stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 12 (129) Grudzień 2015

CROSS 12/2015

ISSN 1427-728X

ROK XIII

Nr 12 (129)

Grudzień 2015 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ,

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,
666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Grażyna Wojtkiewicz

Korekta

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

 Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Miesięcznik dofinansowuje

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści:

Życzenia

Torballowy Puchar Europy w Supraślu

Konrad Andrzejuk

Łowcy rekordów

Mirosław Jurek

W Dreźnie bez medalu

M. Dębowska

Drużynowo i w duecie

Bożena Polak

Gramy o Puchar Niepodległości

Wojciech Puchacz

Wiadomości

Kierunek Tatry! 

Przemysław Barszcz

Życie na detoksie

BWO

Jazda na desce

Krzysztof Koc

Gramy w szachy

Ryszard Bernard   

Gramy w warcaby

Jan Sekuła

W świętej ziemi

Barbara Zarzecka

 

aaa

 

Już pierwsza gwiazdka zabłysła, załatwione ostatnie pilne sprawy, torba pełna prezentów dla najbliższych, a w domu przystrojona pachnąca choinka. Zaczyna się wyjątkowy, magiczny czas...

W te święta białe jak opłatek życzymy wszystkim naszym Czytelnikom i Współpracownikom spokoju, zgody i radości, zasłużonego odpoczynku w rodzinnym gronie, ciepłej atmosferze Bożego Narodzenia. A w nadchodzącym, tak ważnym dla sportowców roku – wiele wytrwałości w pracy, treningu, mądrym dążeniu do celu, pokonywania kolejnych barier, odwagi do stawania przed nowymi wyzwaniami, a także szczęścia i najwyższych trofeów.

Redakcja 

 

aaa

 

torball

 

Torballowy Puchar Europy w Supraślu

 

Pod koniec 2014 roku Podkomitet Torballu przy IBSA zdecydował, że kolejny Puchar Europy w tej dyscyplinie – po raz pierwszy w historii – zostanie rozegrany w Polsce. Na gospodarza tej ważnej imprezy wybrano Supraśl – malownicze podlaskie miasteczko, które niejednokrotnie odwiedzały już światowe gwiazdy goalballu. Przyszedł czas, aby ugościć na Podlasiu najlepszych torballistów Europy.

Torball jest grą drużynową, w której używa się dzwoniącej piłki. Na pierwszy rzut oka gra przypomina goalball, jednak mniejsze wymiary boiska i piłki, która waży zaledwie 500 gramów, sprawiają, że rozgrywka jest bardziej dynamiczna, a skuteczna obrona wymaga wyćwiczenia automatyzmu reakcji. Torball to sport wyjątkowej precyzji. Umieszczenie piłki w siedmiometrowej bramce, do której dostępu broni trzech graczy drużyny przeciwnej, to nie lada wyczyn. Skuteczność ataku zapewnia jedynie wyjątkowa celność albo niesamowita szybkość. Dodatkowym utrudnieniem są trzy sznureczki rozciągnięte nad boiskiem na wysokości 40 cm. Gdy piłka potrąci któryś z nich, odzywa się umieszczony na końcu sznurka dzwonek oznajmiający błąd w ataku, za co sędzia przyznaje drużynie przeciwnej rzut karny. Najskuteczniejsze są rzuty, podczas których piłka nie dotyka parkietu, ale leci tuż nad nim, a jednocześnie pod sznurkami. Wówczas umieszczone w środku dzwoneczki zamierają w bezruchu, a obrońcy, nie słysząc pędzącej w powietrzu piłki, są całkowicie zdezorientowani. Takie rzuty są jednak obarczone dużym ryzykiem, mogą sobie na nie pozwolić tylko najlepsi, po wieloletnim treningu.

Mecz torballu składa się z dwóch 5-minutowych części, co wystarczy, aby po twarzach zawodników schodzących z boiska ciekły strużki potu. Duże skumulowanie akcji, a przede wszystkim konieczność absolutnego skupienia przez cały czas trwania meczu potrafią zmęczyć. Mimo to śmiałków do podjęcia tego wysiłku nie brakuje. Dyscyplina szczególną popularność zdobyła w Europie Zachodniej. Włosi, Belgowie czy Francuzi wyłaniają najlepsze torballowe drużyny w rozgrywkach ligowych, które są prowadzone aż na czterech poziomach. Wielu miłośników torballu znajduje się również w Szwajcarii, Austrii czy w Niemczech.

         W Pucharze Europy mają prawo wystąpić drużyny klubowe będące aktualnymi mistrzami swoich krajów lub reprezentacje narodowe. Zawody rozgrywane są w grupie kobiet i mężczyzn. Swój akces do tegorocznego turnieju Pucharu Europy zgłosiło czternaście drużyn z dziesięciu krajów. Wśród startujących znalazła się również męska reprezentacja Polski, złożona z zawodników z Wrocławia, Bierutowa i Białegostoku. Dla naszych zawodników był to torballowy debiut, jednak stawili się oni w bojowych nastrojach. Oprócz biało-czerwonych w rozgrywkach debiutowały Białorusinki, zaś Mołdawianie powrócili do rywalizacji po dwunastoletniej przerwie. Poza wymienionymi, w Supraślu stawiły się żeńskie drużyny z Clermont-Ferrand i Poitiers (Francja), Monachium (Niemcy) i ViGe Waasland (Belgia) oraz męskie z TCB Bazylea (Szwajcaria), BSS Tirol (Austria), Augusty i Trento (Włochy), Monachium (Niemcy) i ViGe Waasland (Belgia). Z zawodów w ostatniej chwili wycofała się kobieca reprezentacja Rosji, której członkowie nie otrzymali na czas wiz i nie dotarli ostatecznie do Polski.

W pierwszej fazie drużyny mierzyły się ze sobą w systemie każdy z każdym. Z racji tego, że w rozgrywkach pań wzięły udział tylko cztery zespoły, zgodnie z regulaminem rozegrały one dwie rundy grupowe. Na dwa dni rozgrywek zaplanowano aż 54 mecze. Oznaczało to długą i ciężką pracę nie tylko dla zawodników, lecz także dla międzynarodowego sztabu sędziów.

         Sobotnie potyczki otworzyły derby Włoch. Italia cieszyła się przywilejem wystawienia aż dwóch zespołów, ponieważ ich drużyna z Trento w ubiegłym roku zdobyła Puchar Europy. Również tym razem rozpoczęła rozgrywki pomyślnie, ogrywając swych krajan z Augusty 5:3. W kolejnym meczu, po zaciętej walce trwającej do ostatnich sekund, Belgowie z Waasland pokonali mistrzów Francji 4:3. W końcu przyszedł czas na gospodarzy zawodów, którzy w swym pierwszym pojedynku zmierzyli się z Mołdawią. Polacy wyszli na boisko w silnym składzie. Na lewym skrzydle zaprezentował się Marek Lubczyk – weteran goalballowych boisk z Bierutowa, na środku zagrał Krystian Kisiel – obiecujący zawodnik z Wrocławia, na prawym skrzydle wystąpił zaś reprezentant Polski w goalballu Adrian Piotrowicz.

Nasi chłopcy podeszli do zadania odważnie, choć dla każdego z nich był to torballowy debiut na oficjalnym turnieju. Wszyscy mieli co prawda duże doświadczenie wyniesione z goalballowych boisk, jednak zaraz po pierwszym gwizdku sędziego przekonali się, że torball to nie to samo. Wciąż powtarzające się błędy w ataku ze strony polskiej drużyny skutkowały kolejnymi rzutami karnymi zasądzanymi przeciw naszym. Mimo to biało-czerwoni dzielnie bronili dostępu do swej bramki i w pierwszej połowie spotkania tylko raz dali się pokonać mołdawskiemu atakowi: do przerwy przegrywali 0:1. Druga połowa nie przyniosła, niestety, korzystnego rozstrzygnięcia. Co prawda Adrianowi Piotrowiczowi udało się w początkowych sekundach po wznowieniu gry zdobyć pierwszą bramkę dla naszej drużyny, jednak Mołdawianie popisali się znacznie lepszą skutecznością. Kilka prostych błędów polskiej ofensywy, wynikających przede wszystkim z braku doświadczenia, nasi rywale przekuli w wygraną 5:1. Pierwsza porażka nie ostudziła ambicji Polaków, którzy z niecierpliwością oczekiwali kolejnego spotkania.

Tymczasem do rozgrywek przystąpiły panie. Kobiece potyczki zainaugurował pojedynek mistrzyń Francji z Clermont-Ferrand ze świeżo sformowaną białoruską ekipą z Witebska. Białorusinki zdawały się nie ustępować swym dużo bardziej doświadczonym rywalkom i przez długi czas na tablicy wyników utrzymywał się rezultat remisowy. Francuzki zdobyły przewagę dopiero w ostatnich minutach meczu i po bardzo ciekawej rozgrywce zakończyły spotkanie wynikiem 5:3.

W drugim pojedynku Polakom przyszło się zmierzyć z bardzo silną austriacką ekipą Tirol Innsbruck. W zespole rywali wystąpiło dwóch reprezentantów Austrii, którzy kilka miesięcy wcześniej sięgnęli po tytuł mistrzów świata podczas zawodów rozgrywanych w szwajcarskim Magglingen. Nasi zawodnicy nie przestraszyli się przeciwnika i odważnie rozpoczęli spotkanie, zdobywając pierwszą bramkę. W dalszej części meczu nie udało im się jednak utrzymać przewagi, mimo że momentami nawiązywali z Austriakami wyrównaną walkę. Ostatecznie trzeba było uznać wyższość zawodników z Innsbrucku, którzy wygrali 6:3.

Polska reprezentacja nie zdążyła odpocząć po ciężkim meczu, a już czekała ją kolejna potyczka. Tym razem rywalem biało-czerwonych była belgijska ekipa ViGe Waasland. Polacy już w pierwszych minutach spotkania stracili trzy bramki, co nieco osłabiło ich morale. Belgowie natomiast wznieśli się na szczyt swoich umiejętności i kolejnymi precyzyjnymi i szybkimi strzałami pokonywali naszą defensywę. Gdy sędzia zakończył mecz, na tablicy wyników widniał rezultat 7:0. Kolejna porażka przekreśliła szanse naszej drużyny na awans do ćwierćfinału, o którym zresztą nikt nawet nie marzył. Od początku było wiadomo, że turniej w Supraślu biało-czerwoni muszą potraktować przede wszystkim treningowo, za to doświadczenie zdobyte w starciach z tak doborowymi przeciwnikami było nieocenione.

Przez rozgrywki jak burza szli Austriacy, którzy wysoko wygrywali mecz za meczem. Niepokonana była również drużyna z Monachium: po zażartym pojedynku odniosła jednobramkowe, ale bardzo wartościowe zwycięstwo nad ekipą ViGe Waasland. Wśród pań najlepiej radziły sobie Belgijki. Debiutujące Białorusinki nie wytrzymały presji, jaką spowodował dobry występ w pierwszym meczu, i w kolejnych spotkaniach wypadły dużo gorzej. W swoich ostatnich dwóch pojedynkach pierwszego dnia rozgrywek Polacy zaprezentowali się z dobrej strony. Co prawda zakończyli dzień bez punktu, ale pokazali waleczną postawę w spotkaniach ze Szwajcarami z Bazylei i z silną ekipą z Monachium, która zwyciężyła naszych zaledwie 3:1. Torballowe emocje wrzały w Supraślu do późnego wieczora. Sobota nie przyniosła jednak decydujących rozstrzygnięć. O tym, kto awansuje do półfinałów, miały zadecydować wyniki niedzielnych spotkań.

Drugi dzień potyczek o Puchar Europy otworzyło zwycięstwo zawodników z Innsbrucku nad Szwajcarami. W kolejnym spotkaniu włoska drużyna z Augusty, której szczęście do tej pory nie dopisywało, zdobyła cenny punkt, remisując z Monachium 3:3. W kolejnym pojedynku starły się zaś ekipy Polski i obrońców tytułu z Trento. Drużyna z Włoch nie dała szans naszym nowicjuszom i po dość jednostronnym pojedynku zapisała na swoim koncie zwycięstwo 10:3.

Słabo zaprezentowali się również Mołdawianie. W wyniku przegranej z niezbyt silną drużyną z Poitiers zmniejszyli swoje szanse na występ w półfinale. Pierwszą porażkę w turnieju odnotowali też Austriacy, którzy ulegli Belgom 2:3. Biało-czerwoni pożegnali się z turniejem meczem przeciwko drużynie Augusty. Marka Lubczyka na boisku zastąpił w tym spotkaniu białostoczanin Stanisław Laskowski, który otworzył worek z bramkami, zdobywając swojego pierwszego gola na międzynarodowej arenie. Po ciekawej pierwszej połowie, zakończonej remisem 2:2, wydawało się, że Polacy są o krok od swego pierwszego zwycięstwa. Niestety, emocje wzięły górę i liczne błędy w polskim ataku oddaliły nas od oczekiwanego rezultatu. Ostatecznie musieliśmy uznać wyższość rywali, którzy zwyciężyli 4:2.

Ciekawie zapowiadał się ostatni mecz fazy grupowej, który okazał się jednocześnie pojedynkiem o 4. miejsce – ostatnie dające prawo gry w półfinale i walki o medale. Zmierzyły się w nim drużyny z Trento i Monachium. Niemcy zdecydowanie zaznaczyli swoją wyższość, rozgromiwszy Włochów 10:1. Tym samym nasi zachodni sąsiedzi dołączyli do Austriaków, Belgów i Szwajcarów, którzy już wcześniej zapewnili sobie pozycje kwalifikujące do dalszej gry.

W kobiecych półfinałach Niemki nie dały szans Białorusinkom, Belgijki zaś odniosły zwycięstwo nad Francuzkami. Zdecydowanie bardziej emocjonujące były potyczki mężczyzn. Po zaciętej walce do ostatniej sekundy zawodnicy z Monachium wygrali nieoczekiwanie z Austriakami 5:4. Również drugi półfinał rozstrzygnął się różnicą zaledwie jednej bramki: Belgowie z Waasland ograli Bazyleę 2:1.

Niewiele brakowało, by w kobiecym małym finale nie doszło do sensacji. Debiutantki z Białorusi dobrze rozpoczęły swój ostatni pojedynek i niemal do ostatniej minuty miały przewagę nad Francuzkami. Brak doświadczenia dał jednak o sobie znać w ostatnich chwilach meczu. Szkolne błędy, skutkujące stratą dwóch bramek, dla zawodniczek z Witebska oznaczały również utratę brązowych medali, które powędrowały do ekipy z Clermont-Ferrand – Francuzki wygrały 8:7.

Austriacy, nie zniechęceni niepomyślnym zakończeniem półfinału, z ogromną determinacją przystąpili do walki o brązowe medale. Jednak Szwajcarzy ani myśleli ułatwiać swym rywalom drogi na najniższy stopień podium. Walka trwała do ostatnich sekund, koniec końców górą okazali się zawodnicy z Innsbrucku, którzy zwyciężyli, ustaliwszy wynik na 5:4.

Nie mniej emocjonujący okazał się finał kobiet. Pierwsza część spotkania wskazywała na to, że Puchar Europy powędruje do Belgii. Niemki w drugiej połowie meczu skutecznie odrabiały jednak straty i po fascynującej rozgrywce wyszły pod koniec spotkania na jednobramkowe prowadzenie, którego nie oddały już do ostatniego gwizdka sędziego.

Podczas gdy Niemki świętowały zwycięstwo, ich rodacy szykowali się do decydującej rozgrywki. Tym razem to Belgowie byli górą i biorąc rewanż za swe panie, pokonali ekipę z Monachium 4:1. To był ciekawy, ale dość spokojny mecz, w którym kluczem do sukcesu okazały się celność i rozważne rozgrywanie kolejnych akcji.

Po wręczeniu pucharów i medali oraz odegraniu hymnów zwycięzców – Niemiec i Belgii – uczestnicy zawodów udali się na uroczystą kolację, która zakończyła ekscytujący, ale też niezmiernie wyczerpujący weekend. Polacy, mimo niezadowalającego rezultatu, cieszyli się ze zdobycia cennego doświadczenia. Wszystkie drużyny, jak i sztab sędziowski i techniczny wyrazili uznanie dla organizatorów oraz chęć powrotu do Supraśla przy okazji kolejnych zawodów. Miejmy nadzieję, że rozgrywki o Puchar Europy w Supraślu dały podwaliny do rozwoju polskiego torballu. Ziarno zostało zasiane, jaki będzie plon – pokażą najbliższe lata.

25. Puchar Europy w Torballu

24-25.10.2015 r., Supraśl

Kobiety 

1.  Monachium (Niemcy)

2.  ViGe Waasland (Belgia)

3.  Clermont-Ferrand (Francja)

4.  Witebsk (Białoruś)

Mężczyźni 

1.  ViGe Waasland (Belgia)

2.  Monachium (Niemcy)

3.  BSS Tirol Innsbruck (Austria)

4.  TCB Bazylea (Szwajcaria)

5.  Trento (Włochy)

6.  Mołdawia

7.  Poitiers (Francja)

8.  Augusta (Włochy)

9.  Polska 

Konrad Andrzejuk

 

aaa

 

kolarstwo

 

Łowcy rekordów 

W poprzednich latach przełom października i listopada był okresem roztrenowania i wypoczynku kadry kolarskiej ZKF „Olimp”. W tym roku pogoń za punktami kwalifikacyjnymi na igrzyska paraolimpijskie w Rio de Janeiro spowodowała wydłużenie sezonu startowego. Nasi reprezentanci wzięli udział w zawodach torowych w Japonii oraz w Anglii.

