stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 10 (139) Październik 2016

CROSS 10/2016

ISSN 1427-728X

ROK XIV

Nr 10 (139)

Październik 2016 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,
666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Grażyna Wojtkiewicz

Korekta

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

 Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa 

Nakład: 900 egzemplarzy

Miesięcznik dofinansowuje

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści:

Czas na świętowanie

Mirosław Jurek

Złote dziewczyny

Andrzej Szymański

Chłopak z Grochowa

Andrzej Szymański

Niemiecki sprawdzian warcabistów

Leszek Stefanek

„Krok naprzód” w kręglach   

Wojciech Puchacz

Wiadomości

Mozaika Lwowa 

Ewa Górska

Więcej tlenu 

BWO

Rozciąganie mięśni lub kształtowanie gibkości

Krzysztof Koc

Gramy w szachy

Ryszard Bernard

Gramy w warcaby

Damian Jakubik

Nie tylko we Lwowie... 

Barbara Zarzecka 

 

aaa

 

igrzyska paraolimpijskie

 

Czas na świętowanie

W XV Igrzyskach Paraolimpijskich w Rio de Janeiro przedstawiciele ZKF „Olimp” zdobyli jeden złoty i dwa srebrne medale w kolarstwie szosowym. Tandem Iwona Podkościelna i Aleksandra Tecław zwyciężył w wyścigu ze startu wspólnego, a Anna Harkowska dwukrotnie zajęła drugie miejsce – w wyścigu na czas i ze startu wspólnego.

Nasze zawodniczki wniosły znaczący wkład w wielki sukces polskiej reprezentacji, która z dorobkiem 39 medali zajęła 10. miejsce w klasyfikacji państw. W igrzyskach wzięło udział 4333 sportowców ze 159 krajów, rywalizujących w 22 dyscyplinach sportu i w 528 konkurencjach. Liczby te obrazują skalę imprezy i wymiar sukcesu polskich paraolimpijczyków. Wydaje się, że ranga tego wydarzenia wreszcie dotarła do świadomości opinii publicznej w naszym kraju. Igrzyska były relacjonowane w mediach, budziły duże zainteresowanie i zyskały pozytywny odbiór społeczny. Sukcesy polskiej reprezentacji doceniły najwyższe władze państwowe – po powrocie bohaterowie z Rio zostali uhonorowani przez premier Beatę Szydło i odznaczeni przez prezydenta Andrzeja Dudę, a minister sportu i turystyki Witold Bańka podjął korzystne dla nich decyzje w sprawie nagród pieniężnych za zdobyte medale. Fakty te potwierdzają wzrost prestiżu ruchu paraolimpijskiego w Polsce, co może być źródłem satysfakcji dla wszystkich identyfikujących się ze środowiskiem sportu osób niepełnosprawnych.

Igrzyska paraolimpijskie w Rio de Janeiro przeszły do historii. Według IPC (Międzynarodowy Komitet Paraolimpijski) zakończyły się sukcesem sportowym oraz organizacyjnym – i takiej oceny się trzymajmy. Bez wątpienia była to impreza wyjątkowa i niepowtarzalna, tak jak wyjątkowe jest miejsce, w którym się odbyła. O Rio de Janeiro, cudownie położonym wśród malowniczych wzgórz nad Zatoką Guanabara, mówi się a cidade maravilhosa (wspaniałe miasto), pomimo że ma ono swoje ciemne oblicze. Piękne krajobrazy, bogate dzielnice willowe, nowoczesne budowle, wielopasmowe ulice sąsiadują z dzielnicami nędzy i przestępczości – fawelami. Miejscem, gdzie kontrasty są najmniej widoczne, pozostają plaże – do słońca i zabawy równe prawo ma każdy carioca, czyli mieszkaniec Rio, i chętnie z tego przywileju korzysta.

Atmosfera miasta oddziaływała na wizerunek oraz przebieg igrzysk i zapewne pozostawi ślad w pamięci ich uczestników. Z charakterem Rio i carioca korespondowały również ceremonie otwarcia i zamknięcia imprezy, pełne feerii barw, muzyki, śpiewu, tańca oraz momentów wzruszeń. Do miary symbolu urasta zdarzenie, gdy poruszająca się o kuli Marcia Malsar niosąca znicz olimpijski przewróciła się na płycie Maracany, po czym podniosła się i przy aplauzie 80 tys. widzów dzielnie dokończyła swoje zadanie. Jednak najsilniejsze uczucia budziły zmagania na arenach sportowych i one kreowały prawdziwy obraz paraolimpiady w Rio. Emocje startowe już opadły i nadszedł czas pierwszych ocen i podsumowań. Zawodnicy reprezentujący ZKF „Olimp” święcili w Brazylii triumfy, lecz doznali też goryczy porażki. Ich starty obrazuje poniższe zestawienie.

Anna Harkowska: wyścig torowy na 500 m – 13. miejsce, wyścig torowy na 3 km – 4. miejsce, wyścig szosowy na czas – 2. miejsce, wyścig szosowy ze startu wspólnego – 2. miejsce.

Iwona Podkościelna i Aleksandra Tecław: wyścig torowy na 1 km – 9. miejsce, wyścig torowy na 3 km – 8. miejsce, wyścig szosowy na czas – 5. miejsce, wyścig szosowy ze startu wspólnego – 1. miejsce.

Anna Duzikowska i Natalia Morytko: wyścig torowy na 1 km – 11. miejsce, wyścig torowy na 3 km – 12. miejsce, wyścig szosowy na czas – 14. miejsce, wyścig szosowy ze startu wspólnego – 13. miejsce.

Przemysław Wegner i Artur Korc: wyścig torowy na 4 km – 10. miejsce, wyścig szosowy na czas – 5. miejsce, wyścig szosowy ze startu wspólnego – 7. miejsce.

Marcin Polak i Michał Ładosz: wyścig torowy na 4 km – 11. miejsce, wyścig szosowy na czas – 11. miejsce, wyścig szosowy ze startu wspólnego – nie ukończyli.

