stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 4 (97) Kwiecień 2013

ISSN 1427–728X

ROK XI

Nr 4 (97)

Kwiecień 2013 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO-SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00–216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9,  tel.: 022 635 57 94

tel.kom. 668 764 654,
666 725 040

e–mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Teresa Dębowska

Redaktor naczelna

Anna Amanowicz

Zastępca redaktor naczelnej

Skład i opracowanie graficzne:

Wojciech Górski

Druk: Wydawnictwa Polskiego Związku Niewidomych Spółka z o.o

Miesięcznik dofinansowują:

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

http://www.pfron.org.pl/ftp/Loga/logo_PFRON_2011_r.jpg

Ministerstwo Sportu i Turystyki

Redakcja nie zwraca tekstów nie zamówionych

 

Spis treści:

 

Zmarł Witold Dłużniak

Robert Szaj

Ponownie w Rzykach

TD

Młodzi narciarze pokonują strach

Krzysztof Koc

Maraton w cieniu Colosseum

Mariusz Gołąbek

Ważny rok dla polskiego showdown

Lubomir Prask

Eliminacje do finału mistrzostw Polski

Piotr Dudek

Wiadomości

Stawiają na mocne dyscypliny

Liliana Laske-Mikuśkiewicz

Ruszajmy się, bo zdziadziejemy

Andrzej Szymański

Z plecakiem w świat

Anna Amanowicz

Trening psychologiczny w szachach (III)

Jan Przewoźnik

Czy wierzyć Goździkowej?

(BWO)

Zdrowo za biurkiem

Krzysztof Koc

Gramy w szachy

Ryszard Bernard

Gramy w warcaby

Jan Sekuła

 

 

z żałobnej karty

 

Zmarł Witold Dłużniak

11 marca 2013 roku odszedł Witold Dłużniak – ikona polskiego sportu paraolimpijskiego. Dla mnie jest to podwójna strata. Odszedł wieloletni prezes Polskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych „Start”, którego jestem niegodnym następcą, a nade wszystko człowiek, który był przyjacielem, drugim „ojcem”. Bolesną żałobę po Panu Witoldzie przeżywają Jego żona Grażyna, jedyny syn Robert i przepiękna wnuczka Karolina. To kolejna strata dla polskiego sportu niepełnosprawnych po niespodziewanej śmierci, we wrześniu 2012 roku, Adama Borczucha, który w 2010 roku pełnił obowiązki prezesa PZSN „Start”.

Witolda Dłużniaka poznałem 15 lat temu, gdy jako młody asystent ówczesnego ministra pracy i polityki społecznej Longina Komołowskiego umówiłem Jego spotkanie z moim szefem. Pojawił się na korytarzu ministerstwa wraz z legendą „Solidarności” Tadeuszem Jedynakiem, z którym zetknąłem się już wcześniej. Inny mój „ojciec duchowy”, Japończyk Yoshiiho Umera, poznał mnie z bohaterem podręczników historii, z których korzystałem, przygotowując się do matury z tego przedmiotu. Tadeusza spotykałem wówczas często na sejmowych korytarzach, gdy sprawował mandat posła RP.

W 1997 roku uległem poważnemu wypadkowi. Prawie rok chodziłem o kulach. W takim stanie zostałem przyjęty do pracy w resorcie, mam nadzieję, że nie tylko z litości. Właśnie chodząc o kulach poznałem na początku 1998 roku prezesa Witolda Dłużniaka. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej i wówczas, i dzisiaj, w zakresie swojej działalności zawiera cały obszar związany z osobami niepełnosprawnymi. Prezes przyszedł na spotkanie z nowym ministrem pracy Longinem Komołowskim, by zaprezentować profil działalności PZSN „Start” oraz osiągnięcia polskiego ruchu paraolimpijskiego.

Zauroczył mnie wówczas ogromnym zaangażowaniem i wiedzą na temat sportu osób z niepełnosprawnością, a także umiejętnością argumentowania i przekonywania do swoich poglądów i racji. To wtedy poznałem pełną jego biografię, poczynając od kariery sportowej w klubie „Polonia” Warszawa, poprzez pracę w Polskim Związku Piłki Nożnej, prezesurę Polskiego Związku Kolarskiego, zarządzanie Spółdzielczością Pracy, a skończywszy na prawie dwudziestoletnim okresie pracy dla Polskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych „Start”. Oczarowały mnie nie tylko erudycja i intelektualne cechy szefa polskiego ruchu paraolimpijskiego (do 1998 roku PZSN „Start” pełnił funkcję komitetu paraolimpijskiego), ale też niezwykłe poczucie humoru i umiejętność rozładowania każdej trudnej sytuacji anegdotą i dowcipem, przede wszystkim zaś naprawdę mądrą i dobrą radą. Z tych rad korzystałem wielokrotnie. Panie Prezesie, dziękuję za nie! Podziękowania należą się od wszystkich, którzy z rad korzystali, bo każdy mógł przyjść, wyżalić się, opowiedzieć o swoim problemie, poprosić o wsparcie. Sam nie narzekał, nawet wtedy, gdy jego energię zabierała choroba. Nawet wtedy, gdy sam miał już problemy z poruszaniem się. Zawsze uśmiechnięty, pełen energii, chęci do rozmowy, do dzielenia się wiedzą.

W 1998 roku Prezes Witold Dłużniak zaprosił mnie do ośrodka PZSN „Start” w Wiśle. To tam rehabilitowałem się po wypadku, tam poznawałem środowisko sportowców niepełnosprawnych. To dzięki Niemu znam dzisiaj takie sławy sportu niepełnosprawnych, jak Mirek Pych, Asia Mendak czy wspaniali nasi siatkarze, którzy zdobywali medale na igrzyskach paraolimpijskich w Barcelonie i Atlancie. Razem żegnaliśmy naszego Prezesa na cmentarzu w Wiśle.

Każda wizyta w latach 90. w siedzibie „Startu” dawała mi nową wiedzę i energię. Jak dziś pamiętam te chwile, gdy Prezes zaangażował mnie w zbieranie funduszy na wydanie pierwszej encyklopedii polskich medalistów paraolimpijskich i olimpijskich, opracowanej przez Witolda Duńskiego. Wspominam nasze wizyty w drukarni w Białymstoku, spotkania ze sponsorami itp.

Witold Dłużniak miał niesamowitą wiedzę na temat każdego niepełnosprawnego sportowca. Nie ograniczała się ona do dziedziny sportowej. Znał również rodziny sportowców, ich problemy, osiągnięcia pozasportowe. Był skarbnicą wiedzy o sporcie niepełnosprawnych, trenerach, sportowcach, działaczach. Każdy z nich mógł u Prezesa znaleźć wsparcie.

Jednym z Jego ulubionych zawodników był śp. Waldek Kikolski, niesamowity lekkoatleta, zdobywca złotego medalu w Sydney w maratonie. Jego bieg i finisz po „złoto” oglądaliśmy na stadionie olimpijskim wspólnie. Razem uczestniczyliśmy w ślubie i weselu Waldka przed igrzyskami w 2000 roku. I wspólnie opłakiwaliśmy jego tragiczną śmierć 1 maja 2001 roku, a potem żegnaliśmy go w Łapach. Prezes zawsze wspominał Waldka i jego ogromną siłę duchową. Kiedyś, podczas wspólnej rozmowy ze zmarłym niedawno prymasem kardynałem Józefem Glempem, Prezes zasugerował, a prymas, który znał bardzo dobrze Waldka, przyjął inicjatywę z wielką aprobatą, by zastanowić się nad jego beatyfikacją. Witold Dłużniak był pod wpływem duchowości biegacza. Wiele razy mówił, że czuje jego obecność i wsparcie. Że wie o tym, iż Waldek czuwa z góry nad nim, nad ruchem paraolimpijskim.

Po powstaniu Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego Witold Dłużniak został jego wiceprezesem. Od 1992 roku był szefem polskiej misji na kolejnych igrzyskach paraolimpijskich – w Barcelonie, Atlancie, Sydney, Atenach. Choroba już nie pozwoliła Mu uczestniczyć w igrzyskach w Pekinie i Londynie. Wtedy wiele razy wymienialiśmy telefonicznie informacje, bo On na bieżąco śledził wyniki i osiągnięcia naszych sportowców.

Gdy przychodziłem do biura PZSN „Start”, zanim zaczęliśmy rozmawiać i pracować, pozytywnie zachęcał mnie do nowego dnia albo nowym utworem z ciekawej płyty, którą kupił, albo ciekawym cytatem z właśnie przeczytanej książki. W mojej pamięci pozostanie też jako miłośnik książek, czytelnictwa. Bez książek nie mógł żyć. Nie mógł żyć też bez muzyki, jazzu, a szczególnie nowoorleańskich bandów lat 30. 40. i 50-tych. Był też kolekcjonerem. Z każdej swojej podróży przywoził trofea – kamienne jajka czy znaczki pocztowe oraz inne pamiątki.

Był człowiekiem, który żył pełnią życia. Posiadał ogromną życiodajną energię. Bardzo łatwo nawiązywał kontakt z rozmówcą. Potrafił zaciekawić sobą każdego, z kim rozmawiał, nawet pasażera tramwaju czy autobusu podczas dojazdu do pracy.

 Smutek po Jego odejściu nie pozwoli mi zapomnieć o Nim. Mam nadzieję, że nie pozwoli zapomnieć także innym. Pan Witek będzie żył dalej w mojej pamięci, w mojej duszy i wspomnieniach. I choć nasza wiara nakazuje chwalić Boga za to, że nasz Brat Witold jest już u jego boku, to tak po prostu, tak po ludzku, oczy zachodzą łzami i będą zachodzić, gdy moje myśli i wspomnienia będą wracały do tych czasów, gdy razem myśleliśmy o tym, w jaki sposób wspomóc sport paraolimpijski. Ruch paraolimpijski powinien być Mu wdzięczny za upór i zaangażowanie, m.in. za ustanowienie świadczeń dla byłych medalistów igrzysk paraolimpijskich.

Tak samo jak do tej pory nie potrafię powstrzymać emocji, wspominając Waldka Kikolskiego, tak do końca swoich dni będę z bardzo pozytywnymi emocjami i ogromnym żalem wspominał i pamiętał Pana Witolda. Niestety, pustka wokół nas jest coraz większa.

Panie Prezesie! Mam nadzieję, że i dzisiaj, jak zawsze, grając teraz w piłkę na niebiańskich murawach bądź siedząc i gawędząc z Waldkiem Kikolskim na niebiańskim stadionie paraolimpijskim, będziesz nas wspierał w tych trudnych czasach jako anielski kibic, wypraszając wspólnie z Waldkiem lepsze czasy u Najwyższego.

 Robert Szaj

 

Na początek

 

narciarstwo

 

Ponownie w Rzykach

Po raz kolejny niepełnosprawni alpejczycy rywalizowali w Rzykach koło Andrychowa o tytuł mistrza Polski. W tym roku zmagania rozpoczęli na zboczach Czarnego Gronia w Beskidzie Małym, a zakończyli na FIS-owskiej trasie w Szczyrku. Mistrzostwa odbyły się w dniach od 14 do 19 marca.

W tegorocznych zawodach wzięli udział wszyscy zawodnicy kadry narodowej niepełnosprawnych alpejczyków. W pierwszej części mistrzostw, w Rzykach, zmierzyli się też z narciarzami pełnosprawnymi podczas ogólnopolskich integracyjnych zawodów w narciarstwie alpejskim (imprezie towarzyszącej zawodom niepełnosprawnych).

W ramach mistrzostw Polski rywalizowano w czterech konkurencjach: slalomie, slalomie równoległym (superkombinacja), slalomie gigancie i super gigancie. Pierwsze dwie konkurencje rozegrano w Rzykach, pozostałe – w Szczyrku.

Slalom równoległy jest bardzo spektakularny. W tym samym czasie odbywa się przejazd dwóch zawodników po dwóch torach. Po przejeździe następuje zmiana torów. Ten narciarz z pary, który uzyskał lepszy łączny czas obu przejazdów, przechodzi dalej. I tak do uzyskania dziesiątki najlepszych.

Zawodnicy rywalizowali w trzech podstawowych grupach startowych:

? niewidomi i słabowidzący (B1 – B3) – w tej grupie zawodnicy jeżdżą z przewodnikami,

?  jeżdżący na stojąco (LW1 – LW9) – startują tu narciarze jeżdżący na jednej lub dwóch nartach (jest to najliczniejsza grupa zawodników),

? jeżdżący na siedząco (LW10 – LW12) – jazda w tej grupie odbywa się na urządzeniach zwanych mono-ski lub „bob”.

Przez pierwsze dwa dni zawodów uczestnicy mistrzostw przechodzili klasyfikację oraz eliminacje, a 16 i 17 marca ścigali się na stoku Czarnego Gronia w slalomie i slalomie równoległym. Warunki do jazdy były doskonałe. Panowała piękna, alpejska pogoda.

17 marca narciarze opuścili ośrodek „Czarny Groń” w Rzykach i przenieśli się do „Orlego Gniazda” w Szczyrku.

18 marca pojawili się na FIS-owskiej trasie w Szczyrku, aby przejechać slalom gigant, a następnego dnia (19 marca) – super gigant.  Na stokach Skrzycznego przywitała ich nie najlepsza pogoda – mgła, silny, przenikliwy i zmieniający co chwila kierunek wiatr, zaś następnego dnia rozgrywek padał mokry śnieg. Duch rywalizacji wygrał jednak z trudną pogodą i zawody w Szczyrku odbyły się bez zakłóceń.

Mistrzostwa zakończyły się uroczystym obiadem, podczas którego odbyła się ceremonia dekoracji zwycięzców. W grupie niewidomych i słabowidzących zawodników, w różnych konkurencjach, na podium wśród kobiet stanęła Kaja Dobranowska z przewodnikiem Bartkiem Olszewskim, a wśród mężczyzn – Maciej Krężel z przewodniczką Anną Ogarzyńską, Kacper Ludwikowski z przewodnikiem Ireneuszem Ludwikowskim (tatą) i Maciej Szymala z przewodnikiem Leszkiem Szymalą (bratem). Wśród mężczyzn jeżdżących na stojąco prym wiódł Andrzej Szczęsny na przemian z Michałem Klosem i Piotrem Chomiczewskim. Na mono-ski niepokonani byli Rafał Szumiec i Czech Oldrich Jelinek.

W zawodach integracyjnych slalom równoległy wygrali Patrycja Szeliga i Andrzej Szczęsny, w slalomie tryumfował Szymon Żywioł.

Organizatorem mistrzostw było Beskidzkie Zrzeszenie Sportowo-Rehabilitacyjne „Start” w Bielsku-Białej. Podczas zawodów pomocą służyli też wolontariusze z Liceum Ogólnokształcącego w Andrychowie. W Rzykach i Szczyrku nie zabrakło również przyjaciół beskidzkiego „Startu”, którzy zbierają się przy okazji każdych zawodów, oferując swój czas, zaangażowanie i często sprzęt techniczny.

 

Mistrzostwa Polski w narciarstwie alpejskim niepełnosprawnych

14-19.03.2013 r., Rzyki, Szczyrk

 

Slalom

Kobiety

Niewidome i słabowidzące

1. Kaja Dobranowska (B3)            1.57,14

przewodnik Bartłomiej Olszewski

Jeżdżące na stojąco

1. Cecylia Wieczorek (LW9-2) 2.46,13

Mężczyźni

Niewidomi i słabowidzący

1. Maciej Krężel (B3) 1.09,70

przewodniczka Anna Ogarzyńska

2. Piotr Szymala (B3) 1.30,28

przewodnik Leszek Szymala

3. Kacper Ludwikowski (B3) 1.40,14

przewodnik Ireneusz Ludwikowski

Jeżdżący na stojąco

1. Andrzej Szczęsny  (LW2) 1.15,28

2. Michał Klos (LW5/7-3) 1.19,24

3. Piotr Chomiczewski ((LW6/8-2) 1.19,47

Jeżdżący na siedząco

1. Oldrich Jelinek (LW10) 1.11,53

2. Rafał Szumiec  (LW10) 1.11,95

3. Igor Sikorski  (LW11) 1.15,89

Superkombinacja

Kobiety

Niewidome i słabowidzące

1. Kaja Dobranowska (B3)            3.10,06

przewodnik Bartłomiej Olszewski

Jeżdżące na stojąco

1. Cecylia Wieczorek (LW9-2) 2:46,74

Mężczyźni

Niewidomi i słabowidzący

1. Maciej Krężel (B3) 1.31,87

przewodniczka Anna Ogarzyńska

2. Piotr Szymala (B3) 1.58,75

przewodnik Leszek Szymala

3. Kacper Ludwikowski (B3) 2.02,56

przewodnik Ireneusz Ludwikowski

Jeżdżący na stojąco

1. Andrzej Szczęsny  (LW2) 1.40,94

2. Piotr Chomiczewski ((LW6/8-2) 1.43,25

3. Amadeusz Iwanowski (LW6/8-2) 1.44,25

Jeżdżący na siedząco

1. Oldrich Jelinek (LW10-1) 1.36,37

2. Rafał Szumiec  (LW10-2) 1.38,14

3. Igor Sikorski  (LW11) 1.44,90

Slalom gigant

Kobiety

Niewidome i słabowidzące

1. Kaja Dobranowska (B3)            2.38,78

przewodnik Bartłomiej Olszewski

Mężczyźni

Niewidomi i słabowidzący

1. Maciej Krężel (B3) 1.45,11

przewodniczka Anna Ogarzyńska

2. Kacper Ludwikowski (B3) 2.15,18

przewodnik Ireneusz Ludwikowski

3. Piotr Szymala (B3) 2.17,21

przewodnik Leszek Szymala

Jeżdżący na stojąco

1. Michał Klos (LW5/7-3) 1.42,55

2. Andrzej Szczęsny  (LW2) 1.48,96

3. Michał Chrobak (LW3) 1.53,90

Jeżdżący na siedząco

1. Oldrich Jelinek (LW10) 1.43,01

2. Rafał Szumiec  (LW10)  1.45,62

3. Zygmunt Gackowiec  (LW11) 2.13,29

Super gigant

Kobiety

Niewidome i słabowidzące

1. Kaja Dobranowska (B3)            2.11,67

przewodnik Bartłomiej Olszewski

Jeżdżące na stojąco

1. Cecylia Wieczorek (LW9-2) 1:50,05

Mężczyźni

Niewidomi i słabowidzący

1. Maciej Krężel (B3) 57,41

przewodniczka Anna Ogarzyńska

2. Kacper Ludwikowski (B3) 1.13,85

przewodnik Ireneusz Ludwikowski

3. Piotr Szymala (B3) 1.14,91

przewodnik Leszek Szymala

Jeżdżący na stojąco

1. Przemysław Kluz (LW9-2) 1.01,55

2. Andrzej Szczęsny  (LW2) 1.04,29

3. Amadeusz Iwanowski (LW6/8-2) 1.04,57

Jeżdżący na siedząco

1. Rafał Szumiec  (LW10) 58,86

2. Oldrich Jelinek (LW10) 59,02

3. Igor Sikorski  (LW11) 1.07,42

TD

 

Na początek

 

Młodzi narciarze pokonują strach 

Trzeci rok z rzędu uczniowie Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych w Laskach wystartowali w Biegu Piastów. Projekt Towarzystwa Narciarskiego „Biegówki” pn. „Pokonać Strach”, dotyczący szkolenia osób niewidomych, przerósł w tym sezonie najśmielsze oczekiwania. Nawet instruktorzy oraz wolontariusze TNB, którzy byli przewodnikami podczas biegu, nie spodziewali się takiego sukcesu i wspaniałych wyników swoich podopiecznych.

