stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 11 (104) Listopad 2013

ISSN 1427-728X

ROK XI

Nr 11 (104)

Listopad 2013 r.

MIESIĘCZNIK

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel.kom. 668 764 654,

666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Skład i opracowanie graficzne:

Wojciech Górski

Druk: EPEdruk Spółka z o.o.

ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Miesięcznik dofinansowuje:

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

http://www.pfron.org.pl/ftp/Loga/logo_PFRON_2011_r.jpg


Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

Spis treści:

 

Idzie nowe?

Mirosław Jurek

Czas na futbol!

Lubomir Prask

Tytuł zostaje w Lublinie

Konrad Andrzejuk

Triumf „Victorii” Białystok

Leszek Stefanek

Mistrzostwa celnych trafień

Wojciech Kopczyński

W grupie siła

Piotr Dudek  

Niewidomi na kortach

Grzegorz Modrzyński

Wiadomości

Maratończyk w pepegach

Andrzej Szymański   

Laos – całkiem inne miejsce

Renata Nowacka-Pyrlik      

Dobry i zły

(BWO)

Sport to zdrowie

Krzysztof Koc

Gramy w szachy

Ryszard Bernard

Gramy w warcaby

Jan Sekuła

Plebiscyt – Galeria sław polskich sportowców z niepełnosprawnością

 

 

wokół sportu

 

Idzie nowe?

 Czym charakteryzuje się struktura organizacyjna sportu niepełnosprawnych, jakie są kierunki rozwoju podmiotów działających w tym obszarze oraz jak wygląda polski model szkolenia sportowego paraolimpijczyków i co w nim należy zmienić – to pytania, na które próbowali odpowiedzieć uczestnicy konferencji „Organizacja i zarządzanie sportem osób niepełnosprawnych”, zorganizowanej 18 października 2013 roku przez Akademię Trenerską w Instytucie Sportu w Warszawie.

Strategię i kierunki rozwoju sportu niepełnosprawnych w Polsce przedstawiła Marta Przeździecka z Ministerstwa Sportu i Turystyki. Instytucja widzi konieczność debaty na temat nowych rozwiązań systemowych i potrzebuje wsparcia środowiska sportu niepełnosprawnych dla swoich działań. Dążenie do zmian wynika z reform strukturalnych na arenie międzynarodowej i nowych przepisów wdrażanych w Polsce. Obecne działania podporządkowane są Strategii Rozwoju Sportu w Polsce do roku 2015, przyjętej w roku 2007. Główny cel sformułowany w tym dokumencie to wzrost aktywności i sprawności społeczeństwa, a najważniejsze zadania dotyczące osób z niepełnosprawnością to zwiększenie ich uczestnictwa w różnych formach aktywności fizycznej, opracowanie programów przygotowań do igrzysk paraolimpijskich oraz sport osób niepełnosprawnych w polskich związkach sportowych. Kolejny ważny dokument determinujący działania ministerstwa to Konwencja ONZ o Prawach Osób Niepełnosprawnych, która zakłada kres modelu izolacyjnego. Obecnie zaleca się integrację – odejście od oddzielnych struktur na rzecz włączania osób niepełnosprawnych do ogólnych i powszechnych działań. W 2014 roku resort sportu nie przewiduje istotnych zmian obowiązujących programów w sporcie niepełnosprawnych, gdyż obecnie brakuje gotowych rozwiązań. Jednak ministerstwo musi respektować prawo międzynarodowe i dążyć do realizacji zapisów ustawy o sporcie, która daje polskim związkom sportowym wyłączność na sport wyczynowy.

O celach i efektach działalności Rady Sportu Osób Niepełnosprawnych mówił jej członek Bogusław Gałązka. Rada jest organem opiniodawczo-doradczym ministra sportu i turystyki, a w jej 11-osobowym gronie znajdują się przedstawiciele Sejmu, rządu, organizacji sportowych i środowisk naukowych. Do głównych zadań rady należą: opracowywanie propozycji rozwoju sportu osób niepełnosprawnych, inicjowanie działań, wspieranie i promowanie nowych zadań, przekazywanie ministerstwu własnych opracowań, opinii oraz wniosków. Rada, działając w obszarze sportu osób niepełnosprawnych, opiniuje dokumenty ministerialne i rządowe, projekty budżetu państwa, inicjuje zmiany organizacyjno-prawne, monitoruje wdrażanie nowych rozwiązań prawnych, analizuje stan przygotowań reprezentacji Polski do najważniejszych imprez sportowych. Dotychczasowe doświadczenia skłaniają do wniosku, że brak jest jednego kierunku działań poszczególnych organizacji sportu niepełnosprawnych, które zazwyczaj starają się iść własną ścieżką rozwoju. Rada planuje również opracowanie strategii rozwoju sportu osób niepełnosprawnych na okres najbliższych 6 lat. Dokument ten będzie uwzględniał światowe tendencje integracyjne oraz inne ważne problemy, m.in. zasady finansowania oraz sport dzieci i młodzieży.

Rolę i kierunki rozwoju Polskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych „Start” przedstawił prezes Łukasz Szeliga. Obszary działalności tej organizacji to: turystyka, sport powszechny, sport wyczynowy i Europejskie Centrum Przygotowań Paraolimpijskich i Rehabilitacji Pourazowej Poprzez Sport – w Wiśle. „Start” zamierza unowocześnić i zintensyfikować swoje dotychczasowe działania, dążąc do stworzenia systemu na zasadzie piramidy, której podstawą jest masowość, a wierzchołkiem sport wyczynowy na najwyższym poziomie. Łukasz Szeliga nie zamierza na siłę trzymać u siebie wszystkich dyscyplin, lecz jego zdaniem, przejęcie przez polskie związki sportowe szkolenia kadr narodowych nie rozwiązuje problemu. Oddanie najlepszych zawodników osłabia motywację trenerów i działaczy oraz pogarsza wizerunek organizacji. Tymczasem promocja jest niezbędnym warunkiem rozwoju sportu niepełnosprawnych oraz czynnikiem wpływającym na nabór nowych talentów, pozyskiwanie sponsorów i budowanie pozytywnego wizerunku w społeczeństwie.

Rita van Driel zaprezentowała modele zarządzania sportem paraolimpijskim w Holandii. Kraj ten wprowadził unikalny model, obejmujący wszystkich zawodników tym samym systemem organizacyjnym, polegający na całkowitej integracji na każdym etapie. Jest jedna organizacja zajmująca się sportem olimpijskim, paraolimpijskim i powszechnym, wszystkie dyscypliny sportu osób niepełnosprawnych funkcjonują przy organizacjach sportowych osób zdrowych, a ogólnodostępne kluby wspierają niepełnosprawnych członków, stwarzając im odpowiednie warunki do realizowania wybranych form aktywności fizycznej. Motto tego modelu brzmi: „Tam gdzie się da, stosujemy system ogólny. System specjalny stosujemy tylko tam, gdzie to konieczne!”.

Proces pełnego włączenia sportu osób niepełnosprawnych w ogólne struktury sportowe pod względem administracyjnym, organizacyjnym i sportowo-technicznym trwał 8 lat (2000-2008). Był zapoczątkowany odgórnie i stopniowo obejmował niższe szczeble. Program rozwoju sportu zaowocował intensyfikacją działań związków sportowych, rozwojem sportu młodzieżowego, upowszechnieniem aktywności fizycznej, rozwojem krajowej infrastruktury sportowej i sukcesami sportowymi. W 2012 roku holenderska ekipa paraolimpijska po okresie regresu powróciła do światowej elity, zajmując 10. miejsce w klasyfikacji medalowej IP w Londynie.

Na tle przykładu holenderskiego ciekawie zaprezentowały się różnorodne rozwiązania organizacyjne wdrażane aktualnie w Polsce. Koszykarze niepełnosprawni, wzorując się na międzynarodowej strukturze tego sportu, wybrali drogę niezależnego rozwoju i utworzyli w 2012 roku Związek Koszykówki na Wózkach, a obecnie czekają na rejestrację Polskiego Związku Koszykówki na Wózkach. Z kolei tenisiści na wózkach, po okresie samodzielnego działania, funkcjonują obecnie w strukturze Polskiego Związku Tenisowego i chwalą sobie to rozwiązanie. Po latach kłopotów i marazmu nastąpiła nowa era działalności niepełnosprawnych żeglarzy. Z inicjatywy tego środowiska ich szkolenie sportowe odbywa się teraz przy Polskim Związku Żeglarskim. Autorytet związku pomaga im zdobywać fundusze i zaistnieć w mediach, a wiedza i doświadczenie związkowych fachowców są kapitałem, z którego chętnie korzystają. Współpraca zaowocowała wzrostem liczby osób niepełnosprawnych objętych szkoleniem żeglarskim oraz pierwszym sukcesem sportowym na arenie międzynarodowej w postaci brązowego medalu na tegorocznych mistrzostwach Europy w paraolimpijskiej klasie Skud 18.

W pełni zintegrowanym sportem, zarówno na świecie, jak i w Polsce, jest kajakarstwo. Stało się tak z inicjatywy Międzynarodowej Federacji Kajakarskiej, która od 2009 roku promuje rozwój nowej dyscypliny – parakajakarstwa. Polski Związek Kajakarski również dał zielone światło niepełnosprawnym zawodnikom, przyjmując ich w swoje struktury. W ciągu czterech lat nastąpił szybki rozwój i wzrost poziomu sportowego tej paraolimpijskiej dyscypliny, a polscy zawodnicy zdobyli w 2013 roku cztery medale na ME i trzy krążki na MŚ. Bieżący rok był początkiem zmian w tenisie stołowym osób niepełnosprawnych, gdyż kadra narodowa w tej dyscyplinie przeszła ze „Startu” do Polskiego Związku Tenisa Stołowego. Trenerka kadry Elżbieta Madejska do pozytywnych następstw nowego usytuowania kadry zalicza: możliwość wspólnych treningów zawodników niepełnosprawnych z pełnosprawnymi, pełną realizację planów szkoleniowych, stabilność finansową, profesjonalizm organizacyjny i medale zdobyte na ME: 4 złote, 2 srebrne i 9 brązowych.

Zachodzące i planowane zmiany strukturalne są wielokierunkowe i obejmują różne aspekty. W procesie integracji sportowców niepełnosprawnych i zdrowych znacząca jest rola psychologa sportowego, o czym mówił prof. Marcin Krawczyński. Obecna sytuacja jest również wyzwaniem dla środowiska trenerskiego i wymaga kształcenia kadr na potrzeby sportu osób niepełnosprawnych, co było tematem wystąpienia Piotra Marka. Po debacie kończącej konferencję można było wysnuć wnioski, że integracyjny kierunek rozwoju sportu jest zgodny z intencjami ministerstwa i wspierany finansowo przez państwo. Przeważały opinie, że jest to słuszna droga, lecz zmiany powinny zachodzić w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem i charakteryzować się umiarem. Najtrudniej dokonywać ich w dyscyplinach z dużą tradycją i sukcesami, a główną barierą do pokonania jest mentalność działaczy i zawodników.

Podsumowując konferencję, prof. Andrzej Kosmol stwierdził, że przedstawione przykłady stanowią cenne doświadczenie, które będzie przydatne przy wypracowywaniu rozwiązań systemowych w sporcie osób niepełnosprawnych w Polsce. Zdaniem profesora, uczymy się na błędach, jednak ewolucyjny charakter zmian też musi być zdefiniowany – potrzebna jest wizja celu i sposobów jego realizacji. Myślę, że jest to zachęta do dalszej dyskusji, która, mam nadzieję, będzie się toczyć również na łamach „Crossa”.

Mirosław Jurek

Na początek

 

piłka nożna

 

Czas na futbol!

Drużyna piłkarska „Sprintu” Wrocław, wzmocniona zawodnikami z „Karolinki” Chorzów, w dniach 5-8.09.2013 r. pojechała do Pragi na turniej Pucharu Miast Europy Centralnej. Na zawodach, znakomicie zorganizowanych przez pana Zdenka Barloka, rywalizowały cztery drużyny, reprezentujące: Budapeszt, Brno, Wrocław i gospodarza imprezy – Pragę. Nie było lekko…

Spotkania sędziowało czterech profesjonalnych arbitrów z Czech. Mecze rozgrywane były w pełnym wymiarze czasowym – 2 razy po 25 minut, z 10-minutową przerwą. Byliśmy świadkami bardzo emocjonującej gry, niezwykle zaciętej, a momentami nawet ostrej. Na szczęście nikt nie doznał poważniejszej kontuzji, choć kilkakrotnie wyglądało to bardzo groźnie. Potwierdza się opinia, że w piłkę nożną dla niewidomych grają sami twardziele.

W pierwszym meczu przyszło nam stoczyć walkę z zawodnikami z Brna. Jest to drużyna, która wyjeżdża często do Niemiec na zawody i gra tam z najlepszymi. Na boisko wyszliśmy więc bardzo skoncentrowani. Zaczęliśmy bardzo szczęśliwie od szybko strzelonych dwóch bramek i chyba morale zawodników z Brna mocno podupadło, bo po końcowym gwizdku na tablicy widniał wynik 7:0 dla nas! Trzy bramki strzelił nasz najlepszy snajper Przemysław Kowalewski (w całym turnieju 5 i został królem strzelców), Łukasz Byczkowski – 2, a jedyna kobieta w drużynie Monika Helwig strzeliła swoje dwa pierwsze gole w historii. Niesamowitą pracę wykonała Ania Piwecka, która wzięła na siebie rolę przewodnika. Stojąc za bramką przeciwnika, bardzo sprawnie naprowadzała zawodników.

Naszymi kolejnymi rywalami byli Węgrzy. To było pierwsze spotkanie obu drużyn, a więc duża zagadka dla wszystkich. Widzieliśmy ich, jak grali z Pragą i bardzo obawialiśmy się ich napastnika, który świetnie prowadził piłkę i stwarzał dużo sytuacji strzeleckich. Obawy się sprawdziły. Straciliśmy bramkę. Na szczęście my strzeliliśmy 3 i wygraliśmy 3:1. Na tym etapie turnieju na koncie mieliśmy dwa zwycięstwa, podobnie jak drużyna z Pragi. Nasz wspólny ostatni mecz decydował o tym, kto będzie triumfował, a kto zajmie drugie miejsce. W drużynie z Pragi grał świetny napastnik. Jak się potem okazało, goalballista z czeskiej drużyny narodowej. Piłka jakby szukała go na boisku, a on zawsze wiedział, gdzie ona jest lub gdzie za chwilę będzie. Walka wymagała dużo pracy w obronie. Nasi zawodnicy: Dawid Lament, Adrian Słoninka i Mateusz Murek spisali się jednak wyśmienicie – nie straciliśmy żadnej bramki. Świetnymi paradami popisywał się w bramce Grzegorz Jakubowski, wielokrotnie ratując drużynę od utraty bramki. Jednak nam również nie udało się strzelić gola. Zwycięzcę należało więc wyłonić w konkursie rzutów karnych. Regulamin zawodów w przypadku remisu przewidywał turę trzech strzałów, a przy braku rozstrzygnięcia zwycięzca następnej kolejki kończył rywalizację. To były niesamowite przeżycia. Chyba nic tak nie jednoczy drużyny jak rzuty karne. Wielu naszych zawodników bardzo obawiało się, że nie poradzi sobie z presją i nie pomoże drużynie w wygranej. Tu jednak do akcji wkroczył trener. To on, znając swoich zawodników jak nikt inny, wiedział, jak ich zmotywować, aby wszystko poszło jak najlepiej. I zaczęło się! My strzelaliśmy pierwsi. Potężne uderzenie i gooooool! Ale i Czesi trafili. Druga kolejka to świetne obrony bramkarzy – wciąż 1:1. W trzeciej my strzelamy przepiękną bramkę pod poprzeczkę, a prażanie po rękawicach naszego bramkarza od słupka i jest 2:2. Wszystko w nogach następnej dwójki zawodników. Największe armaty już strzelały – teraz przyszedł czas na drobniejszych zawodników. To jest nieprawdopodobne, by tak trafić – tuż przy słupku – aby bramkarz, mimo interwencji, nie zdążył wybić piłki. Nawet z odsłoniętymi oczami nie zawsze się to udaje. Czekamy na przeciwnika, ten nieczysto trafia w piłkę i nasz bramkarz pewnie chwyta futbolówkę. Wygraliśmy 3:2!

Radość ze zwycięstwa jest ogromna. Podczas ceremonii wręczania nagród organizatorzy zaskoczyli nas, odgrywając Mazurka Dąbrowskiego. Po raz pierwszy byliśmy w takiej sytuacji i niejednemu łza spłynęła po policzku. Smak zwycięstwa jest fantastyczny, ale jeszcze większe zadowolenie dają postępy i rozwój naszych zawodników. Czekają nas kolejne treningi, sprawdziany, zawody i oby sukcesy − kto wie. Najważniejsze jednak jest to, że możemy grać w piłkę nożną i że to nam sprawia ogromną frajdę!

