stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 12 (117) Grudzień 2014

CROSS

ISSN 1427-728X

ROK XII

Nr 12 (117)

Grudzień 2014 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,
666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

 

Miesięcznik dofinansowuje

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści:

 

Historyczne wydarzenie

Lubomir Prask      

Potoczyło się złoto do Wrocławia 

Krzysztof Koc        

Wiadomości

Moje szachowe olimpiady 

M. Dębowska

Czekając na świętowanie

AMA 

W krainie szamanów 

Monika Dubiel      

Odmieńcy

(BWO)        

Zrzuć zbędne kilogramy 

Krzysztof Koc        

Gramy w szachy 

Ryszard Bernard   

Gramy w warcaby 

Jan Sekuła

W jakich szkoleniach chciałbyś uczestniczyć?        

 

aaa

 

Drodzy Czytelnicy, 

jemioła to roślina magiczna. Zebrana w dniu zimowego przesilenia i powieszona pod sufitem staje się talizmanem emanującym dobrą energią. Pocałunek, przytulenie, uścisk dłoni – w przedziwny sposób to pod nią gromadzą się bliscy, godzą zwaśnieni, spotykają zakochani. W ten świąteczny czas staje się sercem naszego świata, naszych domów. Niech i Wasze domy napełnią się ciepłem i wyjątkową atmosferą Bożego Narodzenia. Cudownych świąt życzy

Redakcja

 

aaa

 

showdown

 

Historyczne wydarzenie  

Dwunastu mężczyzn i dwanaście kobiet z najwyższym europejskim rankingiem IBSA rywalizuje co roku o miano „the best of” – najlepszego zawodnika lub zawodniczki showdown. Mimo że nie idą za tym żadne tytuły, w środowisku niewidomych graczy turniej ten uznawany jest za najcięższy i najsprawiedliwszy ze wszystkich. Po raz pierwszy w sportowej historii jego organizatorem została Polska. Od 6 do 9 listopada 2014 r. we Wrocławiu rozegrano prestiżowy VI European Top Twelve (ETT).

Formuła zawodów przewiduje grę każdy z każdym w meczach do trzech wygranych setów. Podczas innych turniejów niemożliwe jest skonfrontowanie wszystkich zawodników. Rozgrywki odbywają się w grupach, potem następuje faza pucharowa. Na tym etapie przegrany nie awansuje do gry o najwyższe miejsca. Punktacja jest również inna. Przeważnie na pozostałych zawodach gra się do dwóch wygranych setów i za zwycięstwo 2:0 gracz otrzymuje 4 punkty. Za wygraną 2:1 triumfujący dostaje 3 punkty, a przegrany 1. Tak więc można nie wygrać żadnego meczu i zdobyć punkty. W ETT bez względu na wynik zwycięzca otrzymuje 1 punkt, a przegrany 0. Tu każde spotkanie jest swoistym finałem. Tak naprawdę pewnym zwycięstwa jest tylko ten, kto nie przegra żadnego meczu lub ewentualnie zaliczy jedną porażkę.

Wszelkimi możliwymi środkami transportu zjechali do Wrocławia najlepsi z najlepszych z całej Europy – zarówno zawodnicy, jak i sędziowie. Ogółem na turniej przybyło 50 reprezentantów – zawodników i sędziów z 11 krajów (Czechy, Dania, Finlandia, Francja, Holandia, Niemcy, Polska, Słowacja, Słowenia, Szwecja, Włochy). Polska wystawiła silny skład: Elżbieta Mielczarek (przed zawodami zajmowała 1. miejsce w rankingu IBSA i już dwukrotnie wygrała turniej – w 2012 w Szwecji z dziką kartą i w 2013 r. we Włoszech), Adrian Słoninka (7. pozycja w rankingu IBSA, pierwszy raz na ETT) i Łukasz Byczkowski (start z dziką kartą z 15. miejsca, również po raz pierwszy na turnieju). Pojawili się byli i aktualni mistrzowie świata i Europy. Pretendentów do zwycięstwa w każdej grupie było co najmniej ośmiu, a tak naprawdę – każdy mógł sięgnąć po wygraną.

Na turnieju w Polsce pierwszą niespodzianką dla wszystkich były nowe bramki pomysłu trenera i sędziego Bogdana Micorka z Wrocławia. Od dawna poszukiwano takiego rozwiązania, które po celnym uderzeniu zatrzymałoby piłkę w bramce i nie pozwoliło jej wrócić na stół. Wyniki wielu ważnych meczów zostały wypaczone przez złą konstrukcję bramki. Gra jest tak szybka, że sędzia często nie widział gola, a piłka po odbiciu się od wnętrza bramki wracała na stół i gra toczyła się dalej. Na wrocławskim turnieju zaprezentowano bardzo proste i niezbyt kosztowne rozwiązanie. Do bramki wstawiono niewielki drewniany trapez nachylony pod odpowiednim kątem do przodu. Gdy piłka w niego uderzy, zostaje skierowana prosto do siatki. Na 132 rozegrane mecze tylko raz sędzia nie był pewien, czy nie uzyskano punktu. To wielki sukces polskiego showdownu. Nad Wisłą uprawia się tę dyscyplinę dopiero od czterech lat (w tym dwa lata na arenie międzynarodowej), a na przykład Czesi obchodzili niedawno jej 35-lecie w swoim kraju!

Ceremonia otwarcia turnieju była bardzo uroczysta. Wszystkich uczestników przywitał Jerzy Bocheński z Biura Sportu i Rekreacji Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego, obecna była dyrektor Dolnośląskiego Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących we Wrocławiu Żaneta Suboczewska. Obie wymienione instytucje włączyły się w organizację tego przedsięwzięcia. Gościem specjalnym był ambasador sportu niewidomych Jose Torres, który swoją obecnością zawsze wspiera zawodników i dodaje im wiary w siebie. Po oficjalnym otwarciu goście zaproszeni zostali do obejrzenia meczu Elżbiety Mielczarek z Elvirą Sjöblom ze Szwecji – wicemistrzynią Europy z sierpnia 2014 r. Ela zagrała ten mecz koncertowo. W pierwszym secie wygrała ze Szwedką do zera, w następnym straciła tylko kilka punktów. W trzecim secie ponownie nie dała żadnych szans utytułowanej przeciwniczce. Wszyscy – łącznie z trenerem – byli zachwyceni jej grą. Równie dobrze turniej rozpoczął Adrian Słoninka. W pierwszym meczu spotkał się z Finem Juhą Oikarainenem, z którym jeszcze nigdy nie wygrał. Adrian zdominował przeciwnika od samego początku i po zaciętej grze wygrał 3:0. Jedynie Łukasz Byczkowski nie miał tyle szczęścia, zagrał trochę spięty i uległ Holendrowi Leandrowi Sachsowi 0:3. W pierwszym dniu każdy zawodnik rozegrał 6 spotkań. Ela nie przegrała żadnego meczu, Adriana pokonał tylko francuski zawodnik Matthieu Juglar, ale odnotować należy wygrany mecz przeciwko mistrzowi świata z 2013 r. i aktualnemu mistrzowi Europy Peterowi Zidarowi ze Słowenii. Jak się potem okazało, jedynie Adrian pokonał późniejszego zwycięzcę całego turnieju! Łukasz Byczkowski rozegrał się i stoczył wiele wyrównanych pojedynków, jednak żadnego z nich nie wygrał. Emocji było bardzo wiele, do tego stopnia, że mecz pomiędzy dwoma kolegami z Holandii został przerwany, doszło do przepychanek i jeden z zawodników decyzją komisji dyscyplinarnej został zdyskwalifikowany. Podobno nigdy wcześniej takie sytuacje nie miały miejsca. Jednak to jest sport i chęć zwycięstwa jest czasami tak duża, że nie każdy potrafi utrzymać nerwy na wodzy. W drugim dniu zmagań mecze były jeszcze bardziej zacięte. Spotykali się zawodnicy z coraz bardziej zbliżonym rankingiem. Ela Mielczarek ostatnie dwa mecze stoczyła ze swoimi najgroźniejszymi rywalkami. Do spotkania z Jaaną Pesari podeszła tak naładowana energią, że obdzieliłaby nią wszystkie pozostałe zawodniczki. I to ją chyba zgubiło. Przegrała 0:3. Adrian wygrywał mecz za meczem. W ostatnim spotkaniu uległ jednak Finowi Teemu Ruhonenowi 1:3, ale wyniki setów (11:9, 11:9, 9:11, 11:7) świadczą o niezwykle wyrównanej grze, którą każdy przy stanie 9:9 może wygrać. Tej sztuki dokonał jednak przeciwnik Adriana. Nie miało to już wpływu na końcowy wynik i Adrian Słoninka zajął po raz pierwszy 4. miejsce na tak silnie obsadzonym turnieju. Łukasz Byczkowski nie wygrał żadnego spotkania, ale jego pierwszy występ w tak doborowym towarzystwie sportowców można uznać za udany. Nawiązał równą walkę z wieloma zawodnikami. Wygrał set z Peterem Zidarem, a sztuka ta nie udała się wielu. O włos przegrał z Francuzem Pierrem Bertrandem 2:3.

Po 10. rundzie sytuacja w grupie kobiet i mężczyzn była klarowna i już w tym momencie wiadomo było, że tylko dwie osoby mogą wygrać zawody. Sędzia główny zadecydował, że oba mecze zostaną rozegrane po ostatniej, 11. rundzie jako finały z udziałem wszystkich innych uczestników i publiczności. W ostatnim meczu kobiet spotkały się Elżbieta Mielczarek i Hanna Vilmi z Finlandii, czterokrotna ME i wielokrotna triumfatorka innych turniejów. Ela miała możliwość po raz trzeci wygrać ETT. To spotkanie rozegrane było na najwyższym poziomie. Szybka gra, ciekawe akcje i mało błędów własnych – wszystko to sprawiło, że mecz oglądało się z zapartym tchem. Pierwszy set – wynik 11:11 – i Hanna trafia bramkę! Ela, zmotywowana, daje swojej rywalce srogą lekcję w drugim secie i wygrywa 12:3! Trzeci set trwa bardzo długo, zawodniczki już poznały swoje zagrania i trudno jest którejś zdobyć przewagę. Jednak tę konfrontację wygrywa ponownie Hanna. Jest 2:1. Ostatni set, wśród widzów cała rodzina Eli, nauczyciele ze szkoły, koledzy i koleżanki, ambasador Jose Torres. Są duże emocje. Ela znowu bardzo chce wygrać. Niestety, ulega 3:11. Hanna Vilmi zostaje zwyciężczynią całego turnieju. Porażka z Jaaną Pesari zepchnęła Elę na 3. miejsce.

Finał mężczyzn otrzymał miano „kosmicznej gry”. Piłka uderzana była piekielnie szybko, a opanowanie jej i czucie stołu w opinii wielu obserwujących było nadludzkie. Każda bramka nagradzana była gromkimi brawami. Spotkanie dwóch gladiatorów było naprawdę świetnym pokazem. Leander już od dwóch lat jest w czołówce graczy w Europie, ale to Peter Zidar po raz kolejny okazał się najlepszym zawodnikiem turnieju. Wygrał 3:2 i od 2013 r. jest niepokonany.

Cały turniej odbywał się w renomowanym hotelu „Orbis Wrocław” dzięki dofinansowaniu z Ministerstwa Sportu i Turystyki. Przygotowane pokoje, wyżywienie i sale do gry zrobiły na gościach duże wrażenie. Wszyscy byli zachwyceni miejscem i komplementowali organizację zawodów. Przebieg rywalizacji pilnie obserwował prezydent komisji showdown przy IBSA Krister Olenmo ze Szwecji. Nad pracą sędziów czuwał szef komisji sędziów przy IBSA Stefan Wimmer z Niemiec. Koordynatorem imprezy był Lubomir Prask, który zebrał ogromną ilość pozytywnych opinii o organizacji i atmosferze, jaką udało się stworzyć na tak prestiżowym turnieju. Może turniej w tej formule zagości na dłużej w Polsce? Kto wie. W przyszłym roku cały świat sportu spotka się na IBSA World Games w Korei Południowej (Seul, 8-18.05.2015 r.). Showdown jest jedną z wielu dyscyplin, które będą tam rozgrywane. Mamy ogromną nadzieję, że pojadą tam polscy gracze, tym bardziej że będą to równocześnie mistrzostwa świata
w showdown.

European Top Twelve

6-9.11.2014 r., Wrocław

Kobiety

1. Hanna Vilmi (Finlandia)

2. Jaana Pesari (Finlandia)

3. Elżbieta Mielczarek (Polska)

4. Sanja Kos (Słowenia)

5. Tanja Oraníc (Słowenia)

6. Heidi Torn (Finlandia)

7. Nicky Corstanje (Holandia)

8. Helena Krivácková (Czechy)

9. Mariah Sethsen (Szwecja)

10. Helma van der Boom (Holandia)

11. Emanuela Pontiroli (Włochy)

12. Elvira Sjöblom (Szwecja)

Mężczyźni

1. Peter Zidar (Słowenia)

2. Leander Sachs (Holandia)

3. Matthieu Juglar (Francja)

4. Adrian Słoninka (Polska)

5. Ari Lahtinen (Finlandia)

6. Teemu Ruhonen (Finlandia)

7. Domenico Leo (Włochy)

8. Juha Oikarainen (Finlandia)

9. Luigi Abate             (Włochy)

10. Pierre Bertrand (Francja)

11. Łukasz Byczkowski (Polska)

12. Sven van de Wege (Holandia) 

Lubomir Prask

 

aaa

 

goalball

 

Potoczyło się złoto do Wrocławia

Goalball to świetny sport dla niewidomej młodzieży. Kształtuje orientację przestrzenną, zręczność, koordynację ruchową, ćwiczy zmysł słuchu (lokalizacja źródła dźwięku). Rozwija również ważne w sporcie cechy, jak siła i wytrzymałość, uczy odpowiedzialności zespołowej i skłania do systematycznej aktywności fizycznej. Pozwala przeżyć wiele wspaniałych chwil i doznać niezwykłych emocji.  

Powoli staje się tradycją, że wczesną jesienią pod Warszawą organizowany jest międzynarodowy turniej goalballu. Gospodarzem imprezy jest ośrodek szkolno-wychowawczy w Laskach, a organizatorem – Uczniowski Klub Sportowy „Laski”. Już czwarty rok z rzędu pod koniec października zjeżdżają tam teamy młodych sportowców nie tylko z Polski. W poprzednim roku było bardzo ciekawie: minimalne różnice punktowe w pierwszej trójce turnieju, pełna dramaturgii ostatnia potyczka, w której Katowice wygrały z Laskami, i trzecie miejsce gości z Budapesztu – wszystko to zapewniło wiele emocji.

W tym roku rangę imprezy podniosła liczniejsza niż dotychczas międzynarodowa obsada. Udział polskich i zagranicznych drużyn wpłynął na jakość rywalizacji i pozwolił zdobyć cenne doświadczenia. Stał się również szansą na promocję regionu i pokazanie, że opowieści o polskiej gościnności nie są przesadzone. Po raz kolejny przyjechała dobrze nam znana ekipa z Budapesztu, która ma już w swoim dorobku zwycięstwo w turnieju. Przybyli także sympatyczni Rumuni z Cluj oraz Niemcy z zaprzyjaźnionego ośrodka w Chemnitz. Polskę reprezentowała drużyna gospodarzy oraz jedna z najmocniejszych młodzieżowych drużyn w Polsce – ekipa z Wrocławia, która wystawiła dwie drużyny. Rywalizacja zapowiadała się niezwykle emocjonująco.

