stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 5 (122) Maj 2015

Cross 5 /2015

ISSN 1427-728X

ROK XIII

Nr 5 (122)

Maj 2015 r.

MIESIĘCZNIK

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ,

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,

666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

 Skład, druk, oprawa i kolportaż:

EPEdruk Spółka z o.o.

ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

 

Miesięcznik dofinansowuje

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści:

Na podbój welodromu

Mirosław Jurek

Mistrzowska wiosna kręglarzy

Piotr Dudek

Piątka w Łapach po raz piętnasty

Mariusz Gołąbek

Seul na celowniku

Andrzej Szymański

Chłopaki nie płaczą

Kazimierz Gąska

Wiadomości

„Zając” na kręgielni

M. Dębowska

Kulturalne wizytówki Berlina

Ewa Górska

Trenuj śmiech

BWO

Slow jogging

Krzysztof Koc

Gramy w szachy

Ryszard Bernard  

Gramy w warcaby

Jan Sekuła

 

Na początek

 

kolarstwo

 

Na podbój welodromu

Pod koniec marca 2015 roku w holenderskim mieście Apeldoorn odbyły się parakolarskie mistrzostwa świata w konkurencjach torowych. Zawodnicy ZKF „Olimp” godnie reprezentowali Polskę wśród 140 uczestników z 30 krajów.

W imprezie wzięli udział: Anna Harkowska (klasa WC5) oraz tandemy Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek (klasa WB), Marcin Polak – Michał Ładosz i Przemysław Wegner – Artur Korc (klasa MB). Nasi kolarze zdobyli trzy medale – dwa srebrne oraz jeden brązowy – i uplasowali się na 11. miejscu w klasyfikacji medalowej.

Zanim zawodnicy rozpoczęli rywalizację sportową, podczas dwudniowych oficjalnych treningów mieli okazję zapoznać się z areną swoich przyszłych zmagań. Pomimo że większość poważnych zawodów kolarskich odbywa się obecnie na standardowych 250-metrowych drewnianych torach, to jednak specyfika każdego obiektu jest odmienna. Decydują o tym wielkość i rodzaj hali, geometria toru oraz gatunek drewna, z którego jest wykonana jego nawierzchnia.

Kompleks Omnisport Apeldoorn to nowoczesny, wielofunkcyjny obiekt oferujący 6500 m² powierzchni na działalność sportową, rozrywkową i biznesową, posiadający dwie hale. Większa z nich, mogąca pomieścić 5 tys. widzów, służy jako 250-metrowy welodrom oraz tor lekkoatletyczny o długości 200 metrów. Mniejsza hala ma 1500 miejsc dla kibiców i udziela gościny między innymi meczom siatkówki, piłki ręcznej i tenisa. Na zewnątrz znajduje się odkryte lodowisko z torem o długości 400 metrów i powierzchni 2500 m2, które czynne jest zimą średnio przez cztery tygodnie, natomiast w pozostałym okresie używane jest do jazdy na wrotkach i łyżworolkach.

Hala Omnisport już wcześniej gościła ważne imprezy w kolarstwie torowym – odbyły się tutaj mistrzostwa świata (2011 rok) oraz dwukrotnie mistrzostwa Europy (2011 i 2013). Tor w Apeldoorn ma dobrą opinię w środowisku kolarskim, a po naszych treningach mogliśmy tylko potwierdzić tę pozytywną ocenę. Jednak nawet w tak sprzyjających warunkach mogą zdarzyć się niebezpieczne sytuacje, czego potwierdzeniem był upadek, który podczas treningu przydarzył się holenderskiemu tandemowi. Poszkodowani zawodnicy zostali odwiezieni do szpitala, gdzie przebyli zabieg usuwania ogromnych drzazg pochodzących z nawierzchni toru. To niemiłe zdarzenie nie osłabiło ducha walki polskich reprezentantów, którzy z nadzieją rozpoczęli zawody. Ich celem było uzyskanie jak największej liczby punktów kwalifikacyjnych do igrzysk paraolimpijskich w Rio de Janeiro, a także walka o medale.

W pierwszym dniu rywalizacji Anna Harkowska z czasem 40,918 sekundy zajęła 6. miejsce w wyścigu na 500 metrów, Iwona Podkościelna i Aleksandra Wnuczek zajęły taką samą lokatę na dystansie 1 km w czasie 1:13,469, a Marcin Polak z Michałem Ładoszem, także w wyścigu na 1 km, wykręcili czas 1:05.349, który dał im 8. miejsce. Wymienione wyniki naszych reprezentantów można uznać za satysfakcjonujące, ponieważ wyścigi na 500 m i na 1 km to domena sprinterów, do których nasi zawodnicy nie należą. Po dniu przerwy, w którym ścigali się przedstawiciele innych klas, przyszła kolej na dłuższe dystanse dla naszych zawodników. W wyścigach na 3 i 4 km na dochodzenie najpierw odbywają się eliminacje na czas. Trzeci i czwarty rezultat uzyskany w eliminacjach daje prawo finałowej walki o brązowy medal, natomiast pierwszy i drugi czas eliminacji premiowany jest awansem do finału A, którego stawką jest złoto. W finałach, w których rywalizujące pary startują naprzeciwko siebie po dwóch stronach toru, czas nie jest istotny – liczy się zwycięstwo, a wyścig może się zakończyć bez przejechania całego dystansu, jeśli wygrywający doścignie swojego przeciwnika.

Na początek zmagań naszych zawodników wystartował tandem Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek, który w eliminacjach wyścigu na 3 km z czasem 3:44,472 (rekord Polski) zajął 5. miejsce. W rywalizacji tandemów męskich na dystansie 4 km najpierw zaprezentował się duet Przemysław Wegner – Artur Korc, który uzyskał czas 4:31,779 dający mu – jak się później okazało – 9. lokatę. Kolejny polski tandem w składzie Marcin Polak – Michał Ładosz zaprezentował się znacznie lepiej i z czasem 4:22,793 (rekord Polski) zajął znakomitą 3. pozycję zapewniającą awans do finału B! W polskim obozie nie opadły jeszcze emocje po tym wydarzeniu, gdy na starcie wyścigu eliminacyjnego na 3 km stanęła Anna Harkowska. Wkrótce mogliśmy się cieszyć z jej pewnego medalu, bo czas 3:54,453 dał naszej reprezentantce 2. lokatę i miejsce w finale A!

Walka o medale rozegrała się tego samego dnia w sesji popołudniowej zawodów. W wyścigu o brązowy medal przeciwnikami duetu Marcin Polak – Michał Ładosz byli utytułowani reprezentanci Hiszpanii – Avila Rodrigues Ignacio i Font Bertoli Joan, wicemistrzowie świata na 4 km z 2014 roku. Pojedynek był bardzo emocjonujący. Do połowy dystansu prowadzili Hiszpanie, potem szala zwycięstwa zaczęła przechylać się na korzyść Polaków, którzy imponując doskonałym finiszem, zdecydowanie pokonali rywali o niemal 6 sekund i czasem 4:22,186 ponownie poprawili rekord Polski. W ten sposób polski tandem zdobył pierwszy w historii brązowy medal na torowych mistrzostwach świata!

W finałowej walce na dystansie 3 km Anna Harkowska stanęła naprzeciwko swojej odwiecznej rywalki, reprezentantki Wielkiej Brytanii Sarah Storey. Pojedynek, podobnie jak podczas IP 2012 w Londynie i MŚ 2014 w Aguascalientes, zakończył się doścignięciem naszej zawodniczki przez Brytyjkę. Ten przegrany finał zaowocował jednak srebrnym medalem dla Anny Harkowskiej, co jest jej kolejnym wielkim sukcesem.

W ostatnim dniu mistrzostw tandemy rywalizowały w sprincie. Konkurencja ta zaczyna się eliminacjami, w których każdy tandem startuje oddzielnie w wyścigu na czas na dystansie 200 m ze startu lotnego. W kolejnych fazach rywalizacji (ćwierćfinał, półfinał, finał) rozgrywanych systemem pucharowym pary tandemów ścigają się w bezpośrednich pojedynkach, do dwóch zwycięstw.

W eliminacjach Iwona Podkościelna i Aleksandra Wnuczek uzyskały czas 12,872 i zajęły 6. miejsce dające im prawo do ćwierćfinałowego pojedynku z reprezentantkami Nowej Zelandii. W rywalizacji mężczyzn Marcin Polak i Michał Ładosz z czasem 10,937 zajęli 10. miejsce i odpadli z dalszej rywalizacji. Nie rozpaczali jednak z tego powodu, gdyż bezpośrednie wyścigi sprinterskie tandemów bywają niebezpieczne, o czym można było się wkrótce przekonać. Zażarty bój ćwierćfinałowy Australijek i Holenderek zakończył się groźnym upadkiem duetu pomarańczowych i wycofaniem się ich z dalszej rywalizacji. W wyścigach Polek nie było niebezpiecznych momentów, lecz emocji nie zabrakło. Nasze reprezentantki po heroicznej walce uległy Nowozelandkom w trzecim, decydującym biegu, a potem, zmęczone, przegrały z Greczynkami wyścig o 5. miejsce i zajęły ostatecznie 6. lokatę.

Jednak polskiej ekipie udało się zakończyć MŚ pozytywnym akcentem. Postarała się o to Anna Harkowska w konkurencji scratch – wyścigu grupowym na dystansie 10 km, w którym decyduje kolejność na mecie ostatniego okrążenia. Anna Harkowska pokonała w końcu Sarah Storey, ale mimo to nie zdobyła tęczowej koszulki mistrzyni świata. Tym razem w walce o tytuł ubiegła ją Amerykanka Greta Neimanas, a nasza reprezentantka powiększyła swoją pokaźną kolekcję srebrnych medali.

Udział polskiej reprezentacji w torowych MŚ w Apeldoorn zakończył się spektakularnym sukcesem, który jest potwierdzeniem talentu zawodników i owocem ich pracy. Największą sportową wartość mają zdobyte medale, lecz nie należy zapominać o punktach w kwalifikacjach paraolimpijskich, których Anna Harkowska uzbierała 132, Iwona Podkościelna i Aleksandra Wnuczek 88, a Marcin Polak i Michał Ładosz 76. To pokaźna zaliczka znacznie przybliżająca wymienionych zawodników do startu w Rio de Janeiro z szansami na medalowe sukcesy w konkurencjach torowych. Wymaga to jednak specjalistycznego szkolenia torowego, na wzór tego, które tandemy Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek i Marcin Polak – Michał Ładosz odbyły na obozie przygotowawczym w UCI World Cycling Centre w Aigle. Trudno w Polsce stosować szwajcarskie wzorce, ale próbować warto.

Mirosław Jurek

 

Na początek

 

kręgle

 

Mistrzowska wiosna kręglarzy

Wielkie spotkanie wszystkich liczących się w Polsce zawodników na tomaszowskiej kręgielni musiało zaowocować wspaniałą walką. A była to dopiero przygrywka przed najważniejszą krajową imprezą roku, która gościła w Brzesku. 

Mistrzostwa Polski w kręglach klasycznych 2015 zostały przeprowadzone na nieco odmiennych niż dotychczas zasadach. Istotną zmianą był brak podziału na strefy eliminacyjne A i B. Dzięki temu 99 zawodników z Polski północnej i południowej mogło spotkać się w Tomaszowie Mazowieckim w tym samym terminie, między 19 a 22 marca. Ponieważ na tym etapie wystarczyło zmieścić się w dziesiątce najlepszych zawodników w danej kategorii, faworyci mogli potraktować swój start treningowo. Pozostali toczyli zaciętą walkę o każdy punkt.

Tego problemu nie miały jedynie kobiety z kat. B1, bo startowało ich równo dziesięć. Już nie tak łatwo było u panów w tej samej kategorii. Tutaj o awansie zadecydowały drobne różnice punktowe – znaczenie miał naprawdę każdy rzut. Wystarczy zauważyć, że wśród zakwalifikowanych z punktacją w przedziale między 339 a 348 zmieściło się aż 5 osób.

W kat. B2 sensacją na tym etapie rozgrywek był start Ireny Zięby z „Karolinki” Chorzów. Bardzo dobrym wynikiem 676 punktów wygrała nawet z aktualną mistrzynią Europy, a swoją koleżanką klubową – Marią Harazim. W pozostałych kategoriach nie było niespodzianek. Wśród mężczyzn w B2 rządził Mieczysław Kontrymowicz z „Warmii i Mazur” Olsztyn, a w B3 – Albert Sordyl z „Pogórza” Tarnów. U panów w B3 swoją klasę coraz śmielej pokazuje Tomasz Ćwikła reprezentujący „Morenę” Iława. Tomek od obecnego sezonu został powołany do kadry i od razu wniósł do niej powiew świeżości, ostro depcząc oldbojom po piętach. Pod nieobecność Ireny Curyło wśród kobiet w B3 eliminacje wygrała Emilia Sawiniec z „Hetmana” Lublin, ale uzyskane wyniki były dużo słabsze od tych z kategorii B2.

Drugi etap wyłaniania mistrzów Polski miał miejsce w Brzesku, tuż po świętach wielkanocnych, między 9 a 12 kwietnia. Wzorem ubiegłego roku o pierwszeństwie decydowała suma startów z dwóch dni rozgrywek. Warunkiem znalezienia się w ścisłym finale było uzyskanie co najmniej szóstej lokaty. Taki system w założeniu ma optymalizować ostateczne rozstrzygnięcie, eliminując przypadkowość.

Podczas brzeskiego finału ani przez chwilę nie wiało nudą. Wśród kobiet w kategorii B1 Barbara Szypuła z „Karolinki” Chorzów nie obroniła 1. miejsca z Tomaszowa i ostatecznie znalazła się poza podium, a słodki smak zwycięstwa po dwóch równych grach poczuła tym razem Regina Szczypiorska z „Moreny” Iława. Prawdziwą jatką okazała się rozgrywka liderów B1. Po pierwszej grze Zdzisław Koziej z „Hetmana” Lublin miał przewagę 36 p. nad Janem Ziębą, zawodnikiem „Karolinki” Chorzów, z którym Zdzisław wygrał również tomaszowskie eliminacje. Ale Zięba to stara dobra firma – całą stratę nadrobił w ciągu trzech gier. Ostatnia – czwarta – to jego galop po złoto. Już sam uzyskany wynik 602 p. świadczy o tym, że ciągle potrafi przypomnieć konkurentom o sportowej pokorze.

W B2 kobiet również ciekawie. Faworytka – Maria Harazim – nie wygrała w eliminacjach, wiadomo jednak było, że tu, w Brzesku, to inna bajka. Jej wynik z pierwszej gry, 626 p., można było uznać za dobry, ale dopóki nie zagrała Irena Zięba, trudno było powiedzieć, czy uzbierała nadwyżkę do wielkiego finału. Tuż za nią Maria Kieloch i zwyżkująca Aleksandra Jarząb. Jadwiga Dudek już poniżej 600 p. i dopiero czwarta. Zupełnie nie powiodło się ubiegłorocznej mistrzyni Polski Annie Barwińskiej. Jej wynik z pierwszej gry (529 p.) nie starczył nawet na wejście do finałowej szóstki. Stąd ostateczny start zapowiadał się arcyciekawie. Czym dla B1 Zięba, tym dla B2 Dudek. Jadwiga systematycznie odrabiała dystans do konkurentek, grając cztery idealnie równe gry. Maryla jednak nie na darmo nosi tytuł mistrzyni Europy. To ona jako jedyna spośród wszystkich startujących kobiet pokonała dwukrotnie poziom 600 punktów i w rezultacie stanęła na najwyższym stopniu podium.