 

Puchar Miast Europy Centralnej 2013

Rozgrywki:

BSC Praga – LASS Budapeszt 3:1

Avoy MU Brno – „Sprint” Wrocław 0:7

BSC Praga – Avoy MU Brno 3:0

„Sprint” Wrocław – LASS Budapeszt        6:1

„Sprint” Wrocław – BSC Praga 0:0 (3:2 w rzutach karnych)

LASS Budapeszt – Avoy MU Brno 2:5

 

Klasyfikacja końcowa:

1. „Sprint” Wrocław

2. BSC Praga

3. Avoy MU Brno

4. LASS Budapeszt

Lubomir Prask

Na początek

 

goalball

 

Tytuł zostaje w Lublinie

Nie minął jeszcze rok od ostatnich mistrzostw, a już pod koniec września goalballistki i goalballiści spotkali się w Lublinie, by walczyć o miano najlepszych drużyn Polski. W tym roku, podobnie jak w poprzednim, losy tytułu mistrzowskiego ważyły się podczas jednego tylko weekendu.  

Przez wiele lat na cykl mistrzostw Polski składały się trzy turnieje. Niestety, finanse nie pozwoliły na powrót do tej tradycji, jednak nie sprawiło to, żeby poszczególne ekipy mniej solidnie przygotowały się do rywalizacji.

Zawody rozpoczęły się wcześnie rano. Jak zwykle goalballistów gościła hala lubelskiego „Startu”. Słynie ona z szybkiego parkietu, co pozwala zawodnikom na rozgrywanie bardzo efektownych akcji. Najlepsi gracze rozpędzają piłkę do prędkości powyżej 60 km/h. Takich zawodników nie brakuje również na mistrzostwach Polski. Jeden z nich gra w ekipie Wrocławia, która w pierwszym spotkaniu zawodów podjęła Bierutów. Gwiazdą wrocławskiej drużyny jest obdarzony bardzo silnym rzutem Marcin Lubczyk. Ten zaledwie 18-letni gracz oraz jego kolega z drużyny Kamil Czachara grają już w reprezentacji Polski. Obaj debiutowali w niej w czerwcu, na turnieju w Marsylii, gdzie biało-czerwoni wywalczyli 2. miejsce, pokonując drużyny należące do światowej czołówki.

Tym razem w derbach Górnego Śląska górą była ekipa Bierutowa, której zawodnikiem jest m.in. tata Marcina − Marek Lubczyk. W kolejnych spotkaniach gospodarze pokonali drużynę Lasek, Katowice II rozprawiły się ze Szczecinem, zaś Katowice I uległy białostoczanom.

Po tych meczach na boisko weszły panie z Lublina i Lasek. W tym roku do rywalizacji zgłosiły się tylko dwie kobiece drużyny. W takiej sytuacji zadecydowano o rozegraniu między nimi dwumeczu. W pierwszym spotkaniu górą były lublinianki, wygrywając 12:10. W bardzo zaciętym rewanżu 3 punkty zdobyły zawodniczki z Lasek, zwyciężając 9:7. Oznaczało to konieczność przeprowadzenia dogrywki, w której po zdobyciu złotej bramki triumfowały reprezentantki Lasek.

Kobiecy goalball w Polsce wciąż nie jest silny. Ciężko przekonać przedstawicielki płci pięknej do uprawiania tej trudnej i kontuzjogennej dyscypliny sportu. Jednak te, które rozpoczęły już przygodę z dzwoniącą piłką, nie żałują tego. Ewa Bilewicz z Lublina mówi, że mimo siniaków woli goalball od innych sportów. Lublinianki na co dzień trenują razem z chłopakami. Wśród nich jest Marek Mościcki, którego silne i precyzyjne strzały w popołudniowym meczu pozwoliły gospodarzom pokonać najtrudniejszego rywala w drodze po mistrzostwo – ekipę Białegostoku. Pierwsza połowa spotkania Lublin − Białystok zakończyła się bardzo niskim dla męskiego goalballu wynikiem 1:1. W drugiej części drużyna gospodarzy, prowadzona przez Roberta Prażmę (który jest jednocześnie trenerem kadry narodowej), przejęła inicjatywę i ostatecznie odniosła zwycięstwo 5:2. Sprawiło to, że białostoczanie zachowali już tylko matematyczne szanse na wywalczenie pierwszego w historii swojej drużyny tytułu mistrza Polski. Ekipie z Podlasia wyraźnie się nie wiedzie w krajowych rozgrywkach. Corocznie ociera się o mistrzostwo, jednak ostatnie słowo należy zazwyczaj do drużyny z Lublina.

Sobotnie rozgrywki zakończyły się późnym wieczorem. W przedostatnim meczu tego długiego dnia drużyna z Lasek zremisowała 9:9 z doświadczoną ekipą z Bierutowa. Wynik ten należy uznać za ogromny sukces młodych podopiecznych trenera Andrzeja Gromulskiego, gdyż Bierutów należy do najsilniejszych drużyn w kraju i w ostatnich latach nie dawał się strącić z podium mistrzostw Polski.

Laski to młoda drużyna, złożona z uczniów tamtejszego ośrodka szkolno-wychowawczego. Chłopcy mają duży potencjał i grają z poświęceniem, co widać podczas każdej ich potyczki. Brakuje im doświadczenia i, jak podkreśla jeden z zawodników Kacper Kowalewski, warunków treningowych. Drużyna trenuje na małej salce o powierzchni niemal dwukrotnie mniejszej niż boisko do goalballu. Jednak nawet to nie studzi zapału młodych sportowców.

W Lublinie sportowcy z Lasek zdobywali szlify przed młodzieżowymi mistrzostwami Polski, których gospodarzami będą w tym roku.

Kacper ma 17 lat i uczy się w liceum ogólnokształcącym. Po jego ukończeniu ma zamiar zdobyć zawód w studium masażu. Oprócz goalballu chłopak zajmuje się również muzyką, planuje studia na organistyce w Warszawie. Kacper traktuje goalball poważnie. Często sam ćwiczy wieczorami, doskonaląc technikę rzutu.

Inną młodą drużyną, która zaprezentowała się na zawodach, była ekipa ze Szczecina. Chłopaki z Pomorza stawiają w goalballu dopiero pierwsze kroki, jednak w porównaniu do wcześniejszych występów daje się zauważyć duży postęp, co dobrze wróży na przyszłość.

Od początku drugiego dnia turnieju było widać narastające zmęczenie zawodników. Rozegranie tak dużej liczby spotkań stanowi ogromny wysiłek, a biorąc pod uwagę fakt, że najważniejsze mecze miały odbyć się dopiero pod koniec turnieju, nieodpowiednie rozłożenie sił mogło przesądzić o porażce. Przekonali się o tym zawodnicy z Bierutowa, którzy po zaledwie 12 minutach gry ulegli ekipie z Białegostoku 2:12. Tym samym stracili szansę na podium. Białostoczanie zaś byli teraz o krok od wicemistrzostwa. Aby srebrny medal trafił na Podlasie, Katowice nie mogły w swym ostatnim meczu pokonać lublinian różnicą więcej niż dwóch bramek. Wygrana drużyny ze Śląska mogłaby zapewnić jej tytuł mistrzowski. Dlatego też mecz zapowiadał się bardzo emocjonująco.

Pierwsza część spotkania okazała się bardzo wyrównana. Zawodnicy obu drużyn popełniali błędy, których ceną była utrata kolejnych punktów. Jednak w drugiej połowie meczu Ślązakom zabrakło sił, aby dłużej bronić się przed napierającymi na ich bramkę lublinianami. Ostatecznie gospodarze zwyciężyli 15:8 i niepokonani wywalczyli po raz kolejny tytuł mistrza Polski. Ogromną rolę w tym sukcesie odegrał Marek Mościcki, reprezentant Polski i jeden z najsilniejszych zawodników w Europie, ale należy również zwrócić uwagę na Ryszarda Kubaja, prawdziwego weterana goalballowych boisk. Pan Ryszard ma na swoim koncie już niemal 20 tytułów mistrza Polski i mimo upływających lat wciąż prezentuje wysoką formę i stanowi duże wsparcie dla swej drużyny.

Ceremonię zakończenia imprezy zaszczycili swą obecnością przedstawiciele samorządu lokalnego oraz sponsora zawodów – firmy LSN Lublin, która ufundowała upominki dla zawodników zwycięskich drużyn. Wszystkie ekipy otrzymały ponadto puchary. Królem strzelców turnieju został zawodnik gospodarzy Marek Mościcki, zaś mianem najwszechstronniejszego gracza uhonorowano Krystiana Kisiela z drużyny Lasek.

Lublin pożegnał goalballistów słoneczną pogodą. Najważniejsze trofeum zostało nad Bystrzycą, pokonani wracali jednak do domów z podniesionymi głowami, pełni zapału do dalszej pracy na treningach. Mamy nadzieję, że w przyszłym roku powróci się do tradycyjnego cyklu trzech turniejów rozgrywek mistrzowskich. Tymczasem kadrę Polski czekają intensywne przygotowania do przyszłorocznych mistrzostw Europy. Wkrótce rozpoczną się też rozgrywki o Puchar Śląska, zaś białostockiej drużynie przyjdzie się zmierzyć w międzynarodowej lidze litewskiej, która należy do najsilniejszych na świecie. Jesień przyniesie więc w tym roku nie tylko naręcza złocistych liści, lecz również wiele sportowych emocji.

 

Klasyfikacja końcowa mistrzostw Polski w goalballu

21-22.09.2013 r., Lublin

Kobiety

1. Laski

2. Lublin

Mężczyźni

1. Lublin       21 p.

2. Białystok   18 p.

3. Katowice I 15 p.

4. Bierutów   10 p.

5. Wrocław    7 p.

6. Katowice II 6 p.

7. Laski        5 p.

8. Szczecin   0 p.

Konrad Andrzejuk

Na początek

 

warcaby

 

Triumf „Victorii” Białystok

Ogromne sportowe emocje, nieoczekiwane meczowe rozstrzygnięcia i wielki come back mistrza sprzed lat sprawiły, że warcabowa rywalizacja drużyn była jednym z ciekawszych turniejów tego roku.

W dniach 21-29 września 2013 roku w hotelu Hańcza w Suwałkach odbyły się XIV Drużynowe Mistrzostwa Stowarzyszenia „Cross” w Warcabach Stupolowych. Do faworytów turnieju zaliczały się ubiegłoroczne medalowe drużyny z Lublina, Białegostoku i Przemyśla. Za ich głównych konkurentów w walce o podium uważano bardzo silny i wyrównany w tym roku team z Bydgoszczy, a także jak zawsze groźne drużyny z Opola (z mistrzem świata Janem Sekułą) i Olsztyna. Również pozostałe ekipy zdolne były do sprawienia niespodzianek w poszczególnych meczach. Wydarzeniem stał się powrót do gry po wielu latach przerwy gwiazdy polskich warcabów przełomu lat 70. i 80. ubiegłego stulecia, mistrza kombinacji Stanisława Jędrzyckiego, który wzmocnił „Sudety” Kłodzko.

Na początku, jak zwykle, czołowa szóstka drużyn walczyła z drugą szóstką w rankingu, teoretycznie słabszą. Jeszcze kilka lat temu w tej fazie turnieju najczęściej padały wyniki 8:0 i 7:1 na korzyść faworytów. Strata dużych punktów po ich stronie była rzadkością. Ostatnio poziom gry oraz składy ligowców na tyle się wyrównały, że zwycięstwa są minimalne i osiąga się je po ciężkiej walce.

W tym roku w pierwszych sześciu rundach doszło do siedmiu niespodziewanych rozstrzygnięć. Aż trzykrotnie ich sprawcą, głównie dzięki Jędrzyckiemu, była ekipa z Kłodzka, która zremisowała z faworyzowanymi drużynami Olsztyna, Przemyśla i Lublina. Cenne zwycięstwa nad wyżej notowanymi teamami z Olsztyna i Opola odniósł zespół z Nysy. Dysponujący nierównymi składami opolanie i olsztynianie stracili jeszcze po punkcie z broniącymi się przed spadkiem drużynami ze Słupska i Gdańska.

Po pierwszej fazie mistrzostw z kompletem zwycięstw prowadziły: Białystok (12 dużych punktów i 40 małych) i Bydgoszcz (odpowiednio 12 i 35 punktów). Za nimi ze stratą 1 p. plasowały się: Przemyśl (11, 36) i Lublin (11, 35). Piąte Opole miało już 3 p. straty do liderów. O podziale medali miała rozstrzygnąć druga część mistrzostw, w której faworyci spotykali się w bezpośrednich pojedynkach.

Już w siódmej rundzie doszło do meczu na szczycie. „Victoria” Białystok z mistrzynią świata Ewą Wieczorek w składzie nie pozostawiła złudzeń swoim rywalom i pokonała „Łuczniczkę” Bydgoszcz aż 6:2, pewnie zmierzając po tytuł i oddalając się od grupy pościgowej (Lublin zremisował z Olsztynem, a Przemyśl z Opolem). W kolejnej rundzie Przemyśl pokonał Bydgoszcz 5:3, Lublin wygrał z Opolem 6:2, a Białystok w tym samym stosunku punktów wykazał wyższość nad Olsztynem. Wyłoniła się w ten sposób trójka drużyn aspirująca do podium. Na czele pozostawał Białystok (16, 52) przed Przemyślem (14, 45) i Lublinem (14, 45). Bydgoszcz traciła już 2 p. do trzeciego miejsca, a Opole aż 4 p.

Runda dziewiąta przyniosła pierwsze rozstrzygnięcia. Lublin, po dramatycznym meczu, uległ Przemyślowi 3:5, mimo iż po zwycięstwie Barbary Wójcik nad Marią Gawaluch-Mazur prowadził 2:0. Zawiedli niepokonani dotychczas liderzy „Hetmana” – Stefanek i Czarski, przegrywając odpowiednio z Jagiełą i Sitarzem. Były to ich jedyne porażki w turnieju. Drużynie z Białegostoku, która pewnie pokonała Opole 6:2, tytuł mógł już odebrać tylko Przemyśl, chociaż matematyczne szanse zachował jeszcze Lublin (podobnie jak polscy piłkarze na awans do mundialu w Rio). Realnie jednak musiał skupić się na walce o brąz z Bydgoszczą.

Medale zostały rozdane praktycznie po przedostatniej, dziesiątej rundzie. „Victorii” Białystok do złota wystarczał remis z Przemyślem i taki właśnie rezultat odnotowano w protokole meczowym. Ciekawą walkę o najniższy stopień podium stoczyły natomiast ekipy „Hetmana” i „Łuczniczki”. Bydgoszczanie tracili do rywali 1 p. i musieli wygrać. Lublinianom zwycięstwo zapewniało brąz, a remis pozwalał zachować medalowe szanse. Zaczęło się niekorzystnie dla „Hetmana”. Po zakończeniu dwóch partii przegrywali 1:3 (Wójcik − Grabska 1:1, Furtak − Karczewski 0:2). Na szczęście dla lubelskiej ekipy okazję do rehabilitacji po nieudanym meczu z Przemyślem wykorzystali Stefanek i Czarski. Ten pierwszy wyrównał stan pojedynku, pokonując Kuziela. Drugi postawił kropkę nad i, zmuszając do kapitulacji Grabskiego. W ostatniej rundzie czołowe drużyny walczyły o przysłowiową pietruszkę, a w najciekawszym meczu broniący się przed spadkiem „Jantar” Gdańsk rzutem na taśmę obronił ligowy byt, pokonując 5:3 Kłodzko. Edward Twardy walczył do końca o zwycięstwo z Zygfrydem Lorochem i uzyskał wygraną pozycję. Nie potrafił jednak zrealizować przewagi i doprowadzić do meczowego remisu. Tym samym z ligi spadły obie drużyny beniaminków − Kielce, zdecydowanie najsłabsze w stawce, oraz Słupsk, mimo iż w bezpośrednim meczu wygrał z Gdańskiem 6:2.

Choć ostateczne wyniki mistrzostw są na ogół zgodne z przewidywaniami i oddają realny układ sił, należy ocenić turniej jako bardzo interesujący pod względem sportowych emocji. Sprawdziła się po raz kolejny formuła mistrzostw − 12 drużyn grających systemem kołowym, z obowiązkową czwartą deską kobiecą i dowolnym ustawieniem na pozostałych warcabnicach, które w każdym meczu mogło być inne. Wszystkie te elementy oraz coraz bardziej wyrównany poziom sportowy ekip sprawiają, że drużynowe mistrzostwa są od lat najciekawszym i najbardziej prestiżowym dla klubów wydarzeniem warcabowym w naszym środowisku.

Tytuł mistrzowski zasłużenie wywalczyła „Victoria” Białystok. To aktualnie najsilniejszy warcabowo klub w Polsce. Liderką drużyny jest mistrzyni świata Ewa Wieczorek (tytuł zdobyła trzy tygodnie wcześniej w Augustowie). W Suwałkach jako jedyna uzyskała komplet 22 p. Dzielnie sekundował jej Józef Tołwiński (19 p.). Ponadto w zwycięskiej drużynie grali: Mikołaj Fiedoruk (14 p.), Ryszard Biegasik (12 p.) oraz rezerwowy Wacław Morgiewicz. Tegoroczne złoto jest czwartym w historii klubu. Na tron „Victoria” powróciła po rocznej przerwie. Liderem tabeli wszech czasów pozostaje z siedmioma tytułami „Podkarpacie” Przemyśl. Po brązie w roku ubiegłym teraz przypadł mu w udziale srebrny medal. W wyrównanym teamie najwięcej oczek uzbierał Zenon Sitarz (15). Ponadto punktowali: Andrzej Jagieła (13), Maria Gawaluch-Mazur (13), Stanisław Mazur (11) oraz superrezerwowy Tadeusz Niemczak (6 p. w trzech meczach – 100 proc.!).