Wszystko od początku było tak jak należy. Grupa trenujących narciarstwo niewidomych, zwiększona do 8 osób, rozpoczęła przygotowania już jesienią. Trenowali wytrzymałość podczas rajdów rowerowych na tandemach, wzmacniali siłę podczas zajęć z kijkami nordic walking, pracowali również nad równowagą i krokami biegowymi na nartorolkach. Zima w tym roku dopisała i wszyscy dzielnie ćwiczyli technikę na przygotowanych torach w ośrodku oraz doskonalili podbiegi i zjazdy na wydmach Kampinoskiego Parku Narodowego. Sprawdziany formy podczas Światowego Dnia Śniegu w Laskach i Pikniku Narciarskim w Warszawie (Wesoła) biły rekordy frekwencji osób niewidomych startujących na nartach. Wszystko zapowiadało, że na trasach w Szklarskiej Porębie będzie dobrze. Okazało się, że było wspaniale.

Start w zawodach poprzedziło trzydniowe przygotowanie na trasach biegowych w Jakuszycach, bardzo ważne nie tylko dla aklimatyzacji, ale również w celu przygotowania technicznego narciarzy i poznania konfiguracji trasy. Na nizinach nie ma tak dużych różnic wysokości, długich podbiegów i bardzo szybkich zjazdów. Komfort i zarazem szybkość biegania zapewniają tam mechanicznie przygotowane przez ratraki trasy, z głębokimi równymi torami. W tym roku udało się przygotować i zabrać na Bieg Piastów siedmioro uczniów laskowskich szkół – czterech startowało już wcześniej, trzej pozostali na trasach biegowych Gór Izerskich pojawili się pierwszy raz.

Wtorkowy, inauguracyjny trening zapowiadał niezwykłe emocje. Trasy były mocno zmrożone, powodując niesamowite prędkości. Młodzież była zachwycona. Zmartwiona była natomiast czuwająca nad ich bezpieczeństwem kadra instruktorów. Okazało się jednak, że z wybraną grupą narciarzy można zrobić niesamowite rzeczy. Dobre przygotowanie przed wyjazdem sprawiło, że po środowym treningu postanowiliśmy wrócić na nartach z Jakuszyc do Szklarskiej Poręby, dokładając 8 kilometrów. Po południu przebiegliśmy całą trasę 10 km CT – nikomu nie sprawiła większych trudności technicznych. W czwartek wybraliśmy się na najwyżej położone trasy (Cicha Równia, ok. 1000 m n.p.m.), zjeżdżając po raz pierwszy z „samolotu”, o którym młodzież słyszała różne legendy. Był to dwukilometrowy nieprzerwany zjazd stromo w dół. Ponieważ droga jest szeroka i prosta jak pas startowy, nie trzeba manewrować, wystarczy tylko przyjąć jak najbardziej opływową pozycję i rozkoszować się osiąganą prędkością. Tego dnia zrobiliśmy również trzykilometrową pętelkę tzw. trasami „wiosennymi”, które są niesamowicie urozmaicone: kręte, ze stromymi podbiegami, przeplatanymi krótkimi zjazdami. Młodzież chciała jak najwięcej czasu spędzać na nartach, nie przejmując się więc porą obiadową, ponownie wróciliśmy na narty. Tym razem wybraliśmy piękną 12-kilometrową trasę, przebiegającą niedaleko opuszczonej kopalni kwarcu „Stanisław”. Z wysokości 1000 m n.p.m. zjeżdża się nią do osiedla Huty w Szklarskiej Porębie (ok. 600 m n.p.m.), po czym kilka kilometrów zjazd prowadzi drogą, którą niegdyś zwożono kwarc do hut szkła.

W piątek, 1 marca, bieg na 10 km rozpoczął XXXVII Bieg Piastów. Do Szklarskiej Poręby zjechały tysiące miłośników nart biegowych z całej Polski i z wielu państw Europy i świata. Podczas weekendu w zawodach wystartowało blisko 6 tysięcy zawodników w 4 biegach. Treningi dały nam dużo pewności siebie, ale warunki pogodowe tuż przed piątkowym startem zmieniły się diametralnie. Cały czas padał śnieg, zasypując przygotowane wcześniej tory. Miało to dla nas duże znaczenie, ponieważ startowaliśmy jako pierwsi. Ze względów bezpieczeństwa, by uniknąć trudnego startu w tak dużym tłumie, wszyscy niepełnosprawni biorący udział w narciarskich biegach masowych startują 10 minut przed wszystkimi. Tego czasu zawodnicy oczywiście nie zyskiwali, ponieważ pomiar był dokonywany elektronicznie i o miejscu decydował czas pokonania trasy od bramki startowej do końcowej na mecie. Podczas biegu okazało się, że zasypane tory są dość wolne, a zawodnicy, by uzyskać lepszy poślizg, biegli pomiędzy torami. Dla nas byłoby to kłopotliwe, tory bowiem pomagają osobie niewidomej utrzymać kierunek jazdy. Najszybsi biegacze dogonili nas i wymijali, co było trudniejsze niż rok wcześniej. Najczęściej biegli w kilku-
osobowych grupach, bardzo blisko siebie. Poruszali się poza torami, więc podczas mijania byli z nami niemal ramię w ramię. Skutkowało to brakiem miejsca dla przewodnika, który w trudnych momentach zjazdu powinien jechać obok swojego zawodnika. Mimo tak niesprzyjających warunków, 4 zawodników startujących rok wcześniej poprawiło swoje czasy oraz lokaty. Ponownie najszybszy okazał się niewidomy Arek Duda, który wiosną, niecały rok wcześniej, wygrał Bieg Rycerski dla Niewidomych w Norwegii na dystansie 20 km. Najwięcej startów w Biegu Piastów ma niewidomy Grzegorz Meller, który z roku na rok poprawia swoje wyniki – był to jego 3. start na 10 km klasykiem. Bardzo dobrze pobiegły również słabowidzące dziewczyny – Aneta i Arnika. Dobra postawa doświadczonej czwórki bardzo ucieszyła instruktorów, ale nikt nie spodziewał się tak dobrych wyników debiutantów. Kilka minut za Arkiem do mety dobiegł 12-letni niewidomy Paweł Nowicki, który po raz kolejny pokazał swój sportowy talent. Do biegów narciarskich przekonał się dopiero na Światowym Dniu Śniegu, dobrze radząc sobie w sprincie. Wyniki Pawła to również zasługa jego przewodnika, Zbyszka Galika, doświadczonego biegacza i miejscowego instruktora. Barierę 1 godziny złamali również słabowidzący 14-letni Mariusz Dudziak i niewidomy 16-letni Paweł Misiak. Paweł zrobił największe postępy, ponieważ miesiąc wcześniej, na
5 km w Wesołej, pobiegł nieco ponad 1 godzinę, natomiast w Biegu Piastów, na 2 razy dłuższym dystansie, uzyskał czas 59 minut. Mariusz spełnił swoje marzenie, bo już rok wcześniej ćwiczył i bardzo chciał pojechać na Bieg Piastów.

Ten wyjazd był wyjątkowy. Wszystko układało się po naszej myśli, szukaliśmy więc wciąż nowych wyzwań. Jako pierwsi na dłuższy dystans zdecydowali się Arek i Aneta. Zostali razem ze swoimi przewodnikami do niedzieli. Tego dnia (3.03) rozgrywany był bieg na 26 km stylem klasycznym. Nie tylko dystans był wyzwaniem, ale również trasa z kilkukilometrowym podbiegiem od schroniska Orle (ok. 800 m n.p.m.) do Cichej Równi (ok.1000 m n.p.m.), gdzie pokonywało się labirynt trudnych technicznie tras z „samolotem” i „wiosennymi” włącznie. Arek nie mógł uwierzyć, że z taką łatwością i swobodą przebiegł ten dystans. Obawiał się, że nie da rady, chciał tylko dobiec do mety. Trasa była niezwykle ciekawa, z trudnymi momentami, dlatego bieg dał o wiele więcej satysfakcji na mecie. Aneta, równie szczęśliwa, opowiadała o szybkich zjazdach i długim męczącym podbiegu w połowie dystansu.

W biegu na 26 km polscy zawodnicy z dysfunkcją wzroku nie byli osamotnieni, bo na starcie pojawił się niewidomy zawodnik z Czech z przewodnikiem. Rywalizacja z nim przypomniała Arkowi zeszłoroczną walkę z niewidomym Norwegiem, którego pokonał zaledwie o kilka sekund, walcząc z nim przez 20 km podczas zawodów w Kraju Fiordów. W tym roku Towarzystwo Narciarskie „Biegówki” również planuje wziąć udział w największym na świecie biegu narciarskim dla niepełnosprawnych w Beitostolen w Norwegii i podwoić liczbę startującej młodzieży. Tym razem próbować „Pokonać Strach” na Ridderrennet ma zamiar czworo uczestników 37. Biegu Piastów.

 

Wyniki grupy „Pokonać Strach” w XXXVII Biegu Piastów

 

Bieg na 10 km (ukończyło 1185 osób):

Imię i Nazwisko

Miejsce w rankingu

Numer BIB

Miejscowość

Rok urodz.

Katego-ria wiekowa

Miejsce w kategorii

Czas

Miejsce wśród M/K

Arkadiusz Duda

292

1424

Wydminy

1994

M16

26

00:45:51

269

Paweł Nowicki

424

1422

Sławęcin

2000

M16

38

00:50:08

382

Grzegorz Meller

488

1421

Sierpc

1992

M20

10

00:52:31

434

Aneta Wyrozębska

546

1425

Laski

1994

K16

16

00:54:25

72

Mariusz Dudziak

561

1423

Włocławek

1999

M16

59

00:54:47

484

Paweł Misiak

724

1426

Drozdów

1996

M16

75

00:59:50

593

Arnika Bukowska

759

1419

Kętrzyn

1992

K20

6

01:01:01

149

 

Bieg na 26 km (sklasyfikowano 1514 zawodników):

Imię Nazwisko

Miejsce w rankingu

Numer BIB

Miejscowość

Rok

Kategoria

Miejsce w kategorii

Czas

Miejsce wśród M/K

Arkadiusz Duda

 

1189

Wydminy

1994

M16

15

02:10:46

255

Aneta Wyrozębska

1276

1503

Laski

1993

K20

16

03:01:59

210

 

Krzysztof Koc

 

Na początek

 

biegi

 

Maraton w cieniu Colosseum 

Maraton Rzymski z roku na rok staje się coraz poważniejszą imprezą sportową naszego kontynentu. Przyciąga dużych i zasobnych sponsorów oraz znanych zawodników. Ciągle rośnie też liczba osób biorących udział w imprezie. W poprzednim maratonie do mety dobiegło 12 tysięcy zawodników z całego świata. Obok zawodowców ścigających się na klasycznym dystansie 42 km startowali też amatorzy. „Stracittadina Romafun”, czyli lekki, prawie pięciokilometrowy bieg, przyciągnął ponad 100 tys. uczestników w każdym wieku.

Dziewiętnasta edycja Maratonu Rzymskiego rozpoczęła się 17 marca 2013 r. Jego trasa tradycyjnie przebiegała obok głównych zabytków Wiecznego Miasta. Maksymalny czas na ukończenie biegu ustalono na siedem godzin. W pakiecie startowym wszyscy uczestnicy maratonu otrzymali kartę uprawniającą do zniżek na zakup biletów wstępu do miejsc kultury i zabytków Rzymu. Kobiety i mężczyźni stanęli do walki o główną nagrodę w wysokości 25 tysięcy euro. Warunkiem jej zdobycia było pokonanie dystansu w czasie nie dłuższym niż 2:08:00. Prezydent Republiki Włoskiej Georgio Napolitano ufundował pamiątkowy medal – trafił do zawodnika, któremu udało się zebrać najwięcej funduszy na cele charytatywne w ramach programu Charity Program 2013.

Tradycyjnie już w maratońskim biegu w stolicy Włoch udział wzięli długodystansowi biegacze Stowarzyszenia „Cross”, w tym roku w liczbie sześciu. Do Rzymu przylecieli w piątek 15 marca po południu.

* * *

Po dotarciu do Domu Pielgrzyma „Sursum Corda” zostawiliśmy bagaże i pojechaliśmy odebrać nasze numery i pakiety startowe. Wszystkie formalności załatwiliśmy sprawnie i przy kolacji ustaliliśmy plan na sobotni dzień.

Zaczął się porannym rozbieganiem o 7.30. Po śniadaniu ruszyliśmy w miasto, by nacieszyć oczy zabytkami Rzymu. W związku z wyborem nowego papieża najpierw udaliśmy się na plac św. Piotra w Watykanie. Jak można się było spodziewać, zastaliśmy w tym miejscu sporo pielgrzymów. Na telebimach obejrzeliśmy konferencję papieża Franciszka z dziennikarzami. Ruszyliśmy dalej, przed zamek św. Anioła, a potem po moście na Tybrze dotarliśmy na Piazza Navona. Ten barokowy plac powstał na ruinach starożytnego stadionu Domicjana, na którym rozgrywały się konkurencje atletyczne i wyścigi rydwanów. Obecnie funkcjonuje jako miejsce z pamiątkami. Fontanna di Trevi i Hiszpańskie Schody na Piazza di Spagna – to końcowe przystanki naszego zwiedzania. Postanowiliśmy wracać do hotelu, by oszczędzić nogi przed jutrzejszym maratonem.

Niedzielny poranek był chłodny i pochmurny. Ze względu na spodziewane tłumy pielgrzymów, które na „Anioł Pański”, celebrowany przez nowo wybranego papieża Franciszka, zebrały się na placu św. Piotra, zmieniono trochę trasę maratonu. Start 19. edycji Maratonu Rzymskiego rozpoczął się o 9.30. Jak zwykle, faworytami wśród elity biegaczy byli Afrykanie. I tym razem właśnie oni stawili się jako pierwsi na mecie. Z naszej grupy najszybciej pobiegł Jacek Ziółkowski (jego czas to 3:04:15), za nim uplasował się Grzegorz Małowiecki (3:10:54), poprawiając swój najlepszy wynik o 2 minuty, następni byli Adam Rajczyba i jego asystent Mariusz Gołąbek (3:27:03). Adam poprawiłby zapewne znacznie swoją dotychczasową życiówkę, gdyby nie kłopoty zdrowotne jego asystenta. Sporo czasu obaj stracili, korzystając z pomocy medycznej na ostatnich kilometrach. Kolejny nasz zawodnik, Krzysztof Badowski, dobiegł do mety z czasem 3:28:24, natomiast Wiesław Miech, koordynator zadania, z powodu kontuzji zszedł z trasy maratonu po 12. kilometrze.  Na mecie sklasyfikowano 10 664 zawodników!

To pierwszy tegoroczny sprawdzian biegaczy Stowarzyszenia „Cross” na dystansie maratońskim. Tak jak w latach poprzednich, trasa maratonu okazała się wymagająca, a przygotowanie zawodników w trudnych warunkach zimowych pozwoliło uzyskać czasy zgodne z ich możliwościami.

 Mariusz Gołąbek

 

Na początek

 

showdown

 

Ważny rok dla polskiego showdown 

W 2013 roku najważniejszą imprezą w showdown są mistrzostwa świata – odbędą się na Słowenii w dniach 14-18.08. Polscy zawodnicy walczą o miejsce
w ekipie, która będzie reprezentować barwy naszego kraju. Pojedzie trzech najlepszych mężczyzn i dwie kobiety. Kto personalnie, jeszcze nie wiadomo. Podczas kilku startów kontrolnych i zgrupowań zawodnicy będą obserwowani przez trenera kadry.