Start w tych ważnych, lecz kosztownych imprezach okazał się możliwy dzięki programowi „Olimpijczyk”, jaki Polski Komitet Paraolimpijski realizuje ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Projekt „Olimpijczyk – przygotowanie zawodników niepełnosprawnych do udziału w igrzyskach paraolimpijskich” zapewnił wsparcie polskiej kadry paraolimpijskiej w skali dotychczas niespotykanej. PFRON przekazał na ten cel 4 mln zł w drugiej połowie bieżącego roku i 6 mln zł na rok 2016. Środki te przeznaczone są na sfinansowanie zgrupowań, udziału w zawodach, opieki szkoleniowej, medycznej oraz obsługi technicznej, a także na zakup sprzętu sportowego i odżywek. Celem projektu jest zapewnienie polskim paraolimpijczykom profesjonalnych warunków podczas przygotowań do IP w Rio de Janeiro oraz osiągnięcie w tej imprezie jak najlepszych wyników.

Do programu „Olimpijczyk” zakwalifikowano czworo niepełnosprawnych kolarzy ZKF „Olimp”: Annę Harkowską, Iwonę Podkościelną, Marcina Polaka i Przemysława Wegnera, a w roli asystentów zawodników z dysfunkcją wzroku ich pilotów tandemowych: Aleksandrę Tecław, Michała Ładosza i Artura Korca. W ramach projektu nasi kolarze zrealizowali w tym roku program przygotowań do jesiennych startów i odbyli kilka konsultacji szosowych i torowych. Wsparcie dla polskich zawodników przyszło także ze strony Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI), która zaprosiła Annę Harkowską oraz tandem Przemysław Wegner – Artur Korc na międzynarodowy obóz szkoleniowy do Aigle w Szwajcarii.

W terminie 26.10-03.11 dwa tandemy w składzie: Iwona Podkościelna i Aleksandra Tecław oraz Marcin Polak i Michał Ładosz wraz z trenerem i mechanikiem uczestniczyli w zawodach Japan Para-Cycling Cup 2015. W programie imprezy, odbywającej się na terenie wspaniałego kompleksu kolarskiego IZU, były starty torowe w sprincie: na 1 km, 3 km (kobiety), 4 km (mężczyźni) oraz szosowy wyścig na czas na dystansie 20 km. Nasze zawodniczki we wszystkich konkurencjach torowych musiały uznać wyższość japońskiego tandemu Yurie Kanuma – Mai Tanaka, natomiast zrewanżowały się swoim konkurentkom na szosie, wygrywając z nimi wyścig na czas. Marcin Polak i Michał Ładosz dwukrotnie stawali na najwyższym stopniu podium: zwyciężyli w wyścigu torowym na 4 km oraz w szosowej jeździe na czas. Polskie tandemy – mistrzynie i mistrzowie świata z Nottwil – cieszyły się na zawodach dużą popularnością, były bohaterami wywiadów oraz wielu sesji zdjęciowych i przyczyniły się do promocji polskiego parakolarstwa w Kraju Kwitnącej Wiśni.

W dniu, w którym ekipa „japońska” wracała do domu, pozostała trójka kadrowiczów rozpoczynała dziesięciodniowe zgrupowanie w UCI World Cycling Centre w Aigle. Brało w nim udział osiemnastu reprezentantów z ośmiu krajów. Kolarze doskonalili swoje umiejętności pod opieką międzynarodowego sztabu szkoleniowego. Był to bardzo intensywny kurs kolarstwa torowego, który wiele nauczył naszych zawodników, lecz jednocześnie kosztował ich sporo sił. Z tego powodu brakowało im nieco świeżości podczas zawodów rozegranych w dniach 13-15.11.2015 w Manchesterze. Pomimo to Anna Harkowska dwukrotnie stanęła na podium – wygrała wyścig na dystansie 3 km i zdobyła drugie miejsce w starcie na 500 metrów. Nieco gorsze lokaty zajął tandem Przemysław Wegner – Artur Korc (5. miejsce na 4 km i 7. na 1 km), lecz w obu wyścigach zawodnicy ci poprawili swoje rekordy życiowe.

Sztuka ta nie udała się duetowi Iwona Podkościelna – Aleksandra Tecław, który zajął 4. miejsce na dystansie 3 km i 5. miejsce na 1 km. Największą gwiazdą polskiej ekipy okazał się tandem Marcin Polak – Michał Ładosz, który po rozgrzewce na 1 km (5. miejsce) znakomicie zaprezentował się w swojej koronnej konkurencji – wyścigu na 4 km. Nasi zawodnicy najpierw osiągnęli najlepszy rezultat eliminacji 4:19.990 (rekord Polski), a następnie w finale pokonali w prestiżowym pojedynku aktualnych mistrzów świata w tej konkurencji – holenderski tandem Stephen De Vries i Patrick Bos, ustanawiając nowy rekord Polski czasem 4:19.316.

W tym roku Marcin Polak i Michał Ładosz czterokrotnie poprawiali swój wynik na dystansie 4 km, windując go na światowy poziom. Oby był to dobry prognostyk przed przyszłorocznymi torowymi mistrzostwami świata, które odbędą się w terminie 17-20.03.2016 w Montichiari (Włochy) oraz przed igrzyskami paraolimpijskimi w Rio de Janeiro.

W 2016 roku przed kolarzami „Olimpu” stoją ambitne cele i bardzo trudne zadania. Przygotowania do arcyważnego sezonu już trwają. W najbliższych planach kadrowiczów są badania wydolnościowe w Instytucie Sportu oraz grudniowy obóz treningowy na Wyspach Kanaryjskich. Wydaje się, że połączenie projektu „Olimpijczyk” z działającym od wielu lat programem finansowania sportu osób niepełnosprawnych przez Ministerstwo Sportu i Turystyki stworzy stabilny system, który uwolni paraolimpijczyków od trosk o materialne zabezpieczenie procesu szkolenia sportowego. W tej sytuacji pozostaje życzyć zawodnikom, aby nie zabrakło im zdrowia, sił oraz chęci do treningu.

Mirosław Jurek

 

aaa

 

szachy

 

W Dreźnie bez medalu

W tym roku niemieckie Drezno – miejsce rozgrywania mistrzostw świata niepełnosprawnych w szachach – nie było łaskawe dla szachistów Stowarzyszenia „Cross”. Wrócili stamtąd bez medalu. Zdobyte przed dwoma laty cztery krążki (trzy indywidualne i jeden drużynowy) pozwalały wierzyć w ponowny duży sukces. Stało się jednak inaczej. Tym razem podium nie było nam pisane.

W szachowych mistrzostwach świata niepełnosprawnych startują zawodnicy trzech niepełnosprawności: niewidomi i słabowidzący – reprezentujący Międzynarodowy Związek Niewidomych Szachistów (IBCA), słabosłyszący i głusi – Międzynarodowy Związek Szachistów Niesłyszących (ICSC) oraz niepełnosprawni ruchowo z Międzynarodowego Związku Niepełnosprawnych Ruchowo (IPCA).

Idea zorganizowania mistrzostw zrodziła się po olimpiadzie szachowej w Dreźnie w 2008 roku. Twórcami pomysłu byli dwaj Niemcy – arcymistrz Thomas Luther, przewodniczący komisji niepełnosprawnych szachistów działającej w ramach FIDE, oraz Dirk Jordan, organizator drezdeńskiej olimpiady. Od narodzin pomysłu do jego realizacji upłynęło jednak kilka lat. FIDE zatwierdziło mistrzostwa dopiero w roku 2012, na kongresie w Stambule. Wstępnie zaplanowano cztery ich edycje rozgrywane w cyklu dwuletnim: 2013-2015-2017-2019. Organizację pierwszych trzech powierzono drezdeńskiemu klubowi ZMDI Schachfestiwal Dresden e.V, którego członkiem jest Thomas Luther. W 2013 roku przewodniczącym komitetu organizacyjnego mistrzostw był Dirk Jordan. On też szefował tegorocznemu turniejowi.

W ramach mistrzostw prowadzona jest klasyfikacja indywidualna i drużynowa. Zwycięzca rozgrywek indywidualnych otrzymuje tytuł mistrza świata niepełnosprawnych w kategorii open. Jest to trofeum główne. Dodatkowo ustalana jest klasyfikacja w poszczególnych rodzajach niepełnosprawności. Do rozgrywek drużynowych można zgłosić czteroosobową reprezentację wyłonioną według następujących zasad:

 – jeśli w jej składzie jest choćby jeden zawodnik z rankingiem ELO powyżej 2100, wszyscy zawodnicy muszą reprezentować ten sam kraj;

 – jeśli zawodnicy posiadają ranking poniżej 2100, można dowolnie komponować skład drużyny.

Druga edycja mistrzostw odbyła się w dniach od 17 do 26 października 2015 roku. Zawodnicy zakwaterowani byli w czterogwiazdkowym hotelu Wyndham Garden Dresden. Tam też znajdowała się sala gry. Na rozgrywki do Drezna przyjechało 63 zawodników i zawodniczek z trzech kontynentów – Europy, Azji i Afryki. Podczas gry pomagało im wielu wolontariuszy, ubranych w zielone koszulki. Nazywano ich pieszczotliwie „żabkami”. Byli między innymi asystentami przy tych partiach, gdzie grano na dwóch szachownicach, i tam, gdzie niepełnosprawni ruchowo nie mogli sami przestawiać figur. Każdą rundę turnieju otwierał inny zaproszony gość, robiąc ceremonialny ruch na pierwszej szachownicy. W pierwszym dniu zaszczyt ten przypadł Herbertowi Basyianowi, prezydentowi Niemieckiego Związku Szachowego. W szóstej rundzie pojawił się akcent polski. Gościem turnieju był Zbigniew Pilimon, prezydent IPCA. Ceremonialne otwieranie rund turniejowych zakończył przedstawiciel FIDE, Lakhtar Mazouz z Algierii, wykonując ruch w partii Smirnowa z Gurbanowem.

Tegoroczny turniej był dużo silniejszy od poprzedniego. Pojawił się nowy zawodnik z Rosji reprezentujący IBCA, którego ranking przekroczył 2400 punktów. Był nim Aleksy Smirnow (ELO 2446). Polacy reprezentujący Stowarzyszenie „Cross” mieli numery startowe w drugiej dziesiątce turnieju. Najwyższy, dwunasty, miał Piotr Dukaczewski, Jacek Stachańczyk – czternasty, a Marek Maćkowiak i Ryszard Suder mieli dziewiętnasty i dwudziesty. Zawodnikom towarzyszył w Dreźnie trener Artur Jakubiec. Nasze barwy reprezentowali też szachiści z Polskiego Związku Sportowego Głuchych – Tomasz Miozga, Marcin Chojnowski, Krzysztof Chęciak i Jerzy Strzelecki. Chojnowski jest także członkiem Stowarzyszenia „Cross”.

Drezdeński turniej był krótki, 7-rundowy. To determinowało sytuację w rozgrywkach. Każda przegrana odsuwała zawodnika w dół tabeli i niekiedy brakowało już czasu na odrobienie strat. Nasi szachiści wystartowali bardzo dobrze. Po czterech rundach Dukaczewski miał pół punktu straty i pozostawał w czołówce turnieju. Stachańczyk, Suder i Maćkowiak też byli na plusie. Druga część rozgrywek nie poszła już tak pomyślnie. Przybyło przegranych partii. Decydująca okazała się jednak ostatnia runda, która jak zwykle dostarczyła dużo emocji. Z szansami medalowymi przystąpili do gry Piotr Dukaczewski i Jacek Stachańczyk. Niestety, z czwórki crossowskich zawodników zremisował tylko Suder i z 4 punktami zakończył turniej na miejscu dziewiętnastym. Pozostali musieli przełknąć gorycz porażki. Dukaczewski zajął miejsce dziewiąte, Stachańczyk trzynaste, a Maćkowiak dwudzieste siódme.

Z polskich zawodników słabosłyszących i głuchych najlepszy był Tomasz Miozga. Uplasował się na miejscu dwunastym (4,5 p.). Pozostali trzej znaleźli się dopiero w trzeciej dziesiątce. Chęciak zajął miejsce dwudzieste piąte (4 p.), Chojnowski był tuż za nim (3,5 p.), a Strzelecki trzy miejsca niżej – zdobył także 3,5 p. W kategorii „słabosłyszący i głusi” startowała również Małgorzata Napierała z Poznania. Zajęła miejsce 60.

Mistrzem świata niepełnosprawnych w kategorii open został Aleksy Smirnow z Rosji. Tytułu mistrzowskiego sprzed dwóch lat nie obronił aktualny wicemistrz Europy niewidomych i słabowidzących, Rosjanin Stanisław Babarykin. Musiał zadowolić się tytułem wicemistrza. Smirnow był absolutnym liderem. Pierwsze pięć partii wygrał, a ostatnie dwie już spokojnie zremisował. To wystarczało mu do złota. Brązowym medalistą mistrzostw został Stanisław Miszew z Rosji.

Pierwsze trzy miejsca w kategorii „niewidomi i słabowidzący” zajęli Rosjanie: Aleksy Smirnow, Stanisław Babarykin i Jurij Mieszkow. Wśród słabosłyszących i głuchych najlepsi byli: Władimir Kowalenko (Ukraina), Tomasz Miozga (Polska) i Balazs Mate (Węgry), a na podium wśród niepełnosprawnych ruchowo stanęli: Stanisław Miszew (Rosja), Andrei Gurbanow (Izrael) i Igor Jarmonow (Ukraina).

Podczas ceremonii zamknięcia mistrzostw hymn Rosji grano dwukrotnie, gdyż oprócz tytułu indywidualnego Rosjanie wywieźli z Drezna także tytuł drużynowego mistrza świata. Zwycięską drużynę stanowili zawodnicy niewidomi i słabowidzący.

Drugie miejsce zajęła kombinowana drużyna z Ukrainy, składająca się z dwóch zawodników niewidomych i słabowidzących, jednego głuchego i jednego niepełnosprawnego ruchowo. Trzeci byli Rosjanie z IPCA. Poza podium, na nielubianym czwartym miejscu uplasowała się drużyna Stowarzyszenia „Cross”. Tuż za nią znalazła się reprezentacja Polskiego Związku Sportowego Głuchych.

Ceremonii zamknięcia mistrzostw dokonał Dirk Jordan, który już teraz zaprosił wszystkich zawodników na trzecią edycję mistrzostw do Drezna, za dwa lata.

Mistrzostwa świata niepełnosprawnych w szachach

17-26.10.2015 r., Drezno (Niemcy)

1. Aleksy Smirnow 6 p. – Rosja (IBCA)

2. Stanisław Babarykin 5,5 p. – Rosja (IBCA)

3. Stanisław Miszew 5,5 p. – Rosja (IPCA)  

4. Andrei Gurbanow 5,5 p. – Izrael (IPCA)

5. Jurij Mieszkow 5,5 p. – Rosja (IBCA)

6. Igor Jarmonow 5,5 p. – Ukraina (IPCA)

7. Sergei Wassin 5 p. – Ukraina (IBCA)

8. Aleksy Pachomow 5 p. – Rosja (IBCA)

9. Piotr Dukaczewski 4,5 p. – Polska (IBCA)  

10. Władimir Kowalenko 4,5 p. – Ukraina (ICSC)

11. Tomasz Miozga 4,5 p. – Polska (ICSC)

12. Chamal Gedgafow 4,5 p. – Rosja (IPCA)

13. Jacek Stachańczyk 4,5 p. – Polska (IBCA)     

14. Balazs Mate 4,5 p. – Węgry (ICSC)

15. Aleksander Gerasimow 4,5 p. – Rosja (ICSC)

...

19. Ryszard Suder 4 p. – Polska (IBCA) 

...

25. Krzysztof Chęciak 4 p. – Polska (ICSC)

26. Marcin Chojnowski 3,5 p. – Polska (ICSC, IBCA)

27. Marek Maćkowiak 3,5 p. – Polska (IBCA) 

...

29. Jerzy Strzelecki 3,5 p. – Polska (ICSC)

...

60. Małgorzata Napierała 2 p. – Polska (ICSC)

...

Startowały 63 osoby.

M. Dębowska

 

aaa

 

kręgle

 

Drużynowo i w duecie 

Tegoroczne mistrzowskie zmagania drużynowe i mikst tandem niewidomych i słabowidzących kręglarzy klasycznych odbyły się w Tomaszowie Mazowieckim. Organizatorem zawodów był Polski Związek Kręglarski, a współorganizatorem klub Stowarzyszenia „Cross” „Karolinka” Chorzów.

W IV Drużynowych Mistrzostwach Polski uczestniczyło dziewięć drużyn kobiecych z siedmiu klubów oraz jedenaście drużyn męskich z tyluż miast. W skład każdej drużyny wchodziła trójka zawodników, po jednym z kategorii B1, B2 i B3. W rywalizacji mogły brać udział również drużyny niepełne (złożone z dwóch osób) i takie też uczestniczyły w rozgrywkach. Pomimo sporej dawki adrenaliny towarzyszącej współzawodnictwu, od początku aż do zakończenia turnieju panowała bardzo miła atmosfera. Sześciotorowa kręgielnia tomaszowskiego OSiR-u pozwoliła zawodnikom w bardzo dobrych warunkach sprawdzić swoje umiejętności i formę.

W konkurencji pań tytuł mistrzyń Polski zdobyły zawodniczki klubu „Omega” Łódź, które zdeklasowały pozostałe drużyny. Łodzianki wystąpiły w składzie: Mieczysława Stępniewska, Anna Barwińska oraz Monika Grzybczyńska. Łącznie panie zdobyły 1714 punktów. Wicemistrzyniami zostały zawodniczki iławskiej „Moreny”: Regina Szczypiorska, Maria Kieloch i Agnieszka Pokojska z wynikiem 1520 punktów. Brąz przypadł gospodyniom turnieju z „Karolinki” Chorzów, które reprezentowały: Grażyna Krysiak, Maria Harazim i Magdalena Kajzer. Ich wynik to 1445 punktów.