Obrońcy tytułu − zawodnicy „Hetmana” Lublin − osiągnęli najniższy stopień podium. W zeszłym roku, wygrywając, sprawili sporą niespodziankę. Teraz zabrakło trochę szczęścia, ale też i dyspozycja poszczególnych zawodników była nieco słabsza niż rok temu. Dla drużyny z Lubelszczyzny punktowali: Leszek Stefanek i Michał Czarski (po 17 p.), Barbara Wójcik (13) i Krzysztof Furtak (10). Z zawodników pozostałych drużyn najwięcej punktów indywidualnie zdobyli: Jan Sekuła (19), Bernard Olejnik (16), Stanisław Jędrzycki (16), Zygfryd Loroch (14), Tomasz Kuziel (14) i Ryszard Suder (14).

Na szczególne wyróżnienie zasługuje niewidomy warcabista „Zrywu” Słupsk Zygmunt Myszka, który gra od wielu lat, ale właśnie w tym turnieju eksplodował formą. Zanotował kilka cennych wyników, m.in. wygrane ze Stanisławem Jędrzyckim i wicemistrzem świata niewidomych Jerzym Dzióbkiem oraz remisy z Ryszardem Biegasikiem, Ryszardem Suderem i Andrzejem Jagiełą, co zaowocowało zdobyciem II kategorii warcabowej. Brawo! Normy na wyższe kategorie wypełnili ponadto: Barbara Wójcik (I), Jerzy Dzióbek (II) i Zygfryd Loroch (II).

Tempo gry było krótsze niż w latach poprzednich i wynosiło 90 minut, co dla jednych stanowiło spore utrudnienie, dla innych było atutem. Zawody w Suwałkach sędziował Leszek Łysakowski z Gniezna. Koordynatorem imprezy, zorganizowanej przez Stowarzyszenie „Cross”, był Wacław Morgiewicz.

 

XIV Drużynowe Mistrzostwa Stowarzyszenia „Cross” w Warcabach Stupolowych

21-29.09.2013 r., Suwałki

1. „Victoria” Białystok 20 p.

2. „Podkarpacie” Przemyśl 18 p.

3. „Hetman” Lublin 17 p.

4. „Cross Opole” 14 p.

5. „Łuczniczka” Bydgoszcz 13 p.

6. „Warmia i Mazury” Olsztyn 11 p.

7. „Atut” Nysa   11 p.

8. „Sudety” Kłodzko 10 p.

9. „Jaćwing” Suwałki 7 p.

10. „Jantar” Gdańsk 6 p.

11. „Zryw” Słupsk 5 p.

12. Kielce 0 p.

Leszek Stefanek

Na początek

 

strzelectwo

 

Mistrzostwa celnych trafień

Zbliżający się szybkimi krokami koniec roku obfituje w sporo emocji sportowych, a w strzelectwie laserowym jesienny sezon rysuje się szczególnie ciekawie. Pojawili się nowi zawodnicy, rośnie arena rywalizacji i kolejni działacze sprawdzają swoje zdolności organizacyjne. Sportowcy zaś osiągają wręcz kosmiczne wyniki. Jeszcze kilka lat temu, podsumowując zawody, podawało się liczbę trafionych dziesiątek. Dziś to dziesiąta część punktu przy trafionej dziesiątce może odebrać zwycięstwo.

Finał indywidualnych mistrzostw Polski w strzelectwie laserowym w tym roku zawitał do Poddąbia. W położonym na wysokim brzegu morskim Ośrodku Rehabilitacyjno-Wypoczynkowym „Słowiniec” zebrała się czołówka polskich zawodników. O kwalifikacje do każdego półfinału (po dziesięciu zawodników w kategorii kobiet i mężczyzn) trzeba było powalczyć wcześniej – południe kraju walczyło w Przemyślu, zaś północ w Poddąbiu.

Organizator mistrzostw, klub „Zryw” Słupsk, poprowadził finałowe zawody regulaminowo i spokojnie. Każdy zawodnik miał do oddania trzy serie strzałów (po 10 strzałów w każdej) w konkurencjach: broń długa, broń krótka i dwubój. Koordynujący turniej Mirosław Mirynowski zadbał o szczegóły.

Być może ten komfort pozwolił osiągnąć zawodnikom tak wysokie noty. Obecne wyniki z pistoletu (Krzysztof Ruszkiewicz – 300,6 p.) jeszcze kilka lat temu pozwoliłyby wygrać rywalizację z bronią długą. 310,3 p. z broni długiej, wystrzelane przez Jerzego Załomskiego, czynią z niego wirtuoza o słuchu, nerwach i koordynacji godnych mistrza instrumentu o nazwie wiatrówka laserowa. Rywalizacja kobiet z mężczyznami, gdyby taka była prowadzona, dałaby Kamili Chochel z 293,7 p. szóste miejsce w karabinku, zaś 294,5 p. Magdaleny Dudowicz w pistolecie uplasowałoby ją na drugim miejscu w tej konkurencji.

Przerwy między zawodami umożliwiły odbycie posiedzenia Komisji Strzeleckiej ZKF „Olimp”. W jego trakcie dokonano wyborów uzupełniających na stanowisko zastępcy przewodniczącego. Został nim Krzysztof Ruszkiewicz. Przyjęto dwa wnioski związane z dalszym funkcjonowaniem sekcji laserowej. W trosce o utrzymanie dynamiki rozwoju i rangi zawodów zaproponowano, aby w kalendarzu imprez były minimum dwie imprezy ogólnopolskie (zawody indywidualne i drużynowe). Ze względów ekonomicznych należało zrezygnować z półfinałów i rozgrywać od razu finał, ale w gronie poszerzonym do 50 startujących w przypadku zawodów indywidualnych i 60 – drużynowych. Miejsca będą przyznawane klubom na podstawie ubiegłorocznego rankingu. Nie powinny być imienne, lecz ilościowe. To władze klubu na podstawie eliminacji wewnętrznych będą delegowały swoich reprezentantów na zawody. Nowe kluby lub zawodnicy zyskają szansę, by zaistnieć na Pucharze Polski. Również w trosce o przyszłość dyscypliny przyjęto drugi wniosek, aby na obozach sportowych Stowarzyszenia „Cross” i ZKF „Olimp” prowadzić szkolenia i zawody instruktażowe z broni laserowej dla nowych adeptów dyscypliny. Zaproponowano również ujednolicenie statusu obserwatora i komisji odwoławczej w obydwu konkurencjach strzeleckich.

 

Indywidualne mistrzostwa Polski w strzelectwie laserowym

4-6.10.2013 r., Poddąbie

Kobiety

Karabin

1. Kamila Chochel („Zryw” Słupsk) 293,7 p.

2. Izabela Mirynowska         („Zryw” Słupsk) 290,1 p.

3. Magdalena Dudowicz (Kielce) 285,3 p.

Pistolet

1. Magdalena Dudowicz (Kielce) 294,5 p.

2. Zofia Sarnacka („Warmia i Mazury” Olsztyn) 290,1 p.

3. Beata Chraścina („Hetman” Lublin) 272,7 p.

Dwubój

1. Magdalena Dudowicz (Kielce) 579,8 p.

2. Zofia Sarnacka („Warmia i Mazury” Olsztyn) 547 p. 

3. Beata Chraścina („Hetman” Lublin) 531,2 p.

 

Mężczyźni

Karabin

1. Jerzy Załomski („Pionek” Bielsko-Biała) 310,3 p.

2. Krzysztof Ruszkiewicz („Zryw” Słupsk) 302,6 p.

3. Zdzisław Potasiński         („Zryw” Słupsk) 299,4 p.

Pistolet

1. Krzysztof Ruszkiewicz („Zryw” Słupsk) 300,6 p.

2. Jerzy Załomski („Pionek” Bielsko-Biała) 291,8 p.

3. Arkadiusz Gęstwiński („Łuczniczka” Bydgoszcz) 291,7 p.

Dwubój

1. Krzysztof Ruszkiewicz („Zryw” Słupsk) 603,2 p.

2. Jerzy Załomski (”Pionek” Bielsko-Biała0 602,1 p.

3. Arkadiusz Gęstwiński („Łuczniczka” Bydgoszcz) 581,7 p.

Wojciech Kopczyński

Na początek

 

kręgle

 

W grupie siła

Na tegorocznym, organizowanym dotychczas przez Ewę i Andrzeja Sargalskich, turnieju w Tucholi kręglarze klasyczni rywalizowali tylko w jednej konkurencji. W roku ubiegłym rozgrywano tu jednocześnie zawody drużynowe i indywidualne, miały też miejsce rozmowy przy „okrągłym stole”, rozpoczynające współpracę w sporcie kręglarskim pomiędzy Stowarzyszeniem „Cross” a Polskim Związkiem Kręglarskim. Tegoroczne drużynowe mistrzostwa Polski, trwające od 19 do 22 września, były już organizowane samodzielnie przez PZKręgl.

Frekwencja na turnieju była niska: 9 drużyn kobiecych (w tym dwie niepełne) i 7 męskich reprezentowało swe barwy klubowe, wystawiając po trzech zawodników – po jednym z kategorii B1, B2 i B3 w drużynie – w sumie 46 osób. Nasi kręglarze dobrze znają specyfikę tutejszego obiektu, o którym wielokrotnie już pisano. Ewa Iwicka, sędzia główny, nie po raz pierwszy prowadziła zawody niewidomych i słabowidzących. Nie oznacza to, że podczas turnieju nie zabrakło niespodzianek.

Mistrzowska ranga rywalizacji sprawia, iż jedni bronią dotychczasowych zdobyczy, a inni są stroną atakującą. Najbardziej zdeterminowane są zazwyczaj ekipy mistrzowskie. Rok kalendarzowy to jednak sporo czasu i w zespole może się wiele zmienić. Tak np. złota drużyna kobiet „Pionka” Włocławek utraciła Izabelę Walczak i startowała teraz w zmienionym składzie. W efekcie włocławianki oddały palmę pierwszeństwa i nawet nie stanęły na podium. Skorzystały z tej okazji reprezentantki „Omegi” Łódź. Po bardzo wyrównanej grze Mieczysławy Stępniewskiej (B1, 643 p.), Wandy Kobylańskiej (B2, 652 p.) i Moniki Grzybczyńskiej (B3, 662 p.) uzyskały wynik 1957 p. i mogły odebrać zasłużony puchar. Na szczególne uznanie zasługuje fakt, iż ich wynik był wyższy od rezultatu najlepszego teamu mężczyzn. Tymi trzema zwycięskimi mężczyznami byli panowie z „Warmii i Mazur” Olsztyn. Duże zasługi dla drużyny miał Jerzy Dołowy (B1, 621 p.), który znacznie dołożył się do osiągnięć Mieczysława Kontrymowicza (B2, 657 p.) i Rafała Chaberskiego (B3, 649 p.).

Podsumowując, na czołowych miejscach uplasowały się te same drużyny klubowe co w latach ubiegłych. Miejsce drugie wśród kobiet zajęły panie z „Moreny” Iława – 1879 p., natomiast trzecie z „Podkarpacia” Przemyśl – 1737 p. Odpowiednio u panów drugą pozycję wziął „Hetman” Lublin – 1875 p., a trzecią „Omega” Łódź – 1836 p. Wielkie uznanie należy się drużynom z „Warmii i Mazur” Olsztyn i „Karolinki” Chorzów, które choć bez większych szans, jednak podjęły sportową walkę. Sukcesu w tej sytuacji brak, ale satysfakcja i kolejne doświadczenie z udziału w mistrzostwach Polski na pewno. Gratulujemy zwycięskim drużynom! Mamy cały rok na budowanie ekip i dalszą walkę.

 

II Drużynowe Mistrzostwa Polski w Kręglach Klasycznych

19-22.09.2013 r., Tuchola

Kobiety

I miejsce „Omega” Łódź – 1987 p. Mieczysława Stępniewska (643 p.), Wanda Kobylańska (652 p.), Monika Grzybczyńska (662 p.)

II miejsce „Morena” Iława – 1879 p. Regina Szczypiorski (608 p.), Maria Kieloch (646 p.), Bożena Rudko (625 p.)

III miejsce „Podkarpacie” Przemyśl – 1737 p. Barbara Sołek (527 p.), Barbara Łuczyszyn (553 p.), Jolanta Krok-Sabaj (657 p.)

 

Mężczyźni

I miejsce „Warmia i Mazury” Olsztyn – 1927 p. Jerzy Dołowy (621 p.), Mieczysław Kontrymowicz (657 p.), Rafał Chaberski (649 p.)

II miejsce „Hetman” Lublin – 1875 p. Zdzisław Koziej (558 p.), Mariusz Kozyra (590 p.), Grzegorz Kanikuła (727 p.)

III miejsce „Omega” Łódź – 1836 p. Wiesław Nastarowicz (583 p.), Józef Krupski (650 p.), Zbigniew Walczak (603 p.)

Piotr Dudek

Na początek

 

Tenis

 

Niewidomi na kortach

Od blisko trzech lat w Polsce coraz większą popularnością cieszy się showdown, potocznie nazywany ping-pongiem dla niewidomych. Ma on też sporo amatorów w krajach Unii Europejskiej. Ostatnio duże zainteresowanie wzbudza też tenis ziemny dla niewidomych, znany pod angielską nazwą blind tennis.  

Choć do tej pory tenis ziemny uprawiany był jedynie przez osoby pełnosprawne, to od pewnego czasu trwały prace nad przystosowaniem tej gry także do możliwości osób niewidomych.

Dalekowschodnia inicjatywa

Adaptacja dyscypliny pod kątem osób z dysfunkcją wzroku przypisywana jest niewidomemu Japończykowi Miyoshi Takei`emu, który od młodzieńczych lat chciał grać w tenisa ze swoimi widzącymi rówieśnikami. Początkowo jego jedynym celem było odbicie piłki jak najmocniej i jak najdalej. Po pewnym czasie udało się jednak skonstruować taką piłkę, którą mógł on grać niemal jak zdrowy człowiek.

 Pomysł niepełnosprawnego sportowca szybko zaczął zdobywać popularność. Pierwsze zawody o tytuł najlepszego niewidomego tenisisty odbyły się w Japonii w 1990 r. Wygrał je, podobnie jak i 15 następnych, Miyoshi Takei. Obecnie w corocznej rywalizacji bierze udział wielu zawodników nie tylko z Kraju Kwitnącej Wiśni. Niestety, japoński prekursor nie mógł być świadkiem sukcesu swego pomysłu. Zginął bowiem w 2011 roku pod kołami pociągu w Tokio, mając 42 lata. Jednak jego idea przetrwała i zdobywa nowych entuzjastów.

Do Stanów Zjednoczonych − tradycyjnie jednego z największych centrów tenisa ziemnego na świecie − japoński wynalazek przywiozła Sejal Vallabh – młoda uczennica, która będąc na stażu w stolicy Japonii, odkryła tenis dla niewidomych. Propagowaniem dyscypliny zajął się ośrodek Perkins School for the Blind z Watertown w stanie Massachusetts, a w jego ślady idą kolejne ośrodki w USA.

Sport ten cieszy się coraz większą popularnością również w innych krajach na świecie, takich jak: Chiny, Tajwan, Korea Południowa, Rosja czy Wielka Brytania (w Londynie organizowane są też coroczne turnieje). A kolejne państwa wkrótce dołączą do tej listy.

Reguły gry

Adaptacja dotyczy przede wszystkim piłki tenisowej. Jest ona troszkę większa od tradycyjnej, wykonana z gąbczastego materiału w kontrastującym z nawierzchnią kortu kolorze, a w jej wnętrzu znajduje się plastikowa kapsuła zawierająca kuleczki, które dzwonią przy każdym odbiciu. Taka konstrukcja zapewnia wolniejszy lot piłki oraz ułatwia trafienie w nią.

Modyfikacjom poddano także rakietę do gry. Jest ona krótsza od tradycyjnej, w związku z czym łatwiej się nią manewruje.

Mecz rozgrywany jest na korcie tenisowym, z tym że wykorzystuje się jedynie pole serwisowe o wymiarach 12,8 m na 8,23 m. Można też grać na boisku do badmintona. W obu przypadkach linie boczne i końcowe są oklejone materiałem dającym się wyczuć, tak by można się szybko zorientować w usytuowaniu na korcie. Wysokość siatki sięga 80 cm na środku i 85 cm na bokach.

Zawodnikowi słabowidzącemu piłka może odbić się do dwóch razy od nawierzchni kortu, zaś graczowi niewidomemu – do trzech. Nawiasem mówiąc, w tenisie osób pełnosprawnych piłka może się odbić od podłoża tylko raz. Cały mecz rozgrywa się w jednym secie.