W B2 mężczyzn również zwyciężył doświadczony gracz. Mieczysław Kontrymowicz czeka ciągle na kogoś, kto go wyśle na sportową emeryturę, ale jak dotąd Staszek Fortkowski, Władysław Wakuliński czy Jan Smoła zaledwie kąsają go po kostkach. Wśród kobiet w B3 prym wiodły Emilia Sawiniec i Zofia Sarnacka. Niestety, ze swoimi wynikami miałyby problem z gorzej widzącymi koleżankami z B2. U mężczyzn w tej kategorii królował Albert Sordyl. Wygrał eliminacje w Tomaszowie, wygrał w pierwszym dniu finałów z miażdżącą przewagą 50 punktów i sięgnął w konsekwencji – pierwszy raz w swojej karierze kręglarza klasycznego – po tytuł mistrza Polski.

Ciekawe zawody, trzymały w ciągłym napięciu. Prawie każdy blok oznaczał zaciętą walkę do ostatniego rzutu. Medaliści ponownie zafundowali swoim trenerom selekcjonerom nie lada zadanie. Podobnie jak w latach ubiegłych niektórzy bowlingowi mistrzowie zawiesili sobie na szyjach również krążki w kręglach klasycznych. Przeczą w ten sposób zdaniu zarządu PZKręgl., że nie da się równocześnie dobrze grać w obydwu dyscyplinach. A jednak można. Kłopot w tym, iż tegoroczne mistrzostwa świata w bowlingu i mistrzostwa świata w kręglach klasycznych mają bardzo zbliżone terminy. Jak rozwiążą ten problem trenerzy, dowiemy się już niebawem.

Współorganizatorem tegorocznych finałów mistrzostw Polski był klub „Pogórze” Tarnów z jego prezesem – Kazimierzem Curyłą. I tym razem potwierdziło się, że choć brzeska kręgielnia jest wymagającym obiektem, to dzięki atmosferze tworzonej przez tutejszych działaczy i władze grodu kręglarze czuli się tu wyjątkowo. Uroczyste zakończenie i smakowita kolacja osłodziły gorycz porażek, które, jak to w sporcie, i tym razem się zdarzyły. Ale przed nami przecież cały nowy sezon i koło fortuny ciągle się kręci!

 

XVI Indywidualne Mistrzostwa Polski

Niewidomych i Słabowidzących w Kręglach Klasycznych

9-12.04.2015 r. Brzesko

Kobiety

B1

1. Regina Szczypiorska  („Morena” Iława) 831 p.

2. Jolanta Nowacka („Cross Opole”) 806 p.

3. Mieczysława Stępniewska („Omega” Łódź) 793 p.

B2

1. Maria Harazim („Karolinka” Chorzów) 1238 p.

2. Jadwiga Dudek („Pionek” Włocławek) 1213 p.

3. Aleksandra Jarząb („Tęcza” Poznań) 1162 p.

B3

1. Emilia Sawiniec („Hetman” Lublin) 1212 p.

2. Zofia Sarnacka  („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1176 p.

3. Elżbieta Kłos („Komar” Piekary Śląskie) 1167 p.

Mężczyźni

B1

1. Jan Zięba („Karolinka” Chorzów) 1113 p.

2. Zdzisław Koziej („Hetman” Lublin) 1092 p.

3. Szczepan Polkowski („Morena” Iława) 1001 p.

B2

1. Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1356 p.

2. Stanisław Fortkowski („Pogórze” Tarnów) 1275 p.

3. Jan Smoła („Morena” Iława) 1262 p.

B3

1. Albert Sordyl („Pogórze” Tarnów) 1398 p.

2. Grzegorz Kanikuła („Hetman” Lublin) 1364 p.

3. Daniel Jarząb („Tęcza” Poznań) 1321 p.

 

Skład reprezentacji na mistrzostwa świata

24-31.05.2015 r. Rakovice (Słowacja)

Kobiety

B1: Regina Szczypiorska, Mieczysława Stępniewska

B2: Maria Harazim, Jadwiga Dudek, Irena Zięba

B3: Emilia Sawiniec, Zofia Sarnacka

Mężczyźni

B1: Jan Zięba, Zdzisław Koziej, Szczepan Polkowski

B2: Mieczysław Kontrymowicz, Stanisław Fortkowski, Władysław Wakuliński

B3: Albert Sordyl, Grzegorz Kanikuła, Tomasz Ćwikła

Piotr Dudek

 

Na początek

 

biegi

 

Piątka w Łapach po raz piętnasty

Kolejny raz pod koniec kwietnia biegacze spotkali się w Łapach, by udziałem w biegu o mistrzostwo uczcić pamięć wybitnego lekkoatlety Waldka Kikolskiego. Urodzony właśnie w miasteczku koło Białegostoku słabowidzący maratończyk wiele lat temu błyszczał na sportowych arenach świata i zdobywał najwyższe trofea. Kilku crossowskich biegaczy znało go osobiście, pozostali chętnie o nim czytają, również w archiwalnych wydaniach magazynu „Cross”.

Organizatorzy dbają o dobre przygotowanie biegu, przyciągają sponsorów i lokalne władze. W tym roku jednym z nich jest Dariusz Strychalski działający w fundacji „Zwycięzca”. Znany niepełnosprawny ultramaratończyk ufundował koszulki dla kilkunastoosobowej ekipy „Crossu”, która przyjechała rozegrać mistrzostwa Polski na dystansie 5 kilometrów. Ważnym gościem imprezy była też prezes PFRON Teresa Hernik. Fundusz finansował udział biegaczy z niepełnosprawnością w tych zawodach w ramach projektu „Tylko dla mistrzów”.

Bieg w Łapach tradycyjnie rozpoczyna uliczne zmagania biegowe zawodników Stowarzyszenia. Rywalizacja od początku zapowiadała się ciekawie. Dwóch nowych zawodników „Łuczniczki” Bydgoszcz, startujących w kat. T11 (niewidomi), stanowiło konkurencję dla sportowców z „Syrenki” Warszawa i broniącego tytułu Zbigniewa Świerczyńskiego z „Warmii i Mazur” Olsztyn. A na pudle tylko trzy miejsca. Organizatorzy zadbali o przewodników dla wszystkich, którzy ich potrzebowali podczas rywalizacji. W T12 spotkało się siedmiu doświadczonych zawodników. Pretendentem do najwyższego stopnia podium był Tomek Chmurzyński z „Łuczniczki”, wieloletni przyjaciel śp. Waldemara Kikolskiego.

Start i meta od dwóch lat znajdują się na miejskim stadionie, co bardzo ułatwia organizatorom przeprowadzenie biegów młodzieżowych i szkolnych na krótszych dystansach. Jedynie większa część trasy biegu głównego wiedzie ulicami Łap. Start ostry biegu nastąpił o 12:30. Pogoda była słoneczna i wietrzna. Czołówka biegaczy błyskawicznie ruszyła na trasę. Wśród mężczyzn wygrał Igor Turków z Białorusi, a najszybszą z kobiet okazała się Ola Lisowska, reprezentantka Polski z AZS Olsztyn.

Rywalizacja zawodników Stowarzyszenia „Cross” w obu grupach była ciekawa. W kat. T11 od startu prowadził Świerczyński. Doświadczony i dobrze przygotowany zawodnik szybko wypracował sobie bezpieczną przewagę, chcąc utrzymać ją do mety. Za nim o podium walczyły „Syrenka” z „Łuczniczką”. Po trzech kilometrach jeden z nowych biegaczy z Bydgoszczy oddalił się od pozostałych, ale utrzymania tempa nie mógł być pewien. Rosła temperatura, a to nie ułatwia biegu. Po kilkunastu minutach metę minął Świerczyński i tym samym obronił ubiegłoroczny tytuł. Drugi dobiegł Łukasz Skąpski, nowy nabytek „Łuczniczki”. Po ostatnie miejsce na pudle przybiegł Machnikowski. Tuż za podium znalazł się Kazimierz Buśkiewicz, kolejny nowy zawodnik „Łuczniczki”, który o kilka sekund wyprzedził Mariusza Zacheję i Grzegorza Powałkę, zawodników „Syrenki”. Bydgoska ekipa z nowym narybkiem tym razem znalazła się przed warszawiakami. Ciekawie zapowiadają się kolejne mistrzostwa w tej grupie, jeżeli debiutanci nie zaniechają treningów.

W T12 po starcie prowadził Tomasz Chmurzyński, faworyt broniący tytułu. Za nim biegli Ziółkowski, Gołąbek i Jeżowski. Inni zawodnicy pozostali w tyle już z większą stratą. Po kilkuset metrach długi odcinek pod wiatr zmusił Sławka Jeżowskiego do zwolnienia tempa. Mariuszowi Gołąbkowi nie wypadało cały czas wozić się za pierwszym zawodnikiem i w tych wietrznych warunkach dał mu zmianę. Chmurzyński schował się za nim, ale po kilku minutach zwolnił i spadł na trzecią pozycję. Po niedawno przebytej kontuzji wciąż nie powrócił do pełnej formy. „Ziółek” cały czas pozostawał drugi, dopiero przed stadionem przyspieszył, objął prowadzenie i wygrał. Za nim Gołąbek, Chmurzyński trzeci. Jeżowski z „Syrenki” (obecnie trenuje triathlon) przybiegł czwarty – do pudła zabrakło mu pół minuty. Dalej Krzysztof Badowski z „Łuczniczki” i z dużą stratą do zwycięzcy Wiesław Miech i Maciej Dąbrowski, obaj z „Syrenki” Warszawa.

Każdy z zawodników kończących bieg dostał gromkie brawa od publiczności. Rozegrano też wyścigi na krótszych dystansach dla dzieci i młodzieży. I tu nie brakowało emocji, braw, łez szczęścia i goryczy.

Po zakończonych biegach nastąpiła dekoracja zawodników poszczególnych kategorii. Z rąk burmistrza Łap, pani Urszuli Jabłońskiej, i mamy śp. Waldka Kikolskiego, pani Eugenii, zwycięzcy otrzymali puchary i medale.

 

Mistrzostwa Polski w biegu na 5 km

25.04.2015 r., Łapy

T11

1. Zbigniew Świerczyński („Warmia i Mazury” Olsztyn)

2. Łukasz Skąpski („Łuczniczka” Bydgoszcz)

3. Rafał Machnikowski („Łuczniczka” Bydgoszcz)

T12

1. Jacek Ziółkowski („Syrenka” Warszawa)

2. Mariusz Gołąbek („Jantar” Gdańsk)

3. Tomasz Chmurzyński („Łuczniczka” Bydgoszcz)

Mariusz Gołąbek

 

Na początek

 

bowling

 

Seul na celowniku

Między 8 a 18 maja w Seulu zostaną rozegrane piąte igrzyska IBSA. W tym roku po raz pierwszy włączono do nich bowling. Poza tą dyscypliną niepełnosprawni będą walczyć jeszcze w ośmiu innych, takich jak: lekkoatletyka, piłka nożna, goalball, judo, podnoszenie ciężarów, showdown, pływanie i szachy. Wystartuje około półtora tysiąca zawodników, którym będzie towarzyszyło tyle samo oficjeli, trenerów i przewodników.

Z Polski do Seulu wybiera się 16 osób, w tym czterech trenerów: dwoje reprezentantów showdown – Ela Mielczarek i Adrian Słoninka, którym będzie towarzyszył trener Lubomir Prask, czwórka lekkoatletów z dwoma trenerami oraz największa, bo siedmioosobowa ekipa bowlingowa – Jadwiga Dudek, Karolina Rzepa, Mieczysław Kontrymowicz, Zdzisław Koziej, Stanisław Poświatowski i Zbigniew Strzelecki. Opiekował się nimi będzie trener Przemysław Antuszewicz.

Seul to olbrzymia metropolia licząca 12 mln mieszkańców (z zespołem miejskim ponad 20 mln). Polska reprezentacja będzie zakwaterowana w hotelu oddalonym 40 km od kręgielni. Po przylocie na miejsce sportowców czekają badania lekarskie, trening przedstartowy, trening oficjalny, odprawa techniczna i – 11 maja – ruszają do walki. Zaczynają mężczyźni w kategoriach B1, B2, B3, następnego dnia pałeczkę przejmą kobiety. Konkurencja par odbędzie się 13 maja, 14 – konkurencja trójek, a 15 – rozgrywka drużynowa (cztery osoby w grupie). O medale będzie walczyć dwanaście krajów, w tym większość azjatyckich, z rewelacyjnymi Koreą i Japonią na czele.

Przemysław Antuszewicz wybrał do ekipy sześć osób, choć pod uwagę brał dziewiątkę (w kadrze jest 18 sportowców). Z bólem serca skreślił Honoratę Borawę, Krzysztofa Huszczę i Danutę Odulińską. W dużym stopniu decydowały wydatki związane z wyprawą do Azji. Łączny koszt pobytu sportowców wyniesie 50 tys. złotych. Ministerstwo Sportu wyłoży 39 tys. zł. Na co pójdzie tyle kasy? Opłata dla IBSA za start – 150 euro, przelot do Seulu i z powrotem – 17700 zł, nocleg na lotnisku w Dubaju – 840 zł, ubezpieczenie ekipy tyle samo, trening przedstartowy – 600 zł, wyżywienie podczas podróży – 700 zł. Sport niepełnosprawnych nie obejdzie się bez pieniędzy. Zawodnicy z własnej kieszeni zakupili kule i obuwie. Całe szczęście, że Polski Związek Kręglarski podarował im stroje reprezentacyjne. Dodajmy na marginesie, że bowling i kręgle są popularnymi dyscyplinami w środowisku niewidomych i słabowidzących – systematycznie gra około 200 osób.

Między 23 a 26 kwietnia odbyło się w Suwałkach ostatnie zgrupowanie przed igrzyskami IBSA. O wyborze tego miejsca trenera przekonały ceny: niedrogi hotel i wyżywienie oraz tania, przyzwoita kręgielnia w centrum handlowym Plaza. W ciągu siedmiu trzygodzinnych sesji treningowych każdy zawodnik oddał około 2100 rzutów. Jak te przygotowania przełożą się na wyniki, dowiemy się niebawem.

Przez trzy dni towarzyszyłem bowlingowcom na treningach, rozmawiałem z zawodnikami i ich trenerem. A oto opinie Przemka Antuszewicza o reprezentantach i wypowiedzi ich samych.

 

Karolina Rzepa

– Ma zaledwie 23 lata, trenuje od pięciu lat. Jest całkowicie niewidoma, świetnie zrehabilitowana. Dobrze gra technicznie. Rzuca kulą 13-funtową. To rozwojowa zawodniczka. W Seulu w swojej kategorii B1 będzie miała małą konkurencję – startuje siedem kobiet. Liczę na medal.

Filigranowa blondynka tak mówi o sobie: – Do tej dyscypliny namówił mnie wychowawca z bydgoskiego internatu, pan Kazimierz Fiut. Od trzech lat mieszkam pod Gdynią, skończyłam szkołę masażu i pracuję w klubie fitness. Studiuję też pedagogikę. Na kręgielnię jeżdżę sama do Bydgoszczy. Jakie plany mam na ten seulski start? Nawet jak nie zdobędę medalu, to nie zrezygnuję z kręgli.