Rywalizacja mężczyzn, która toczyła się równocześnie z potyczkami kobiet, była jeszcze ciekawsza. Kilkupunktowe przewagi sprawiały, że doping na kręgielni nie słabł. Zwycięsko z tej rywalizacji wyszli bardzo dobrze grający zawodnicy „Hetmana” Lublin w składzie: Zdzisław Koziej, Mariusz Kozyra i Grzegorz Kanikuła. Łącznie panowie zdobyli 1867 punktów. Grający w późniejszych blokach zawodnicy „Moreny” Iława stali się dużym zagrożeniem dla bardzo dobrego teamu lublinian. Ostatecznie zawodnikom „Moreny” zabrakło do nich 9 kręgli i „Hetman” mógł się cieszyć złotym medalem. Srebro wywalczyli: Szczepan Polkowski, Jan Smoła i Tomasz Ćwikła z łącznym wynikiem 1858 strąconych kręgli. Dużą niespodziankę pod nieobecność zawodników kat. B1 z „Pogórza” i „Karolinki” sprawili gracze „Podkarpacia” Przemyśl. Choć ze znaczną stratą, uplasowali się na trzecim miejscu. Skład Stanisław Chmura, Mieczysław Sabaj i Paweł Lonc zdobył razem 1593 punkty.

 W drugim dniu mistrzostw Polski królowała konkurencja kst tandem. Rywalizację można ująć w trzech słowach: krótka, szybka, emocjonująca. Podniosła poziom adrenaliny wszystkim startującym w pojedynkach, jak również kibicom. W kat. B1 do walki przystąpiły tylko cztery miksty, a wśród nich zdecydowany prym wiedli aktualni mistrzowie świata mikst tandem z klubu „Morena” Iława: Regina Szczypiorska i Szczepan Polkowski. Pary do pojedynków zostały dobrane drogą losowania na odprawie technicznej. Regina i Szczepan, wygrywając 2:0 pierwszy pojedynek z Karoliną Rzepą i Sylwestrem Dołasińskim, przedstawicielami „Łuczniczki” Bydgoszcz, przeszli do ostatecznej potyczki o złoto. Jednocześnie na torach obok rywalizację o wejście do finału prowadzili łodzianie: Mieczysława Stępniewska – Wiesław Nastarowicz z mikstem „Podkarpacia” Przemyśl Barbarą Sołek – Stanisławem Chmurą. W pierwszym pojedynku wygrali Sołek i Chmura, natomiast w kolejnym Stępniewska i Nastarowicz. Walka zakończyła się rezultatem 1:1 i zawodnicy rozstrzygnęli wygraną rzutami zwycięstwa. Jeden rzut oddawał zawodnik, jeden zawodniczka. Lepsi okazali się przemyślanie i przeszli do gry o złoto. W ostatecznym starciu bardzo wysokimi wynikami obydwa pojedynki wygrali Szczypiorska i Polkowski. Potwierdzili tym samym, iż są obecnie najlepszym mikstem w Polsce. W walce o brązowy medal Stępniewska i Nastarowicz już nie oddali przeciwnikom – Rzepie i Dołasińskiemu – żadnego pojedynku. Wygrali zdecydowanie 2:0.

Do rywalizacji w kat. B2 przystąpiło osiem mikstów. W pierwszej fazie dobór grających ze sobą par odbył się regulaminowo poprzez losowanie. Po eliminacjach do półfinałów przeszły cztery zwycięskie miksty. Każdy z nich swoje pojedynki wygrał pewnie 2:0. W półfinale walka była już bardziej wyrównana. Do gry finałowej po rzutach zwycięstwa 11:13 przeszli Anna Barwińska i Grzegorz Nowak z „Omegi” Łódź. Natomiast zawodnicy „Moreny” Iława Maria Kieloch i Jan Smoła mogli już tylko walczyć o brąz. Z kolejnej pary zwycięsko przeszli do dalszej gry Aleksandra Jarząb i Paweł Stefański, którzy wygrali rzutami zwycięstwa 11:7 z Marią Harazim i Teodorem Radzimierskim. Walka o złoto została szybko rozstrzygnięta 2:0 na korzyść bardzo dobrze grających i odpornych na stres Anny Barwińskiej i Grzegorza Nowaka. Pojedynek o brąz toczył się do ostatniego rzutu. Wynik 1:1 znów zmusił zawodników do rzutów zwycięstwa, które dały wielką radość reprezentantom „Karolinki” Chorzów – Marii Harazim i Teodorowi Radzimierskiemu.

Zawodnicy kat. B3, zgodnie z regulaminem, grają równocześnie na jednym torze. Partnerzy po rzucie podają sobie kulę i grają na przemian. Z ośmiu mikstów do półfinałów awansowały cztery najlepsze. Po pojedynkach wygranych 2:0 do walki o złoto przystąpiły pary zawodników „Hetmana” Lublin: Emilia Sawiniec i Grzegorz Kanikuła oraz „Tęczy” Poznań: Bożena Rudko i Daniel Jarząb. Natomiast walkę o brąz podjęli: Monika Grzybczyńska i Zbigniew Walczak z klubu „Omega” Łódź z Patrycją Kozą i Przemysławem Borkowskim, reprezentującymi „Łuczniczkę” Bydgoszcz. Łodzianie nie pozwolili się zaskoczyć i tym samym na ich szyjach zawisły brązowe medale. Rywalizacja o najcenniejsze trofeum była bardziej widowiskowa. Pierwszy wygrany pojedynek należał do lublinian, natomiast po zmianie torów w kolejnym poznaniacy nie poddawali się łatwo i walczyli do końca. Doping na trybunach wzmagał się i każdy strącony kręgiel był na wagę złota. Mikst „Tęczy” Poznań nabrał wiatru w żagle i zaczął grać jak z nut. Po kilku słabych rzutach zawodnicy „Hetmana” odrodzili się niczym feniks z popiołów i wydawało się, że walka nigdy się nie skończy. Ostatecznie Emilia Sawiniec i Grzegorz Kanikuła nie pozostawili nikomu złudzeń, że są najlepszą na tych mistrzostwach parą. Wygrali 2:0.

Po burzliwej rywalizacji nastąpiła dekoracja zwycięzców z każdej kategorii mikst tandem oraz dekoracja drużyn. Przedstawicielka Sekcji Niepełnosprawnych PZKręgl.
wiceprezes Czesława Konieczna oraz przedstawicielka zarządu Sekcji Niepełnosprawnych PZKręgl. Emilia Sawiniec obdarowały zwycięzców medalami, pucharami oraz dyplomami. Zawody odbywały się w bardzo miłej, przyjaznej atmosferze.

IV Drużynowe Mistrzostwa Polski Niewidomych i Słabowidzących
w Kręglach Klasycznych

16-17.10.2015 r., Tomaszów Mazowiecki

Kobiety

1. „Omega” Łódź – 1714 p.: Mieczysława Stępniewska (503), Anna Barwińska (627), Monika Grzybczyńska (584)

2. „Morena” Iława – 1520 p.: Regina Szczypiorska (413), Maria Kieloch (644), Agnieszka Pokojska (483)

3. „Karolinka” Chorzów – 1445 p.: Grażyna Krysiak (278), Maria Harazim (576), Magdalena Kajzer (571)

Mężczyźni

1. „Hetman” Lublin – 1867 p.: Zdzisław Koziej (589), Mariusz Kozyra (588), Grzegorz Kanikuła (690)

2. „Morena” Iława – 1858 p.: Szczepan Polkowski (558), Jan Smoła (616), Tomasz Ćwikła (684)

3. „Podkarpacie” Przemyśl – 1593 p.: Stanisław Chmura (367), Mieczysław Sabaj (646), Paweł Lonc (580)

Mikst tandem

B1

1. Regina Szczypiorska – Szczepan Polkowski („Morena” Iława)

2. Barbara Sołek – Stanisław Chmura („Podkarpacie” Przemyśl)

3. Mieczysława Stępniewska – Wiesław Nastarowicz („Omega” Łódź)

B2

1. Anna Barwińska – Grzegorz Nowak („Omega” Łódź)

2. Aleksandra Jarząb – Paweł Stefański („Tęcza” Poznań)

3. Maria Harazim – Teodor Radzimierski („Karolinka” Chorzów)

B3

1. Emilia Sawiniec – Grzegorz Kanikuła („Hetman” Lublin)

2. Bożena Rudko – Daniel Jarząb („Tęcza” Poznań)

3. Monika Grzybczyńska – Zbigniew Walczak („Omega” Łódź)

Bożena Polak

 

aaa

 

bowling

 

Gramy o Puchar Niepodległości

Już od ponad dekady okolice 11 listopada to dla bowlingowców czas w kalendarzu, kiedy należy być w dobrej formie przed startem w turnieju o Puchar Niepodległości. W tym roku do Rzeszowa zawitało 81 zawodników i zawodniczek z 13 klubów zrzeszonych w Stowarzyszeniu „Cross”, aby po raz jedenasty powalczyć o laury.

Klub „Hetman” Lublin, jako organizator imprezy, gościł uczestników turnieju nie u siebie w Lublinie, a w stolicy Podkarpacia – Rzeszowie. Jak zapewnia prezes klubu Michał Czarski, to już ostatni wyjazdowy turniej zlokalizowany poza Lublinem ze względu na dogodne warunki techniczne oraz niewysokie koszty pobytu. W następnym roku, jeśli uda się otrzymać dofinansowanie z Ministerstwa Sportu i Turystyki, zawody rozegrane zostaną w Lublinie na świeżo wyremontowanej ośmiotorowej kręgielni.  

Ekipa z „Hetmana” miała więc nieoficjalną konkurencję do tytułu gospodarza w osobach zawodników „Podkarpacia” Przemyśl, bo klub ten ma silną reprezentację mieszkającą i trenującą właśnie w Rzeszowie. Jednak ani lubelscy, ani rzeszowscy gospodarze nie byli zbyt „gościnni”, bo z osiemnastu miejsc medalowych wzięli aż osiem. Wśród startujących zabrakło kilku czołowych nazwisk z kadry narodowej, ale ich brak dla wielu nie oznaczał wcale większej szansy na wygraną. Wysoki poziom rozgrywek na trudnej technicznie i przez niektórych określanej jako „tępa” kręgielni nie był w smak choćby Piotrowi Dyndzie, który w poprzednich turniejach osiągał wyniki przekraczające ponad 1000 p. Tym razem w jego kategorii B2 zwycięzcą został Janusz Jeleń z klubu „Morena” Iława, który uzyskał rezultat 931 p.

Wśród pań w kategorii B2 zwyciężyła zdecydowanie Danuta Odulińska. Klubowa koleżanka Janusza Jelenia zdobyła 867 p. Jolanta Krok-Sabaj z „Podkarpacia” Przemyśl pokonała swoje koleżanki w kategorii B3, strącając 875 kręgli, dwa niższe miejsca zajęły odpowiednio Emilia Sawiniec z „Hetmana” Lublin i Łucja Grochowska z „Jutrzenki” Częstochowa, które dzieliły tylko dwa punkty. Różnica rezultatów pań okazała się problematyczna dla sędziego zawodów Piotra Sęka, który zamienił panie miejscami, co spowodowało lekkie zamieszanie przy dekoracji. Łucja z Emilią wymieniły się jednak medalami.

W kategorii B3 mężczyzn nie było wielu niespodzianek. Zwyciężył nieoczekiwanie Zbigniew Strzelecki „Zając” z wynikiem 1055 p. Tym razem odskoczył rywalom na ponad 40 p. Różnica między drugim a czwartym miejscem wynosiła niewiele ponad 30 p. Grzegorz Kanikuła pokonał Władysława Szymańskiego oraz Alberta Sordyla. Wisienką na torcie tegorocznego turnieju o Puchar Niepodległości w bowlingu okazały się rozgrywki mężczyzn w kat. B1. Wiedzieliśmy, że dla niego zagrać sześć gier z wynikiem ponad 800 p. to żaden problem, ale to, co stało się w piątek 7 listopada 2015 r., przejdzie do historii kręglarstwa. Startujący w grupie osób całkowicie niewidomych Zdzisław Koziej zaskoczył wszystkich – i zapewne samego siebie. Rozegrał sześć gier, w tym jedną z wynikiem 202 kręgle, w których uzyskał fenomenalny i nieosiągalny dla wielu lepiej widzących zawodników wynik 925 kręgli. Skromny, niepozorny mieszkaniec Lublina swym pokazem umiejętności dał wielu osobom do myślenia. Łatwo usprawiedliwiać się słabym smarowaniem, brakiem odpowiednich kul, złym oświetleniem kręgielni. Zdzisław pokazał, że wszystko jest możliwe. Oby tak budujący wynik zachęcił osoby z kategorii B1 do liczniejszego udziału w turniejach bowlingowych i kręgli klasycznych.

Organizatorzy postarali się o godną oprawę ceremonii wręczenia nagród. Dzięki dofinansowaniu turnieju przez Ministerstwo Sportu i Turystyki, Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie w Lublinie oraz sponsorów najlepsi zawodnicy i zawodniczki w każdej z trzech kategorii otrzymali statuetki Pucharu Niepodległości, dyplomy i nagrody rzeczowe. Każdy z uczestników turnieju dostał upominek i zaproszenie na zabawę taneczną, która trwała jeszcze długo po ogłoszeniu wyników.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to dwunasty Puchar Niepodległości odbędzie się za rok w miejscu, gdzie zrodziła się pucharowa inicjatywa, czyli w stolicy Lubelszczyzny.

XI Puchar Niepodległości Niewidomych i Słabowidzących w Bowlingu

7-9.11.2015 r., Rzeszów

Kobiety

B1

1. Jolanta Nowacka („Cross Opole”) 653 p.

2. Barbara Sołek („Podkarpacie” Przemyśl) 384 p.

2. Salomea Walkowiak („Pogórze” Tarnów) 283 p.

B2

1. Danuta Odulińska („Morena” Iława) 867 p.

2. Barbara Łuczyszyn („Podkarpacie” Przemyśl) 838 p.

3. Mirosława Malcherek („Łuczniczka” Bydgoszcz) 799 p.

B3

1. Jolanta Krok-Sabaj („Podkarpacie” Przemyśl) 875 p.

2. Emilia Sawiniec („Hetman” Lublin) 842 p.

3. Łucja Grochowska („Jutrzenka” Częstochowa) 840 p.

Mężczyźni

B1

1. Zdzisław Koziej („Hetman” Lublin) 925 p.

2. Szczepan Polkowski („Morena” Iława) 584 p.

3. Krzysztof Tarkowski („Hetman” Lublin) 567 p.

B2

1. Janusz Jeleń („Morena” Iława) 931 p.

2. Mariusz Kozyra („Hetman” Lublin) 878 p.

3. Stanisław Duliński („Morena” Iława) 875 p.

B3

1. Zbigniew Strzelecki („Karolinka” Chorzów) 1055 p.

2. Grzegorz Kanikuła („Hetman” Lublin) 1011 p.

3. Władysław Szymański („Omega” Łódź) 990 p.

Wojciech Puchacz

 

aaa

 

wiadomości

 

Biegi

Na przełaj

W Soczewce koło Płocka zawodnicy z dysfunkcją wzroku startowali już wielokrotnie, jednak podczas tegorocznej 35. edycji biegu po raz pierwszy walczyli o tytuły mistrzów Polski Stowarzyszenia „Cross” w biegach przełajowych.

Trasa biegu to dwie pętle dookoła jeziora Soczewka, co w sumie dawało 11,6 kilometra malowniczego crossowego szlaku z pięknymi jesiennymi widokami. W dniu zawodów  pogoda zmieniła jednak swe oblicze – chmury zasnuły niebo, a padający deszcz rozmył krajobraz, leśne dukty rozmiękły i miejscami powstały spore kałuże. Jednak nieprzychylne warunki atmosferyczne nie odstraszyły kilkuset biegaczy. Wśród nich byli również zawodnicy Stowarzyszenia „Cross”.

W grupie niewidomych wystartowało czterech zawodników. Faworytem był Zbigniew Świerczyński. Zaczęli spokojnie, bo trasa była śliska, trudna i już po chwili w butach mieli sporo błota i wody. Na drugiej pętli faworyt oddalił się od Mariusza Zachei i Rafała Machnikowskiego i po godzinie i sześciu minutach pierwszy przekroczył metę. Trzy minuty po nim dobiegł Zacheja, który wypracował nad Machnikowskim dwie minuty przewagi. Grzegorz Powałka z „Syrenki” ze sporą stratą czasową spadł poza podium. Jego przemoczone ciuchy i ubłocone buty ciążyły mu pewnie bardziej niż tym na pudle.

 

Mistrzostwa Polski Stowarzyszenia „Cross” w przełajach

17.10.2015 r., Soczewka k. Płocka

Niewidomi (T11)

1. Zbigniew Świerczyński („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1:06:22

2. Mariusz Zacheja („Syrenka” Warszawa) 1:09:41

3. Rafał Machnikowski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 1:11:25

Słabowidzący (T12)

1. Jacek Ziółkowski („Syrenka” Warszawa) 48:25

2. Henryk Groszkowski („Syrenka” Warszawa) 1:11:25

3. Wiesław Miech („Syrenka” Warszawa) 1:18:33

Wśród słabowidzących dobrze pobiegł tylko zwycięzca – Jacek Ziółkowski. Pokonanie tego dystansu zajęło mu 48,5 minuty. Drugie i trzecie miejsce zdobyli zawodnicy z „Syrenki”: Henryk Groszkowski i Wiesław Miech. Ich strata do Ziółkowskiego wynosiła odpowiednio ponad dwadzieścia i trzydzieści minut, przy czym trzeba dodać, że obaj w tym samym dniu byli przewodnikami swoich klubowych kolegów – Zachei i Powałki. Tylko trzech zawodników biegło w tej grupie startowej. Zwycięzcy w kategorii open, Damianowi Piernikowskiemu z Torunia, pokonanie trasy zajęło 38,5 minuty. Na mecie sklasyfikowano 292 zawodników. Po kąpieli i gorącym posiłku mistrzowie Stowarzyszenia „Cross” odebrali puchary.