Nie obyło się jednak bez niepokojów. W przeddzień zawodów do organizatorów dotarła informacja, że bus, którym jechali wrocławianie, uległ awarii. Zawodnicy długo czekali na transport zastępczy, który zabrał ich z powrotem do stolicy Dolnego Śląska. Wydawało się, że już nie dotrą na zawody, lecz oni pokazali sportowy charakter: jechali całą noc własnymi samochodami i zdążyli na turniej w ostatniej chwili.

Do południa 18 października na sali gimnastycznej w pobliskim Izabelinie trwały gry eliminacyjne. Zawodnicy Lasek niespodziewanie przegrali mecz otwarcia z mniej doświadczoną drużyną z Cluj. Pojedynek ten zadecydował , że gospodarze nie awansowali do strefy medalowej. Młodym, wprowadzonym niedawno do drużyny zawodnikom zabrakło obycia, ale właśnie po to są takie turnieje, by mogli zdobywać cenne doświadczenie. Dobrą dyspozycję pokazały od razu zespoły z Wrocławia i Budapesztu, które wiodły prym w swoich grupach.

Pomiędzy spotkaniami juniorów swoje mecze rozegrali najmłodsi z Lasek i Lublina – zawodnicy do lat 13. Dla większości z nich były to pierwsze zawody w życiu. Pierwszy mecz wygrał Lublin, ale w rewanżu zwycięstwo wywalczył najmłodszy zespół na turnieju – drużyna Lasek.

Drużyny Wrocławia i Budapesztu wygrały wszystkie mecze i awansowały do finału. W pojedynku o 5. miejsce zawodnicy UKS „Laski” zwyciężyli Niemców różnicą 10 goli i pokazali, że stać ich na bardzo dobrą grę. Mecz o 3. miejsce pewnie wygrał zespół Wrocławia II, który w końcówce wykazał więcej determinacji i pokonał Cluj. Najbardziej wyrównanym meczem turnieju – godnym finału – był pojedynek Wrocławia I i Budapesztu. Żadna ze stron nie uzyskała wysokiej przewagi i w końcówce długo utrzymywał się remis. Kiedy kibice czekali już na dogrywkę, trener Wrocławia wziął czas na 5 sekund przed końcem i przygotował niesamowitą akcję. Zaryzykowali w ostatnim rzucie i zawodnik posłał piłkę skaczącą, tzw. kaczkę, której drugi kozioł spadł tuż przed linią ataku przeciwnika. Gdyby piłka dotknęła tej linii, rzut karny należałby się rywalom. Następnie piłka przeskoczyła przez interweniującego obrońcę i wpadła do bramki. Koniec meczu oznaczał ogromną radość dla wrocławian. Mimo całej nocy w podróży podopieczni Wacława Falkowskiego zdobyli złote i brązowe medale i pokazali wspaniałą determinację. Węgrzy do Budapesztu wrócili ze srebrem i w ten sposób skompletowali cały zestaw medali: złoto sprzed trzech lat i brąz sprzed roku.

Laski pokazały się z dobrej strony jako gospodarz turnieju. Drużyny chwaliły dobrą organizację, smaczne jedzenie, gościnność i pozytywną atmosferę podczas całej imprezy.

 

Międzynarodowy turniej młodzieży w goalballu

18.10.2014 r., Laski

Grupa A

1. Cluj

2. Laski

3. Wrocław I

Grupa B

1. Budapeszt

2. Chemnitz

3. Wrocław II

Mecze eliminacyjne: 

1. Cluj – Laski 10:6 

2. Budapeszt – Chemnitz 14:10 

3. Wrocław  I – Cluj 12:4 

4. Wrocław II – Budapeszt 1:6 

5. Lublin – Laski U-13 10:4 

6. Laski – Wrocław  I  2:6 

7. Chemnitz – Wrocław II 6:10

Grupa A

1. Wrocław I 6 p. (18:6 +12)

2. Cluj (3 p. (14:18 – 4)

3. Laski 0 p. (8:16 – 8)

Grupa B

1. Budapeszt 6 p. (20:11 + 9)

2. Wrocław II 3 p. (11:12 – 1)

3. Chemnitz 0 p. (16:24 – 8)

Półfinał 1

1. Wrocław I – Wrocław II 13:9

Półfinał 2

1. Budapeszt – Cluj 8:4

2. Laski – Lublin U-13 7:4

Mecz o 5. miejsce

1. Laski – Chemnitz A3 – B3 15:5

Mecz o 3. miejsce

1. Cluj – Wrocław II 6:9

Mecz o 1. miejsce

1. Budapeszt – Wrocław I 4:5

Klasyfikacja końcowa:

Młodzicy (U13)

1. Lublin 3 p. (14:11 +3)

2. Laski 3 p. (11:14 – 3)

Juniorzy

1. Wrocław I

2. Budapeszt

3. Wrocław II

4. Cluj

5. Laski

6. Chemnitz 

Krzysztof Koc

 

aaa

 

wiadomości

 

Bowling

Dziesiąty Puchar Niepodległości

W dyscyplinach kręglarskich 2014 rok przyniósł sporo turniejów jubileuszowych. Puchar Niepodległości, organizowany przez klub „Hetman” z Lublina, zalicza się do imprez o najdłuższej tradycji, organizowanych przez sekcje kręglarskie klubów Stowarzyszenia „Cross”.

W minionej dekadzie co roku spotykaliśmy się na zawodach z koordynatorem Michałem Czarskim. Od zamiaru przeprowadzenia zawodów bowlingowych nie mógł odwieść go nawet brak odpowiedniego obiektu sportowego. Niestety, wojewódzki i akademicki Lublin w dalszym ciągu nie posiada kręgielni. Odwieczny problem udało się rozwiązać w ubiegłym roku, organizując turniej w innym, odległym mieście. Podobnie stało się i teraz. 76 zawodników z 15 klubów ściągnęło powtórnie do Rzeszowa, gdzie zapewniono warunki godne obchodzonego dziesięciolecia.

Miejsce rozgrywek spełniło oczekiwania zawodników – dojazd był łatwy, a maszyny na kręgielni tylko z rzadka się zacinały. Nieco więcej trudności sprawiało jednak uczestnikom smarowanie torów. Sędzia główny, gospodarz tych ziem – Piotr Sęk – niespodziewanie, aby uatrakcyjnić zawody, zadysponował bardzo długie smarowanie. Nasi zawodnicy nieczęsto mają okazję grać na długości 45 stóp, więc niektórzy musieli sporo czasu stracić, by znaleźć odpowiednią linię rzutu. Nie pomogły tu nawet kule rotacyjne, wręcz przeciwnie – przy ich użyciu striki nie chciały spadać.

Z tego względu nie padły rekordowe rezultaty. Tylko jeden wynik przekroczył granicę 1000 punktów, a udało się to Zbigniewowi Strzeleckiemu z „Karolinki” Chorzów. Bliska tego osiągnięcia była Honorata Borawa z „Łuczniczki” Bydgoszcz, która zagrała 997 p. Obydwoje wygrali w swoich kategoriach B3, a także jako jedyni uzyskali wynik z jednej gry powyżej 200. W tej grupie zawodniczka z klubu gospodarzy Emilia Sawiniec zajęła drugą lokatę, ale z wysokim wynikiem 942 p., który został dostrzeżony i wyróżniony przez sędziego głównego podczas dekoracji. Niespodzianką i wielkim powodem do świętowania było dla Piotra Dyndy z „Podkarpacia” Przemyśl pierwsze miejsce w kat. B2. W B2 kobiet już bez zaskoczeń – na podium faworytki ze zwyciężczynią Danutą Odulińską z „Moreny” Iława na czele.

Podobnie jak w poprzednich turniejach, wśród zawodników całkowicie niewidomych królowali aktualni mistrzowie Polski. Mariola Maćkowiak („Łuczniczka” Bydgoszcz) i Zdzisław Koziej („Hetman” Lublin) zagrali odpowiednio 742 i 782 p. To bardzo dobre rezultaty jak na kategorię B1, tym bardziej że ich konkurenci uzyskali o kilkaset punktów mniej. Cieszy zwłaszcza kolejny wynik Marioli, która z uwagi na kontuzję nie mogła uczestniczyć w mistrzostwach Europy w Pradze. Jej utrzymująca się forma jest niewątpliwie dobrym prognostykiem przed MŚ w Seulu w 2015 r. Z takimi rezultatami będzie silną zawodniczką naszej reprezentacji, również z dużą szansą na medal indywidualny.

Po skończonej trudnej rywalizacji na torach, przyszedł czas na uroczyste zakończenie. Było ono równie miłe dla tych spełnionych sportowo, jak i zawiedzionych. Michał Czarski, koordynator zawodów, oprawą zakończenia, nagrodami i upominkami zachwycił wszystkich. Żaden z uczestników nie wyjechał z imprezy z pustymi rękami. Prezes „Hetmana” gratulował zwycięzcom i dziękował za uczestnictwo w zawodach. I my dziękujemy za całe serce wkładane w organizację kręglarskich spotkań oraz gratulujemy pięknego jubileuszu.

X Puchar Niepodległości w Bowlingu

9-11.11.2014 r., Rzeszów

Kobiety

B1

1. Mariola Maćkowiak („Łuczniczka” Bydgoszcz) 742 p.

2. Anna Maciąg     („Hetman” Lublin) 465 p.

3. Jolanta Nowacka („Cross Opole”) 416 p.

B2

1. Danuta Odulińska („Morena” Iława) 840 p.

2. Jadwiga Dudek („Pionek” Włocławek) 831 p.

3. Mirosława Malcherek („Łuczniczka” Bydgoszcz) 807 p.

B3

1. Honorata Borawa („Łuczniczka” Bydgoszcz) 997 p.

2. Emilia Sawiniec („Hetman” Lublin) 942 p.

3. Jolanta Krok-Sabaj     („Podkarpacie” Przemyśl) 878 p.

Mężczyźni

B1

1. Zdzisław Koziej („Hetman” Lublin) 782 p.

2. Krzysztof Tarkowski („Hetman” Lublin) 609 p.

3. Tomasz Borkowski („Ikar” Lublin) 601 p.

B2

1. Piotr Dynda („Podkarpacie” Przemyśl) 924 p.

2. Janusz Jeleń („Morena” Iława) 922 p.

3. Edward Wójcik („Hetman” Lublin) 915 p.

B3

1. Zbigniew Strzelecki     („Karolinka” Chorzów) 1007 p.

2. Grzegorz Kanikuła („Hetman” Lublin) 972 p.

3. Kazimierz Matusiewicz („Cross Opole”) 950 p.

Piotr Dudek

 

Biegi

Biegiem dla Niepodległej!

W wielu miejscach Polski już od lat odbywają się biegi organizowane z okazji obchodów Święta Niepodległości. Na biegowej mapie pojawiają się nowe imprezy, w tym roku na przykład w Łodzi, Jeleniej Górze, Krakowie, Skawinie, Zakopanem. Każdy znajdzie coś w pobliżu swojego miejsca zamieszkania – do wyboru, do koloru. Organizatorzy wpadają na coraz to nowe pomysły, żeby uatrakcyjnić wydarzenie, nadać mu wyjątkowy, narodowy charakter. Przygotowują specjalne pamiątkowe medale, koszulki w barwach narodowych, ozdabiają trasę biegu, rozstawiają punkty malowania twarzy itp.

My, zawodnicy sekcji biegowych crossowskich klubów, startowaliśmy w tym roku w różnych zakątkach Polski. Jeszcze kilka lat temu spotykaliśmy się wszyscy w Warszawie, bo listopadowa impreza zamykała listę naszych startów ujętych w kalendarzu Stowarzyszenia „Cross”. Finanse zdecydowały jednak, że od kilku lat już tak nie jest. A kiedyś był czas, żeby po biegu, przy wspólnym posiłku, podsumować mijający sezon. Trochę szkoda.

W tym roku 11 listopada pogoda w Polsce była przychylna. Ciepło jak na tę porę roku, sucho, bezwietrznie, chwilami pokazywało się słońce. To zawsze sprzyja ulicznym imprezom.

W Warszawie bieg zaczyna się o 11.11. Dystans – 10 kilometrów. Zawodnicy zajmują wyznaczone sektory i startują co kilka minut, żeby nie było zbyt tłoczno w czasie biegu. Wśród kilkunastu tysięcy uczestników biegacze z „Syrenki” Warszawa: niewidomi Grzegorz Powałka i Mariusz Zacheja, wspierani przez przewodniczki Olę Karaś i Danutę Kosson, słabowidzący – Wiesław Miech, Jacek Ziółkowski, Piotr Jankowski i dwa „Groszki” (dla ścisłości ojciec i syn) Henryk i Marek Groszkowscy, którzy uprawiają kolarstwo, a od święta startują w biegach. Na specjalne wyróżnienie zasługują dwaj weterani warszawskiego klubu: Zygmunt Grzelak (rocznik 1932!) i Jan Michalik (1944). Nie startują już w innych biegach, ale 11 listopada robią wyjątek. O czas nie walczą – ten jest wartością względną. Panowie, czapki z głów przed wami! W chwili startu pięknie prezentuje się „żywa flaga”, utworzona z biegaczy ubranych w białe i czerwone koszulki. Wzdłuż trasy sporo kibiców dopinguje żywiołowo. Na mecie zwycięzcy dostają okolicznościowe pierścienie, a wszyscy zawodnicy – pamiątkowe medale.

W Turku biegał Patryk Łukaszewski z „Syrenki” Warszawa, w Łodzi Piotr Szymczak z klubu „Omega” Łódź. Ich dystans to 10 kilometrów. W Czeladzi na 5 kilometrów biegł Stanisław Seniuk z „Karolinki” Chorzów, a w Gdyni Krzysztof Badowski z „Łuczniczki” Bydgoszcz i Mariusz Gołąbek, zawodnik „Jantaru” Gdańsk. Na Wybrzeżu frekwencja była wysoka, ponad siedem tysięcy osób na trasie. Sygnał do startu dał tradycyjnie ORP „Błyskawica”, najstarszy na świecie okręt wojenny typu niszczyciel, obecnie statek muzeum. Wielu zawodników także tutaj ubrało się w biało-czerwone barwy, zadbało o narodowe akcenty (flagi, opaski, koszulki, peruki, pomalowane twarze, nawet skrzydła husarskie).

Serce rośnie, kiedy pomyśli się, że podążamy tak razem do mety. Uśmiechnięci, zadowoleni, w różnych miastach, mijamy kolejne ulice, zabytki, ciekawe miejsca. I tworzymy historię – najnowszą historię biegów masowych w wolnym kraju. Pozostaje tylko pogratulować udziału w tak pięknych zawodach! Zawodnikom ze Stowarzyszenia „Cross” gratuluję udanego sezonu. Najlepszym – zdobytych tytułów i obronionych miejsc na pudle. Innym – podjęcia walki i rywalizacji! Zaś wszystkim składam serdeczne życzenia świąteczno-noworoczne: zdrowia, uśmiechu i pięknych dni.