Jak widać, nie było łatwo osiągać sukcesy i tym większe brawa należą się naszym medalistkom. Po niepowodzeniach zmobilizowały się i pokazały pełnię swoich możliwości. Iwona Podkościelna i Aleksandra Tecław znakomicie wywiązały się z roli faworytek i, wygrywając w pięknym stylu wyścig ze startu wspólnego, potwierdziły, że w górskim terenie są najlepsze na świecie. Anna Harkowska nie zdołała pokonać odwiecznej rywalki Sarah Storey, lecz wykazała swoją wyższość nad wszystkimi pozostałymi konkurentkami. Docenić trzeba również dobry występ tandemu Przemysław Wegner – Artur Korc, który potwierdził swoją przynależność do światowej czołówki, zajmując punktowane miejsca w konkurencjach szosowych. Anna Duzikowska i Natalia Morytko walczyły dzielnie, lecz nie zdołały pokonać silniejszych rywalek. Prawdziwy dramat przeżyli Marcin Polak i Michał Ładosz, którzy przed igrzyskami byli zaliczani do grona faworytów. Michał doznał kontuzji, która pozbawiła nasz najlepszy tandem szans na dobre rezultaty. Ich start okazał się możliwy tylko dzięki ogromnej ambicji i woli walki zawodników, a także pracy lekarzy oraz fizjoterapeutów. Dorobek medalowy polskich kolarzy powiększył Rafał Wilk, który wygrał jazdę na czas i zdobył 2. miejsce w wyścigu ze startu wspólnego w klasie handcycling. Polska reprezentacja kolarska zajęła 8. miejsce w klasyfikacji medalowej (tor i szosa łącznie) w gronie 23 sklasyfikowanych krajów spośród 45 startujących. Przed nami znalazły się tylko kolarskie potęgi: Wielka Brytania, Niemcy, Holandia, Włochy, USA, Australia i Chiny. Wszystkie wymienione zespoły dysponowały liczniejszymi składami, reprezentującymi więcej klas niepełnosprawności, co przekładało się na większe szanse medalowe. Polska drużyna okazała się bardzo skuteczna, choć nie wszyscy zawodnicy spełnili pokładane w nich nadzieje. Igrzyska w Rio potwierdziły, że rozwój kolarstwa w innych krajach wciąż postępuje. Pojawiają się nowe talenty, wzrasta poziom dyscypliny i osiąganie sukcesów w rywalizacji międzynarodowej jest coraz trudniejsze. Fakty te powodują, że awans do światowej czołówki lub utrzymanie się w niej wymagają od zawodników ciągłego rozwoju, a od sztabów szkoleniowych doskonalenia metod i warunków pracy. Sportowcom potrzebna jest systematyczna opieka medyczna i fizjoterapeutyczna oraz wysokiej jakości sprzęt. Wszyscy zawodnicy kolarskiej drużyny paraolimpijskiej z Rio są w stanie podnieść indywidualny poziom sportowy, jednak pod warunkiem pełnego zaangażowania w dalszy rozwój swoich karier. Niezależnie od tego reprezentacja wymaga szybkiego uzupełnienia młodszymi zawodnikami, dla których celem powinny być kolejne paraolimpiady. Obecny system szkolenia, którego elementami są: praca w klubach, zgrupowania i konsultacje centralne oraz stosunkowo bogaty kalendarz startów krajowych i zagranicznych, nie wymaga rewolucyjnych zmian, lecz ciągłego doskonalenia. Poprawy wymaga szkolenie torowe, ponieważ w tej specjalności poziom światowy rośnie najszybciej i zaczynamy odstawać od czołówki. Jednym z najważniejszych warunków dalszego rozwoju kolarstwa jest stabilny oraz długofalowy system finansowania z budżetu państwa, który umożliwi planową i systematyczną pracę szkoleniową, ukierunkowaną co najmniej na igrzyska paraolimpijskie w Tokio w 2020 roku.

Polscy medaliści paraolimpiady Rio 2016

Medale złote

Ewa Durska – pchnięcie kulą
(rekord świata)

Maciej Lepiato – skok wzwyż

Barbara Niewiedział – bieg na 1500 m

Natalia Partyka – tenis stołowy

Natalia Partyka, Karolina Pęk, Katarzyna Marszał – tenis stołowy

Iwona Podkościelna – Aleksandra Tecław – kolarstwo szosowe

Maciej Sochal – rzut maczugą

Jakub Tokarz – kajakarstwo

Rafał Wilk – kolarstwo szosowe

Medale srebrne

Patryk Chojnowski – tenis stołowy

Rafał Czuper – tenis stołowy

Michał Derus – bieg na 100 m

Alicja Fiodorow – bieg na 100 m

Alicja Fiodorow – bieg na 200 m

Anna Harkowska – kolarstwo szosowe

Anna Harkowska – kolarstwo szosowe – start wspólny

Robert Jachimowicz – rzut dyskiem

Lucyna Kornobys – pchnięcie kulą

Karolina Kucharczyk – skok w dal

Wojciech Makowski – pływanie

Daniel Pek – bieg na 1500 m

Dariusz Pender, Michał Nalewajek, Jacek Gaworski – szermierka

Janusz Rokicki – pchnięcie kulą

Krystyna Siemieniecka – tenis stołowy

Bartosz Tyszkowski – pchnięcie kulą

Rafał Wilk – kolarstwo szosowe

Marzena Zięba – podnoszenie ciężarów

Medale brązowe

Adrian Castro – szabla

Piotr Grudzień – tenis stołowy

Oliwia Jabłońska – pływanie 100 m
– start motylkowym

Kamila Kubas – kajakarstwo

Michał Nalewajek, Dariusz Pender, Kamil Rząsa – szermierka

Barbara Niewiedział – bieg na 400 m

Milena Olszewska – łucznictwo

Karolina Pęk – tenis stołowy

Katarzyna Piekart – rzut oszczepem

Marcin Skrzynecki, Patryk Chojnowski
i Piotr Grudzień – tenis stołowy

Lech Stoltman – pchnięcie kulą

Anna Trener-Wierciak – skok w dal

Patryk Chojnowski – tenis stołowy 

Mirosław Jurek

 

aaa

 

kolarstwo

 

Złote dziewczyny

Jako para mają 58 lat. Zdobyły złoty medal w wyścigu ze startu wspólnego na paraolimpiadzie w Rio de Janeiro. Pisałem o tym interesującym tandemie kilka lat temu, wtedy nie przypuszczałem, że tak szybko osiągną taki sukces!

28-letnia Iwona Podkościelna z podlubelskiej Bychawy jest absolwentką Wydziału Pedagogiki i Psychologii UMCS na kierunku pedagogika specjalna. Wcześniej chodziła do szkoły dla słabowidzących w Lublinie. 30-letnia Aleksandra Tecław (poznałem ją jako panienkę o ładnym nazwisku Wnuczek) pochodzi z Grodziska Mazowieckiego. Mając 12 lat, zaczęła się ścigać w miejscowym klubie UKS Jaguar Opty Mazowsze Grodzisk Mazowiecki. W roku 2008 zakończyła sportową karierę. Studiowała już wtedy w Lublinie architekturę krajobrazu otwartego na Uniwersytecie Przyrodniczym. Założyła firmę i zaczęła zarabiać. Iwonę poznała przez kolegę.

Tandemowa kariera dziewczyn

W roku 2010 prezes lubelskiego „Hetmana” Andrzej Góźdź wymyślił ten tandem. Kombinował: Iwona dobra, ale dotychczasowa przewodniczka nie za bardzo, a Ola to doświadczona kolarka i być może panienki dogadają się jako tandem. I udało się. Na Pucharze Europy zajęły drugie miejsce za mistrzyniami paraolimpijskimi z Pekinu. Skromna tam była obsada, bo pojechały tylko cztery ekipy.

Ola: – To był dla nas wtedy kop w siodełko! I decyzja: jeździmy razem. Od 2011 roku, po wygranej imprezie w Lublinie, zaczęłyśmy wspólnie trenować.

Iwona: – Aleksandra to bardzo dobry przewodnik, doświadczony i odpowiedzialny. Mam do niej zaufanie. Nie boję się z nią pokonywać karkołomnych zjazdów. Sześć lat wspólnej jazdy bez wypadku, to o czymś świadczy!

Ola: – Jasne, że na pilocie spoczywa pełna odpowiedzialność. Razem trenujemy, trzeba zgrać się, by wyeliminować błędy techniczne. Musimy mieć do siebie pełne zaufanie. Jeżeli Iwona na zakręcie przestraszy się i wykona niewłaściwy manewr, np. kierownicą, to obie leżymy na asfalcie.