Jednak miałabym wyrzuty sumienia, bo to kosztowny wyjazd i kilkoro moich koleżanek i kolegów nie znalazło się w ekipie. Chcę być zadowolona z wyniku i nie zagrać poniżej swych możliwości.

Jadwiga Dudek zwana „Biedronką”

– Bardzo dobra technicznie zawodniczka. Startuje w kategorii B2. Ubiegły sezon miała nieco gorszy. W tym roku na mistrzostwach Polski zawodniczka „Pionka” Włocławek rzuciła prawie 1000 punktów. Myślę, że zdobędzie medal.

– Mówią o mnie, że jestem weteranką tej dyscypliny. Faktycznie, grałam w Helsinkach w 2010, w Malezji w 2011, z powodzeniem w Pradze w 2013 roku. To będzie mój czwarty poważny start – mówi szczupła 40-latka z figurą o połowę młodszej dziewczyny. – W Korei będę rywalizowała z doskonałą Finką, z którą walczę od lat pięciu. Bardzo liczę na pomoc Przemka. Gdy stoi za mną i mnie instruuje, o wiele lepiej gram! – powiedziała mi Jadwiga.

Zdzisław Koziej, czyli „Generał”

– To pewniak do złota. 58-letni Zdzisio, grający w B1, ma niezwykłą pamięć mięśniową. Jeżeli mu się przytrzyma rękę i pokaże, jak rzucać, to dziesięć razy z rzędu trafia w jeden punkt. On bardzo dużo ćwiczy. Bodajże od dziewięciu lat jest mistrzem Polski w bowlingu.

„Generał” na moje stwierdzenie, że ma nie wracać z Seulu bez złota, aż zaniemówił. – Mam nadzieję, że z igrzysk przywiozę jakiś medal w singlu. Marzeniem jest przekroczyć magiczny próg 1000 punktów. Tak blisko jestem tego wyniku, może granica pęknie w Azji. Trener podpowiada mi, w jaki sposób wędruje kula, jak się zachowuje – toczy się prosto czy skręca. Muszę wszystkie elementy ruchu dłoni, łokcia powtarzalnie ustawić. I uważać, by się nie odsuwać od barierki. Raz w tygodniu na godzinkę chodzę w Lublinie na kręgielnię. To trochę mało, ale na

więcej nie mam pieniędzy. Trenuję też w domu, biegając na bieżni.

Mieczysław Kontrymowicz

– Ten wysoki 55-letni chłop w tym roku prezentuje wyśmienitą formę. Jest faworytem zawodów, choć w B2 konkurencja w Seulu jest największa.

Miecio popatrzył na mnie z góry i rzekł: – Myślę, że gram lepiej niż kilka lat temu. Miałem kontuzję i po operacji kolana przegrałem na zawodach we Wrocławiu z „Poświatem”. Teraz wracam do formy. Trenuję trzy, cztery razy w tygodniu. Mam

nadzieję, że z Seulu przywiozę jakiś medal. Marzeniem jest osiągnięcie 1200 p. Tak blisko jestem tego wyniku…

Stanisław Poświatowski

– 48-latek z Suwałk. W ciągu ostatnich dwóch lat „Poświat” bardzo się rozwinął, choć w Pradze na mistrzostwach Europy spalił się psychicznie. Gdy Stanisław jest w formie, to gra bardzo wysoko.

A sam Poświatowski zaznacza: – Gram już szósty rok. Zaczynałem w naszym klubie „Jaćwing” na sznurkowej kręgielni w Augustowie. Dziś mamy profesjonalną kręgielnię w Suwałkach. Dużo Jeżdżę na zawody ze sprawnymi zawodnikami. Mam kategorię B2, więc trochę widzę i nie daję się im ograć. Bardzo mi pomógł trener Antuszewicz. od samego początku ustrzegł mnie przed błędami technicznymi, trudnymi do wyeliminowania. A co będzie w Seulu? Zobaczymy.

O Zbyszku Strzeleckim, zwanym „Zającem”, szef ekipy mówi, że jest najbardziej równym zawodnikiem w ciągu ostatnich dwóch lat i dlatego został zabrany do Seulu i zagra w B3. Szerzej jego sylwetkę przedstawia M. Dębowska na dalszych stronach tego numeru.

A jak zakończyły się dla nas azjatyckie zawody, napiszemy za miesiąc.

Andrzej Szymański

 

Na poczatek

 

piłka nożna

 

Chłopaki nie płaczą

To opowieść o tym, co nie miało prawa się zdarzyć, ale się zdarzyło. Reprezentacja Polski w piłce nożnej niewidomych zagra w mistrzostwach Europy, które w sierpniu tego roku odbędą się w brytyjskim miasteczku Hereford niedaleko Birmingham.  

Nasi chłopcy – przedstawiciele kraju, w którym jest jedno miejsce do uprawiania tej dyscypliny – zagrają wśród dziesięciu najlepszych drużyn Starego Kontynentu. Jeśli wywalczą pierwsze lub drugie miejsce, w 2016 roku wystąpią na igrzyskach paraolimpijskich w Rio. Jednak w tej chwili zamiast intensywnie trenować, zabiegają o to, by znaleźć niezbędne pieniądze. Istnieje ryzyko, że pojadą bez przygotowania i z jednym kompletem strojów.

Grać ze słuchu

Określenia są różne, najczęściej anglojęzyczne: blind football, blind soccer, futsal, 5-a-side football... Polscy piłkarze zwykle mówią o grze w „ślepą”. To zapewne dyscyplina, którą uprawia najwięcej osób z dysfunkcją wzroku na świecie. Nie wiadomo, kto ją wymyślił. Prawdopodobnie jednocześnie odkrywano ją w różnych krajach, próbując w jakiś sposób zaadaptować najpopularniejszą grę do możliwości osób niewidomych. W Brazylii turnieje rozgrywano już w 1980 roku. W Europie pionierami byli Hiszpanie, którzy w 1986 roku zorganizowali krajowe mistrzostwa. Pierwsze mistrzostwa kontynentalne, zarówno Europy, jak i Ameryki, odbyły się w 1997 roku, a rok później pierwsze mistrzostwa świata. Jak dotąd nie zdarzyło się, by światowe rozgrywki wygrała drużyna spoza Ameryki Łacińskiej. W liczbie zwycięstw króluje Brazylia przed Argentyną. W 2004 roku blind football zadebiutował na igrzyskach w Atenach. Na ostatniej paraolimpiadzie w Londynie po raz trzeci złoto zdobyła Brazylia, która w finale pokonała Francję 2:0. Udział wzięło osiem drużyn, tyle też wystąpi w Rio.

Wszystkimi dyscyplinami sportu, jakie uprawiają niewidomi, kieruje IBSA, czyli Międzynarodowa Federacja Sportu Niewidomych. Założono ją we Francji, ale urzęduje w Hiszpanii. W 1996 roku IBSA utworzyła podkomitet do spraw futbolu, który ujednolicił zasady gry i od tej pory kieruje rozgrywkami. W Europie dużej pomocy udziela mu UEFA, zainteresowana propagowaniem tej dyscypliny sportu.

Wyjaśnijmy, że choć istnieje wersja blind footballu dla słabowidzących (kategorie B2 i B3 wg nazewnictwa IBSA), wyróżniająca się głównie zastosowaniem piłki w bardzo jaskrawych, kontrastowych kolorach, to na igrzyskach paraolimpijskich rozgrywane są tylko zawody w kategorii B1, w której wszyscy piłkarze grający w polu mają być całkowicie niewidomi. Jest ich czterech. Mogą widzieć światło, ale nie mogą rozróżniać kształtów ani zarysów nawet z bliskiej odległości. Piątym zawodnikiem jest bramkarz, którego ten wymóg nie dotyczy. Może nawet w ogóle nie mieć orzeczenia lekarskiego. Z tego powodu nie wolno mu oddawać strzałów na bramkę przeciwnika. Żeby nie było żadnych wątpliwości, wszyscy zawodnicy grający w polu wychodzą na mecz z oczami dokładnie zaklejonymi plastrami okulistycznymi i szczelnie zasłoniętymi przez czarne, podobne do gogli opaski.

Mecz składa się z dwóch części po 25 minut, przedzielonych dziesięciominutową przerwą. Boisko otoczone jest specjalnymi bandami, które ograniczają pole gry, a w razie zderzenia mają chronić przed kontuzją. Ma wymiary 20 na 40 metrów, czyli jak do piłki ręcznej. Takie są też bramki – 2 na 3 metry.

Rzuty karne wykonuje się z sześciu lub ośmiu metrów. To bywa bardzo bolesne dla bramkarza. Piłka jest cięższa od zwykłej, bo wewnątrz ma zamontowane dzwoneczki lub grzechoczące kulki, których odgłos pozwala grającym zorientować się w jej położeniu i zlokalizować tego, kto jest w jej posiadaniu. Oczywiście można próbować odebrać piłkę, jednak w odległości trzech metrów od zawodnika drużyny przeciwnej należy wykrzyknąć hiszpańskie słowo „voy” znaczące „idę”, aby uprzedzić go i dać szansę uniknięcia niebezpiecznego zderzenia. Tak samo musi zachować się piłkarz, do którego zbliża się przeciwnik z piłką. Jeżeli nie wykrzyknie ostrzeżenia i zostanie przez niego choćby dotknięty, jest winien faulu. By tego uniknąć, zawodnicy zwykle co pięć sekund wykrzykują „voy”, dzięki czemu zyskują też orientację w rozstawieniu kolegów i przeciwników. Ale to i tak byłoby niewystarczające do prowadzenia skutecznej gry. Dlatego mają trzech widzących pomocników, którzy podpowiadają im albo wręcz komenderują. Pod własną bramką, czyli w obronie, mają słuchać bramkarza, który informuje, kto i z której strony naciera. W środkowej części boiska komenderuje nimi trener stojący za bandą. Za bramką przeciwnika stoi trzeci widzący przewodnik, który pomaga przeprowadzić skuteczny atak. Zawodnicy są więc w pewnym sensie instruowani, jednak by było to skuteczne, trzeba wypracować specjalny język krótkich, jednoznacznych komend. Gra jest zwykle bardzo dynamiczna i brakuje czasu na objaśnianie sytuacji. Zawodnik ma czasem parę sekund na właściwą reakcję. Dlatego jest to sport bardzo kontaktowy. Skopane piszczele, zakrwawione nosy czy obite żebra to wcale nie najgorsze, co się może przytrafić. W ferworze walki zdarzają się nawet wstrząśnienia mózgu. Jednak najbardziej pożądaną cechą zawodnika jest umiejętność ciągłego rysowania w wyobraźni całego boiska i swojej pozycji względem kolegów i przeciwników. Aby to było możliwe, trzeba umieć słuchać. Oczywiście podania muszą być celne, a prowadzona piłka niemal przyklejona do nogi, bo raz zgubioną naprawdę trudno odnaleźć.

A jakiej odwagi i charakteru wymaga gra „w ślepą”, łatwo przekonać się, próbując pobiegać w całkowitej ciemności. Choćby nocą po boisku.

Przyśpieszona edukacja

Na stronie internetowej IBSA można znaleźć informację o tym, że istnieje już 35 reprezentacji narodowych. W blind football grają w Korei Południowej, Malezji, Indiach, Iranie, Mołdawii... Także w krajach afrykańskich. Oczywiście poza Europą najbardziej popularny jest ten sport w Ameryce Łacińskiej. Są kraje, gdzie drużyn jest na tyle dużo, że można mówić o rozgrywkach ligowych. W Wielkiej Brytanii istnieje nawet profesjonalna akademia blind footballu. W Brazylii 80 drużyn jest dotowanych z budżetu państwa!

Tymczasem w Polsce istnieje tylko jedno boisko pozwalające na profesjonalne i bezpieczne uprawianie tego sportu. Choć istnieją drużyny w Krakowie i Chorzowie, to tylko ta we Wrocławiu ma odpowiednie warunki do trenowania. Nic dziwnego zatem, że nasza reprezentacja narodowa, choć grają w niej chłopcy z różnych regionów, musi bazować na drużynie wrocławskiej. Ale to nie przypadek. Można chyba śmiało powiedzieć, że jej twórca, trener Lubomir Prask, ma największe doświadczenie, jeśli chodzi o blind football w Polsce.

Początki nie były łatwe. Zaczynano od zwykłej piłki owiniętej szeleszczącą folią, a zamiast chroniących band stali wolontariusze, by ubezpieczać grających. Jednak tuż za zachodnią granicą grała liga niemiecka. Było od kogo się uczyć i właśnie tam trener Prask jeździł, by znaleźć odpowiedzi na najważniejsze pytania. Choćby te o bezpieczeństwo zawodników w tak kontaktowym sporcie. Utworzona pod opiekuńczymi skrzydłami Stowarzyszenia „Cross” drużyna długo zbierała niemiłosierne cięgi. Z Niemcami zdarzało jej się przegrywać 0:8. Ale postęp był na tyle widoczny, że przed mistrzostwami Euro 2012 UEFA wyłożyła 50 tysięcy złotych na zakup zabezpieczających band i stworzenie prawdziwego boiska. A przed ćwierćfinałowym meczem Niemcy – Grecja, rozgrywanym w gdańskiej Arenie, drużyny z Wrocławia i Chorzowa pokazały tysiącom kibiców na stadionie, jak gra się w blind football. To z pewnością był wyraz wielkiego uznania dla polskich dokonań w tej dziedzinie.

W bardzo krótkim czasie drużyna trenera Praska nauczyła się skutecznie walczyć nawet z groźnymi przeciwnikami. Posypały się sukcesy w międzynarodowych rozgrywkach. Na turnieju w Pradze w 2013 roku Polacy wygrali wszystkie mecze i zajęli pierwsze miejsce. Co więcej, Grzegorz Jakubowski, debiutujący wtedy jako bramkarz, a dziś pełniący również funkcję menedżera zespołu, na sześć karnych obronił cztery i został uznany za najlepszego zawodnika turnieju. –

Gdy rok później na tych samych zawodach zajęliśmy trzecie miejsce, zgodnie uznaliśmy to za porażkę – powiedział mi parę dni temu.

Pierwsze miejsce zajęli Belgowie, a drugie Czesi. Przedstawiciele IBSA bacznie obserwowali wszystkie drużyny. Wkrótce miały wyniknąć z tego zaskakujące decyzje...

