 Sf4?? 29.W6:f4! ef4 30.G:f4+ 1–0

 

L. Poługajewski – P. Biyiasas

Petropolis 1973

Białe: Kg1, Hd1, Wa1, We1, Gc1, Gd3, Sc3, Sf3, a2, b3, d5, e4, f2, g2, h2

Czarne: Kg8, Hd8, Wb8, Wf8, Gc8, Gd6, Sd7, Sf6, a6, b5, c5, e5, f7, g7, h7

Zgodne z duchem pozycji jest zagranie a2-a4, aby uzyskać dla figur dostęp do białych pól na skrzydle hetmańskim. Natychmiastowe 14.a4?! jest jednak niedokładne, z uwagi na możliwą reakcję 14…c4! 15.bc4 b4 16.Se2 Sc5 i czarne mają pełną rekompensatę za pionka. Niezbędna jest więc odpowiednia profilaktyka 14.Gf1! We8 15.a4! b4 Teraz na 15...c4 nastąpiłoby 16.ab5 ab5 17.bc4 b4 18.Sb5 16.Sb1 Sb6 17.Sbd2 We7 18.Gb2 Se8 19.Wc1 f6 20.a5 Sa8 21.Sc4 Wc7 22.Sfd2 Gd7 23.f4 He7 Lub 23…ef4 24.S:d6 S:d6 25.e5! 24.fe5 fe5 25.S:d6 S:d6 26.Sc4 S:c4 27.G:c4 (27...Hd6 28.G:e5!) 1-0

Często ofiara pionka za inicjatywę jest korzystną alternatywą dla gorszej pasywnej pozycji:

 

Obrona Caro-Kann

T. Radjabow – L. Nisipeanu

Medias 2011

 

1.e4 c6 2.d4 d5 3.Sc3 de4 4.S:e4 Gf5 5.Sg3 Gg6 6.Sh3 e6 Ciekawe jest tutaj 6...Sf6 7.Sf4 e5!? 7.Sf4 Gd6 8.h4 G:f4 9.G:f4 h6 10.c3 Sf6 11.Hb3 Sd5 12.Gd2 Po 12.H:b7? S:f4 13.H:a8 Hb6 białe miały kłopoty 12…Hc7 13.c4 Sf6 14.Ha3

 

14...c5!? Interesująca ofiara. Po 14...Sbd7 15.Gb4 c5 16.dc5 a5 nie podobało się czarnym 17.c6!? H:c6 18.Gd6 i nie można zrobić roszady 15.dc5 Zasługiwało na uwagę przejście do końcówki po 15.H:c5!? H:c5 16.dc5. Rumuński arcymistrz zamierzał wówczas grać 16...Sfd7! (Słabsze 16...Sbd7 17.c6 bc6 18.Ge2 Se5 19.Gc3) 17.Gc3 0–0 18.h5 Gh7 19.b4 a5 20.a3 ab4 21.ab4 W:a1+ 22.G:a1 Sc6 23.Gc3 Wa8 również z rekompensatą za pionka 15...0–0 16.Ge2 Sc6! Czarne stawiają na aktywność i nie próbują odzyskać pionka po 16...Sbd7 z dalszym a7-a5 i Wac8 17.0–0 Jeśli 17.Ge3, to 17…a5 z dalszym Sb4 17...Sd4 18.Gd1 Po 18.Gd3 czarne zamierzały grać 18…Wad8! 19.G:g6 fg6 20.Ga5 b6 21.cb6 ab6 22.Gb4 Wf7 23.Wad1 Sg4 z silną inicjatywą 18...a5 Możliwe było natychmiastowe 18…Wfd8, gdyż wariant 19.Ga5 b6 20.Gb4 Sd7 21.cb6 ab6 22.Hc3 Se5 był korzystny dla czarnych 19.Wc1 Wfd8 20.Ge3 Sc6!? 21.Gf3 Se5!? Skoczek zmierza na g4 22.Ge2 Seg4 23.G:g4 Lub 23.Wfd1 S:e3 24.H:e3 Sd7 z równymi szansami 23...S:g4 24.Wfd1 He5! 25.Sf1 Hf6 26.W:d8+?! Po tej niedokładności czarne uzyskują przewagę. Należało grać 26.Wd6 H:h4 27.Wcd1 Wdc8 z trudną do oceny pozycją 26...W:d8 27.H:a5 Wd3 28.Ha8+ Po 28.He1 H:b2 29.Wb1 W:e3 30.S:e3 H:b1 31.H:b1 G:b1 32.S:g4 G:a2 powstawała trudna dla białych końcówka 28...Kh7 29.H:b7 W:e3! 30.fe3 Hf2+ 31.Kh1 H:h4+ 32.Kg1 Hf2+ 33.Kh1 Hh4+ Czarne godzą się z pokojowym zakończeniem partii. Według am. Suby, można było próbować grać na wygraną po 33…Se5! 34.Sh2 Hh4 35.Kg1 Ge4 36.Hb4 Hg5 37.Hd2 G:g2! 34.Kg1 1/2-1/2