Od września 2014 roku prywatnym trenerem dziewczyn jest Kamil Kuczyński. To kolega Oli z Płocka. Znają się „od maleńkości”. Kamil jest uznanym sprinterem torowym. Podczas swojej kariery zrobił papiery trenerskie i zgodził się na poprowadzenie tandemu. Rozpisuje pracę treningową, jest w kontakcie telefonicznym i mailowym, koordynuje całą pracę. Podczas wyjazdów na kadrowe zgrupowania i wyścigi dziewczynami opiekuje się trener kadry Mirosław Jurek. Na przełomie lipca i sierpnia 2015 duet Podkościelna – Tecław (Tecław od września 2015) zdobywa w Szwajcarii dwa złote medale: ze startu wspólnego i w jeździe indywidualnej na czas. 

Przygotowania do Rio…

…zaczęły się w listopadzie 2015 roku. Ola wzięła w firmie urlop. Iwona nie musiała, bo nie pracowała w wyuczonym zawodzie. I zaczęła się katorga treningowa.
– W bezpośrednim przygotowaniu do igrzysk spędziłyśmy ze sobą 300 dni – mówi pilotka. – Z mężem spotykałam się rzadko. Na szczęście jest to człowiek wyrozumiały, był kolarzem wyczynowym i wie, ile trzeba włożyć wysiłku, by coś osiągnąć. Wspierał nas na każdym kroku. Częściowo trenowały oddzielnie. Ola w Bydgoszczy, a raczej po jej okolicznych lasach jeździła na góralu, często po kilka godzin dziennie, Iwona czasem z kolegami z klubu „Hetman”, a czasem na trenażerze. Ale też jeździły wspólnie. Z racji dzielącej je odległości (500 km) musiały do siebie dojeżdżać. Raz Iwona do Bydgoszczy, innym razem Ola do Bychawy. W sumie podczas przygotowań przejechały około 20 tysięcy kilometrów. To więcej niż przeciętny kierowca pokonuje w ciągu roku swym autkiem. Na obozie przygotowawczym w Zieleńcu, w Sudetach, w ciągu 22 dni pokonały niespełna 2 tysiące kilometrów. A to drogi górskie, o niezłym nachyleniu…

Przed paraolimpiadą trener motywował dziewczyny, mówiąc: „Jedziecie do Brazylii po złoto ze startu wspólnego – w tym jesteście najlepsze. Tor potraktujcie jako przygotowanie do szosy. Na torze jesteście słabsze, chociaż może się zdarzyć cud”. Nie zdarzył się. Dziewczyny poprawiły swoje rekordy życiowe, ale nie wystarczyło to na zajęcie pozycji medalowej.  

Brazylijska samba

Ekipa, która wywalczyła na drugiej półkuli 39 medali, w tym 9 złotych, stanowiła zgraną grupę. Wspierali się i dopingowali. W pokoju dziewczyn omawiali porażki i cieszyli się ze zwycięstw. Organizacja była OK, ale podobno w niektórych pokojach biegały szczury, podłogi pokryto folią, jakby sportowcy niepełnosprawni mieli je zniszczyć. Na każdym kroku, w wiosce i poza nią – wojsko i policja. Wiadomo, ten świat nie jest już spokojny jak dawniej. Nasze panie start na szosie miały po ponad dwóch tygodniach pobytu. Zaaklimatyzowały się, nie było kłopotów ze spaniem, zmęczeniem, poceniem się. Świetnie przygotowała je do startu fizjoterapeutka Magdalena Ignasiak. Od początku roku pracowała nad zakwaszonymi mięśniami, zajmowała się kręgosłupami, rekami, nogami, wszystkim, co boli…

Start. Siedemnaście ekip. Czekają na 90-kilometrowy etap. Godzina opóźnienia. Wyścig skrócony o 15-kilometrową rundę. Główne rywalki to Nowozelandki, Hiszpanki i Irlandki. Liczyły się też Brytyjki (miały złoto na torze na 3 km i brąz na czas), ale nie wytrzymały tempa. Kilka tandemów nie dawało rady na tych stromiznach podjeżdżać, niektóre musiały prowadzić swój rower. Podczas rozmowy ze mną Iwona i Ola wspominają ten wyścig, jakby odbywał się wczoraj. – Kilka ostrych podjazdów, o stromiźnie nawet 25 proc., i zjazdów z niebezpiecznymi zakrętami, serpentynami i nawrotami. W decydującym momencie wyścigu na podjeździe zyskałyśmy 10 sekund przewagi nad rywalkami, na zjeździe dołożyłyśmy kolejne 20 sekund. Pędziłyśmy z góry ponad 92 km na godzinę! – wspominają podekscytowane. – Tylko dwa razy hamowałyśmy. Goniły nas Irlandki. One zameldowały się na mecie minutę za nami. Mamy z nimi doskonałe relacje, są życzliwe i bardzo się lubimy – przyznają. Naszym paniom medal złoty wręczono na mecie i cały świat usłyszał „Mazurka Dąbrowskiego”. Przebił sambę, przynajmniej na chwilę dekoracji.

I co dalej? Na razie okres roztrenowania. Media, wywiady w radiu, telewizji. 26 września medalistów z Rio na Stadionie Narodowym w Warszawie przyjęła premier Beata Szydło, następnie 5 października odbyło się spotkanie z prezydentem Andrzejem Dudą. Od listopada Ola z Iwoną wrócą do regularnych treningów. W 2017 mistrzostwa świata odbędą się w Republice Południowej Afryki na bardzo trudnej technicznie i wymagającej trasie. Ale one mówią: „Im ciężej, tym dla nas lepiej. Nie oddamy tęczowej koszulki bez walki”. Mają stypendia sportowe, mają nagrody za złoto, więc chcą raz jeszcze stanąć na najwyższym podium. Życzymy im tego.

Andrzej Szymański

 

aaa

 

kolarstwo

 

Chłopak z Grochowa

Rozmowa z Mirosławem Jurkiem, trenerem kolarstwa

– Ile Miruś miał lat, kiedy samodzielnie pojechał na rowerku?

– Nie pamiętam, ale to  było na podwórku, gdzie dzieciaki spędzały każdą wolną chwilę. Najwięcej czasu poświęcaliśmy na sport i ambicją każdego chłopaka było być jak najlepszym. Ja podobno przejawiałem talent do sportu, więc dużo podwórkowych dyscyplin szybko opanowałem.

 – Gdzie było to podwórko?

– Na Osiedlu Młodych na warszawskim Grochowie, przy ul. Szklanych Domów.

 – A jaki to był rowerek?

– Zwykły, dziecinny, pamiętam, że czerwony. Miałem go wspólnie ze starszym bratem. W tamtych 60. latach sprzęt sportowy, tak jak i inne dobra, nie był ogólnie dostępny, ale ludzie potrafili się wszystkim dzielić. Właścicielami skórzanej piłki nożnej było tylko kilku kolegów. Jak jedną wykończyliśmy, do gry wchodziła kolejna.

– Wróćmy do roweru.

– Okazał się on moją największą pasją od początku lat 70. Zresztą wtedy kolarstwo było modne. Ścigali się i wygrywali tacy zawodnicy, jak Szurkowski, Szozda, Mytnik… W Warszawie organizowano wyścigi dla niestowarzyszonych, w których odnosiłem sukcesy. W mojej dzielnicy, na Grochowie, powstał właśnie tor kolarski „Nowe Dynasy” przy klubie sportowym „Orzeł”, do którego się zapisałem. To był rok 1972. Miałem 14 lat.

– Wsiąkł Pan, albo inaczej – „przyspawał się” do siodełka.

– Tak. Kolarstwo zawsze było dla mnie połączeniem pasji i obowiązku. Kochałem sport za romantyzm i emocje, ale jednocześnie byłem racjonalny i sumienny aż do przesady. Czynnym zawodnikiem byłem długo – karierę, którą rozpocząłem jako młodzik, zakończyłem jako senior w połowie lat 80. Wielkim kolarzem nie zostałem, ale trochę sukcesów odniosłem.