Najlepsi startują w Bydgoszczy

Ledwie buty zdążyły przeschnąć po biegach przełajowych, a już 18 października zawodnicy z dysfunkcją wzroku rywalizowali w biegu ulicznym na dystansie 5 kilometrów. To trzeci bieg w ramach projektu „Najlepsi spośród nas”, realizowanego przez Stowarzyszenie „Okulus” ze środków PFRON. Nasze zmagania odbywały się przy okazji zawodów „Bydgoszcz na start”, w których półmaraton był głównym biegiem, a piątka – towarzyszącym. Oba biegi zgromadziły na starcie ponad dwa tysiące zawodników! Idealnym miejscem do przeprowadzenia tej imprezy jest stadion lekkoatletyczny Zawiszy Bydgoszcz. Tutaj biegacze rozpoczynali i kończyli rywalizację.

Na projekt „Najlepsi spośród nas” składają się 4 biegi: dwa w Bydgoszczy i po jednym w Zamościu i w Warszawie. Aby być sklasyfikowanym, trzeba wziąć udział w co najmniej trzech imprezach. Punktacja w grupach T11 i T12 jest następująca: pierwszy zawodnik na mecie otrzymuje 70 punktów, a każdy kolejny o 10 mniej (czyli 60, 50 itd.). Wyjątkiem jest bieg w Zamościu, gdzie punktacja wyższa aż o 20 oczek jest podyktowana większym dystansem (100 km).

Nasi zawodnicy spoza Bydgoszczy byli zakwaterowani w hotelu Brda. Po kolacji koledzy z „Okulusa” omówili kwestie techniczne dotyczące zawodów. Po odprawie wszystko wydawało się jasne, oprócz aury. Pogoda w niedzielę od rana była pod znakiem zapytania. Pochmurno, ale przed startem jeszcze bez deszczu. Niestety, już podczas rozgrzewki zaczęło padać.

Kilka minut po jedenastej zawodnicy ruszają na ulice miasta, by po kilku kilometrach finiszować na stadionie. W kategorii open wygrywa Olga Ochal z Bydgoszczy (czas: 17 minut 28 sekund).

Czwórka słabowidzących biegnie blisko siebie, pozostali nieco dalej ciągną swoim tempem. Tomasz Chmurzyński wychodzi na prowadzenie i odrywa się od Jacka Ziółkowskiego oraz Mariusza Gołąbka, którzy z kolei oddalają się od Musiała. Po trzecim kilometrze Ziółkowski przyspiesza i gubi Gołąbka, za nimi coraz dalej Musiał. „Ziółek” dogania Chmurzyńskiego, trzyma się za nim, a potem ostrym kilkusetmetrowym finiszem zapewnia sobie zwycięstwo! Chmurzyński drugi, trzeci dobiega Gołąbek. Przemek Musiał z „Łuczniczki” jest czwarty (ze stratą 3 minut do Ziółkowskiego). Kolejni zawodnicy już z większym opóźnieniem przekraczają metę.

W grupie niewidomych ponownie „niegościnny” okazuje się Kruczkowski. Jak wiosną, tak i jesienią w Bydgoszczy był pierwszy. Minutę za nim na mecie jest Zacheja, co daje mu drugie miejsce. Po minucie z sekundami trzeci dobiega Powałka. Bierze tym samym rewanż za bieg w Soczewce i spycha Machnikowskiego poza podium.

Niewątpliwie wydarzeniem w tym dniu był udzial w biegu trzech słabowidzących kobiet. Sytuacja taka podczas biegów ulicznych miała miejsce po raz pierwszy.

Dwie panie ze Szczecina, Ania Karaś i Karolina Borkowska, przegoniły bydgoszczankę Georginę Myler. Zawodnicy odebrali puchary z rąk oficjeli i zaproszonych gości. Imprezę zakończył wspólny obiad.

Pozostał do rozegrania ostatni, czwarty bieg w Warszawie (11 listopada). Relacja z imprezy oraz końcowe wyniki w następnym numerze „Crossa”.

Bieg na 5 km, „Najlepsi spośród nas”

18.10.2015 r., Bydgoszcz

Mężczyźni T12 

1. Jacek Ziółkowski („Syrenka” Warszawa) 19:20

2. Tomasz Chmurzyński („Łuczniczka” Bydgoszcz) 19:33

3. Mariusz Gołąbek („Jantar” Gdańsk) 20:00

Mężczyźni T11

1. Adam Kruczkowski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 24:15

2. Mariusz Zacheja („Syrenka” Warszawa) 25:03

3. Grzegorz Powałka („Syrenka” Warszawa) 26:18

Kobiety T12

1. Anna Karaś (Szczecin) 29:02

2. Karolina Borkowska („Start” Szczecin) 36:49

3. Georgina Myler („Łuczniczka” Bydgoszcz) 39:00

Mariusz Gołąbek

 

Tenis stołowy

Mistrzowskie Owińska

Już po raz trzeci – w dniach 23-24 października 2015 r. – odbyły się mistrzostwa Polski w tenisie stołowym dźwiękowym. Areną zmagań kolejny już raz był Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci Niewidomych w Owińskach. W turnieju­­­­­­­ wzięło udział 46 zawodniczek i zawodników z czterech ośrodków: Dąbrowy Górniczej, Krakowa, Łodzi oraz z Owińsk. Z roku na rok dyscyplina przyciąga coraz więcej chętnych, co odzwierciedla rosnąca liczba zawodników biorących udział w mistrzostwach.

Młodzież rywalizowała w trzech konkurencjach: grze pojedynczej, deblowej i drużynowej. Singliści walczyli w dwóch grupach. Pojedynki toczyły się do dwóch wygranych setów. Zawodnicy, którzy zajęli drugie miejsca w swoich grupach, czyli Bartłomiej Niesyczyński z Krakowa i ubiegłoroczny mistrz Polski Wiktor Moszczyński z Łodzi, zmierzyli się w pojedynku o trzecie miejsce. Dość nieoczekiwanie 2:0 wygrał zawodnik z grodu Kraka. Do finału awansowały natomiast dwie zawodniczki z Owińsk, które zwyciężyły w swoich grupach. W ostatecznej walce Natalia Marendziak pokonała w dwóch setach Nikolę Oleksiak i mogła się cieszyć ze złotego medalu.

Do rywalizacji deblowej przystąpiło osiem par, po dwie z każdego ośrodka. Brązowy medal wywalczył duet z Łodzi: Kornelia Moszczyńska – Wiktor Moszczyński, który pokonał debel z Krakowa: Agnieszka Lubczyńska – Bartłomiej Niesyczyński. Finał znów należał do gospodarzy. W bratobójczym pojedynku Oskar Piosik i Przemysław Młyński pokonali swoje klubowe koleżanki: Natalię Marendziak i Nikolę Oleksiak.

Ukoronowaniem turnieju były rozgrywki drużynowe. Spośród czterech ekip do finału awansowały, tak jak przed rokiem, zespoły z Łodzi i Owińsk. Po niezwykle emocjonującym meczu drużyna gospodarzy musiała uznać wyższość łodzian, ulegając jednym punktem 44 do 45. Po raz pierwszy sędziów i trenerów wsparła grupa studentów z poznańskiej Akademii Wychowania Fizycznego, gdzie lada chwila zajęcia z tenisa stołowego dźwiękowego znajdą się w programie nauczania.

Sympatycznym zwyczajem stało się już nagradzanie wszystkich uczestników upominkami i pamiątkowymi dyplomami. Natomiast zawodnicy, którzy stanęli na podium, oprócz medali i dyplomów otrzymali atrakcyjne nagrody rzeczowe.

III Mistrzostwa Polski w Tenisie Stołowym Dźwiękowym

23-24.10.2015 r., Owińska

Rozgrywki indywidualne 

1. Natalia Marendziak (Owińska)

2. Nikola Oleksiak (Owińska)

3. Bartłomiej Niesyczyński (Kraków)

Rozgrywki deblowe

1. Oskar Piosik, Przemysław Młyński  (Owińska)

2. Natalia Marendziak, Nikola Oleksiak (Owińska)

3. Kornelia Moszczyńska, Wiktor Moszczyński (Łódź)

Rozgrywki drużynowe

1. Łódź

2. Owińska

3. Ex aequo: Dąbrowa Górnicza i Kraków

Grzegorz Modrzyński

 

Szachy

Polscy niesłyszący szachiści mistrzami Europy

Ogromnym sukcesem zakończył się udział polskiej reprezentacji niesłyszących szachistów w drużynowych mistrzostwach Europy, które na przełomie września i października odbyły się w Baku, stolicy Azerbejdżanu. Polacy zostali mistrzami Europy.

W składzie złotej drużyny był Marcin Chojnowski z klubu niesłyszących “Arkadia” Otwock. Marcin jest także osobą słabowidzącą i członkiem Stowarzyszenia „Cross”. Pochodzi z Ostrołęki, należy do olsztyńskiego klubu niewidomych i słabowidzących „Warmia i Mazury”. Ma na swym koncie wiele sukcesów zarówno w rozgrywkach szachistów niesłyszących, jak i niewidomych i słabowidzących. W 2008, został wicemistrzem świata głuchoniewidomych. W tym samym roku reprezentował także Stowarzyszenie „Cross” na olimpiadzie szachowej niewidomych i słabowidzących, która odbyła się na Krecie. W ubiegłym roku wywalczył tytuł wicemistrza Polski niesłyszących.

Oprócz niego mistrzowską drużynę stanowili również: Krzysztof Chęciak – kapitan („Arkadia” Otwock), Mateusz Łapaj („Spartan” Lublin), Jerzy Marczukiewicz („Arkadia” Otwock), Tomasz Miozga (Śląski Klub Sportowy Niesłyszących, Rybnik) i Jerzy Strzelecki („Arkadia” Otwock). Ich trenerem był Stanisław Kornasiewicz. Polacy wygrali wszystkie mecze. Chorwatów, wicemistrzów Europy, wyprzedzili aż o trzy punkty. Najlepszy wynik w drużynie zrobił Mateusz Łapaj – 3,5 p. z 5 partii. Po 2,5 p. z 3 partii zdobyli Chojnowski i Miozga. Ci trzej zawodnicy stanowili trzon zwycięskiej drużyny. Brązowymi medalistami mistrzostw Europy zostali reprezentanci Ukrainy.

Złoty medal męskiej drużyny nie był jedynym polskim akcentem w Baku. W rozgrywkach kobiecych nasza drużyna także stanęła na podium – na trzecim jego stopniu. Brązowymi medalistkami mistrzostw zostały: 11-letnia Malwina Szewczyk, aktualna mistrzyni Polski niesłyszących, i Joanna Strześniewska. Obie należą do klubu „Arkadia” Otwock. Polki nie sprostały Ukrainkom i Chorwatkom, ale w walce o brązowy medal pokonały faworyzowaną reprezentację Litwy. Strześniewska wywalczyła także srebrny medal indywidualny na drugiej szachownicy. Opiekunem polskich zawodniczek był Sławomir Sobociński.

Drużynowe mistrzostwa Europy niesłyszących w szachach

27.09-4.10.2015 r., Baku (Azerbejdżan)

Mężczyźni

1. Polska 19 p.

2. Chorwacja 7 p.

3. Ukraina 6 p.

4. Niemcy 5 p.

5. Izrael 1 p.

6. Azerbejdżan 1 p.

Kobiety

1. Ukraina 10 p.

2. Chorwacja 6 p.

3. Polska 5 p.

4. Litwa 5 p.

5. Kazachstan 3 p.

6. Azerbejdżan 1 p.

Kolejne złoto olsztyńskiej drużyny

W dniach od 6 do 15 listopada 2015 roku w ośrodku „Wielspin” w Wągrowcu rozegrane zostały szachowe drużynowe mistrzostwa Polski na rok 2015.

Uprawnionych do gry było dziewięć pierwszych reprezentacji klubowych z ubiegłorocznych mistrzostw oraz drużyna, która zastąpiła zeszłorocznego spadkowicza – drużynę „Podkarpacia” Przemyśl. Zwolnione miejsce zajęli szachiści z „Lajkonika” Kraków.

Już w pierwszej rundzie turnieju pojedynek między sobą rozegrali: ubiegłoroczny mistrz Polski, „Warmia i Mazury“ Olsztyn oraz wicemistrz – reprezentacja „Syrenki” Warszawa. Mecz zakończył się remisem, ale w dalszej części turnieju lepsi okazali się olsztynianie. Zaliczyli jeszcze tylko jeden remis – w ostatniej rundzie z „Tęczą” Poznań. Pozostałe mecze wygrali i uplasowali się na pierwszym miejscu z kolejnym tytułem mistrza Polski. „Syrenka” miała o jeden remis więcej i ponownie została wicemistrzem. Warszawiacy w czwartej rundzie zremisowali z „Ikarem” Lublin, a w ósmej z „Tęczą” Poznań. Ubiegłorocznego trzeciego miejsca nie obroniła reprezentacja „Ikara”. Brązowym medalistą mistrzostw Polski została „Tęcza” Poznań. Lublinianie byli tuż za podium. Zawodnicy powyższych czterech drużyn zajęli także pierwsze miejsca na poszczególnych szachownicach. Na pierwszej triumfował Piotr Dukaczewski z „Syrenki” Warszawa. Zdobył 8 punktów z 9 partii. Na drugiej najlepszy był Marek Maćkowiak z „Tęczy” Poznań (7,5 p. z 9 partii), a trzecia należała bezapelacyjnie do Marcina Chojnowskiego z klubu olsztyńskiego (8 p. z 9 partii). Na czwartej, juniorsko-kobiecej, tylko pół punktu z rozegranych 9 partii stracił Przemysław Siedlanowski z lubelskiego „Ikara”.

Z przyszłorocznymi rozgrywkami ligowymi musiała pożegnać się reprezentacja gdańskiego „Jantara”, która zajęła ostatnie, dziesiąte miejsce.

Mistrzostwa w Wągrowcu sędziowali: sędzia główny Stefan Polny z Poznania i Zygmunt Wielecki z Gdańska. Koordynatorem imprezy była Józefa Spychała.

Drużynowe mistrzostwa Polski w szachach

6-15.11.2015 r., Wągrowiec

1. „Warmia i Mazury” Olsztyn 16 p. (Ryszard Suder, Tadeusz Żółtek, Marcin Chojnowski, Joanna Malcer)

2. „Syrenka” Warszawa 15 p. (Piotr Dukaczewski, Michał Wolański, Paweł Hagner, Teresa Dębowska)

3. „Tęcza” Poznań 14 p. (Jerzy Wietecki, Marek Maćkowiak, Łukasz Kizym, Anna Stolarczyk, Józefa Spychała)

4. „Ikar” Lublin 12 p.

5. „Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza 8 p.

6, „Atut” Nysa 8 p.

7. „Łuczniczka” Bydgoszcz 7 p.

8. „Zryw” Słupsk 6 p.

9. „Lajkonik” Kraków 4 p.

10. „Jantar” Gdańsk 0 p.

 

Warcaby

W ćwierćfinale warcabowym triumfował Podczasik

W warcabowym półfinale mistrzostw Polski mogą startować zawodnicy posiadający minimum II kategorię. Pozostali warcabiści muszą zaczynać rywalizację od najniższego szczebla eliminacji, tj. od ćwierćfinału.

Tegoroczne rozgrywki ćwierćfinałowe odbyły się w dniach od 8 do 15 listopada 2015 roku w Tucholi. Grano systemem szwajcarskim na dystansie 9 rund. Tempo gry wynosiło półtorej godziny na partię dla zawodnika. Zawody sędziował Leszek Łysakowski z Gniezna. Koordynatorem imprezy była Ewa Sargalska z Bydgoszczy.

Zwycięzcą ćwierćfinału został Edward Podczasik z „Atutu” Nysa. Sukces zapewnił mu świetny finisz. W szóstej rundzie wygrał z Tadeuszem Gryglewiczem, prowadzącym wówczas w turnieju, i wraz z Janem Biskupskim znalazł się na czele tabeli. Obaj mieli po 10 punktów. Po kolejnej rundzie Podczasik został samodzielnym liderem. Prowadzenia nie oddał już do końca turnieju. Zremisował w ósmej, a w ostatniej, dziewiątej, wygrał z Leszkiem Żygowskim, pozbawiając go awansu do półfinału.

Oprócz zwycięzcy turnieju, w przyszłorocznym półfinale mistrzostw Polski w warcabach 100-polowych zagrają: Jan Biskupski, Stanisław Raczek, Tadeusz Gryglewicz, Władysław Hudziec i Krzysztof Kusowski.

Ćwierćfinał mistrzostw Polski w warcabach

8-15.11. 2015 r., Tuchola

1. Edward Podczasik („Atut” Nysa) 15 p.

2. Jan Biskupski („Zryw” Słupsk) 14 p.

3. Stanisław Raczek („Beskidek” Żywiec) 13 p.

4. Tadeusz Gryglewicz  („Zryw” Słupsk) 12 p.

5. Władysław Hudziec (Kielce) 12 p.

6. Krzysztof Kusowski („Jantar” Gdańsk) 12 p.

7. Zygmunt Brzeszcz („Nadzieja” Kraków) 11 p.

8. Leszek Żygowski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 11 p.

9. Bogdan Marszałek („KoMar” Piekary Śląskie) 11 p.

10. Lesław Kozik   („Atut” Nysa) 11 p.

M. Dębowska

 

aaa

 

turystyka

 

Kierunek Tatry! 

To jeden z najpiękniejszych zakątków Polski, a jednocześnie najbardziej surowych i niedostępnych. Jeszcze całkiem niedawno obszar ten był niemal nieznany. Podczas, gdy czasy historyczne w Polsce rozpoczęły się tysiąc lat temu, tu jeszcze XIX wiek spowija tajemnica i legenda.

Taki chociażby przykład: najsłynniejszy góral tatrzański, o Tatrach bowiem mowa, Jan Gąsienica-Krzeptowski, zwany Sabałą, urodził się w roku 1809. Mimo że czasy to stosunkowo nieodległe, o jego życiu wiemy niewiele. Wiadomo, że w młodości zajmował się polowaniem i kłusownictwem, prawdopodobnie jednak był także zbójnikiem.