Mariusz Gołąbek

 

Goalball

Młodzi mistrzowie

Na rozgrywanych w połowie listopada w Lublinie mistrzostwach Polski juniorów i młodzików w goalballu pojawiły się reprezentacje ośrodków szkolno-wychowawczych z Lublina, Wrocławia, Katowic i Lasek. Ekipy wystawiły w sumie 10 drużyn rywalizujących w różnych kategoriach. Po wycofaniu się zawodniczek Lublina rozegrano dwumecz pomiędzy goalballistkami z Lasek i Wrocławia. W obu pojedynkach zwyciężyły dziewczęta reprezentujące Laski. W kategorii młodzików do lat 13, po dwóch zwycięstwach i remisie, pierwsze miejsce również zdobył UKS „Laski”, który wyprzedził ostatecznie dwie drużyny z Lublina oraz reprezentację Wrocławia. W kategorii juniorów do lat 21 był jeden faworyt – zespół, który niedawno zwyciężył na międzynarodowym turnieju goalballu w Laskach – reprezentacja Wrocławia. Wygrali wszystkie mecze i zajęli pierwsze miejsce. Dużą niespodzianką w tej kategorii wiekowej było drugie miejsce Lasek. Kiedy z powodu kontuzji zabrakło w zespole dwóch podstawowych graczy, występ na zawodach stanął pod znakiem zapytania. Jednak zmiennicy spisali się na medal – i to srebrny. Ostatecznie wyprzedzili zespół Katowic i Wrocławia II. Rywalizacja przebiegała w duchu fair play. Zawody pozwoliły zaprzyjaźnić się zawodnikom z różnych ośrodków, co pokazuje, że sport przede wszystkim łączy ludzi. Szczególnie rywalizacja zespołowa, jaką jest goalball – gra stworzona z myślą o osobach niewidomych i słabowidzących.

Mistrzostwa Polski do lat 21 w goalballu

14-16.11.2014 r., Lublin

Kategoria dziewcząt (mecz i rewanż)

Laski – Wrocław 9:5

Wrocław – Laski 10:13

Tabela końcowa

1. Laski 22:15 (6 p.)

2. Wrocław  15:22 (0 p.)

Król strzelców: Aneta Wyrozębska (Laski) – 12 bramek

Najlepszy obrońca: Maja Sobiech (Laski)

Najwszechstronniejszy zawodnik: Karolina Zajk (Laski)

Kategoria młodzików 

Lublin I – Laski 7:9

Wrocław – Lublin II 15:8

Wrocław – Laski 7:11

Lublin I – Lublin II 10:0

Laski – Lublin II 5:5

Lublin I – Wrocław 6:2

Tabela końcowa 

1. Laski 25:19 (7 p.)

2. Lublin I 23:11 (6 p.)

3. Wrocław 24:25 (3 p.)

4. Lublin II 13:30 (1 p.)

Król strzelców: Mariusz Czerwiński (Laski) – 23 bramki

Najlepszy obrońca: Wiktor Wójcik (Lublin)

Najwszechstronniejszy zawodnik: Mariusz Czerwiński (Laski)

Kategoria juniorów 

Wrocław I – Wrocław II 13:3

Katowice – Laski 9:11

Wrocław I – Laski 10:4

Wrocław II – Katowice 2:12

Laski – Wrocław II 11:1

Katowice – Wrocław I 4:12

Tabela końcowa 

1. Wrocław I 35:11 (9 p.)

2. Laski 26:20 (6 p.)

3. Katowice 25:25 (3 p.)

4. Wrocław II 6:36 (0 p.)

Król strzelców: Marcin Lubczyk (Wrocław I) – 17 bramek

Najlepszy obrońca: Kamil Czachara (Wrocław I)

Najwszechstronniejszy zawodnik: Krystian Kisiel (Laski)  

Krzysztof Koc

 

Showdown

Za chwilę mistrzostwa

W piątek 14 listopada br. do Wrocławia przyjechało 32 zawodników z Polski południowej uprawiających showdown, aby walczyć o awans do finałów mistrzostw Polski. W tym roku, zgodnie z zapisami regulaminu MP, o tytuł będzie walczyć 16 mężczyzn i 12 kobiet. Finaliści poprzednich mistrzostw – 6 mężczyzn i 4 kobiety – mieli zapewniony start w turnieju bez eliminacji. W obu półfinałach (Wrocław i Bydgoszcz) należało więc wyłonić 10 mężczyzn i 8 kobiet. Ze względu na brak informacji o poziomie gry zgłoszonych zawodników, a nawet o ich ostatecznym udziale, skład półfinałów i ich wyniki były praktycznie nie do przewidzenia. Komisja showdown wraz z trenerem kadry postanowiła, że z każdego półfinału na pewno awansuje trzech pierwszych mężczyzn i dwie najlepsze kobiety. Pozostałe miejsca przydzielone zostały po zaopiniowaniu przez trenera kadry, który bacznie obserwował wszystkich zawodników na obu turniejach. Rozwiązanie to wydawało się najlepszą drogą do wyłonienia faktycznie najlepszych graczy.

Uczestników – 16 mężczyzn i 16 kobiet z Chorzowa, Częstochowy, Przemyśla i Wrocławia – gościł ośrodek szkolno-wychowawczy dla niewidomych we Wrocławiu. Turniej był długi i wyczerpujący, bo walczono przecież o miejsca premiowane awansem do finałów MP. Na pochwałę za bardzo dobrą grę zasługują zawodniczki z Warszawy, które były bezkonkurencyjne wśród kobiet i zajęły pierwsze cztery miejsca. W rywalizacji mężczyzn najlepsi okazali się wrocławianie, kadrowicze z poprzednich lat, ale świetnie zagrali również zawodnicy z Przemyśla.

Finały już wkrótce – 5-7 grudnia we Wrocławiu. Pojedynki showdownistów rysują się bardzo interesująco.

 Półfinały mistrzostw Polski w showdown

14-16.11.2014 r., Wrocław

Kobiety 

1.   Karolina Grzegrzółka (Warszawa)

2.   Anna Borysiak (Warszawa)

3.   Patrycja Kaza  (Warszawa)

4.   Agnieszka Bardzik (Warszawa)

5.   Martyna Hołub (Wrocław)

6.   Natalia Lewandowska (Wrocław)

7.   Anna Łopacka (Wrocław)

8.   Ewa Ćwiek (Przemyśl)

9.   Jolanta Harhala (Wrocław)

10. Katarzyna Zielińska (Chorzów)

11. Agata Popławska (Warszawa)

12. Paulina Krupa (Warszawa)

13. Anna Jelonek (Chorzów)

14. Katarzyna Sielicka (Chorzów)

15. Angelika Szymonik (Chorzów)

16. Jolanta Woźniak (Częstochowa)

Mężczyźni 

1.   Tadeusz Sypień (Wrocław)

2.   Grzegorz Modrzyński (Wrocław)

3.   Grzegorz Szydło (Przemyśl)

4.   Tomasz Winkler (Wrocław)

5.   Przemysław Knaź (Przemyśl)

6.   Wojciech Łuc (Przemyśl)

7.   Daniel Kuźniar (Przemyśl)

8.   Sławomir Cywka (Chorzów)

9.   Kacper Litwin (Chorzów)

10. Szymon Skąpski (Wrocław)

11. Wojciech Woźniak (Częstochowa)

12. Dominik Sączek (Chorzów)

13. Łukasz Stanik (Chorzów)

14. Robert Sobczyk (Częstochowa)

15. Przemysław Szynkolewski (Chorzów)

16. Grzegorz Król (Chorzów)

 

Szachy

Szachowy ćwierćfinał w Tucholi

Szachiści, którzy na początku listopada tego roku nie posiadali co najmniej 1700 punktów rankingowych ELO, a chcieli wziąć udział w półfinale przyszłorocznych mistrzostw Polski, mieli szansę walczyć w ćwierćfinale w Tucholi o cztery premiowane awansem miejsca. Ćwierćfinałowe rozgrywki odbyły się w dniach od 9 do 16 listopada. Grano systemem szwajcarskim, na dystansie 7 rund, tempem półtorej godziny na partię dla zawodnika. Zawody sędziował Ulrich Jahr z Bydgoszczy.

Turniej wygrał Grzegorz Bzowski z „Jutrzenki” Dąbrowa Górnicza, uzyskując 5,5 punktu. On też jest pierwszym awansującym do półfinałów. Kolejni trzej to: Jerzy Jagiełło z warszawskiej „Syrenki” oraz Edward Skiera i Bogusław Kaczorowski z „Łuczniczki” Bydgoszcz.

Ćwierćfinał mistrzostw Polski w szachach

9-16.11.2014 r., Tuchola

1. Grzegorz Bzowski („Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza) 5,5 p.

2. Jerzy Jagiełło („Syrenka” Warszawa) 5 p.

3. Edward Skiera („Łuczniczka” Bydgoszcz) 4,5 p.

4. Bogusław Kaczorowski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 4,5 p.

5. Janusz Polakowski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 4 p.

6. Ryszard Lipiński („Jantar” Gdańsk) 3,5 p.

7. Krystyna Perszewska („Jantar” Gdańsk) 3,5 p.

8. Józef Korycki („Lajkonik” Kraków) 3,5 p.

9. Lesław Woźniak („Jantar” Gdańsk) 3,5 p.

10. Adolf Jagiełło („Jantar” Gdańsk) 3,5 p.

 

Warcaby

Ćwierćfinał w Tucholi

W dniach 17-23 listopada 2014 roku w Tucholi rozegrany został ćwierćfinałowy turniej XIX Indywidualnych Mistrzostw Polski Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach Stupolowych.

Jeszcze w ubiegłym roku wszyscy warcabiści z III kategorią mieli zagwarantowany udział w półfinale MP. Obecnie przywilej ten przysługuje jedynie zawodnikom z co najmniej II kategorią. Pozostali muszą rozpoczynać rywalizację od pierwszego szczebla eliminacji, ale dzięki temu znacznie wzrosła ranga i poziom ćwierćfinału.

Tegoroczny zgromadził na starcie przedstawicieli 12 klubów. Wśród 31uczestników było 6 kobiet. Dziesięcioro zawodników posiadało III kategorię i oni właśnie zaliczani byli do faworytów turnieju. Walczono o 6 przepustek do przyszłorocznego półfinału. Kolejne cztery osoby uzyskiwały status rezerwowych.

Turniej rozegrano na dystansie 9 rund z tempem 90 minut.

Od początku ton rywalizacji nadawali główni pretendenci do awansu: Jan Miecznikowski, Tadeusz Gryglewicz, Józef Wyrzykowski i Leszek Żygowski. Faworyci nie przegrali żadnej partii i w podanej kolejności zameldowali się na mecie. Nadspodziewanie dobrze radziła sobie zawodniczka „Jantaru” Gdańsk Barbara Wentowska, która jedynej porażki doznała dopiero w przedostatniej rundzie z Żygowskim. Stawkę awansujących uzupełnił nieoczekiwanie Jan Biskupski ze „Zrywu” Słupsk – zawodnik bez kategorii i rankingu, dopiero 29. (!) na liście startowej.

XIX Indywidualne Mistrzostwa Polski Niewidomych i Słabowidzących

w Warcabach Stupolowych – ćwierćfinał

17-23.11.2014 r., Tuchola

1. Jan Miecznikowski („Atut” Nysa) 14 p.

2. Tadeusz Gryglewicz („Zryw” Słupsk) 14 p.

3. Józef Wyrzykowski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 13 p.

4. Leszek Żygowski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 13 p.

5. Barbara Wentowska („Jantar” Gdańsk) 12 p.

6. Jan Biskupski („Zryw” Słupsk) 11 p.

Status rezerwowych wywalczyli:

7. Janusz Żydek (Kielce) 11 p.

8. Jan Łuszcz („Cross Jastrzębie”) 11 p.

9. Dariusz Szafran („Zryw” Słupsk) 11 p.

10.Władysław Hudziec (Kielce) 11 p.

Normy na IV kategorię warcabową wypełnili: Kazimiera Birecka („Cross Opole”) i Jan Biskupski.

Turniej dofinansowany przez PFRON sędziował Leszek Łysakowski. Koordynatorem imprezy zorganizowanej przez Stowarzyszenie „Cross” była Ewa Sargalska.

Leszek Stefanek

 

Brydż

W poszukiwaniu szlemika

Wiele radości i satysfakcji każdemu brydżyście daje wylicytowanie, a potem zrealizowanie prawidłowego kontraktu. W dniach od 10 do 16 listopada 2014 r. w pensjonacie „Adler” w miejscowości Łajs koło Olsztyna spotkali się najlepsi niewidomi i słabowidzący brydżyści, by uczestniczyć w dwóch imprezach mistrzowskich: miksty i maksy.

Każdy z turniejów składał się z czterech sesji na zapis maksymalny. Ostra rywalizacja toczyła się do ostatnich rozdań i trzymała zawodników w napięciu. W przypadku mikstów historia zatoczyła koło i po sześciu latach ponownie mistrzami Polski zostali Alicja Pogorzelska i Wacław Morgiewicz. Natomiast w turnieju na maksy po trofea mistrzów ponownie sięgnął duet Romuald Dąbrowski i Jerzy Marszałkowski z „Atutu” Nysa.

Najlepsze pary, nagrodzone medalami oraz pucharami, mile będą wspominać piękną leśną wieś Łajs, położoną „na końcu świata”, nad jeziorem Kośno. Przegrani czekają na rewanż w przyszłym roku. 

Mistrzostwa Polski w brydżu

10-16.11.2014 r., Łajs

Miksty

1. Alicja Pogorzelska – Wacław Morgiewicz  

2. Halina Betlej – Zdzisław Betlej              

3. Halina Budziak – Dobrosław Stołowski  

Maksy

1. Jerzy Marszałkowski – Romuald Dąbrowski    

2. Andrzej Stelak – Dobrosław Stołowski

3. Zdzisław Ratajczak – Zbigniew Kozakiewicz

 

aaa

 

rozmowy

 

Moje szachowe olimpiady 

Z Ryszardem Bernardem, szachowym trenerem wielu znakomitych polskich zawodników oraz twórcą sukcesów szachistów niewidomych i słabowidzących, o jego udziale w olimpiadach szachowych FIDE rozmawia M. Dębowska.

– W tym roku minęło 20 lat od pierwszego startu szachowych drużyn – kobiecej i męskiej – reprezentujących IBCA (Międzynarodowy Związek Niewidomych Szachistów) w olimpiadach szachowych FIDE. Było to na olimpiadzie w Moskwie w 1994 roku. W sumie szachiści niewidomi i słabowidzący wzięli udział w jedenastu edycjach tej imprezy. Na większości z nich towarzyszyłeś im jako trener i kapitan drużyny. Twoja przygoda z olimpiadami FIDE rozpoczęła się jednak znacznie wcześniej.

– Pierwszą moją olimpiadą, w której wziąłem udział, była olimpiada w Dubaju w roku 1986. Było to dla mnie ogromne przeżycie. Piękna, bogata impreza. Także pierwsza i dotychczas jako jedyna zorganizowana w kraju arabskim. Łączyło się to niestety z pewnymi perturbacjami. Arabowie zgodzili się na organizację olimpiady pod warunkiem, że wykluczony z niej będzie Izrael. Aby nie stwarzać konfliktowej sytuacji, Izrael sam zrezygnował z udziału. Na znak protestu przeciwko dyskryminacji tego kraju do Dubaju nie przyjechali niektórzy czołowi arcymistrzowie.

Ale ci najważniejsi zjawili się, między innymi ekipa rosyjska z Kasparowem i Karpowem na czele.

 Przed ostatnią rundą pachniało wielką sensacją. Mimo że drużyna ówczesnego jeszcze Związku Radzieckiego była naszpikowana czołowymi światowymi zawodnikami (grali w niej także Jusupow, Cieszkowski i Waganian), przed końcową rundą była dopiero na trzecim miejscu. Na ostatnią rozgrywkę przypadła im Polska. Dla Rosjan był to mecz o pierwsze miejsce, o złoto, o wszystko. Nastrój w polskiej drużynie był bardzo bojowy. Marzyliśmy o tym, aby urwać im chociaż punkt i pozbawić złotego medalu. Rzeczywistość, niestety, okazała się przykra. Rosjanie rozgromili nas 4:0. Karpow błyskawicznie ograł Sznapika, a Waganian Kuczyńskiego. Jedynie w partiach Jusupowa z Hawełko i Schmidta z Kasparowem była jakaś walka, ale również zakończona niepomyślnie. Rosjanie wskoczyli na najwyższy stopień podium, a nasza drużyna spadła daleko w głąb tabeli.