Technologia cudu

Marek Kamiński, słynny zdobywca biegunów i organizator wielu ekstremalnych wypraw, w wywiadzie, który zamieściliśmy w poprzednim numerze magazynu „Cross”, powiedział, że do realizacji marzeń najbardziej potrzebna jest odwaga. I jeśli prześledzić wszystkie szczęśliwe zbiegi okoliczności, jakie przydarzyły się naszym piłkarzom na drodze do mistrzostw Europy, można odnieść wrażenie, że to potęga marzeń i niezłomność woli sprawiły, że rzeczywistość dostosowała się do ich pragnień. Niezwykłe jest już to, że Polacy pojadą tam z dziką kartą, w miejsce Czechów, którzy najwidoczniej uznali, że wyzwaniu, jakim jest udział w mistrzostwach, nie są w stanie sprostać pod względem finansowym. Bardzo niewiele brakowało, a i nasza reprezentacja musiałaby pójść w ślady południowych sąsiadów. Możemy sobie wyobrazić, co działo się w zespole trenera Lubomira Praska, kiedy jesienią ubiegłego roku UEFA zaproponowała mu udział w imprezie, która dotąd wydawała się poza zasięgiem. Jednak gdy emocje opadły, trzeba było postawić sobie pytanie: pojedziemy – ale za co? Blind Football Poland, czyli reprezentacja Polski w piłce nożnej niewidomych, to bardzo dumne określenie. I takie powinno być. Jednak, jak to często u nas bywa, rzeczywistość skrzeczy. Ministerstwo Sportu i Turystyki, finansujące reprezentację za pośrednictwem Stowarzyszenia „Cross”, przeznaczyło na jej działalność w całym 2015 roku zaledwie 20 tysięcy złotych. Tymczasem po wstępnych kalkulacjach było jasne, że aby marzyć o wyjeździe do Anglii, trzeba mieć pięć razy tyle! Samo „wpisowe” to koszt około 55-60 tysięcy. Jednak zważywszy na prestiż imprezy i na potencjalne korzyści, jakie Polska jako kraj może wynieść, posyłając swoją reprezentację na mistrzostwa Europy, wydawało się jasne, że pieniądze się znajdą. Rozpoczęły się miesiące korespondencji i pertraktacji z ministerstwem, czas stukania do różnych drzwi. W końcu nadeszła rozstrzygająca – jak się wydawało – odpowiedź, choć co prawda została niewielka furtka do dalszych negocjacji. Trener Prask przyszedł do Grzegorza Jakubowskiego i obwieścił mu hiobową wieść: – ministerstwo nie da pieniędzy. Nie jedziemy! Wyglądało na to, że wszystko stracone. Że marzenia chłopców z reprezentacji o udziale w największej sportowej imprezie ich życia muszą prysnąć jak bańka mydlana. Trzeba oddać walkowerem wszystko to, co było do zyskania! I to z jakiego powodu?!

Jednak Grzegorz, menedżer i bramkarz zahartowany w przyjmowaniu ciosów, ani myślał się poddawać. Uznał, że trzeba wziąć sprawy w swoje ręce i nie czekając na ostateczne decyzje ministerstwa – zrobić absolutnie wszystko, co się da, by znaleźć owe 100 tysięcy. Spróbować każdego sposobu. A nuż wydarzy się cud? Postanowił nagłośnić sprawę i rozesłał informację do mediów. I cud się wydarzył.

Poruszona lawina

Już na drugi dzień odezwali się reporterzy telewizji TVN 24. Przyjechali na trening i nakręcili kilka ujęć. Zmontowany materiał prawie natychmiast pojawił się na antenie. Co więcej – zaczęli go puszczać na okrągło, raz czy dwa na godzinę. Przesłanie było proste: reprezentacja Polski w piłce nożnej niewidomych zakwalifikowała się na mistrzostwa Europy, ale nie ma pieniędzy, by pojechać. I dosłownie po trzech godzinach zadzwonił Robert Lewandowski z deklaracją, że im pomoże. O tym nikt nie śmiał marzyć. Gwiazda Borussii Dortmund i Bayernu Monachium, legendarny piłkarz, który potrafił w jednym meczu wsadzić cztery gole Realowi Madryt, wspiera drużynę, o której jeszcze niedawno niemal nikt nie słyszał! Nigdy nie ujawniono, jaką dokładnie sumę Lewandowski przekazał na Blind Football Poland, jednak po jego pięknym geście ogłoszono, że niewidomi piłkarze wyjazd do Anglii mają już zapewniony. Być może dał im tyle, by starczyło na wpisowe, czyli blisko 60 tysięcy złotych? 25 marca Lewandowski wraz z całą polską kadrą przebywał na zgrupowaniu przed meczem z Irlandią. I tam właśnie, do hotelu Hilton w Wawrze na peryferiach Warszawy, udał się trener Prask ze swoją drużyną, by mu osobiście podziękować. Okazało się, że inny znany piłkarz – Sebastian Mila – również wesprze niewidomych sportowców.

Oczywiście po szczodrym geście Lewandowskiego media podchwyciły temat. Posypały się zaproszenia do znanych programów telewizyjnych. Lubomir Prask, Grzegorz Jakubowski, czołowy zawodnik Adrian Słoninka oraz ambasador drużyny Jose Torres, kubański tancerz mieszkający na stałe we Wrocławiu – gościli w „Pytaniu na śniadanie” i w „Świat się kręci”. Z podziwem mówiono o nich w „Dzień dobry TVN” i w nadawanej w TVP2 „Panoramie”. O treningu ze Śląskiem Wrocław rozpisywały się chyba wszystkie lokalne media. Wszędzie mówiono i pisano, że drużynie wciąż brakuje pieniędzy. Tych jednak nie przybywało.

Postanowiono zatem odwołać się do pospolitego ruszenia internautów i spróbować tak zwanego crowdfundingu. Polega to na tym, że na portalu PolakPotrafi.pl prezentuje się cel zbiórki, a jeśli ludziom projekt przemówi do serca, to z ich drobnych wpłat może uzbierać się potrzebna suma. To jednak, mimo profesjonalnego wykonania, nic nie dało. Wpłynęło raptem 2 tysiące.

Roztańczyć Kraków

Za sprawą Daniela Pancerza, znanego instruktora kubańskiej salsy, oraz Emilii Wagner – szefowej Mezcal Music Club ogłoszono – „największą mobilizację szkół tańca Krakowa, Katowic, Częstochowy... i nie tylko dla chłopaków z Reprezentacji Polski w Piłce Nożnej Niewidomych”.

24 kwietnia w krakowskim klubie Mezcal Music Club odbyła się niezwykła impreza taneczna, z której cały dochód przekazano drużynie. A żeby tego było mało, 30 kwietnia w tym samym miejscu zorganizowano wielki koncert charytatywny w formie jam session. Oprócz świetnych muzyków na imprezie pojawiło się wiele znanych osób ze świata sportu, m.in. mistrzyni snowboardu Jagna Marczułajtis oraz Dariusz Dudek i Krzysztof Bukalski. I znów cały dochód z biletów oraz aukcji (licytowano m.in. rękawice bramkarza Jerzego Dudka opatrzone jego autografem) przekazano drużynie, której oczywiście na takiej imprezie nie mogło zabraknąć.

To wszystko już było. Ale mobilizacja środowisk muzycznych i granie dla chłopaków powtórzą się jeszcze raz. Wśród ambasadorów drużyny, obok Lewandowskiego, Mili i Torresa, jest też Muniek Staszczyk, lider zespołu T. Love, twórca przeboju „Chłopaki nie płaczą”, a kiedyś zagorzały kibic. Wkrótce i on wystąpi na charytatywnym koncercie.

25 czerwca w warszawskim Hard Rock Cafe wystąpią: Elektryczne Gitary, T. Love, pARTyzant, Instytut. Gościem specjalnym będzie Marcin Olpiński, sobowtór Chucka Norrisa.

Nie przegapcie tego. Każde sto złotych ma znaczenie. Wszelkie aktualne informacje o drużynie możecie znaleźć na facebookowej stronie Blind Football Poland. Jeżeli możecie wesprzeć drużynę finansowo lub znacie takich, którzy mogą – pomóżcie. Najwyższy czas, by chłopcy zaprzestali kolędowania i zaczęli w spokoju trenować. Bo na Wyspach łatwo nie będzie. W grupie mają Anglię, Niemcy, Włochy i Turcję. Ale druga grupa z Hiszpanią i Francją jest jeszcze gorsza. Jakikolwiek osiągną wynik – już zwyciężyli, bo pojadą dzięki własnej determinacji. Bo pokazali, jak niemożliwe zmieniać w wykonalne. Bo sprawili, że nawet u nas niewidomy może przemienić się w budzącego szacunek i podziw bohatera.

Oto numer konta:

06 1090 2398 0000 0001 0183 1335

UKS Sprint

ul. Kamiennogórska 16

54-034 Wrocław

Z dopiskiem w tytule przelewu:

Blind Football Poland

Kazimierz Gąska

 

Na początek

 

wiadomości

 

Warcaby

W Krynicy bez niespodzianek

W dniach 21-28 marca 2015 roku w Krynicy-Zdroju rozegrany został półfinałowy turniej mistrzostw Polski w warcabach stupolowych. W tym roku rywalizacja zapowiadała się wyjątkowo interesująco. O osiem przepustek do finału ubiegało się 37 niewidomych i słabowidzących zawodników.

Aż 20 z nich znało już smak udziału w 12-osobowym finale. Pozostali wystartowali z nadzieją, że zdołają pokrzyżować szyki faworytom. Stawka półfinalistów była bardzo wyrównana. Udział w zawodach mieli zagwarantowany jedynie zawodnicy z co najmniej drugą kategorią warcabową. Oprócz nich w Krynicy zagrali też ci, którzy przebrnęli przez pierwsze sito eliminacyjne, czyli listopadowy ćwierćfinał w Tucholi.

Jak się później okazało, dla uczestników ćwierćfinału krynicki półfinał to za wysokie progi. Najwyżej z tej grupy uplasowała się Barbara Wentowska, która zajęła 27. miejsce (i przy okazji wypełniła normę, by stać się kandydatką na mistrzynię).

Grano systemem szwajcarskim na dystansie 9 rund. Tempo gry ustalono na 1,5 godziny. Do turnieju stanęli wszyscy liczący się w środowisku warcabiści, z kilkoma jednak wyjątkami, bo zabrakło m.in. Karczewskiego, Kozłowskiego, Morgiewicza i Pawłowskiego. Już od pierwszych partii rozgorzała ostra walka o awans. W drugiej rundzie porażek doznali Marek Maćkowiak (nr 1 na liście startowej) i Michał Czarski, którzy ulegli odpowiednio Ryszardowi Suderowi i Mirosławowi Grabskiemu. Ten ostatni, po dwóch początkowych wygranych, poniósł aż trzy porażki z rzędu i przestał liczyć się w rywalizacji. Po trzech rundach wśród liderów (po 5 p.) znalazł się nieoczekiwanie gracz z najniższym rankingiem – Józef Malinowski z Nysy. Zawodnik ten zaliczył cenne zwycięstwo z Zenonem Sitarzem.

Na półmetku, po pięciu rundach, ukształtowała się czołówka, która z małymi zmianami kontrolowała do końca sytuację i zdobyła przepustki do finału. Na czele, z ośmioma punktami, znajdowali się Mazur, Kuziel i Fiedoruk. Punkt mniej mieli: Maćkowiak, Biegasik, Wieczorek, Czarski, Suder i Sitarz. W sporych opałach znalazł się jeden z faworytów – Andrzej Jagieła, który po porażce z Mikołajem Fiedorukiem stracił jeszcze dwa punkty z kolegą klubowym Zenonem Sitarzem i jego awans stanął pod znakiem zapytania. Nie wiodło się również zwycięzcy niedawnego turnieju w Dadaju Bernardowi Olejnikowi. W początkowych trzech rundach zdobył on więcej punktów (5) niż w pozostałych sześciu (tylko 4). Do czołówki dołączył natomiast, po zwycięstwie nad Mieczysławem Kaciotysem, Mirosław Mirynowski. Niestety, porażka z Ryszardem Biegasikiem (mimo przewagi kamienia!) w przedostatniej rundzie rozwiała jego nadzieje na finał.

Przed ostatecznymi starciami czołowa szóstka mogła właściwie świętować awans. Maćkowiak, Mazur, Fiedoruk, Biegasik, Wieczorek i Sitarz mieli po 11 p. i grali ze sobą. Nie było dla nikogo zaskoczeniem, że po ostatnich pojedynkach w komplecie dopisali sobie po punkcie. Do tego grona dołączył jeszcze skutecznie finiszujący Jagieła (trzy zwycięstwa z rzędu), który wygrał z Krzysztofem Pichlakiem. O awans walczyli jeszcze Kuziel z Czarskim i Suder z Furtakiem. Te partie trwały najdłużej i kończyły cały turniej. W obu padły remisy, co zadowoliło jedynie Sudera. Czarski z Kuzielem uplasowali się tuż za awansującą ósemką.

Wyniki półfinału nie są zaskoczeniem. Nie było większych niespodzianek, choć z pewnością kilku zawodników może odczuwać spory niedosyt (Olejnik, Twardy, Mirynowski, Czarski, Kuziel). W turnieju, w którym pretendentów do awansu było co najmniej dwukrotnie więcej niż miejsc w finale, jest to nieuniknione. Oprócz umiejętności czysto sportowych decydują w takim przypadku detale i łut szczęścia. Ale, jak zwykło się mówić, szczęście ponoć sprzyja lepszym... W tym roku postanowiono wrócić do rozgrywania jednego turnieju półfinałowego (wcześniej grano równolegle w dwóch grupach). Turniej w Krynicy-Zdroju odbył się tradycyjnie w pensjonacie „Gaborek”. Zawodnicy zawsze bardzo chwalą sobie pobyt w tym miejscu ze względu na znakomite warunki do gry i wypoczynku. Nie inaczej było i tym razem. Do tego dopisała jeszcze wspaniała pogoda.

Zawody sędziował Leszek Łysakowski z Gniezna. Czwórka zawodników wypełniła normy na wyższe kategorie warcabowe lub tytuły. Byli to: Ewa Wieczorek – AM (arcymistrz), Barbara Wentowska – K (kandydat na mistrza), Mikołaj Fiedoruk – K (kandydat na mistrza), Ryszard Suder – I (pierwsza kategoria). Koordynatorem półfinału był Jerzy Hanus.

Awansujący do finału:

1. Marek Maćkowiak („Tęcza” Poznań) 12 p.

2. Mikołaj Fiedoruk („Victoria” Białystok) 12 p.

3. Stanisław Mazur („Podkarpacie” Przemyśl) 12 p.

4. Ryszard Biegasik („Victoria” Białystok) 12 p.

5. Andrzej Jagieła  („Podkarpacie” Przemyśl) 12 p.

6. Ewa Wieczorek („Victoria” Białystok) 12 p.

7. Zenon Sitarz („Podkarpacie” Przemyśl) 12 p.

8. Ryszard Suder  („Warmia i Mazury” Olsztyn) 11 p.

Listę finalistów uzupełnią medaliści z roku ubiegłego: Jan Sekuła („Atut” Nysa), Leszek Stefanek („Hetman” Lublin), Stanisław Jędrzycki („Sudety” Kłodzko) i zawodnik z najwyższym rankingiem – Józef Tołwiński („Victoria” Białystok).