Pierwszy turniej odbył się w Czechach, w Kyjovie. Spotkały się tam najlepsze kobiety i najlepsi mężczyźni z Czech, Polski i Słowacji. Nasze panie rozegrały bardzo dobre zawody. Nadspodziewanie dobrze wypadła Aleksandra Chrzanowska z Bydgoszczy, nowicjuszka w wyjazdach zagranicznych. Nie zjadła jej przysłowiowa trema. W jednej ósmej finału wyraźnie pokonała wicemistrzynię Polski Jolantę Szapańską z Bydgoszczy, a w ćwiećfinale sprawiła duże problemy mistrzyni Polski Elżbiecie Mielczarek. Ostatecznie, wśród 14 startujących kobiet, Gizela Kołodziej z Wrocławia zajęła 8. miejsce, Jolanta Szapańska z Bydgoszczy 5. miejsce, Aleksandra Chrzanowska z Bydgoszczy była 4., a Ela Mielczarek – druga, ustępując tylko Helenie Krivackowej z Czech. Ela tym samym potwierdziła swoją wysoką pozycję wśród kobiet. Wśród mężczyzn na sześciu zawodników najlepszy okazał się Jaromir Vospel z Czech, drugi był Adrian Słoninka z Wrocławia, trzeci Duszan Milo ze Słowacji. Adrian zaczyna nawiązywać równą walkę z najlepszymi zawodnikami w Europie. Dobrze to rokuje na przyszłość.

Na kolejny turniej (2.03) pojechaliśmy do czeskiego Ołomuńca na dość nietypowy turniej męskiego debla. Te zawody były poza kalendarzem kadry, ale każde zaproszenie i możliwość gry z lepszymi zawodnikami traktujemy bardzo poważnie. Mimo że trzeba było całe koszty wyjazdu pokryć osobiście, zgłosiło się więcej chętnych niż organizatorzy mogli przyjąć. Jest to bardzo dobra oznaka zaangażowania zawodników w showdown i chęć jak najlepszego przygotowania się do mistrzostw świata. Same zawody zaskoczyły nas swoim przebiegiem. Debel znacząco różni się od znanego nam tzw. tripleplay (gry drużynowej, gdzie gra trzech zawodników). W tripleplay każdy zawodnik serwuje trzy razy i trzy razy przyjmuje zagrywki przeciwnika, po czym następuje zmiana w drużynie. Gra się do 31 punktów. W deblu równocześnie gra dwóch zawodników, na zmianę odbijając piłkę. Obowiązują zasady gry jak w singlu. Gra toczy się do dwóch wygranych setów (11 punktowych). Trzeba niezmiernie uważać, jak toczy się piłka i czyja jest kolej w uderzeniu. Było trochę śmiechu, zanim nasi zawodnicy nauczyli się odpowiednio zachowywać. Trzeba jednak powiedzieć, że jest to świetna metoda do ćwiczenia skupienia uwagi i podążania myślami za piłką. Wyniki: 10. miejsce zajęli Dawid Młodnicki i Grzegorz Modrzyński, 4. miejsce Adam Wołczyński i Tadeusz Sypień, na trzecim stopniu podium stanęli nasi najlepsi gracze – Adrian Słoninka i Patryk Iks. Nie byli jeszcze do końca zgrani, ale obaj mają w sobie wielki potencjał.

Onegdaj wróciliśmy z Francji. W dniach 14-17.03 w Yerres odbył się międzynarodowy turniej showdown liczony do rankingu europejskiego. Wystartowały w nim ekipy z siedmiu krajów. Turnieje rankingowe zawsze są silnie obsadzone, choć niewielu zawodników może sobie pozwolić na obecność na wszystkich tego typu zawodach. Z Polski pojechała najlepsza piątka z rankingu mistrzostw kraju: Adrian Słoninka, Patryk Iks, Tadeusz Sypień oraz Elżbieta Mielczarek i Jolanta Szapańska. Turniej rozgrywany był w ciągu dwóch i pół dnia. Codziennie o godz. 6.30 było śniadanie w hotelu, o 7.40 wyjazd do hal sportowych, a o 8.40 rozpoczynały się gry. W południe lunch i znowu rozgrywki do 19, potem kolacja i ok. 21 powrót do hotelu. Zawodnicy, zamknięci na niewielkiej przestrzeni, w napięciu czekali na wyczytanie swojego nazwiska i numeru sali, w której miał się odbywać mecz. Jeśli doda się do tego stres startowy i bariery językowe (na wszystkich międzynarodowych turniejach do komunikacji i sędziowania obowiązuje język angielski – niektórym sprawia to jeszcze trudności, ale zdecydowana większość już sobie świetnie radzi), to te trzy dni stają się naprawdę wyczerpujące fizycznie i psychicznie.

Mężczyźni podzieleni byli na cztery grupy po sześciu zawodników. Trzech pierwszych przechodziło do 1/8 finału i już mieli zapewnione miejsce od 1. do 12. Pozostali walczyli o miejsca 13-24. Kobiety podzielone były na cztery grupy po cztery zawodniczki. Dwie pierwsze przechodziły do walki o miejsca 1-8, pozostałe walczyły o miejsca 9-16. Pierwszą rundę przebrnęli tylko Adrian i Ela. Natomiast Patryk, Tadeusz i Jola walczyli o miejsca w drugiej połowie stawki. Adrian rozegrał jeden z lepszych swoich turniejów. Uległ tylko dwóm graczom – zwycięzcy turnieju Peterowi Zidarowi ze Słowenii i Leanderowi Sachs z Holandii, który zajął trzecie miejsce. W ostateczności Adrian uzyskał 5. lokatę, ale do finału zabrakło mu jednego małego punktu. Czwartego w turnieju, Teemu Ruohonena z Finlandii, pokonał w bezpośrednim pojedynku. Wszystko zależało od meczu Zidar kontra Ruohonen. Niestety, wygrał Fin i to on, a nie nasz zawodnik, wszedł do półfinału. Niezłe zawody rozegrał Patryk Iks. Zajął 15. miejsce i jest to wynik jak najbardziej zadowalający, jeśli bierze się pod uwagę fakt, że był to jego pierwszy tak dobrze obsadzony turniej międzynarodowy o punkty do rankingu. Na 21. miejscu uplasował się Tadeusz Sypień, co jest pewnym zaskoczeniem na minus. Tadeusz zdecydowanie poprawił grę w ataku, jednak jego obrona pozostawia jeszcze wiele do życzenia. Niestety, mecze wygrywa się obroną.

Wśród kobiet Jola Szapańska pokonała tylko jedną zawodniczkę i zajęła przedostatnie, 15. miejsce. Wydaje się, że nie gra źle, a jednak nie może przebić się wyżej na żadnym turnieju. Najlepsza nasza zawodniczka Ela Mielczarek na tym turnieju nie miała szczęścia. Podczas meczu przeciwko Sanji Kos ze Słowenii została bardzo mocno uderzona piłką w szyję i musiała przerwać grę. Po zabiegach medycznych do gry powróciła, ale ból był wciąż tak silny, że nie była w stanie skupić się na meczu. Tego dnia musiała jeszcze rozegrać dwa spotkania i oba, niestety, skazane były na porażkę. Czarę goryczy dodatkowo przelał mecz
o 5. i 6. miejsca z Holenderką Hlemą van der Boom, z którą Ela wygrała już na tym turnieju na wcześniejszym etapie rozgrywek. Zachowanie jej trenera i kibiców oraz kilka błędnych decyzji sędziego wyprowadziły ją z równowagi i w ostateczności przegrała. Ela, zwyciężczyni najtrudniejszego turnieju showdown „European Top Twelve 2012”, jechała na zawody w roli faworytki. Niestety, nie udało się jej tym razem wygrać, zdobyła natomiast dobre doświadczenie. Cykl przygotowawczy do mistrzostw świata jest jeszcze bardzo długi. Ela i pozostali kadrowicze są obecnie w fazie robienia tak zwanej siły. Dobrze, że przykre sprawy zdarzyły się teraz, a nie na najważniejszym turnieju w 2013 roku.

Turniej ogólnie można zaliczyć do udanych. Widać, że polscy zawodnicy, po roku grania na arenie międzynarodowej, weszli już na stałe do czołówki na każdym turnieju. Można śmiało powiedzieć, że showdown w Polsce rozwija się w ekspresowym tempie. W ciągu roku dogoniliśmy, a niektórych nawet przegoniliśmy, mimo ich trzydziestoletniego doświadczenia. Podsumowując, na dzień dzisiejszy na sto procent pewne miejsce w ekipie na MŚ mają Adrian Słoninka i Elżbieta Mielczarek z Wrocławia. Wielce prawdopodobne jest, że ich uczestnikiem będzie również Patryk Iks z Bydgoszczy. Są jeszcze dwa miejsca do obsadzenia i kilku młodych obiecujących zawodników do sprawdzenia. W kwietniu czekają nas dwa turnieje: 19-21 na Słowacji i 25-28 we Włoszech; w czerwcu – wyjazd do Szwecji, w lipcu – na Litwę, w sierpniu – Słowenia. Oj, będzie się działo!

Lubomir Prask

 

Na początek

 

kręgle

 

Eliminacje do finału mistrzostw Polski 

Od 2013 roku głównym organizatorem zawodów kręglarskich rangi mistrzostw Polski dla naszego środowiska jest Polski Związek Kręglarski. Zmienił się organizator, reszta pozostała bez zmian.

Najważniejsi aktorzy tych widowisk to niemal w całości te same osoby niewidome i słabowidzące, które wcześniej rywalizowały w turniejach organizowanych przez Stowarzyszenie „Cross”. Współorganizatorami są również kluby naszego Stowarzyszenia, nasi ludzie są też koordynatorami.

Tegoroczną rywalizację o tytuł mistrza Polski w kręglach klasycznych rozpoczęły eliminacje strefy „B”, przeprowadzone w Gostyniu, w dniach od 7 do 9 marca. Tydzień później odbyły się – też w Gostyniu – eliminacje strefy „A”. W sumie w obu turniejach wzięło udział 125 zawodników. Frekwencja była tylko nieco niższa niż w roku ubiegłym, co zapewne wynikało z gorszej w roku bieżącym sytuacji finansowej. Mniej zasobnym klubom brakowało darmowych miejsc, przydzielanych dawniej przez „Cross” w ramach promocji dyscypliny. Ponadto do wielu małych miast, takich jak choćby Gostyń, zwłaszcza w sobotę trudno jest dojechać pociągiem czy autobusem i wrócić tego samego dnia (rozkłady jazdy są fatalne), no i oczywiście jeszcze trzeba zagrać 120 rzutów na kręgielni. Dodatkowy przymusowy nocleg to kolejne koszty. Czasy, kiedy można było uczestniczyć w zawodach przez cały okres ich trwania, zdają się mijać bezpowrotnie. Uroczysta wspólna kolacja to już tylko marzenie.

Wyniki, jak to na gostyńskiej kręgielni, nieco niższe od tych w Tomaszowie czy Brzesku. Nie jest temu winien jej stan techniczny – po ubiegłorocznej modernizacji jest to najlepiej wyposażona kręgielnia klasyczna w Polsce. Niestety, dobranie kolorów pola rozbiegu i deski nasadzenia są mało kontrastowe i wielu zawodników słabowidzących ma trudności ze znalezieniem właściwego kierunku rzutu. Oczywiście można, zgodnie z regulaminem, pomagać sobie własnymi naklejkami, lecz to nie w pełni kompensuje niedoskonałości. (Inna sprawa, że w tym roku eliminacje IMP to były pierwsze zawody w sezonie, co przy trudnościach z treningiem w klasyku nie mogło pozostać bez wpływu na osiągane wyniki). Również przyczepność nawierzchni toru jest tutaj nieco większa niż na wspomnianych wcześniej kręgielniach, co powoduje zakrzywianie toru kuli rzuconej z niekontrolowaną boczną rotacją. Zjawisko to szczególnie niemile skutkuje dla zawodników rzucających kulę z mniejszą prędkością. Osobom z małym doświadczeniem wydaje się, iż tor jest po prostu krzywy. Nie jest to miłe, gdy pomimo dobrego kierunku wyrzutu kula przed samymi kręglami skręca do bocznej rynny. Z tego względu „siłacze” w Gostyniu byli górą. Najlepszym przykładem mogą być Mieczysław Kontrymowicz (B2) z klubu „Warmia i Mazury” Olsztyn i Zbigniew Strzelecki (B3) z „Karolinki” Chorzów. Ich kule, wyrzucane z dużą siłą, docierają do oddalonych o przeszło 19 m kręgli w czasie krótszym niż 3 sekundy. Daje to prędkość przeszło 30 km/h. Nadspodziewanie dobrze poradziła sobie również stosunkowo „szybką kulą” Regina Szczypiorska, zwyciężczyni kat. B1. Renia najlepiej udowadnia, że kręgle nie znają granicy wieku. Patrząc na panią 50 plus, wydaje się, iż gra dwudziestolatka.

W półfinale strefy „A”, tydzień później, wystąpili zawodnicy takich potęg kręglarskich jak: „Hetman” Lublin, „Omega” Łódź czy „Karolinka” Chorzów. Z tego względu do zakończenia rozgrywek tej strefy zawodnicy z „B” nie mogli być pewni swego sukcesu. Zdarzało się już wcześniej, iż zaledwie 2 osoby na 10 ze strefy „B” kwalifikowały się do finału.

No i oczywiście faworyci ze strefy „A” nie zawiedli. Zwłaszcza Jan Zięba, ubiegłoroczny złoty medalista ze Słowenii, i „brązowy” Zdzisław Koziej pokazali swoją klasę, dystansując się znacząco od rywali. Tym razem to Zdzisiu okazał się lepszy, strącając 561 kręgli. Obaj panowie mają ze sobą kilkuletnie porachunki. Podobnie rozstrzygnęła się rywalizacja Grzegorza Kanikuły i Zbigniewa Strzeleckiego. Można by powiedzieć, iż w obu tych parach, nie bacząc na konwenanse, „Hetman” bił „Karolinkę” o przysłowiowy jeden punkt. Już choćby dla oglądania rywalizacji tylko tych zawodników warto było być na kręgielni, która nadzwyczajnie ożywała w tym czasie i gorący doping do ostatniego rzutu zagrzewał rywali do walki. W przypadku Grzesia i Zbyszka do pełni szczęścia brakło siódemki na początku wyniku. Dla lepszego z nich to tylko 5 punktów. W kat. B3 kobiet jak zwykle nie do pobicia jest Irena Curyło. Irena ciągle czeka na konkurentki, które mogłyby jej „przypiec trochę pięty”. Pozostałe panie z kat. B3 mają więc co robić, gdyż obecnie grają średnio niżej od tych z większymi ograniczeniami wzrokowymi z kat. B2, robiąc przy tym jeszcze pełny rozbieg przed wyrzutem. Okazja ku temu będzie, zwłaszcza dla kadrowiczek, na rozpoczynającym się tuż po eliminacjach zgrupowaniu kadry.

Zapewne dzisiejsi szczęśliwcy zakwalifikowani do finału mistrzostw Polski też nie „zasypią kuli w popiele” i wykorzystają miesiąc przed zawodami na intensywny trening. Zdarzało się już w przeszłości, że osoby z dziesiątego miejsca z półfinału stawały na podium w rozgrywce finałowej. A więc do zobaczenia w Tomaszowie, gdzie emocji zapewne nie braknie!

 

Awansujący z półfinału B (7-9.03.2013 r., Gostyń) i półfinału A (14-16.03.2013 r., Gostyń) do finału mistrzostw Polski 2013

Kobiety

B1: 1. Regina Szczypiorska 459 p.

2. Mieczysława Stępniewska 455 p.

3. Agnieszka Kozłowska 437 p.

4. Edyta Siwek 348 p.

5. Mariola Maćkowiak 343 p.

6. Salomea Walkowiak 335 p.

7. Barbara Szypuła 330 p.

8. Maria Jedynak 291 p.

9. Karolina Trojan 279 p.

10. Grażyna Krysiak 256 p.

Rezerwowe:

1. Irena Henisz 254 p.

2. Renata Basińska            250 p.

B2: 1. Anna Barwińska 608 p.

2. Maria KIeloch 585 p.

3. Jadwiga Szuszkiewicz 574 p.

4. Anna Kowal 573 p.

5. Maria Harazim 558 p.

6. Irena Zięba 539 p.

7. Danuta Odulińska 538 p.

8. Alicja Pogorzelska 505 p.

9. Janina Szymańska 493 p.

10. Halina Trela 493 p.

Rezerwowe:

1. Mirosława Malcherek 488 p.

2. Jolanta Szapańska 453 p.

B3: 1. Irena Curyło 622 p.

2. Emilia Sawiniec 555 p.

3. Małgorzata Nowak 536 p.

4. Zofia Sarnacka 528 p.

5. Agnieszka Piątek            527 p.

6. Honorata Borawa 523 p.

7. Elżbieta Kłos 521 p.

8. Maria Firlej 515 p.

9. Alicja Bielecka 508 p.

10. Magdalena Kajzer 502 p.

Rezerwowe:

1. Jolanta Krok-Sabaj 491 p.

2. Bożena Rudko 475 p.

Mężczyżni

B1: 1. Zdzisław Koziej 551 p.

2. Jan Zięba 550 p.

3. Szczepan Polkowski 484 p.

4. Krzysztof Tarkowski 406 p.

5. Piotr Dudek 357 p.

6. Marek Zwolenkiewicz 329 p.

7. Sylwester Dołasiński 317 p.

8. Wiesław Nastarowicz 304 p.

9. Roman Nowicki 284 p.

10. Tadeusz Kolbusz 281 p.

Rezerwowi:

1. Jerzy Dołowy 272 p.

2. Patryk Iks  267 p.

B2: 1. Mieczysław Kontrymowicz 648 p.

2. Jan Smoła            634 p.

3. Stanisław Fortkowski 628 p.

4. Wojciech Puchacz 623 p.

5. Władysław Wakuliński 614 p.

6. Grzegorz Nowak 592 p.

7. Mariusz Kozyra 587 p.

8. Dominik Czyż 584 p.

9. Paweł Stefański 583 p.

10. Teodor Radzimierski 582 p.

Rezerwowi:

1. Grzegorz Pietrakiewicz 574 p.

2. Eugeniusz Barszczewski 558 p.

B3: 1. Grzegorz Kanikuła 695 p.