Z Dubaju wywiozłem niezapomniane wrażenia. Mieszkaliśmy w bungalowie nad samym morzem, daleko od miasta, w pięknej okolicy. W tamtym czasie współpracowałem z Agnieszką Brustman, czołową polską szachistką, i do Dubaju pojechałem jako trener analityk narodowej reprezentacji kobiecej. Pomagałem trenerowi Ignacemu Nowakowi, który był opiekunem drużyny.

Dwa lata później, na olimpiadzie w Salonikach w Grecji, opiekę trenerską nad drużyną kobiecą sprawowaliśmy wspólnie z Jackiem Bielczykiem. Wystąpiła ona wówczas po raz ostatni w składzie, w jakim grała od wielu lat. Stanowiły ją – zależnie od olimpiady, w różnej kolejności szachownic – Hanna Ereńska, Agnieszka Brustman, Grażyna Szmacińska i Małgorzata Wiese. Ta czwórka była drużyną olimpijską od rozgrywek na Malcie w 1982 roku.

Saloniki to ogromne przeciwieństwo Dubaju. Nie podobały mi się. To brudne, nieciekawe miasto. Sama impreza też nie była specjalnie udana.

– Na kolejną olimpiadę, do Nowego Sadu w roku 1990, pojechałeś już jako samodzielny trener i kapitan kobiecej reprezentacji Polski.

– Pracowałem tam z nowymi zawodniczkami. Ze starego, wieloletniego składu naszej narodowej reprezentacji pozostała jedynie Agnieszka Brustman. Dołączyły do niej trzy debiutantki: Krystyna Dąbrowska, Bożena Sikora i Iwona Świecik.

Po Nowym Sadzie polską drużyną kobiecą opiekowałem się jeszcze dwukrotnie – w Manili na Filipinach (1992) i w Moskwie w 1994 roku.

Filipiny to kraj wielkich kontrastów, niezbyt bezpieczny. I ogromna egzotyka. W Manili trudno było wyjść na ulicę bez narażania się na zaczepki i nagabywania żebraków i ulicznych sprzedawców. Nasze zapoznanie się z obyczajami i kulturą filipińską ograniczyło się jedynie do wycieczki podczas dnia wolnego. Obwożono nas wówczas po różnych ciekawych miejscach Manili i okolic.

Ta egzotyczna olimpiada zapadła mi w pamięć także ze względu na emocje, jakie czekały nas w drodze powrotnej. Lecieliśmy z Manili do Bangkoku samolotem filipińskich linii lotniczych. Trafiliśmy na straszną burzę. Samolotem miotało w przeróżne strony. Mieliśmy obawy, że jest to nasz ostatni lot. W pewnym momencie wpadliśmy w dziurę powietrzną i polecieliśmy daleko w dół. Z wrażenia jeden z zawodników zasłabł. Wydawało mu się, że to już koniec. Na szczęście nawałnicę przetrwaliśmy i pomyślnie wylądowaliśmy w stolicy Tajlandii. Emocje były jednak ogromne. Po wyjściu z samolotu człowiek ma ochotę całować ziemię. Dalej, do Amsterdamu, lecieliśmy już bez przygód. Kilka miesięcy później przeczytałem w prasie, że filipiński samolot rozbił się między Manilą a Bangkokiem.

Rok 1994. Olimpiada w Moskwie. Po raz ostatni pojechałem tam jako trener narodowej reprezentacji kobiecej. Po raz pierwszy w olimpiadzie FIDE wzięła udział międzynarodowa reprezentacja niewidomych i słabowidzących szachistów – męska i kobieca. W ich składzie byli Polacy: Teresa Dębowska i Piotr Dukaczewski. Tak się złożyło, że w którejś rundzie kobieca drużyna Polski – pod moim kierownictwem – spotkała się z reprezentacją IBCA. Teresa Dębowska grała na trzeciej szachownicy. Zagrała z naszą zawodniczką Krystyną Dąbrowską, którą wówczas też trenowałem. Obie szachistki korzystały w czasie szkolenia z moich notatek i w partii każda z nich wyrecytowała wariant zawarty w jednym z moich „ kwitów” debiutowych. Walka była zażarta i wynik długo był niepewny. W końcu tę partię udało się wygrać Krystynie Dąbrowskiej. Zabawny moment był też na pierwszej szachownicy. Pod nieobecność pauzującej tego dnia reprezentantki IBCA Luby Żilcowej z Ukrainy zagrała na niej jej rodaczka, całkowicie niewidoma Olga Bondar. Spotkała się z naszą arcymistrzynią Agnieszką Brustman. Gra zawodników widzących z niewidomymi – jeśli ktoś nie ma w tym wprawy – jest bardzo trudna. Posunięcia trzeba przekazywać i przestawiać na swojej szachownicy. Jest to coś nowego. W dodatku deprymuje też inwalidztwo przeciwnika. Polska zawodniczka grała tę partię bardzo słabo. I choć była zdecydowaną faworytką, to ledwie ją zremisowała. Ukrainka skwitowała to zabawnym komentarzem, że u nich nie ma tak słabych arcymistrzyń. Ale wynik partii był oczywiście pochodną tego, że Agnieszka nie mogła sobie poradzić z zaistniałą sytuacją.

Kobieca drużyna IBCA jeszcze dwukrotnie zagrała z Polkami. W Stambule w 2000 roku Mieke Maeckelbergh z Belgii „urwała” pół punktu Iwecie Radziewicz, a dwa lata później w Bled Teresa Dębowska zremisowała z Beatą Kądziołką debiutującą w rozgrywkach olimpijskich.

– W Erewanie, w roku 1996, byłeś kapitanem i trenerem kobiecej reprezentacji IBCA. Był to początek Twojej kilkunastoletniej olimpijskiej współpracy z międzynarodowymi drużynami szachistów niewidomych i słabowidzących.

– Drużyną kobiecą IBCA opiekowałem się przez trzy olimpiady. Oprócz Erewania była jeszcze Elista 1998 i Stambuł 2000. Od kolejnej edycji tej imprezy, w roku 2002, przez 10 lat (Bled 2002, Calvia 2004, Turyn 2006, Drezno 2008, Chanty Mansyjsk 2010 i Stambuł 2012) pełniłem funkcję kapitana i trenera drużyny męskiej. Zawsze starałem się zintegrować ekipy. W ich składach byli przecież szachiści różnych narodowości. Łatwiej było wówczas osiągać wspólny cel – jak najlepszy wynik drużyny w każdym meczu. Pomocna była w tym także sympatyczna, rodzinna atmosfera, jaką stwarzał obecny na kilku olimpiadach, nieżyjący już prezydent IBCA Delfin Burdio Gracia z Hiszpanii. Kibicował zawsze swym zawodnikom i motywował do walki. O spektakularne sukcesy obu drużyn było jednak trudno. Zwykle miały one numery startowe w drugiej części tabeli. Ale mimo to przez te dwadzieścia lat gry w olimpiadach FIDE szachiści IBCA mieli swoje mniejsze i większe chwile chwały. W Moskwie Luba Żilcowa z Ukrainy zdobyła indywidualny złoty medal olimpijski na pierwszej szachownicy. Był to ogromny sukces. W Erewanie drużyna kobieca w składzie: Teresa Dębowska (Polska), Conchita Salas (Hiszpania), Józefa Spychała (Polska) i rezerwowa Angela Karnisyan z Armenii zajęła trzecie miejsce i zdobyła brązowy medal w swojej grupie rankingowej. Największym sukcesem drużynowym może pochwalić się reprezentacja męska IBCA. Na olimpiadzie w Stambule w 2012 roku będąca pod moim kierownictwem drużyna w składzie: Jurij Mieszkow (Rosja), Piotr Dukaczewski (Polska), Siergiej Grigorczuk (Ukraina), Oliver Mueller (Niemcy) i Chris Ross (Wielka Brytania) wywalczyła złoty medal w trzeciej grupie rankingowej. Podczas zakończenia rozgrywek uczestnicy olimpiady nagrodzili nas za to gromkimi owacjami. Było to ogromnie miłe i satysfakcjonujące przeżycie.

Okazało się, że Stambuł 2012 był moją ostatnią olimpiadą i tak się złożyło, że zakończoną sukcesem. Dwa lata później, na olimpiadę w Norwegii, zamykającą dwadzieścia lat gry szachistów niewidomych i słabowidzących w największej imprezie szachowej świata, już nie pojechałem. Zdrowie nie pozwala mi obecnie na dalekie wyjazdy.

– Jak wspominasz pracę z obydwoma drużynami?

– Współpraca z reprezentacją kobiecą jest trochę trudniejsza. Głównie dotyczy to ustalania składu drużyny na poszczególne mecze. Kobiety czują się bardziej pokrzywdzone i protestują wobec decyzji, które im się nie podobają. Mężczyźni starają się tonować swoje niezadowolenie. Miałem przypadki, że niektóre zawodniczki dąsały się na mnie za to, że nie wstawiłem ich do składu na dany mecz. Bywało też, że dążyły przede wszystkim do uzyskania najlepszego wyniku indywidualnego, nawet kosztem drużyny. Niechętnie grały wówczas z zawodniczkami z wysokimi rankingami. W jednej z rund na olimpiadzie w Stambule w 2000 roku kobiecy zespól IBCA skojarzony został z bardzo silnymi rywalkami. Na wieść o tym jedna z zawodniczek z podstawowego składu poprosiła o pauzę, uzasadniając to złym stanem zdrowia… Cóż było robić, zagraliśmy bez niej. W osłabionym składzie mecz oczywiście wysoko przegraliśmy. Następnego dnia, jak to bywa w systemie szwajcarskim, trafiliśmy więc na bardzo słabe przeciwniczki. Wczorajsza chora natychmiast zgłosiła chęć gry… Ostudziłem jej zapał, twierdząc, że musi jeszcze odpocząć i nie możemy ryzykować jej zdrowia, tak szybko włączając ją po chorobie do gry. Była z tego powodu strasznie niezadowolona i dała upust emocjom, z ogromną złością waląc pięściami w poduszkę. Ale już nazajutrz panowała między nami zgoda. Oboje rozumieliśmy, o co chodzi.

Z drużyną męską nie było takich problemów. Tylko jeden raz zawodnik zbuntował się, że nie wstawiłem go do składu. Było to też na olimpiadzie w Stambule, ale dwanaście lat później. Była ostra dyskusja w gronie całej drużyny. Postawiłem jednak na swoim i okazało się, że podjąłem właściwą decyzję. Bardzo ważny dla nas mecz drużyna, bez buntującego się zawodnika, wysoko wygrała. Przełożyło się to na końcowy wielki sukces – złoty medal w grupie rankingowej C.

Wszystkie olimpiady, na których byłem z drużynami IBCA, dostarczyły mi mnóstwo wrażeń. Mimo drobnych mankamentów bardzo lubiłem tę pracę i emocje z nią związane. Na długo pozostaną mi w pamięci wspomnienia z tych chwil.

 – Z pewnością gra zawodników niewidomych i słabowidzących na największej szachowej imprezie świata obfitowała w wiele niecodziennych zdarzeń.

– Bywało, że wiele emocji dostarczali nam nawet sami sędziowie zawodów, którzy niekiedy po raz pierwszy stykali się z grą szachistów niewidomych. Na olimpiadzie w Turynie w pierwszej rundzie trafiliśmy na silną reprezentację Ukrainy. Mecz ten sędziowała węgierska arcymistrzyni Zsuzsa Veroci. Była w panice, gdyż był to jej debiut w sprawowaniu pieczy nad tego typu pojedynkiem. Ponieważ znała mnie jeszcze z czasów współpracy z Agnieszką Brustman, w sytuacjach grożących konfliktem oddawała sprawy w moje ręce. Pod koniec rundy zdarzyła się zabawna sytuacja. W partiach na pierwszej i trzeciej szachownicy, gdzie grał Siergiej Kryłow (IBCA) z arcymistrzem Wasilijem Iwańczukiem oraz Piotr Dukaczewski z arcymistrzem Karjakinem, były niedoczasy. Zawodnicy wykonywali szybkie ruchy i zaczęły powstawać pewne nieporozumienia. Postanowiłem wówczas wkroczyć z pomocą. Zamieniłem się w asystenta obu par. Wykonywałem posunięcia Kryłowa na szachownicy Iwańczuka i dyktowałem mu odpowiedzi przeciwnika. To samo robiłem na trzeciej szachownicy. Siedziałem między obu deskami i ruchy wykonywałem raz ręką prawą, raz lewą. Wyglądało to tak, jakbym dawał symultanę ukraińskim arcymistrzom. Nadmienię, że w tym meczu Kryłow miał swój wielki dzień – zremisował z Iwańczukiem należącym wówczas do ścisłej światowej czołówki.

– Udział w olimpiadach na różnych kontynentach dał Ci także możliwość poznania wielu ciekawych miejsc. Które uważasz pod tym względem za najciekawsze?

– Zawsze pociąga nas egzotyka, więc tę moją pierwszą – w Dubaju – darzę ogromnym sentymentem. Była bezsprzecznie najlepsza. Dużo możliwości poznania interesujących miejsc kraju rozgrywek olimpijskich dały te imprezy, które trwały 14 rund i miały trzy dni wolne. Do takich należała na przykład olimpiada w Armenii w 1996 roku. Jej organizatorzy przygotowali szachistom wiele ciekawych wycieczek do różnych regionów tego kraju. We wszystkich wówczas uczestniczyłem. Byłem na południu, u podnóża Araratu, nad słynnym jeziorem Sewan i w północnej, górzystej części Armenii. Miło wspominam także okolice słoweńskiego Bledu oraz wędrówki nad Padem i starymi uliczkami włoskiego Turynu. W Kałmucji poznałem piękno bezkresnego stepu i falujących na wietrze traw. Ale bywały też imprezy, kiedy rzadko opuszczałem miejsce zakwaterowania i rozgrywek. Tak było w Moskwie w 1994 roku.

W stolicy Rosji było wówczas śnieżnie, zimno, szaro i ponuro. Hotelu Kosmos, w którym wszyscy mieszkaliśmy i tam też graliśmy, nie opuściłem ani razu przez cały czas trwania olimpiady. Wolałem oglądać miasto z wysokości trzydziestego piętra.

– Wielu szachistów marzy, by posmakować magicznej atmosfery olimpiad. Ty na tej imprezie byłeś aż czternaście razy.

– Udział w olimpiadach FIDE to naprawdę duże przeżycie. Bardzo lubiłem te imprezy. Są jedyne w swoim rodzaju. Na drużynowe mistrzostwa świata, bo tak też można je nazwać, przyjeżdżają ekipy z każdego zakątka globu. Grają z sobą na jednej sali, bez jakichkolwiek eliminacji wstępnych. Przechadzając się po sali gry, można oglądać na czołowych stolikach mecze światowych potęg szachowych, a na końcowych – pojedynki egzotycznych krajów, które nie tak łatwo znaleźć na mapie. Jest to coś bardzo budującego. Wielka jedność szachistów. Kiedy w wielkiej sali słychać sygnał rozpoczynający rundę i po chwili ciszy głośny stuk wielu figur na szachownicach, to serce rośnie. Ma się wtedy świadomość, że dewiza Międzynarodowej Federacji Szachowej (FIDE) „Gens una sumus” (łac. jesteśmy jedną rodziną) znajduje swoje potwierdzenie.

– Dziękuję za rozmowę. 