Poświęcenie pionka za pozycyjne korzyści stanowi główną ideę niektórych otwarć szachowych:

 

Gambit wołżański

D. Gurevich – L. Alburt

Filadelfia 1982

1.d4 Sf6 2.c4 c5 3.d5 b5 4.cb5 a6 5.ba6 d6 6.Sc3 G:a6 7.Sf3 g6 8.e4 G:f1 9.K:f1 Gg7 10.g3 0–0 11.Kg2 Sbd7 12.h3 Hb8 Możliwe jest inne rozstawienie figur: 12…Wa6 13.Gg5 h6 14.Gd2 Ha8 15.We1 Wb8 16.b3 Se8 17.We2 c4!? 18.bc4 Wc8 z silną presją 13.Hc2 Sb6 14.We1 Hb7 15.Wb1 Sfd7

 

W rozegranym gambicie czarne uzyskują silne naciski po liniach „a” i „b”. Ponadto w tym konkretnym wariancie planowane jest również otwarcie dużej przekątnej, aby stworzyć zagrożenie królowi 16.b3 f5! 17.ef5 Bezpieczniejsze było 17.Gb2 lub 17.Gd2 17…W:f5?! Pierwsza niewykorzystana okazja czarnych. Po 17...G:c3! 18.H:c3 S:d5 19.Hc4 S7b6 20.He4 W:f5 odbierały materiał, zachowując inicjatywę 18.W:e7 Waf8? Kolejny błąd, po którym do głosu dochodzą białe. Wyrównane szanse zapewniało 18…Gf6 lub 18...W:f3!? 19.K:f3 Se5+ 20.W:e5 G:e5 19.Gf4 Gf6 20.Wbe1! G:e7 21.W:e7 Role się odwróciły – teraz białe są bez materiału, ale z bardzo silnym atakiem 21…Sc8?! Przegrywało 21…S:d5 22.S:d5 W:d5 23.He4, ale należało spróbować 21...W8f7 22.We3 Sdb6 23.Gh6 Wd8 Do przegranej końcówki prowadziło 23…S:d5 24.S:d5 H:d5 25.G:f8 W:f8 26.He4 24.He2 Hd7 25.g4! Wf7 26.Sg5 We7 27.Sce4 W:e4 Lub 27...S:d5 28. Hc4 Scb6 29.Sf6+ Kh8 30.W:e7 H:e7 31.S:d5 28.S:e4 S:d5 29.Wd3 Sce7 30.Hf3 He6 31.W:d5! (31…S:d5 32.Sg5) 1–0 Porażka czarnych w tej partii nie powinna zniechęcić do gambitu, bo to nie debiut był winien…

Ryszard Bernard

 

Na początek

 

Gramy w warcaby

W dniach od 7 do 14 marca 2013 roku w Krynicy rozegrano półfinał indywidualnych mistrzostw Polski w warcabach stupolowych Stowarzyszenia „Cross”. W turnieju udział wzięło 45 zawodników i 3 zawodniczki mające kwalifikacje. Do ostatniej rundy trwała zacięta walka o 9 miejsc premiowanych awansem do finału. Rozegrano wiele bardzo interesujących partii. Jeden z faworytów, Michał Czarski, dopiero w 7. rundzie zapewnił sobie udział w finale, pokonując Mirosława Grabskiego.

Mirosław Grabski („Łuczniczka”

Bydgoszcz) – Michał Czarski

(„Hetman” Lublin)

 

1. 32-28 18-23 2. 33-29 23x32 3. 37x28 20-25 4. 41-37 14-20

W tej pozycji najczęściej gra się 4... 17-21 lub 12-18. Po niedokładnym zagraniu czarnych białe mogły odpowiedzieć 5. 28-23 19x28 6. 29-24 20x29 7. 34x32, pozostawiając czarnym słaby bandowy kamień na 25.