2. Zbigniew Strzelecki 694 p.

3. Daniel Jarząb 666 p.

4. Albert Sordyl 653 p.

5. Ireneusz Stankiewicz 651 p.

6. Paweł Gniadek 628 p.

7. Władysław Szymański 627 p.

8. Marcin Stroiński 623 p.

9. Piotr Gniadek 618 p.

10. Rafał Chaberski 609 p.

Rezerwowi:

1. Paweł Lonc 606 p.

2. Zbigniew Wiśniewski 605 p.

Piotr Dudek

 

Na początek

 

wiadomości

 

Biegi

Zimowy kalejdoskop biegowy

Czołowi zawodnicy sekcji biegowej „Cross” na swój pierwszy tegoroczny obóz wybrali dolinę Popradu. Podczas dziesięciodniowego pobytu w Muszynie (od 25.01 – do 03.02) solidnie trenowali. Ośrodek „Jaga” nad potokiem Muszynka oprócz zakwaterowania oferował im siłownię i saunę. Pogoda w tym czasie była wyjątkowo zmienna. Dni z intensywnie sypiącym śniegiem
i kilkunastostopniowym mrozem przeplatały się z nagłym ociepleniem i roztopami, co znacznie utrudniało treningi. Rekompensatą były otaczające nas góry w zimowej scenerii. Warto polecić ten zakątek Beskidu Sądeckiego tym, którzy lubią aktywny wypoczynek.

Pierwszym sprawdzianem dla zawodników Stowarzyszenia „Cross” był półmaraton w Wiązownej. Jego 33. edycja przypadła na 24 lutego. Jak co roku, organizatorzy przyjęli naszą grupę bez pobrania opłaty startowej, a ponadto, po biegu, każdy otrzymał taki sam upominek rzeczowy. Pogoda rokrocznie jest niewiadomą, raz sprzyja biegaczom, raz im bieg utrudnia. Tym razem było tak: temperatura utrzymywała się około zera stopni, przeciwny wiatr towarzyszył nam na pierwszych 10 kilometrach, po nawrocie wspierał nas aż do mety! Najszybciej dobiegli do niej dwaj Ukraińcy, dzieląc się pierwszą
i drugą lokatą (czas zwycięzcy 1:05:43).

Pierwsza trójka „z naszych” uplasowała się zgodnie z przewidywaniami. Pierwszy do mety dobiegł Tomasz Chmurzyński („Łuczniczka” Bydgoszcz” – 1:22:04). Drugi był Jacek Ziółkowski („Syrenka” Warszawa – 1:25:41), trzeci – Robert Gałczyński („KoMar” Piekary Śląskie – 1:28:11). Ciekawie i „ciasno” było za tą trójką. Kolejno do mety dobiegali: Grzegorz Małowiecki („Syrenka” Warszawa – 1:29:08), Marcin Grabiński („Karolinka” Chorzów – 1:31:50), który cały czas poprawia swoje rezultaty i zajmuje coraz wyższe miejsca, i Adam Rajczyba („Sprint” Wrocław – 1:34:05). Adam od pewnego czasu biega z przewodnikiem. Barwnikowe zwyrodnienie siatkówki jest przyczyną znacznego pogorszenia widzenia. Na co dzień ten uparty w bieganiu zawodnik jest dyrygentem chóru muzycznego. Jak sam mówi: – Trzeba żyć dalej, radzić sobie i realizować swoje pasje. Tuż, tuż za tą grupą na mecie stawił się Sławomir Jeżowski („Syrenka” Warszawa – 1:34:27), a potem nastąpiła dłuższa przerwa, po której, z czasem 1:52:13, dobiegł do mety Stanisław Seniuk z „Karolinki” Chorzów. Grzegorz Powałka, Piotr Jankowski i Wiesław Miech (koordynator zadania) dotarli do mety po ponad dwóch godzinach. Na tyle pozwalały im ich możliwości.

Z różnych przyczyn (przede wszystkim zdrowotnych) nie wszyscy zawodnicy wzięli udział w tym sprawdzianie. Startowali natomiast w innych biegach. Mariusz Gołąbek z „Jantaru” Gdańsk, który startował 9 lutego w Gdyni, uzyskał na 10 kilometrów czas 39:22. Znakomicie wypadł podczas biegu w Trzemesznie na 15 kilometrów Patryk Łukaszewski z „Syrenki” Warszawa, pokonując 15-kilometrowy dystans w 52:37. Ten 24-letni biegacz zajął 8. miejsce w kategorii open na 558 zawodników.

Powyższe wyniki wskazują, że przed biegaczami jest bardzo ciekawa rywalizacja o jak najlepsze rezultaty. Tylko one pozwolą utrzymać się lub awansować do czołówki sekcji biegowej Stowarzyszenia „Cross”

 Mariusz Gołąbek

Szachy

Półfinał mistrzostw Polski w szachach

14-21.03.2013 r., Krynica Zdrój

1. Bartosz Pawelec („Ikar” Lublin) 6.5 p.

2. Zdzisław Wojcieszyn („Ikar” Lublin) 6.0 p.

3. Andrzej Migala („Warmia i Mazury” Olsztyn) 5.5 p.

4. Piotr Kulpiński („Atut” Nysa) 5.5 p.

5. Andrzej Sargalski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 5.5 p.

(„Łuczniczka” Bydgoszcz)

6. Dawid Falkowski („Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza)           5.5 p.

7. Tadeusz Lipski („Ikar” Lublin) 5.0 p.

8. Jacek Ruszczycki („Lajkonik” Kraków) 5.0 p.

9. Tadeusz Traczyk           („Atut” Nysa) 5.0 p.

10. Michał Wolański („Syrenka” Warszawa) 4.5 p.

Warcaby

Półfinał mistrzostw Polski w warcabach

7-13.03.2013 r., Krynica Zdrój

Grupa A

1. Ryszard Biegasik („Victoria” Białystok) 14 p.

2. Tomasz Kuziel („Łuczniczka” Bydgoszcz) 13 p.

3. Andrzej Jagieła  („Podkarpacie” Przemyśl)13 p.

4. Mirosław Mirynowski („Zryw” Słupsk) 12 p.

5. Edward Kozłowsk i„Victoria” Białystok) 11 p.

6. Tadeusz Niemczak („Podkarpacie” Przemyśl) 10 p.

7. Ewa Spiczak-Brzezińska („Warmia i Mazury” Olsztyn) 10 p.

8. Mieczysław Kaciotys („Sudety” Kłodzko) 10 p.

9. Andrzej Kużdżał  („Atut” Nysa) 10 p.

10. Andrzej Sargalski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 10 p.

Awansujący z grupy A

1. Ryszard Biegasik

2. Józef Tołwiński

3. Bernard Olejnik

4. Zenon Sitarz

Grupa B

1. Marek Maćkowiak („Tęcza” Poznań) 13 p.

2. Józef Tołwiński  („Victoria” Białystok) 13 p.

3. Bernard Olejnik  („Warmia i Mazury” Olsztyn)12 p.

4. Zenon Sitarz („Podkarpacie” Przemyśl) 12 p.

5. Michał Czarski („Hetman” Lublin) 12 p.

6. Mirosław Grabski            („Łuczniczka” Bydgoszcz) 11 p.

7. Tadeusz Lach („Atut” Nysa) 11 p.

8. Ewa Grabska („Łuczniczka” Bydgoszcz) 10 p.

9. Antoni Ptasznik („Podkarpacie” Przemyśl) 10 p.

10. Edward Twardy („Sudety” Kłodzko) 9 p.

Awansujący z grupy B

1. Marek Maćkowiak

2. Józef Tołwiński

3. Bernard Olejnik

4. Zenon Sitarz

5. Michał Czarski

 

Na początek

 

kluby

 

Stawiają na mocne dyscypliny

„Sprint” Wrocław, działający przy wrocławskim Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym, powstał w 2008 roku. Nie znaczy to bynajmniej, że wcześniej niewidomi uczniowie spędzali czas nudząc się przed telewizorem. Tak nie było.

Należeli bowiem do najbardziej roztańczonych spośród wszystkich ośrodków dla młodzieży niewidomej. A to wszystko za sprawą Lubomira Praska i jego wielkiej pasji, jaką jest taniec.

 – Do ośrodka zostałem ściągnięty po trzecim roku studiów – mówi. – Poproszono mnie o poprowadzenie tam zajęć tanecznych. W latach dziewięćdziesiątych rzeczywiście byliśmy taneczną potęgą. Mieliśmy przy tym bardzo poważny repertuar, nie wyłączając walca, tanga i cza–czy. Jeszcze cztery lata temu Wrocław był w tańcach „mega mocny”. Jak to jednak w życiu bywa, wszystko, co dobre, przemija. Najlepsi zdobywający nagrody tancerze opuścili szkolne mury, przeszli do klubów sportowych bliższych miejscu ich zamieszkania. A znalezienie nowych uzdolnionych tancerzy nie jest zadaniem łatwym. Zmienił się system edukacji, dzieci w gimnazjum pojawiają się na trzy lata i znikają, natomiast w szkole masażu mają tyle nauki, że na tego typu rozrywki czasu im nie starcza. Zdolnym i chętnym do tańca dziewczynom brakuje partnerów. Obecnie na arenie krajowej wrocławski klub reprezentują tylko dwie pary.

We wrocławskiej placówce dużą wagę przywiązywano też do gry w szachy, osiągając bardzo wysoki jej poziom. Piotr Kulpiński, absolwent ośrodka, do tej pory znajduje się w kadrze narodowej. Niestety, odeszli z pracy wspaniali trenerzy, którzy doprowadzili zawodników na szczyt. A ich następców ciągle nie udaje się znaleźć.

Choć taniec i szachy podupadły i obie dyscypliny lata świetności mają już za sobą, klub „Sprint” Wrocław jakoś specjalnie na tym nie ucierpiał. Zainwestowano w showdown i halową piłkę nożną. Dyscypliny nowe, acz bardzo prężnie się rozwijające. Udało się zarazić nimi młodzież. Choć musieli zaczynać od przysłowiowego zera, wybór ten okazał się strzałem w dziesiątkę. – Z początku nie mieliśmy nic, nawet piłki – mówi Lubomir Prask, prezes klubu. – Zawijaliśmy więc zwykłą piłkę w folię, która na hali szumiała – w ten sposób nauczyliśmy się ją prowadzić i lokalizować. Pojechaliśmy do Niemiec, żeby podpatrzeć, jak powinno się grać, później zaprosiliśmy trenera kadry niemieckiej do nas. Pokazał nam parę technik, ale nie mieliśmy miejsca, w którym ta gra byłaby dla nas bezpieczna. Na sali rozbijaliśmy się o ściany i ławki, na boisku ogrodzonym “orlikiem” wpadaliśmy na siatki lub metalowe słupy. Nie było wyjścia. Zaczęliśmy jeździć na treningi do Berlina. Szło nam coraz lepiej.

Po roku treningów nasi niemieccy przyjaciele zaprosili nas na 120-lecie Związku Niewidomych w Niemczech i tam po raz pierwszy z nimi wygraliśmy. W ubiegłym roku niewidomi piłkarze zostali poproszeni o rozegranie pokazowego meczu na Euro 2012. Zrobili chyba bardzo dobre wrażenie, bo po tym wydarzeniu UEFA wyposażyła ich w profesjonalny sprzęt do gry: piłkę, bandy, stroje. Dzięki bandom rozstawionym po bokach boiska nareszcie są bezpieczni. Są one skonstruowane z takich materiałów, że nawet zawodnikowi, który wpadnie na nie z całym impetem, nic się nie stanie.

Pan Lubomir jest trenerem kadry zarówno w halowej piłce nożnej, jak i w showdown. A dobry trener to przecież podstawa. Nic więc dziwnego, że członkowie „Sprintu” w obu dyscyplinach osiągają wielkie sukcesy. – W showdown na poważnie gramy od niespełna roku, a możemy pochwalić się większymi sukcesami niż Czesi, którzy uprawiają tę dyscyplinę od trzydziestu lat. Gdy zaczynaliśmy, wszystko wydawało nam się strasznie trudne. Tymczasem kilka miesięcy później nasza Ela pojechała na turniej do Szwecji, gdzie spotkało się 12 najlepszych zawodniczek z rankingu. I wygrała. Pokonała wicemistrzynię Europy! W tej chwili w showdown mamy bardzo mocną pozycję, wszyscy z nami się liczą. Ale trzeba pamiętać, że sukces ten okupiony został prywatnymi wyjazdami do Czech, Słowacji czy Niemiec, podglądaniem, nawiązywaniem kontaktów.

Na co dzień Lubomir Prask pracuje w ośrodku jako nauczyciel wychowania fizycznego. Uczy pływania. Pływanie nie jest jednak dyscypliną w Stowarzyszeniu „Cross” zbyt rozbudowaną. W klubie kilka osób zajmuje się strzelectwem, są pasjonaci sportów wytrzymałościowych, są członkowie pięknie jeżdżący na nartach. – Muszą jednak trenować gdzie indziej. Koszty zakupu broni pneumatycznej czy tandemów są tak wysokie, że pochłonęłyby cały nasz budżet. A mały klub, z niedużym dofinansowaniem, musi na coś postawić. Stawia się więc na dyscypliny mocne oraz takie, które nie wymagają większych inwestycji.

Zdecydowaną większość członków klubu stanowią wychowankowie tutejszego ośrodka. Współpraca z dyrekcją placówki układa się bardzo dobrze. – Choć, jak widzą, że jakiś zawodnik ma problemy w nauce lub opuszcza lekcje, to potrafią postawić weto i po prostu zakazują wyjazdów. Klub nieodpłatnie wynajmuje biuro i korzysta ze wszystkich udogodnień ośrodka. A tak nowoczesnego i w pełni przystosowanego obiektu dla osób niewidomych nie ma nikt inny. Podczas gdy inne ośrodki zostały zaadaptowane do potrzeb ludzi z dysfunkcją wzroku, ten od początku budowany był z myślą o niewidomych. Pierwszy oddział został oddany do użytku w 2003 roku. Obiekt sportowy działa od niecałych trzech lat. Jest tutaj hala sportowa, pełnowymiarowy 25-metrowy basen, boiska, bieżnia. Wokół ośrodka zasadzono drzewka i za parę lat będą tu piękne tereny do spacerowania. Latem w tym miejscu będzie można przyjemnie spędzić popołudnie.

Dla Lubomira Praska praca z niewidomymi sportowcami jest prawdziwą pasją, poświęca jej całą energię. Czasami odbywa się to kosztem życia prywatnego. Dopóki jednak widać efekty pracy i są zawodnicy, dla których sport, który uprawiają, staje się sensem życia, prezes uważa, że warto poświęcać temu swój czas.

Liliana Laske-Mikuśkiewicz

 

Na początek

 

rekreacja ruchowa

 

 Ruszajmy się, bo zdziadziejemy 

Od września trwa crossowski projekt „Krok Naprzód”. Przeszkolono 100 inwalidów wzroku w takich dziedzinach, jak: kręgle klasyczne, bowling, warcaby 100-polowe i kinezygerontoprofilaktyka (KGP). Właśnie w połowie marca, w Warszawie na Odrębnej, zakończono ten ostatni projekt. Wzięło w nim udział 20 osób.

Koordynatorem szkolenia był Roman Bartyzel, absolwent Akademii Pedagogiki Specjalnej, od 10 lat współpracujący ze Stowarzyszeniem. – Celem tych szkoleń jest zdobycie certyfikatu instruktora rekreacji. Dwudziestoosobowa grupa przez dwa tygodnie odbywała w tym samym wymiarze ćwiczenia teoretyczne i praktyczne – informuje pan Roman. – Zajęcia teoretyczne prowadzili studenci z AWF, praktyczne – dwie panie: Anna Jędrzejek (fizjoterapeutka) i dr Agnieszka Górska.

Wykładowcy

Kurs KGP nakierowany jest na osoby starsze, po sześćdziesiątym roku życia. Po pięćdziesiątce czy sześćdziesiątce nastaje taki czas, że przechodząc na emeryturę całkowicie sobie odpuszczamy ruch. A to przecież właśnie jesień życia powinna mobilizować nas do aktywności.

Pani Anna, gładkiej urody kobieta, tryska energią, no bo ma te „dziesiąt” lat mniej niż uczniowie (nie śmiałem pytać o wiek, bo redakcja „Crossa” musi trzymać fason). – Szczególnie osoby niepełnosprawne powinny ćwiczyć i w wieku 35 – 45 lat już przygotowywać się do starości, wdrażając się do różnorodnych ćwiczeń. Kręgle, nordic walking, aquafittness – to tylko kilka przykładów aktywnych zajęć. Panie mogą też dziergać na drutach, panowie majsterkować. Prowadząc aktywne życie, jesteśmy w stanie zapobiec wielu chorobom, zmniejszyć ich uboczne skutki. Jeśli ruszamy się, ćwiczymy, starość jest pogodniejsza, pod każdym względem lepsza – podkreśla fizjoterapeutka. – Nie muszą to być drogie zajęcia, jak fittness czy tenis. Możemy pójść na spacer do lasu (lepiej widzący mogą zbierać grzyby) czy ćwiczyć w domu na rowerku stacjonarnym. Zdobytą wiedzę niepełnosprawni przekażą w swoich klubach „Crossu” koleżankom i kolegom – podsumowuje rozmowę pani Ania.