– Jakich?

– Rozpocząłem w dużym stylu – w 1974 roku wygrałem kilkuetapowy Mały Wyścig Pokoju. To była taka licząca się impreza  pod patronatem „Ekspressu Wieczornego”, bardzo popularnej popołudniówki ukazującej się przez pół wieku w Warszawie. Moje nazwisko wybijało się na kolumnie sportowej dużą czerwoną czcionką. Dzięki prasie stałem się sławny w mojej okolicy, dla nastoletniego chłopaka to duża nobilitacja. Jednak sodówka nie uderzyła mi do głowy. Byłem czołowym w Polsce młodzikiem, a potem juniorem, jako członek kadry narodowej startowałem w torowych mistrzostwach świata w belgijskim Liège, jednak bez medalu. W seniorach było już gorzej, ale wygrałem sporo prestiżowych zawodów. Zdecydowanie lepiej wiodło mi się na torze niż na szosie.

– Na jakim sprzęcie wtedy się ścigaliście?

– Klub „Orzeł” nie był potentatem finansowym i zawsze był kłopot ze sprzętem. Nie jeździliśmy na „rarytasach”. Zresztą w tamtej Polsce było siermiężnie – brakowało prawie wszystkiego. Jednak nasz klub miał znakomitą infrastrukturę – tor kolarski, stadion lekkoatletyczny z boiskiem piłkarskim, korty tenisowe, halę sportową, siłownię, saunę i gabinet odnowy biologicznej, ambulatorium lekarskie, hotel, restaurację. Szkoda, że brakowało pieniędzy, aby wykorzystać ten potencjał.

– Rozumiem, że ściganie ściganiem, ale nie zaniedbał pan nauki?

– Po maturze zająłem się zawodowo kolarstwem – miałem etat w fabryce, a w czasach Solidarności państwowe stypendium sportowe. Potem studiowałem równolegle na warszawskiej i wrocławskiej AWF. Zrobiłem specjalizacje nauczyciela i trenera kolarstwa.

– A jak do Pana trafili niepełnosprawni wzrokowo kolarze?

– Po pożegnaniu się z wyczynowym kolarstwem zacząłem pracę nauczyciela WF-u w Szkole Podstawowej nr 138 w Warszawie i równocześnie w macierzystym klubie prowadziłem treningi z młodymi zawodnikami. Tam w 1998 roku odnalazł mnie mój sąsiad z Grochowa Heniek Groszkowski. I wystartowałem z nim po raz pierwszy na tandemie na MP w Lublinie. Zdobyliśmy tam srebrny medal w wyścigu na czas. To był mój inauguracyjny występ ze słabowidzącym kolarzem. „Groszek” nie był zwykłym zawodnikiem, lecz zwariowanym wizjonerem, który chciał stworzyć potęgę polskich tandemów. Dzięki niemu jako trener nawiązałem współpracę ze Stowarzyszeniem „Cross” i zaczęliśmy to dzieło. Wtedy, na przełomie wieków, kolarstwo bardzo prężnie rozwijało się w crossowskich klubach w całej Polsce.  Zbieraliśmy się  na obozach  centralnych i szykowaliśmy się do wyczynowego ścigania.

– Czyli zaczął Pan pracę u podstaw?

– Pełniłem wiele ról. Na początku jeździłem nawet jako pilot tandemu na treningach i niektórych zawodach. W nowym środowisku starałem się wprowadzić zasady obowiązujące w sporcie wyczynowym, z którego się wywodziłem. Musiałem się wielu rzeczy uczyć, szczególnie sztuki kompromisu. W ciągu następnych kilku lat do kadry trafiali ludzie z coraz wyższą klasą sportową i umiejętnościami. Zarówno zawodnicy, jak i piloci. Nawiązaliśmy współpracę z wybitnym lekarzem sportowym
 dr. Lasławem Musurem. Rósł nasz poziom sportowy i organizacyjny, a moja rola zmieniała się, ewoluując w stronę trenera, koordynatora i menadżera. 

– Co się zmieniło w ciągu 15 lat pracy ze słabowidzącymi i niewidomymi kolarzami?

– Kiedyś byliśmy w „Crossie”, teraz jesteśmy w „Olimpie”. Przybyło sukcesów, zwiększył się budżet na sprzęt, na przygotowania do startów, na zawody, czołowi zawodnicy objęci są systemem stypendialnym, a medaliści paraolimpijscy mają zagwarantowane dodatki emerytalne. Kiedyś tylko najlepszy tandem dostawał nowy sprzęt, po roku dostawał go drugi w kolejności i tak dalej. Na zagranicznych zawodach spaliśmy na piętrowych łóżkach w wieloosobowych salach, a dzisiaj standardem jest pokój dwuosobowy z łazienką, tv i wi-fi. Na wiosennych zgrupowaniach hartowaliśmy się w polskich górach, a obecnie wyjeżdżamy do ciepłych krajów. Dawniej zawodnicy byli amatorami, a dzisiaj najlepsi są zawodowcami utrzymującymi się z kolarstwa. Na początku czuliśmy się w międzynarodowym gronie jak ubodzy krewni, a teraz zaliczamy się do grona potentatów.

– Pierwszy znaczący sukces naszych kolarzy?

– W 2003 roku tandem Krzysztof Kosikowski i Robert Płotkowiak zdobył srebro na ME w Czechach.  W 2005  Krzysiek z nowym pilotem Arturem Korcem wygrali ME w Holandii, a w dwóch kolejnych latach zostali mistrzami świata. W dorobku tych zawodników jest też brązowy medal igrzysk w Pekinie i srebro w Londynie. Pekin to także, a raczej przede wszystkim złoty medal tandemu Andrzej Zając – Dariusz Flak. Mistrzami świata byli też Przemysław Wegner z Arkadiuszem Garczarkiem (2009 rok), Marcin Polak z Michałem Ładoszem (2013 i 2015) oraz Iwona Podkościelna z Aleksandrą Wnuczek, obecnie Tecław (2013 i 2015). Pasmo sukcesów trwa do dziś.

– W Rio żeński tandem Iwonka Podkościelna i Ola Tecław zdobył złoto (jedno z 9 złotych trofeów naszych niepełnosprawnych sportowców). Były faworytkami?

– Były faworytkami w szosowym wyścigu ze startu wspólnego rozgrywanym na górzystej trasie, ponieważ w takim terenie są najlepsze na świecie. W 2013 wywalczyły tytuł mistrzowski na trudnej trasie w Kanadzie, a w 2015 roku na MŚ w górzystej Szwajcarii zdobyły dwa złote medale – w wyścigu na czas i ze startu wspólnego. W Rio w gronie faworytów był też męski tandem Marcin Polak i Michał Ładosz, który niestety przeżył sportowy dramat. Michał nabawił się kontuzji kręgosłupa i to był koniec ich medalowych marzeń.  Dobrze zaprezentowali się Przemek Wegner i Artur Korc, zajmując 5. pozycję w wyścigu na czas i 7. ze startu wspólnego, lecz czuli się zawiedzeni brakiem medalu.  Dorobek medalowy zawodników „Olimpu” tradycyjnie powiększyła Anna Harkowska, która zdobyła dwa srebra w konkurencjach szosowych.

– Jaka jest pozycja naszego kolarstwa na świecie?