5. 37-32 17-22 6. 28x17 12x21 7. 32-28 10-14

Czarne nie mają możliwości założenia rogatki posunięciem 7... 19-24, na co białe odpowiedziałyby 8. 31-26 24x22 9. 26x28 i czarne zostają ze słabym kamieniem na 25. Lepsze było 7... 20-24 8. 29x20 25x14.

 8. 28-23! 19x28 9. 29-24 20x29 10. 34x32

Czarne dopuściły do wymiany, po której został im słaby kamień na 25.

10... 14-20

Znów dokładniejsze było 10. 21-26

 11. 32-28! 5-10 12. 39-34 10-14 13. 46-41

Z tym posunięciem można było jeszcze poczekać, grając krótkim skrzydłem 13. 44-39, 14. 39-33 itd.

13... 21-26 14. 41-37 11-17 15. 37-32! 26x37 16. 32x41

Białe uwolniły się od dobrze stojącego kamienia na 26 i uzyskały dużą swobodę w wyborze dalszego planu gry.

16... 17-21 17. 41-37 7-12 18. 37-32 6-11 19. 44-39 11-17 20. 39-33 12-18 21. 50-44 14-19 22. 44-39 1-7 23. 42-37 18-22!

 

Białe przejęły inicjatywę w centrum i mają znaczną swobodę gry. Celem czarnych jest zneutralizowanie aktywności silnego centrum białych i tylko szybka reakcja ze strony białych może pozwolić im na zachowanie przewagi. W tym celu należało zdecydować się na 24. 28-23 lub 24. 37-31 z dalszym 25. 31-27.

24. 47-42 7-12 25. 34-29?

Jeszcze nie było za późno na 25. 37-31 bez obawy przed wymianą 25... 21-27 26. 32x21 17x37 27. 42x31! Po zagraniu w partii powstał układ kamieni 29-35, co wiąże się z groźbą związania białych rogatką.

25... 13-18!

Białe nie mogą się wymienić na 24 z powodu braku kamienia na 44, tym samym nie mogą uciec od niekorzystnego układu 29-35.

26. 40-34 9-13 27. 49-44! 21-27

Związanie w rogatkę poprzez 27... 19-23 28. 28x19 13x24 prowadziło od razu do uwolnienia 29. 34-30 25x23 30. 33-28 22x33 31. 39x30

28. 32x21 17x26 29. 28x17 12x21 30. 33-28! 4-9?

Należało grać 30... 18-22 31. 28x17 21x12, zachowując możliwość związania białych rogatką.

31. 39-33?

Można było uwolnić się od zagrożeń ze strony czarnych i uzyskać inicjatywę po 31. 28-22 18x27 32. 29-23 19x28 33. 37-31 26x37 34. 42x33

31... 19-23!! 32. 28x19 13x24 33. 44-40

Groziła kombinacja 33... 18-23 i 34... 24-30 33... 18-22!

 

Pozycja białych jest już przegrana. Nie można zagrać 34. 37-32 22-27! 35. 32-28 9-13 36. 28-23 13-18 37. 23x12 8x17 Po 34. 38-32 22-27! 35. 42-38 Powstaje niezwykle rzadko spotykany przykład związania rogatkami z dwóch stron. Pozostało:

34. 37-31 26x37 35. 42x31 9-13!

Czarne przygotowały kilka kombinacji. Na 36. 38-32 lub 36. 48-42 nastąpi 36... 22-27 37. 31x22 24-30 38. 35x24 13-18, a na 36. 31-26 czarne przygotowały bardzo piękną kombinację 36... 22-28 37. 33x22 24x42 38. 48x37 20-24 39. 26x17 24-30 40. 35x24 13-18 41. 22x13 8x48 Białym pozostało grać 36. 31-27 22x31 37. 36x27 21x32 38. 38x27 13-18 39. 43-38 8-12 40. 38-32 12-17 41. 32-28 17-21, ale i w tym wariancie czarne wygrywają. W partii było:

36. 38-32 22-27 37. 31x22 24-30 38. 35x24 13-18 39. 22x13 8x37 i białe poddały się.