Uwagi szkolonych

W przerwie w zajęciach rozmawiam z uczestnikami szkolenia. Dwójka z nich pochodzi z Piekar Śląskich. Pani Elżbieta Kłos jest wiceprezesem istniejącego od dwóch lat klubu „Cross Jastrzębie”. W klubie jest 15 osób w wieku ponad 60 lat, w kole PZN – ponad 50. – Jestem aktywna, udzielam się sportowo: tańczę, gram w kręgle, strzelam. Mamy też grupę do chodzenia z kijkami – mówi pani Ela.

 Szefem klubu jest 61-letni Marian Koryciorz. – Ten kurs jest dla nas kopalnią wiedzy. Moje wiadomości na temat rekreacji osób starszych były nieuporządkowane. Tutaj, na przykład, dowiedziałem się, że do każdego schorzenia musimy inaczej podchodzić, inaczej planować i kierować wysiłek. Sam jestem na tyle sprawny, oczywiście oprócz widzenia, że gram w kręgle, bowling, strzelam, tańczę sportowo. Na szkoleniu zdobyłem wiedzę, którą przekażę moim koleżankom i kolegom z klubu.

 Jadwiga Orłowicz z Warszawy, mimo znacznego stopnia uszkodzenia wzroku, porusza się samodzielnie, jest wysportowana. Przy okręgu mazowieckim PZN prowadzi klub „Horyzont”. Należą do niego osoby ze stolicy w wieku powyżej 40 lat. „Horyzont” prowadzi działalność kulturalną, rekreacyjną, turystyczną, sportową. – O szkoleniu dowiedziałam się przypadkowo i bardzo się cieszę ze zdobytej tu wiedzy. Pozwoli mi ona na bardziej sensowne poprowadzenie rekreacji i ćwiczeń fizycznych z ludźmi z mojego klubu – mówi pani Jadzia.

Z 66-letnim całkowicie niewidomym Józefem Lewandowskim spotkałem się 20 lat temu na warsztatach terapii zajęciowej z plecionkarstwa artystycznego w Łucznicy. Pan Józef z Włoszczowej tak się wówczas zapalił do tego zajęcia, że wprost nie można go było oderwać od stołu. Plecionkarstwo stało się jego hobby. – Godzinami siedzę zgarbiony, plotę, wiążę, bolą mnie wszystkie mięśnie, przytyłem parę kilogramów. W pewnym momencie powiedziałem: – Dość! Zabierz się Józek za siebie! Mam we Włoszczowej kolegów, którzy również zajmują się plecionkarstwem i też narzekają na zdrowie. Musimy się zmobilizować, bo się całkiem pokrzywimy. Hasło „ruszajmy się, bo zdziadziejemy” jest w moim wieku jak najbardziej aktualne – podsumowuje pan Lewandowski.

Uczestnicy mieli konkretne uwagi do prowadzenia szkolenia z dziedziny o nazwie trudnej do wymówienia, czyli – z kinezygerontoprofilaktyki. Krytykowali przeładowanie go teorią, narzekali na zbyt mało ćwiczeń praktycznych. Nie podobał im się podział na dwutygodniowe zajęcia teoretyczne i tyleż samo trwające praktyczne. Według nich zajęcia powinny być prowadzone równolegle, czyli pół dnia zdobywanie wiadomości, a następne pół ćwiczenia. Jednak generalnie uważają, że tego typu szkolenie jest bardzo potrzebne.

Na trawniku przed budynkiem stanęli z kijami Alicja Pogorzelska i Krzysztof Gumuliński. Przed nimi Anna Jędrzejek wydaje komendy. – Raz, dwa, trzy i wyprost. Zmiana nogi. Zginamy jedno kolano, liczymy głośno do trzech i wyprost. Kije wbijamy w trawę na wysokości barku, ręce wyprostowane i skłony wprzód. Chowamy głowę i powrót. Powtarzamy to samo raz jeszcze…

 Andrzej Szymański

 

Na początek

 

turystyka

 

Z plecakiem w świat 

Z Renatą Nowacką-Pyrlik, tyflopedagogiem, pasjonatką turystyki, o turystyce rozmawia Anna Amanowicz

    – Turyści to ludzie ciekawi świata, kochający ruch, zmiany. Te cechy ma się niejako w genach, bywa że turystyczne tradycje wynosi się z rodzinnego domu, albo na jakimś etapie życia łapie się stosownego bakcyla. Jak to było w Pani przypadku?

– Swoją ruchliwość i upór w dążeniu do realizacji marzeń zawdzięczam babci, ciekawość świata – książkom i liceum w Laskach. Babcia, kobieta prosta, skromna, raczej usuwająca się w cień, wiedziała w jaki sposób do nas, dzieci, docierać, czego wymagać. Emanowała z niej wewnętrzna siła, dzięki której dokonywała właściwych wyborów. Mimo iż od najmłodszych lat miałam kłopoty ze wzrokiem, nosiłam okulary o mocy –20,0 D (mam zdiagnozowany tzw. Zespół Marfana), nigdy nie zabraniała mi biegać czy skakać, nie przypominała też, że mogę się przewrócić, rozbić okulary, zrobić sobie krzywdę. Dopuszczała mnie również do domowych czynności, wykazując przy tym wielką cierpliwość. Gdy pojawiały się trudności wynikające ze słabszego widzenia, nie użalała się nade mną, tylko „prostowała kręgosłup”. Traktowała mnie po prostu normalnie – w jej domu, gdzie spędziłam wczesne dzieciństwo i większość wakacji, czułam pełną akceptację. Ale poza tym domem tak nie było. Na co dzień, mieszkając z rodzicami w małej miejscowości, czułam się osamotniona i gorsza od rówieśników. Rekompensowałam to marzeniami o „wyfrunięciu” w świat, zgłębiając podróżnicze lektury (wbrew zakazom okulistów potrafiłam to robić nawet pod kołdrą).

Prawdziwie doceniona i zaakceptowana poczułam się dopiero w liceum w podwarszawskich Laskach. Tam urodziłam się na nowo. Po raz pierwszy w życiu uczestniczyłam w zajęciach wychowania fizycznego, uczyłam się kroków tanecznych, w przyjaznym gronie nabywałam pewności siebie. Z Lasek też wyjechałam na pierwszą dłuższą wycieczkę. Pamiętam, że to był Czarny Dunajec i niebotyczne Tatry. Potem było polskie morze. Nie odpuszczałam żadnej szkolnej wyprawie, także wyjazdom z występami po całej Polsce z chórem Cantus Gaudi, w którym śpiewałam, prowadzonym przez siostrę Blankę. Dziś myślę, że w tamtym okresie życia połknęłam turystycznego bakcyla.

Kiedy na stałe osiadłam w Warszawie, dołączyłam do grona osób podzielających moje zainteresowania. Razem z Teresą Dębowską i kilkoma innymi pasjonatami zaczęłam poznawać kraj. Były to głównie wyjazdy w góry na soboty i niedziele – czyli intensywna wędrówka, spanie w schroniskach, duże zmęczenie po powrocie do pracy. Dla mnie ogromna radość, że ruszam się, zmieniam otoczenie, jestem wśród życzliwych i ciekawych świata ludzi, że tak wiele się dzieje. Tak jest do dzisiaj. Musiałam, co prawda, ze względów zdrowotnych zrezygnować z chodzenia po górach, ale jeśli nie zaliczę w weekend piętnasto - czy dwudziestokilometrowej trasy po płaskim terenie, czas uważam za stracony. Namawiam też innych do uprawiania turystyki. Dla podopiecznych Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym organizowałam plenery, warsztaty, wycieczki. Angażując się społecznie w prace Stowarzyszenia Chorych na Zespół Marfana, starałam się dostarczyć dzieciom, także swoim (dwoje spośród trojga moich dzieci – Paweł i Dorota – niestety, odziedziczyli po mnie ZM), wszelkich dostępnych im form ruchowych.

– Wędrówki piesze, autokarowe, innymi środkami komunikacji? Które Pani preferuje? Czy w gronie rodzinnym, czy w innym towarzystwie? Ruch na co dzień, czy okazjonalny? Blisko czy daleko?

– Wszystkie formy przemieszczania się są dobre. Piesze wędrówki – samotne czy w dobranym gronie – mają największe walory zdrowotne i kondycyjne. Wymagają też więcej inwencji i przygotowania. Na pewno nie należy wędrować z osobami leniwymi, z mrukami czy malkontentami. Współtowarzysze muszą nadawać na podobnych falach, mieć poczucie humoru. Jeśli niekoniecznie nam odpowiadają, lepiej już na wstępie zrezygnować z nich, bo wyprawa będzie nieudana i zamiast dobrych wspomnień zapamiętamy złe sytuacje. Wycieczki autokarowe są najbezpieczniejsze, bo przewodnik nie pozwala się zgubić, dzieląc się jednocześnie wiedzą i informacjami o miejscach, które mijamy czy zwiedzamy. Nie bez znaczenia jest kontakt z osobami pełnosprawnymi. W autokarze zacierają się różnice „sprawny – niepełnosprawny”, zanika poczucie mniejszej wartości, które często pokutuje w świadomości osób z dysfunkcjami. Ludzie o podobnych zainteresowaniach nawiązują swobodne rozmowy, dzielą się wrażeniami, spostrzeżeniami, wymieniają doświadczenia.

Z całą rodziną wędruję teraz rzadziej, ponieważ dorosłe dzieci mają swoje życie. Chociaż trzy lata temu pobyt w Chorwacji, w prawie pełnym składzie rodzinnym, był bardzo udany. Ciekawością świata najbardziej zaraził się od mamy 29-letni dziś syn Paweł. Dwa lata temu wspólnie zwiedzaliśmy Londyn, w zeszłym roku – Chiny. W tym roku Paweł, wraz ze swoją dziewczyną, z którą już był w Turcji i w krajach Beneluksu, wybiera się do Indii. Te podróże sprawiają mu autentyczną radość. Natomiast z 27-letnią dziś Dorotą przeżyłyśmy przed dwudziestu laty wielką przygodę życia – wyjazd na Kaukaz. Przez miesiąc, pod wodzą wspaniałej organizatorki Barbary Waśkowskiej z Olsztyna, wraz z grupą 30 osób wędrowałyśmy po górach, poznawałyśmy zabytki, smakowałyśmy inny świat. Jedynym mankamentem było skromne wyżywienie i niemożność dokupienia go (pamiętam puste półki sklepowe i sprzedawców „zachodniej” żywności, niestety za dolary, którymi nie dysponowałyśmy). Na szczęście, od współtowarzyszki wędrówki Zdzisi Łukaszewskiej, przezornie dobrze zaopatrzonej w konserwy, otrzymałyśmy wsparcie. Nie przeszkodziło to zachować we wspomnieniach tamtej wyprawy jako fascynującej przygody. Najmłodsza, 22-letnia Joanna, w gimnazjum zapalona żeglarka, uhonorowana pucharami, dyplomami i medalami, po licencjacie z biologii zapalona przyrodniczka, mniej kocha podróże, bardziej psy i wyczynową jazdę na rolkach.

Pyta pani o zażywanie ruchu? Pamiętać o tym trzeba codziennie. Życie z ruchem jest zdrowsze, kondycja fizyczna i psychiczna lepsze. Ruchem można złagodzić ból, rozchodzić go. A na pewno nie należy plątać się po domu czy siedzieć przed telewizorem w weekendy. Nawet gdy pogoda zrobiła się kiepska, jest zimno, wiatr hula i nie chce się wstać, trzeba lenistwo przełamać i ruszyć w bliższy lub dalszy plener. Bo oba są wskazane. Ja, na przykład, kocham Puszczę Kampinoską i jej szlakami wędruję bardzo często, także zimą – ruch, świeże powietrze działają kojąco, odrywają od codzienności i stresów, zieleń bywa treningiem dla oczu.

Jeśli brakuje towarzyszy do wypraw, można w ulotkach przy internecie przejrzeć oferty Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego i wyruszyć „w nieznane”, zaproponowane przez przewodników turystycznych. Ja od około dziesięciu lat uczestniczę zazwyczaj w weekendowych wędrówkach po zielonych okolicach Warszawy. Zaletą takich wypadów jest to, że nie trzeba brać mapy, szukać szlaku, tylko trzymać się przewodnika, słuchać go i razem odkrywać ciekawe miejsca. Przeważnie są to stare kościółki, przydrożne kapliczki, jakieś dworki, pomniki. Równie ciekawe jest znajdowanie okazów przyrody, podglądanie ptaków i słuchanie ich cudnego śpiewu.

– Która eskapada turystyczna wryła się Pani najbardziej w pamięć?

– Dwa lata temu pan Witold Kondracki, osoba całkowicie niewidoma, który jeździ od lat do Indochin i kocha ten region, zorganizował wyprawę dla osób niepełnosprawnych. Znalazłam się w gronie sześciu osób, które zaryzykowały penetrację tak odmiennych krajów, jak Tajlandia, Laos i Kambodża. Wyprawa trwała miesiąc i rzeczywiście obfitowała w fantastyczne przeżycia. Po raz pierwszy zetknęłam się z Azją i jej klimatami. Wszystko było nowe, świeże, intrygujące – fauna i flora, ludzie, kultura i obyczaje. Dżunglę, małpy, gekony chodzące po ścianach, mrówki i inne robaki – całą tę egzotyczną przyrodę zachowałam w pamięci. Wywiozłam stamtąd obrazy, dźwięki, zapachy, smaki. Skorygowałam swoje wyobrażenie o świecie. Kiedy za oknem ponuro, że psa by nie wygonił, lub jest mi smutno, zasiadam przed komputerem i przypominam sobie wyprawę. Przeglądam fotograficzne zasoby – tu jadę na słoniu, tam w ośrodku buddyjskim głaszczę tygrysa, podziwiam Angkor Wat. Wyprawa do Indochin była dla mnie najbardziej znacząca, bo to był przeskok z naszej cywilizacji w zupełnie inny świat. Kiedy z Pawłem zwiedzałam w następnym roku Chiny, to była już trochę „powtórka z rozrywki”, podobnie fascynująca, ale już „obłaskawiona”, niektóre obrazki jakoś się pokrywały. Niemniej mocno wryła mi się w pamięć wizyta w hutongu, gdzie mieliśmy okazję naocznie poznać życie kilkupokoleniowej rodziny chińskiej, bezpośrednio porozmawiać (po angielsku) z jej członkami. Szkoda, że języki tego regionu są tak trudne do opanowania, bo bezpośrednie spotkania z ludźmi i rozmowy z nimi niezwykle wzbogacają wiedzę turystów o kraju, który odwiedzają. Wiedza staje się mniej podręcznikowa. Tu przytoczę ciekawostkę. Otóż czasami biorę udział w filmowych pokazach – znani podróżnicy opowiadają tam o swoich przygodach w obcych krajach. Po jednym z nich wygrałam książkę „Chiński nie gryzie”. Spróbowałam się uczyć nowego języka – niestety, z przykrością stwierdzam, że mnie „ugryzł”. Odłożyłam podręcznik na półkę – do lepszych czasów.

Jeszcze jeden turystyczny wypad bardzo wrył mi się w pamięć. Pamiętam, że po „głodnej” kaukaskiej wyprawie bardzo długo nie wierzyłam, że uda mi się zorganizować zagraniczny wyjazd. Niedościgłym marzeniem, głównie ze względów finansowych, ale też wynikającym z obawy, że sobie nie poradzę ze względu na problemy wzrokowe, wydawały się Włochy. A jednak marzenie się spełniło. Siedem lat temu autokarowa wycieczka do Italii, z mężem Aleksandrem, osobą niewidomą, odblokowała mnie całkowicie. Okazało się wówczas, że jest możliwe uczestniczenie w takim wyjeździe bez pełnosprawnego wzroku i potężnego uszczerbku w finansach. Od tamtej wyprawy zwiedziliśmy w podobny sposób wiele ciekawych miejsc, zarówno w Polsce, jak i poza nią,

– Turystyka to nie tylko wysiłek fizyczny i zwiedzanie, ale także zabawa?

– Oczywiście! Spotyka się ludzi, opowiada się kawały czy jakieś dowcipne zdarzenia. Jest śmiech, odprężenie, zabawa. Wieczorami, po trudach wędrówki, ktoś muzykalny może przygrywać na gitarze, mogą być śpiewy wspólne i solowe. Ale ja za tym nie przepadam. Zazwyczaj jestem tak zmęczona, że z ochotą udaję się na odpoczynek, by rano z nową energią ruszyć w dalszą drogę. Ostatnio brałam udział w szkoleniu organizowanym przez „Cross”, gdzie były prowadzone zajęcia z zakresu kinezygerontoprofilaktyki, czyli pod kątem zajęć ruchowych dostosowanych do osób starszych. Pokazano nam mnóstwo zabaw ruchowych i powiem, że niektóre bardzo mi się podobały. Uważam, że z powodzeniem takie zabawowe elementy można stosować podczas turystycznych wędrówek.

– Ma Pani okazję zachęcić Czytelników do uprawiania turystyki.

– Apeluję głównie do młodych rodziców: – Wyruszajcie na wędrówki ze swoimi pociechami od ich najmłodszych lat. Pamiętam takie zdarzenie, gdy Paweł miał 5 lat i zobaczył w lesie rozbitą butelkę. Maluch rozpłakał się i powiedział: – Mamusiu! Musimy coś z tym zrobić, bo las się spali! Pamiętam też rozdziawione buzie moich dzieci, gdy wypatrzyły coś osobliwego, albo sytuację, gdy szukały kosza na śmieci. To w takim wieku wzbudza się ciekawość świata, nabywa się nawyki ruchowe, uczy kultury zachowań w różnych miejscach, szacunku dla przyrody. Czym skorupka za młodu nasiąknie...

-        Dziękuję za rozmowę.