Sejal Vallabh ma nadzieję, że któregoś dnia dyscyplina zostanie oficjalnie uznana za jedną z konkurencji igrzysk paraolimpijskich. Miyoshi Takei chciał, aby nastąpiło to w Tokio w 2020 roku, co byłoby swoistym ukoronowaniem wkładu Japończyków w powstanie i rozwój konkurencji.

Od igrzysk paraolimpijskich w Barcelonie w 1992 roku tenis ziemny jest pełnoprawną dyscypliną dla osób na wózkach, a teraz działacze promujący tę grę starają się, by jej odmiana dla niewidomych znalazła swoje miejsce w programie igrzysk. Ważnym krokiem do realizacji tego celu ma być pierwszy międzynarodowy kongres tenisa, który odbędzie się w lutym 2014 roku w McAllen w Teksasie. Zostaną tam doprecyzowane i ujednolicone reguły gry i organizacji turniejów na różnych poziomach rozgrywek. Jest to niezbędny warunek, aby móc się ubiegać o włączenie tenisa dla niewidomych do grona dyscyplin paraolimpijskich.

Wpływ tenisa ziemnego na zdrowie i sprawność fizyczną osób z dysfunkcją wzroku jest nie do przecenienia. Jako dyscyplina wymagająca sporej wytrzymałości fizycznej, wpływa korzystnie na ogólną kondycję grających. Udoskonala orientację przestrzenną niewidomych zawodników, podnosi koordynację psychoruchową, usprawnia słuch graczy. Reasumując, osoby z dysfunkcją wzroku ćwiczą dzięki tenisowi te wszystkie umiejętności, które przydają im się w codziennym życiu.

W Polsce dyscyplina jest zupełnie nieznana. Czy blind tennis znajdzie w naszym kraju swoich amatorów? Czas pokaże.

Grzegorz Modrzyński

Na początek

 

wiadomości

 

Piłka nożna

Piłkarska młoda krew

24 września 2013 roku w hali sportowej Miejskiego Ośrodka Rekreacji i Sportu w Chorzowie odbył się turniej piłki nożnej, w którym udział wzięli słabowidzący chłopcy z ośrodków dla dzieci i młodzieży z dysfunkcją wzroku. Koordynator turnieju, pani Aleksandra Donerstag, reprezentowała jednocześnie organizatora imprezy – klub „Karolinka” z Chorzowa.

Już o 8:00 na parkiecie stawiły się drużyny ośrodków z Wrocławia i Chorzowa, które pasjonującym meczem, zakończonym wynikiem 7:2 dla Wrocławia, otworzyły turniej. Żadnej taryfy ulgowej! Pomimo momentami ostrej gry, poszkodowani mężnie znosili ból doznawanych kontuzji. Największą punktową porażkę odniosła drużyna z Dąbrowy Górniczej, przegrywając wysoko dwa mecze. To jednak nie załamuje chłopaków i wynikiem 5:1 wygrywają kolejną potyczkę. Szacunek, panowie!

Ostatecznie – głośno i radośnie – swój triumf święciła drużyna Wrocławia I. Tuż za nią uplasowała się ekipa Chorzowa I. Brązowy medal zdobyli chłopcy z drugiej drużyny z Chorzowa. Kolejne miejsca zajęły drużyny z Dąbrowy Górniczej i Wrocławia II. Ekipy zajmujące miejsca na podium otrzymały medale oraz puchary, a wszyscy uczestnicy, oprócz dyplomów, dostali także słodkie upominki.

– Bardzo cieszymy się, że udało nam się zorganizować ten turniej – przyznaje pani Czesława Konieczna, prezes „Karolinki” Chorzów – chociaż liczyliśmy na większą frekwencję. Z przyczyn od nas niezależnych nie dotarły drużyny z Krakowa, Bydgoszczy i Łodzi. Był to pierwszy piłkarski turniej organizowany przez nasz klub, ale na pewno nie ostatni. Chcielibyśmy, by to wydarzenie na stałe wpisało się w kalendarz naszych imprez – zapewnia pani Czesława.

Obietnice te trafiają w słowa Zdzisława Małysa – trenera drużyn z Chorzowa i sędziego głównego turnieju, który potwierdza wzrastające zainteresowanie tą formą sportu. Zdaniem trenera, organizacja takich imprez jest konieczna dla wypromowania dyscypliny i pozyskania młodych zawodników.

Ogólnopolski turniej piłki nożnej  młodzieży słabowidzącej

24.09.2013 r., Chorzów

1. Wrocław I − Chorzów II 7:2

2. Chorzów I − Wrocław II 0:0

3. Wrocław I − Dąbrowa Górnicza 10:0

4. Chorzów II − Wrocław II 5:2

5. Chorzów I − Dąbrowa Górnicza 7:3

6. Wrocław I − Wrocław II 10:3

7. Chorzów II − Chorzów I 1:7

8. Wrocław II − Dąbrowa Górnicza 1:5

9. Wrocław I − Chorzów I 3:2

10. Chorzów II − Dąbrowa Górnicza         2:2

Klasyfikacja generalna

1. Wrocław I

2. Chorzów I

3. Chorzów II

4. Dąbrowa Górnicza

5. Wrocław II

Adrian Hibner

 

Kręgle

Na gościnnej ziemi łódzkiej

Za nami już XIV Turniej Kręglarski o Puchar Ziemi Łódzkiej. Odbył się on w dniach od 3 do 6 października 2013 r. w Tomaszowie Mazowieckim. Tradycyjnie był podsumowaniem sezonu startowego kręglarzy klasycznych. Na koordynatorze Włodzimierzu Sajdychu spoczęło trudne zadanie: jak zachęcić zawodników do udziału przy tak wielu konkurencyjnych wydarzeniach w październikowym kalendarzu imprez „Crossu”? Na szczęście aktywni z natury sportowcy nie przepuszczają okazji do rywalizacji, a Puchar Ziemi Łódzkiej to już znana marka i wszyscy liczący się kręglarze (a przyjechało ich aż 87) pokazali się na torach z jak najlepszej strony.

Tomaszów Mazowiecki jest kolebką kręglarstwa klasycznego niewidomych i słabowidzących i tutaj zazwyczaj dzieje się najwięcej, dlatego też i tym razem było emocjonująco. Już w pierwszym bloku Jadwiga Szuszkiewicz („Pionek” Włocławek) postawiła poprzeczkę w kat. B2 na dobrym poziomie 635 zbitych kręgli. Kiedy Ani Barwińskiej („Omega” Łódź) po dwudziestym rzucie w czwartej grze totalizator wyświetlał 575 kręgli, wydawało się, że Jadwiga ma pierwsze miejsce w kieszeni. A jednak skupienie i determinacja Anny do ostatniego rzutu dały łodziance upragnione zwycięstwo, choć z przewagą tylko jednego punktu. Dla odmiany Albert Sordyl („Pogórze” Tarnów) w kat. B3 ustawił rywalom barierę tuż poniżej 700 kręgli i – mimo zażartego ataku Grzegorza Kanikuły („Hetman” Lublin) i Daniela Jarząba („Tęcza” Poznań) – nie udało się jej pokonać. Natomiast w kat. B1 kobiet szturmem na najwyższy stopień podium wdarła się Karolina Rzepa („Łuczniczka” Bydgoszcz) z 495 p. Było to dla niej zwieńczenie sukcesów sezonu nie tylko w kręglach klasycznych, ale i bowlingu. Młodość atakuje i jest to bardzo dobry sygnał. Wśród mężczyzn w tej kategorii do boju wrócił Jan Zięba („Karolinka” Chorzów) i przypomniał plasującemu się za nim Zdzisławowi Koziejowi, że nie będzie już tak łatwo wygrywać stawkę. W kat. B2 mężczyzn na podium bez zmian – Stanisław Fortkowski, Mieczysław Kontrymowicz i Władysław Wakuliński, ale szóste miejsce Grzegorza Pietrakiewicza, który strącił 605 kręgli, to już niemal sensacja. Tylko pozazdrościć sportowej postawy i woli walki. Jak zapowiada on sam, ten jego rekord życiowy nie będzie ostatnim. W kategorii B3 kobiet trochę nudno – Irena Curyło („Pogórze” Tarnów) wygrała wszystko wynikiem 664 p. Warto wspomnieć Jolantę Sabaj („Podkarpacie” Przemyśl), która zagrała aż 631 p. A przecież w tej kategorii do wejścia na podium wystarczyło zaledwie 534 p. Bez wątpienia klub z Tarnowa może uznać ten turniej za swój istotny sukces. Na 6 startujących zawodników z „Pogórza” aż trzech zdobyło pierwsze lokaty.

Tradycją tomaszowskiego spotkania jest uroczyste zakończenie i wspólna kolacja. Aby z ziemi łódzkiej nie wyjeżdżać tak szybko, w niedzielny poranek Włodzimierz Sajdych organizuje szybki turniej w parach. Komu jeszcze nie ucieka pociąg lub autobus, może wykonać ostatnie 20 rzutów. Dla tych, którym zasadnicza rywalizacja nie poszła zbyt dobrze, jest to okazja do poprawienia sobie humoru w dobrej kręglarskiej zabawie. Zwyciężyli Ania Barwińska z Marianem Gręzakiem. Na drugim miejscu stanęli państwo Curyłowie. Teraz pozostało pożegnać się do wiosny.

Jak minął sezon kręglarski 2013? Zdobyte medale na mistrzostwach Europy w Serbii mówią same za siebie. A przecież nie był to łatwy czas. „Podwójne życie” naszego kręglarstwa w środowisku „Crossu” (upowszechnianie) i PZKregl. (wyczyn) nie do końca było usłane różami. Mamy nadzieję, że przyjdzie czas i na porozumienie, i na wielką przyjaźń!

Piotr Dudek

XIV Turniej o Puchar Ziemi Łódzkiej

3-6.10.2013 r., Tomaszów Mazowiecki

Kobiety

B1

1. Karolina Rzepa („Łuczniczka” Bydgoszcz) 495 p.

2. Jolanta Nowacka („Cross Opole”)         454 p.

3. Mieczysława Stępniewska („Omega” Łódź) 451 p.

B2

1. Anna Barwińska („Omega” Łódź)          636 p.

2. Jadwiga Szuszkiewicz („Pionek” Włocławek) 635 p.

3. Irena Zięba  („Karolinka” Chorzów) 628 p.

B3

1. Irena Curyło „Pogórze” Tarnów)  (664 p.

2. Jolanta Sabaj („Podkarpacie” Przemyśl)          631 p.

3. Monika Grzybczyńska „Omega” Łódź)  (534 p.

 

Mężczyźni

B1

1. Jan Zięba („Karolinka” Chorzów) 614 p.

2. Zdzisław Koziej („Hetman” Lublin) 551 p.

3. Szczepan Polkowski („Morena” Iława) 441 p.

B2

1. Stanisław Fortkowski „Pogórze” Tarnów) (683 p.

2. Mieczysław Kontrymowicz         („Warmia i Mazury” Olsztyn) 679 p.

3. Władysław Wakuliński („Łuczniczka” Bydgoszcz) 649 p.

B3

1. Albert Sordyl („Pogórze” Tarnów) 697 p.

2. Grzegorz Kanikuła („Hetman” Lublin) 693 p.

3. Daniel Jarząb („Tęcza” Poznań) 690 p.

 

Biegi

Mistrzowie długiego dystansu

Najważniejszym sprawdzianem aktualnej formy zawodników sekcji biegowej „Cross” był poznański maraton. W sobotę 12 października prawie wszyscy stawili się w stolicy Wielkopolski. Po odprawie, którą przeprowadził koordynator mistrzostw Wiesław Miech, przedstartowe napięcie zaczęło narastać. Murowany faworyt w grupie słabowidzących Tomasz Chmurzyński przyjechał potwierdzić swoją dominację. Jak obstawiano, za nim pewnie powinien być Jacek Ziółkowski, a potem spora grupa pretendujących do trzeciego miejsca: Grzegorz Małowiecki, Sławomir Jeżowski, Krzysztof Badowski, Grzegorz Wawro, Paweł Petelski i może ktoś jeszcze. Wśród niewidomych też przewidywano przetasowania.

Pogoda w dniu maratonu była idealna – kilkanaście stopni, pochmurno i leciutki wiatr. Ponad sześć i pół tysiąca zawodników stanęło na starcie w pobliżu hali Międzynarodowych Targów Poznańskich i równo o 9.00 ruszyło, by pokonać 42 km i 195 metrów! Kilka godzin rywalizacji i wszystko powinno być jasne.

Koleżanka Ola Karaś z koordynatorem po kolei i sprawnie wyłapywali na mecie naszych zawodników. Okazało się, że i tym razem były niespodzianki. Bardzo dobre przygotowanie Marcina i jego życiówka dały mu ponad 25 minut przewagi nad drugim zawodnikiem z grupy niewidomych. Tym razem na zawodach zabrakło w tej kategorii Grzegorza Powałki, Ryszarda Sawy i Mariusza Zachei.

Z przyczyn zdrowotnych po 14. kilometrze z trasy zszedł Tomek Chmurzyński. Trzej zawodnicy z pudła biegli razem do połowy dystansu. Potem każdy walczył już na własne konto. Najbliżej podium był Grzegorz Wawro z „Lajkonika” Kraków (czas 3:28:36). Za nim Sławek Jeżowski („Syrenka” Warszawa) − 3:28:55. Swój pierwszy maraton przebiegł Wojciech Debner z czasem 3:32:23. Pozostali zawodnicy: Stanisław Spólnik, Piotr Jankowski, Krzysztof Badowski i Michał Majchrzak pobiegli na miarę swoich możliwości.

Znakomitą formę potwierdził w Poznaniu Patryk Łukaszewski z „Syrenki” Warszawa. Otóż w przeddzień maratonu na poznańskiej Malcie startował w biegu na 5,3 km. Do mety dobiegł drugi z czasem 17:32. Tydzień wcześniej startował w półmaratonie w Koszycach na Słowacji, gdzie zajął piąte miejsce. Patryk to młody zawodnik i jego docelowe dystanse to 5 i 10 kilometrów.

 

Klasyfikacja mistrzostw Polski niewidomych i słabowidzących w maratonie

13.10.2013 r., Poznań

Niewidomi (T11)

1. Marcin Grabiński („Karolinka” Chorzów) 3:04:20

2. Adam Rajczyba („Start” Wrocław) 3:29:36

3. Zbigniew Świerczyński („Warmia i Mazury” Olsztyn) 3:38:28

Słabowidzący (T12)

1. Jacek Ziółkowski („Syrenka” Warszawa) 3:10:31

2. Mariusz Gołąbek )„Jantar” Gdańsk) 3:15:35

3. Grzegorz Małowiecki („Syrenka” Warszawa) 3:17:14

4. Grzegorz Wawro („Lajkonik” Kraków) 3:28:36

5. Sławomir Jeżowski („Syrenka” Warszawa) 3:28:55

6. Paweł Petelski („Jantar” Gdańsk) 3:31:20

7. Wojciech Debner („Łuczniczka” Bydgoszcz) 3:32:23

8. Krzysztof Badowski          („Łuczniczka” Bydgoszcz) 3:38:26

9. Michał Majchrzak („Lajkonik” Kraków) 4:12:14

10. Stanisław Spólnik („Lajkonik” Kraków) 5:16:54

11. Piotr Jankowski („Syrenka” Warszawa) 5:53:59

 

Integracyjne święto sportowe

Stowarzyszenie „Cross” wraz z klubem „Łuczniczka” Bydgoszcz zorganizowały w dniu 15.09.2013 r., w ramach IV Biegu na Szwederowie, imprezę sportową – Puchar Polski Niewidomych i Słabowidzących. Tym razem głównie Tomasz Chmurzyński i Krzysztof Badowski z „Łuczniczki” wzięli na siebie przygotowanie i poprowadzenie wydarzenia.

Do startu w biegu wraz z niewidomymi zaproszono znane osobistości z Bydgoszczy − prezesa „Expressu Bydgoskiego” Tomasza Wojcieszkiewicza, wykładowców Kujawsko-Pomorskiej Szkoły Wyższej – Marka i Marię Bednarzów oraz Marka Leśniewskiego − znakomitego przed laty kolarza szosowego. Popularni bydgoszczanie mieli więc okazję spróbować swych sił zarówno jako zawodnicy, jak i przewodnicy uczestników z dysfunkcją wzroku.

Impreza obejmowała: bieg dla uczniów szkoły specjalnej, bieg przedszkolaków, biegi młodzieżowe, czterokilometrowy marsz nordic walking i bieg główny na dystansie 10 km. Zainteresowanie wydarzeniem przerosło wszelkie oczekiwania − do biegu głównego było tak wielu chętnych, że ze względu na ograniczone możliwości organizator musiał restrykcyjnie trzymać się terminu zgłoszeń i wielu odeszło z kwitkiem. Ostatecznie wystartowało w nim ponad 180 osób. W międzyczasie sprawnie odbyły się biegi towarzyszące i marsz z kijkami. Po biegu nastąpiła dekoracja i losowanie nagród rzeczowych wśród uczestników.