 

aaa

 

kultura

 

Czekając na świętowanie

Czekając na świętowanie Bożego Narodzenia, warto spróbować – jak przystało w adwencie – znaleźć czas na zastanowienie się, na refleksję, na ocenę własnych dokonań i postaw w mijającym roku. Sportowiec-chrześcijanin w tym swoistym rachunku sumienia powinien zadać sobie kilka ważnych pytań. Jak traktuję sport w swoim życiu?  Które zajmuje w nim miejsce? Czy zachowałem proporcje między dążeniem do maksymalizacji wyniku, do zdobycia najwyższego trofeum, do pokonania najgroźniejszego rywala a szukaniem i znajdowaniem w sporcie piękna, przyjaźni, siły moralnej? 

„Gdzie się uczyć pięknego człowieczeństwa? Od kogo mamy uczyć się szlachetnej postawy sportowca i kibica? Czy jest ktoś, kto może zafascynować człowieka aż do głębi jego serca i duszy?” Biskup Marian Florczyk, delegat Konferencji Episkopatu Polski ds. Duszpasterstwa Sportowców, na te pytania daje jednoznaczną odpowiedź: „To jest Jezus Chrystus. On objawił miłość Ojca i przynagla każdego do wzajemnej miłości. Dzięki Niemu może lepiej zrozumieć porażki i zwycięstwa, bóle i radości swoje i drugiego człowieka. To w Chrystusie konkurent z boiska i z bieżni nie jest widziany jako wróg, ale jako bliźni, który staje do szlachetnego współzawodnictwa”.        

Z okazji Euro 2012 i olimpiady w Londynie została wydana „Ewangelia dla sportowca i kibica”.  Zdaniem ks. Tomasza Lubasia ta wyjątkowa pozycja powstała, by Dobra Nowina o zbawieniu i prawda o życiu człowieka dotarły do każdego i mogły objąć  wszystkich ludzi, bez względu na profesję, jaką wykonują. Publikacja w formacie kieszonkowym zmieści się do każdego plecaka i walizki – może być zawsze pod ręką.

Podzielona jest na trzy części. Pierwsza to szczere i osobiste wyznania znanych sportowców (w tym 11 mistrzów olimpijskich, mistrzów świata i Europy) na temat wiary, rodziny i wyznawanych wartości. Druga część to pełny tekst czterech ewangelii z komentarzem z najnowszego przekładu Biblii Paulistów. Publikację kończy niezwykły modlitewnik przygotowany z myślą o zawodnikach i kibicach. „Bo – jak powiada biskup Florczyk – atmosfera towarzysząca wielkim zawodom, mistrzostwom i olimpiadzie, sprzyja zbliżeniu zawodników do Boga. Każdy potrzebuje wsparcia duchowego – sportowiec też. Modlitwa za swoją drużynę, za ulubiony klub, reprezentację i zawodników to znak wzajemnej bliskości, patriotyzmu i prawdziwego kibicowania”.

         Świadectwa wiary słynnych sportowców, dla których wiara w Boga stała się drogowskazem życia, motywacją wytrwania w dobrym, siłą w chwilach trudnych i zachętą w mozolnych treningach, to wzruszające wyznania. Kamil Stoch, skoczek narciarski, przyznaje, iż ma wiele powodów, by być wdzięcznym Bogu. Jego bliskość odczuwa bardzo często podczas „lotów”,  które są wyjątkowym stanem dla każdego skoczka. Jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na właściwym miejscu. Przytoczył też plotkę, która do niego dotarła, że odkąd zaczął wygrywać, austriaccy skoczkowie poprosili o przydzielenie im kapelana.

Wyznania pozostałych sportowców są równie piękne i wzruszające.  

Jerzy Brzęczek – piłkarz: „Jestem przekonany, że to, co osiągnąłem, zawdzięczam w dużym stopniu Bogu. Sama świadomość Jego obecności dodaje mi spokoju i pewności. Wiara daje mi siłę i uczy zrozumienia, pozwala przetrwać kryzysy i nie załamywać się niepowodzeniami”. 

Marek Citko – piłkarz: „Wiara w moim życiu odgrywa bardzo ważną rolę, jeśli nie najważniejszą. W chwilach trudnych pomaga, dając nadzieję, a w chwilach dobrych przypomina, abym zawsze był sobą”. 

Patryk Czarnowski – siatkarz: „Na co dzień, w natłoku treningów, meczów oraz częstych podróży sportowcom ciężko jest wygospodarować czas, aby wiernie uczestniczyć w codziennych spotkaniach z Chrystusem. Ale nie jest to niemożliwe. Poświęcenie czasu na spełnienie obowiązku uczestnictwa we mszy św. jest też pewną cechą kształtowania charakteru i zawziętości, którą powinien mieć każdy sportowiec”. 

Anita Włodarczyk – lekkoatletka: „Wierzę w Boga, kocham Go, jestem mu oddana. Wierzę, że moje istnienie ma sens i nie kończy się śmiercią fizyczną. Człowiek wkłada dużo pracy w doskonalenie się, pomoc bliźnim, bo wie, że taka jest droga do szczęśliwego życia wiecznego”.

Na koniec należy przytoczyć słowa świętego sportowca, czyli Jana Pawła II, bez których ten tekst byłby niepełny: „Sport, rozwijając tężyznę fizyczną i hartując charakter, nie powinien nigdy odwracać uwagi tych, którzy go praktykują i cenią, od obowiązków duchowych. Oznaczałoby to bowiem, że człowiek biegnie jedynie po to, aby zdobyć – jak pisze św. Paweł – »koronę przemijającą«, zapominając, że chrześcijanin nigdy nie powinien tracić z oczu tej »nieprzemijającej«”.

AMA

 

aaa

 

turystyka

 

W krainie szamanów

Ałtaj to kraina geograficzna leżąca na południu Syberii. Administracyjnie dzieli się na położony na północy Kraj Ałtajski oraz graniczącą z Chinami, Mongolią i Kazachstanem Republikę Ałtaju, zwaną też Górnym Ałtajem. O ile ten pierwszy, raczej płaski i dość uprzemysłowiony, nie zajmuje wysokiej pozycji na liście atrakcji Syberii, o tyle górzysta republika, spowita aurą szamańskich tajemnic, jest celem wycieczek turystów z całego świata.

Ałtaj jest pasmem górskim o charakterze alpejskim. Nad głębokimi, porośniętymi gęstą tajgą dolinami wznoszą się dumne wiecznie ośnieżone szczyty. Polodowcowe jeziora zachwycają kryształowo czystą wodą, a rwące potoki rzeźbią wśród skał głębokie kaniony i spadają malowniczymi kaskadami.

Na Ałtaju spotykają się trzy wielkie religie: islam z Kazachstanu, buddyzm z Mongolii oraz prawosławie z Rosji. Do tego według miejscowych wierzeń nad krainą czuwają duchy gór obłaskawiane codziennie przez mieszkańców drobnymi, ale niezbędnymi rytuałami, jak np. wylewanie kilku kropel wódki na ziemię przed drogą lub pozdrawianie obwieszonych kolorowymi wstążkami drzew.

Górny Ałtaj ma ok. 93 tys. km2 powierzchni. Zamieszkuje go ok. 200 tys. osób, z czego ludność miejscowa stanowi jedną trzecią. Jego stolicą jest liczący niewiele ponad 50 tys. mieszkańców i będący jedynym miastem w republice Gornoałtajsk. Znajduje się tam uniwersytet, muzeum etnologiczne, teatr, dworzec autobusowy, a nawet niewielkie lotnisko. Niestety, koleją dojedziemy zaledwie do odległego o niecałe 100 km Bijska.

Kraj legend

W krainie, gdzie co druga góra i jezioro uważane są za święte i mają swoje opiekuńcze duchy w nich mieszkające, nikogo nie dziwi, że powstanie praktycznie każdego dzieła natury jest objaśnione jakimś ludowym podaniem. Najsłynniejsze z nich tłumaczy za jednym zamachem pochodzenie głównych rzek i najwyższej góry Ałtaju. Podobno dawno, dawno temu, kiedy Ałtaj był jeszcze wielką równiną, panował tu potężny chan Ałtaj, którego największym skarbem była piękna córka Katyng (Katuń). Wielu starało się o jej rękę, ale krasawica odrzucała wszystkich kandydatów, bo miała już ukochanego. Szczęśliwym wybrańcem był ubogi pasterz Bij. Gdy chan Ałtaj się o tym dowiedział, wpadł w wielki gniew i uwięził córkę, aby nie dopuścić do ich ślubu. Przebiegła księżniczka uciekła do ukochanego, ale ojciec wysłał za nią w pościg wszystkich swych wojowników. Katuń, widząc, że marne ma szanse na ujście pogoni, zamieniła się w bystry strumień i pomknęła na spotkanie pasterzowi, który również przeobraził się w rzekę – Biję – by czym prędzej dotrzeć do dziewczyny. Kochankowie połączyli się i uciekli na północ jako Ob. Rozwścieczony nieudolnością swych podwładnych chan zamienił ich w skały i pagórki. Sam, wciąż nie mogąc pogodzić się ze stratą córki, skamieniał z żalu i stał się górą Biełuchą – najwyższym szczytem nie tylko Ałtaju, lecz także całej Syberii (4506 m n.p.m.). Kiedy wiosną z Biełuchy spływają topniejące śniegi, Ałtajczycy mówią, że to chan Ałtaj płacze po swojej utraconej córce.

Inna legenda dotyczy skał zwanych Zębami Smoka. Mieszkańcy wiosek położonych na dwóch brzegach Katuni nie mogli się spotykać, bo nie mieli jak się do siebie przedostać. Mityczny bohater Sartakpaj tak się przejął ich losem, że urwał szczyt pobliskiej góry, rozgniótł go w ręku i cisnął skały do wody tak, żeby ludzie mieli na czym oprzeć most. Dziś rzeczywiście stoi tam most. Zbudował go własnym sumptem pewien przedsiębiorczy autochton i jak średniowieczny troll siedzi w budce na jego końcu, pobierając od podróżnych opłatę za przejazd.

Artystyczne komuny

Nieprzebyte ostępy leśne, surowe skały, święte jeziora, tajemnicze szamańskie obrzędy i unosząca się w powietrzu atmosfera magii – wszystko to przyciąga na Ałtaj twórców wszelkiego autoramentu. Dlatego powstało tam wiele artystycznych wiosek. Jedną z nich jest Askat, gdzie obejrzeć można liczne warsztaty z ręcznie wyrabianą biżuterią, ubraniami i zabawkami oraz zwiedzić galerię rodziny Golowaniów.

Wasyly Griegoriewicz przyjechał na Ałtaj z Ukrainy w latach 80. i tak urzekła go miejscowa przyroda, że postanowił zostać malarzem, by uwieczniać ją na płótnach. Dorastająca w artystycznym otoczeniu córka Daria zaczęła przejawiać oznaki geniuszu malarskiego już w wieku 9 lat. W odróżnieniu od ojca, wybrała bardziej eksperymentalny materiał i maluje na jedwabiu, w stylu określanym przez zachodnich znawców jako hipersuperrealizm. Ojciec umarł w 2011 r., ale córka dalej prowadzi galerię i udostępnia ją ciekawskim turystom. 

Wioska Askat jest położona w Askackiej Dolinie będącej pomnikiem przyrody, której dnem płynie Katuń. W korycie rzeki, na jej lewym brzegu, znajdują się Golubyje Oziera (błękitne jeziora). Ich wyjątkowość polega na tym, że zobaczyć można je tylko jesienią i zimą, bo latem wzbierająca rzeka wypełnia całe koryto i zalewa je zupełnie. Legenda głosi, że Katuń poprosiła swego ojca, aby pokazał jej zimę, dlatego chan Ałtaj stworzył jeziora nazywane błękitnymi oczami Katuni. Nie zamarzają nawet w największe mrozy, ale żeby oczy krasawicy nie wyschły od ostrego słońca, latem się zamykają. 

Rodzinne wakacje

Ałtaj jest dla Rosjan mniej więcej tym, czym Bieszczady dla Polaków: ostoją dzikiej przyrody, mekką nieprzystosowanych społecznie artystów i ulubionym miejscem wakacyjnego wypoczynku tych przedstawicieli klasy średniej, których nie stać na wypad do Turcji lub Tajlandii. Oferta turystyczna krainy szamanów jest bardzo szeroka.

Odpowiednikiem Soliny na Ałtaju jest Jezioro Teleckie. Zalewa ono długą i wąską dolinę między stromymi stokami gór, przez co niemożliwe jest zbudowanie wokół niego jakiejkolwiek drogi. Jedynym środkiem transportu są łódki. Jezioro otaczają luksusowe prywatne dacze oraz bazy turystyczne dla przeciętnych obywateli. Niektóre z nich to kompleksy małych drewnianych domków, inne to niewielkie pensjonaty mieszczące nie więcej niż 50 gości. Niemal wszystkie ośrodki są otwarte zarówno latem, jak i zimą, choć poza sezonem liczba oferowanych miejsc spada o około połowę, gdyż nie wszystkie pokoje są ogrzewane. Większość baz oprócz zakwaterowania oferuje za dodatkową opłatą atrakcje, takie jak przejażdżki konne latem i skuterami śnieżnymi zimą. Do dyspozycji gości są również motorówki i kajaki, którymi można wybrać się np. nad zapierające dech w piersiach wodospady. Nocleg w takim miejscu zazwyczaj kosztuje od 300 do 500 rubli* od osoby za dobę bez wyżywienia. Gospodarze zazwyczaj też albo sami organizują, albo znają kogoś, kto organizuje spływy na pontonach po wypływającej z jeziora rzece Biji. Koszt takiego kilkugodzinnego spływu to od 800 do 1000 rubli od osoby. Niektóre bazy dysponują również banią, czyli rosyjską sauną.

Nad jezioro najlepiej dojechać z Bijska rejsowym autobusem lub specjalnie wynajętym prywatnym busem. To ostatnie rozwiązanie jest lepsze, jeśli podróżujemy większą grupą. Po pierwsze dlatego, że na taką liczbę osób możemy nie dostać od ręki biletów na autobus, a po drugie – obniża koszty wyprawy, ponieważ cena wynajmu to jakieś 1500 rubli, a za bilet autobusowy dla jednej osoby należy zapłacić w Bijsku około 300 rubli.

Ceny oraz adresy noclegów na niemal całym Ałtaju można sprawdzić na stronie: www.turistka.ru/altai/info.php, dostępnej niestety jedynie w języku rosyjskim.

Na wyprawę

Jedyną porządną drogą na Ałtaju jest krajowa M-52, biegnąca z Nowosybirska do Mongolii. Jej ostatnie 200 km ciągnie się w dolinie rzeki Czuji, dlatego nazywana jest Czujskim Traktem. Warto odnotować, że choć kręta, biegnąca nad przepaściami trasa jest pozbawiona jakichkolwiek zabezpieczeń, to przynajmniej na całej długości pokrywa ją asfalt, co w Rosji nie jest oczywiste nawet w przypadku dróg federalnych.

Na Czujskim Trakcie znajduje się kilka wsi, w których przygotowując się do wyprawy w góry, można uzupełnić zapasy. Pierwszą z nich jest leżący 160 km przed mongolską granicą Aktasz, o typowo rosyjskim charakterze. Posiada bazar, kilka nieźle zaopatrzonych sklepów i nawet dwa bary. Innym przystankiem może być odległy o 30 km Kuraj, zamieszkany niemal w stu procentach przez ludność miejscową. Jest tam jeden sklep, ale raczej słabo zaopatrzony, gdyż mieszkańcy wiele produktów wyrabiają sami. Po świeże pieczywo czy nabiał najlepiej zatem zapukać do któregoś z domów. 80 km dalej leży zabudowany niskimi drewnianymi domkami Kosz-Agacz. Ponieważ większość mieszkańców to muzułmańscy Kazachowie, pośrodku wsi stoi niewielki meczet.