– W tabeli medalowej  igrzysk w Rio polska reprezentacja (zawodnicy reprezentujący ZKF „Olimp” i PZSN „Start”) zajęła 8. miejsce w klasyfikacji medalowej w gronie 23 sklasyfikowanych krajów spośród 45 startujących. Przed nami znalazły się: Wielka Brytania, Niemcy, Holandia, Włochy, USA, Australia i Chiny. Jesteśmy więc w ekstraklasie, a przed nami potęgi. To duży sukces osiągnięty stosunkowo małą liczbą zawodników.

– Co dalej? Za rok mistrzostwa świata, za cztery paraolimpiada w Tokio…

– Mamy utytułowanych kolarzy, którzy mają szanse na kontynuowanie swoich sukcesów pod warunkiem, że będą chcieli to robić. Niezależnie od tego kadra wymaga  odmłodzenia. To trudny problem, bo młodzież nie garnie się do sportu, jednak trzeba będzie się z nim zmierzyć i go rozwiązać. Sport paraolimpijski się profesjonalizuje. Liczą się wyniki i medale. Wszystko przeliczane jest na pieniądze i coraz więcej od nich zależy.

– Ma Pan jakieś hobby poza kolarstwem?

– Mam na to niewiele czasu. Jednak czas emerytury zbliża się nieuchronnie. Ze sztuk najbliższy jest mi film, poza tym uwielbiam kontakt z przyrodą. Może zostanę działkowiczem?

– Dziękuje za rozmowę. 

Andrzej Szymański

 

aaa

 

warcaby

 

Niemiecki sprawdzian warcabistów

Zaledwie tydzień po zakończonym w Karpaczu turnieju z cyklu Pucharu Świata kadra warcabowa Stowarzyszenia „Cross” stanęła przed kolejną poważną konfrontacją z silnymi warcabistami pełnosprawnymi.

Tym razem udaliśmy się do niemieckiego Korbach, gdzie odbywały się XV Mistrzostwa Europy Weteranów w Warcabach Stupolowych. Dotychczas w tej imprezie rzadko startowali Polacy, a jeżeli już, to w skromnej obsadzie. Jako czołówka polskich graczy słabowidzących spełniamy kryteria wiekowe określone regulaminem mistrzostw (więcej niż 50 lat), toteż mogliśmy mierzyć swe siły z rówieśnikami z innych krajów europejskich. Cieszy fakt, że w tym roku umożliwiono nam starty w turniejach open, gdzie poziom gry jest znacznie wyższy niż w naszym środowisku.

Na początku września w Karpaczu w Pucharze Świata zaprezentowała się czwórka zawodników „Crossu”: Ryszard Suder, Zenon Sitarz, Edward Twardy i Leszek Stefanek. Teraz na ME do Korbach wyjechaliśmy w sześcioosobowym składzie. Trójkę z Karpacza (nie pojechał Ryszard Suder) uzupełniło trio białostockiej „Victorii”: Ewa Wieczorek, Mikołaj Fiedoruk i Józef Tołwiński. Kierownikiem ekipy był Wacław Morgiewicz.

Niemiecką przygodę rozpoczęliśmy 17 września. Miejscem zbiórki był ośrodek Wielspin w Wągrowcu, gdzie spędziliśmy noc. Następnego dnia rano wynajętym busem udaliśmy się do Niemiec. Na pokład zabraliśmy też głównego sędziego mistrzostw Leszka Łysakowskiego. Po ośmiu godzinach byliśmy u celu – w hotelu Touric położonym blisko centrum miasta, w odległości około kilometra od miejsca rozgrywek. Hotel sprawił na nas dobre wrażenie: standard wysoki, ceny, jak na polskie warunki – też. Do dyspozycji mieliśmy bezpłatnie, od rana do wieczora, hotelowy basen. Niemiłym zaskoczeniem była natomiast sprawa posiłków. Wiedzieliśmy, że przewidziane są tylko dwa dziennie – śniadanie i kolacja. Tuż po przyjeździe dowiedzieliśmy się, że kolacje, owszem, będą, ale... oprócz niedziel i wtorków. Piszę o tym głównie dlatego, by uzmysłowić Czytelnikom, że często nie doceniają warunków, z jakimi spotykają się na turniejach w Polsce. Za granicą, a zwłaszcza na zachodzie Europy organizatorzy nie troszczą się tak o zawodników. Zabezpieczają jedynie salę do gry, ewentualnie jeszcze noclegi, a o resztę, w tym wyżywienie, uczestnicy martwią się sami. W Korbach do dyspozycji zawodników były napoje, kawa, herbata, ciastka i kanapki. Cóż z tego, skoro tylko woda była bezpłatna. Za pozostałe wiktuały trzeba było płacić. Herbata kosztowała pół euro, kanapka – 1 euro. Ale dość już tych utyskiwań. W końcu nie przyjechaliśmy do Niemiec jeść i wypoczywać, tylko reprezentować Polskę, grając w warcaby.

W pierwszym dniu po przyjeździe, w poniedziałek 19 września, rozegrany został turniej gry szybkiej (rapid). Tempo gry wynosiło 15 minut plus 5 sekund na ruch. Z naszej ekipy na start zdecydowało się dwóch zawodników – Leszek Stefanek i Edward Twardy. Oprócz nich Polskę reprezentował jeszcze pełnosprawny warcabista „Hetmana” Lublin Józef Bajdak, który nie należy do kadry narodowej. Turniej był dobrą okazją do rozgrzewki przed głównymi zawodami i poznania przyszłych konkurentów. Do faworytów nie należeliśmy, ale wstydu nie było. W stawce 42 zawodników Bajdak był 23., Stefanek – 24. (obaj zdobyli po 9 p. w 9 partiach), a Twardy – 38. (6 p.).

Następnego dnia, we wtorek 20 września przed południem, odbył się turniej gry błyskawicznej (5 minut na partię plus 2 sekundy na ruch). W tej konkurencji crossowcy nie startowali. Z Polaków wystąpił tylko Józef Bajdak i, ku ogólnemu zaskoczeniu, zajął wysokie 5. miejsce na 37 zawodników, a w kategorii powyżej lat 60 zdobył brązowy medal. Osiągnięcie godne podkreślenia. Józek startował w Korbach na własny koszt.

We wtorek po południu rozpoczął się turniej główny. Miał on w tym roku rekordową obsadę. Wystartowało 70 zawodników z 13 krajów, w tym 8 kobiet. Najliczniejszą ekipę stanowili Holendrzy – aż 29 osób. Graliśmy 9 rund systemem szwajcarskim. Tempo gry wynosiło, jak na większości poważnych turniejów międzynarodowych, 80 minut plus 1 minuta na ruch. Wszyscy zawodnicy grali razem, w jednym turnieju, ale prowadzona była oddzielna klasyfikacja: dla kobiet i dla zawodników powyżej 50, 60 i 70 lat. Tylko w tej ostatniej kategorii nie byliśmy reprezentowani. Mieliśmy dalekie numery startowe, co wynikało z niskich rankingów, i nie byliśmy faworytami. Grało kilkunastu zawodników z tytułami Międzynarodowej Federacji Warcabowej (FMJD) i oni nadawali ton rywalizacji. Kadra „Crossu” przyjechała wprawdzie do Korbach po naukę, ale nie zamierzaliśmy tanio sprzedawać skóry i chcieliśmy trochę utrudnić życie wymagającym nauczycielom.