Klasyfikacja niewidomych:

1. Zbigniew Świerczyński („Warmia i Mazury” Olsztyn) 00:46:58

2. Rafał Machnikowski        („Łuczniczka” Bydgoszcz) 00:51:15

3. Grzegorz Powałka („Syrenka” Warszawa) 00:54:18

Klasyfikacja słabowidzących:

1. Mariusz Gołąbek („Jantar” Gdańsk) 00:39:17

2. Wojciech Debner („Łuczniczka” Bydgoszcz) 00:41:38

3. Wiesław Miech („Syrenka” Warszawa) 00:51:12

Gratulujemy zwycięzcom obu biegów!

Mariusz Gołąbek

Na początek

 

sylwetki

 

Maratończyk w pepegach

Ponad 20 lat temu powstało Stowarzyszenie „Cross”, a wkrótce potem zaczął działać przy nim Klub Biegacza. Co prawda jeszcze w pierwszej połowie lat 80. ubiegłego wieku grupka chłopaków i dziewczyn spotykała się na stadionie „Warszawianki” i truchtała po żużlowej bieżni dookoła boiska, ale dopiero powstanie klubu pozwoliło na starty niewidomych i słabowidzących w biegach masowych. Jednym z tych „dreptających” wokół trawnika był prawie czterdziestoletni wówczas Rysiek Sawa, mieszkaniec Pruszkowa. Dziś jest najstarszym niewidomym (grupa B1) pokonującym dystans 42 km. I o tym kończącym za parę miesięcy 70 lat facecie będzie poniższa historia.

Przyszedł na świat jeszcze „za Niemca”, na Zamojszczyźnie, we wsi Senderki. W wieku dziewięciu lat, pasąc krowy, majstrował przy niewypale. Traci wzrok i prawą rękę. Kierują go do ośrodka specjalnego w Laskach. Jak wielu młodych chłopaków, rozpiera go energia. Z koleżką Lesiem Nowickim próbują biegać. – W tamtych latach dyrektor Henryk Ruszczyc ostro tępił wszelką aktywność fizyczną, twierdząc, że osłabia ona wzrok. A ja przecież byłem całkowicie ślepy. Dziś, jak nieraz przebiegam koło laskowskiego cmentarzyka, kłaniam się, mijając grób pana dyrektora, i cichutko pytam: jak pan tam się miewa w niebie? – mówi Ryszard Sawa.

Długodystansowy doktor

Gdy go poznałem w 1983 roku na bieżni „Warszawianki”, Rysiek był po doktoracie, pracował w Instytucie Podstaw Informatyki PAN i wychowywał czterech urwisów. Na swój pierwszy Maraton Pokoju (obecnie Warszawski) jako przewodników zabrał dwóch synów z rowerami, które zresztą zaraz się popsuły. Jakoś sobie poradził i wpadł na Stadion Dziesięciolecia po ponad pięciu godzinach. Potem miał różnych przewodników – Radka Dramowicza, Ryśka Borkowskiego. Któryś z maratonów biegł ze mną, w każdym razie najwięcej towarzyszył mu w biegach ulicznych „Krakus”, czyli Stanisław Spólnik. Po pięciu latach treningu osiąga rekord życiowy. Maraton we Wrocławiu w 1987 roku Sawa przebiega w 3 godziny 11 minut i 56 sekund.

Z ponad stu maratonów nie ukończył tylko jednego. – Jak frajer kupiłem sobie eleganckie buty za dwie stówki i nie zorientowałem się, że są do gry w koszykówkę. Po 10 kilometrach miałem tak poobcierane nogi, że musiałem zejść z trasy. Najlepiej mi się biega w pepegach za 10 złotych, a nie w tym wypasionym obuwiu za kilkaset – tłumaczy Rysiek. Starty w masowych imprezach, ruch, treningi to jego sposób na życie, na wyrwanie się z domu. Nie ma „siedzącego” charakteru, a raczej „mobilny”. Nie wie, ile przebiegł kilometrów, ale pamięta taki rok, w którym zaliczył siedem maratonów. Kiedyś dał się namówić na kaliski supermaraton. Sto kilometrów przebiegł w 10,5 godziny, z imprezy najlepiej pamięta jednak powrót do Warszawy. Zabrakło miejsc w autokarze, więc poobijany i zmordowany wlókł się do domu pociągiem, do tego z przesiadkami.

Sawa żałuje, że nie urodził się dwadzieścia lat później. – Kiedy mogłem robić dobre wyniki, zawody były organizowane przez „Start” dla niepełnosprawnych spółdzielców. Pozostali, owszem, mogli trenować, ale na zgrupowania czy starty zabierano spółdzielców – wyjaśnia.

Dzięki Dickowi Traumowi (założył Achilles Track Club) nasi niepełnosprawni mogli wziąć udział w największym na świecie masowym biegu ulicznym w Nowym Jorku. Na zaproszenie ATC Sawa, Wiesiek Miech, Sławek Jeżowski, Mariusz Gołąbek i paru innych razem z 40 tysiącami zawodników dobiegło do mety. Ryszard kilka razy uczestniczył w tym maratonie. – Kiedy po raz pierwszy znalazłem się na starcie, musiałem z całym tłumem czekać z sześć godzin w listopadowym zimnie na rozpoczęcie biegu. Miejscowi spali w śpiworach, a ja chroniłem się, chociaż na trochę, w ciepłych przenośnych toaletach – opowiada. – Nie mogli mi znaleźć przewodnika. Dogadałem się z Portorykańczykiem, który jednak chciał kasę za uczestnictwo. W końcu obiecałem mu medal, który miał zamiar spieniężyć. Czy to zrobił, tego nie wiem. Potem, jak wystrzelili z armaty, to przez 10 minut truchtaliśmy w miejscu, taki był ścisk. Po ponad pięciu godzinach zameldowałem się na mecie – wspomina „pepegowy” maratończyk.

Według niego najlepsza organizacja jest na imprezie berlińskiej. Zawody w Rzymie są o tyle fajne, że niewidomi, którzy ukończą bieg, dostają nagrody pieniężne. Zresztą nagradzani oddzielnie są też niepełnosprawni na wózkach, po amputacjach, również słabowidzący. Sawie wręczono dwa razy po 100 euro za trzecie miejsca. Na innych (biegał jeszcze w Wiedniu, Moskwie, Pekinie, Budapeszcie, Pradze) nie ma takiego zwyczaju.

Z krajowych imprez ceni maratony krakowski i warszawski Orlenu, bo są dobrze zorganizowane, no i nagradzają. Z sentymentem wspomina kilkakrotne starty w Biegu Pokoju Pamięci Dzieci Zamojszczyzny, ponieważ z tamtych stron pochodzi. Blisko dwustu zawodników pokonuje w cztery dni sto kilometrów. Ten rok rozpoczął biegiem noworocznym. Łącznie z nim, wnukiem i psem na start przybyło ośmioro Sawów. Trójka kibicowała, piątka startowała. W lipcu, w Ciechanowskiej Piętnastce Rysiek w czasie 1 godziny i 23 minut pokonał swych niepełnosprawnych kolegów: Wiesława Miecha, Grzegorza Powałkę i Piotra Jankowskiego. Z tego wyczynu jest bardzo dumny. Rzecz jasna, wystartuje po raz kolejny w warszawskim maratonie. Na liście jest na pozycji 11450. Będzie towarzyszyła mu pani Krysia, jadąca na rowerku jako przewodniczka.

Moda na bieganie

Kiedy ponad 30 lat temu, jeszcze  w PRL-u, nieśmiało zaczęto organizować masowe biegi uliczne, uczestniczyło w nich po kilkaset osób. Obecnie bieganie tak się rozkręciło, że na niektóre imprezy trudno się zapisać. Liczba chętnych przerasta możliwości prowadzących (szatnie, obiady, podarunki), więc zaczęto wprowadzać limity. Coraz więcej też biega osób z dysfunkcją wzroku. Do naszego 70-letniego weterana i trochę młodszych kolegów dobijają inni, głównie słabowidzący. Organizatorzy zawodów nie bardzo wiedzą, jak ich dzielić na grupy startowe. Najsprawiedliwiej chyba postąpili krakowiacy, wprowadzając trzy kategorie: całkowicie niewidomych (startują oczywiście z przewodnikami), słabowidzących z przewodnikami i słabowidzących bez przewodników.

Wracając do Klubu Biegacza, Ryszard Sawa ma żal o ostatnie posunięcia finansowe. – Przyjęto, że pieniądze będą przeznaczane tylko na wyczyn, czyli dla sześciu najlepszych zawodników. Dla nich będą przywileje, sprzęt, obozy. A co z resztą startującą od wielu lat? – pyta szefostwo klubu.

 W mieszkaniu na poddaszu rozwiesił 35 kg medali, na szafach mnóstwo pucharów. Na ścianie wisi dyplom z 2009 roku za zdobycie w ciągu dwóch lat „Korony Maratonów Polskich – Dębno, Wrocław, Kraków, Warszawa, Poznań”. Najbardziej jest jednak dumny z pucharu otrzymanego w 1985 roku – „Nagroda im. Tomasza Hopfera dla R. Sawy za popularyzację biegania w masowej formie i rozwoju kultury fizycznej – Komitet Organizacyjny VII Warszawskiego Maratonu Pokoju”.

Oprócz biegania ma jeszcze inne hobby – turystykę. Odwiedził Maroko, Egipt, Wyspy Kanaryjskie, Jordanię, Izrael, Tunezję. Nie liczy, rzecz jasna, tych miejsc, w których startował. A do Londynu pojechał jako... aktor. Filmowiec − Joanna Kaczmarek − zaczęła kręcić o Sawie 50-minutowy film dokumentalny. Co prawda, dzieło jeszcze się nie ukazało, bo Filmotece zabrakło pieniędzy, ale jak wrócą lepsze czasy, to kto wie − może film o nim dorówna popularnością temu o Lechu Wałęsie?

Andrzej Szymański

Na początek

 

turystyka

 

Laos – całkiem inne miejsce

Po nowoczesnej, dobrze zorganizowanej i stosunkowo bogatej Tajlandii, biednej, zaniedbanej i kojarzącej się z niedawnym ludobójstwem Kambodży pora na Laos – jeszcze inny świat.  

Jako jedyne państwo w regionie południowo-wschodniej Azji, nie ma dostępu do morza. Jest także najmniej zaludnionym krajem azjatyckim – statystycznie na jeden kilometr kwadratowy przypada zaledwie 26 osób. Aż 80 proc. Laotańczyków mieszka na wsiach i w małych miasteczkach i trudni się rolnictwem, hodowlą zwierząt, wyrębem drzew (m.in. tekowych, palisandrowych, różanych i hebanowych) oraz drobnym rzemiosłem. Ogólna liczba mieszkańców, wywodzących się z ponad 100 grup etnicznych, wynosi zaledwie 6,2 mln osób.

Palcem po mapie

Od północy Laos ma za sąsiadów Birmę i Chiny, od wschodu Wietnam, od południa graniczy z Kambodżą, a od zachodu z Tajlandią (granicą oddzielającą te dwa kraje jest najdłuższa rzeka Azji – Mekong).

Prawie w całości kraj ten porośnięty jest lasami, na północy rozciągają się góry i liczne wyżyny, które w części środkowej przechodzą w Równinę Dzbanów − żyzne ziemie, zarzucone wielkimi kamiennymi urnami grzebalnymi, których pochodzenie datuje się na przynajmniej dwa tysiące lat wstecz. Południe z kolei to wąski pas nizinny, na którym w czasach kolonialnych rozciągały się liczne plantacje kawy. Ze względu na miejsce zamieszkania, rząd dzieli ludność na Laotańczyków górskich, wyżynnych i nizinnych.

Podobnie jak Kambodża, Laos miał niegdyś bogatą przeszłość (pozostały po niej głównie zabytki sakralne), jednak wskutek rozlicznych wojen i rewolucji, podczas których dokonano nieprawdopodobnych zniszczeń w każdej dziedzinie życia, dziś jest zaliczany do najuboższych i najsłabiej rozwiniętych państw świata.

Od 1989 roku następuje jednak stopniowy wzrost zainteresowania tym krajem. Chociaż w porównaniu z sąsiadami infrastrukturę ma raczej słabo rozwiniętą, a mieszkańcy praktycznie nie mówią po angielsku (nieliczni, ze względu na dawną podległość kolonialną, znają francuski), Laos jest atrakcyjny turystycznie, bardzo urozmaicony i bogaty pod względem krajobrazowym. Dodatkowo ma jeszcze coś, co stale przyciąga nowych turystów – zwłaszcza tych, którzy pragną uciec od wysokich cen, hałasu i pośpiechu, jaki narzuciła nam zachodnia cywilizacja. Zaglądać tu będą przede wszystkim ludzie spragnieni kontemplacji, obcowania z naturalnym pięknem przyrody – malowniczymi wodospadami, majestatycznymi górami, egzotyczną, bujną i mieniącą się wszystkimi barwami roślinnością − a także prostoty codziennego życia mieszkańców. To, co w Laosie jest powszechnie wyczuwalne, to pewien spokój, wolność od stresu i nieustannego pośpiechu oraz życzliwość ludzi, również w stosunku do turystów. Około 61 proc. mieszkańców stanowią wyznawcy buddyzmu, a mniej więcej 31 proc. − animizmu (wiary w duchy przodków; często w różnych miejscach można spotkać niewielkie kapliczki przystrojone świeżymi kwiatami i owocami, poświęcone właśnie tym duchom).

Za radą przewodników

Stolica − Wientian − jest zupełnie odmienna od innych stolic, sprawia wrażenie sennego, niewielkiego i cichego miasteczka. Zamieszkuje ją zaledwie około 235 tysięcy mieszkańców. Zwiedzając stolicę, nie można pominąć parku rzeźb Buddy, laotańskiego Muzeum Narodowego i wybranych z kilkunastu świątyń. Tym, którzy mają już lekki przesyt zwiedzania, polecam przejażdżkę tuk-tukiem przez Wientian i obserwację mijanych obiektów z jego okien (miasto o niskiej zabudowie, bardzo mało pojazdów w porównaniu z innymi stolicami azjatyckimi).

Zaraz po Wientianie na turystycznym szlaku znajduje się Louangphrabang – poprzednia stolica, wpisana na listę UNESCO – z olbrzymim kompleksem świątynnym, gdzie obserwować można rytualne życie mnichów buddyjskich.

Kolejna na liście jest wspomniana już Równina Dzbanów - intrygujące znalezisko archeologiczne, gdzie na obszarze około 24 km kwadratowych znajdują się setki dzbanów różnych rozmiarów; największy z nich ma 2,7 m wysokości.

Mój Laos

Zamiast zwiedzać kolejne świątynie i muzea, warto skupić się głównie na poznawaniu walorów przyrodniczych Laosu.

Przed przekroczeniem granicy z Kambodżą, po uzupełnieniu tradycyjnie pisanych maczkiem druków, zabrano nam paszporty i wypełnione na kolanie papiery, potem nakazano opuścić autobus i przejść po prawdziwych wertepach i istnych chaszczach kilkaset metrów. Podobno w głębi, wśród palmowych drzew stała rozwalająca się chata, która służyła za punkt graniczny. Tymczasem autobus wraz z naszymi bagażami przejechał inną drogą i już po stronie laotańskiej kierowca łaskawie zaprosił nas do klimatyzowanego wnętrza. Po około dwóch godzinach czekania poważnie wyglądający panowie w mundurach oddali dokumenty, a potem można już było jechać dalej.

Pierwszy cel – wyspa w rejonie Si Phan Don (dosłownie – „cztery tysiące wysp”). Archipelag, niezwykle malowniczy, zazwyczaj porośnięty tropikalnym lasem, znajduje się na Mekongu i jego licznych dopływach. Niektóre z wysp są bardzo małe i niezamieszkane, inne – całkiem spore. Na jedną z takich większych wysepek, wraz z bagażami, zostaliśmy przetransportowani łodzią. Przywitała nas spokojna atmosfera typowej wioski – wśród niskich drewnianych domków spacerowały kury, kaczki, koty i psy, nieco dalej od przystani pasły się krowy i kozy. Znajdowały się tam kwatery dla przybyszy oraz kilka barów i restauracji, w których można było niedrogo i smacznie zjeść.

Zamieszkaliśmy w drewnianych domkach. Z tarasu mojego mogłam obserwować brunatne wody bezkresnego Mekongu − taki kolor ma tamtejsza ziemia. Na skutek częstych opadów w porze monsunowej poziom wody znacznie się podniósł i prąd niósł wyrwane drzewa, krzaki i ziemię z okolicznych pól. Z dala od cywilizacji, obserwując codzienne niespieszne życie mieszkańców i nieskażoną przyrodę, spędziliśmy trzy dni. Rzeką od czasu do czasu przepływała jakaś łódź. My też wypłynęliśmy któregoś dnia (oczywiście z przewodnikiem), by z wody obejrzeć zachód słońca. W tym miejscu życie wyraźnie zwalniało. I chociaż jest skromnie, wręcz bardzo biednie, to z drugiej strony – niecodziennie, naturalnie i na swój sposób pięknie. Ludzie mieszkający na wyspie też nie sprawiali wrażenia, że gdziekolwiek im się spieszy. Nawet bawiące się przed domkami dzieci nie zachowywały się głośno i agresywnie, a spotykani co jakiś czas dorośli życzliwie się do nas uśmiechali.