 

Na początek

 

psychologia i sport

 

Trening psychologiczny w szachach (III) 

W pierwszych dwóch częściach cyklu poświęconego treningowi psychologicznemu w szachach zaprezentowano program oparty na pięciu filarach:

1.   Umiejętność wyznaczania sobie celów.

2.   Pozytywne myślenie.

3.   Radzenie sobie ze stresem.

4.   Kształtowanie charakteru.

5.   Pozytywny obraz siebie.

Trzy pierwsze punkty zostały omówione, teraz kolej na kolejne.

Kształtowanie charakteru

Słynne zdanie Wilhelma Steinitza, że szachy nie są dla ludzi słabych duchem, można potraktować jako punkt wyjścia do systematycznej pracy nad charakterem. Na drodze ćwiczeń przydatny może być drogowskaz podany przez polskiego filozofa Józefa Bocheńskiego. Oto podsumowanie jego koncepcji, którą jak najbardziej można włączyć do kształtowania sportowców o „Duszy Wojownika”.

1.   Planuj!
Np. planuj codziennie rano przed rozpoczęciem dnia. Perspektywicznie.

2.   Kontroluj!
Kontrola chronologiczna – chwila po chwili. Twoim potencjałem jest czas!
Kontrola systematyczna – umiejętność po umiejętności.

3.   Diagnozuj!
Musisz uzyskać wgląd w swe właściwości psychiczne.

4.   Rozwijaj intelekt!
Staraj się o coraz lepsze zrozumienie świata i wżycie się w ideały.

5.   Ćwicz wolę!
Wolę ćwicz, abyś mógł uzyskać możliwie największą jej moc i prawość.

6.   Używaj wyobraźni!
Cenzuruj wyobrażenia ujemne i negatywizmy w myśleniu. Nie zatruwaj umysłu i woli. Rozwijaj wyobraźnię na materiale pożytecznym.

7. Panuj nad uczuciami!
Dbaj o spokój psychiczny, wyrzeczenie się nałogów, twardy tryb życia.

8.   Sprawdzaj się w działaniu!
Ćwicz się w poprawnym wykonaniu czynu.

9.   Bądź wytrwały!
Skutki mogą być widoczne dopiero po długim czasie! Charakter wykuwamy wtedy, gdy zmierzamy do celu pomimo przeciwności.

W ramach zajęć z młodymi szachistami wrocławskimi wypracowaliśmy wiele sposobów kształtowania charakteru. Oto niektóre z nich, zaproponowane w ramach „ćwiczenia woli”.

1.   Dzień bez mówienia.

2.   Jeden dzień głodówki.

3.   Rozwiązywanie zadań szachowych „do oporu”.

4.   Jazda na nartach.

5.   Wykonywanie trudnych postanowień.

6.   Tydzień bez: TV, słodyczy, plotek, rozmów telefonicznych.

7.   Wytrzymałość przez sport.

8.   Codziennie zapis w „Dzienniku Sportowca” przez 30 dni.

9.   100 przysiadów rano i wieczorem przez miesiąc.

10.  Wykonanie testu Coopera.

11.   Zorganizowanie „Dnia szachowego”.

Innym zalecanym sposobem kształtowania charakteru i rozwijania wytrwałości jest systematyczne prowadzenie „Dziennika sportowca”. Można w nim zamieszczać:

   - informacje o literaturze,

   - wyniki kontroli lekarskich,

    - roczny plan treningów,

    - roczny plan zawodów,

    - kwartalny plan zajęć,

    - miesięczny rozkład zajęć,

    - tygodniowy rozkład zajęć,

    - kontrolę treningów,

    - miesięczne zestawienia obciążeń treningowych,

    - roczne zestawienia obciążeń treningowych,

    - sprawdziany,

    - zestawienie wyników,

    - roczne zestawienie najlepszych wyników, aby planować najbliższy rozwój,

    - uwagi i obserwacje,

    - przemyślenia.

Nasze najgłębsze „Ja” – źródłem pozytywnego myślenia

W wydanym w 1994 roku w Polsce dziele dwóch amerykańskich autorów – Calvina Halla i Gardnera Lindzeya: „Teorie osobowości”, na ponad sześciuset stronach ana-lizuje się tyl-ko w pewnym skrócie podstawowe teorie osobowości. Nie ma zgod-noś-ci prawie co do wszys-tkiego. Ciągle, przy aktualnym stanie wiedzy, trudno o jedno-znacz-ne okreś-lenie czym jest osobowość. Wszyscy ci, którzy zajmują się problematyką oso-bo-woś-ci, zgadzają się jedynie co do tego, że osobowość jest niepow-ta-rzalną jed-noś-cią w czło-wieku i peł-ni funkcje integracyjne.

W swej pracy przeglądowej na temat osobowości Gordon Allport wyróżnił prawie pięć--dzie-siąt definicji osobowości. Oto jedna z bardziej znanych:

„Osobowość to dynamiczna organizacja w jednostce tych systemów psychofizycz-nych, które determinują jej specyficzne przystosowanie do środowiska”.

Dynamiczna organizacja – czyli stale się zmieniająca, rozwijająca. Ale jednocześnie istnie-je coś, co spaja różne elementy.

Systemy psychofizyczne – osobowość ma nie tylko podłoże psychiczne lub tylko fizyczne, neu-ronowe. To ciało i psychika, stopione w osobową jedność.

Determinują – czyli kierują zachowaniami jednostki, wyznaczają pewien określony kie-ru-nek.

1. Poczucie własnego ciała.

Ważna jest umiejętność koncentracji na wewnętrznych doznaniach cielesnych. Obserwacja tego, jaki jestem, gdy jestem spięty, prowadzi do lepszego poznania siebie, a lepsze poznanie siebie stwarza okazję do podejmowania bardziej odpowiednich do sytuacji działań. Niezwykle ważne jest dowartościowanie siebie cielesnego. Polubić swoje ciało – oto objaw zdrowej osobowości! Osoba dojrzała akceptuje siebie. Siebie fizycznego. Nasza radość życia często ma swoje źródło w radości naszego ciała. Chociaż nie możemy być też niewolnikami ciała.

2. Poczucie ciągłości i tożsamości.

Osoba dojrzała jest świadoma swego trwania w czasie. Posiada umie-jętność widzenia siebie taką, jaką jest naprawdę, chociaż warunki się zmieniają. Pomimo trudności, osoba dojrzała ciągle wie, jakim wartościom służy. Osoba dojrzała ma przez to poczucie zasadniczego bezpieczeństwa emocjonalnego w swoim życiu.

3. Miłość własna.

Osoba dojrzała akceptuje siebie i odnosi się serdecznie do innych. Oso-ba dojrzała ak-cep-tu-je siebie, ale jednocześnie stara się wyzbyć skłonności egoistycznych. Ego-izm jest pod-sta-wo-wym symptomem osobowości dziecięcej, właśnie się rozwijającej, albo niedoj-rzałej.

4. Rozszerzone „Ja”.

Osoba dojrzała odznacza się pewnym zasięgiem ja. Osoba nie powinna ograniczać się tyl-ko do czynności związanych ze spełnieniem najbardziej podstawowych potrzeb. Roz-sze--rzone „Ja” to stan posiadania, to szerokie zainteresowania, godne zainteresowania, to rodzina, przy-ja-cie-le. To także zainteresowanie kulturą ludzką. To też odpo-wiedź na tradycyjne pyta-nie: być, czy mieć.

5. Obraz własnej osoby.

Osoba dojrzała ma realistyczny obraz siebie. Nie ma o sobie przesadnie wielkiego mnie-mania. Nie dąży też do nierealistycznych celów. Pamiętajmy, żeby dystans między „Ja real-nym” a „Ja idealnym” (tym „Ja”, do którego dążę) nie był dystansem niemożliwym do po-ko-nania. Osoba dojrzała zna swoje mocne strony i słabe. Ma dobry wgląd w siebie, przez to wie, jakie cechy powinna rozwijać w sobie.

 Formując obraz własnej osoby, nie możemy zaprzepaszczać takiej szansy, jaką są wzory. Wzo-ry zachowań, wzory życia innych osób. Patrząc na wielkich tego świata, możemy wbu-dowywać we własny obraz siebie ich wzory zachowań. Uczmy się pozytywnych sche-matów zachowań innych ludzi. Rozejrzyjmy się wokół nas. Popatrzmy po-zy-tywnie na naszych sąsiadów, znajomych. Ileż możemy się od nich nauczyć!

6. „Ja” racjonalne.

Osoba dojrzała jest nastawiona realistycznie zarówno w stosunku do siebie (jest to tak zwa-na autoobiektywizacja), ale i jest nastawiona realistycznie do rzeczywistości zewnę-trznej. Jeśli chodzi o autoobiektywizację, to ważną rolę odgrywają tu: poczucie humoru i wgląd w siebie. Dla-czego poczucie humoru jest tak ważne? Bo to nie tylko umiejętność znaj-dy-wa-nia ra-doś-ci i śmiechu w zwyczajnych sprawach. To także zdolność do zachowania pozy--tyw-ne-go stosunku do siebie, swych bliskich, pomimo naszych wspólnych wad.

W tym złożonym świecie osoba dojrzała nie próbuje stosować częstych uników. Stawia czo-ło zadaniom. Ci, którzy traktują życie ja--ko zadanie, właśnie w trudnych sytuacjach formują swą dojrzałą osobowość w dzia-ła-niu.

7. Dążenia osobiste.

Osoba dojrzała ma jakąś jednoczącą filozofię życiową. Filozofię, która nada jej życiu sens. Doda powagi pomimo wspomnianego wcześniej poczucia humoru. Religia może być jednym z najważniejszych źródeł takiej jednoczącej filozofii życiowej.

W tych dążeniach człowieka jego skala wartości jest dość stabilna. To znaczy nie zmienia się jak cho-rą-giew-ka na wietrze. Pewien zawodowy doradca stwierdził kiedyś na podstawie swoich doś-wiadczeń, że najbardziej diagnostycznym pytaniem, jakie zadaje w swoich wywia-dach z ludźmi, jest takie: „Co chciałbyś osiągnąć za pięć lat?”.

8. „Ja” refleksyjne.

Osoba dojrzała zadaje sobie ważne życiowe pytania:

– czy stać mnie na życie refleksyjne?

– czy potrafię zatrzymać się w życiowym zabieganiu i przyjrzeć samemu sobie?

– co się we mnie zmienia i w jakim kierunku? Na ile jestem owym słynnym homo sapiens?

Drogi Czytelniku! Na trudnym nowojorskim rynku ubezpieczeniowym zbadano dwie grupy agentów. Pierwsza na starcie swojej działalności charakteryzowała się niskim poziomem wiedzy i wysokim poziomem optymizmu; druga – wysokim poziomem wiedzy i niskim optymizmu. Po kilku latach na rynku przetrwała tylko ta pierwsza grupa.

Nigdy nie wierz tym, którzy mówią, że pesymista to jest taki optymista, tylko lepiej od niego poinformowany. Pochmurne niebo? Za chmurami jest słońce!

Jan Przewoźnik

 

Na początek

 

zdrowie

 

Czy wierzyć Goździkowej? 

W ciągu roku łykamy aż dwa miliardy pigułek przeciwbólowych, z czego 1,3 miliarda kupujemy bez pomocy jakiegokolwiek eksperta – lekarza, farmaceuty czy pielęgniarki. Najczęściej korzystamy z porad słynnej już sąsiadki Goździkowej, aktorów przebranych za lekarzy, reklamujących w telewizji różne cudowne środki, a także doktora Google`a.

W tym ostatnim, co miesiąc, Polacy aż 2,7 miliona razy szukają informacji o bólu (najczęściej głowy i gardła). Jest to ponad dziesięć razy więcej niż zapytania o przeziębienie i gorączkę. Mówi o tym najnowszy raport sporządzony na zlecenie firmy Reckitt Benckiser. Fakt, że aż jedna piąta mieszkańców naszego kraju zażywa więcej niż 52 tabletki przeciwbólowe rocznie, każe się zastanowić, czy naprawdę wychodzi to nam na zdrowie. Okazuje się, że bardzo często sięgamy po te pigułki bez sensu. Bywa – mówią lekarze – że pacjent w tym samym dniu stosuje identyczny lek w preparatach o różnej nazwie: raz jako przeciwbólowy, a zaraz potem jako przeciwgrypowy, co może skutkować wystąpieniem objawów niepożądanych lub wręcz toksycznych. Sęk w tym, że nasza wiedza na temat leków jest fragmentaryczna. Zapominamy o prostej zasadzie, że każdy farmaceutyk powinien być dostosowany do pacjenta, rodzaju bólu, stopnia jego nasilenia, innych naszych chorób oraz pozostałych leków, jakie bierzemy. Dla przykładu: osoby z wrzodami żołądka powinny unikać popularnego ketoprofenu, gdyż zwiększa on ryzyko powikłań ze strony układu pokarmowego. Albo: łykamy lek przeciwgorączkowy lub przeciwbólowy z dopiskiem „noc”. Śpimy po nim dobrze, ale następnego dnia – o czym nie zawsze pamiętamy – nie wolno nam siadać za kółkiem, bo senność, jaką powoduje, może się utrzymywać przez kilkadziesiąt godzin.

Ostatnio rośnie popularność leków na specyficzny typ bólu, np. pleców i kręgosłupa. Świadczy o tym wzrost sprzedaży tego typu preparatów kosztem innych, „ogólnych”, na wiele rodzajów bólu. Na szczęście, co warto odnotować, w przypadku poważnych i ciężkich dolegliwości Polacy są ostrożniejsi i poszukują środków, które mają bardziej profesjonalny charakter.

Gdzie zdobywamy leki przeciwbólowe bez recepty? Z raportu wynika, że 939 milionów tabletek nabywamy wciąż w aptece, jednak tylko 12 procent Polaków radzi się w tej sprawie farmaceuty; aż 88 procent samodzielnie decyduje, jaki lek kupi. Blisko pół miliona kupujemy poza apteką: w sklepach osiedlowych, hipermarketach, kioskach, stacjach benzynowych i innych tego typu miejscach. Potwierdza się znane porzekadło, że Polacy znają się na pewno na dwóch rzeczach: piłce nożnej i medycynie.Okazuje się, że najliczniejszą grupą konsumentów leków przeciwbólowych są panie, szczególnie młode, ambitne kobiety prowadzące intensywny tryb życia, przedkładające karierę nad życie rodzinne. Choć nie stronią od nich także kobiety-tradycjonalistki, głównie w podeszłym wieku. Eksperci tłumaczą umiłowanie pań do tego rodzaju leków uwarunkowaniami hormonalnymi, które sprawiają, że są one mniej od mężczyzn wytrzymałe na ból (z czym można by polemizować). Bardziej prozaicznym jest stwierdzenie, że kobiety częściej niż mężczyźni robią zakupy, ulegając magii reklam, a ponieważ są bardziej zapobiegliwe od panów, nabywają leki na zapas, na wszelki wypadek, gdyby okazały się konieczne. Znacznie rzadziej sięgają po pigułkę uśmierzającą ból przedstawiciele klasy średniej – głównie mężczyźni, którym układa się życie zawodowe i rodzinne. Bardzo rzadko z porad Goździkowej korzystają osoby aktywne sportowo, preferujące profilaktykę zdrowotną, higieniczny tryb życia i żywienia.

Nasza niefrasobliwość w zarządzaniu własnym zdrowiem nie dotyczy wyłącznie leków przeciwbólowych. Lekarze od dawna alarmują, że kochamy faszerowanie się antybiotykami, szczególnie w okresie nasilonych zachorowań na przeziębienie i grypę. Nie dość więc przypominania o tym, że wirusy wywołujące te choroby nie reagują na antybiotyki. Gorzej, nadużywając ich, wyświadczamy przysługę różnym chorobotwórczym bakteriom, które uodparniają się na tego rodzaju leki.

Innym grzechem powszednim jest nadmierne zaufanie do tzw. suplementów diety. W ich rejestrze znajduje się obecnie aż 13 tysięcy produktów zawierających oryginalne składniki, których przeciętny konsument nigdy nie skojarzy z żywnością. Niesłuszne jest też kojarzenie ich z lekami, bo nimi nie są. W prawie europejskim jest enigmatyczny zapis, określający suplementy diety jako: „skoncentrowane źródła witamin, składników mineralnych lub innych substancji wykazujących efekt odżywczy, albo inny fizjologiczny”. W opinii naukowców z Narodowego Instytutu Zdrowia taka definicja otwiera furtkę dla nieuczciwych wytwórców i fałszerzy.

W internecie namierzono w ubiegłym roku 30 sieci handlujących sfałszowanymi suplementami diety, mających 54 tysiące domen, do których należy 347 milionów adresów www. Polska Inspekcja Sanitarna wykryła, dla przykładu, że w sprowadzanych do Polski z Cypru preparatach „Be Man” i „No End” (suplementy diety dla mężczyzn poprawiające sprawność seksualną), reklamowanych jako środki roślinne, oprócz ekstraktu ze szczypiorku, karczocha, argininy i celulozy, znalazła pochodne leku będącego substancją aktywną słynnej „Viagry”. Taka mieszanka, choć jej nabywcy odczuwali pozytywne skutki działania, na dłuższą metę mogłaby spowodować fatalne następstwa dla zdrowia. Wspomniane suplementy, znacznie tańsze od „Viagry”, można było bez trudu kupić w aptekach, internecie, w kioskach Kolportera i samoobsługowych automatach. Inny przykład to „Ovosan” importowany z Czech. Dystrybutor reklamuje go jako preparat naturalny, „mieszankę aktywnych biologicznie fosfolipidów BAF, które natura stworzyła, aby w doskonały sposób w znacznym stopniu przywracać poziom naszej odporności”. Z internetu dowiadujemy się, że jest to „produkt zalecany w przypadkach podejrzenia lub diagnozy choroby nowotworowej”, o czym ma przekonywać długi pseudonaukowy wywód. – Czy tego rodzaju reklama – pytają naukowcy – nie kwalifikuje „Ovosanu” do kategorii leków, jeśli w ogóle przyjąć, że użyte w jej treści sformułowania mówią prawdę?