Lista zawodników rezerwowych:

9. Michał Czarski („Hetman” Lublin) 11 p.

10. Tomasz Kuziel („Łuczniczka” Bydgoszcz) 11 p.

11. Mirosław Mirynowski („Zryw” Słupsk) 11 p.

12. Edward Twardy („Sudety” Kłodzko) 11 p.

13. Krzysztof Pichlak („Cross Opole”) 10 p.

14. Jerzy Dzióbek („Jantar” Gdańsk) 10 p.

15. Krzysztof Furtak („Hetman” Lublin) 10 p.

Leszek Stefanek

 

Szachy

Szachowa Koźmińska 2015

Jak co roku młodzi adepci gry w szachy spotkali się w Warszawie na turnieju drużynowym. W ciepły kwietniowy weekend zmierzyły się zespoły reprezentujące kluby z całej Polski. Od początku istnienia turniej pomyślany był jako okazja do zachęcenia juniorów do zgłębiania tej rozwijającej intelekt dyscypliny. Także w tym roku większość uczestników stanowili zawodnicy z najniższymi kategoriami szachowymi. Tradycją „Koźmińskiej” jest to, że przy okazji rozgrywek drużynowych odbywa się turniej indywidualny dający możliwość podwyższenia kategorii szachowej. Największy postęp zrobił w tym roku Oskar Sówka (bez kategorii) z „Jutrzenki” Dąbrowa Górnicza, który wypełnił normę na IV kategorię), za co gratulacje należą się również trenerowi Dawidowi Falkowskiemu. Tę samą kategorię uzyskała Magdalena Winnicka reprezentująca gospodarzy z Koźmińskiej. V kategorię uzyskało czterech zawodników: Eryk Ozimek, Paweł Pasternakiewicz, Wojciech Kaniuk i Wiktoria Dragon. W turnieju indywidualnym zwyciężyła Daria Rycharska przed Oskarem Sówką. Podium uzupełniła Magda Winnicka, czwarty był Piotr Pisarski. We wszystkich rozegranych rundach widać było rosnące umiejętności szachowe uczestników. Należy zaapelować do wszystkich klubów i ośrodków prowadzących zajęcia szachowe, aby w następnych edycjach „Koźmińskiej” wysyłali nawet po dwóch, trzech zawodników, którzy będą konfrontowali swoje umiejętności z rówieśnikami i zasilą w późniejszych latach seniorskie grono szachistów. Jeżeli chodzi o wyniki turnieju głównego, to w tej edycji zwyciężyła ekipa gospodarzy z warszawskiego ośrodka szkolno-wychowawczego dla słabowidzących i niewidomych, drugie miejsce zdobyli reprezentanci warszawskiej „Syrenki”, a trzecia była druga drużyna „Jutrzenki” Dąbrowa Górnicza. Sędzią głównym turnieju był pierwszy z Adamów – Umiastowski, a drugi, Baranowski, koordynował tę udaną imprezę, dofinansowaną przez Ministerstwo Sportu i Turystyki.

Adam Baranowski

 

Na początek

 

sylwetki

 

„Zając” na kręgielni

W pierwszej połowie maja 2015 roku w Korei odbędą się mistrzostwa świata niewidomych i słabowidzących w bowlingu. Wśród reprezentantów Polski znalazł się Zbyszek Strzelecki, zawodnik chorzowskiej „Karolinki”. 

Będzie to już jego dziewiąty start w kręglarskiej imprezie na arenie międzynarodowej. Debiutował w roku 2007 na I Mistrzostwach Świata Niewidomych i Słabowidzących w Kręglach Klasycznych w czeskiej Pradze. Wówczas musiał się zadowolić odległym 28. miejscem. Z biegiem lat zaczął przesuwać się w górę tabeli i zbliżać do czołówki. Jednak nigdy dotąd nie udało mu się wywalczyć medalu indywidualnego. W 2013 roku, na bowlingowych mistrzostwach Europy w Pradze, miał go już w zasięgu ręki. Był czwarty, tuż za podium. Nie upada jednak na duchu i nie deprymuje go to. Przed nim kolejne imprezy międzynarodowe. Wierzy, że któryś z krążków jest mu jeszcze kiedyś pisany. Może ten w dalekim Seulu?

Zbyszek poznał już smak zwycięstwa. Ma na swym koncie cztery medale drużynowe, zdobyte na mistrzostwach Europy w kręglach klasycznych (srebrny – Węgry 2008, brązowy – Polska 2009, srebrny – Słowenia 2012 i złoty – Polska 2014). Trzykrotnie zdobywał też mistrzostwo Polski: dwukrotnie w kręglach klasycznych (2006, 2012) oraz jeden raz w bowlingu (2012). Wielokrotnie był w gronie srebrnych i brązowych medalistów tych imprez. W tegorocznych, marcowych mistrzostwach Polski w bowlingu, w swojej grupie startowej był trzeci. Przypieczętował tym swój udział w mistrzostwach świata.

Jest osobą słabowidzącą, startuje w kategorii B3. W odróżnieniu od innych zawodników zawsze gra w okularach. Nie potrafi inaczej, choć nie ułatwia mu to niekiedy rzutów. Odbija się w nich światło i często zaparowują. Zbyszek ma wysoką ciepłotę ciała. Taka już przypadłość jego organizmu. O każdej porze roku chodzi zawsze lekko ubrany. Nietypowo też rzuca – rotacyjnie. Rzuty te stosuje zarówno w bowlingu, jak i kręglach klasycznych. Rzucanie podkręconej kuli jest jednym z najbardziej efektywnych technik. Nie jest to jednak proste. Wymaga cierpliwości i treningu. Podkręcenie kuli sprawia, że toczy się ona bardziej precyzyjnie. Są więc większe szanse zbicia większości kręgli jednym rzutem. Zawodnicy wybierający prosty rzut polegają w dużej mierze na szczęściu.

Zbyszek przeszedł twardą szkołę życia. Urodził się w 1965 roku w Warszawie. Wcześnie został sierotą. Po śmierci rodziców wychowywał się w domu dziecka. Tam nauczył się samodzielności i niezależności. Dokuczano mu z powodu wady wzroku, ale nie pozwolił się złamać i zdominować. Jak sam określił – nie dał sobie w kaszę dmuchać. Szkołę podstawową ukończył w ośrodku dla słabowidzących przy ulicy Koźmińskiej w Warszawie.

Szukając pomysłu na życie, postawił najpierw na zawód cukiernika. Ukończył więc szkołę zawodową w Zespole Szkół Przemysłu Cukierniczego na Majdańskiej. Cukiernikiem był tylko przez 10 lat. Później zaczął się imać różnych innych zajęć. Pracował między innymi w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym i Zakładzie Nagrań i Wydawnictw Związku Niewidomych. Lubił zmiany i ciągle poszukiwał dla siebie czegoś nowego, czegoś, co dałoby mu swobodę decydowania o tym, co będzie robił danego dnia. Stała praca etatowa mu to uniemożliwiała. W końcu postawił na masaż. Jest wolnym strzelcem. Na brak pracy nie może narzekać. Ponieważ jest człowiekiem dynamicznym i ruchliwym, ma swych stałych pacjentów w różnych częściach Polski. Ciągle jest w ruchu. To jego żywioł. Lubi, aby każdego dnia coś się innego działo. Jest ciągłym wędrowcem. Nie potrafi długo usiedzieć w jednym miejscu. Może dlatego nie założył dotąd rodziny.

Ma ksywkę „Zając”. Gdy pytam go o to, wyjaśnia, że jest tak od szkoły podstawowej. Było tam wówczas dwóch Zbyszków, których koledzy musieli jakoś rozróżnić. Strzeleckiego, ze względu na jego ruchliwość i skoczność, nazwano „Zającem”. I tak już zostało. Z czasem przyjęło się to także i na kręgielni. Nie przeszkadza mu to zupełnie. Nawet ją lubi.

Zbyszek zawsze lubił sport. W szkole biegał, grał w siatkówkę i koszykówkę. Później pływał na kajakach. Z czasem przekonał się, że nie odpowiadają mu dyscypliny zespołowe. Jest indywidualistą. Lubi, aby wynik w rozgrywkach sportowych zależał tylko od niego. W którymś momencie życia zetknął się z kręglami. Spróbował, posmakował i wciągnęły go. Zaczął intensywnie trenować i brać udział w imprezach organizowanych przez Stowarzyszenie „Cross”. W 2003 roku wystartował po raz pierwszy w mistrzostwach Polski. Był wówczas członkiem crossowskiego klubu w Warszawie. Z czasem przeniósł się do „Karolinki” Chorzów. Członkiem tego klubu jest Janek Zięba, czołowy kręglarz w kategorii B1, wielokrotny medalista mistrzostw Europy i świata. Zbyszek jest jego stałym asystentem podczas startów na kręgielni.

Kręgle Zbyszka fascynują. Stały się jego pasją i sensem życia. Lubi je między innymi za to, że można je uprawiać przez cały rok. Poświęca im cały swój wolny czas. Uprawia zarówno kręgle klasyczne, jak i bowling. Uważa, że obie te dyscypliny doskonale się uzupełniają. Sport go bawi, ale Zbyszek stara się także robić wszystko, aby osiągać jak najlepsze wyniki. Trenuje zawsze, gdy ma ku temu możliwości i czas. Jest stałym gościem kręgielni w Tomaszowie Mazowieckim. Tu trenuje kręgle klasyczne, a na bowling jeździ do Płocka. Wszystkie koszty z tym związane pokrywa z własnej kieszeni. Bardzo przeszkadza mu to, że nie może trenować w Warszawie, gdzie mieszka. Nie ma tu odpowiedniej kręgielni.

Swój kalendarz treningów i startów Zbyszek wzbogaca rozgrywkami dla kręglarzy pełnosprawnych. Często uczestniczy w turniejach w Tomaszowie Mazowieckim. Obecnie gra tam w tomaszowskiej lidze. Razem z Pawłem Ciesielskim, byłym trenerem kadry niewidomych i słabowidzących kręglarzy, reprezentuje „Didex” Tomaszów.

Mam nadzieję, że w Seulu los się do Zbyszka uśmiechnie i obdarzy go miejscem na którymś ze stopni podium, a najlepiej – na tym najwyższym. Życzymy mu tego!

M. Dębowska

 

Na początek

 

turystyka

 

Kulturalne wizytówki Berlina

Berlin leży we wschodniej części Niemiec, około 90 km od granicy z Polską. Otulony przez malowniczy krajobraz, tworzy z nim atrakcyjne połączenie, które potęguje wyjątkową atmosferę. Charakter miasta wynika też niewątpliwie z jego historii i tradycji.

Co sprawia, że Berlin jest tak niezwykły? To kosmopolityczna metropolia będąca wyrazem estetyki opartej na precyzji czystych form. Oczarowuje architekturą, która opowiada dzieje miasta i odzwierciedla panujące tu ideologie. Nowatorskie, aczkolwiek spójne z tradycją rozwiązania są wyrazem silnego związku z przeszłością. Całe miasto nieprzerwanie pulsuje życiem, urzeka serdecznością i gościnnością mieszkańców. Berlin to swoboda, tolerancja, niefrasobliwy sposób bycia. Życie tu wydaje się pasjonujące i niesamowicie aktywne, miasto zaskakuje mnóstwem różnorakich atrakcji. Dla miłośników jednośladów przygotowano bogatą ofertę rowerów miejskich i liczne ścieżki rowerowe, wyznaczone praktycznie we wszystkich arteriach miasta. Rower można zostawić w dowolnym miejscu, np. przypiąć do latarni.

Przyjazne place

Plac Poczdamski to serce nowoczesnego Berlina. Został zbudowany w XVIII wieku. To właśnie tutaj na początku XX wieku uruchomiono pierwszą stację berlińskiego metra i pociągów podmiejskich. W czasie podziału miasta był opustoszałym, smutnym skwerem. Dziś pełni funkcję katalizatora życia społecznego. Jest jednym z największych i chyba najruchliwszych miejsc w mieście. A zmienił swój charakter dopiero za sprawą rewitalizacji, kiedy stał się nowatorskim manifestem przyszłościowych wizji. Jego imponująca architektura powstała w ostatnim dziesięcioleciu. Spotkamy tu połączenie szkieletowych konstrukcji, szkła i śmiałych, innowacyjnych rozwiązań. W monolityczny obiekt Sony Center, wzniesiony według projektu Helmuta Jahna, wbudowano pozostałość dawnego Hotelu Esplanade. Jest to nowoczesny kompleks rozrywkowy, gdzie obok siedziby firmy mieszczą się: kino, berlińskie muzeum kinematografii oraz liczne restauracje, kafejki i butiki. Plac Poczdamski pełni funkcję kulturalnego centrum Europy. Odbywa się tu Międzynarodowy Festiwal Filmowy Berlinale, na który zjeżdżają największe sławy świata kina. Miejsce to jest stałym punktem wycieczek i nie bez przesady zostało okrzyknięte największym tego typu założeniem w Europie.

Śniadanie na trawie

Kiedyś był to zwyczaj bardzo elitarny, związany z określoną etykietą. Kiedy w końcu piknik stał się egalitarną rozrywką, często wykorzystywany był jako wyraz ideologii czy systemów politycznych. Tu wyraźnie widać wyzwanie rzucone polskiej mentalności, ukształtowanej przez lata zakazów, takich jak np: „Nie deptać trawników!”, „Nie wjeżdżać wózkami na trawę!”.

Wokół centrum jest mnóstwo zielonych skwerków, gdzie spontaniczni berlińczycy wjeżdżają wózkami, rowerami czy deskorolkami, by odpocząć lub uprawiać różnorodną sztukę konceptualną. Niektórzy eksponują swoje obrazy, inni tańczą, a jeszcze inni uprawiają happening, zapraszając przechodniów do integracji ze sztuką. Taka społeczna akcja w miejskiej przestrzeni, promująca wspólne piknikowanie, wydaje się świetną inicjatywą. To nie tylko miejsce zakupów, lecz także doskonała propozycja spędzenia wolnego czasu. Przechodniów przyciągają tak zwane pawilony tymczasowe. Pomysłowość tej formy wykorzystuje się do promocji sztuki i różnych działań artystycznych. Są to z założenia scenografie architektoniczne, które mają być rozpoznawalne i zapadać w pamięć. Aranżacja pawilonu w przestrzeni publicznej ma być zaproszeniem do uczestnictwa w kulturze i życiu społecznym.

Architektura z wyobraźnią

Architektura Berlina jest niejednolita, lecz przemyślana, doskonale zintegrowana z otoczeniem oraz z zabudową historyczną. Wiekowe budowle przenikają się z nowymi inwestycjami, często realizowanymi z pozyskanych starych materiałów. Miejscami zyskują nową tożsamość, stanowiąc udane połączenie klasyki z nowoczesnością. Tak było w przypadku Reichstagu, który otrzymał transparentną kopułę, symbolizującą przejrzystość, demokrację i otwartość władzy. Architekt Norman Foster zaproponował odważny pomysł. Dzięki modernizacji gmach stał się wizytówką zjednoczonych Niemiec.

Brama Brandenburska, znajdująca się na placu Paryskim, symbol zjednoczenia państwa niemieckiego, jest również charakterystycznym punktem miasta. Zaprojektowana została przez Carla Langhansa   – niemieckiego architekta pochodzącego z Kamiennej Góry. To jedyna zachowana z osiemnastu bram wchodzących w skład dawnych murów. W czasach podziału Berlina na Wschodni i Zachodni była otoczona murem berlińskim. Jej odwzorowanie znajduje się na rewersach monet eurocentów – 10, 20 oraz 50.

Muzea

Informacje o aktualnych wydarzeniach artystycznych można znaleźć praktycznie wszędzie, nawet w kościołach, które również pełnią funkcje muzeów. Takim przykładem jest Kaiser-Wilhelm-Gedächtnis-Kirche (kościół Pamięci Cesarza Wilhelma) przy Lietzenburger Strasse. To świątynia ewangelicka. Stara część neoromańska została zaprojektowana przez Franza Schwechtena w 1895 r. Niestety, w czasie bombardowania w 1943 r. kościół mocno ucierpiał. W 1957 r. rozpoczęto renowację budowli. Zostawiono ruinę głównej wieży jako memento, a obok wybudowano nowoczesny, przeszklony kościół. Obiekt stał się pomnikiem ku czci poległych oraz symbolem cierpienia i okropności wojny.