Następnym punktem pobytu w Laosie było urokliwe i dobrze prosperujące miasteczko Pakse. Można było w nim skorzystać np. z internetu w kawiarence, z usług poczty, zrobić zakupy w przypominających nasze standardy sklepach, a na ulicach kupić między innymi pyszne bagietki − pozostałość kolonializmu francuskiego. Ceny nie były wygórowane. Waluta laotańska to kip (KIP); w przeliczeniu 1 dolar to około 8000 kipów. W niektórych punktach miejskich można płacić dolarami, na prowincji obowiązkowo trzeba jednak mieć ze sobą laotańską walutę.

W miasteczku wykupiliśmy jednodniową wycieczkę po okolicy. W programie zwiedzania znalazła się plantacja herbaty. Po obejrzeniu z bliska wyglądających niepozornie krzewów, zostaliśmy zaproszeni do degustacji aromatycznego napoju i zakupu różnych herbat. Kolejnym punktem programu były urokliwe wodospady, otoczone tropikalną zielenią; można je było podziwiać jedynie z daleka.

Potem trafiliśmy na plantację kawy. Krzewy kawowca – z różnokolorowymi kulkami owoców, od zielonych do brunatnych, okazały się ciekawsze w porównaniu z herbacianymi. Podobnie jak na poprzedniej plantacji, można było skosztować gotowego napoju i dokonać zakupu. Na koniec zawieziono nas do wioski laotańskiej – jak powiedział przewodnik – „osady ludzi niezależnych”. Akurat spadł deszcz, chodziliśmy więc po czerwonej, klejącej się do butów glinie, pośród kilkunastu bardzo biednie wyglądających chat. Obok biegało i bawiło się w błocie dużo bosych i niekompletnie ubranych dzieci. Nieopodal leżały lub taplały się w kałużach czarno umaszczone świnie. Widok bardzo przygnębiający. Przewodnik opowiadał, że niejaki pan Vong, który przez 10 lat mieszkał w Polsce, gdzie skończył szkołę średnią i studia na Politechnice Warszawskiej, po powrocie do Laosu założył fundację, która zbudowała z myślą o tych dzieciach szkołę. W ramach działań fundacji doprowadzono do niej wodę i elektryczność, zbudowano toalety, wyposażono bibliotekę, a przede wszystkim wpłynięto na rząd, by opłacał nauczycieli (w Laosie nauka jest płatna, więc większość dzieci, zwłaszcza na wsiach, w ogóle nie chodzi do szkół).

Zanikające piękno?

Do miasta Vang Wieng, położonego wśród gór nad rzeką Song, dotarliśmy bardzo wygodnym sypialnym autobusem (z pościelą i serwowanym posiłkiem). Jeszcze niedawno było to malownicze i spokojne miasteczko. Niestety, podczas kilkudniowego pobytu miejsce to nie wywarło miłego wrażenia. Głównie za sprawą tłumów białej młodzieży, która przyjechała tam głównie w celach czysto rozrywkowych. Niezwykle denerwująca, bardzo głośna muzyka techno, zwłaszcza w nocy nie dawała zmrużyć oka. Z kolei w ciągu dnia z każdego baru czy restauracji na wolnym powietrzu dobiegały głośne dźwięki telewizyjnych kreskówek dla dzieci. Od wściekłego jazgotu i migających kolorów chciało się po prostu uciekać. Nawet kiedy spływaliśmy kajakami w dół wartko płynącej rzeki, obserwując niedalekie góry i wspaniałą roślinność pochylającą się nad wodą, uporczywe dźwięki młodzieżowej „muzy” dobiegały z licznych punktów gastronomicznych usytuowanych nad rzeką. Dlaczego mieszkańcy tego pięknego zakątka godzą się na to?

Udało się znaleźć dość przyzwoite pokoje: nad rzeką, z widokiem na wartki nurt wody i znajdujący się w sąsiedztwie most, prowadzący na malowniczą wysepkę. Jednak w nocy to urokliwe miejsce zmieniało się nie do poznania. Z małej, niepozornej w dzień wysepki, dochodził rytmiczny odgłos znienawidzonej muzyki, a tabuny pijanej, wrzaskliwej i przeklinającej młodzieży, przetaczały się „naszym” mostem. W ciągu dnia spotkać można było wielu śpiących w knajpach, na ławkach albo powłóczących nogami, ledwo żywych i coś bełkocących do siebie młodych ludzi. Obraz mało zachęcający do kolejnego przyjazdu.

Jedną z atrakcji w tym rejonie – oprócz wycieczek pieszych czy rowerowych − jest tubing (spływanie na traktorowych oponach z prądem rzeki). Postanowiliśmy tego spróbować. Wykupiliśmy wycieczkę, podczas której zaproponowano nam: zwiedzanie świątyni buddyjskiej, przejście paru kilometrów ciekawą i dość urozmaiconą trasą, pływanie na oponach w grotach, obiad i powrót kajakami. Najbardziej zapadający w pamięć i pełen wrażeń okazał się właśnie tubing. Przewodnik rozdał każdemu napompowane opony i latarki, po czym nakazał płynąć za sobą, trzymając się naprężonej linki. Gorliwie wypełniając polecenia, wpłynęliśmy do groty. Oczywiście od razu byliśmy mokrzy – siedzieliśmy bowiem w wodzie. Nad naszymi głowami zwisały skały, trzeba było bardzo uważać, by nie zderzyć się głową z kamienną przeszkodą. W pewnym momencie przewodnik zarządził postój i zgaszenie latarek. Znaleźliśmy się w absolutnej ciemności, wokół słychać było tylko krople wody spadające ze skał. Wrażenie niesamowite – zupełne odcięcie od znanego, pełnego barw świata. Na szczęście po około godzinnej wędrówce wśród głazów nastąpił powrót, a w nagrodę smaczny posiłek, złożony z ryżu zapiekanego z kurczakiem i bananów na deser.

Czekał nas też spływ kajakami do Vang Viengu. Pogoda na przejażdżkę była wymarzona – słońce, lekki wiatr. Rozpryskujące się na kamieniach spienione fale górskiej rzeki co chwilę wdzierały się do wnętrza kajaka, zalewając go i niebezpiecznie przechylając. Wszyscy byliśmy zupełnie mokrzy, ale żaden kajak się nie przewrócił. Towarzyszyły nam niezapomniane widoki roślin zwisających nad wodą, mijane domy, w oddali zarysy gór.

Kiedy dziś przeglądamy wpisy turystów odwiedzających niedawno tamten rejon, okazuje się, że władze Vang Viengu, ze względu na liczne wypadki śmiertelne, zakazały spływów w dół rzeki na oponach, a głośna muzyka w barach jest tylko do 22.00. W związku z mądrą decyzją śmiało mogę polecić Czytelnikom ten zakątek Laosu.

Na zakończenie tej niewątpliwie bardzo wybiórczej i subiektywnej relacji z podróży po Laosie, Tajlandii i Kambodży, którą zdecydowanie mogę nazwać podróżą mojego życia – chciałabym serdecznie podziękować Panu Witoldowi Kondrackiemu, pomysłodawcy tej wyprawy, i czwórce współuczestników – za okazaną przyjaźń, pomoc w, zdarzało się, trudniejszych chwilach, zrozumienie i poczucie humoru.

Renata Nowacka-Pyrlik

Na początek

 

zdrowie

 

Dobry i zły

Mówi się o nim zazwyczaj w złym kontekście. Oskarżany jest o sprzyjanie miażdżycy – chorobie grożącej zawałem serca, udarem mózgu, w najlepszym razie kłopotami z chodzeniem. Cholesterol. Ponad połowa dorosłych Polaków ma go zdecydowanie za dużo, z czego u pięciu milionów jest tak wysoki, że powinni się oni leczyć. Ale robi to tylko jedna piąta.

Cholesterol to miękka, woskowata, tłusta substancja wytwarzana w większości w wątrobie (przeciętnie ok. 700-900 mg dziennie), a w części pochodząca z pożywienia (300-500 mg). Jest też obecna we krwi w dwóch postaciach: jedna to cholesterol LDL, nazywany potocznie złym, druga – HDL, określany jako dobry. Im więcej złego cholesterolu krąży we krwi, tym gorzej. Odkłada się on w ścianach naczyń krwionośnych, powodując rozwój blaszek miażdżycowych. Pęknięte blaszki są głównymi sprawcami zawału serca i udaru mózgu, gdy zatkana zostaje jedna z tętnic wieńcowych. O ile zły LDL wędruje z wątroby do naczyń i je zatyka, o tyle dobry robi rzecz odwrotną – zapewnia odesłanie złego cholesterolu z tętnic z powrotem do wątroby, gdzie zostaje przetworzony na kwasy żółciowe. To, na którą stronę przechyli się szala walki między złym i dobrym cholesterolem, zależy od naszej diety i trybu życia.

Codziennie zjadamy cztery rodzaje kwasów tłuszczowych: wielonienasycone, jednonienasycone, nasycone i typu trans. Dwa pierwsze (zawierają je m.in. oleje roślinne, oliwa, morskie ryby) są korzystne dla zdrowia. Obniżają poziom cholesterolu całkowitego, a przede wszystkim LDL. Inaczej jest z kwasami tłuszczowymi nasyconymi i trans. Ponieważ są tanie, nie jełczeją (przez co wydłużają czas przydatności do spożycia), są masowo używane w przemyśle spożywczym. Zjadamy je w potrawach typu fast food – hamburgerach, frytkach, a także w batonach czekoladowych, herbatnikach, ciastach, płatkach śniadaniowych. Jest ich sporo także w czerwonym mięsie. Drastycznie podwyższają poziom złego cholesterolu i obniżają dobrego. Złemu sprzyja także brak aktywności fizycznej i palenie papierosów oraz otyłość, szczególnie brzuszna. Dodatkowe kilogramy zwiększają ryzyko, że w naszej krwi wzrośnie jego stężenie.

Wraz z upływem lat zwiększa się prawdopodobieństwo, że będziemy mieli kłopoty z cholesterolem. W grupie dwudziestolatków odsetek osób z jego podwyższonym poziomem wynosi 22 proc., u trzydziestolatków – 38 proc. Kiedy osiągamy czterdziestkę – już połowa populacji ma nadmiar całkowitego cholesterolu, a po pięćdziesiątce wskaźnik wynosi 62 proc. W niektórych rodzinach istnieją genetyczne predyspozycje do wysokiego poziomu cholesterolu, o czym warto pamiętać, podejmując działania profilaktyczne. Po ukończeniu 30. roku życia każdy z nas powinien badać sobie poziom cholesterolu raz do roku. Szczególną czujność powinni zachować ci, których krewni chorowali kiedyś na choroby układu krążenia i przeszli np. zawał serca. Także osoby otyłe, prowadzące siedzący tryb życia, palące papierosy, nadciśnieniowcy, cierpiące na cukrzycę, choroby nerek, wątroby i tarczycy. Kilka dni przed sprawdzianem nie należy spożywać bardzo tłustych potraw oraz alkoholu, bo to może zafałszować wyniki badań.

Z jakich możemy być zadowoleni? Norma dla cholesterolu całkowitego wynosi 114-200 mg/dl, trójglicerydów – poniżej 150 mg/dl, cholesterolu LDL (złego) – poniżej 100 mg/dl, cholesterolu HDL (dobrego) – dla kobiet poniżej 50 mg/dl, dla mężczyzn – poniżej 40 mg/dl.

Rady dla tych, którzy te normy przekraczają, są proste: jedz pokarmy zawierające mniej tłuszczów nasyconych i trans, gotuj (najlepiej na parze), piecz lub grilluj zamiast smażyć na głębokim tłuszczu, codziennie jedz owoce i warzywa, ćwicz i kontroluj wagę, skończ z paleniem. Pomocne w trzymaniu złego cholesterolu na wodzy mogą być suplementy diety zawierające kwasy omega-3 i omega-6. Wzbogacone nimi są niektóre miękkie margaryny do smarowania pieczywa.

Jeśli te działania nie przyniosą pożądanych skutków, należy zażywać regularnie leki. Ostatnio światowym hitem są statyny. Obniżając stężenie frakcji LDL cholesterolu, chronią przed zawałem czy udarem. Mają jednak skutki uboczne: mogą m.in. powodować zwiotczenie mięśni, choć na ten temat zdania naukowców są podzielone (czy wybrać większe czy mniejsze zło?). Generalnie zasada jest taka: statyny pomagają i powinny być przepisywane osobom, u których istnieje co najmniej 10-procentowe ryzyko zawału serca w czasie następnych dziesięciu lat. Doświadczony lekarz jest w stanie coś takiego obliczyć.

Kolejna głośna dyskusja na temat LDL i HDL dotyczy jajek. Traktowano je przez wiele lat jak bombę cholesterolową. Zalecano maksymalnie dwa jajka tygodniowo. Okazało się, że akurat cholesterol w nich zawarty nie przyczynia się do rozwoju miażdżycy. W jednym jajku jest go znacznie mniej niż nasze ciała same produkują w ciągu jednego dnia. Upadł też inny mit, jakoby spożywanie czosnku mogło powstrzymać wzrost stężenia cholesterolu. Wprawdzie naukowcy, badając jego działanie na szczurach, osiągnęli pozytywne wyniki, ale by uzyskać podobne u ludzi, każdy z nas w ramach prewencji musiałby zjadać dwanaście ząbków czosnku dziennie.

Niewykluczone, że nauka odkryje w końcu jakiś cudowny, naturalny lek, chroniący nas przed zmorą złego cholesterolu. To tym bardziej pożądane, że zdaniem niektórych uczonych amerykańskich, nadmiar cholesterolu może zwiększać ryzyko choroby Alzheimera. Przyspiesza on bowiem tworzenie złogów w mózgu, co prowadzi do stopniowego zaniku jego tkanki i demencji. Na razie wiemy, komu cholesterol spada, a komu rośnie – w skali ogólnoświatowej. Przed dwoma laty opublikowano wyniki trzydziestoletnich badań na ten temat. Przeanalizowano dane dotyczące kilku milionów osób ze 199 krajów. Największy spadek średniego stężenia cholesterolu zanotowano w krajach rozwiniętych, głównie w Ameryce Północnej, Europie Zachodniej i Australii. Nie zmienia to faktu, że najwięcej cholesterolu mają właśnie mieszkańcy Europy Zachodniej, m.in. Grenlandii, Islandii i Niemiec. Najmniej – Afrykanie. Spośród krajów wysoko rozwiniętych najlepiej wypadają Grecy (wiadomo – dieta śródziemnomorska), Kanadyjczycy, Szwedzi (dużo ryb) i Amerykanie. Wyraźny wzrost stężenia cholesterolu zaobserwowano w ciągu ostatnich trzech dekad w Japonii, Chinach i Singapurze (coraz więcej tam fast foodów). W Polsce średnie stężenie cholesterolu we krwi u kobiet spadło, a u mężczyzn nie zmieniło się w ciągu tych trzydziestu lat.

Lekarze tłumaczą, że cholesterol nie jest tylko samym złem. Nasz organizm go potrzebuje: służy do budowy błon komórkowych i do syntezy hormonów płciowych, kwasów żółciowych oraz niektórych hormonów steroidowych, regulujących przemianę białek, węglowodanów i tłuszczów. Problem powstaje wtedy, gdy jest go zbyt wiele. Potwierdza się słuszność porzekadła: co za dużo, to niezdrowo. Można je odnieść także do naszej diety, od której przecież zależy, co w końcu wygra: LDL czy HDL.

(BWO)

Na początek

 

ruszajmy się

 

Sport to zdrowie

Sport, a dokładniej ruch, który jest jego elementem, jest jednym z istotniejszych czynników wpływających na nasze zdrowie, czyli na stan pełnego fizycznego, psychicznego i społecznego dobrostanu według definicji Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Do jego utrzymania jest potrzebny odpowiedni tryb życia – aktywność fizyczna, dieta i higiena.

Ruch, który jest przejawem podejmowanego wysiłku fizycznego, ma pozytywny wpływ na wszystkie aspekty zdrowia człowieka. Wysiłki mogą mieć różny charakter: tlenowy − umiarkowany ruch, który można kontynuować przez dłuższy czas (bieganie, aerobic, pływanie, jazda na rowerze) lub beztlenowy, siłowy (podnoszenie ciężarów) oraz szybkościowy (krótkie wysiłki podejmowane z wysoką intensywnością, np. sprint).

Do utrzymania zdrowia fizycznego, czyli prawidłowego funkcjonowania wszystkich tkanek, jest potrzebna odpowiednia dawka ruchu. Organizm człowieka funkcjonuje na zasadzie sprzężenia zwrotnego, czyli pobudzania i hamowania swoich funkcji. Wysiłek fizyczny daje pobudzenie w wielu aspektach. Można to zobrazować powiedzeniem, że nieużywany narząd zamiera. Dlatego organizm nie będzie utrzymywał pobudzenia, rozwijał swoich narządów, jeżeli te nie są obciążane wysiłkiem. Na przykład serce, które pompuje krew do wszystkich narządów, będzie coraz słabsze, gdy prowadzimy siedzący tryb życia. W spoczynku krew krąży wolno i organizm nie potrzebuje silnego serca. Po wielu latach takiego trybu życia jest ono na tyle słabe, że zawodzi w sytuacji kryzysowej. Najczęściej podczas gwałtownego pobudzenia emocjonalnego dochodzi do jego zawału. Zasada ta dotyczy właściwie wszystkich układów, których narządy muszą pracować podczas ćwiczeń fizycznych na większych obrotach. Dzięki temu organizm stopniowo je rozwija i wzmacnia. Z tych powodów najważniejsze jest, by aktywność fizyczną podejmować systematycznie. Tylko ciągle powtarzany trening daje efekty w sporcie zawodowym, jak i uprawianym amatorsko, dla zdrowia.