Już w pierwszej rundzie zaliczyliśmy zdobycze punktowe. Remisami zakończyli swe pojedynki: Ewa Wieczorek (z Włochem Francesco Militello), Leszek Stefanek (z Litwinem Virgiljusem Zutautasem) i Józef Tołwiński (z Francuzem Gabrielem Estebe). Pozostali nie dali rady wyżej notowanym przeciwnikom. W środę odbyły się dwie rundy. Rano zanotowaliśmy pięć remisów. Przegrał tylko Edward Twardy. Stefanek cudem uratował remis z silnym Henkiem Grotenhuisem. Holender w końcówce popełnił kilka błędów i ostatecznie po 4,5 godziny gry wypuścił wygraną. Zmęczenie tą partią sprawiło, że nasz zawodnik po krótkiej przerwie przystąpił do kolejnego pojedynku lekko zdekoncentrowany. Uległ swemu dawnemu rywalowi, obecnie reprezentantowi Niemiec Janowi Ziółtkowskiemu, zresztą mieszkańcowi Korbach i głównemu organizatorowi mistrzostw. Partia zakończyła się po kilkunastu minutach, gdy jeszcze nie wszyscy zdążyli wygodnie usiąść przy stolikach. Porażka w debiucie zdarzyła się Stefankowi po raz pierwszy od 14 lat! Tego dnia po dwa remisy zaliczyli Tołwiński, Sitarz, Fiedoruk i Wieczorek. Z czystym kontem pozostawał Twardy, umacniając się na pozycji czerwonej latarni.

W jedynej czwartkowej rundzie po kolejnym punkcie dopisali sobie Sitarz, Fiedoruk i Wieczorek. Stefanek poniósł drugą z rzędu porażkę, tym razem z niżej notowanym Holendrem Wimem Benninkiem, mimo wyraźnej przewagi pozycyjnej w końcówce 8 na 8.

W piątek po raz ostatni odbyły się dwie rundy. Dzień był dla nas bardzo udany, przyniósł liczne zdobycze punktowe. Przed południem pierwsze zwycięstwo wśród crossowców odniósł Stefanek (z Holendrem Leo Mousem). W tej rundzie przegrał tylko Sitarz. Ewa Wieczorek po kolejnym remisie (z Janisem Mutulisem) pozostawała bez porażki i niespodziewanie objęła prowadzenie w klasyfikacji kobiet! W rundzie popołudniowej odnieśliśmy aż trzy zwycięstwa (Sitarz, Fiedoruk i Twardy), a w derbowym pojedynku Stefanek podzielił się punktami z Tołwińskim. Szkoda tylko, że Ewie Wieczorek nie udało się wybronić partii z Holendrem Janem Terpstrą, mimo że były na to duże szanse.

W sobotę zwycięstwo odniósł tylko Stefanek (w derbach z Sitarzem), po czym wraz z Twardym udali się pociągiem na wycieczkę do pobliskiego Willingen, kurortu ze słynną skocznią narciarską Müllenkopfschanze, na której przed laty rekordy bił Adam Małysz.

Willingen robiło duże wrażenie. Ta pięknie położona w otoczeniu gór miejscowość uzdrowiskowa przypomina nieco nasz Karpacz. Skocznia położona jest ok. 3 km od dworca kolejowego, stanowiła więc dla nas łatwy cel. Przy pięknej, słonecznej pogodzie wdrapaliśmy się na sam jej szczyt. Skoków, niestety, nie oddaliśmy z prozaicznego powodu: zapomnieliśmy nart. Poza tym brakowało belki startowej, gniazdo trenerskie było puste i nie miał kto machnąć chorągiewką. A swoją drogą to trochę dziwne, że organizatorzy, mając w okolicy tak piękne tereny, nie zechcieli się nimi pochwalić i nie zorganizowali wycieczki do Willingen. Jedyną atrakcją dla uczestników mistrzostw był dwugodzinny spacer z przewodnikiem po Korbach.

Korbach to 25-tysięczne miasto w kraju związkowym Hesja, w rejencji Kassel. Jest bardzo urokliwe, czyste i zadbane, z piękną starówką. Większość domów budowano w stylu pruskim (tzw. mur pruski). Takie domy są charakterystycznym elementem krajobrazu miasta.

Do końca pozostały tylko dwie rundy turnieju. W przedostatniej, która odbyła się w niedzielę, po punkcie zdobyli tylko Sitarz i Twardy. Kolejnej pechowej porażki doznała Wieczorek i straciła szanse na medal wśród kobiet. Ostatnie pojedynki odbyły się w poniedziałek, 26 września. Od organizatorów dowiedzieliśmy się wtedy, że do godziny 12 musimy opuścić hotel. W praktyce oznaczało to, że klucze oddaliśmy już po godz. 8 i na rundę trzeba było iść w strojach podróżnych. Na szczęście gospodarze hotelu udostępnili nam i innym ekipom wydzielone pomieszczenie na przechowanie bagaży. Zwycięstwem zakończyli turniej Stefanek (wygrał z Holendrem Gerardem Bruinsem) i Twardy (pokonał Rosjankę Ludmiłę Pietrową). Sitarz zremisował z Fiedorukiem, a Tołwiński z Rosjanką Alewtiną Boguto. Nie powiodło się tylko Ewie Wieczorek, która uległa Leo Mousowi.

Oceniając nasz występ, należy stwierdzić, że wszyscy zagraliśmy na mniej więcej swoim poziomie. Trudno kogoś szczególnie wyróżnić. Leszek Stefanek po niezłym początku i późniejszej zadyszce zdołał osiągnąć wynik 50-procentowy, ale jego ocenę muszą obniżyć trzy porażki, których mógł i powinien uniknąć. Józef Tołwiński poniósł tylko dwie porażki, ale jako jedyny nasz zawodnik nie zaznał smaku zwycięstwa w turnieju, tak samo zresztą jak Ewa Wieczorek. Na podobnym poziomie zagrali Zenon Sitarz i Mikołaj Fiedoruk. Obaj jedyne zwycięstwa odnieśli w tej samej szóstej rundzie. Ciekawostka: Zenek wygrał partię z trzecim już w tym miesiącu Holendrem, poprzednich dwóch pokonał w Karpaczu. Edward Twardy, najbardziej ograny w turniejach open, zaczął znowu kiepsko – od czterech porażek. Na szczęście w drugiej części turnieju zaczął punktować i zdołał wyprzedzić kilku zawodników, w tym Ewę Wieczorek. Ewa dla odmiany zaczęła bardzo dobrze. Zapachniało nawet medalem. Potem jednak zabrakło nieco szczęścia, doświadczenia i umiejętności. Ważne, że przekonała się – zresztą nie tylko ona – że nawet z silniejszymi, w pełni sprawnymi warcabistami z innych krajów można nawiązać wyrównaną walkę.

Turniej mistrzowski wygrał Jewgienij Gurkow z Rosji, który w 9 rundach zdobył 13 p. Za jego plecami aż 10 warcabistów uzbierało po 12 p. Lepsze wartościowanie sprawiło, że srebro wywalczył Igor Czartoryski (Niemcy), a brąz Peter Van Der Stap (Holandia).

Wśród kobiet najlepsza okazała się Romualda Szidlauskiene (Litwa) – 11 p. Za nią z 9 punktami finiszowały srebrna Zoja Uwaczan (Łotwa) i brązowa Barbara Graas (Holandia).

Sędzią głównym mistrzostw był Leszek Łysakowski.