Tatry oraz ich stolica – Zakopane – pojawiły się w powszechnej świadomości dopiero w drugiej połowie XIX wieku za sprawą warszawskiego lekarza i przyrodnika Tytusa Chałubińskiego. Zakopane było wówczas małą, biedną, zagubioną u podnóża Tatr wioską, walczącą o przetrwanie podczas surowych górskich zim, głodnych przednówków czy innych jeszcze klęsk, jak epidemia cholery w 1873 roku, która zabiła znaczną część nielicznych jeszcze mieszkańców Zakopanego.

W okresie młodopolskim i czasach międzywojennych Zakopane stało się miejscem, w którym należało się pokazywać, jeżeli chciało się zaistnieć w świecie artystycznej bohemy. W tatrzańskiej rezydencji wychował się Jan Gwalbert Pawlikowski, późniejszy mąż Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, z domu Kossak. W Tatrach natchnienia szukali Kazimierz Przerwa-Tetmajer, Adam Asnyk i Leon Wyczółkowski. Piękny i charakterystyczny styl zakopiański w architekturze, budownictwie i wzornictwie wymyślił i stworzył, jako mieszankę motywów góralskich i secesyjnych, Stanisław Witkiewicz ojciec. 

Legenda Morskiego Oka i tragedia skrzelopływki

Tatry to kraina legend. Według jednego z podań przepiękne Morskie Oko posiada podziemne połączenie z Bałtykiem, a w głębinach tego górskiego jeziora widać niekiedy zarys wielkiej siwej ryby. Chociaż jak dotąd nikt nie odnalazł podziemnego korytarza prowadzącego do morza, tatrzańskie jeziora kryją rozmaite tajemnice, które mogły dać początek legendom. Gdy powierzchnię Dwoistego Stawu Gąsienicowego skuje lód i ustaje dopływ wód powierzchniowych zasilających jezioro, jego wody, głębokie na 9 metrów, znikają. Woda spod lodowej skorupy odpływa podziemnymi korytarzami, a zbiornik wysycha. Do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku w Dwoistym Stawie Gąsienicowym występowała jedyna w Polsce populacja skrzelopływki bagiennej, skorupiaka z podrzędu liścionogów, reliktu epoki polodowcowej. Niestety, gdy wpuszczono do jeziora pstrągi (co samo w sobie w parku narodowym było działaniem niedopuszczalnym), ryby zjadły skrzelopływki, a następnie wyginęły same podczas zimowego odpływu wód.

Tatry są jedynym w Polsce rejonem występowania długowiecznej górskiej sosny limby. Tylko tu usłyszeć można gwizd świstaka – pociesznego, zmyślnego, ważącego blisko 5 kilogramów gryzonia. Wyłącznie w Tatrach zamieszkują kozice, przystosowane do życia w trudnych, wysokogórskich warunkach; szczęśliwie w ostatnich latach ich liczebność nieco się zwiększyła. W najwyższym, alpejskim piętrze gór kwitnie rzadka, chroniona, wyglądająca jakby wycięto ją z grubego filcu szarotka alpejska. Pośród tatrzańskich szczytów żyje populacja orła przedniego, jednego z najrzadszych polskich ptaków drapieżnych. 

Święto Kwitnącego Krokusa

Jedną z większych atrakcji tatrzańskich są długie doliny, które wiosną przemieniają się w ciągnące się kilometrami pola kwitnących fioletowo krokusów. Krokus, a właściwie szafran spiski (crocus to jego nazwa łacińska), masowo rozkwitając pomiędzy płatami leżącego jeszcze śniegu, wygląda zjawiskowo. Jego liczne występowanie jest powiązane z prowadzeniem tradycyjnej gospodarki rolnej i pasterskiej: koszeniem łąk i wypasem owiec. Chociaż prawie całe Tatry objęte są granicami parku narodowego, nadal na ich terenie wypasa się owce, zwłaszcza że część tatrzańskich ziem stanowi własność wspólnot góralskich wsi. Stada owiec, pasąc się, zapobiegają zarastaniu hal i polan, co sprzyja występowaniu rzadkich gatunków roślin. Dodatkowo owce wydeptują murawę swoimi raciczkami i użyźniają odchodami.

Każdego roku wiosną fanatycy kwitnącego krokusa na bieżąco wymieniają się na forach internetowych informacjami o stanie tatrzańskich łąk, a w górskich schroniskach codziennie odbiera się dziesiątki telefonów z pytaniem: „Czy już kwitną?”.

Wędrówki po Tatrach zapewniają wiele niezapomnianych wrażeń. Prowadziłem kiedyś badania głuszców i cietrzewi dla Tatrzańskiego Parku Narodowego, dzięki czemu miałem możliwość wędrowania poza szlakami oraz nocą. Któregoś razu szedłem w stronę Kominiarskiego Wierchu. Była godzina czwarta nad ranem, wczesna wiosna, a las pokryty był śniegiem. W pewnym momencie kilkadziesiąt metrów ode mnie usłyszałem niezwykły głos. To pośród ciemnego, zaśnieżonego górskiego lasu odzywała się malutka sowa włochatka, zwana tak, gdyż jej stopy, całe opierzone, wyglądają jak na ptaka dość wyjątkowo – jakby rzeczywiście były włochate.

Tatry to jedyne polskie góry o charakterze alpejskim. Tylko tu przez cały rok w północnych kotłach i żlebach możemy znaleźć śnieg. Wyłącznie w Tatrach można zaobserwować pełną zmienność pięter roślinnych: od regla dolnego, poprzez lasy iglaste regla górnego, granicę lasu, piętro krzewiastej sosny kosodrzewiny, wysokogórskie hale, aż po piętro turni. Pokonując w Tatrach kolejne setki metrów ponad poziom morza, odbywamy wędrówkę odpowiadającą setkom kilometrów w kierunku bieguna północnego. Jeżeli uda się nam dotrzeć w pobliże tatrzańskich szczytów, otoczenie i warunki tam panujące pod wieloma względami będą przypominać takie, jakie znaleźlibyśmy daleko poza kołem polarnym. W konsekwencji każda wyprawa stanowi okazję do stawienia czoła rozmaitym, nieraz naprawdę wymagającym wyzwaniom. 

Być jak Kukuczka

Kto nie chciałby zdobywać szczytów niczym słynny polski taternik? Co zrobić, żeby przygotować się do wyprawy w Tatry? Nawet jeżeli regularnie zażywamy ruchu, przed wyjściem z plecakiem na szlak warto wzmocnić stawy nóg. Bardzo dobry do tego celu jest rower stacjonarny. Kolana wzmacniają się również znakomicie bardzo prostym ćwiczeniem, które można wykonywać niemal w każdych warunkach: siedząc na krześle, prostujemy nogi – najpierw jedną, potem drugą – w seriach po kilkadziesiąt powtórzeń. Proste i bardzo skuteczne. Kiedyś to właśnie ćwiczenie, powtarzane wielokrotnie w ciągu dnia, pozwoliło mi wyjść z kontuzji kolana, którego nie mogłem zrehabilitować w żaden inny sposób.

Innym wartym polecenia ćwiczeniem, które można wykonywać z powodzeniem nawet podczas jazdy autobusem, jest stawanie na przemian na palcach i na piętach i przenoszenie co jakiś czas ciężaru ciała na zewnętrzne krawędzie stóp. Wzmacnia łydki i kostki, zapobiegając późniejszemu skręceniu lub zwichnięciu.

Bardzo dobrze do górskiej wycieczki przygotuje nasze nogi (i kondycję) wchodzenie i schodzenie po schodach oraz przysiady. Po ćwiczeniach dobrze jest rozciągnąć i uelastycznić mięśnie, wykonując skłony, dociągając na przemian kolana do klatki piersiowej, a następnie pięty do pośladków.

Postarajmy się także o przygotowanie mięśni brzucha i pleców. Najprostszym ćwiczeniem wzmacniającym brzuch są tzw. brzuszki (podnoszenie się z leżenia na plecach do siadu), wykonywane seriami na zmianę z grzbietami, czyli unoszeniem tułowia ponad ziemię, z rękoma za głową, z leżenia na brzuchu. Ćwiczeniem na mięśnie brzucha są także nożyce – pionowe lub poziome: w leżeniu na plecach poruszamy nogami w płaszczyźnie pionowej lub poziomej.

Jeżeli chcemy, żeby ćwiczenia przyniosły efekty, muszą być powtarzane systematycznie przez co najmniej kilka tygodni. Obciążenie, tj. liczbę powtórzeń, należy dobierać tak, aby każdorazowo końcowa faza ćwiczenia wiązała się z pewnym wysiłkiem, będącym niezbędnym elementem progresu sprawności fizycznej. Najlepiej, niezależnie od planowanych wycieczek w góry, wypracować nawyk regularnych ćwiczeń, który z czasem zamieni się w potrzebę ruchu. 

Plecak na górską włóczęgę

Co spakować do plecaka na górską włóczęgę? Prowiant i coś do picia. Wydaje się oczywiste? Być może, ale często zapominamy, jak wyczerpująca może być górska wycieczka, szczególnie w trudnych warunkach atmosferycznych. Sam odczułem wielokrotnie na własnej skórze, jak bardzo byłem wyczerpany i zniechęcony, dopiero po zjedzeniu kanapki lub banana wracały mi siły i optymistyczne spojrzenie na dalszą wędrówkę. Pewnego razu kolegę, który nagle poczuł, że nie da rady iść dalej, uratowało pół tabliczki czekolady.

Kurtka przeciwdeszczowa i coś ciepłego, najlepiej bluza polarowa (lekka i szybko schnie) to również niezbędny ekwipunek. Nawet podczas dobrej pogody na dole nigdy nie możemy być pewni, jaka aura czeka nas w wyższych partiach gór. Pewnego czerwcowego dnia na Turbaczu zaskoczył mnie śnieg, którego po dwóch godzinach leżało dobre kilkanaście centymetrów. Kiedyś z kolei na szczycie Babiej Góry, mimo ładnej pogody na przełęczy Krowiarki, niespodziewanie nasza ekipa wpadła w burzę, która przeszła w burzę śnieżną. Musieliśmy zejść możliwie szybko ze szczytu do lasu. Tam mogłem poratować pozostałych suchymi ubraniami, ponieważ miałem je zapakowane w kilka warstw worków (każdy plecak prędzej czy później przemoknie).

Wełniana czapka wiele razy, nawet w lecie, pomogła mi podczas nieplanowanego noclegu pod gołym niebem, bo górskie noce bywają zimne. Przez głowę tracimy nawet do 40 proc. ciepła. 

Buty. Powinny mieć twardą, grubą podeszwę, dzięki czemu nie odbijemy stóp na kamieniach. Nie mogą też być śliskie. Nawet jeżeli na dole temperatura jest wysoka, wyżej na szlaku możemy trafić na śnieg albo lód, a na pewno na mokre, śliskie kamienie. Typowe górskie buty sięgają ponad kostkę, są twarde i sztywne, by chronić stopę i utrzymywać kostkę. 

Niewyjaśniona tragedia w Dolinie Jaworowej

Dlaczego przygotowanie się do każdej wyprawy w góry jest takie ważne? Oczywiście dlatego, żeby wędrówka była przyjemnością. Nie tylko jednak dlatego. Jeżeli komuś wydaje się, że Tatry to góry dobrze znane i zawsze można przewidzieć, co spotka nas na szlaku, niech posłucha opowieści o tragedii w Dolinie Jaworowej – przerażających wydarzeniach, których nie udało się wyjaśnić mimo upływu 90 lat i pomimo tego, że jeden z uczestników przeżył. Nie potrafił wyjaśnić tego, co się wydarzyło...

3 sierpnia 1925 roku w schronisku Téry’ego w Dolinie Pięciu Stawów Polskich, przed podejściem na Lodową Przełęcz i powrotem Doliną Jaworową do Zakopanego, spotkały się dwie niezależne grupy turystów: Kazimierz Kasznic – prokurator z Warszawy w średnim wieku, jego żona, Zofia, i dwunastoletni syn Wacław oraz grupa taterników – Jan Szczepański wraz z bratem Alfredem, Stanisław Zaremba i Ryszard Wasserberger. Gdy po odpoczynku obie grupy wyruszyły ze schroniska, Kazimierz Kasznic zaproponował taternikom wspólną wędrówkę. Trasa nie była zbyt trudna, jednak prokurator nie miał doświadczenia w górach, a pogoda pogarszała się, padał silny deszcz, chwilami śnieg z deszczem. Taternicy początkowo zgodzili się, ale że rodzina Kaszniców nie potrafiła dotrzymać im tempa, pomiędzy Lodowym Stawkiem a przełęczą stało się coś, co nigdy w górach nie powinno mieć miejsca. Po naradzie bracia Szczepańscy i Stanisław Zaremba postanowili pozostawić wolniejszych Kaszniców pod opieką Wasserbergera, który wiedziony poczuciem obowiązku – a może przeczuciem – zaofiarował się, że będzie nadal im towarzyszył. Trójka taterników dotarła na Lodową Przełęcz o godzinie 14:30 i wówczas po raz ostatni widzieli z daleka pozostawioną przez siebie rodzinę i przyjaciela.

Na przełęczy wiatr razem z siekącym poziomo gradem był tak silny, że Kasznicowie z trudem zdołali ją pokonać, popędzani przez Wasserbergera, który słusznie jak najszybciej chciał schronić się w lesie. Gdy schodzili w dół, syn Kaszniców zaczął skarżyć się, że nie może nabrać powietrza w płuca. Matka wzięła jego plecak, a Wasserberger pomógł mu iść dalej. Około godziny szesnastej, gdy dotarli w okolice Żabiego Stawu Jaworowego, Kasznica ojciec siadł nagle na kamieniu i z trudem powiedział, że nie zrobi już ani jednego kroku. Zofia Kasznicowa postanowiła zwrócić się o pomoc do taternika, który kilkanaście kroków przed nimi prowadził słaniającego się Wacława. Gdy dogoniła go, poznała straszną prawdę: zaprawiony w górskich wędrówkach Wasserberger również szedł już ostatkiem sił. Zawlekła syna i Wasserbergera za duży głaz osłaniający ich nieco od wiatru i cofnęła się do męża. Nie żył. Kiedy wróciła za głaz, jej syn leżał martwy, a kilka kroków od niego dogorywał Wasserberger, który ostatkiem sił próbował jeszcze iść dalej. Zofia Kasznicowa przetrwała. Siedziała sama przez trzydzieści siedem długich godzin i zawinięta w koc Wasserbergera, ogrzewała się maszynką spirytusową, aż nadeszła pomoc. Nigdy nie udało się wyjaśnić przyczyny śmierci: czy było to obserwowane niekiedy w górach zjawisko próżni powstające przy bardzo silnym wietrze, czy do tragedii przyczynił się koniak, którego łykiem próbowała ratować wyczerpanych zrozpaczona Zofia, czy też organizmy mężczyzn inaczej zareagowały na wyjątkowo trudne warunki skutkujące wychłodzeniem i skrajnym wyczerpaniem organizmu. 

Zygmunt, Gienek i Jerzyk zdobywają Tatry

Chociaż historie takie jak powyższa zawsze należy mieć w pamięci, warto podjąć trud górskiej wędrówki. Posłuchajmy o pewnej niezwykłej wycieczce sprzed pięćdziesięciu lat. Było to pod koniec lat sześćdziesiątych. Trzech chłopaków z małej górniczej wioski pod Chrzanowem postanowiło wybrać się w wakacje na wyprawę w Tatry. Jednym z nich był Zygmunt, mój teść, niewidomy od piątego roku życia. Drugim uczestnikiem był jego brat Gienek, a trzecim Jerzyk – kolega z sąsiedztwa. Zygmunt był najstarszy, był w szkole średniej i miał kilkanaście lat. Wyprawa zaczęła się tuż za progiem domu. Najpierw trzeba było dojść na piechotę do Chrzanowa, gdzie można było załapać się na pekaes. Mieli ze sobą namiot, butlę gazową, koce, chleb, a do chleba dżem. Całe zapasy nieśli ze sobą. Pieniędzy mieli tylko tyle, żeby starczyło na autobus na Podhale. Schroniska były dla nich za drogie, spali więc w namiocie. Pięćdziesiąt lat temu z rzadka spotykało się kogoś na szlaku i nawet przy Morskim Oku bywali tylko nieliczni oryginałowie. Napotkany człowiek był wydarzeniem, które komentowało się już z daleka i omawiało jeszcze długo po tym, jak po wymianie pozdrowień każdy powędrował dalej w swoją stronę.

Mieli tylko starą, niezbyt dokładną mapę, a nikt z nich nie był wcześniej w Tatrach. Pół dnia wspinali się po zboczach Doliny Kościeliskiej, ale ostatecznie nie udało im się znaleźć wejścia do jaskiń. Swetry na deszczu robiły się szorstkie i ciężkie. Pepegi szybko przemakały, kiedy wpadło się do strumienia, i ślizgały się po kamieniach. Jeżeli szlak był stromy i kamienisty, każdy krok był niewiadomą. Ze względu na dużą wilgotność powietrza kamienie w górach często są śliskie nawet w pogodny dzień. Nigdy nie wiadomo też, czy stawia się stopę na środku chybotliwego głazu czy na jego krawędzi. Gdy schodzi się z góry z ciężkim plecakiem, najbardziej obciążone są kolana. Każdego wieczora Zygmunt był ledwo żywy ze zmęczenia. Trzeba było jeszcze rozbić namiot, zagotować wodę na herbatę i wsunąć pajdę z dżemem. Na szczęście młody organizm szybko się regenerował.

Wyprawa w Tatry przeciągnęła się na cały tydzień. Zygmunt, Gienek i Jerzyk zdobyli Kasprowy Wierch. Do dziś mój teść pamięta, jak zbiegali z niego nartostradą. Podjęli atak na najwyższy szczyt polskich Tatr – Rysy. Ostatecznie nieco poniżej szczytu Zygmunt z bratem poczekali na Jerzyka, który dokonał zakończonego sukcesem wejścia na najwyższy punkt Korony Gór Polskich.