Pracujące mięśnie potrzebują energii. Uzyskują ją podczas spalania związków energetycznych (glukoza lub kwasy tłuszczowe) przy udziale tlenu. Gdy zaczynamy ćwiczyć, zwiększa się wentylacja oddechowa, dzięki temu krew może zaopatrzyć się w większą ilość tlenu. Musi ją szybko dostarczyć do mięśni, naczynia krwionośne odpowiednio się kurczą, serce zaczyna bić szybciej i mocniej. Płynąca pod dużym ciśnieniem krew zabiera ze sobą napotkane po drodze blokady, najczęściej złogi tłuszczu, które wytrąciły się przez niewłaściwą dietę. Układ krwionośny oczyszcza się i wzmacnia, a tą drogą poruszają się również hormony i inne związki potrzebne do funkcjonowania całego ciała. Podczas wysiłku spalamy energię, którą dostarczamy z pożywieniem. Nadmiar energii jest magazynowany w postaci tkanki tłuszczowej, co może prowadzić do znacznego wzrostu masy ciała. Dlatego należy ją systematycznie spalać. Swoją aktywność wzmaga również skóra i cały układ termoregulacyjny, wraz z potem organizm opuszczają różne szkodliwe substancje: uboczne produkty przemiany materii i toksyny. Z tych powodów niezwykle istotny jest umiarkowany wysiłek o charakterze tlenowym, podejmowany systematycznie. Wysiłki te są najskuteczniejszą bronią w profilaktyce chorób układu sercowo-naczyniowego i przeciwdziałaniu otyłości oraz dają wysoką jakość funkcjonowania całego organizmu.

Ruch niezbędny jest dla utrzymania prawidłowego funkcjonowania aparatu kostno-stawowego oraz mięśniowego. Stopniowo i systematycznie więzadła i kości stają się coraz mocniejsze. Podobnie rozwijają się mięśnie, szczególnie podczas ćwiczeń ciężkich i siłowych. Ważne jest, by nie forsować się na pierwszych treningach, tylko zwiększać stopniowo obciążenia fizyczne, by nie doprowadzić do przeciążeń. Silne mięśnie stabilizują stawy. W swoim treningu zdrowotnym należy uwzględnić szczególnie kręgosłup, gdyż ten jako pierwszy alarmuje, że coś jest nie tak.

Każdy wysiłek hartuje, ale szczególnie ten na świeżym powietrzu. Zwiększa się liczba białych ciałek krwi, które bezpośrednio walczą z patogenami. To dlatego ludzie aktywni rzadziej ulegają infekcjom i przeziębieniom.

Zdrowie psychiczne także wymaga naszej troski i tu również aktywność fizyczna jest polecanym rozwiązaniem. Podczas wysiłku wytwarzają się endorfiny, czyli hormony, które zapewniają dobre samopoczucie. To najważniejszy element antydepresyjny. Wysiłek fizyczny rozładowuje napięcia emocjonalne, pomaga w radzeniu sobie ze stresem, depresją i agresją. Systematyczna aktywność ma duży wpływ na naszą dobrą emocjonalność. Ludzie aktywni stają się bardziej radośni, mniej drażliwi, o pozytywnym nastawieniu do życia. Pokonywanie swoich barier i ograniczeń własnego ciała znacznie poprawia pewność siebie. Dla wielu ludzi aktywność fizyczna to również sposób na życie, na spędzanie wolnego czasu, nawiązywanie, rozwijanie i podtrzymywanie dobrych relacji z innymi osobami. Uprawiając sport, zaczynamy się utożsamiać z daną dyscypliną, tworzymy kręgi o podobnych zainteresowaniach, wspólnie z innymi zaczynamy podejmować daną aktywność. Moim zdaniem najlepiej odpowiedzialności społecznej i współżycia w grupie uczą sporty drużynowe. Przynależność do drużyny, wspólna rywalizacja i wspólny cel bardzo łączą ludzi. Tworzą się przyjaźnie.

Należy pamiętać, że sport jest tylko czynnikiem pobudzającym do reakcji w organizmie, które następują w czasie odpoczynku. Należy zapewnić mu jego odpowiednią ilość (czas), jak i jakość (pełnowartościowe odżywianie, odpowiednią ilość snu, higieniczny tryb życia). Dlatego sport ukierunkowany na wynik (sport wyczynowy), który nie liczy się z konsekwencjami zdrowotnymi i prowadzi do przeciążenia organizmu, często jest czynnikiem destrukcyjnym, stopniowo wyniszczającym organizm.

Minimalna ilość aktywności, o której mówią lekarze, to 3 x 30 x 130 (3 razy w tygodniu po 30 minut ćwiczeń z tętnem nie spadającym poniżej 130 uderzeń na minutę). Uważam, że każda ilość aktywności będzie lepsza niż jej brak. Natomiast kiedy ćwiczymy w umiarkowanym tempie, możemy robić to codziennie. Przy ciężkich obciążających treningach należy ćwiczyć co drugi dzień, by ciało w pełni się zregenerowało. Ważne jest, by nie zamykać się tylko w jednej formie aktywności, na przykład tylko biegając. Należy również rozciągać mięśnie, stosować ćwiczenia ogólnorozwojowe, wzmacniające wszystkie części ciała. Samo bieganie, szczególnie po twardym podłożu, może stopniowo niszczyć stawy (zwłaszcza kolana i kręgosłup). Oczywiście pomożemy sercu, ale zaszkodzimy stawom. Dlatego warto co jakiś czas zamienić trening biegowy na pływanie, rower lub inną aktywność. Dobrze jest oddziaływać na nasze ciało wszechstronnie.

Sport jest czymś więcej niż tylko aktywnością fizyczną, staje się filozofią. W dzisiejszych czasach ruch podejmowany dla zabawy, dla zdrowia i urody, dla rozwoju jest elementem niezbędnym do utrzymania pełnego człowieczeństwa. Kiedyś ruch i sprawność fizyczna były elementem niezbędnym do przeżycia. Dziś ruch jest istotną częścią zdrowego życia.

Krzysztof Koc


Na początek

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Ciekawe pojedynki naszej czołówki

W minionych miesiącach, na mistrzostwach świata kobiet i juniorów w Belgradzie oraz na Pucharze Grunwaldu w Dadaju, kadrowicze rozegrali wiele interesujących partii. Przedstawiam kilka obrazków z bitewnych pól:

 

Przyjęty gambit hetmański

A. Stolarczyk (2002) – L. Żilcowa (Ukraina − 2245)

Mistrzostwa świata kobiet, Belgrad 2013

1.d4 d5 2.c4 dc4 3.Sf3 Sf6 4.e3 Gg4 5.G:c4 e6 6.Hb3 G:f3 7.gf3 b6 8.Sc3 Ge7 9.d5 ed5 10.S:d5 0–0 11.S:e7+ H:e7 12.Gd2 a5 13.Wg1 Sbd7 14.0–0–0 Se5 15.Ge2 Wad8 16.Gc3 W:d1+ 17.W:d1 Sed7 18.Hc4 Sc5 19.Hh4 Sd5 20.H:e7 S:e7 21.Ge5 Wc8 22.Kb1 Sg6 23.Gg3 Kf8 Remis

Prezentuję tę krótką partię z uwagi na jej „historyczne” znaczenie jako godną odnotowania w kronikach. Było to jedyne pół punktu stracone przez Ukrainkę w mistrzostwach. W końcowej pozycji białe mają wyraźną przewagę – para gońców jest znacznie silniejsza od duetu skoczków. Szkoda, że Polka nie kontynuowała walki, bo w Belgradzie nasze reprezentantki w końcówkach radziły sobie bardzo dobrze.

 

I. Zarubinskaja (Ukraina − 1818) – A. Stolarczyk (2002)

Białe: Kg2, Wf4, Gc2, a2, b2, c3, d4, h3

Czarne: Kg6, We8, Gf5, a6, b5, e4, g7, h6

Aż trudno uwierzyć, że partia trwała jeszcze tylko cztery posunięcia 31...Kf6 32.h4 g6 Zasługiwało na uwagę 32...g5!? 33.hg5+ K:g5! 34.Kg3 h5 i wolniaki czarnych są bardzo groźne 33.Kg3 e3 34.Wf1? Przegrywający błąd. Po 34.G:f5 gf5 (34…e2? 35.Ge4+) 35.Wf1 We4 36.Kf3 W:h4 37.K:e3 h5 realizacja przewagi czarnych była znacznie trudniejsza 34...e2! 0–1

 

A. Stolarczyk (2002) − O. Czerniczenko (Ukraina – 1939)

Białe: Kh2, Hd1, Sc5, a3, b4, e2, f3, g3, h3

Czarne: Kg8, Hb6, Gf8, b5, c7, e5, f7, g6, h7

Również i tutaj zakończenie partii nastąpiło zaskakująco szybko: 1.Hd5 Gd6 Lepsze 1...Hd6, ale to tylko mała niedokładność w porównaniu z kolejnymi decyzjami. Dodać należy, że do strat prowadziła wymiana lekkich figur: 1…G:c5 2.bc5 Hf6 3.c6! 2.Kg2 Ha7? Pogoń za materiałem, która się smutno kończy. Prawidłowy ruch to profilaktyczne 2...Kg7 3.Se4! H:a3? Po 3...Hb8 4.Sc3 czarne traciły pionka, ale to było mniejszym złem 4.Sg5! Po błędnym 4.S:d6? cd6 5.H:d6 ginął wprawdzie pionek b5 lub e5, ale partia mogła toczyć się jeszcze długo. Teraz okazuje się, że punktu f7 obronić nie można, a po 4...Kg7 5.H:f7+ Kh6 6.h4 gra kończy się matem. Czarne poddały się.

 

O. Czerniczenko (Ukraina − 1939) – T. Dębowska (1754)

Białe: Kf4, Sf2, a4, b3, c4, d5, h4

Czarne: Kf6, Gg6, a5, b6, c5, g4, h5

Czarne zademonstrowały w tej końcówce wyższość gońca nad skoczkiem 52...g3! Skutecznie zaatakować białą piechotę na skrzydle hetmańskim można tylko przy aktywnym królu. Mniej szans na sukces dawało 52...Gc2?! 53.Se4+ Kg6 54.Sd2 Kf6 (Po 54...Gd1 55.Kg3 Kf5 56.Kg2 Ke5 57.Kg3 konieczność pilnowania pionka d5 uniemożliwia królowi dalszy marsz) 55.Se4+ 53.K:g3 Ke5?! Dokładniejsze było 53...Gc2 54.Kf4 G:b3, nie pozwalając skoczkowi zająć placówki na b2 54.Sd1 Gc2 55.Sb2 G:b3 56.Kf3 Gc2 57.Ke3 Gf5 Czarne przerzucają gońca na d7, aby uwolnić króla od obowiązku pilnowania białego wolniaka 58.Sd1 Gd7 59.Sc3 Kf5 60.Kf3 Ge8 61.Kg3? Lepsze było wejście królem do kwadratu pionka a5: 61.Ke3! Ke5 (Po ewentualnym 61...Kg4 gra mogła się potoczyć następująco: 62.Ke4 K:h4 63.Kf4 Kh3 64.Kf3 h4 65.d6 Gd7 66.Sd5 G:a4 67.S:b6 Gc6+ 68.Kf2 a4 69.d7 G:d7 70.S:d7 a3 71.S:c5 i skoczek zdąży zatrzymać wolniaka) 62.Sb5 i czarnym trudno byłoby przełamać obronę 61...Ke5 62.d6 Nie ratowało i 62.Kf3 Kd4 63.Sb5+ Kd3 64.Kf4 Gd7 65.Ke5 K:c4 66.d6 Kb4 z wygraną czarnych 62...K:d6 63.Kf4 Ke6 64.Ke4 Gc6+ 65.Kf4 Kd6 66.Kf5 Gd7+ 67.Kf6 Po 67.Kf4 Ke6 68.Ke4 Ge8 69.Kf4 Gc6 następuje zugzwang i czarny król przedostaje się do obozu białych 67...Gg4 68.Se4+ Kc6 Bardziej precyzyjne było 68...Kd7 69.Sc3 Ge6 69.Ke5?! Dłuższy opór można było stawiać po 69.Sc3 Kc7 70.Ke5 Kd7 71.Sd5 Gd1 69...Gd1 70.Sc3 Gb3 0–1

 

T. Dębowska (1754) – S. Valner (Rosja − 1872)

Białe: Ke4, Wa2, Wd1, Sf5, a3, b5, c4, d5, f3, g4, h5

Czarne: Kf8, Wd7, Wd8, Gf4, a7, b6, c5, e5, f6, f7, h7

W tej partii z kolei goniec jest bardzo słaby. Białe najpierw otwierają linię „a” i wkraczają po niej wieżami, by później przy pomocy skoczka siać spustoszenie w nieprzyjacielskim obozie 54.a4 Gg5 W przypadku 54…a5 55.ba6 Wa7 56.d6 W:a6 57.Wb1 z dalszym Kd5 i Wab2 wieże wkraczały po linii „b” 55.a5 Wb8 56.ab6 ab6 57.Wda1 Gf4 Czarne nie mają żadnej aktywnej możliwości − mogą tylko czekać na egzekucję 58.Wa7 Wdd8 Po 58...W:a7 59.W:a7 groziło 60.Sd6+ (59…Wd8 60.Wb7) 59.W1a6 Gd2 60.d6 Ke8 61.Kd5 Ga5 62.We7+ Kf8 63.Waa7 We8 64.W:f7+ Kg8 65.Wg7+ Kh8 66.W:h7+ Kg8 67.Sh6+ Kf8 68.Waf7x

 

Obrona sycylijska

A. Czajkowski (1933) – P. Dimic (Serbia – 2257)

Mistrzostwa świata juniorów, Belgrad 2013

1.e4 c5 2.Sf3 d6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 Sc6 6.Gg5 e6 7.Hd2 a6 8.0–0–0 Gd7 9.f3 Ge7 10.Kb1 Hc7 11.Ge3 h5 Czarne próbują utrudnić ruch g2-g4. Tego typu strategia jest skuteczniejsza, gdy biały pionek stoi już na h4 12.h3 Se5 13.f4 Słuszna zmiana planu. Zbyt wolne było 13.Ge2 b5 14.a3 (14.g4? b4) 14…Sc4 15.Gc4 bc4 z kontrgrą czarnych 13...Sc6 Po 13...Sc4 14.G:c4 H:c4 czarne słusznie obawiały się 15.e5! de5 16.fe5 Sd5 17.S:d5 H:d5 18.Whf1, np. 18...0–0? 19.Sf5 czy 18...H:e5 19.Sf5! 14.Gd3 S:d4 15.G:d4 e5 16.Gf2 b5?! Lepsze 16...Gc6 17.Whe1 b4?! (17…Wc8) 18.Sd5 S:d5 19.ed5 0–0 20.f5 Można było zdobyć pionka 20.He2 g6 21.fe5 de5 22.H:e5, ale naszego juniora interesuje tylko czarny król! 20...h4 21.g4 (21.H:b4!?) 21...hg3 22.Wg1 Gf6? Nie wolno 22...gf2? bo 23.Hh6 fg1H 24.W:g1 z szybkim matem, ale należało spróbować 22…Hc8 23.W:g3 G:f5 24.Wdg1 g6 23.W:g3 Wfc8 24.Wdg1 Kf8 25.W:g7! Ke7 Po 25...G:g7 26.Hg5 atak białych był nie do obrony 26.Hh6?! Strata tempa. Logicznym zakończeniem partii był efektowny wariant 26.Gh4! G:h4 27.W:f7+! K:f7 28.Hh6 Wg8 29.Hh7+ z szybkim końcem lub prostsze 26.W1g6! z groźbą W:f6 26...Wh8! 27.He3 G:g7 28.W:g7 Wag8? Decydujący błąd. Po 28...Waf8! czarny król czuł się w miarę bezpiecznie: 29.Hg5+ Ke8 30.h4 Gb5 itd. 29.Hg5+ Kf8 30.f6! Grozi 31.Gh7! Dla czarnych nie ma już ratunku 30…e4 31.G:e4 Hc4 32.Gd3 Ale nie 32.Gh7? Hf1+ 32...Hg4 Rozpacz: 32...Hc7 33.Gh7! 33.W:g8+ 1–0 Ładne zwycięstwo Adama nad jednym z faworytów mistrzostw.