„Be Man” i „No End” w ubiegłym roku zostały wycofane z naszego rynku (choć nie wiadomo, ile udało się sprzedać z 30 tysięcy pudełek dostarczonych do Polski).

Sprawa „Ovosanu” jest badana przez PIS, który powinien w ciągu miesiąca wydać decyzję. Tymczasem mija już trzeci rok, odkąd ten preparat widnieje w rejestrze prowadzonym przez Departament Żywności Prozdrowotnej GIS. Co tym dziwniejsze, że jego stronę internetową zdobi słynne motto Kartezjusza: „Należy wierzyć jedynie temu, cośmy doskonale poznali i w co nie można wątpić”.

Tego typu przykłady można mnożyć. Dlatego, póki nasze instytucje medyczno-zdrowotne nie położą kresu „wolnej amerykance” na rynku udawanych leków i mętnych suplementów diety, należy mieć ograniczone zaufanie do zapewnień, że dzięki nim będziemy zawsze młodzi, piękni i zdrowi. Wiadomo też, że nie zatrzymamy machiny sprzedaży środków przeciwbólowych bez recepty. Zanim więc kupimy, a potem połkniemy stosowną tabletkę, zwróćmy uwagę na najbardziej istotne dla naszego zdrowia informacje, zawarte w załączonej do niej ulotce lub na etykiecie. Mówią one o tym, jak i ile leku można zażywać w ciągu doby, czy łykać go przed, czy po posiłku, razem czy oddzielnie z innymi specyfikami, jakie efekty uboczne może powodować. Bo ani dr Google, ani Goździkowa nie wezmą odpowiedzialności za wybór przez nas leku, a tym bardziej za skutki jego działania.

(BWO)

 

Na początek

 

ruszajmy się

 

Zdrowo za biurkiem

Człowiek nie jest przystosowany do długiego przebywania w pozycji siedzącej. Niestety, większość z nas w tej pozycji pracuje. Niekiedy również i odpoczywa w domu, zamieniając monitor firmowego komputera na monitor domowy lub telewizor.

Taki tryb życia na dłuższą metę prowadzi do zaburzeń postawy ciała, chorób oczu, otyłości i zaburzeń ogólnoustrojowych. Spróbuję przedstawić kilka zasad, aby negatywne skutki pracy za biurkiem były jak najmniej dokuczliwe.

Niewłaściwa pozycja podczas długotrwałego przebywania w pozycji siedzącej może powodować wiele dolegliwości. Najczęściej spotykane to bóle pleców i kręgosłupa, karku, szyi, bóle głowy i zaburzenia koncentracji, problemy z ukrwieniem nóg – ich skurcze, drętwienie. Dolegliwości te mogą prowadzić do nieodwracalnych zmian i wielu chorób. Do skrzywienia kręgosłupa, zmian zwyrodnieniowych, dyskopatii. Odpowiednio zorganizowane stanowisko pracy, częste przerwy i gimnastyka są obowiązkowe, by podjąć skuteczną profilaktykę.

W dzisiejszych czasach komputer stał się nieodłączną pomocą w pracy, rozrywce i przekazie informacji. Niewiele się jednak mówi o jego niekorzystnym działaniu na zdrowie, a także o zasadach bezpiecznej z nim pracy. W większości przypadków praca biurowa związana jest z korzystaniem właśnie z komputera.

Dolegliwości mogą pojawić się w obrębie kończyn górnych wskutek nieprawidłowego korzystania z klawiatury i myszki. Choroby oczu i zaburzenia widzenia związane są z długotrwałym korzystaniem z monitora, a ogólnoustrojowe dolegliwości – poprzez długotrwałe przebywanie w pomieszczeniu z pracującym komputerem.

Złe ustawienie dłoni i nadgarstków może doprowadzić do jednostek chorobowych, takich jak „łokieć tenisisty” i zespół cieśni nadgarstka. Powodują je: korzystanie z myszki bez oparcia nadgarstka, gdy dłonie przez wiele godzin są odgięte do góry, gdy są źle ułożone na klawiaturze (po prostej lub na zewnątrz), przy braku oparcia na łokieć.

Zaburzenie widzenia może objawiać się zmęczeniem i zaczerwienieniem oczu, uczuciem kłucia lub pieczenia, bólami głowy. Pojawić się może Syndrom Sicca, czyli zmniejszenie częstości mrugania, spowodowane przez długotrwały kontakt z monitorem. Objawia go wysuszanie gałki ocznej, przekrwienie i pieczenie oczu oraz zmętnienie rogówki.

Komputer i monitor wytwarzają różnego rodzaju szkodliwe promieniowanie i bezwonne gazy. Pojawia się promieniowanie optyczne: (ultrafioletowe i podczerwone), magnetyczne, jonizujące (rentgenowskie), elektrostatyczne. Nie wszyscy wiedzą, że komputer wydziela bezwonne gazy: tlenki i furany. Są to trucizny i substancje rakotwórcze. Szczególnie nowy sprzęt może uwalniać te związki chemiczne, dlatego należy go dobrze rozgrzać poprzez kilkudniową pracę w często wietrzonym pomieszczeniu. Markowy sprzęt posiada różne atesty dotyczące promieniowania, dlatego nieraz warto zainwestować w dobry komputer i monitor z odpowiednimi filtrami (z symbolem LR). Najnowsze technologie znacznie obniżają szkodliwe promieniowanie, ale nie niwelują go w stu procentach. Długie i systematyczne wystawienie się na działanie tego sprzętu nadal może mieć negatywne konsekwencje zdrowotne.

Jak należy pracować, by obniżyć negatywne skutki i uniknąć wymienionych dolegliwości i chorób?

1. Odpowiednio zorganizować pomieszczenie, w którym się pracuje.

Powinno być klimatyzowane lub często wietrzone, ale nie można doprowadzić do przeciągów. Oświetlenie ogólne powinno znajdować się z boku, nie bezpośrednio nad stanowiskiem pracy, a tło stanowić około 40 proc. iluminacji (jasności) ekranu. Monitor trzeba ustawić bokiem do okna, w odległości co najmniej 1 m, w szybie monitora nie może odbijać się światło. Pracujmy w czarnej czcionce, nie mniejszej niż 12 p. na białym tle.

2. Właściwe dobrać stanowisko pracy.

Na ekran powinniśmy spoglądać lekko z góry (górny brzeg ekranu powinien znajdować się nieco poniżej oczu, monitor w odległości 40-75 cm, pozycja swobodna i wyprostowana). Wszystkie potrzebne do pracy elementy należy umieścić w zasięgu ramion (przedramiona ustawione co najmniej pod kątem 90 stopni w stosunku do ramion). Powinniśmy zabezpieczyć dużo przestrzeni pod blatem biurka na nogi – stopy oparte o podłoże całą swoją powierzchnią, kolana ugięte pod kątem prostym, a gdy to jest niemożliwe, należy stanowisko pracy zaopatrzyć w podnóżek. Plecy powinny być oparte całą swoją długością o oparcie. Klawiatura i myszka muszą być odsunięte od krawędzi min. 10 cm, krzesło posiadać podłokietniki i mieć regulowaną wysokość oraz podpórkę lędźwiową. Należy przysuwać się jak najbliżej oparcia krzesła, rozsuwać kolana na boki, ramiona spoczywają luźno, głowa jest wyprostowana.

3. Stosować przerwy i nie przekraczać czasu pracy.

Co godzinę należy stosować 5-10 minut przerwy, w tym czasie odejść od komputera, odpocząć od pozycji siedzącej, najlepiej w ruchu, spacerując lub wykonując ćwiczenia fizyczne: przysiady, wspięcia na palce, skłony tułowia w różnych płaszczyznach. Jeżeli mamy taką możliwość, warto również wykonać ćwiczenia odciążające kręgosłup w leżeniu oraz wziąć głębokie oddechy przez nos.

4. Stosować odpowiednią gimnastykę podczas pracy.

Ćwiczenia te można wykonywać nawet nie odrywając się od niej. Spokojne ruchy głową maksymalnie w przód i na boki dobrze rozluźniają mięśnie szyi. Gdy nie pracujemy dłońmi, np. czytając, wykonujemy krążenia ramion w tył lub krążenia nadgarstkami. Co jakiś czas wykonujemy skłon tułowia w przód: głowę opieramy na kolanach i dłońmi luźno sięgamy podłogi. Siedząc wyprostowani, przyciągamy kolano maksymalnie w stronę klatki piersiowej. Przynajmniej raz na godzinę zakładamy nogę na nogę z kolanem z boku, przeciwną rękę przekładamy za to kolano i wykonujemy maksymalny skręt tułowia – następnie to samo w przeciwną stronę. Warto również wykonać kilka ćwiczeń oczu, np. częste mruganie, maksymalne zamykanie i otwieranie oczu, delikatne uciskanie gałek ocznych przez zamknięte powieki lub po prostu zamknięcie oczu na jakiś czas. Gdy rozmawiamy przez telefon, odrywamy się od biurka i spacerujemy po pokoju. Warto również zrezygnować z windy, szczególnie tej jadącej w górę. Wchodzenie po schodach to świetne ćwiczenie pobudzające krążenie.

Bardzo ważnym elementem kompensującym siedzący tryb pracy jest obciążenie ciała wysiłkiem fizycznym. Warto zdecydować się na sport lub rekreację angażującą całe ciało – na pływanie, narciarstwo biegowe, nordic-walking, aerobik, gimnastykę lub ćwiczenia jogi. Jeśli naprawdę brakuje nam czasu, by zadbać o swoje zdrowie, należy jak najwięcej chodzić. Rezygnować z jazdy samochodem, windą, dojeżdżać do pracy rowerem lub chodzić pieszo. Wysiłek fizyczny musi pojawić się każdego dnia, by niwelować negatywne konsekwencje pracy biurowej.

Pamiętajmy, że o zdrowie trzeba dbać każdego dnia. W pracy spędzamy najwięcej czasu i warto uwzględnić zalecenia poprawiające jakość naszego życie, jego komfort i higienę.

    Krzysztof Koc

 

Na początek

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Pozycyjna ofiara pionka (cz.I)

W jednym z artykułów sprzed kilku lat omawiana była liniowa ofiara pionka dla przyspieszenia ataku na króla w pozycjach z roszadami w różne strony. W partii można jednak poświęcić piechura w imię innych, bardziej pozycyjnych celów, jak uzyskanie przewagi rozwojowej, wyrobienie silnego wolniaka czy stworzenie przeciwnikowi słabości. Mówi się wówczas ogólnie, że pionek został oddany za inicjatywę w grze. Dla młodych szachistów pojęcia inicjatywy czy nacisków pozycyjnych są mało konkretne i w ich praktyce brak tego typu poświęceń, w partiach arcymistrzów jest to natomiast powszechnie stosowana broń w walce o zwycięstwo. Oto przykłady na ten temat:

 

Obrona Nimzowitscha

M. Tajmanow – A. Karpow

1973

1.d4 Sf6 2.c4 e6 3.Sc3 Gb4 4.e3 c5 5.Gd3 0–0 6.Sf3 d5 7.0–0 dc4 8.G:c4 cd4 9.ed4 b6 10.He2 (10.Gg5!?) 10...Gb7 11.Wd1 Sbd7 12.Gd2 Po 12.Gd3 powstawała „normalna” pozycja z izolakiem w centrum. Białe mają jednak inne plany – chcą wymienić białopolowe gońce i atakować czarne pionki na skrzydle hetmańskim 12...Wc8 13.Ga6 G:a6 14.H:a6 G:c3 15.bc3 Wc7! Białe będą dążyć do c3–c4. Teraz jest to jednak niedobre: 16.c4?! Hc8! i są kłopoty z obroną pionka 16.Wac1 Hc8 17.Ha4 Groźba c3–c4 stała się realna, np. 17...Hb7 18.c4 Wfc8 19.Gf4 i czarnym robi się ciasno na szachownicy 17...Wc4! Poświęcenie dla zablokowania białej piechoty. Ruch gwarantuje czarnym zachowanie równych szans. Dodać należy, że była ciekawa alternatywa: 17...We8 18.c4 e5!? 18.H:a7 Hc6 19.Ha3 Jedyne. Groziło 19...Wa8.
W przypadku 19.Se5?! S:e5 20.de5 Wg4!? 21.g3 Wa4 22.He7 Sg4 sytuacja stawała się bardzo trudna 19...Wc8 20.h3 h6 21.Wb1 Wa4 22.Hb3 Sd5 23.Wdc1 Białe figury zajęte są wyłącznie obroną słabości 23...Wc4 24.Wb2 Białe gotowe są oddać pionka i przejść do remisowej końcówki po 24...S:c3 25.G:c3 W:c3 26.W:c3 H:c3 27.H:c3 W:c3 28.Se5 24...f6!? Karpow nie spieszy się z uproszczeniami. Za cenę słabości na e6 przygotowuje lepszą placówkę dla skoczka d7 25.We1 Kf7 26.Hd1 Sf8 27.Wb3 Sg6! 28.Hb1 Wa8 29.We4 Zasługiwało na uwagę 29.Hd3, na co czarne grałyby 29...Sdf4 (29...W:a2?! 30.W:e6!) 30.Hf1 b5
z pełną rekompensatą 29...Wca4 30.Wb2 Sf8 31.Hd3 Wc4 32.We1 Wa3 33.Hb1 Sg6 34.Wc1? Lepsze 34.Hd3 zastawiając małą pułapkę 34...S:c3? 35.Wb3! z wygraną 34...S:c3! Odebranie pionka w tym momencie prowadzi do przewagi 35.Hd3 Przegrywało 35.G:c3? Wa:c3 36.W:c3 W:c3 37.Kh2 Hc7+ 35...Se2+! 36.H:e2 W:c1+ 37.G:c1 H:c1+ 38.Kh2 W:f3!? 39.gf3 Sh4 Białe przekroczyły czas. Po 40.d5! (Ale nie 40.W:b6? Hc7+; 40.Kg3? Hg5+ czy 40.Wb3?! Hg5 41.Hf1 Hf4+ 42.Kg1 S:f3+) 40...Hf4+ 41.Kh1 ed5 czarne stały lepiej, ale wynik partii nie był jeszcze przesądzony.

Obrona sycylijska

M. Apicella – W. Kramnik

Moskwa 1994

1.e4 c5 2.Sf3 Sc6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 d6 6.Ge2 e5 7.Sf3 h6 8.h3 Ge6 9.0–0 Ge7 10.We1 Wc8 11.Gf1 Sb8 12.Sd5 S:d5 13.ed5 Gf5 14.c4 0–0 15.Ha4?! Białe mają przewagę pionkową na skrzydle hetmańskim i tam powinny wykazać się inicjatywą. Niedokładny ruch w partii pozwala czarnym na pełną blokadę tej części szachownicy za cenę pionka. Prawidłowe było 15.Ge3 Sd7 (15…a5!?) 16.b4 e4 17.Sd4 Gh7 ze złożoną pozycją 15...a5 16.a3 Gd7 17.Hd1 a4! 18.b4 a:b3 19.H:b3 Sa6 20.Ge3 Po natychmiastowym zabraniu pionka 20.H:b7 Sc5 21.Hb4 Wb8 22.Hc3 Gf6 czarne też miały silną inicjatywę 20...Hc7 21.a4 Sc5 22.G:c5 H:c5 23.H:b7 Wc7 24.Hb3 Wa8 25.Sd2 f5 26.Sb1 Białe chcą ustawić skoczka na b5 26...Gh4 27.g3 Gf6 28.Sc3 e4 29.Wa2 Ha5 30.Wc1 Ge5 31.Wcc2 Wc5 32.Sb5 Kh8 Podobnie jak w poprzednim przykładzie, powstała pozycja potwierdzająca słusz-ność teorii blokady Arona Nimzowitscha. Białe są całkowicie sparaliżowane przez konieczność obrony własnych słabości. Realna jest też groźba g7–g5 i f5–f4 W dalszej części partii czarne bez trudu odebrały poświęconego pionka, potem zdobyły następnego, by zrealizować materialną już przewagę w końcówce 33.He3?! Hb4 34.Sd4 Wcc8 35.Se6 W:a4 36.W:a4 H:a4 37.Wd2 Ha1 38.Kg2 Wb8 39.Sf4 Wb1 40.He2 Przegrywało 40.Sg6+ Kh7 41.Sf8+ Kg8 42.S:d7 W:f1 40...We1 41.Wa2 W:e2 42.W:a1 W:f2+ 43.K:f2 G:a1 44.Ke3 Kg8 45.Se6 g6 46.c5 Ge5 (46...G:e6!?) 47.g4 G:e6 48.de6 d5! 49.gf5 gf5 50.Gb5 Kf8 51.Gc6 d4+ 52.Kd2 Gf4+ 53.Kc2 d3+ 54.Kc3 Ge3 55.Kc4 Ke7 56.Kd5 G:c5 57.Gb5 (57.K:c5 e3) 57...Gd6 58.Gc4 Gc7 59.Gb5 Kf6 60.h4 Gg3 61.h5 Gc7 0–1

 