Sztuka w Berlinie jest wszechobecna i żywa, o czym świadczy mnóstwo czynnych muzeów przyciągających atrakcyjną ofertą i pomysłowością. Doskonałym sposobem okazało się wykreowanie zespołu urbanistycznego Wyspy Muzeów na rzece Sprawie. W całej swej wspaniałości stanowi zapierający dech kompleks architektoniczny i kulturowy, dzięki czemu został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W pobliżu mostu Zamkowego i katedry Berlińskiej znajduje się Stare Muzeum. Przed nim rozciąga się piękny park, z którym graniczy również Nowe Muzeum oraz Stara Galeria Narodowa. Nieco dalej, od strony fosy Kupfergraben, wznosi się Muzeum Pergamońskie. To najpopularniejsze muzeum w całym Belinie i nie ma co się dziwić, gdyż zgromadzone są tam prawdziwe perełki sztuki starożytnej, islamskiej i Dalekiego Wschodu. Ekspozycje emanują niezwykłą siłą wyrazu, a detale wykonane ręką starożytnych mistrzów wzbudzają zachwyt. Prawdziwym skarbem muzealnej ekspozycji jest marmurowy ołtarz z Pergamonu. Wydobyto go w 1878 r. z ruin tego helleńskiego miasta, położonego na zachodnim wybrzeżu dzisiejszej Turcji. Ten okazały eksponat, częściowo zrekonstruowany, przedstawia mityczną bitwę między bogami Olimpu i grupą gigantów. Do pozostałych atrakcji Muzeum Pergamońskiego należą: brama Miletu z ok. 120 r. oraz rekonstrukcja wejścia na targ w rzymskim mieście Milet w Azji Mniejszej, a także rekonstrukcja babilońskiej bramy Isztar, drogi procesyjnej do świątyni Marduka z czasów Nabuchodonozora II czy wejście do pałacu kalifa w Mshatta w Jordanie.

Muzeum Pergamońskie zwiedza się w sposób bardzo swobodny. W każdej sali wystawowej znajdują się duże siedziska, na których można odpocząć, trzeba bowiem wiedzieć, że nawet pobieżne obejrzenie ekspozycji zajmuje kilka godzin.

Warto zarezerwować sobie więcej czasu, aby chwilę dłużej przyjrzeć się wyjątkowej kolekcji. Cały kompleks zamyka Muzeum Bodego ze skarbami sztuki bizantyjskiej oraz bogatą kolekcją rzeźb i numizmatów.

Pomyślano również o stworzeniu starannie urządzonej, wybrukowanej kamienną kostką miejskiej przestrzeni. Dzięki temu bez trudu można przemierzać całą wyspę, która jest popularnym miejscem publicznych imprez i spotkań towarzyskich.

Mimo całego zróżnicowania wszystkich budowli odczuwa się tu jedność i ponadczasowe piękno tego niezwykłego miejsca. Nie sposób nie doceniać wartości historycznych, estetycznych i kulturowych. Wszystkie obiekty z Wyspy Muzeów są miejscami szczególnie przyjaznymi osobom niepełnosprawnym. Wszędzie zainstalowano windy i pochylnie umożliwiające przemieszczanie się na inne kondygnacje. Każdy – bez dodatkowej dopłaty – może poprosić o słuchawkowy system oprowadzania po ekspozycjach. Oczywiście jest także wersja w języku polskim.

Szacunek dla tradycji

Na szczególną uwagę zasługuje również Muzeum Żydów (Jüdisches Museum) o dość intrygującej, zróżnicowanej przestrzeni. Urodzony w Polsce światowej sławy architekt Daniel Libeskind zaproponował ciekawy pomysł adaptacji tych obiektów. Na potrzeby instytucji zaadaptował istniejący klasyczny budynek i dostawił do niego nowoczesną formę o bardzo mocno wyartykułowanej bryle. O ile stara budowla jest wyrafinowanie estetyczna, o tyle nowa ma współczesne elewacje z metalowych płyt i szkła, które niczym zabliźnione rany opowiadają o dramacie narodu żydowskiego.

Architektura opiera się na wysublimowanym kontraście. Wejście do muzeum zaakcentowane jest geometryczną bramą. Konstrukcja obiektu stanowi tło dla gry światła i cienia, tak by budować intrygujący nastrój. Małe otwory okienne wpuszczają niewiele światła do pomieszczeń, co jeszcze bardziej potęguje napięcie. Przedstawiona na tle abstrakcyjnej architektury ekspozycja muzealna opowiedziana jest z niebywałą prostotą.

Również tutaj zainstalowane są windy i pochylnie dla osób niepełnosprawnych. Dla osób z dysfunkcją wzroku zaprojektowano kontrastowe w barwach poręcze, uchwyty i przyciski. Na każdym poziomie znajduje się strefa bezpieczeństwa wyznaczona przez pas posadzki o zmiennej fakturze. Jest to wspaniały przykład rozwiązania, w którym udało się osiągnąć jednoznaczny wyraz architektoniczny oraz pogodzić wymagania funkcjonalne współczesnego muzeum z przekazem historycznej prawdy. Zaprojektowane z myślą o równowadze między przeszłością i przyszłością, otwiera ważny rozdział w życiu kulturalnym miasta.

Berlin jest przyjazny i służebny wobec sztuki. Kultura jest tu wszechobecna. Nie brakuje miejsc, gdzie można wspólnie uczestniczyć w wydarzeniach kulturalnych. Żadne miasto nie ma w sobie takiego sentymentu do piękna. Żadne nie opowiada z taką czułością o przeszłości, odchodzeniu i trwaniu.

Ewa Górska

 

Na początek

 

zdrowie

 

Trenuj śmiech

Cudzoziemcy odwiedzający nasz kraj, pytani o pierwsze wrażenia, jakie odnoszą po przyjeździe do Polski, najczęściej mówią, że osoby spotykane na ulicach, w metrze czy w sklepie mają poważny, żeby nie powiedzieć smutny wyraz twarzy. Bardzo rzadko gości na niej uśmiech, a jeśli już, to wymuszony etykietą. Gdyby wierzyć przysłowiu: jak nas widzą, tak nas piszą – wydawać by się mogło, że jesteśmy narodem ponuraków i nieudaczników. A przecież to nieprawda.  

W ostatnich badaniach socjologicznych na temat samopoczucia Polaków większość z nas na pytanie: czy jesteś szczęśliwy(a), odpowiedziało twierdząco. Dlaczego więc tak rzadko dajemy temu zewnętrzny wyraz?

Negatywną ocenę uśmiechu czy śmiechu znaleźć można choćby w naszych przysłowiach. „Śmieje się jak głupi do sera”, „Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”, „Nie śmiej się dziadku z cudzego przypadku”, „Posiusiała się ze śmiechu” – to tylko niektóre z nich. Język polski zna wiele określeń na rodzaje uśmiechu i śmiechu. Ten pierwszy może być: tajemniczy (jak u Mony Lisy na obrazie Leonarda da Vinci), zachwycający (posługują się nim m.in. zalotnice), pobłażliwy (to broń osób wyrozumiałych), zjadliwy (prezentują go złośliwcy), rozbrajający (takim zjednują sobie sympatię małe dzieci). A śmiech? Ten bywa: perlisty, ironiczny, kpiący, pusty, serdeczny, szalony, tubalny. Możemy się śmiać „od ucha do ucha”, „do łez”, „całą gębą” i „półgębkiem”, „konać ze śmiechu” itp. Ale także – „zostać wyśmianym”, co nie należy do przyjemności. Może właśnie dlatego tak rzadko uśmiechamy się w przestrzeni społecznej do innych, bo boimy się ośmieszenia? Zapominamy o najbardziej słusznym porzekadle, że „śmiech to zdrowie”.

Jest w uśmiechu coś ciepłego, wzbudzającego zaufanie, rozbrajającego – mówią psycholodzy. Choć śmiech jest też naszym ewolucyjnym oszustwem: zdobywamy się na sztuczny uśmiech, by uniknąć konfliktu lub zadowolić innych. Prawdziwy uśmiech – wynikający z odczuwanej radości – psycholodzy nazywają uśmiechem Duchenne`a, od nazwiska francuskiego neurologa. Uśmiech ten angażuje mięśnie wokół oczu, które unoszą policzki do góry. Przez wiele lat uważany był za prawdziwy, szczery znak ludzkiej emocji. Niestety, w 2013 roku zespół uczonych z Northeastern University w Bostonie podważył wiarygodność uśmiechu Duchenne`a, ogłaszając, że aż dwie trzecie ludzi potrafi „podrobić” prawdziwy uśmiech.

Ale czy warto to robić? Inna, znacznie większa grupa uczonych, wśród nich także lekarzy, przeprowadziła badania, z których wynika, że jedynie z naturalnego, a nie sztucznego śmiechu nasz organizm odnosi wiele korzyści zdrowotnych. Oto one.

Śmiech dotlenia. Powoduje, że poprawia się krążenie, co pociąga za sobą dotlenienie i lepszą pracę serca, płuc i mięśni.

Pobudza układ odpornościowy. Nasze złe myśli przekładają się na chemiczne reakcje, które mogą wpłynąć na pracę całego ciała, m.in. osłabiają naszą odporność. Osoby, które często się śmieją, mają bardziej aktywne komórki układu odpornościowego, zwane naturalnymi zabójcami. To zwiększa zdolność do zwalczania chorób.

Chroni serce. Może zapobiegać jego zawałowi. Według badań amerykańskich kardiologów może zapobiegać chorobom układu krążenia. Odkryli oni, że osoby cierpiące na takie dolegliwości śmieją się w różnych sytuacjach o 40 procent rzadziej niż ludzie w tym samym wieku niemający problemów z sercem.

– Dobry śmiech, płynący prosto z brzucha – tłumaczy autor badań, prof. Michael Miller – powoduje uwolnienie endorfin, które aktywują receptory na powierzchni nabłonka naczyń krwionośnych, powodując uwolnienie tlenku azotu i rozszerzenie się naczyń. To poprawia przepływ krwi, łagodzi stany zapalne, hamuje rozwój płytki miażdżycowej. Najlepszy jest śmiech do łez.

Profesor jako receptę na zdrowe serce poleca co najmniej pół godziny aktywności fizycznej trzy razy w tygodniu i kwadrans śmiechu dziennie.

Poprawia nastrój. Badania pokazują, że ludzie często uśmiechają się sami do siebie, żeby poprawić sobie samopoczucie. Uśmiechają się prawdziwie, także oczami. Działa to jak włącznik dobrego humoru.

Łagodzi stres. Najwięcej korzyści czerpiemy ze spontanicznego głośnego śmiechu. Gasi on szybko reakcję na sytuację stresową. Przyspiesza bicie serca i podnosi ciśnienie krwi. Po nim przychodzi uczucie zrelaksowania i rozluźnienia. W ten sposób nie tłamsimy stresu, lecz dajemy upust emocjom.

Ma działanie przeciwbólowe, zmniejsza napięcie mięśni. Pobudza ciało do produkcji naturalnych związków przeciwbólowych. Może też przerwać silny ból skurczowy. Zwiększa w mózgu produkcję wspomnianych już endorfin, zwanych cząsteczkami szczęścia, które redukują uczucie drętwienia i powodują, że słabiej odczuwamy ból. Śmiech, poprzez pobudzanie krążenia, pomaga mięśniom w rozkurczaniu się, co prowadzi do złagodzenia napięcia i sztywności mięśni.

Pomaga w depresji. Depresja często towarzyszy chorobom przewlekłym. Śmiech może złagodzić jej objawy, obniżyć niepokój. Japończycy dowodzą, że śmiech podnosi poziom czynników przeciwzapalnych we krwi osób cierpiących na reumatoidalne zapalenie stawów, co także przekłada się na jakość życia – w tym na odczuwanie depresji.

Wspomaga zdolności poznawcze. Uczeni z kalifornijskiego Uniwersytetu w Loma Linda, mieście słynącym z wielu stulatków, sprawdzali, czy poczucie humoru ma jakiś wpływ na poprawienie pamięci. Osoby w wieku 60-70 lat podzielono na dwie grupy. Jedna siedziała w ciszy, bez czytania i korzystania z telefonów. Druga oglądała zabawne filmiki. Po 20 minutach wszystkich uczestników poproszono o udział w krótkim teście na zapamiętywanie. Okazało się, że grupa „zabawiana” radziła sobie z nim lepiej. Zdolność jej członków do przywoływania z pamięci zapamiętanych słów czy obrazków wyniosła około 40 proc., podczas gdy grupa „cicha” miała tylko 20-procentową skuteczność. Pierwsza grupa miała też wyraźnie niższy poziom hormonu stresu – kortyzolu – po sporej porcji śmiechu podczas oglądania filmików. Wiadomo, że głównie osoby starsze cierpią na obniżenie komfortu życia. – Wprowadzenie większej dawki śmiechu do codzienności, nawet poprzez oglądanie zabawnych programów w telewizji – mówią autorzy badań – może nie tylko poprawić im nastrój, ale też wzmocnić pamięć i zdolności poznawcze.

Ale nie zawsze śmiech wychodzi nam na dobre. W wojsku i na ringu bokserskim lepiej się powstrzymać od uśmiechania się, bo może to być odebrane jako objaw wrogości, wywyższania się lub niesubordynacji. Osoby, które czeka walka, uśmiechając się, nieświadomie przekazują przeciwnikowi informacje o swojej słabości, co daje mu przewagę. Zasada, by nie okazywać emocji, stawia nas w pozycji dominującej, nawet gdy wcale nie czujemy się silni. Psycholodzy sportu zalecają więc powstrzymanie się od przesyłania uśmiechu swoim rywalom przed zawodami. Niech to robią po ich ukończeniu. Śmiech jest znakiem firmowym naszego skoczka narciarskiego Piotra Żyły. Znawcy problemu mówią, że skrywa on sportowca zagubionego (istotnie, od lat boryka się on z chroniczną niestabilnością formy). Jego śmiech, a raczej chichot i osobliwe poczucie humoru jednych szokują, innych bawią. Stał się jednym z najpopularniejszych sportowców. Ma milion fanów na Facebooku (o 300 tys. więcej niż Kamil Stoch i Agnieszka Radwańska, wyprzedza nawet Justynę Kowalczyk). Jak widać, śmiech może być też najlepszym sposobem na zdobycie popularności.

Warto więc posłuchać rad, jakich udzielają „trenerzy” śmiechu. Sugerują oni, by wyszukiwać zdjęcia lub przedmioty, które wywołują nasz uśmiech. Dobrze jest postawić je lub powiesić w miejscu, w którym często przebywamy, na przykład w pracy na biurku. Podobnie zalecają trzymać pod ręką śmieszne filmy lub książki, po które możemy sięgnąć, gdy potrzebujemy poprawy nastroju. – Staraj się wymuszać u siebie śmiech – czytamy dalej. – Nawet jeśli na początku będzie ci to szło opornie, nie poddawaj się. Wymuszony śmiech też dobrze wpływa na ciało. Staraj się spędzać więcej czasu wśród znajomych, którzy mają skłonność do śmiechu. To jest naprawdę zaraźliwe. Stresujące sytuacje często obracaj w żart, ale uważaj, by kogoś nie urazić. Ludzie nie lubiąm osób, które ze wszystkiego się naśmiewają.