Planując piesze wędrówki po Ałtaju, musimy pamiętać, że nie ma tam wytyczonych i oznakowanych szlaków, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Zatem naszymi podstawowymi kompanami będą mapa i kompas. W mapę należy zaopatrzyć się w Górnoałtajsku, gdzie znajduje się jedyne centrum informacji turystycznej w całej republice. Wysoko w górach nie znajdziemy żadnej bazy turystycznej, dlatego koniecznie trzeba mieć ze sobą namiot. W trakcie wędrówki z pewnością nie raz spotkamy miejscowych pasterzy, którzy przy odrobinie szczęścia zaproszą nas na posiłek albo nawet zaoferują nocleg w swoich szałasach.

Na najwyższe, wiecznie okryte śniegiem góry i lodowce, mogą wybrać się jedynie doświadczeni wspinacze z odpowiednim sprzętem. Nie brakuje jednak również malowniczych ścieżek na treking.

Monika Dubiel

* obecnie 10 rubli to ok. 80 groszy

 

aaa

 

zdrowie

 

Odmieńcy 

Mój wnuk, już licealista, pisze jak przysłowiowa kura pazurem. Bywa, że sam nie potrafi odczytać swoich bazgrołów. Z ortografią też jest na bakier. Znacznie później niż rówieśnicy opanował czytanie. Wszystkie te przypadłości ujawniły się w szkole podstawowej, wywołując u najbliższych wrażenie, że „z tym dzieckiem jest coś nie tak”. Mimo starań rodziców nie było widać wyraźnej poprawy. Dopiero wizyta u psychologa rozwiała wątpliwości. Okazało się, że chłopiec cierpi na dysgrafię i dysleksję.

W Polsce żyje kilka milionów dyslektycznych rodzin. Rodzin, bo ta przypadłość to nie tylko problem dziecka, lecz również rodziców, którzy robią wszystko, by mu pomóc. Zamęczają je wielogodzinnymi ćwiczeniami w domu, choć efekty są niewspółmierne do wysiłków. Gorzej, jeśli nauczyciele dyskwalifikują takiego ucznia i radzą, by rodzice przenieśli go do szkoły specjalnej lub zawodówki, bo w normalnej zaniża wyniki nauczania. Nikt nie prowadzi statystyk, ilu mamy dyslektyków. Z badań sprzed kilku lat wynika, że dysleksję ma około 10 procent uczniów. W każdej klasie jest ich przynajmniej trzech, w tym jeden z poważnymi problemami. Bywa, że stają się kozłami ofiarnymi reszty klasy. Etykietka nieudacznika może być dla nich obciążeniem na wiele lat, pozostawiając trwały ślad w psychice.

Tymczasem dysleksja nie ma nic wspólnego z niedorozwojem umysłowym. Po raz pierwszy opisano ją w Anglii pod koniec XIX wieku. Pewien bardzo zdolny 14-latek nie mógł się nauczyć czytania. Nauczyciel był przekonany, że uczeń niedowidzi. Okulista wykluczył jednak kłopoty ze wzrokiem, a przypadek ucznia opisał w medycznym periodyku. W następnych dekadach zaczęto o dysleksji i dysgrafii mówić i pisać coraz więcej. Okazało się, że miało je wielu sławnych ludzi, m.in. Leonardo da Vinci, Andersen, Scott Fitzgerald, Einstein. Współczesna angielska pisarka i ilustratorka książek dla dzieci, laureatka prestiżowych nagród literackich Sally Gardner (w Polsce ukazały się jej dwie książki z serii „Magiczne dzieci”) nauczyła się czytać dopiero w wieku 14 lat. Wcześniej była postrzegana jako głupek i imbecyl, nauczyciele mówili o niej „nienauczalna”, a rówieśnicy „dawali ostro w kość”. Teraz jest ambasadorką dyslektyków, udowadnia, że ich przypadłość nie jest chorobą ani tragedią, ale prezentem od losu. „To są często niezwykle zdolne, mądre dzieci” – mówi. „Chciałabym, żeby ich rodzice, nauczyciele i system potrafili to dostrzec”.

Na polskim podwórku do dysleksji przyznawał się Jacek Kuroń, a ostatnio znani dziennikarze: Jacek Żakowski i Kinga Dunin oraz Jamie Olivier, autor kilkunastu książek kucharskich. Kiedy dwa lata temu prezydent Bronisław Komorowski, wpisując się do księgi kondolencyjnej w japońskiej ambasadzie, napisał „bul” zamiast „ból”, zrodziły się przypuszczenia, że głowa państwa zmaga się z dysleksją.

Przypuszcza się, że jej przyczyną są zaburzenia w funkcjonowaniu móżdżku (odpowiedzialnego za automatyzację, między innymi procesu czytania) powstałe w życiu płodowym lub podczas porodu. „Osoby z dysleksją potrzebują znacznie większej liczby powtórzeń, by opanować umiejętność, która innym przychodzi bez trudu” – wyjaśniają psycholodzy. Symptomy pojawiają się wcześnie, w różnym natężeniu. Bywa, że dziecko niechętnie raczkuje, nie bawi się klockami. W przedszkolu ma kłopoty z wiązaniem butów, zapinaniem guzików. Nie chce śpiewać, nie zapamiętuje wierszyków. W szkole nauka pisania i czytania jest dla niego mordęgą.

Na dysleksję i dysgrafię nie ma żadnego lekarstwa ani cudownych środków oferowanych przez medycynę naturalną. Z tej ułomności nie można się na zawsze wyleczyć. Można natomiast – o czym opowiadają sami, już dorośli dyslektycy – ją oswoić. Najważniejsza rzecz, której nauczyła ich dysleksja, to umiejętność stawiania czoła problemom. Służy temu długotrwała terapia pedagogiczna. Niestety, dysleksja w naszym kraju postrzegana jest przez część nauczycieli jako fanaberia, usprawiedliwienie lenistwa lub głupoty dziecka. Nie chcą lub nie umieją dostosowywać swoich wymagań do możliwości takiego ucznia.

Wiedza pedagogów na ten temat jest niska. Wprawdzie w programach kształcenia na kierunkach pedagogicznych studiów wyższych jest już obowiązkowo ujmowane przygotowanie do pracy z uczniem ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, tyle że kierunki pedagogiczne kończą szkolni pedagodzy, a na wydziałach, na których studiują przyszli nauczyciele: poloniści, matematycy, fizycy – takie zajęcia nie są obowiązkowe. W Polsce terapia dzieci z dysleksją odbywa się zwykle raz w tygodniu przez jedną lub dwie godziny lekcyjne. Specjaliści są zdania, że powinna być prowadzona codziennie. Twierdzą, że „krótko, ale często” może być jedną z metod skutecznego nauczania czytania i bezbłędnego pisania.

Dyslektykiem jest się do końca życia, choć braki można kompensować. Nasze państwo nie ułatwia takim osobom życia. W Danii dostają one kartę dyslektyka, którą pokazują na przykład w banku. Dzięki niej otrzymują pomoc przy wypełnianiu formularzy, nie mają też kłopotu z nieczytelnym podpisem. U nas, nawet jeśli uczeń pokaże nauczycielowi opinię psychologa, bywa ona lekceważona. Jedyną ulgą, jaką wprowadzono ostatnio dla dysfunkcyjnych uczniów, jest wydłużenie czasu pisania na egzaminach kończących podstawówkę i gimnazjum, możliwość pisania na komputerze oraz mniej rygorystyczne ocenianie błędów ortograficznych.

Centralna Komisja Egzaminacyjna poinformowała, że w bieżącym roku na sprawdzianach i egzaminach było w sumie ponad 105 tysięcy uczniów dyslektycznych z podstawówek, gimnazjów oraz absolwentów liceów. Tym ostatnim nie przysługuje jednak wydłużony czas matury. Ministerialni urzędnicy tłumaczą, że ponieważ jest to egzamin dojrzałości, abiturienci nie są już dziećmi i mieli czas na wyćwiczenie własnych strategii pomyślnego przejścia tej próby.

Inną z przypadłości wieku rozwojowego jest ADHD, czyli zespół nadpobudliwości psychoruchowej z zaburzeniami koncentracji uwagi. Dotyka on 4-8 procent dzieci w wieku wczesnoszkolnym, głównie chłopców. Podstawowe objawy to bieganie, kręcenie się w miejscu, skakanie po meblach w domu. Towarzyszy temu impulsywność: dziecko szybciej działa, niż myśli, nie wyciąga wniosków z własnych błędów, dlatego ciągle je popełnia. Nie potrafi sterować swoją uwagą, rozprasza się, w czasie lekcji wystarczy jakiś bodziec (np. hałas za oknem lub zwykła mucha), by nie docierało do niego to, co mówi nauczyciel. Ma to przełożenie na wyniki w nauce, nie mówiąc o nerwach pedagogów, którzy lepiej lub gorzej radzą sobie z niesfornym uczniem, który w kilka minut potrafi zdekoncentrować całą klasę. Bywa, że adehadowcy wychodzą z ławek i krążą po sali, jedzą kanapkę, odzywają się niepytani, szturchają kolegów, w skrajnych przypadkach – plują i krzyczą. Na przerwach wszczynają bójki. W końcu zaczyna im się przypisywać winę za wszystko, co złego zdarzyło się w szkole.

Dzieci z ADHD ciągle słyszą, że są niegrzeczne, że odstają od reszty rówieśników. Te negatywne komunikaty na ich temat sprawiają, że czują się gorsze. Może to prowadzić do depresji, która ujawnia się w okresie dojrzewania. U nastolatków nasilają się zaburzenia opozycyjno-buntownicze. Odmawiają na przykład jedzenia, wpadają w złe towarzystwo, próbują alkoholu i narkotyków. Ich rodzice przeżywają gehennę, obwiniając siebie o wszystko.

Jak sobie radzić z tym problemem? Dziewięć lat temu terapeuci, nauczyciele i rodzice ADHD-owców założyli Polskie Towarzystwo ADHD. Starają się walczyć z utożsamianiem tej przypadłości z agresją. „Agresja nie jest nawet kryterium diagnostycznym w ADHD. Jest zwykle powikłaniem, gdy rodzice i szkoła nie zareagują odpowiednio wcześnie na problemy dziecka. Ono jest naładowane emocjami, nie potrafi nimi sterować i w rezultacie może reagować agresywnie”.

Działacze Towarzystwa radzą, jak postępować z nadpobudliwymi dziećmi. Mówienie do nich krótkimi zdaniami, wydawanie pojedynczych poleceń, ustalenie kodeksu zachowań akceptowalnych i nie do przyjęcia (podpisują go rodzice, nauczyciele i uczeń) – to tylko niektóre z nich. Najważniejsza rada brzmi: chwal ADHD-owca za najdrobniejsze sukcesy. Nie przypinaj mu łatki, znajdź w sobie iskierkę cierpliwości, by dziecko było pewne, że nie czeka je kolejny zawód.

Do „odmieńców” zaliczani są też uczniowie z zespołem Aspergera. Jest to zaburzenie rozwoju z kręgu autyzmu. Dotyka przede wszystkim sfery komunikacji. Z osobami z ZA czasem trudno się porozumieć z powodu echolalii, czyli powtarzania bez potrzeby cudzych słów albo fragmentów wypowiedzi. Mają ograniczoną empatię, nie umieją się wczuć w nastrój drugiego człowieka. Opierają się na logice. Dlatego, choć świetnie radzą sobie z przedmiotami ścisłymi, „padają” na humanistycznych, szczególnie na języku polskim. Nie rozumieją intencji bohaterów lektur, ich emocji. Nie odbierają tego, jak myślą inni ludzie, na przykład że zanudzają rozmówcę lub że swoją wypowiedzią mogą go urazić.

Aspergerki nie radzą sobie również z metaforami, przenośniami, subtelnościami relacji międzyludzkich. Nie rozumieją dowcipów, chyba że ktoś im je wytłumaczy. Chętnie trzymają się rytuałów, mają awersję do zmian, nawet najdrobniejszych. Każda zmiana (na przykład trasy ze szkoły do domu, nieoczekiwana wycieczka, skrócenie czasu lekcji itp.) jest dla nich ogromnym stresem. Potrafią wtedy płakać, krzyczeć czy nawet uderzyć. Mocną stroną dzieci z ZA jest zaangażowanie, graniczące często z fiksacją na jakimś temacie. Dla przykładu: recytacja z pamięci rozkładu jazdy tramwajów, wyników działań matematycznych, dat itp. Aspergerki są też niebywałymi legalistami. Jeśli się z nimi na coś umawiamy, musimy dotrzymać słowa, bo nie zrozumieją, dlaczego je złamaliśmy i będą konsekwentnie domagać się dotrzymania umowy.

Według szacunkowych danych fundacji Synapsis na zespół Aspergera może cierpieć w Polsce od 30 do 57 tys. osób. (Dla porównania: w krajach anglosaskich na każde 10 tysięcy diagnozuje się 15-25 takich przypadków). Większość aspergerowców pochodzi z rozbitych rodzin. Zaburzenie dziecka bywa zwykle dla jego ojca ciężarem, z którym sobie nie radzi, więc odchodzi. Ciągłe powtarzanie tych samych poleceń – co w przypadku syna lub córki z ZA jest koniecznością – wydaje się ponad ich siły. Bywa, że już sama akceptacja takiego dziecka w najbliższej rodzinie jest trudnym zadaniem. Bo jak babci czy dziadkowi wytłumaczyć, że ich wnuk nie jest „zły i niewydarzony”, bo trzeba go „obsługiwać”, ale że jego zachowanie wynika z dysfunkcji? Obowiązuje zasada, że na początku roku szkolnego nauczyciele uczący dzieci z ZA muszą się zobowiązać, że udzielą im indywidualnego wsparcia edukacyjno-terapeutycznego. Wielu rodziców odczytuje to jako zobowiązanie szkoły do prowadzenia terapii, co usypia ich czujność. Bo w praktyce bywa różnie: są szkoły, w których rzeczywiście pedagodzy pracują dodatkowo z „odmiennymi”, i takie, gdzie nie robi się nic. Przed naszą oświatą stoją więc ciągle nierozwiązane zadania poradzenia sobie z dyslektykami, ADHD-owcami i aspergerami, by ci jako dorośli nie pozostawali na marginesie życia, lecz akceptując swoje braki, byli także w pełni akceptowani przez społeczeństwo.

Na szczęście natura bywa łaskawa dla „odmieńców”. Dyslektykom przypisuje się większą kreatywność, bogatą wyobraźnię i łatwość w nawiązywaniu kontaktów. Na uczelniach artystycznych jest największy odsetek osób z dysleksją. Myślą nieszablonowo, mają bardzo bogatą wyobraźnię, wręcz filmową, potrafią tworzyć w głowie alternatywne światy i nie potrzebują do tego żadnego modelu. „Inaczej widzą świat – to ich wielka wartość – bardziej przestrzennie, wizualnie. Umieją dostrzec np. piękno słów – ich wygląd, nie tylko brzmienie” – przekonuje Sally Gardner.

ADHD-owcy są świetni w sporcie i znakomicie sprawdzają się w zawodach wymagających inwencji, na przykład w branży reklamowej czy w sztuce (wielu z nich, jak na przykład Joanna Szczepkowska, jest dobrymi aktorami). Aspergerki osiągają wysoki iloraz inteligencji, co owocuje wygranymi olimpiadami z przedmiotów ścisłych. Tak więc w ostatecznym rachunku niedostatki „dziwnych dzieci” są rekompensowane w ich dorosłym życiu licznymi talentami i niebanalnym postrzeganiem świata.

(BWO)

 

aaa

 

ruszajmy się

 

Zrzuć zbędne kilogramy 

Wraz z nastaniem pierwszych chłodów organizm człowieka zaczyna przejawiać tendencje do magazynowania tłuszczu. Mamy wtedy ochotę jeść więcej, częściej i bardziej treściwie. Najlepszym sposobem przeciwdziałania skutkom tej skłonności jest regularna aktywność i dynamiczne ćwiczenia, które szybko pozwolą spalić dodatkowe kalorie.