Po kilku latach, już na studiach, Zygmunt zrobił kurs organizatora turystyki. W czasie roku akademickiego większość weekendów spędzał w górach. Stojąc na szczycie, potrafił z pamięci wyrecytować opis całej panoramy, chociaż czasem bywała akurat ukryta za mgłą. Jak wspomina to po latach? Czy zabrzmi to banalnie, jeżeli powiem, że liczył się kontakt z przyrodą, zmaganie się z różnymi warunkami, zmienną pogodą i samym sobą?

Czas spakować manatki, przytroczyć manierkę do pasa i ruszyć na szlak z plecakiem, żeby przekonać się o tym samemu. 

Tam, gdzie szumi Siklawica

Jedną z moich ulubionych tras w Tatrach jest ta na Sarnią Skałę. Rozpoczyna się u wylotu Doliny Strążyskiej. Czerwony szlak podąża dnem wcinającej się w Tatry doliny Potoku Strążyskiego. Po niezbyt długiej wędrówce, która nawet przy tempie spacerowym nie powinna zająć więcej niż godzinę, dociera się do Polany Strążyskiej, z charakterystycznym głazem zwanym Sfinksem. Idąc dalej w kierunku południowym, po kilkunastu minutach trafia się na żółty szlak, który dochodzi do końca doliny i do wodospadu Siklawica. To jeden z najpiękniejszych wodospadów w Tatrach, imponuje także swoją wysokością: 23 metry!

Zawracając szlakiem żółtym, dochodzimy do czarnego szlaku, który w prawo i ostro pod górę prowadzi w kierunku Sarniej Skały. Droga jest kamienista, usiana dużymi, nieraz śliskimi głazami. Trudy wspinaczki wynagradza zdobycie Sarniej Skały. Chociaż w porównaniu z tatrzańskimi olbrzymami może wydawać się niewielka (1377 m n.p.m.), to wchodząc na nią, zdobywamy szczyt o prawdziwie alpejskim charakterze, wznoszący się ponad granicę lasu. Kiedy patrzymy w kierunku południowym, roztacza się przed nami jeden z najładniejszych widoków na Giewont, a na południowy wschód – na Zawrat i Świnicę.

Przemysław Barszcz

 

aaa

 

zdrowie

 

Życie na detoksie 

Zewsząd słyszymy, że coraz więcej rzeczy nas truje. Powietrze (spaliny), woda (ścieki przemysłowe), gleba (nawozy sztuczne), jedzenie (szpikowane chemią), stres (wyścig szczurów). Można odnieść wrażenie, że fakt, iż jeszcze żyjemy, to prawdziwy cud. Ale i ten nie będzie trwać wiecznie. Jak więc się ratować przed tą nadciągającą „zagładą”?

Ratunkiem, przekonują nas różni „specjaliści”, jest oczyszczająca dieta, plastry wyciągające toksyny, używanie mydeł i płynów przeciwbakteryjnych oraz porządne płukanie jelita grubego. Czy nie jesteśmy nabijani w butelkę?

Telewizyjna reklama zachęca do kupna plastrów (kto szybciej zadzwoni, otrzyma dodatkowo ozdrowieńczą bransoletkę). Wieczorem naklejamy je na stopy, a rano odrywamy, zszokowani czarnymi lub brunatnymi plamami, które się na nich pojawiły. Znaczy to, że przez noc wyciągnęły szkodliwe substancje, jakie nagromadziły się w naszym organizmie. Toksyn można się także pozbyć w ciągu dnia. W niedużym urządzeniu, wypełnionym cieczą, podobnym do domowego masażera do stóp, lokujemy swoje nogi i włączamy aparaturę. W miarę upływu czasu woda zmienia kolor. Z dołączonej ulotki dowiadujemy się, że czarne zabarwienie oznacza, że pozbyliśmy się właśnie ciężkich metali, brązowe – nikotyny i szczątków komórek. Pomarańczowy kolor sygnalizuje, że toksyny opuściły nasze stawy, ciemnozielony – pęcherzyk żółciowy i system trawienny. „Białe wytrącenia podobne do sera” – znak to, że opuściła nas grzybica. Biała piana to „śluz z systemu limfatycznego”. Po takiej kąpieli
winniśmy się czuć oczyszczeni niczym aniołowie. W rzeczywistości wyczyszczeniu uległ nasz portfel.

W 2009 r. przedstawiciele brytyjskiej organizacji Voice of Young Science postanowili się przekonać, jak naprawdę działają reklamowane detoksy. Przebadali piętnaście różnych kategorii odtruwających produktów, sprawdzając, jakie medyczne i naukowe fakty stoją za ich działaniem. Okazało się, że hasło „detoks” to czysty marketing. Nie ma żadnych badań i dowodów na to, że oczyszczające środki działają. Słynne plastry wykorzystują odrobinę wilgoci i soli, czyli pot, jaki wydala nasz organizm. Pot wyzwala barwną reakcję składników umieszczonych w tych plastrach, a w tańszych wersjach – rozpuszcza ukryte w nich barwniki. W internecie można obejrzeć filmy z doświadczeń na ten temat, obalające mit detoksu. Innym mitem marketingowym jest teoria głosząca, że nasz organizm niczym gąbka chłonie toksyny z pokarmu i otoczenia i nie może sobie z tym poradzić. Tymczasem jest odwrotnie. Nasz układ krążenia zbiera toksyny z organizmu i przekazuje do wątroby, gdzie są rozkładane, oraz do nerek, gdzie są odfiltrowywane i wydalane z moczem. Niepotrzebne i szkodliwe substancje mogą też być wydychane lub usuwane z kałem.

Jedną z najbardziej kuriozalnych „terapii oczyszczających” jest płukanie jelita grubego. Ta gigantyczna lewatywa ma nas uwolnić od złogów, jakie zaburzają pracę naszych narządów i funkcji życiowych. Według niektórych reklam jest to nawet kilkanaście kilogramów kamieni kałowych (!). Tak poważne zaburzenia pracy jelit zdarzają się wyłącznie u osób ciężko chorych, leżących pacjentów, ale nie u przeciętnego człowieka. Trudno więc zrozumieć, że wiele osób decyduje się na ten nieprzyjemny zabieg (przepuszczanie przez jelito grube ciepłej wody), ryzykując zakażenie, zaburzenie naturalnej flory bakteryjnej czy nawet przebicie jelita. Choć trudno uwierzyć, decydują się na to często panie, by choć chwilę wyglądać szczuplej i przed pójściem na imprezę zmieścić się w wymarzonej kreacji.

Co najmniej kilka razy dziennie myjemy ręce, poświęcając temu zaledwie kilka sekund. Ci, którzy uwierzyli w oczyszczającą moc mydeł przeciwbakteryjnych, używają ich do tego celu. Okazuje się, że nie tędy droga. Przelotne mycie rąk nic nam nie da, a ustawiczne używanie przy tym środka antybakteryjnego może nam tylko poważnie zaszkodzić, naruszając naturalną barierę ochronną skóry. Skuteczniejsze jest używanie do dezynfekcji rąk alkoholu, który niszczy strukturę komórek bakteryjnych i w przeciwieństwie do mydeł antybakteryjnych zabija również grzyby i wirusy. (To właśnie te ostatnie są przyczyną biegunek). Ale alkohol podrażnia skórę, więc nie może być używany non stop.

Badania dowodzą, że mycie rąk zwykłym mydłem i wodą przez 15 sekund zmniejsza liczbę obecnych na nich bakterii o blisko 90 procent. Jeśli pomyjemy dłonie przez kolejne 15 sekund, zmyjemy z nich prawie wszystko. To efekt mechanicznego pocierania o siebie dłoni, które rozluźnia przylepiony do nich brud. Kiedy dodamy do tego wodę z mydłem, jego kuliste cząstki wciągają do swojego wnętrza drobiny brudu, składające się głównie z nierozpuszczalnych w wodzie tłuszczów. To w nich kryją się drobnoustroje, zarówno te przyjazne, tworzące warstwę ochronną skóry, jak i ich przeciwnicy.

Wydawać by się mogło, że choroby brudnych rąk są już w Polsce rzadkością. Niestety, jest inaczej. Polskie Stowarzyszenie Pielęgniarek Epidemiologicznych podało w bieżącym roku, że o myciu rąk pamięta tylko 30 procent ogółu lekarzy i 52 procent pielęgniarek w naszym kraju. Dr Paweł Grzesiowski, przewodniczący Stowarzyszenia Higieny Lecznictwa, informuje, że co roku w Polsce dochodzi z tego powodu do około 700 tysięcy zakażeń szpitalnych, a w wyniku powikłań umiera 10 tysięcy pacjentów. Za 80-90 procent tych zakażeń winę ponosi nieprzestrzeganie higieny rąk przez personel szpitalny. W tym przypadku należałoby więc mówić o rzeczywistej konieczności detoksu, zamiast przy pomocy reklamy i nieuczciwych chwytów marketingowych zmuszać do niego zwykłych ludzi. Podobnie jak to się ma z „oczyszczaniem” organów z glutenu, niemal trucizny, choć – jak o tym pisaliśmy („Na tropie glutenu”, „Cross”, nr 7/2015) – gluten szkodzi jedynie jednemu procentowi populacji chorującemu na celiakię. Ostatnio kolejnym wrogiem, który nas podstępnie truje, okrzyknięto laktozę zawartą w mleku. Nic to, że od wieków wiadomo, że organizm ludzki nauczył się przez całe życie wytwarzać laktazę – enzym niezbędny do trawienia laktozy, czyli głównego cukru występującego w mleku. Oczywiście nie wszyscy dobrze trawią mleko, co ma historyczne i geograficzne uwarunkowanie (hodowla bydła nie we wszystkich regionach świata rozpowszechniła się w takim samym tempie). Na południu Europy tolerancja mleka jest stosunkowo niska (poniżej 40 procent), a w Wielkiej Brytanii i Skandynawii wysoka (powyżej 90 procent). W Polsce, zgodnie z naukowymi badaniami, około 80 procent osób może bezpiecznie pić mleko. Ale nie przekonuje to „napędzaczy” żywieniowego detoksu. Skoro i na tym można zbić interes, coraz częściej na mlecznych produktach widnieje informacja „bez laktozy”. Lekarze tłumaczą, że nowa moda jest tym bardziej niebezpieczna, że Polacy jedzą zaledwie połowę zalecanej dawki wapnia (dziennie powinniśmy spożywać dwie szklanki produktów mlecznych). Wapń bierze udział w metabolizowaniu tłuszczu, więc jest sprzymierzeńcem odchudzania. Na jego przyswajanie ma wpływ witamina D, którą pozyskujemy, wystawiając skórę na światło słoneczne. Skoro nie możemy wystarczająco korzystać ze słońca przez okrągły rok, a dodatkowo nie stwierdzono u nas nietolerancji laktozy, nie należy bać się mleka, żółtego sera, twarogu, jogurtów, maślanki czy kefiru.

Ostatnio na wielu szamponach, odżywkach i kremach pojawiły się napisy: „Bez parabenów”. To związki stosowane m.in. do konserwacji kosmetyków, przed jedenastu laty oskarżone o powodowanie nowotworów, zwłaszcza raka piersi. Wieloletnie badania nie potwierdziły jednak tych obaw. Naukowcy z amerykańskiej Agencji ds. Żywienia i Leków oraz z europejskiego Komitetu Naukowego ds. Bezpieczeństwa Konsumentów stwierdzili, że parabeny mogą wprawdzie wpływać na układ hormonalny człowieka, ale w tak małych dawkach, jakie występują w kosmetykach, są bezpieczne. Niemniej wielu producentów środków do pielęgnacji ciała woli dmuchać na zimne, by nie niepokoić klientów.

Takich obiekcji nie mają naukowcy ze Światowej Organizacji Zdrowia, która ostatnio dorzuciła przetwory mięsne do listy substancji rakotwórczych, co oznacza, że powinniśmy poważnie ograniczyć (a nawet odrzucić) konsumpcję wędlin oraz wołowiny i wieprzowiny. Są one obwiniane o powodowanie raka jelita grubego, który w skali
świata jest trzecim najpowszechniejszym nowotworem (zabija ponad pół miliona osób rocznie). Rakotwórcze substancje powstają – zdaniem naukowców – w trakcie obróbki mięsa, głównie smażenia, pieczenia i faszerowania go przyprawami oraz wędzenia, czyli tego wszystkiego, co decyduje o smaku sznycla, zrazów, kotletów czy kiełbas, pieszcząc nasze podniebienia i oczy (m.in. dzięki azotynom dodawanym do wędlin i kiełbas jako polepszacze koloru i środkom konserwującym).

Od dziesięcioleci wkładano nam do głów, że mięso jest niezbędne w naszej diecie jako główny dostarczyciel białka oraz żelaza. Skąd więc ta nagła detronizacja? Sceptycy są zdania, że po części broniło się przed nią lobby producentów. Aby nie stracić lukratywnego biznesu, zamawiają i sponsorują oni odpowiednie badania. W mediach ukazują się raporty podające w wątpliwość rakotwórczość mięsa i podkreślające jego niezbędność dla naszego zdrowia. Pod artykułami ostrzegającymi przed dietami wegetariańskimi często można przeczytać, że ich autorzy otrzymali wynagrodzenie od branży mięsnej.

Pojęcie detoksu kojarzyło się nam dotąd głównie z odtruwaniem organizmu po przedawkowaniu alkoholu lub narkotyków. Jak widać, rozszerzono je na oczyszczanie naszych ciał z różnych trucizn, prawdziwych i rzekomych. Nie należy ulegać tej marketingowej histerii, co nie oznacza jednak, byśmy przestali być czujni na prawdziwe zagrożenia, jakie niesie rozwój chemii i nowoczesnych technologii próbujących ulepszać dotychczasowe, sprawdzone już produkty. Bo oprócz poznanych i opanowanych zagrożeń (ołów, azbest, DDT i inne) jest długa lista podejrzanych i szkodliwych substancji, o których nie wiemy wszystkiego lub na które nie mamy jeszcze sposobu. Należy do nich m.in. triklosan, substancja przeciwgrzybiczna i hamująca wzrost bakterii. Dodaje się ją do past do zębów, dezodorantów, mydeł antybakteryjnych, tkanin, tworzyw syntetycznych. W końcu lat 90. ubiegłego wieku okazało się, że może powodować oporność bakterii na antybiotyki. Dziesięć lat później odkryto, że u szczurów wyzwala zaburzenia hormonalne. Wprawdzie badania na zwierzętach nie muszą się przekładać wprost na ludzi, ale lepiej dmuchać na zimne. Władze europejskie i amerykańskie nie zakazały jego użycia, ale zleciły badania nad ubocznymi skutkami dla zdrowia, jakie może dawać triklosan. Niektóre firmy kosmetyczne na wszelki wypadek zaprzestały stosowania tej substancji w swoich produktach.

Inny przykład to związki perfluorowane (PFC). Należą do nich impregnaty chroniące ubrania przed wodą, obrusy przed plamami czy naczynia kuchenne przed przywieraniem potraw. PFC mogą się utrzymywać w środowisku przez długie lata. Niestety, stwierdzono ich obecność także w naszej krwi. Istnieje obawa, że mogą prowadzić do chorób tarczycy i podwyższonego poziomu cholesterolu. Mówi się, że nasz organizm sam może syntetyzować PFC ze składników dostępnych w środowisku, np. z preparatów, którymi impregnuje się opakowania na żywność, m.in. papiery niechłonące tłuszczu. Tak więc i PFC trafiło ostatnio pod lupy naukowców. Akrylamid, ftalan i produkty nanotechnologii też budzą podejrzenia, że mogą działać obosiecznie: z jednej strony odgrywają ważną rolę w medycynie i ochronie środowiska, z drugiej, ze względu na to, że są bardzo reaktywne chemicznie i mogą łatwo przenikać przez błony komórkowe – mogą być toksyczne dla człowieka. Z tego powodu konieczny jest stały monitoring wpływu nowych substancji na środowisko i nasze zdrowie. Sęk w tym, że jest ich bardzo dużo i dokładnie nie wiadomo ile. W samej Unii Europejskiej zarejestrowanych jest blisko 150 tysięcy. Badanie ich tradycyjnymi metodami zajęłoby ogromnie dużo czasu (niektórzy twierdzą, że nawet tysiące lat). Ponadto trzeba by jeszcze sprawdzać skutki możliwych kombinacji różnych związków. Amerykanie stworzyli program „Toksykologia w XXI wieku”. W jego ramach ma być przebadane 10 tysięcy substancji, które mogą mieć wpływ na nasze zdrowie. Pomogą w tym zautomatyzowane testy i superkomputery. Na wyniki zapewne będziemy musieli trochę poczekać. Póki co do obrony przed tym, co naszym zdaniem nas truje, powinniśmy włączyć zdrowy rozsądek. A jeśli czujemy nieodpartą potrzebę poddania się oczyszczającej terapii, warto zamiast stosowania reklamowanych detoksów wypić szklankę czystej, niegazowanej wody.  

BWO

(Na podstawie dodatku „Gazety Wyborczej” – „Nauka dla każdego”, październik 2015 r.) 

 

aaa

 

ruszajmy się

 

Jazda na desce  

Snowboarding jest sportem zimowym polegającym na zjazdach na specjalnie do tego dostosowanej desce. W zależności od konkurencji, podczas zjazdu mogą być wykonywane skoki i ewolucje. Od 1998 roku sport ten został włączony do programu zimowych igrzysk olimpijskich, obecnie w kilku konkurencjach.

Jazda na desce snowboardowej to również powszechna forma rekreacji, uprawiana na szeroką skalę na przygotowanych stokach z wyciągami. Snowboardziści korzystają z tych samych tras co narciarze. Popularna jest również jazda w dzikich górskich terenach, tzw. freeride oraz freestyle, gdzie można wykonywać różne ewolucje, czyli triki oraz skoki i ewolucje na usypanych wyskoczniach lub specjalnych rampach.