Dużej szansy awansu do finału nie wykorzystała wicemistrzyni Polski Ewa Spiczak-Brzezińska. Po 7. rundzie zajmowała
5. miejsce i w 8. rundzie w partii z Tomaszem Kuzielem uzyskała sporą przewagę pozycyjną, jednak w wyniku niedokładnej gry w drugiej części partii musiała pogodzić się z porażką.

 

Tomasz Kuziel („Łuczniczka” Bydgoszcz)

– Ewa Spiczak-Brzezińska („Warmia i Mazury” Olsztyn)

1. 32-28 19-23 2. 28x19 14x23 3. 37-32 10-14 4. 41-37 14-19 5. 33-28 Białe liczą na „nowicjusza” po 5... 5-10 lub np. 5... 17-216. 31-27 5-10? 7. 27-22 18x27 8. 38-33 27x29 9. 37-31 23x32 10. 34x5

5... 17-22 6. 28x17 12x21!

Czarne zwiększyły tempo do +4 i biciem na 21 zachowują możliwość postawienia klina.

7. 39-33 7-12

Dokładniejsze było 7... 5-10 i 8... 10-14

8. 44-39 1-7 9. 50-44 5-10 10. 31-26?

Należało grać 10. 34-26 23x34 11. 39x30, osłabiając silne centrum czarnych i odzyskując 2 tempa.

10... 21-27! 11. 32x21 16x27 12. 33-29 10-14 13. 37-32 11-16 14. 32x21 16x27 15. 46-41 7-11 16. 41-37

 

Czarne uzyskały wyraźną przewagę pozycyjną, którą można było utrzymać po 16... 2-7 z dalszym planem 18-22.

16... 20-24?

Duży pozycyjny błąd. Przy tego typu klinach zajmowanie pola 24 jest ostatnią częścią w planie gry. Poza tym, licząc się z możliwością wymiany klina, u czarnych powstaje otwarta pozycja z silnym centrum, w której zajęcie pola 24 też jest niekorzystne z uwagi na możliwość złapania czarnych w klasykę. Inną możliwością dla czarnych było 16... 20-25 z planem 14-20, 20-24, 25x14.

17. 29x20 15x24

Bicie 17... 14x25 jest jeszcze gorsze.

18. 38-32 27x38 19. 43x32 4-10 20. 34-30

 

Czarne mają możliwość zachowania sporej przewagi pozycyjnej, uwalniając się od własnego źle stojącego kamienia na 24, wymianą 20... 23-28 21. 32x23 19x28 22. 30x19 14x23 Powstaje otwarta pozycja z silnym centrum i możliwością dalszego zwiększenia tempa po wymianie kamienia 26.

20... 10-15?

Zejście na bandę nie jest niczym wymuszone.

21. 49-43 2-7 22. 37-31 11-17 23. 43-38 7-11 24. 31-27

Białe, chcąc ograniczyć aktywność silnego centrum czarnych, starają się sprowadzić partię do klasyki.

24...14-20?

Należało atakować kamień 27, dążąc do uwolnienia się od schematu pozycji klasycznej.

25. 39-33! 24-29 26. 33x24 20x29 27. 30-25 15-20 28. 25x14 9x20? Błąd decydujący o wyniku partii. Po biciu 28... 19x10 można było jeszcze się bronić.

29. 44-39 20-25 30. 39-34!

Czarnym grożą różne kombinacje i partia jest już praktycznie przegrana.

30... 19-24 31. 34-30 25x34 32. 26-21 17x26 33. 27-22 18x27 34. 32x21 26x17 35. 38-33 29x38 36. 40x16 17-22 37. 42x33 3-9 38. 48-43 22-27 39. 45-40 9-14 40. 47-42 14-19 41. 40-34 19-23

Dokładniejsze było 41... 8-12 bez obawy przed 42. 34-29 z powodu 24-30.

42. 43-38 13-18 43. 42-37!

Błędem byłoby 43. 34-30 23-29! 44. 30x19 27-32! i czarne przechodzą do damki.

43... 8-12 44. 34-30 24-29 45. 33x24 23-28 46. 24-19 27-32 47. 38x27 28-33 48. 19-14 33-39 49. 14-9 39-44 50. 9-3 44-50 51. 3x17 50x11 52. 16x7

I czarne się poddały.