Proponujemy trening dość wymagający pod względem siłowym i kondycyjnym, ale dający widoczne efekty. W przypadku kłopotów z wykonaniem niektórych ćwiczeń należy trenować zgodnie ze swoimi możliwościami.

Rozgrzewka

•   Marsz z wysokim unoszeniem kolan, podczas którego dodatkowo wykonujemy:

•   10 krążeń ramion w tył – obustronne krążenia: ramiona są proste, unosimy je w górę, a następnie blisko głowy w tył i bokiem w dół;

•   10 wymachów naprzemianstronnych góra – dół: jedno ramię wyprostowane w górze, drugie w dole; dynamicznie zamieniamy położenie ramion, a kończąc ruch, odchylamy je lekko w tył, tak by poczuć, jak napinają się barki;

•   10 wymachów ramion w tył: ramiona krzyżujemy przed sobą, a następnie wyrzucamy je w bok, kończąc ruch jak najdalej za sobą.

Podskoki:

•   na palcach – 10 na obu stopach, 10 na jednej nodze, 10 na drugiej;

•   pajacyki – 10 podskoków do rozkroku, podczas którego unosimy wyprostowane ramiona bokiem w górę, następnie podskokiem nogi do postawy, ramiona wzdłuż ciała;

•   podskoki do wykroku – 10 razy na każdą nogę: z przodu noga ugięta w kolanie, druga wyprostowana z tyłu; podskokiem w powietrzu zamieniamy nogi, ramiona pracują naprzemianstronnie z nogami – jedno ramię w przód, drugie w tył.

Skip w podporze przodem: dłonie spoczywają z przodu na ziemi, biodra uniesione w górę. Opierając się na ramionach, na zmianę dynamicznie przyciągamy kolano raz jednej, raz drugiej nogi do klatki piersiowej, druga noga wyprostowana z tyłu. Przypomina to bieg w podporze – 30 kroków.

Krążenia stawów:

•   krążenia tułowia – ramiona wyprostowane w górze zataczają koło, za którym podąża tułów; opuszczamy je bokiem do skłonu i podnosimy drugą stroną – 10 pełnych krążeń po 5 razy na stronę;

•   krążenia stawów skokowych i nadgarstkowych – unosimy jedną stopę na palce i krążymy kostką, w tym czasie splatamy dłonie i krążymy nadgarstkami. To samo po 10 razy na każdą nogę;

•   skrętoskłony – nogi w rozkroku, pochylamy ciało w przód do opadu tułowia; prawa dłoń sięga do lewej stopy, lewe ramię wyprostowane w górę. Dynamiczne przejście do drugiej nogi z zamianą rąk. 20 powtórzeń.

Ćwiczenia

Liczba powtórzeń i czas ćwiczeń podane są w zakresach: od minimalnego dla początkujących, do maksymalnego dla zaawansowanych sprawnościowo. Należy stopniowo zwiększać wysiłek co kilka sesji treningowych. Cały zestaw należy powtórzyć trzy razy, ale na początku niektórzy mogą mieć dość po pierwszej serii ćwiczeń. Można stopniowo zacząć od jednej serii w pierwszym tygodniu, dwóch w drugim i dopiero w trzecim tygodniu trzykrotnie powtarzać ćwiczenia. Im więcej ich wykonamy, tym szybsze i wyraźniejsze efekty, ale należy uważać, żeby nie przeforsować się na początku aktywności.

•   Skip A. Bieg w miejscu, bardzo dynamiczny, podczas każdego kroku unosimy maksymalnie w górę kolano, ramiona pracują naprzemianstronnie z nogami, bardzo obszernie. Czas ćwiczenia:
15-45 sekund.

•   Delfinki. Ćwiczenie zaczerpnięte z wojska, mocno angażuje wszystkie mięśnie, dlatego często wykorzystywane jest przez instruktorów fitness. Z postawy wykonujemy przysiad podparty: dłonie opieramy o podłoże przed sobą, na rękach spoczywa cały ciężar, a nogi podskokiem prostujemy w tył do pozycji tzw. deski (podpór, leżąc przodem – ciało proste, punkty podparcia to stopy maksymalnie z tyłu i dłonie, które dzięki wyprostowanym ramionom znajdują się w linii pod barkami). Następnie podskokiem ponownie wykonujemy przysiad podparty. Z przysiadu wykonujemy wyskok w górę – dynamicznie prostujemy nogi i wykańczamy ruch odbiciem w górę. W czasie wyskoku wykonujemy przeniesienie prostych ramion w górę. Ćwiczenie powtarzamy 8-15 razy (uwaga: mniej obciążającą wersję dla początkujących wykonuje się bez wyskoku, tylko z wyprostem nóg do postawy zasadniczej).

•   Brzuszki boczne. Kładziemy się na boku, ciężar ciała opieramy na łokciu i unosimy biodra w górę. Dla bardziej stabilnej postawy górną nogę możemy wysunąć lekko do przodu i oprzeć o podłoże wewnętrzną krawędź buta, dolna noga skrzyżowana, lekko w tyle, opiera się zewnętrzną krawędzią. To dość wymagająca pozycja, do której dodajemy ruch bioder: opuszczamy je w dół, tuż nad ziemię (łatwiejsza wersja: można położyć biodra na podłożu) i podnosimy maksymalnie w górę – pracują mięśnie boczne i skośne brzucha, rzadko angażowane przy innych ćwiczeniach. Powtarzamy 8-15 razy i wykonujemy to samo po zmianie strony.

•   Wykroki, inaczej zwane wypadami. Postawa: ramiona w górze, wykonujemy wykrok jednej nogi daleko w przód, a następnie poprzez ugięcie kolana obniżamy pozycję, druga noga zostaje z tyłu. Najważniejszy element, na który trzeba zwrócić uwagę, to żeby kolano nie wyszło w przód poza linię stopy. Gdy tak się dzieje, oznacza to, że wykrok jest zbyt krótki. Podczas wypadu opuszczamy ramiona w bok, co pomoże w utrzymaniu równowagi. Następnie mocno odpychamy się przednią nogą, tak by powrócić do pozycji stojącej ze złączonymi stopami. To samo wykonujemy na drugą nogę. Całość powtarzamy 10-20 razy.

•   Scyzoryki – ćwiczenie na mięśnie brzucha. Leżenie tyłem, dłonie splecione na karku. Podnosimy górną część pleców i jednocześnie unosimy kolana w górę, tak by łokciami dotknąć kolan. Następnie prostujemy nogi, ale nie opuszczamy ich na podłoże. Plecy kładziemy na podłożu. Ruch zbliżania i oddalania powtarzamy 15-30 razy.

•   Świece. W leżeniu tyłem podnosimy wyprostowane nogi maksymalnie w górę, odrywając dolną część pleców, która wraz z nogami unosi się pionowo w górę i tworzy prostą linię (tzw. świecę). Całe ciało utrzymywane jest na karku i górnej części pleców. Następnie opuszczamy biodra na podłoże, a wyprostowane nogi do kąta około 45 stopni.

•   Przysiady. Najbardziej znane ćwiczenie, które również dzięki pracy dużych partii mięśniowych nóg spala mnóstwo kalorii. Z postawy wykonujemy zgięcia w stawach kolanowych do około 90 stopni. Należy pamiętać o zasadzie, że kolana nie wyprzedzają linii stóp. Aby to osiągnąć, należy kierować biodra w tył i pochylić tułów w przód, trzeba również wykonywać je na całych stopach (bez odrywania pięt od podłoża). Wykonujemy rytmicznie 15-30 powtórzeń.

•   Pompki. Na koniec należałoby popracować również ramionami. Dobrym ćwiczeniem będą klasyczne pompki. W podporze, dłonie pod barkami, ramiona proste. Wykonujemy ugięcia ramion tak, by klatka piersiowa znalazła się tuż nad podłożem, następnie wyprost ramion do pozycji tzw. deski. Pamiętajmy, aby ciało i nogi cały czas tworzyły jedną linię. 8-15 powtórzeń. Uproszczona wersja to przejścia z podporu do leżenia przodem (opuszczenie ciała na podłoże) lub tzw. pompki damskie – kiedy drugim punktem podporu nie są stopy, tylko kolana (w ten sposób podnosimy i opuszczamy mniejszą masę własnego ciała).

Rozciąganie

Po tak energetyzującym zestawie należy rozciągnąć mięśnie. Pracowały głównie nogi i mięśnie brzucha, dlatego proponuję następujący zestaw:

•   Siad prosty (nogi wyprostowane razem), wykonujemy skłon w przód, dłońmi staramy się sięgnąć do stóp. Rozciągamy tylną część uda, ścięgna pod kolanami, a w czasie, gdy maksymalnie przyciągamy stopy w stronę piszczeli – również mięśnie łydek.

•   Leżąc na boku, przyciągamy stopę górnej nogi do pośladka, kolana razem, biodro wypychamy w przód. Rozciągamy przez około 15 sekund przednią partię uda. Zmiana nogi.

•   Kładziemy się na plecach, przyciągamy w stronę klatki piersiowej ugiętą nogę i łapiemy ją pod kolanem, a następnie jeszcze maksymalnie dociągamy do klatki piersiowej, druga noga prosta na podłożu. Zmiana nogi.

•   Siad skrzyżny: nogi ugięte, stopy splecione, kolana na zewnątrz. W tej pozycji wykonujemy skłon w przód, dłońmi sięgając jak najdalej po podłożu. Rozciągamy mięśnie pośladkowe przez około 15 sekund.

•   Leżenie przodem, dłonie przy barkach. Prostujemy ramiona w przód, unosząc barki nad podłoże i wyginając ciało w łuk, biodra i nogi pozostają na podłożu. Rozciągamy mięśnie brzucha.

•   Siad klęczny: biodra spoczywają na piętach, stopy wyprostowane. Nie unosząc bioder, pochylamy maksymalnie ciało, a ramiona wyciągamy w przód. Rozciągamy dolną część pleców. W tzw. ukłonie japońskim pozostajemy przez około 20 sekund.

Wykonując te ćwiczenia regularnie, najlepiej codziennie, z pewnością nie nabierzemy zimą zbędnych kilogramów. Powodzenia.

Krzysztof Koc

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Przedwczesne kapitulacje

Znany polsko-francuski arcymistrz Ksawery Tartakower jest autorem trafnego stwierdzenia: „Przez poddanie nikt jeszcze nie uratował partii”. Praktyka szachowa notuje bowiem dość liczne przypadki poddania partii w… wygranej bądź remisowej pozycji. Chciałbym zaprezentować mały zbiór takich sytuacji. Na początek kilka przykładów, kiedy decyzja o rezygnacji z dalszej gry kosztowała cały punkt:

 

I. Popiel – G. Marco

1902

Białe: Kh1, Hd3, Wf1, Gb1, Sf5, a2, e4, g2, h2

Czarne: Kh8, He5, Wd7, Gb7, Gd4, a6, b5, g7, h6

To jest klasyczny, często cytowany przykład. Białe mogły wygrać ruchem 1.Sh4!, np. 1…Kh7 2.Sf3 czy 1...He8 2.e5. Zamiast tego wybrały inne, pozornie zwycięskie posunięcie 1.Wd1? Czarne poddały się, sądząc, że wskutek związania tracą figurę. Nie zauważyły, że po 1...Gg1! to białe traciły materiał; wobec groźby 2…H:h2x trzeba grać bez hetmana po 2.K:g1 W:d3

 

J. Sieglen – K. Gawehns

1994

Białe: Kg1, Ha7, We8, Gd5, a4, f2, g3, h2

Czarne: Kh7, Hb4, Wd2, Gh5, f7, g7, h6

Białe mają przewagę materialną i pozycyjną. Najprościej można było ją realizować po 1.Ha8. Nastąpiło jednak beztroskie 1.G:f7? Po krótkim namyśle (licząc tylko 1…G:f7? 2.H:f7) czarne uznały się za pokonane, chociaż mogły dać forsownego mata: 1...Hb1+ 2.Kg2 Hh1+! Ciekawe jest 2...Gf3+ 3.K:f3 Hh1+ 4.Kg4 Hd1+, ale tu można liczyć najwyżej na wieczny szach 3.Kh3 Lub 3.K:h1 Gf3+ 4.Kg1 Wd1+ 3...Hf1+ 4.Kh4 g5+ 5.K:h5 Hh3x

 

G. Sandor – P. Herendi

1948

Białe: Kh1, Hf7, Wc1, Se7, Sg5, a4, b4, g2, h2

Czarne: Kh8, Ha7, Wd8, Wf8, Gg7, Sc2, a6, b7, c4, g6, h7

Czarne mają wieżę więcej, ale grozi „mat Beniowskiego” 1.Hg8+! W:g8 2.Sf7x Policzywszy nieskuteczne sposoby obrony 1…W:f7 2.S:f7x, 1….h6 2.S:g6x czy też 1…Gb2 2.H:h7x, czarne złożyły broń. Ich uwadze uszło 1…Hf2! i poddać się powinny białe. Mata nie ma, przewaga materialna czarnych pozostaje.

S. Flohr – H. Grob

Arosa 1933

Białe: Kg1, He4, Gd5, Gf2, a2, b2, d4, f4, g3, h2

Czarne: Kg8, Hd7, Ga7, Gh3, a6, b7, f7, g7, h6

Po posunięciu 1...Hb5 białe uznały, że jedyną obroną przed matem na f1 jest 2.He1, ale wtedy ginie goniec d5 z groźbą kolejnego mata – na g2. Poddały więc partię, chociaż po nieoczekiwanym 2.Kh1! mogły zostać z pionkiem przewagi w dość spokojnej sytuacji na szachownicy (2...Hf1+ 3.Gg1 czy 2…H:b2 3.He8+ Kh7 3.G:f7).

Poddanie się w remisowej sytuacji jest częstszym zjawiskiem i dotyczy przeważnie błędnej oceny szans w końcówce:

 

N. Spiridonow – D. Neukirch

1967

Białe: Kh4, Hb8, Hd5, Gc1, g3, h2

Czarne: Kg7, Hf1, Gf6, a5, e4, f7, g6, h7

W tej partii ofiarą pomyłki był grający czarnymi późniejszy wieloletni trener niemieckiej kadry niewidomych. Po 1.Gg5 stwierdził, że możliwości ataku na białego króla się wyczerpały i dalsza gra bez hetmana nie ma sensu. Tymczasem po cichym 1...h6! można było uratować remis: 2.G:f6+ Białe muszą uważać. Po błędnym 2.H:f7+? K:f7 3.Hc7+ Kg8 4.Hc8+ Kh7 5.Hd7+ Gg7 można jeszcze przegrać… 2...H:f6+ 3.Kg4 Hf3+ 4.Kh3 Hf1+ 5.Kh4 Hf6+ z wiecznym szachem.

 

M. Litinska – A. Brustman

Malmoe (ct) 1986

Białe: Kg3, Wd7, b5, d5

Czarne: Kg5, We5, a5, a7, c5, h3

Po 55…Kg4 białe uznały się za pokonane, co zostało przyjęte przez kibiców ze zrozumieniem, bo przecież czarne dorabiają hetmana szybciej, np. 56.Wh7 Wh5 57.W:h5 K:h5 58.d6 h2 59.d7 h1H 60.d8H Hd1+ lub 56.d6 h2 57.Wh7 Wh5 itd. Dopiero późniejsze analizy wykazały, że końcowa opozycja jest remisowa po 56.d6! h2 57.Wg7+! i nie można 57...Wg5 58.W:g5+ K:g5 59.d7 ani 57...Kh4? 58.d7, bo biały pionek dochodzi z szachem. Nic nie daje też 56.d6 Wh5 57.Wg7+ Kf5 58.d7 Wh8, bo 59.Wh7!