Partia katalońska

T. Markowski – A. Oniszczuk

Polanica Zdrój 1999

1.Sf3 d5 2.g3 Sf6 3.Gg2 e6 4.c4 Ge7 5.d4 0–0 6.Sc3 dc4 7.Se5 Inny sposób odebrania pionka to 7.Ha4 a6 8.H:c4 b5 9.Hb3 Gb7 7...Sc6!? Czarne proponują oddać aż dwa pionki, ale za wyprzedzenie w rozwoju i groźby po białych polach 8.G:c6 Białe przyjmują wyzwanie. Po 8.S:c6 bc6 9.G:c6 Wb8 10.0–0 Sd5 nie można było liczyć na przewagę debiutową 8...bc6 9.S:c6 He8 10.S:e7+ H:e7 11.Ha4 c5! 12.H:c4 cd4 13.H:d4 e5 14.Hh4 Po 14.Ha4 Gh3 król zostawał w centrum 14...Wb8! Ważny moment w partii. Na szachownicy panuje dynamiczna równowaga. Możliwy był na przykład szybki remis 15.Gg5 W:b2 16.Sd5 Hb7 17.S:f6+ gf6 18.0–0 fg5 19.H:g5+ z wiecznym szachem. Białe grają jednak ambitnie na wygraną 15.0–0 Wb4 16.e4 Słabe było 16.f4, gdyż osłabiało dużą przekątną: 16…Hc5+ 17.e3 Hc6 z następnym Gb7 16…h6! To nie tylko obrona przed Gg5, ale również małe przygotowanie do ruchu g7–g5 i biały hetman może mieć kłopoty. Czarne mają pełną rekompensatę za pionka. Wynik partii zależy teraz od jakości wykonywanych posunięć, ale pamiętajmy, że błędy w obronie popełniane są częściej… 17.We1? Strata ważnego tempa. Lepsze było 17.f3 też wzmacniając punkt e4, ale przygotowując jednocześnie powrót hetmana do własnego obozu: 17…Wd8 18.g4 Wd3 19.Hf2. Zasługiwało również na uwagę 17.b3 Wd4 18.Ge3 Wd3 19.Wac1 17...Wd8 18.f3?! Więcej szans na obronę dawało 18.b3, choć i wówczas zdaniem am. Nunna po 18…Wd3 19.Sa4 (Jeśli 19.Gb2, to Kh7! z groźbą 20…g5) 19…W:e4! 20.W:e4 Wd1+ 21.Kg2 Gb7 atak czarnych był rozstrzygający 18...Wd3 19.Kg2 Hb7! Grozi 20…W:b2+ 21.G:b2 H:b2+ 22.Se2 Wd2 z dalszym Ga6. Jeśli 20.G:h6, to W:b2+ 21.Se2 gh6 22.H:f6 Wdd2 20.We2 Wydaje się, że białe obroniły najważniejsze punkty… 20…Gg4! Zaskakujący motyw. Duża przekątna się teraz otwiera i biały król wpada pod matowy atak 21.fg4 Inne posunięcia nie były lepsze: 21.Ge3 W:c3! 22.bc3 G:f3+ 23.K:f3 W:e4 czy 21.Wf2 G:f3+ 22.W:f3 S:e4 23.W:d3 S:c3+ 21...S:e4 22.W:e4 Po 22.Kh3 rozstrzygało Sf6, a po 22.Kg1 S:c3 23.bc3 Wd1+ 24.Kf2 Hh1 22...W:e4 23.Kh3 Lub 23.S:e4 H:e4+ 24.Kh3 He1 z wieloma matowymi groźbami, np. 25.He7 W:g3+! 23...We1 24.G:h6 Rozpacz 24...W:a1 25.Hg5 f6 26.Hg6 W:c3 (27.bc3 Wg1) 0–1

 

Obrona hetmańsko-indyjska

B. Jobava – W. Iwańczuk

Hawana 2005

1.d4 Sf6 2.c4 e6 3.Sf3 b6 4.Gg5 h6 5.Gh4 Ge7 6.Sc3 c5 7.e4 cd4 8.S:d4 d6 9.Sdb5 Ruch wymagający od czarnych dokładnej gry. Do kłopotów prowadzi teraz naturalne 9…0–0? 10.e5! de5 11.G:f6! np. 11…G:f6 12.Hf3 czy 11…H:d1+ 12.W:d1 G:f6 13.Sc7 9...a6! 10.G:f6 Ostra pozycja powstawała po 10.e5 de5!? 11.G:f6 G:f6 12.Hf3 ab5 13.H:a8 b4 10…G:f6! Nieoczekiwana odpowiedź. Białe liczyły tylko na 10...gf6 11.Sd4 Hc7 12.Hg4 z przewagą 11.S:d6+ Ke7 12.S:c8+ H:c8 Może się wydawać, że czarne oddały pionka za nic. Ale to tylko pozory. W rzeczywistości są nieprzyjemne naciski po czarnych polach (grozi 13…G:c3+ z dalszym Sd7–c5) i białe mają problemy z bezpieczeństwem króla. Różnobarwne gońce zwiększają siłę inicjatywy 13.Sa4?! Alternatywą było 13.Hc2, na co mogło nastąpić 13…Hc5 14.Ge2 Sc6 i skoczek wkracza na d4 13...Wd8 14.Hb3 Sd7 15.Ha3+ Na 15.Ge2 też było silne 15…Sc5! 15...Sc5! 16.Ge2 Wymuszone. Gorzej wyglądało 16.S:b6 Hc6 17.Sa4 (Przegrywa 17.S:a8? G:b2! 18.H:b2 H:e4+) 17…H:a4 18.H:c5+ Ke8 19.e5 Ge7 20.He3 Gb4+ 16...Hc6 17.S:c5 H:c5! 18.b4? Przegrywający błąd. Należało przejść do trochę gorszej końcówki po 18.H:c5+ bc5 19.Wd1 (Słabsze 19.Wb1 Wab8 20.b3 Gc3+ 21.Kf1 Wd2) 19…G:b2 20.0–0 18...Hg5 Ginie teraz pionek g2 i biały król zostaje w centrum 19.Wd1 H:g2 20.b5+ Ke8 21.W:d8+ W:d8 22.Gf3 Hg5 23.ba6 Wolniak wygląda groźnie, ale partię rozstrzyga atak na króla 23...Hd2+ 24.Kf1 Gd4 25.Ge2 Gc5! 26.Hg3 Trudno byłoby uratować partię w końcówce po 26.Hb3 Hf4 27. Hf3 H:f3 29.G:f3 Wd2 29.Ge2 W:a2 26...H:a2 27.H:g7? Przegrywa forsownie. Lepsze 27.Wg1 g6 28.Hf4 H:a6 29.Kg2 lub 27.a7 H:a7 28.H:g7 z dużą przewagą czarnych w obu wariantach 27...Wd1+! 28.Kg2 W:h1 29.Hh8+ Kd7 30.a7 (Lub 30.K:h1 H:e2) 30...H:e2 0-1

 

Obrona Gruenfelda

G. Kasparow – J. Pribyl

Skara 1980

1.d4 Sf6 2.c4 g6 3.Sc3 d5 4.cd5 S:d5 5.e4 S:c3 6.bc3 Gg7 7.Sf3 b6 8.Gb5+ c6 9.Gc4 0–0 10.0–0 Możliwe było 10.He2, ale białe nie obawiały się wymiany gońców 10...Ga6 11.G:a6 S:a6 12.Ha4 Według Kasparowa, lepsze było 12.Gg5 Hd7 13.Hd2 z pozycyjną przewagą 12...Hc8 13.Gg5 Hb7 14.Wfe1 e6 15.Wab1 c5 16.d5! Poświęcenie pionka, aby uzyskać silnego zaawansowanego wolniaka w centrum 16...G:c3 17.Wed1 ed5 18.ed5 Gg7 Pozycji skoczka poprawić na razie nie można: 18…Sb4? 19.a3 S:d5 20.Hc4; 18...Sc7 19.Ge7 Wfe8 20.Hd7 czy 18...Sb8 19.Hc4 Gg7 20.H:c5 19.d6 f6 20.d7! Do tematu artykułu bardziej pasowałoby 20.Gf4 Wae8 z dynamiczną równowagą. Kasparow decyduje się na poświęcenie figury, co prowadzi do dużych komplikacji 20...fg5 21.Hc4+ Kh8 22.S:g5 Gf6 Po 22...Gd4? wygrywało 23.W:d4 cd4 24.H:d4+ Kg8 25.Se6 23.Se6 Sc7 Jeśli 23...Sb4, to 24.Hf4 Sc6 25.S:f8 W:f8 26.d8H! 24.S:f8 W:f8 25.Wd6 Białych nie zadowala lepsza końcówka po 25.H:c5 H:g2+! 26.K:g2 bc5 27.Wb7 25...Ge7?! Lepsze 25…Gd8 lub 25...Hb8, ale zdaniem Kasparowa i wówczas sytuacja czarnych była trudna, np. 25...Gd8 26.h4 Ha6 27.Hc3+ Kg8 28.Hc2! G:h4? 29.W:g6+! 26.d8H! Duma białej piechoty ginie, ale na celowniku jest król! 26…G:d8 Przegrywało 26...W:d8 27.W:d8+ G:d8 28.Hf7! Hd5 29.H:d5 S:d5 30.Wd1 27.Hc3+ Kg8 28.Wd7 Gf6 29.Hc4+ Kh8 30.Hf4 Ha6? Przegrywa natychmiast. Niewielkie szanse na ratunek dawała końcówka po 30...Gg7 31.H:c7 H:c7 32.W:c7 Gd4 33.Wf1 a5 31.Hh6 i czarne poddały się wobec nieuchronnego mata.

Ryszard Bernard

 

Na początek

 

Gramy w warcaby

W tym artykule chciałbym omówić plan gry związany z zajęciem centralnego pola przeciwnika, tj. pola 23 u czarnych i odpowiednio – pola 28 u białych. Wejście na terytorium przeciwnika musi być dobrze przygotowane i wymaga spełnienia odpowiednich reguł gry. Zakres zasad, którymi należy się kierować, planując zajęcie centralnego pola przeciwnika, jest szeroki i nie wszystkie zasady w tym artykule uda się omówić. Zasadnicze korzyści, wynikające z zajęcia centralnego pola przeciwnika, to podzielenie sił przeciwnika na dwie części i ograniczenie aktywności na skrzydłach.

 

A. Unnuk (Estonia) – A. Schwarcman (Rosja)

Mistrzostwa Europy 2008

1. 32-28 18-23 2. 34-29 23x32 3. 37x28 12-18 4. 40-34 19-23 5. 28x19 14x23 6. 45-40 10-14!

Czarne nie dopuszczają do wymuszenia przedwczesnego zagrania czarnymi na pole 28, co prowadziłoby tylko do uproszczeń, np.: 6… 7-12 7. 29-24 20x29 8. 33x24 10-14 9. 34-30 14-20 (9…14-19 10.30-25) 10. 39-33 20x29 11. 33x24 23-28 12. 38-33

7. 35-30 20-25 8. 31-27 13-19 9. 40-35 8-13 10. 44-40 14-20 11. 50-45 4-10

Białe nie mogą postawić klina z powodu większej liczby czarnych kamieni przygotowanych do ataku.

12. 41-37 10-14 13. 46-41 5-10 14. 37-31 20-24! 15. 29x20 15x24

Krótkie skrzydło białych zostało związane i białe, chcąc odzyskać aktywność, będą musiały dodatkowo wzmocnić siły na krótkim skrzydle.

16. 49-44 14-20 17. 33-29 24x33 18. 38x29 10-15!

Czarne prowokują postawienie klina, inaczej krótkie skrzydło pozostanie nieaktywne.

19. 30-24!?

To pozornie poprawne wybicie na klina jest przyczyną późniejszych problemów białych z uwagi na to, że nie są one w stanie zapobiec wejściu czarnego kamienia na pole 28.

19… 19x30 20. 35x24 17-22 21. 31-26 22x31 22. 26x37

W pozycji białych brakuje kolumn 39-50 i 37-46. Jest to dużą słabością, gdyż po wejściu czarnych na pole 28 nie ma możliwości wymiany bardzo uciążliwego dla białych kamienia.

22… 23-28!!

Jeden czarny kamień w obozie białych dzieli ich siły na dwie części oraz skutecznie wyklucza z gry krótkie skrzydło. Bardzo ważny jest tu mechanizm obrony kamienia 28. Ataków z pola 32 broni kolumna 18-9 i w razie ataku czarne nie tylko bronią kamień, ale uzyskują przewagę materialną. Gdyby doszło do ataku 38-32, to czarne odpowiedzą 18-23 29x18 13x22 32x23 20x18. Natomiast do obrony ataków z pola 33 czarne mają dość wystarczająco materiału na krótkim skrzydle.

23. 36-31 16-21!

Bardzo ważne, aby nie dopuścić do zajęcia przez białe pola 27, co dałoby im możliwość ustawienia kolumny 27-36 i kamień na 28 byłby zagrożony.

24. 31-2611-17 25. 41-36 6-11 26. 43-38 2-8 27. 38-33 18-22 28. 42-38 21-27

Białym w końcu udało się przygotować plan uwolnienia się od czarnego kamienia na 28, ale „skutki uboczne” i tak pozostały. Nastąpił nierównomierny podział sił na skrzydłach i na krótkim skrzydle większość kamieni nie ma aktywności.

29. 36-31 27x36 30. 38-32 7-12 31. 32x23 11-16 32. 33-28 22x33 33. 39x28 13-18 34. 44-39 9-13 35. 39-33 18-22!

Czarne przemieszczają siły na słabszą stronę przeciwnika, natomiast białe nie mają tej możliwości.

36. 48-42 22-27! 37. 37-31 27-32 38. 28x37 36x27 39. 42-38 17-21 40. 26x17 12x21 41. 38-32

Białe wykorzystują ostatnią możliwość przerzucenia sił z prawej strony na lewą.

41… 27x38 42. 33x42 1-7 43. 37-31 7-12! 44. 23-19

Wymuszone posunięcie. Groziło 44… 21-27 45. 31x22 12-18 46. 23x12 8x28

44… 13-18 45. 31-26 21-27 46. 42-3816-21 47. 26x17 12x21 48. 29-23

Próba uwolnienia ze związania kamieni krótkiego skrzydła zakończy się stratą kamienia na 19, którego nie ma czym bronić.

48… 18x29 49. 24x33 27-31

Nie można było od razu pójść po kamień ruchem 49… 3-9? z powodu kombinacji 50. 19-13 9x18 51. 38-32 27x29 52. 34x3

50. 38-32 3-9 51. 34-30 25x34 52. 40x29 9-13 53. 47-41 13x24 54. 41-36 21-27 55. 32x21 31-37 56. 21-17 37-42 57. 17-11 42-47 58. 11-6

Szybko przegrywało 58. 11-7 8-12 59. 7x18 20-25 60. 47x12 20-14 61. 12-3

58... 8-13 59. 36-31

Damki nie można było postawić z powodu 13-18 i 20-25

59… 13-18 60. 29-23

Wymuszone, gdyż po 60… 18-23 61. 29x18 47x1 pozycja białych jest przegrana.

60… 18x38 61. 31-27 38-43 62. 27-21 43-49 63. 21-16 47-29!

I białe poddały się. Mogło jeszcze nastąpić 64. 6-1 29-34 65. 1x40 49x35 66. 16-11 24-29 67. 11-7 20-24 i białe nie mogą postawić damki.

K. Thijssen – R. Rist

Mistrzostwa Europy 2008

1. 33-29 17-21 2. 39-33 18-22 3. 32-27 21x32 4. 38x18 13x22 5. 37-32 12-18 6. 44-39 9-13 7. 50-44 4-9 8. 41-37 7-12 9. 46-41 1-7 10. 43-38 11-17 11. 48-43 7-11 12. 31-26 16-21

Standardowe zagranie w tego typu pozycjach 13. 32-28 19-23 14. 28x19 14x23 nie daje białym przewagi. W pozycji czarnych brakuje kolumny 12-1, co stwarza warunki do zajęcia pola 23.

13. 29-23! 19x28 14. 32x23 18x29 15. 34x23

Kamień na 23 stoi bardzo mocno i nie może być atakowany z pola 19, ani z pola 18 z powodu kombinacji 37-31 i 31-27

15… 2-7 16. 40-34!

Białe nie dopuszczają do zagrania ruchu 16… 20-24, po którym czarne mogłyby przygotować kolumnę 24-15, grożąc zabraniem kamienia 23.

16… 13-18 17. 45-40 18x29 18. 34x23 20-24 19. 40-34 14-20 20. 33-29 24x33 21. 38x29 20-24 22. 29x20 15x24 23. 39-33 10-15 24. 43-38 21-27

Kamień na 23 został obroniony i jest powodem dużej przewagi białych. Siły czarnych zostały rozbite na dwie części. Większa grupa kamieni na krótkim skrzydle ma bardzo ograniczoną aktywność.

25. 44-39 15-20 26. 37-32 11-16 27. 32x21 16x27 28. 34-30 9-13 29. 30x19 13x24 30. 39-34 20-25 31. 41-37 7-11 32. 37-31 5-10

Szukając kontr gry, czarne przygotowują atak na kamień 23, po uprzednim ustawieniu kamieni na polach 9 i 14. Aby uprzedzić plan czarnych, białe muszą zbudować kolumnę 23-34, gdyż w tej pozycji kolumna 33-42 już nie wystarczy.

33. 49-43 10-15

Czarne odstępują od przygotowywanego planu, widząc, że się on nie powiedzie.

34. 33-29 24x33 35. 38x29 27-32 36. 42-37 32x41 37. 31-27 22x31 38. 26x46

Dominacja białych w centrum jest bezsporna, co jest główną przyczyną porażki czarnych.

38… 11-16 39. 35-30 6-11 40. 30-24 16-21 41. 46-41 11-16 42. 41-37 21-26 43. 43-38 16-21 44. 38-33 17-22 45. 47-42 21-27 46. 42-38 3-9 47. 38-32 27x38 48. 33x42 12-17 49. 42-38 17-21 50. 38-33 8-12 51. 33-28 22x33 52. 29x38 21-27 53. 38-33 9-13 54. 34-29 12-17

Czarnym skończyły się możliwości kontr gry na zasadę bicia większości i białe przystępują do decydującego ataku.

55. 23-19! 13-18 56. 19-14 17-22 57. 33-28 22x33 58. 29x38

I czarne poddały się.

Jan Sekuła

Na początek