Jan Sekuła

 

Sprostowanie

W numerze 4/2013 na stronie 22,
w wynikach półfinałów mistrzostw Polski w warcabach, wśród awansujących
z grupy A powinny znaleźć się następujące nazwiska:

Ryszard Biegasik,

Tomasz Kuziel,

Andrzej Jagieła,

Mirosław Mirynowski.

Za pomyłkę przepraszamy. 

Redakcja

 

Na początek

 

Zapraszamy do Iławy na obóz żeglarski

Termin: 12-26 lipca 2013 r.

Zdobądź kwalifikacje członka załogi
jachtu żaglowego!

Skorzystaj z wypoczynku, doskonałej rehabilitacji i weź udział w rywalizacji sportowej!

Poczuj wiatr w żaglach!

Stowarzyszenie Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących „Cross” zaprasza osoby pełnoletnie, które posiadają orzeczenie o znacznym lub umiarkowanym stopniu niepełnosprawności z powodu dysfunkcji wzroku i są członkami klubów Stowarzyszenia „Cross”, do udziału w obozie żeglarskim, organizowanym w dniach 12-26 lipca 2013 roku w Iławie na jeziorze Jeziorak. Istnieje możliwość wyjazdu z przewodnikiem.

Terenem żeglowania będzie cały akwen Jezioraka, najdłuższego jeziora  w Polsce, a w szczególności jego najbardziej atrakcyjna żeglarsko część północna. Uczestnicy  podzieleni zostaną na załogi i w czasie zajęć będą zamustrowani na stałe na poszczególnych jachtach. W programie obozu przewidziane są również regaty żeglarskie „O Błękitną Wstęgę Jezioraka”, ufundowaną przez wójta gminy Iława.

Aby uzyskać szczegółowe informacje o rekrutacji, zapraszamy do kontaktu z koordynatorem obozu – sternikiem jachtowym Stanisławem Piaskiem, tel.: (89) 648 3264, kom. 609539670.

Przyjazd uczestników planowany jest na dzień 12 lipca 2013 r. w godzinach popołudniowych do FHU „Leśna” na ul. Sienkiewicza 9 w Iławie. Zakwaterowanie w pokojach z pełnym węzłem sanitarnym. Baza  żywieniowo-noclegowa obozu będzie znajdować się w Iławie i Siemianach.

Obóz ma charakter rehabilitacyjno-sportowy, w związku z czym należy zabrać obowiązkowo obuwie i strój sportowy oraz nakrycie głowy, okulary przeciwsłoneczne i ubranie na różne warunki pogodowe.

Organizator zapewnia jachty kabinowe ze sprzętem ratunkowym oraz fachową kadrę instruktorską. Osoby nieumiejące pływać zobowiązane będą do żeglowania w kapokach.

ODPŁATNOŚĆ: każdy zakwalifikowany uczestnik obozu (dotyczy to również przewodników) zobowiązany jest wnieść opłatę za uczestnictwo w kwocie 600 zł na konto: 53 1160 2202 0000 0000 2094 0210, Bank Millenium 0/Iława. Istnieje możliwość dokonania wpłaty na miejscu u koordynatora  imprezy.

ZGŁOSZENIA należy składać do dnia
1 czerwca 2013 roku na formularzu pt. „Karta informacyjna  obozu dla dorosłych”, który jest dostępny na stronie www.cross.org.pl, w dziale „Aktualności” przy informacji o obozie. Formularz należy wydrukować i wypełniony przesłać na adres: Stanisław Piasek, 14-200 Iława, ul. Królowej Jadwigi 16A m. 4.

Karta kwalifikacyjna musi bezwzględnie zawierać:

– numer telefonu kontaktowego;

– pieczątkę macierzystego klubu Stowarzyszenia „Cross” i podpis prezesa;

– zgodę lekarza na uczestnictwo w obozie;

– załączoną kserokopię orzeczenia o niepełnosprawności z tytułu dysfunkcji wzroku. 

Uwaga! – przewodnik  niewidomego powinien również wypełnić formularz zgłoszeniowy oraz mieć zaświadczenie lekarskie o braku przeciwwskazań do uczestnictwa w ww. imprezie.

Nie będą przyjmowane zgłoszenia przekazane drogą telefoniczną.

Osoby zakwalifikowane zostaną powiadomione o możliwych sposobach dojazdu.

Rekrutacja trwa. Zapraszamy!