 

B. Sikora-Giżyńska – Peng Zhaoqin

Nowy Sad (ol.) 1990

Białe: Kh2, We5, g2, h3

Czarne: Kg7, Wb1, e3, f4, h7

Białe wykonały remisujące posunięcie 1.g3! i po 1…f3 niespodziewanie poddały się, gdyż na 2.W:e3 nastąpi 2…f2 ze zdobyciem wieży. Tymczasem po wtrąconym 2.We7+! partia kończyła się pokojowo, dlatego że czarny król nie może uciec przed szachami na linię „f”: 2…Kg6 3.We6+ Kf5? 4.W:e3 i po 4...f2 jest 5.Wf3+

O wtrąconym szachu białe zapomniały i w poniższej, znacznie prostszej pozycji:

 

G. Fridstein – A. Lutikow

1954

Białe: Kg4, Wb8,

Czarne: Kd4, b3, c3

Białe na posunięciu policzyły wariant 1.W:b3? c2 2.Wb4+ Kd5! (2...Kc3? 3.Wb8) 3.Wb5+ Kd6 4.Wb6+ Kc7 i czarne dorabiają hetmana. Poddały więc partię, nie widząc, że proste wtrącenie 1.Wb4+! Kd3 2.W:b3 ratuje pół punktu. Czasami błędna decyzja o kapitulacji jest efektem poddania się sugestii przeciwnika:

 

G. Negyesy – K. Honfi

Budapeszt 1955

Białe: Kb1, Hf2, Wh1, Gf1, Sc3, a2, b2, e4, f3, g2, h2

Czarne: Kg8, He6, Wd8, Gh5, Sb4, a7, b7, e7, f7, g5, h7

Czarne wykonały energiczny ruch 1…H:a2+?? Białe policzyły 2.S:a2 Wd1x oraz 2.Kc1 Ha1+ i zrezygnowały z dalszej gry. Obaj szachiści nie zauważyli, że w tym pierwszym wariancie jest 3.Sc1 i żadnego mata nie ma…

W środowisku niewidomych szachistów często opowiadana jest anegdota o partii, w której zawodnik postawił niebronionego hetmana przy nieprzyjacielskim królu i powiedział zdecydowanie: „mat!”. Siła sugestii była tak duża, że przeciwnik zamiast zabić hetmana, podał rękę w geście poddania…

Jeśli więc chcemy złożyć broń, warto popatrzeć jeszcze raz na szachownicę, czy nie przeoczyliśmy przypadkiem możliwości obrony. Jeżeli widzimy, że partia toczy się forsownie dla nas przegranym wariantem, to nie poddawajmy się od razu. Wykonajmy jeszcze kilka posunięć, bo może po drodze okazać się, że wariant nie jest aż tak forsowny albo też, że jego skutki nie są dla nas tak tragiczne. Nic tak bowiem nie boli szachisty, jak kapitulacja w pozycji, która wcale nie jest przegrana…

Ryszard Bernard

 

aaa

 

Gramy w warcaby

Między 5 a 14 października 2014 r. rozegrano w Sobieszewie XV Drużynowe Mistrzostwa Polski Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach Stupolowych. Zwyciężyła zdecydowanie drużyna „Victorii” Białystok, dysponująca wyrównanym i najsilniejszym składem, którego atutem byli niewątpliwie aktualna mistrzyni Polski oraz trzech byłych mistrzów Polski. Poniżej partia pomiędzy byłymi mistrzami.

 

Andrzej Jagieła („Podkarpacie” Przemyśl) – Józef Tołwiński („Victoria” Białystok)

1. 32-28 19-23 2. 28x19 14x23 3. 37-32 10-14 4. 41-37 5-10 5. 33-28

Częściej w tym miejscu gra się 5. 46-41. Po 5... 14-19? białe mają prostą kombinację, a po 5... 13-19 pozycja czarnych jest gorsza z uwagi na podwieszonego pionka na 10.

5... 17-21! 6. 28x19 14x23

Czarne zwiększyły przewagę temp do +4.

7. 39-33 10-14 8. 34-30 14-19 9. 44-39 20-23

Lepsze było 9... 11-17. Grając krótkim skrzydłem, czarne mogły zachować zdobytą przewagę temp.

10. 50-44 25x34 11. 39x30 15-20 12. 44-39 20-25 13. 49-44? 25x34 14. 39x30

 

W 13. posunięciu białe opuściły pole 49, przez co w ich pozycji powstała słabość – brak kolumny 38-49. Czarne wykorzystały tę sytuację i postawiły bardzo mocnego klina.

14... 21-27! 15. 31x22 18x27 16. 32x21 16x27 17. 44-39 12-18!

W pozycji z klinem czarne realizują plan gry, umacniając centrum.

18. 40-34 11-16?

W tej sytuacji konieczne było 18... 8-12, żeby na 19. 33-29 odpowiedzieć 19... 18-22 20. 29x18 12x23.

19. 33-29 7-11

Lepsze było 19... 7-12 i 20... 1-7. Błędem jest kombinacja 19... 19-24 20. 30x28 18-23 21. 28x19 13x44, bo po 22. 43-39 44x33 23. 38x29 grozi strata pionka 27.

20. 37-31 1-7 21. 31x22 18x27 22. 29x18 13x22 23. 30-24 19x30 24. 35x24 9-14

Chociaż pozycja się uprościła, białe nadal mają problemy z aktywnością większości pionków.

25. 39-33 8-13 26. 46-41 2-8 27. 41-37 7-12 28. 45-40 16-21 29. 34-30 11-16 30. 40-35 12-18 31. 37-31 21-26 32. 33-29 26x37 33. 42x31 8-12 34. 38-33 13-19 35. 24x13 18x9 36. 43-38?

Dobrym zagraniem było 36. 29-23 9-13 37. 30-24 3-9 38. 33-29.

36... 22-28! 37. 33x22 27x18 38. 48-43 6-11 39. 31-27? 11-17 40. 36-31 17-21!

Poprzez atak na pionka 27 czarne wymuszają na białych niekorzystną wymianę, ponieważ przegrywa 41. 38-32 21-26.

41. 31-26 21x32 42. 38x27 12-17 43. 43-38 3-8 44. 38-32 8-13

 

Zajęcie punktu 27 nie poprawiło sytuacji białych, jedynie skomplikowało im grę.

45. 47-41?

Konieczne było 45. 30-25. Myśląc o obronie punktu 27, białe nie wzięły pod uwagę możliwości wyłączenia z gry dwóch pionków na krótkim skrzydle.

45... 18-23! 46. 29x18 13x31 47. 26x37 14-20!! 48. 30-25

Inaczej czarne groziły manewrem 48... 20-25, 49... 25-30

48... 20-24 49. 32-28 16-21 50. 37-32

Po 50. 28-23 21-27 51. 23-18 4-10 52. 41-36 10-14 53. 37-31 27-32 pozycja białych jest przegrana. Można było bronić się po 50. 37-31 9-13 51. 41-37 13-18 52. 37-32 18-22 53. 28-23 21-26 54. 32-27 26x37 55. 27x18 4-9 56. 35-30 24x35 57. 23-19 z remisem. Po 53... 4-9 przegrywa 54. 23-18 22x13 55. 31-27 13-18 56. 27x16 18-22. Białe mają remis w wariancie 54. 35-30 24x35 55. 23-19 35-40 56. 19-14 9x20 57. 25x14.

50... 9-13 51. 28-23?

Błąd rozstrzygający ostatecznie o wyniku partii. Po 51. 41-37 13-18 52. 37-31 18-22 53. 28-23 dochodziło do przytoczonych wcześniej remisowych wariantów.

51... 13-18 52. 23x12 17x8 53. 41-37 24-29!

Czarny pionek ma wolną drogę do damki.

54. 37-31 21-26 55. 31-27 29-33 56. 27-22 33-39 57. 22-17 39-44 58. 17-11 44-49 59. 11-6 49x16 60. 6-1 16-32!

Zajęcie głównej linii ma zabezpieczyć przejście kolejnych pionków do damki.

61. 1-29 26-31 62. 29-24 8-12 63. 25-20 12-17

Lepsze było od razu 63... 31-36.

64. 24-8 17-22 65. 8-2 32-28

Można było grać 65. 31-36 i na 66. 2-11 odpowiedzieć 22-27.

66. 2-13 22-27 67. 13-24 27-32 68. 35-30 31-36 69. 24-47 32-37 70. 30-24 37-41 71. 47-38 41-46 72. 20-15 28-39 73. 38-29 46-5 74. 29-40 36-41 75. 40-35 5-37

Groziło 76. 15-10.

76. 35-49 41-46 77. 49-38 37-26 78. 38-49 26-17 79. 49-35 17-21

Można było od razu atakować 79... 39-30 80. 24-20 30-25 i białe nie mogą grać 81. 15-10 z powodu 25x5.

80. 35-49 21-16 81. 49-35 16-49 82. 24-20 39-25 83. 35-24 25x14 84. 24-29 46-19 85. 29-45 19-24 86. 45-1 4-9 87. 1-34

Przegrywało 87. 1-18 49-35 88. 18x4 14-9.

87... 9-13 88. 34-25 14-5

i po doprowadzeniu pionka 13 do damki czarne wygrały.

Interesujący przebieg miała też partia pomiędzy innymi czołowymi zawodnikami crossowskiego środowiska.

 

Jan Sekuła („Cross Opole”) – Stanisław Jędrzycki („Sudety” Kłodzko)

1. 34-30 19-23 2. 30-25 14-19 3. 25x14 9x20 4. 40-34 4-9 5. 34-30 20-24!?

Zawodnik „Sudetów” Kłodzko specjalizuje się w pozycjach klasycznych i ostatnie zagranie czarnych jest przygotowaniem do tego typu pozycji. Błąd polega na tym, że zagranie na 24 jest przedwczesne, ponieważ białe nie zajęły jeszcze pól 28 i 32.

6. 30-25 10-14

 

Jednym ze sposobów gry przeciw klasyce jest wymiana centralnego pionka, przez co czarne będą pozbawione kolumn na długim skrzydle, a ponadto pionek 24 może być zagrożony atakami.

7. 32-28! 23x32 8. 37x28

Czarne nie tylko, że nie osiągnęły zamierzonego celu, lecz dodatkowo nie mogą być aktywne na długim skrzydle.

8... 18-23 9. 42-37 23x32 10. 37x28 12-18 11. 41-37 17-21

Na 11... 18-23 białe odpowiedziałyby 12. 46-41 23x32 13. 37x28 i nie można grać 13... 13-18 z powodu 14. 28-23 18x29 15. 35-30 24x35 16. 33x4

12. 47-42 7-12

Po 12... 21-26 13. 37-32 26x37 14. 32x41 funkcjonuje ten sam schemat pozycji.

13. 45-40 1-7 14. 40-34

Grozi związanie 15. 34-30, po którym dalszym planem białych byłoby atakowanie pionka 24. Czarne decydują się więc na wymianę, która prowadzi do znacznych ustępstw w pozycji.

14... 24-30 15. 35x24 19x30 16. 31-26

W pozycjach z silnym centrum pionek 31 często jest słabością, stąd zagranie na 26.

16... 30-35 17. 26x17 12x21 18. 46-41 7-12 19. 37-32 14-19

Czarne ponownie podejmują próbę sprowadzenia pozycji do klasyki. W celu przeciwdziałania zamiarom przeciwnika, białe muszą przygotować kolumnę na krótkim skrzydle.

20. 50-45 18-23 21. 44-40! 35x44 22. 49x40

Białe przygotowały się do wymiany centralnego pionka, przez co kolejna próba przejścia czarnych do klasyki nie powiodła się. Na ewentualne zagranie czarnych 22... 21-27? 23. 32x21 16x27 białe przygotowały 24. 34-29! a) 24... 23x32 25. 29-23 19x28 26. 33x31 i czarne tracą pionka; b) 24... 23x34 25. 40x29 19-24 26. 29x20 15x24 zagrożone są pionki 27 i 24.

22... 12-18 23. 34-29 23x34 24. 40x29 21-26 25. 41-37 8-12

Groziła niekorzystna dla czarnych wymiana 26. 28-23 19x28 27. 32x12 8x17, po której u czarnych powstałaby grupa mało aktywnych pionków na krótkim skrzydle.

26. 45-40 16-21 27. 37-31!

Czarne przygotowały wymianę 27... 21-27, w celu uaktywnienia bandowego pionka 26 i należało temu zapobiec. Poza tym wymiana 37-31 zwiększa tempo białych o kolejne 4 punkty.

27... 26x37 28. 42x31 21-26 29. 39-34! 26x37 30. 32x41

 

Białe osiągnęły znaczną przewagę. W otwartej pozycji zwiększyły tempo do +10 i kontrolują ważne pozycyjnie punkty. Dodatkowo grożą wygraniem pionka i czarne zmuszone są przejść do obrony.

30... 9-14 31. 40-35 12-17 32. 34-30 17-22 33. 28x17 11x22 34. 30-24 19x30 35. 35x24

Teraz okazuje się, że atak 35... 14-19 byłby błędem z powodu braku pionka na 4.

35... 13-19? 36. 24x13 18x9

To zagranie nie rozwiązuje problemów czarnych, dlatego że zagrożony pozostał pionek 22.

37. 41-37 6-11 38. 37-32 11-17 39. 48-42 14-19 40. 29-24! 19x30 41. 25x34 5-10 42. 42-37 3-8 43. 37-31 10-14 44. 31-26!

Białe planują realizację przewagi pozycyjnej poprzez atak na osłabione krótkie skrzydło czarnych.

44... 14-19 45. 32-27 22x31 46. 36x27 2-7 47. 33-28 7-11??

W trudnej pozycji czarne popełniają błąd, który od razu prowadzi do straty pionka.

48. 27-21 8-13

Po 48... 8-12 49. 21-16 sytuacja czarnych byłaby jeszcze gorsza.

49. 21x12 15-20 50. 38-33 20-25

W tej trudnej dla czarnych sytuacji nieco lepsze byłoby 50... 19-24.

51. 33-29 9-14 52. 43-39 14-20 53. 39-33 19-24 54. 26-21 11-16? 55. 21-17

I czarne poddały się. Po 54... 11-17 55. 21-16 17x8 56. 16x11 wynik partii by się nie zmienił.

Jan Sekuła

 

aaa

 

W jakich szkoleniach chciałbyś uczestniczyć?

Czy szkolenia z zakresu obsługi komputera są przydatne? Co sądzisz o potrzebie wsparcia w obszarze doradztwa zawodowego? A może interesują Cię kursy języków obcych?

Zapraszamy do wypełnienia ankiety dotyczącej szkoleń organizowanych przez Stowarzyszenie „Cross”. Twój udział w sondażu pomoże nam zaplanować i zrealizować kursy oraz zajęcia o ciekawym profilu, odpowiadające uczestnikom. Jeśli interesujesz się poradnictwem psychologicznym, chciałbyś poznać nowe dyscypliny sportowe (nordic walking, kręgle, warcaby, szachy, brydż itp.), zajrzyj na stronę internetową Stowarzyszenia www.cross.org.pl i wypełnij ankietę znajdującą się w zakładce Aktualności.

Interesuje nas również opinia na temat formy zajęć – wolisz cykliczne spotkania w niewielkich odstępach czasu czy może dłuższe, intensywne zjazdy, bardziej oddalone od siebie w czasie?

Odpowiedz na te i inne pytania i podziel się swoimi pomysłami. Wypełnij ankietę na stronie internetowej i stwórz razem z nami idealne szkolenie dla Ciebie!