Miejsca, jakie w 15. ME weteranów zajęli polscy warcabiści

39. Józef Bajdak („Hetman” Lublin) 9 p., 14. w kat. 60+

41. Leszek Stefanek („Hetman” Lublin) 9 p., 13. w kat. 50+

55. Józef Tołwiński („Victoria” Białystok) 7 p., 24. w kat. 60+

56. Zenon Sitarz    („Podkarpacie” Przemyśl) 7 p., 25. w kat. 60+

57. Mikołaj Fiedoruk („Victoria” Białystok) 7 p., 16. w kat. 50+

66. Edward Twardy („Sudety” Kłodzko) 6 p., 18. w kat. 50+

67. Ewa Wieczorek („Victoria” Białystok) 5 p., 7. w kat. kobiet

Leszek Stefanek

 

aaa

 

kręgle

 

„Krok naprzód” w kręglach  

Tegoroczny kalendarz imprez Stowarzyszenia „Cross” pęka w szwach. Poza znanymi nam od lat pojawiło się kilka nowych. Dzięki znacznym modyfikacjom programu „Krok naprzód 2016” 150 osób niewidomych i słabowidzących mogło uczestniczyć w dwutygodniowych szkoleniach z zakresu sportu, które obejmowały kręgle, bowling, warcaby, showdown i nordic walking.

Pod koniec sierpnia do Pucka na jeden z takich obozów szkoleniowych przyjechało 30 osób z całej Polski, by szkolić się w zakresie gry w kręgle klasyczne. Wspierało ich pięciu przewodników i tyleż samo osób  kadry. Wśród uczestników znaleźli się starzy wyjadacze, m.in. Mieczysław Kontrymowicz, Irena Zięba czy Wojciech Puchacz oraz tacy, którzy w Pucku pierwszy raz w życiu mieli możliwość wziąć kulę do ręki.

Każdy z uczestników projektu od początku był kowalem swego losu, a dokładniej mówiąc – swoich postępów kręglarskich. Koordynator tej części projektu, Joanna Staliś, która dała się już poznać jako dobra organizatorka bardzo udanych imprez kręglarskich, zapewniła każdemu możliwość codziennej gry po minimum godzinie. Ale to nie była tylko gra. Cały czas nad każdym rzutem czuwali instruktorzy. Byli jak ciche anioły. Ich pasji i zaangażowania nie sposób przecenić. Kiedy któremuś z uczestników coś nie wychodziło, jak by sobie życzył tak, zawsze mógł liczyć na wskazówkę. Taka wskazówka czasem była przełomowa dla kolejnych rzutów. Niewielkie przesunięcie nogi, cofnięcie się lub zbliżenie do punktu wyrzutu niwelowało błędy. Brak presji czasu i stresu związanego ze startem w zawodach pomagał w dokonywaniu wielu prób i testowaniu wariantów rzutów. Niektórzy z uczestników, jak choćby Irek Stankiewicz z suwalskiego klubu, mówili otwarcie, że przyjechali dopracować nowe warianty gry.

Zdecydowana większość uczestników projektu miała już za sobą starty na zawodach organizowanych przez Stowarzyszenie „Cross”. Jednak dopiero w Pucku mogli dzięki konsultacjom z instruktorami wypróbować optymalny dla siebie wariant gry. Nie szukając daleko, można wymienić Małgorzatę Strelczuk, która w tym roku na turnieju w Gostyniu oddawała swoje pierwsze w życiu rzuty. Jak mówiła, tamta gra była dla niej katastrofą. Nie wiedziała, jak trzymać kulę, gdzie i kiedy rzucać. Po dwóch kolejnych turniejach trafiła do Pucka. Tutaj na spokojnie, po analizie jej rzutów instruktor Eugeniusz Bernat wyjaśnił, jak powinna grać. Jej samozaparcie i chęć poprawienia wyników pozwalają sądzić, że niedługo już nikt nie będzie mógł mówić o niej „królowa rynien”. Taki niemiły docinek Małgorzata usłyszała już w Gostyniu, prawdopodobnie przedwcześnie. Teraz jej rywalki będą musiały zrewidować swoją opinię, ponieważ w drugim tygodniu szkolenia rezultaty z gry oscylowały w granicach ponad 500 p.

Nie sposób pominąć osób, które zdobyły miano stałego bywalca kręgielni. Na pewno należał do nich Mietek Kontrymowicz, który jak sam przyznał, „na kręgielni mógłby zamieszkać”. Nie przepuszczał żadnej okazji do gry. W trakcie jednego z treningów powiedział całkiem poważnie: „Dobrze, że przyjechałem, bo mógłbym się zdziwić”. Chodziło oczywiście o to, jak bardzo bezpośredni rywale Mietka podnieśli tu swoje umiejętności. Jednak i on po pewnym czasie miał już chyba dosyć rzucania. Widać było przemęczenie, a początkowy postęp gdzieś uleciał w drugim tygodniu szkolenia i Mietek grał swoje. Zdarzało się nawet, że z 30 rzutów nie uzbierał 150 p. Poza Mietkiem „Tygryskiem” każdą wolną okazję do gry wykorzystywali również inni. Nie obywało się bez małych starć o wolny tor. Jednakże takie granie na ilość zwykle nie przekładało się na jakość. Przez dwa tygodnie chyba każdy miał dzień, w którym ochota na rzucanie nieco spadała.

Ciekawą metodę szkoleniową stosowała jedna z instruktorek, nasza koleżanka Małgorzata Nowak, w trakcie pracy nad grą z Arturem Woszukiem. Jej zaangażowanie w wytyczenie idealnego środka toru kuli, nawet kosztem uszczerbku na własnym zdrowiu, było godne pochwały. Artur na ostatnich zawodach w Brzesku zdobył miano najbardziej „rozrzutnego” zawodnika, ponad połowa rzutów kończyła się wizytą kuli w rynnie. Małgorzata, by zmotywować Artura do prostych rzutów, stawała przed nim na torze i wręcz kazała rzucać prosto. Dobrze, że nadążała w porę unosić raz jedną, raz drugą stopę w trakcie mocno niecelnych rzutów Artura, bo w przeciwnym wypadku nogi byłyby co najmniej poobijane. Cel uświęca środki.

Wielu uczestników szkolenia każdego dnia miało nie lada problem z zaplanowaniem wszystkich zajęć. Nie ma się co dziwić. Od rana coś się działo. Przed śniadaniem gimnastyka z naszą „Chodakowską”. Po śniadaniu lub obiedzie godzinka na kręgielni. A tu jeszcze dylemat, kiedy pójść na plażę, na spacer lub wybrać się na wycieczkę w niedaleką okolicę. Tak, tak, drogi Czytelniku, kwestia czasu na plażowanie we wrześniu wydaje się niedorzecznością – jednak nie w tym roku. Piękna pogoda zachęcała do kąpieli słonecznych, a nawet morskich. Przez dwa tygodnie nieodłącznym towarzyszem było błękitne niebo i wysokie temperatury.

Poza graniem, plażowaniem i zwiedzaniem okolicy pojawiła się też możliwość krótkiego wyjazdu do oddalonej o około 15 kilometrów Redy, do nowo otwartego akwaparku. Na miejscu okazało się niestety, że tak nowoczesny obiekt nie jest przystosowany do potrzeb osób z dysfunkcją wzroku. Mimo licznych atrakcji osoby słabowidzące i niewidome nie znajdą tam zbyt wiele dla siebie, jedynie poczucie zagubienia i bezsilności. Już po wyjściu dało się słyszeć głosy osób mocno rozczarowanych wizytą. Przykro to stwierdzić, ale nowy obiekt w Redzie nie jest dla nas stworzony i nie zachęca do ponownych odwiedzin.