Jazda na desce jest alternatywą dla narciarstwa zjazdowego. Jedna szeroka deska zyskuje coraz większą rzeszę amatorów. Szczególnie chętnie jeżdżą na niej młodzi ludzie, którzy często ubierają się w charakterystycznym stylu, specyficznie się zachowują – przynależą do subkultury deskarzy. Wraz z narciarstwem snowboarding należy do najpopularniejszych sportów uprawianych zimą przez Polaków. 

Rodzaje i style jazdy

Snowboard alpejski – polega na jeździe na przygotowanych trasach, z akcentem na jak najlepszą kontrolę i prędkość. Istnieją różne konkurencje jazdy wyścigowej, np. slalom i slalom gigant.

Freestyle – to efektowne triki, często z wykorzystaniem specjalnych konstrukcji, jak skocznie, poręcze i inne. Uprawiany na górskich stokach, jak i specjalnie przygotowanych snowparkach. Do najczęściej wymienianych konkurencji zalicza się half-pipe, slopestyle, jibbing.

Freeride – czyli jazda poza trasami. Uprawiany dla przyjemności i wyzwań z dużym poziomem adrenaliny. Uważany za sport ekstremalny.

Snowcross – jest to jazda specjalną trasą z przeszkodami. Na zawodach pokonuje ją jednocześnie 4-6 zawodników.

Najpopularniejszymi konkurencjami, które przyjęto do programu zimowych igrzysk olimpijskich, są: half-pipe, slalom równoległy, snowboard cross i slopestyle. 

Bezpieczeństwo na snowboardzie

Wielu Polaków nie wyobraża sobie zimy bez wypadu w polskie lub jeszcze odleglejsze góry i szusowania na stokach. Niestety, słyniemy ze stwarzania zagrożenia dla siebie i innych zjazdowców. Bezpieczna jazda wymaga opanowania podstawowych umiejętności technicznych, pokory i wystrzegania się brawury. Do nauki elementarnego poruszania się na desce wystarczy mała górka lub tzw. ośla łączka (mały stok przeznaczony do nauki i jazdy początkujących), najlepiej ustronne miejsce, gdzie na dużej przestrzeni nie będzie tłoku. Podstawowe umiejętności należy opanowywać pod okiem instruktora lub doświadczonego snowboardzisty. Należy pamiętać o powtarzaniu takich lekcji, częstych ćwiczeniach i doskonaleniu techniki jazdy, co zwiększy nasze umiejętności oraz bezpieczeństwo wszystkich przebywających na stoku.

Trzeba zdawać sobie sprawę, że choć sport ten dostępny jest dla wszystkich i nie musimy zdobywać specjalistycznych kwalifikacji, to jest on bardzo wymagający i przez niektórych uważany za ekstremalny. Trzeba się do jego uprawiania przygotować. Istotne jest wypracowanie formy fizycznej i sprawnościowej oraz odpowiedni dobór sprzętu i ochraniaczy zapewniających maksimum bezpieczeństwa. Ważnym elementem jest stopniowanie trudności podczas nauki jazdy, tak by w każdym momencie mieć pełną kontrolę nad tym, co się dzieje. Pamiętajmy, by odpowiednio dostosować trasę i prędkość jazdy do własnych umiejętności i możliwości. W trudnych momentach kluczowa może być właściwa technika jazdy.

Najczęściej kontuzje przydarzają się osobom, które przez cały rok były mało aktywne ruchowo, a urlop chcą spędzić na stoku. Pierwszy dzień białego szaleństwa powinien być spokojny, ukierunkowany na przypomnienie jazdy, najlepiej na łatwych, niewymagających trasach. Nie należy się forsować i przemęczać, tak by stopniowo wprowadzić organizm na wyższe obroty. Często niestety jest odwrotnie, przed czym przestrzegają specjaliści i instruktorzy. Amatorzy białego szaleństwa czekają na wyjazd cały rok i podczas krótkiego urlopu, najczęściej bez przygotowania, od razu chcą się najeździć. Szusują, nie oszczędzając się. Taka jazda najczęściej kończy się urazem albo wypadkiem. Ciało musi być przygotowane na obciążającą stawy i mięśnie jazdę. Dlatego tak ważny jest odpowiedni wcześniejszy trening oraz rozsądne początki na stoku.

Dobra technika jazdy może uchronić przed przeciążeniami i urazami, ale gdy nie ćwiczy się regularnie, siła mięśniowa spada, podobnie jak wytrzymałość więzadeł oraz ogólna kondycja. W takich warunkach dużo łatwiej o błąd. Czasami po prostu może zabraknąć sił na prawidłowe wykonanie odpowiedniego manewru.

Ważne jest również hartowanie ciała. W czasie wypadu na stok mamy fazy bierności i aktywności w różnych proporcjach czasowych. Kiedy zjeżdżamy, mięśnie pracują i ciało się rozgrzewa. Natomiast kiedy stoimy w kolejkach do wyciągu lub, siedząc już na krzesełku, wjeżdżamy na górę, ciało się wychładza. W czasie przerwy snowboardziści najczęściej siadają na śniegu, gdyż stanie w poprzek stoku na snowboardzie jest trudniejsze niż na nartach. Dobra odzież pozwala zwiększyć komfort termiczny w fazach bierności i dobrze odprowadza wilgoć na zewnątrz w momentach zgrzania się i pocenia. Należy tak dobierać fazy odpoczynku lub bierności i aktywności oraz czas przebywania na stoku, by nie wychłodzić się i nie doprowadzić do przeziębienia. Zawsze powinniśmy mieć ze sobą coś ciepłego do picia w termosie i coś do zjedzenia.  

Zalety snowboardu

Snowboard nie jest trudniejszy do nauki niż narciarstwo. Jednak początki jazdy, która wymaga dużego wyczucia równowagi, wiążą się z licznymi upadkami. Często, upadając do przodu, uderzamy kolanami, a lecąc do tyłu, spadamy na pośladki. Sama jazda jednak mniej obciąża kolana, które na nartach zjazdowych szczególnie narażone są na przeciążenia i urazy. Podczas jazdy w większym stopniu angażowane są mięśnie tułowia. Snowboard jest bardziej uniwersalny, sprawdzi się w każdych warunkach. Pozwala bardzo dobrze poruszać się w świeżym śniegu i puchu oraz poza trasami. Na snowboardzie nie używa się kijków i nie da się przepchnąć płaskich fragmentów trasy, ale rekompensują to buty, które nie są tak sztywne jak narciarskie i można w nich również swobodnie chodzić. Dużym atutem uprawiania zarówno narciarstwa, jak i snowboardu są widoki i zdrowy górski klimat. Trasy często znajdują się na znacznych wysokościach.

W następnych numerach skupimy się na  doborze sprzętu, opisie techniki i wskazówkach dla początkujących. Warto zastanowić się, czy nie spróbować alternatywnej zimowej aktywności, jaką jest jazda na desce snowboardowej.

Krzysztof Koc

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Na zagranicznych szachownicach

W ubiegłym roku na tych łamach wyraziłem nadzieję, że doczekamy się złotego medalu w mistrzostwach świata juniorów – ostatniego brakującego ogniwa w naszej narodowej kolekcji. Niewiele brakowało, aby to marzenie ziściło się już latem tego roku. Adamowi Czajkowskiemu do złota zabrakło bardzo niewiele, ustąpił zwycięzcy tylko punktacją pomocniczą. Oto dwie próbki gry naszego wicemistrza świata na turnieju w Czarnogórze:

R. Tichonow (Rosja) – A. Czajkowski

Białe: Kg1, Hd1, Wa1, Wf1, Gb2, Gg2, Sd2, Sc4, a2, b3, c2, d3, e4, g3, h2

Czarne: Kg8, Hd8, Wa8, Wf8, Ge6, Gg5, Sc6, Sc7, a7, b7, c5, d6, f7, g7, h7
14...b5! Wyłącza białego skoczka z gry 15.Sa3 Hd7 16.Sf3 Ge3+ 17.Kh1 f5 18.ef5?! Konieczne było 18.c4, aby przez pole c2 skoczek mógł szybko wrócić do walki 18...G:f5 19.Sh4?! (19.c4!) 19…Gg4 Atak czarnych rozwija się teraz błyskawicznie 20.Gf3 Gh3 21.Sg2 Gg5 Konsekwentniej wyglądało 21...Wae8 22.Ge4? A to już jest ruch przegrywający. Jeszcze nie za późno było zagrać 22.c4 22...W:f1+ 23.H:f1 d5 24.Gf3 b4 25.Sb1 Skoczek wrócił na pole wyjściowe i tam już pozostanie do końca partii 25...Wf8 26.He2 Se6 27.Se1 Do utraty figury prowadziło 27.Sd2 Scd4 28.G:d4 S:d4 29.Hd1 G:d2 27...Sed4 28.G:d4 S:d4 29.Hd1 S:f3 30.S:f3 Gg4 31.Se5 Jeśli 31.Sbd2, to G:d2 31...G:d1 32.S:d7 Wf2 33.a3 Gf3+ 34.Kg1 Ge3 i białe poddały się – przed matem nie ma obrony.

Obrona sycylijska

R. Adiyaman (Niemcy) – A. Czajkowski

1.e4 c5 2.Sf3 e6 3.c3 d5 4.ed5 H:d5 5.d4 Sf6 6.Ge3 Ge7 Częściej wtrąca się najpierw 6...cd4 7.cd4 i dopiero potem 7…Ge7 lub 7…Sc6 7.Gd3 Po 7.dc5!? H:d1+ 8.K:d1 Sg4 9.Gd4 Sc6 10.Gb5 Gd7 czarne miały inicjatywę za pionka 7...0–0 8.0–0 Wd8 9.He2 Sc6 10.Wd1 cd4 11.cd4 b6 12.Sc3 Hd6 13.Wac1 Gb7 14.a3 Wac8 15.Gb1 Hb8 Powstała typowa pozycja z izolowanym pionkiem w centrum 16.Gg5 Sa5 17.Se5!? Białe wybierają bardzo ostrą grę. Spokojną alternatywą było 17.Ga2 17...Sb3 18.S:f7? Prawidłowy wybór to 18.G:f6 G:f6 19.G:h7+! Kf8 (19…K:h7? 20.Hh5+) 20.Sg6+ fg6 21.H:e6 z dużymi komplikacjami. Komputer podaje taki możliwy dalszy wariant: 21…S:c1 22.Hg8+ (Nie przechodzi 22.We1? Se2+! 23.W:e2 Gd5! 24.S:d5 Wc1+ 25.We1 W:e1+ 26.H:e1 W:d5) 22...Ke7 23.We1+ He5! 24.de5 W:g8 25.ef6+ K:f6 26.G:g8 Sd3 z minimalnie lepszą końcówką białych 18...K:f7 19.G:f6 G:f6 20.Ga2 Przypuszczalnie na to posunięcie liczyły białe, poświęcając skoczka, ale czarne szybko odpierają atak 20…Gd5 Możliwe było także 20...S:d4 21.W:d4 W:d4 22.G:e6+ Kf8 23.G:c8 H:c8 21.Hh5+ Kf8 22.S:d5 W:c1! Mniej przekonujące jest 22...S:c1 23.S:f6 S:a2 24.S:h7+ Ke7 25.g3 i czarny król jest w niebezpieczeństwie 23.S:f6 W:d1+ Wygrywało też efektowne 23...He5!? 24.S:h7+ Ke7 25.Hh4+ g5, ale ruch w partii prowadzi prościej do celu 24.H:d1 gf6 25.G:b3 Hf4 26.g3 He4 Końcówka po 26...H:d4 27.H:d4 W:d4 28.G:e6 Ke7 jest oczywiście wygrana, ale czarne wolą zakończyć walkę matowym atakiem 27.Hc1 W:d4 28.Hc7? Wd2 29.Hb8+ Kg7 30.H:a7+ Kg6 31.H:b6 W:b2 32.Hd8 He1+ 33.Kg2 H:f2+ 34.Kh3 H:h2+ 0–1

Na mistrzostwach świata osób niepełnosprawnych w Dreźnie nasi reprezentanci wypadli trochę poniżej oczekiwań. Pocieszeniem jest kilka ładnych zwycięstw odniesionych nad silnymi rywalami:  

Obrona francuska

D. Scerbin (Rosja – 2368) – M. Maćkowiak (2140)

1.e4 e6 2.d4 d5 3.e5 c5 4.c3 Sc6 5.Sf3 Hb6 6.a3 a5 7.Gd3 Gd7 8.0–0 cd4 9.cd4 S:d4 10.S:d4 H:d4 11.Sc3 To gambitowe odgałęzienie debiutu częściej spotykane jest w wersji 6.Gd3 cd4 7.cd4 Gd7 8.0–0 S:d4 9.S:d4 H:d4. Wtrącenie ruchów a2-a3 i a7-a5 pozbawia wprawdzie czarne kontroli nad polem b5, lecz niewiele zmienia ocenę pozycji. Białe mają rekompensatę za pionka, ale nic ponadto – szanse stron są wyrównane 11...Hb6 12.Hg4 h5 13.He2 Se7 14.Ge3 d4!? Teraz pozycja się trochę upraszcza i czarnym łatwiej będzie chronić króla 15.Sb5 Z groźbą 16.Sd6+ 15...G:b5 16.G:b5+ Sc6 17.Gg5 Ge7 18.G:c6+ bc6 19.G:e7 K:e7 20.Wac1 Na szachownicy pozostały tylko ciężkie figury. Czarny król czuje się w miarę bezpieczny za murem piechoty. Jedyna szansa białych to otwarcie linii, aby wieże mogły się przedostać do wrażego monarchy 20…c5 21.Wfd1 Wad8 22.He4 Wd5 23.b4!? Po ewentualnym 23.Hh4+ f6 24.Hg3 Kf7 25.ef6 gf6 26.Hd3 Wf5 drogi dostępu do czarnego króla pozostawały zamknięte 23...ab4 24.ab4 H:b4 25.Hh4+ f6 26.Hg3 Wg8?! Lepsze 26...Kf7!? 27.Wb1 Ha4 28.Wb7+ Wd7 27.Wb1 Ha4 28.Wb7+ Wd7 29.Wdb1 Hc6 30.ef6+ K:f6 Za cenę drugiego pionka białym udało się uzyskać dostęp do króla i sytuacja stała się niejasna 31.W:d7? Każda wymiana ułatwia obronę. Po 31.Hf4+ Kg6 32.W7b6! Hd5 33.We1 Kh7 (33...We8? 34.We5) 34.Wb:e6 d3 powstawała bardzo ostra pozycja z obopólnymi szansami 31...H:d7 32.Hf4+?! Hetman goni króla w bezpieczniejsze miejsce. Podtrzymywało napięcie 32.h4! Wf8 (32...Hd5?! 33.Wb3) 33.Hg5+ Kf7 34.H:h5+ Kg8 35.H:c5 d3. Końcową pozycję wariantu ocenić trzeba na korzyść czarnych. Na szachownicy jest równowaga materialna, ale król jest bezpieczny, a pionek d3 bardzo groźny 32...Kg6 33.He4+ Kh6 34.Wb6 We8 35.Hf4+?! Lepsze 35.h4, ale białe mają już mało wojska do ataku 35...Kh7 36.He4+ Kg8 37.Wb7 Wa8 38.h3 Wa1+ 39.Kh2 Hd5 Dokładniejsze było 39...Hd6+ 40.g3 (40.f4 d3!) 40…Hd5 41.Wb8+ Kf7 42.Wb7+ Kf6 43.Hf4+ Hf5 wymuszające wymianę hetmanów, ale prawdopodobnie końcówka partii toczyła się w niedoczasie 40.Wb8+ Kf7 41.Wb7+? Ostatnią szansą było natychmiastowe 41.Hf4+!, na co należało grać 41…Kg6! (Po 41...Hf5? 42.Hd6! Kg6 43.Wf8! jeszcze można czarnymi przegrać: 43…He4 44.Hg3+ Kh7 45.Hb8 He1 46.He8! Hh1+ 47.Kg3 Wa3+ 48.f3) 42.Wf8 Wa7 41...Kf6 42.Hf4+ Hf5 43.Hd2 He5+ 44.f4 He1 45.Hd3 h4 i białe poddały się.

M. Chojnowski (2015) – A. Eremin (Rosja – 2201)

Białe: Kg5, Wc7, g4, h4

Czarne: Kg8, Wb4, g6

Końcówka jest remisowa. Aby wygrać, trzeba zająć królem pole h6 (lub zabić na g6) bez straty pionka g4, a to jest niemożliwe. Marcin Chojnowski, grający w Dreźnie w reprezentacji głuchych, nie chciał się jednak pogodzić z remisem i jego wytrwałość została wynagrodzona 62.Wc6 Kh7 Nie wolno 62...Kf7? 63.Wf6+ i pionek g6 ginie z szachem 63.Wf6 Wa4? Czarne nie zrozumiały celu ostatniego ruchu przeciwnika i zapewne liczyły tylko na 64.W:g6? W:g4+. Należało grać 63...Wb5+ 64.Kf4 Kg7 i białe nie mogą wzmocnić pozycji. Remisowało także zajęcie przez wieżę 7. linii: 63…Wb7 64.Wf7+ Kg8 65.Wf4! Wa6 66.Kh6 Prościej wygrywało 66.Wf6, ale i po ruchu w partii też nie ma ratunku dla czarnych 66...Wb6 67.Wc4 Kf7 Jeśli wyczekująco 67...Wa6, to 68.Wc8+ Kf7 69.Wc7+ Kf8 (69...Kf6 70.Wg7) 70.g5 Wa4 71.h5! gh5 72.g6 i czarna wieża nie ma ratującego szacha z tyłu 68.Wf4+ Kg8 Lub 68...Ke8 69.Kg7 Ke7 (69...Wa6 70.Wf6) 70.Wf7+ Ke8 71.Wf6 itd. 69.g5 (69...Wa6 70.Wf6) 1–0

P. Dukaczewski (2261) – I. Jarmonow (Ukraina – 2375)

Białe: Kb2, Hc7, Gd2, a4, b3, f4, h3

Czarne: Kf7, Hd3, Ge7, d5, f5, g6

Białe mają przewagę pionka, ale aktywność czarnego hetmana wymusza jego oddanie 61.Hc2 Po 61.Gb4 Hd4+ 62.Gc3 Hf2+ 63.Kb1 Hf1+ 64.Ka2 Hc1 czarne dawały wiecznego szacha 61...H:h3 62.a5 Hf1 63.Gc3 Po 63.b4 Hb5 pionki byłyby zablokowane. Białe uważają, że decyduje nie ilość piechoty, ale jej jakość i poświęcają kolejnego pionka za dalszy marsz wolniaka 63...H:f4 64.a6 Obiektywnie pozycja jest remisowa, ale czarne muszą grać dokładnie 64…Hd6 Możliwe było też 64...Gc5 65.Hd3 He4 66.Hb5 Hg2+ z remisem 65.Hd3 Nie wolno oczywiście 65.a7? bo Ha3+ 65...Ha3+ 66.Kc2 Ha2+ 67.Gb2 Gf6 68.H:d5+ Kg7 69.Hb7+ Białe zmuszone są do dawania wiecznego szacha, ale okazuje się, że w pozycji tkwi jeszcze pułapka 69...Kh6? Przegrywający błąd. Złe było także 69...Kf8?, bo 70.Hb4+ i 71.Ha3. Tylko po 69...Kg8! 70.Hc8+ Kg7 71.Hb7+ partia kończyła się pokojowo 70.Hh1+ Kg7 71.Ha1! i czarne poddały się, bo pionek a6 zostanie hetmanem.