 

 A. Czajkowski (1933) – M. Eichstaedt (Niemcy − 1925)

Białe: Kf4, Ge2, a2, b2, c3, d4, d5, f5, h4

Czarne: Kg7, Sd8, a6, b5, c4, d6, f7, h6

Białe bardzo precyzyjnie zrealizowały przewagę 50.b3 cb3 51.ab3 Sb7 52.b4!? Teraz czarne muszą uważać na nieprzyjemną groźbę c3-c4 52…Kf6 53.Gd3 Po 53.c4 bc4 54.G:c4 a5 55.Ga6 a4 czarne niepotrzebnie uzyskiwały taktyczne szanse 53...Kg7 Po 53...Sd8 możliwe już było 54.c4 54.f6+ Oddanie pionka, aby gońcem przeniknąć na c8 54...K:f6 55.Gf5 Sd8 (55…a5 56.Gd7) 56.Gc8 Kg6 57.G:a6 Kh5 58.Kg3 f5 59.G:b5 f4+ 60.K:f4 K:h4 61.Gd7 h5 62.c4 Sb7 63.Gc8 Sa5!? Ostatnia szansa – po zabraniu skoczka jest pat… 64.Ga6! Sb3 65.c5 1–0

 

 R. Gunajew (2295) – P. Dukaczewski (2265)

Puchar Grunwaldu 2013

Białe: Kh1, Hd1, Wa1, Wf1, Gc1, Sc2, a4, c3, c5, e5, f4, g2, h2

Czarne: Kc8, Hc7, Wd8, Wh8, Gd7, Gf8, a6, b7, d5, e6, f5

Ten pojedynek miał decydujący wpływ na końcowe wyniki turnieju 18...h3! Osłabia białe pola wokół króla 19.g3 d4! Duża przekątna musi być otwarta. Gdyby białe zdążyły ustawić skoczka na d4, ich król byłby bezpieczny 20.S:d4?! Silniejsze było 20.cd4! G:a4!? (20…G:c5 21.Kg1) 21.W:a4!? Hc6+ 22.Hf3 z rekompensatą za jakość 20...G:c5?! Prawidłowe było efektowne 20...Hc6+! 21.Hf3 (21.S:c6? G:c6+ 22.Kg1 G:c5+; 21.Wf3 He4) 21...H:f3+ 22.S:f3 (22.W:f3 Gc6!) 22...Gc6 23.Ge3 Wd3 24.Wae1 W:c3 z wyraźną przewagą 21.Ga3 Lepsze 21.Kg1 21...Ga7 Należało spróbować 21...G:d4 22.cd4 Hc3! z następnym Gc6+ 22.Gd6 Gc6+ (22…Hc4!?) 23.Kg1?! Teraz sytuacja białych staje się bardzo trudna. Po 23.S:c6! H:c6+ 24.Hf3 H:f3+ 25.W:f3 najgorsze miały poza sobą 23...W:d6! 24.ed6 H:d6 O wyniku przesądza teraz słabość białych pól i siła czarnych gońców 25.Kf2 e5! 26.fe5 H:e5 27.Wa2 Po 27.Hd3 f4 28.g4 można było przedłużyć opór, ale pozycja białych na dłuższą metę była nie do utrzymania 27...Hd5 28.We2 Lub 28.Wd2 We8 29.Wg1 Gc5 i siły białych są sparaliżowane 28...Hf3+ 29.Kg1 (29.Ke1 H:c3+) 29...Hh1+ 30.Kf2 H:h2+ 31.Ke1 H:g3+ 32.Kd2 G:d4 33.cd4 h2 34.d5 G:d5 35.Hc2+ Kb8 36.H:f5 h1H 37.W:h1 G:h1 0–1

 

R. Gunajew (2295) – R. Suder (2147)

Białe: Kf3, We3, Gd3, Gg3, Se4, a2, b3, c4, d4, g4, h3

Czarne: Kg7, We7, We8, Gd8, Gg6, Sd7, b6, b7, c7, f6, g5, h7

Końcówki lekkofigurowe są częstym gościem tego artykułu. Na koniec jeszcze jeden fragment partii na ten temat 34.Sf2 W:e3+ 35.W:e3 W:e3+ 36.K:e3 G:d3 37.S:d3 Kf7 38.Ke4 Po wymianach wież biały król może aktywnie włączyć się do walki 38...Sf8 39.Sb4 c6 40.d5! c5 Lub 40...cd5+ 41.S:d5 (41.cd5 też wygląda nieźle) 41...Se6 42.Gf2 Sc5+ 43.G:c5 bc5 44.Kf5 z łatwą wygraną 41.Sc2 Sd7 42.Se3 Ge7 43.Sf5 Gf8 44.Gc7 Kg6 Jeśli 44...Ge7, to 45.d6 Gf8 46.Kd5 45.Sg3 Z wielu możliwych sposobów realizacji przewagi białe wybierają marsz skoczka po pionka b6 45...Ge7 46.Se2 Gf8 47.Sc3 h5 48.Sa4 1–0

Ryszard Bernard

Na początek

 

Gramy w warcaby

W dniach 6-12 września 2013 roku w Augustowie rozegrano I Mistrzostwa Świata Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach Stupolowych. Polacy radzili sobie bardzo dobrze z wyżej notowanymi zawodnikami z innych krajów. Zdecydowany faworyt turnieju, reprezentant Kazachstanu Jurij Nosov, zajął dopiero czwarte miejsce, tracąc punkty z Polakami. Po remisach w pierwszych trzech rundach z Mikołajem Fiedorukiem, Andrzejem Jagiełą i Józefem Tołwińskim w szóstej rundzie spotkał się z Janem Sekułą.

 

Jan Sekuła – Jurij Nossov (Kazachstan)

1. 34-30 17-22 2. 32-27

Posunięcie mające na celu odejście od utartych rozwiązań teoretycznych, w których zawodnik z Kazachstanu ma większe doświadczenie.

2... 11-17 3. 37-32 6-11 4. 31-26 22x31 5. 26x37 16-21 6. 30-25 21-26 7. 40-34 19-23 8. 34-30!

Można było grać 8. 36-31 z planem podwójnej wymiany po linii głównej, co dawało białym +6 temp, ale jednoczesnie prowadziło do dużej swobody gry ze strony czarnych.

8... 1-6 9. 39-34 14-19! 10. 25x14 9x20

Czarne przygotowały pułapkę. Przegrywa 11. 30-25? 17-22! 12. 25x14 23-28 a) 13. 32x23 19x30 14. 35x24 10x30 b) 13. 14x23 28x30 14. 35x24 18x20

11. 44-39

Białe, zabezpieczając się przed kombinacją, zagrały na pole 39 i teraz czarne mogą przejść do pozycji klina Rozemburga. Mając złe doświadczenia w tej pozycji z pierwszej rundy, kiedy to Nossov w partii z Mikołajem Fiedorukiem z trudem osiągnął remis, tym razem nie podjął ryzyka i zagrał 11... 10-14

To posunięcie na długo będzie czarnym utrudniało grę, gdyż z powodu kamienia na 20 grozi im związanie długiego skrzydła.

12. 30-25! 4-9 13. 34-29 23x34 14. 39x30 17-22

Na 14... 18-23 białe odpowiedziałyby 15. 32-28 23x32 16. 37x28

15. 33-29 22-27 16. 32x21 26x17 17. 37-32 19-23 18. 41-37 23x34 19. 30x39 20-24

Inaczej białe zagrałyby 20. 35-30

20. 45-40 13-19 21. 40-34 8-13 22. 34-30

Długie skrzydło czarnych ponownie zostało związane, co przy niepracujących kamieniach 5 i 15 stawia czarne w trudnej sytuacji.

22... 2-8 23. 46-41 17-21 24. 32-27 21x32 25. 37x28 5-10 26. 39-33 11-16 27. 41-37 16-21 28. 37-31 15-20 29. 50-44?

Lepsze było 29. 42-37

29... 10-15 30. 44-39 21-26!

Teraz okazuje się, że białe nie mają dobrej pozycji, by utrzymać związanie długiego skrzydła czarnych. Można było zagrać 31. 49-44 i nie dopuścić do uwolnienia czarnych, jednak to zagranie było ryzykowne z uwagi na zbyt duże zaangażowanie sił białych na krótkim skrzydle.

31. 39-34 26x37 32. 42x31 18-23 33. 34-29 23x34 34. 30x39 12-18 35. 47-42 18-23 36. 49-44 23x32 37. 38x27 24-29

Czarnym wreszcie udało się uaktywnić długie skrzydło.

38. 33x24 20x29 39. 42-38 8-12 40. 39-33 19-23 41. 33x24 14-20 42. 25x14 9x29 43. 44-39 15-20 44. 31-26 12-18 45. 39-33 20-24 46. 43-39 3-9 47. 36-31

Wymuszone, żeby na 47... 18-22 48. 27x18 13x22 odpowiedzieć 49. 31-27

47... 24-30 48. 33x24

Bicie 48. 35x24 osłabiłoby krótkie skrzydło.

48... 30x19 49. 38-33 9-14 50. 26-21 14-20 51. 39-34 20-24 52. 33-28 23x32 53. 27x38 7-12 54. 31-26 6-11 55. 48-42 19-23 56. 34-30 13-19 57. 38-32

Groziło 57... 11-16 i po 58. 21-17 12x21 59. 26x17 18-22

57... 24-29 58. 30-25 19-24 59. 42-38 11-17

Czarne osiągnęły przewagę w centrum, ale z powodu możliwości przebicia się do damki na obu skrzydłach białe powinny zremisować.

60. 35-30?

Najpierw należało rozpocząć akcję na drugiej stronie.

60... 24x35 61. 25-20 35-40 62. 20-14 40-44 63. 14-10 44-50 64. 10-4 29-33?? 65. 4x6 33x42 66. 21-17

I czarne poddały się. Po 64... 29-34! przy bardzo dokładnej grze czarne mogły tę partię wygrać 65. 4x6 34-39 66. 6x44 50x42!! – tylko tak! 67. 21-17 12x21 68. 26x17 42-26 69. 17-11 26-12 70. 32-27 12-1 71. 27-22 23-29 72. 11-6 29-33 73. 22-17 33-39 74. 17-12 1x40

 

Grigorij Saienko (Ukraina) – Józef Tołwiński

1. 32-28 17-22 2. 28x17 12x21 3. 31-26 7-12 4. 26x17 12x21

W ten sposób czarne zyskały +4 tempa.

5. 36-31 21-26 6. 34-30

Przy dodatnim tempie czarnych białe powinny dążyć do klasyki, zajmując pole 27.

6... 20-25 7. 38-32 25x34 8. 39x30 15-20

Lepsze było 8... 11-17, przygotowujące plan wiązania długiego skrzydła.

9. 42-38 20-25

Niepotrzebnymi atakami czarne doprowadziły do wyrównania tempa. W dalszym ciągu lepsze było 9... 11-17

10. 44-39 25x34 11. 39x30 1-7 12. 50-44 7-12 13. 44-39 12-17 14. 40-34 17-21?

Po tym zagraniu białe mogły uzyskać przewagę pozycyjną, grając 15. 32-27 21x32 16. 37x28 26x37 17. 41x32

15. 30-24 19x30 16. 34x25?

Białe bez powodu odeszły na bandę.

16... 14-20!

Czarne wykorzystują możliwość zyskania 4 temp.

17. 25x14 10x19 18. 33-29 5-10 19. 35-30 10-14 20. 30-25 8-12

Czarne mają przewagę pozycyjną i +4 tempa. Białe mogły przejąć kontrolę w centrum i uzyskać przewagę temp po wymianach 21. 32-27 21x32 22. 37x28 26x37 23. 41x32

21. 39-34?

Po takim zagraniu białe na długo tracą aktywność na krótkim skrzydle.

21... 21-27!

Za cenę utraty czterech temp czarne pozbawiają przeciwnika możliwości szybkiego uaktywnienia długiego skrzydła.

22. 31x22 18x27 23. 32x21 26x17 24. 34-30 12-18 25. 45-40 17-22 26. 40-35 11-17 27. 38-33 17-21 28. 29-24?

W ten sposób białe nie poprawiają swojej sytuacji na krótkim skrzydle. Konieczne było uruchomienie długiego skrzydła poprzez 28. 37-32, 29. 41-37

28... 2-8 29. 43-38 8-12 30. 34-20 19-23! 31. 49-43 21-26 32. 43-39 12-17!

Groziła kombinacja 33. 33-29 23x32 34. 37x10 4x24 35. 30x19

33. 39-34 17-21 34. 30-24?

Lepsze było 34. 34-29 23x34 35. 30x39, częściowo poprawiające aktywność na krótkim skrzydle.

34... 23-28!

I białe nie mają zadowalającej odpowiedzi: po a) 35. 35-30 28x39 36. 34x43 pozostają 4 kamienie niegrające; po b) 35. 33-29 28-33 36. 37-31 (przegrywa 36. 47-42 13-19 37. 24x13 33x15) 26x37 37. 41x32 33x42 38. 47x38 21-27 39. 32x21 16x27 pozycja białych jest bardzo słaba; c) 35. 34-29 28x39 36. 29-23 18x29 37. 24x44 – ten wariant daje białym możliwość remisu.

35. 34-29 28x39 36. 38-33? 39x28 37. 37-31 26x37 38. 41x12 6-11!!

Wygranie kamienia 38... 13-19 39. 24x13 9x7 40. 20x9 3x14 41. 29-23! prowadziło do ataku białych na długie skrzydło i czarne musiałyby walczyć o remis.

39. 35-30 22-28!

Czarne zajęły bardzo ważne pole 28, przez co pozycja białych została rozdzielona na dwie praktycznie niegrające części.

40. 46-41 21-26 41. 41-37 11-17! 42. 12x21 16x27 43. 20-15 27-32! 44. 48-42 32x41 45. 47x36 13-18 46. 24-20 3-8 47. 42-37 8-13 48. 36-31

Przegrywa również 48. 30-24 18-22 49. 36-31 13-18 50. 37-32 28x37 51. 31x42 22-28 52. 42-37 18-22 53. 24-19 14x34 54. 20-14 9x20 55. 25x14 28-33

48... 28-32 49. 37x28 26x37 50. 30-24

Inne warianty też prowadzą do przegranej białych: a) 50. 28-23 18-22 51. 23-18 37-41 52. 18x27 41-47 53. 29-23 47-41; b) 50. 29-23 18x29 51. 28-22 37-41 52. 22-17 41-46 53. 17-11 46-23 54. 30-24 13-18 55. 24x33 18-22 56. 11-6 23-1 57. 33-29 1x45 58. 6-1 22-28 59. 15-10 4x24 60. 1-6 28-32 61. 6-22 32-37 62. 22x4 37-41 63. 4-13 24-29 64. 13-36 41-47

50... 37-41 51. 29-23 18x29 52. 24x33 41-46 53. 28-22 46-23

Wygrywało od razu 53... 46-28

54. 22-17 23-7 55. 33-28 13-18 56. 17-12 7-1 57. 12x23 1x29

I białe poddały się.

Jan Sekuła

Na początek

 

Plebiscyt – Galeria sław polskich sportowców z niepełnosprawnością    

Fundacja Sedeka przedłuża plebiscyt 40-lecia na 10 najwybitniejszych

sportowców – medalistów igrzysk paraolimpijskich w latach 1972-2012.

Zapraszamy do oddawania głosów na ulubionych zawodników z niepełnosprawnością aż do końca roku na stronie internetowej www.sedeka.pl/plebiscyt-paraolimpijski

Ogromna popularność plebiscytu wśród miłośników sportu paraolimpijskiego,

sportowców z niepełnosprawnością i wspierających ich organizacji

przyczyniła się do przesunięcia daty rozstrzygnięcia głosowania. Fundacja

Sedeka czeka na głosy do 31 grudnia br.

Ogłoszenie wyników i wręczenie nagród laureatom odbędzie się

podczas uroczystej gali, po zakończeniu przyszłorocznych zimowych igrzysk

paraolimpijskich w Soczi.

Wielu fanów mają zarówno sportowcy, którzy zdobyli medale podczas

igrzysk paraolimpijskich przed wielu laty, jak i ci zawodnicy, którzy stanęli na

podium niedawno. Duże zainteresowanie internautów oznacza, że wielbiciele

sportu wciąż pamiętają emocje i wzruszenia, których doświadczyli, śledząc

osiągnięcia uczestników paraolimpiad.

Warto przypominać sukcesy sportowców z niepełnosprawnością. Ich zwycięstwa,

determinacja i wola walki mogą być cennym źródłem motywacji dla

osób, które wkraczają na ścieżkę sportu, a także zachętą dla tych, którzy dotknięci

wypadkiem losowym lub niepełnosprawnością stracili wiarę w siebie

i sens życia.

Na stronie internetowej www.sedeka.pl/plebiscyt-paraolimpijski widnieje

lista 272 medalistów oraz regulamin plebiscytu.

Po 31 grudnia br., spośród wybranych 40 sportowców kapituła wyłoni 10 laureatów.

Ogłoszenie wyników plebiscytu nastąpi podczas uroczystej gali.

W głosowaniu może wziąć udział każdy, typując maksymalnie 40 kandydatów,

minimalnie jednego.

Plebiscyt wspierają m.in.: Polski Komitet Olimpijski, akademie wychowania fizycznego oraz organizacje działające na rzecz osób niepełnosprawnych.

Na początek