Małpujemy różne obce wzory, mody i obyczaje, nie zawsze pasujące do naszej rzeczywistości (choćby nagminne używanie słów angielskich, często z błędami, do nazywania sklepów). Może zamiast tego warto przyswoić sobie, na pewno z większym pożytkiem dla zdrowia społecznego, amerykański slogan „keep smiling”. Sprawdza się w wielu okolicznościach.

BWO

 

Na początek

 

ruszajmy się

 

Slow jogging

Większość z nas rozumie, jak istotny dla zdrowia, dobrego samopoczucia i wyglądu jest regularny wysiłek fizyczny. Mimo to często brakuje nam motywacji i bywa, że tracimy zapał po kilku treningach. Najczęstsze wymówki to brak czasu, zmęczenie, bóle stawów, chęć wypoczynku po pracy. 

Naprzeciw tym wszystkim, którzy mają problemy z aktywnością fizyczną, wychodzi profesor Hiroaki Tanaka z Uniwersytetu Fukuoka w Japonii, twórca metody slow joggingu. Slow jogging w tłumaczeniu oznacza „wolny bieg”, a dokładniej „wolny trucht”. Profesor naukowo udowadnia, że przy wolnym tempie biegu można uzyskać te same wyniki prozdrowotne co przy tempie wysokim, nie doprowadzając do wyczerpania organizmu.

Metoda ta polega na bieganiu w tempie Niko-Niko, co oznacza bieg powolny, który nas nie męczy, w czasie którego jesteśmy uśmiechnięci i zrelaksowani. Według autora to bardzo ważne, aby uśmiech podczas biegu odzwierciedlał faktyczny stan ducha.

Kiedy staramy się biegać szybko, popełniamy podstawowy błąd. Aby uzyskać większą szybkość, zwiększamy długość i częstotliwość kroków, co skutkuje nieprawidłowym stawianiem stopy (na piętę). Analiza profesora Tanaki wykazała, że najlepsi biegacze z Afryki tego nie robią, biegają naturalnie, stawiając nogę od razu na śródstopie. Tak też należy biegać metodą slow joggingu. Buty powinny mieć płaską, elastyczną podeszwę. Można z powodzeniem biegać boso. Dzięki temu bieg jest nieinwazyjny i najmniej obciąża stawy. Podczas stawiania kroku od pięty kolano biegacza obciążone jest trzy razy bardziej niż podczas biegania na śródstopiu. Na krótsze kroki ze śródstopia może pozwolić sobie każdy, dlatego slow jogging jest idealny dla osób starszych, z nadwagą, z problemami stawowymi itp.

Tempo biegu powinno oscylować w granicach 4 km/h. Takie tempo momentami jest wolniejsze od marszu. Kroki powinny być stawiane z częstotliwością 180 na minutę (czyli około trzech kroków na sekundę), mają być dość drobne, ale rytmiczne, ich długość to zaledwie jedna trzecia zwykłego kroku biegowego lub marszowego.

Dla zdrowia powinniśmy truchtać 30 minut dziennie. Jeżeli chcemy schudnąć, czas biegu powinien wynosić około godziny dziennie. Japończycy, aby nie tracić czasu, truchtają w drodze do i z pracy – slow jogging im to umożliwia. Profesor przekonuje, że wystarczą 3 m przestrzeni i możemy biegać w domu. Trening będzie bardziej efektywny, ponieważ wydatkujemy dodatkową energię na robienie zwrotów.

Dlaczego slow jogging jest skuteczniejszy od spaceru? Przede wszystkim angażujemy większą liczbę mięśni. Podczas chodzenia pracuje znikoma ich część. Zaangażowane są mięśnie pośladkowe, uda, łydki oraz brzucha i grzbietu. Sylwetka jest wyprostowana, a ruch bardziej naturalny. Powoduje to, że czerpiemy więcej satysfakcji i spalamy dwa razy więcej kilokalorii. Na przykład, aby spalić 300 kcal, musimy przejść około 10 km. Poruszanie się biegiem w tym samym tempie zajmie nam tyle samo czasu, ale spalimy około 600 kcal.

Slow jogging stał się popularny w Japonii oraz innych krajach Azji. Zdobywa też rzesze amatorów w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Metoda wolnego biegania dociera również do innych krajów Europy, w tym do Polski.

Według jego twórcy slow jogging to sposób na długowieczność. Ważne, by do sportu podchodzić z uśmiechem, nie robić nic na siłę. Lekko umiarkowane tempo sprawia, że nie musimy odpowiednio przygotowywać się do treningu i możemy realizować go w każdym momencie – w drodze do pracy, w domu, w podróży. To świetny sposób na zachowanie kondycji i zdrowia. Polecam slow jogging każdemu, komu brakowało pomysłu, jak ruszyć się z miejsca.

Krzysztof Koc

 

Na początek

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Półfinał mistrzostw Polski

W marcu w Krynicy-Zdroju rozegrano półfinał szachowych mistrzostw Polski niewidomych i słabowidzących. Walka o sześć przepustek do finału była bardzo zacięta, partie niezwykle emocjonujące, choć niepozbawione błędów. Ich przegląd rozpoczniemy od twórczości Adama Czajkowskiego, który w Krynicy był klasą dla siebie:

Obrona Caro-Kann

A. Czajkowski (1924) – B. Pawelec (2087)

1.e4 c6 2.d4 d5 3.Sc3 de4 4.S:e4 Sd7 Ulubiony wariant debiutowy byłego mistrza świata Anatolija Karpowa 5.Sf3 Najbardziej popularnym odgałęzieniem jest tu 5.Sg5 Sgf6 (5…h6? 6.Se6!) 6.Gd3, ale i spokojny ruch w partii nie jest zły 5...Sgf6 6.S:f6+ S:f6 7.Se5 Gf5 8.c3 e6 9.g4!? Hd5?! Prawidłowe było 9...Gg6 10.h4 Gd6 11.He2! (Ale nie 11.h5?! Ge4 12.f3 G:e5!) 11...c5 12.Gg2 z niewielką przewagą białych.

10.gf5?! Poświęcenie ciekawe, ale niepotrzebne. Dużą pozycyjną przewagę dawało spokojne 10.f3 Gg6 (10…S:g4? 11.Gc4) 11.h4 h5 (11…Gd6?! 12.Gc4 Ha5 13.He2) 12.Gc4 Hd6 13.Gf4  10...H:h1 11.fe6 He4+ 12.Ge3 Gd6?! Prowadzi do kłopotów. Należało grać 12…fe6 13.Hb3 0–0–0 14.H:e6+ Kb8 15.0–0–0 i szanse stron uznać można za wyrównane 13.S:f7 H:e6 14.S:h8 0–0–0 15.Ha4 Po 15.d5! S:d5 (15…cd5 16.Ha4 a6 17.Hh4 z groźbą Gh3) 16.Hf3 czarne miały problemy z zabraniem skoczka 15...W:h8?! Czarne za szybko chcą odzyskać równowagę materialną. Należało wtrącić 15...Sd5! 16.Gc4 Kb8 i przewaga białych jest symboliczna 16.0–0–0 (16.H:a7!) 16...G:h2?! (16...Sd5!) 17.H:a7 Kc7 Dłuższy opór można było stawiać po 17...Sd5 18.Gd2 Sc7. Teraz pozycja czarnych szybko się rozsypuje 18.c4! Sg4 19.d5! cd5 20.cd5 Hd6 21.Gc5 Hf4+ 22.Kb1 Hf5+ 23.Ka1 Hc2 24.d6+ (24...Kd7 25.H:b7+ Ke6 26.He7+ Kf5 27.Gd3+)  1–0

A. Czajkowski (1924) – G. Bzowski (1624)

Białe: Kg1, Hd1, Wa1, Wf1, Gc1, Gd3, Sb5, Sf3, a2, b2, c2, e5, f2, g2, h2

Czarne: Ke8, Hd8, Wa8, Wh8, Ga6, Gc5, Sb8, Sd7, a7, b6, d5, e6, f7, g7, h7

9...0–0? Pozwala na przeprowadzenie typowej kombinacji 10.G:h7+ K:h7 11.Sg5+ Kg8 Jeśli 11…Kg6, to 12.Hd3+ f5 13.ef6+ K:f6 14.We1 z rozstrzygającym atakiem  12.Hh5 We8? Jedyną szansą na ratunek było oddanie hetmana za trzy lekkie figury 12...H:g5 13.G:g5 G:b5 14.Wfe1 Sc6 i nie wszystko jest jeszcze jasne. Teraz natomiast czarne dostają mata 13.H:f7+ Kh8 14.Hh5+ Kg8 15.Hh7+ Kf8 16.Hh8+ Ke7 17.H:g7x

Obrona królewsko-indyjska

M. Chojnowski (2097) – A. Czajkowski (1924)

1.d4 Sf6 2.c4 g6 3.Sc3 Gg7 4.e4 d6 5.Sf3 0–0 6.Ge2 Sbd7 Najczęstsza kolejność posunięć to 6...e5 7.0–0 Sc6 8.d5 Se7, ale być może czarne obawiały się uproszczeń po 7.de5 de5 8.H:d8 W:d8 9.Gg5 7.0–0 e5 8.d5 Teraz gra przechodzi do tzw. wariantu Petrosjana powstającego po 6.Ge2 e5 7.d5. Przy „płaskim” skoczku na d7 za najlepsze dla białych uważa się utrzymanie napięcia w centrum: 8.Hc2 lub 8.We1, pozostawiając na później decyzję, co zrobić z pionkiem d4 8...a5 9.Hc2 W duchu wariantu jest 9.Gg5 z dalszym Sd2 9...h6!? 10.a3 Se8 (10...Sh5!?) 11.Se1 f5 12.Sd3 (12.ef5!? gf5 13.f3) 12…Sdf6 13.f3 f4 14.c5 g5 15.Gd2? Moim zdaniem tutaj białe popełniły duży błąd strategiczny. Nie wolno bez walki pozwolić na ruch g5-g4. Prawidłowa gra to 15.cd6 cd6 16.Sf2 h5 17.h3 15…h5 Powstała pozycja typowa dla obrony królewsko-indyjskiej, w której obie strony grają aktywnie na „swoich” skrzydłach, ale czarne szybciej stwarzają groźby  16.Sb5 g4 17.b4 Sh7 18.fg4?! Ułatwia czarnym prowadzenie ataku na króla. Należało spróbować  18.cd6 cd6 19.ba5 Hh4 20.Gb4 g3 21.h3 i dzięki hetmanowi na c2 ofiary na h3 wymagają jeszcze dalszych przygotowań 18...hg4 19.ba5 Hh4 Pojawiają się pierwsze groźby 20.Gb4?! Lepsze 20.cd6 cd6 21.Ge1 g3 22.h3 Sg5 23.Gf3, ale i wówczas po 23…Wf6 czarne mają przewagę 20...Wf6! Teraz atak staje się nie do odparcia 21.cd6 Wh6 22.h3 cd6 Zasługiwało na uwagę 22...Sg5, np. 23.G:g4 G:g4 24.hg4? S:e4 z matem 23.Gd1 Jeśli 23.Ge1 to 23…g3 z dalszą ofiarą gońca lub skoczka na h3 23...g3?  Szybko kończyło grę 23...Sg5! np. 24.Ge1 S:h3+ 25.gh3 H:h3 26.Hg2 H:d3 itd. 24.Gf3? Po 24.Se1! Sg5 25.Sf3 S:h3+ 26.gh3 H:h3 27.Hg2 można było przedłużyć opór 24...Sg5 25.Sc3? Przyspiesza koniec, ale i po 25.He2 G:h3 26.gh3 g2! 27.G:g2 S:h3+ 28.G:h3 H:h3 wynik był przesądzony

25...G:h3! 26.gh3 S:h3+ 27.Kg2 Sg5 28.Wh1 Hh2+! Być może tego ruchu nie przewidziały białe, grając 25.Sc3  29.W:h2 W:h2+ 30.Kf1 W:c2 31.Gd1 g2+ 32.Kg1 Sh3+ 33.Kh2 g1H+ i na ruch przed matem białe poddały się.

Obrona Philidora

B. Pawelec (2087) – P. Kulpiński (1896)

1.e4 d6 2.d4 Sf6 3.Sc3 e5 4.Sf3 Sbd7 5.Gc4 Ge7 6.0–0 0–0 7.a4 a5 8.He2 c6 9.b3 b6 Przy białym hetmanie na e2 celowe wydaje się zabicie na d4, gdyż po dalszym 9...ed4 10.S:d4 We8 11.Sf5?! Gf8 hetman na linii z wieżą czuje się niepewnie: 12.Gg5? d5! 10.Ge3 Hc7 11.Wad1 Gb7 12.Wd2 ed4?! Zabicie na d4 w tym właśnie momencie wydaje się wątpliwe – czarne nie zdążą wywrzeć nacisków po linii „e” 13.S:d4 Se5 (13...g6!?) 14.Sf5 S:c4? Znacznie lepsze było 14...Wae8 15.Gg5 h6 16.Gh4 Gc8 z niewielką tylko przewagą białych 15.H:c4 Pojawiły się nieprzyjemne groźby związane z niebronioną pozycją czarnego hetmana i ze słabościami na b6 i d6  15...Se8?  Prowadzi do przegranej. Należało szukać kontrgry, oddając pionka 15...Hd7 16.G:b6 d5, chociaż i wówczas sytuacja czarnych była trudna. 16.Sd5! cd5 17.H:c7 S:c7 18.S:e7+ Kh8 19.G:b6 i białe wygrały.

Obrona sycylijska

T. Traczyk (1829) – D. Falkowski (2085)

1.e4 c5 2.Sf3 d6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 Sc6 6.Gg5 e6 7.Hd2 a6 8.f4?! Niedokładność debiutowa. Ruch f2-f4 należy wykonać po długiej roszadzie 8...h6! 9.G:f6 Wymuszona odpowiedź: 9.Gh4? S:e4! 9...H:f6 Czarne zostały z parą gońców i mimo małego niedorozwoju na pewno nie stoją gorzej 10.Sf3 b5 11.a3 Gb7 12.0–0–0 g5!? 13.fg5? Daje przeciwnikowi dominację na czarnych polach. Po 13.g3 szanse były wyrównane 13...hg5 14.Kb1 Nie wolno 14.S:g5? bo 14...Gh6 15.h4 He5 z groźbą f7-f6 14...g4 15.Se1 0–0–0 16.Sd3 Se5 17.S:e5 H:e5 18.Hd4?! Końcówka jest dużo gorsza dla białych. Należało spróbować 18.Ge2 W:h2 19.G:g4 W:h1 20.W:h1, np. 20…G:e4? 21.S:e4 H:e4 22.Gf3 Hc4 23.Ha5 z niebezpieczną inicjatywą białych 18...Gg7 19.H:e5 G:e5 20.Ge2 Również i po trochę lepszym 20.h4 gh3 21.W:h3 W:h3 22.g:h3 G:c3 23.bc3 G:e4 24.c4 Gc6 trudno było liczyć na ratunek 20...G:c3 21.bc3 G:e4 22.G:g4 G:g2 23.Whg1 Ge4 24.Wd2 Whg8 25.W:d6? Podstawienie figury, ale partia była już i tak nie do uratowania 25...W:d6 26.G:e6+ W:e6 27.W:g8+ Kc7 i czarne wygrały.