J. Stachańczyk (2240) – O. Gerasimowa (Rosja – 2058) 

Białe: Kh1, Hf6, Wd1, Wf1, Gb3, b2, c2, e5, g2, h2

Czarne: Kg8, He4, Wa8, Wf8, Gf5, a7, b7, f4, f7, g6, h6

26.Wfe1 Hc6 27.e6! Kh7? Czarne nie znalazły jedynej kontynuacji pozwalającej przedłużyć walkę: 27...fe6! 28.G:e6+ H:e6! 29.W:e6 W:f6 30.W:f6 We8 31.Kg1 We2 i choć białe mają przewagę, to wynik gry jeszcze nie jest jasny 28.Wd7! Teraz nie ma obrony przed zabraniem pionka f7 z dalszym marszem wolniaka e6 28...f3 29.W:f7+ W:f7 30.H:f7+ Kh8 31.e7! fg2+ Lub 31...f2 32.e8H+ z matem 32.Kg1 We8 Jeśli 32...He8, to 33.H:e8+ W:e8 34.Ga4. Po 32…Hb6+ 33.K:g2 Hc6+ jest 34.Gd5 H:c2+ 35.Kh1 33.Hf8+ Kh7 34.Gg8+ Kh8 35.Gd5+ 1–0

M. Chojnowski (2015) – R. Kasimow (Rosja – 2159) 

Białe: Kb4, Hc2, Wd3, a2, c5

Czarne: Kc8, He5, Sg5, b7, e6, f5, f7, h4

Białym udało się zorganizować rozstrzygający atak na króla 42.Hd2! Hf6 Jedyne. Po 42...Kb8 nastąpiłoby 43.Kb5! z groźbą 44.Wd8+ i 45.Ha5x 43.c6! He7+ 44.Ka4 bc6? Przegrywa natychmiast. Niedobre było też 44…Se4? 45.Wd8+! H:d8 46.cb7+ Opór można było przedłużyć po paradoksalnym 44…b5+!? 45.K:b5 Se4 45.Ha5! Hc7 lub 45...Kb7 46.Wb3+ Kc8 47.Ha8+ 46.Ha8+ Hb8 47.H:c6+ Zdobycie hetmana za wieżę po 47.Wd8+ białych nie zadowala – chcą go zabrać za darmo: 47...Hc7 48.Ha8+ Hb8 49.Wc3+. Czarne poddały się.

J. Stachańczyk (2240) – W. Kowalenko (Ukraina – 2068)

Białe: Kb2, Hg3, Wd2, We1, Sd5, Se2, a4, b3, c2, e4, g5, h4

Czarne: Kh7, Hf7, Wc5, Wf8, Ga6, Sg4, a5, b7, d6, e5, g6, h5

34...Hf2? Po profilaktycznym 34...Kg7 szanse były wyrównane 35.Sf6+! Kg7 Mniejszym złem było natychmiastowe pogodzenie się z utratą jakości po 35...W:f6 36.gf6 H:f6 36.H:f2 S:f2 37.Sg3 Do niepotrzebnych komplikacji prowadziło natychmiastowe 37.Sd7 S:e4 38.S:f8 S:d2 39.Se6+ Kf7 40.S:c5 Sf3, np. 41.S:a6? (41.Wh1) 41…S:e1 42.Sc7 Sf3 i po utracie pionka h4 trudno mówić o przewadze białych 37...Sg4 38.Sd7 Wf3 39.S:c5 dc5 40.Se2 We3 41.c4 W:e4 42.Wf1 Se3 43.Wf6 Sf5 44.Wd7+ Kg8 45.W:g6+ Kf8 46.Sc3 i białe wygrały.

Ryszard Bernard

 

aaa

 

Gramy w warcaby

W dniach 4-11.10.2015 r. w Ignatkach rozegrano drużynowe mistrzostwa Polski Stowarzyszenia „Cross” w warcabach stupolowych. Można było oglądać wiele partii interesujących pod względem szkoleniowym, co świadczy o rosnących z roku na rok umiejętnościach zawodników i zawodniczek. Poniżej wybrane przykłady partii.

Mikołaj Fiedoruk („Victoria” Białystok) – Jan Sekuła („Atut” Nysa)

1. 34-30 20-25 2. 32-28 25x34 3. 39x30 16-21 4. 30-25 21-26 5. 31-27

Po tym zagraniu planem dla czarnych może być przygotowanie ataku pionka 27 lub podjęcie próby związania długiego skrzydła.

5... 17-22 6. 28x17 11x31 7. 36x27 6-11 8. 44-39 11-16 9. 37-32 7-11 10. 41-37 11-17

Białym grozi związanie długiego skrzydła 11... 17-21.

11. 27-21 16x27 12. 32x21

W ten sposób białe uniknęły związania, ale ich pozycja wcale się nie poprawiła. Teraz czarne mają możliwość przejęcia pełnej kontroli w centrum.

12... 19-23 13. 21-16 14-20!

Czarne przechodzą do budowania silnego centrum i ważne jest zwiększanie tempa.

14. 25x14 10x19 15. 37-32 17-22 16. 50-44

Białe przygotowały wymianę 17. 33-28, by ograniczyć aktywność czarnych, więc naturalną odpowiedzią jest:

16... 22-27 17. 32x21 26x17 18. 46-41 1-7 19. 41-37 7-11!

Często w planach gry jako niegrającego zostawia się bandowego pionka. W tym przypadku czarne zdecydowały się na wymianę w celu zwiększenia tempa o +6.

20. 16x7 2x11

Czarne zbudowały silne centrum z przewagą 5 temp. Ponieważ białe nie mają możliwości przejścia do klasyki, pozostało im osłabiać centrum czarnych poprzez wymiany i tym samym odrabiać straty tempa. Dobrym planem było 21. 40-34, 22. 34-29.

21. 33-29?

Po pierwsze białe nie powinny wykorzystywać do wymiany najsilniejszego pionka w swojej pozycji, gdy nie ma sytuacji przymusowej. Po drugie bicie na 29 tworzy układ 29-35, który daje czarnym argumenty do gry na rogatkę lub półrogatkę.

21... 23x34 22. 40x29? 5-10 23. 44-40?

Postawienie klina 23. 29-34 byłoby błędem, gdyż białe nie spełniają wielu warunków do grania klina. Po 23. 35-30 19-23 24. 30-25 23x34 25. 39x30 pozycyjna przewaga czarnych byłaby duża. Po ostatnim zagraniu białych czarne mają możliwość ustawienia kolumny 15-20.

23... 15-20! 24. 38-33 10-15 25. 42-38 19-24

Układ 29-35 był przyczyną związania białych półrogatką.

26. 39-34 18-22 27. 38-32 22-27!

Tak jak przy rogatce, tak samo przy półrogatce częścią planu gry jest wymiana centralnych pionków. Tu dodatkowym argumentem do wymiany była możliwość uwolnienia się od związania po 28. 33-28.

28. 32x21 17x26 29. 43-38 13-18

Mało aktywnymi pionkami z trójnika należy umacniać centrum.

30. 38-32 9-13 31. 34-30

Jednym z celów półrogatki jest zwiększanie tempa, gdy atakowany jest pionek 24. Ale co białe mają zrobić z niegrającymi pionkami na krótkim skrzydle?

31... 4-9 32. 30x19 13x24 33. 40-34 9-13 34. 45-40 3-9 35. 34-30 11-16

Czarne przygotowały się do wymiany na wypadek zagrania przez białe na 28.

36. 30x19 13x24 37. 40-34 9-13 38. 49-43 16-21

Jeżeli białe nie spieszą się na pole 28, to trzeba wymienić pionka 32.

39. 43-38 21-27 40. 32x21 26x17 41. 38-32

Do tego momentu celem półrogatki było ograniczanie aktywności krótkiego skrzydła. Teraz czarne mogą realizować przewagę w dowolny sposób, np. poprzez atak na osłabione krótkie skrzydło lub przez związanie w kleszcze.

41... 13-19!

Kolejny bardzo ważny etap realizacji planu gry z półrogatką. Teraz białe nie mogą grać 42. 34-30, bo po 20-25 43. 29x20 15x24 tracą pionka, a na 42. 32-28 czarne odpowiedzą 17-22.

42. 47-41

Białe zabezpieczyły się przed związaniem w kleszcze, więc pozostał plan ataku na krótkie skrzydło. Do tego planu potrzebna jest kolumna 13-24.

42... 8-13! 43. 32-28 20-25 44. 29x20 15x24

Teraz białe nie mogą grać 45. 34-29, co po 24-30 46. 35x24 19x30 otwiera czarnym drogę do damki.

45. 37-32

Po 45. 48-42 czarne nie mogą decydować się na kombinację 24-29 46. 34x14 13-19 47. 14x23 18x36 i po 48. 28-23 partia zakończyłaby się remisem. Wygrywa 45... 18-22 46. 33-29 (inaczej 46... 24-30) 22x33 47. 29x38 24-30.

45... 18-23

i białe znalazły się w sytuacji bez wyjścia.

46. 41-37 24-29 47. 33x24 19x39 48. 28x8 12x3 49. 32-28 39-44 50. 28-23 44-49

I białe poddały się.

Leszek Stefanek („Hetman” Lublin) – Ryszard Suder („Warmia i Mazury” Olsztyn)

1. 32-28 17-22 2. 28x17 12x21 3. 37-32 7-12 4. 41-37 1-7

Częściej gra się w tym miejscu 4... 19-23, starając się budować otwartą pozycję z dodatnim tempem.

5. 34-30

Lepsze było 5. 34-29 lub 33-28.

5... 20-25 6. 33-28 25x34 7. 39x30

Teraz czarne mogą grać plan wiązania długiego skrzydła 7... 21-26, 8... 11-17 itd. Białym nie jest łatwo uciec od tej możliwości, bo po 8. 31-27 11-17 9. 27-22 18x27 10. 32x21 16x27 11. 37-31 26x37 12. 42x11 6x17 pozycja czarnych jest wyraźnie lepsza. Czarne zagrały:

7... 11-17 8. 44-39 7-11 9. 39-33 21-27 10. 32x21 17x26

Lepsze było 10... 16x27 11. 31x22 18x27 z przewagą czarnych.

11. 37-32 26x37 12. 42x31 15-20

Wykorzystując przewagę temp u białych, czarne zmierzają do klasyki, co jest decyzją po części tylko uzasadnioną, dlatego że przeciążone długie skrzydło będzie przyczyną trudności w dalszej grze. Lepsze było proste 12... 19-23 13. 28x19 14x23.

13. 50-44 20-24 14. 47-42 18-23 15. 30-25!

To zagranie było konieczne w celu przygotowania wyprowadzenia pionka z 46. Na 15. 46-41 czarne przygotowały 24-29 16. 33x24 13-18 17. 24x22 12-17 18. 28x19 17x46

15... 12-18 16. 44-39 10-15 17. 31-27 14-20 18. 25x14 9x20 19. 46-41 5-10 20. 41-37 10-14?

To zagranie umożliwia białym przejęcie inicjatywy.

21. 39-34! 4-9 22. 37-31 8-12 23. 34-29 23x34 24. 40x29

Długie skrzydło jest blokowane i konieczna jest wymiana pionka z 29, jednak w taki sposób, żeby zachować aktywność na długim skrzydle. W tym celu należało zagrać 24... 2-7 i 25... 18-23.

24... 20-25? 25. 29x20 15x24

Brak możliwości ustawienia kolumny 15-24 znacznie utrudni grę czarnym.

26. 43-39 2-8 27. 49-44 18-23?

Przechodząc do klasyki, czarne znacznie ograniczyły swoje szanse na chociażby częściowe zniwelowanie pozycyjnej przewagi białych. Konieczne było 27... 11-17, bo nie dopuszczało do 28. 44-40 i prowadziło do silnego ataku czarnych na krótkie skrzydło białych. 28... 24-29 29. 33x24 19x30 30. 35x24 18-22 31. 27x7 8-12 32. 7x18 13x35 33. 24-20 14-19 34. 20-15 9-14 i następnie 35... 3-9, 36... 9-13. Po 28. 27-22 18x27 29. 31x11 6x17 przewaga białych nie byłaby już tak duża, a po 28. 31-26 17-21 29. 26x17 12x21 jest możliwość uruchomienia pionka z 6.

 28. 44-40 12-18?

W dalszym ciągu lepsze było 28... 11-17.

29. 42-37 8-12 30. 39-34!

Białe, mając możliwość wygrania pionka, stawiają przeciwnika przed trudną decyzją.

30... 23-29?

Nieco lepszym wyborem było podwieszenie pionka na 20.

31. 34x23 18x29

Czarny pionek na terytorium białych nie jest do obrony bez dalszych negatywnych skutków dla pozycyjnej gry czarnych.

32. 48-43 12-18 33. 27-22! 18x27 34. 32x21 16x27 35. 31x22 3-8 36. 37-32 8-12 37. 43-39 11-17 38. 22x11 6x17 39. 32-27 14-20 40. 40-34 29x40 41. 45x34 12-18 42. 27-22 18x27 43. 28-23 19x28 44. 33x11

I czarne poddały się.

Jan Sekuła

 

aaa

 

kultura

W świętej ziemi

„Wyrusz w podróż, która burzy stereotypy, wsłuchaj się w głosy mieszkańców współczesnej Wieży Babel, poznaj różnorodność – prawdziwe bogactwo Ziemi Świętej” – woła do nas okładka książki „Święta ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny”, napisanej przez dziennikarza radiowej Trójki Marcina Gutowskiego. W okolicach świąt Bożego Narodzenia z pewnością warto ulec tej namowie i wybrać się w podróż, która przybliży nam ten tak ważny dla katolików rejon.

Mocną stroną „Świętej ziemi” są barwne opisy osiedli, ulic czy bazarów Izraela i Palestyny oraz odtworzenie wielu – często bardzo wzruszających – ludzkich historii. Ale dla mnie ta książka to przede wszystkim zapis dialogu; rozmowy z prawdziwego zdarzenia; takiej, która nigdy nie będzie miała miejsca w rzeczywistości. Gutowski oddał bowiem głos przedstawicielom różnych religii, narodowości, poglądów, frakcji politycznych. Wypowiadają się tu i ultraortodoksyjni Żydzi, i hebrajskojęzyczni chrześcijanie, i pokojowo nastawieni Arabowie, i wielu innych mieszkańców Ziemi Świętej. Każdy bohater ma coś ważnego do powiedzenia. Każdy ma swoją rację. Każdy różnymi sposobami walczy o „ten najbardziej pożądany kawałek pustyni”, a tak naprawdę: o zachowanie własnej tożsamości, odrębności, o równość, tolerancję i poszanowanie swoich praw. 

Czy w tym ogromnym kulturowym i religijnym tyglu ludzie mogą współistnieć bez konfliktów? Czy to w ogóle możliwe? Jak mają się porozumieć, jeśli wierzą w zupełnie co innego? „Tu ciągle jest napięta atmosfera i nigdy nie wiadomo, co komu może strzelić do głowy” – mówi jeden z bohaterów reportażu.

A jednak w wielu wypowiedziach cytowanych w książce widać chęć dialogu, wielu marzy o porozumieniu, by zacząć wreszcie normalnie żyć. Pięknie mówi o tym Basim Tamimi, palestyński nauczyciel: „Jeśli zaakceptujemy jedni drugich, nazwa tego państwa nie będzie miała znaczenia. Ziemia, nawet najświętsza, nie jest tak ważna jak ludzkie istnienie i wzajemny szacunek”. Podobnie wypowiada się Mohammed Dadżani, politolog i wykładowca stosunków międzynarodowych z Uniwersytetu Al-Kuds w Jerozolimie: „Musimy się nawzajem na siebie zgodzić. Nawet nie «ze sobą», ale «na siebie», na istnienie «tych innych». Jeśli to osiągniemy i spróbujemy zrozumieć, o co nam nawzajem chodzi, będziemy mogli rozmawiać o pokoju”.

Jakież te ich słowa są uniwersalne! I jak bardzo oddają ducha Bożego Narodzenia. Pokoju w sercu i wzajemnego szacunku Państwu życzę na te święta, i wielu mądrych lektur!

Barbara Zarzecka

Książka Marcina Gutowskiego „Święta ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny”, opublikowana w 2015 r. przez Wydawnictwo Znak, dostępna jest również w wersji e-booka (format mobi i epub).