M. Juraszewski (1719) – P. Kulpiński (1896)

Białe: Kg1, He2, Wc1, Wf1, Gd3, Gf4, Sc3, Sf3, a3, b2, d4, e3, f2, g2, h2

Czarne: Kg8, Hd8, Wc8, Wf8, Gd7, Ge7, Sc6, Sh5, a6, b7, d5, e6, f7, g7, h7

13.G:h7+? W odróżnieniu od cytowanej partii Czajkowski – Bzowski tutaj to poświęcenie nie jest poprawne 13…K:h7 14.Sg5+ Kg6 Możliwe było także 14...G:g5 15.H:h5+ Gh6 15.Hd3+ f5 16.Sh3 S:f4 17.S:f4+ Kf7 18.g4 g6 19.Kh1 Gd6 20.gf5 gf5 21.He2 Wh8 22.Hf3 Hh4 23.Hg3 Wcg8  0–1

A. Migala (2056) – D. Kasperczyk (1738)

Białe: Kh1, He1, Wa1, Wf1, Gb2, Sa4, Sf3, a2, b3, c4, d3, e4, f4, g2, h2

Czarne: Kg8, Hd8, Wb8, Wf8, Gd7, Ge7, Se8, a6, c5, c6, d6, e6, f6, g7, h7

14...Wf7? Pozwala przeciwnikowi wykorzystać słabość „dublaków” i prowadzi do utraty pionka c5. Konieczne było 14...e5! z solidną pozycją 15.e5! Wb7 16.Ga3 Gc8 17.Wd1 Możliwe było również 17.ed6 G:d6 18.He3 i pionek c5 musi zginąć 17...d5 18.G:c5 Sc7 19.ef6 gf6 20.He3 Hf8 21.Wfe1 Wg7 22.Wd2 Se8 23.G:e7 H:e7 24.Sc5 Wc7 25.S:e6+ G:e6 26.H:e6 H:e6 27.W:e6  1–0

 P. Hagner (1741) – S. Barnowski (1913)

Białe: Kc1, Hc2, Wd1, Wh1, Gf1, a2, b2, c3, e3, f2, g4

Czarne: Kg8, Hf6, Wa8, Wf8, Gc5, Sg6, a7, b7, c6, d5, e6, g7, h7

Czarne stoją wyraźnie lepiej, ale po kilku niedokładnych ruchach ocena zmienia się o 180 stopni 18...e5?! (18...H:f2) 19.e4 de4? Osłabia ważną przekątną a2-g8. Po 19...H:f2 czarne wciąż jeszcze utrzymywały przewagę 20.Gc4+ Kh8 21.H:e4 Wad8? Przeoczenie umożliwiające przeciwnikowi efektowne  zakończenie gry. Groźby białych były już jednak nie do odparcia, np. 21...h6 22.Gd3 Kh7 23.g5! H:g5 24.Wdg1 lub 21...G:f2 22.Wdf1 Wad8 23.Wh2 itd.  22.W:h7+! K:h7 23.Wh1+  1–0

Awansującym życzę powodzenia w finale, który odbędzie się w maju w Jastrzębiej Górze.

Ryszard Bernard

 

Na początek

 

Gramy w warcaby

W dniach 21-27 marca 2015 r. w Krynicy-Zdroju rozegrano półfinał XIX Indywidualnych Mistrzostw Polski Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach Stupolowych. W zawodach wzięli udział wszyscy czołowi zawodnicy, oprócz medalistów ostatnich mistrzostw Polski oraz zawodnika z najwyższym rankingiem – Józefa Tołwińskiego, którzy prawo startu w finale mają zapewnione bez eliminacji. Pod względem szkoleniowym rozegrano wiele interesujących partii. Poniżej dwa przykłady. Już w drugiej rundzie doszło do pojedynku pomiędzy zawodnikami zaliczanymi do grona faworytów.

Mirosław Grabski („Jutrzenka” Bydgoszcz) – Michał Czarski („Hetman” Lublin)

1. 32-28 18-23 2. 34-29 23x32 3. 37x28 20-25 4. 41-37 19-23 5. 28x19 14x34 6. 39x30!

Białe wymieniają niewygodnego pionka i jednocześnie zyskują +2 tempa.

6... 25x34 7. 40x29 10-14 8. 46-41 14-20

Czarne kontynuują plan gry na rogatkę, chcąc wykorzystać układ 29-35.

9. 44-39 20-25 10. 50-44 5-10 11. 37-32 10-14 12. 41-37 14-20 13. 32-28 17-22

Wymiana centralnych pionków jest częścią planu gry na rogatkę. W tym przypadku jest przedwczesna. Należało wprowadzać do gry pionki z trójnika 13... 13-18, 14... 9-13 itd.

14. 28x17 12x21 15. 31-26

Lepsze było 15. 33-28 i na ewentualne 21-26 16. 37-32.

15... 7-12 16. 26x17 12x21 17. 33-28 13-19 18. 37-32 21-26 19. 39-33

Czarne przygotowały się do założenia rogatki, jednak po 19... 19-24 białe mogą się od razu uwolnić 20. 35-30. Mogą też zostawić rogatkę i poprzez dalsze umacnianie centrum zagrozić wygraniem pionka 24. W tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem dla czarnych byłaby zmiana planu gry z uaktywnieniem bandowego pionka po 19... 20-24 20. 29x20 25x14.

19... 16-21? 20. 29-24 19x30 21. 35x24 20x29 22. 33x24 21-27 23. 32x21 26x17 24. 38-33 8-13 25. 43-38 1-7 26. 33-29 9-14 27. 44-40 17-22 28. 28x17 11x22 29. 38-33 14-20 30. 42-38 7-11 31. 38-32 4-9 32. 47-41 13-18 33. 41-37 2-7 34. 37-31!

Czarnym grozi kombinacja i wymuszone jest posunięcie 34... 9-13.

34... 11-16? 35. 32-27

Pozycyjnie dobre posunięcie w tym przypadku należy uznać za błędne, bo białe mogły wygrać po 35. 33-28 22x33 36. 29x38 20x29 37. 38-33 29x27 38. 31x4

35... 18-23 36. 27x18 23x12 37. 31-27! 7-11?

Czarne mają gorszą pozycję i dalsza gra „na boki” stawia je w coraz bardziej niekorzystnej sytuacji.

38. 33-28 11-17 39. 40-34?

Nie tracąc czasu, należało grać 39. 49-43, by zmierzać na pole 32.

39... 9-13 40. 49-43 3-9 41. 43-38

Czarne mogły wykorzystać słabość w pozycji białych powstałą po 39. posunięciu 40-34 i doprowadzić partię do remisu 41... 12-18 42. 28-23 17-21 43. 23x12 21x43 44. 48x39 6-11 45. 39-33 11-17 46. 12x21 16x27 47. 33-28 9-14 48. 28-23 14-19 49. 23x14 20x9 50. 29-23 9-14 51. 24-19 13x24 52. 23-18 27-32. W partii było:

41... 6-11 42. 28-23 13-18 43. 38-32 9-14 44. 32-28 17-21 45. 48-42 21x32 46. 28x37 11-17 47. 45-40 17-21 48. 42-38 12-17 49. 23x12 17x8 50. 24-19! 14x23 51. 29x18 20-24 52. 40-35 21-26 53. 36-31 15-20 54. 31-27 24-29 55. 34x23 20-24 56. 27-22

I czarne poddały się.

Michał Czarski („Hetman” Lublin) – Ryszard Biegasik („Victoria” Białystok)

1. 32-28 19-23 2. 28x19 14x23 3. 37-32 10-14 4. 41-37 14-19 5. 33-28 17-22!

Czarne zwiększają tempo do +4.

6. 28x17 12x21 7. 39-33 7-12 8. 44-39 1-7 9. 31-27!

Posunięcie przygotowujące na przejście do klasyki, co przy dodatnim tempie czarnych jest planem uzasadnionym.

9... 9-14

Lepsze było 9... 5-10 i 10... 10-14.

10. 33-28 5-10? 11. 39-33 23-29? 12. 33x24?

Po 12. 34x23 czarny pionek pozostałby na polu 29 i jego obrona byłaby bardzo trudna.

12... 19x39 13. 43x34 18-23 14. 28x19 14x23 15. 34-29? 23x34 16. 40x29

Po ostatniej wymianie w pozycji białych powstały dwa niekorzystne układy: 29-35, 27-29.

16... 13-18

Lepsze było 16... 13-19.

17. 50-44 18-22

Czarne nie wygrywają pionka. Wymiana jest o tyle niekorzystna, że likwiduje słabości w pozycji białych.

18. 27x18 12x34 19. 44-40 34-39 20. 49-43 8-13 21. 43x34 10-14 22. 38-33 7-12 23. 46-41 12-18 24. 32-27 21x32 25. 37x28 18-22 26. 28x17 11x22 27. 41-37 2-7 28. 37-31 16-21 29. 42-38 6-11 30. 33-29?

Białe ustawiły niekorzystną dla siebie kolumnę. Po 30... 14-19 pionki białych na krótkim skrzydle mogły zostać pozbawione aktywności. Jedynym uzasadnieniem zagrania białych było liczenie na kombinację. I stało się.

30... 21-27? 31. 38-32 27x38 32. 47-42 38x47 33. 34-30 47x24 34. 30x10 11-17 35. 10-5 7-11 36. 35-30 17-21 37. 40-34 21-27 38. 45-40 11-16 39. 34-29 13-19 40. 5x6

Od razu wygrywało 40. 5x11 16x7 41. 31x22.

40... 20-25 41. 31x22 25x45 42. 22-17 4-9

Pozycja białych jest wygrana.

43. 48-43

Niedokładne zagranie. Należało grać

43. 17-12 45-50 (inaczej białe zablokują pole 50) 44. 12-7 i czarna damka ginie.

43... 15-20 44. 43-39?

W dalszym ciągu można było grać 44. 17-12.

44... 9-13 45. 29-23 16-21 46. 17x26 45-50 47. 39-34 20-24 48. 26-21?

Błąd, który od razu prowadzi do remisu. Konieczne było 48. 23-18 13x22 49. 6x15 z wygraną białych.

48... 50-45

I zawodnicy zgodzili się na remis.

2 kwietnia 2015 r. rozpoczął się w Kazachstanie mecz o mistrzostwo świata kobiet pomiędzy najbardziej utytułowanymi zawodniczkami – Zoją Gołubiewą z Łotwy, trzynastokrotną mistrzynią świata, i Tatianą Tansykużyną z Rosji, pięciokrotną mistrzynią świata. Już pierwsza partia zakończyła się zwycięstwem obrończyni tytułu Gołubiewej, która grając czarnymi, przeprowadziła piękną kombinację.

Ostatnim posunięciem białych było 45. 43-38, na co czarne odpowiedziały:

45... 17-21 46. 26x17 23-28 47. 33x22 13-18 48. 22x13 19x8 49. 30x19 8-13 50. 19x8 3x43

I białe poddały się. Mogło jeszcze nastąpić 51. 42-38 43x32 52. 35-30 32-37 53. 30-24 37-41 54. 24-19 41-47! 55. 19-13 47-24.

Jan Sekuła

 

Na początek

 

„Komputer bez tajemnic”

Swoboda w korzystaniu z komputera, surfowanie po stronach www, nawiązywanie i odnawianie znajomości za pośrednictwem internetu? Poznaj tajemnice cyfrowego świata podczas szkoleń organizowanych przez Stowarzyszenie „Cross”. Zapraszamy osoby w wieku od 18 do nieukończonych 60 lat, o znacznym lub umiarkowanym stopniu niepełnosprawności z tytułu utraty wzroku na zajęcia z zakresu obsługi komputera (od podstaw).

Szkolenie składa się z czterech tygodniowych zjazdów organizowanych w Lublinie w Hotels Lublin przy ulicy Podzamcze 7, 20-126 Lublin (www.hotels-lublin.pl) w następujących terminach:

zjazd nr 1: 5-12 lipca 2015 r.

zjazd nr 2: 2-9 sierpnia 2015 r.

zjazd nr 3: 6-13 września 2015 r.

zjazd nr 4: 18-25 października 2015 r.

Szkolenie zakończy się egzaminem i uzyskaniem po jego zdaniu zaświadczenia o ukończeniu szkolenia.

Uwaga! Warunkiem przystąpienia do egzaminu końcowego i otrzymania zaświadczenia o ukończeniu szkolenia jest udział we wszystkich czterech zjazdach. Prosimy zatem o szczegółowe zapoznanie się z wyżej wymienionymi ich terminami i upewnienie się, czy będą mogli Państwo wziąć udział w całym cyklu spotkań. W przypadku nieusprawiedliwionych nieobecności osoby będą usuwane z listy uczestników bez prawa powrotu do projektu.

Każdy z uczestników projektu musi spełniać następujące warunki:

• być osobą w wieku od 18 do nieukończonych 60 lat;

• być osobą o znacznym lub umiarkowanym stopniu niepełnosprawności z tytułu utraty

wzroku i posiadać aktualne orzeczenie o niepełnosprawności z tego tytułu;

• być członkiem Stowarzyszenia „Cross”;

• nie być uczestnikiem warsztatów terapii zajęciowej;

• nie być pracownikiem zakładu aktywności zawodowej

Uwaga: pierwszeństwo udziału w szkoleniu mają osoby, które nie uczestniczyły w projektach „Masz szansę” i „Awangarda” w roku 2014. Mile widziani będą uczestnicy z własnym sprzętem komputerowym (laptop) i oprogramowaniem.

Zgłoszenie sporządzone na formularzu dostępnym na stronie www.cross.org.pl/aktualnosci/szkolenie-komputer-bez-tajemnic, wraz z orzeczeniem o niepełnosprawności z tytułu wzroku, oświadczeniem o wyrażeniu zgody na przetwarzanie danych osobowych, oświadczeniem beneficjenta ostatecznego projektu „Komputer bez tajemnic” oraz danymi szczegółowymi uczestnika należy dostarczyć do biura Stowarzyszenia „Cross” w Warszawie najpóźniej do 29 maja 2015 r. Komplet dokumentów zgłoszeniowych można dostarczyć do biura Stowarzyszenia „Cross”: osobiście lub mailem na adres: szkolenia@cross.org.pl lub pocztą tradycyjną lub faksem na numer tel. 22 887-63-67.

Adres biura Stowarzyszenia „Cross”: ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa.

Odpłatność za udział w szkoleniu „Komputer bez tajemnic” wynosi 300 zł od uczestnika. Wpłaty należy dokonać

na konto Stowarzyszenia „Cross” (po potwierdzeniu udziału w szkoleniu przez pracownika Stowarzyszenia) do

19 czerwca 2015 r.

W przypadku jakichkolwiek pytań prosimy o bezpośredni kontakt z biurem w Warszawie: telefonicznie pod numerami

22 635-57-94 i 22 635-76-18 lub mailowo pod adresem: szkolenia@cross.org.pl .

W zgłoszeniach i rozmowach telefonicznych prosimy powoływać się na tytuł projektu: „Komputer bez tajemnic” .

Serdecznie zapraszamy do uczestnictwa!