Dwa tygodnie intensywnych treningów na kręgielni pomogły wielu osobom poukładać strategie gry w jakże wymagające i niejednokrotnie trudne do opanowania kręgle. Dzięki instruktorom oraz codziennym, minimum godzinnym treningom na pewno każdy z uczestników szkolenia wyjechał do domu z głową pełną planów na dalsze rzuty. Na zakończenie każdy otrzymał certyfikat potwierdzający udział w szkoleniu oraz pamiątkową koszulkę.

Szkoda, że sezon kręglarski dobiegł już końca i ostatni w tym roku turniej w kręglach klasycznych, który miał miejsce w Tucholi, pokrył się ze szkoleniem. Miejmy nadzieję, że wiedza i umiejętności zdobyte w Pucku będą procentować już w przyszłym roku. A nieobecni na szkoleniu niech mają się na baczności, bo niespodzianek w nowym sezonie raczej nie zabraknie. 

Wojciech Puchacz

 

aaa

 

wiadomości

 

Żeglarstwo

Memoriał Adama Ćwikły

Podczas nieco krótszego niż zwykle obozu żeglarskiego na wodach Jezioraka w okolicy Siemian odbył się VI Memoriał Adama Ćwikły, wielokrotnego uczestnika i organizatora imprez turystycznych nad Jeziorakiem. Jako zwieńczenie obozu wyścig podniósł motywację do szkolenia i pozwolił dużej grupie osób uczestniczyć w sportowej rywalizacji. Przede wszystkim jednak impreza mocno integruje załogi, co pozwala rozgrywać regaty nawet wtedy, gdy nie ma obozu. W bieżącym roku w rywalizacji wzięło udział siedem łodzi. Co ciekawe, sternikiem jednej z nich był siedzący przez sześć lat w jednej ławce z Adamem jego szkolny kolega Wiesław Pawlak.

Trasę tegorocznych regat wyznaczono tak, aby załogi nie tylko musiały halsować i robić zwroty na bojach, lecz jeszcze wykazać się dobrą taktyką. Po raz pierwszy podczas biegu wprowadzono opływanie wysepek Rybackie Kępy. Trasa prowadziła również tuż przy wyspie Lipowy Ostrów. Umiejętność oceny układu wiatru, taktyka pływania w większej odległości od brzegu w niezmąconym wietrze lub bliżej brzegu, trochę licząc na inercję w strefach ciszy – decydowały o zwycięstwie. Zmienny tego dnia, czasami nawet porywisty wiatr tasował łodzie w stawce i powodował, że nie było zdecydowanego faworyta. W czołówce trzymały się Drewniak, Bugs, Run Baby Run i Mango (czyli Tango 730), Fokus, Pegaz i Sasanka 620. Łodzie te po boi zwrotnej, trochę ze względu na taktykę, trochę przez przypadkowe szkwały, obrały różne kursy do następnego punktu zwrotnego, czyli Rybackich Kęp. Zza wysp pierwszy wyłonił się Bugs. Jednak pływanie na przedzie nie jest łatwe. Płynący z tyłu widzą więcej i przy odrobinie szczęścia, przy zmianie wiatru i kilku halsach mogą wygrać. Tak też się stało. Wykorzystując trochę inny kurs i mocniejszy wiatr, Run Baby Run i Drewniak zaoszczędziły jeden zwrot i samotnie wysforowały się przed resztę. Ostatecznie na metę jako pierwsza, kierowana przez Wiesława Pawlaka, wpłynęła Run Baby Run w składzie: Agata Brykalska, Anna Żelechowska, Zbigniew Raczek, Karol Cis; nad ich bezpieczeństwem czuwał i rad udzielał Bogdan Balewski (niektórzy twierdzą, że nie tylko on). Drugi na mecie zameldował się Drewniak ze sternikiem Tomaszem Marciniakiem. Osadę stanowili: Grzegorz Bzowski, Łukasz Malkowski, Anna Jakubowska, kapitan Radosław Drzewiecki. Najniższe miejsce na podium zajęła sprzedana już przez kapitan Katarzynę Kapuścińską Kapusta. Sternikiem na niej był Hubert Czapik, a załogę tworzyli Jarek Kostrzewski i Zenon Tyburc. Pamiątkowymi pucharami uhonorował zwycięzców pomysłodawca imprezy, komandor obozu Stanisław Piasek. 

Wojciech Kopczyński

 

Szachy / warcaby

„Bałtyk 2016”

W dniach 25-31 sierpnia br. w ośrodku Lazur-Bis w Rowach koło Słupska odbył się XIX Integracyjny Wielomecz Szachowo-Warcabowy „Bałtyk 2016”. Imprezę zorganizował klub „Zryw” Słupsk przy wsparciu finansowym PFRON, Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego w Gdańsku oraz Urzędu Miejskiego w Słupsku. Turniej miał charakter regionalny i grali w nim głównie zawodnicy „Zrywu” Słupsk i „Jantara” Gdańsk. Rozgrywki przeprowadzono systemem szwajcarskim na dystansie 7 rund. Czas gry wynosił 1 godzinę na zawodnika.

XIX Integracyjny Wielomecz Szachowo-Warcabowy „Bałtyk 2016”

25-31.08.2016 r., Rowy

Turniej szachowy 

1. Jerzy Rutkowski („Zryw” Słupsk) 5,5 p.

2. Jarosław Borowski („Zryw” Słupsk) 5 p.

3. Stanisław Huzarski („Zryw” Słupsk) 4,5 p.

4. Roman Staruch („Zryw” Słupsk) 4 p.

5. Tadeusz Łukaszewicz   („Zryw” Słupsk) 4 p.

6. Andrzej Szramowiak („Zryw” Słupsk) 4 p.

7. Adam Rosołek („Zryw” Słupsk) 4 p.

8. Dariusz Szafran („Zryw” Słupsk) 4 p.

9. Werner Mettel („Zryw” Słupsk) 3,5 p.

10. Jerzy Jaroszewicz („Zryw” Słupsk) 3,5 p.

11. Michał Nisztuk („Zryw” Słupsk) 3,5 p.

12. Adolf Jagiełło („Jantar” Gdańsk) 3 p.

13. Henryk Chochel („Zryw” Słupsk) 3 p.

14. Tadeusz Szymczyk („Jantar” Gdańsk) 2,5 p.

15. Jakub Nowicki („Jantar” Gdańsk) 1 p.

Turniej warcabowy

1. Edward Burak („Zryw” Słupsk) 11 p.

2. Edward Twardy („Sudety” Kłodzko) 10 p.

3. Stanisław Poterek („Jantar” Gdańsk) 10 p.

4. Mieczysław Kaciotys („Jantar” Gdańsk) 9 p.

5. Krzysztof Kusowski („Jantar” Gdańsk) 8 p.

6. Barbara Wentowska („Jantar” Gdańsk) 8 p.

7. Jerzy Dzióbek („Jantar” Gdańsk) 7 p.

8. Zygfryd Loroch  („Jantar” Gdańsk) 7 p.

9. Tadeusz Gryglewicz („Zryw” Słupsk) 6 p.

10. Teresa Skrzypek („Omega” Łódź) 5 p.

11. Włodzimierz Bakalarczyk („Omega” Łódź) 3 p.

12. Jadwiga Gryglewicz  („Zryw” Słupsk) 0 p.

Roman Staruch

Na deskach w Krynicy

W dniach 5-11 września br. w Krynicy Morskiej odbył się turniej szachowo-warcabowy zorganizowany przez Stowarzyszenie „Cross”. Ciężar przygotowania i przeprowadzenia imprezy spoczął na barkach prezes klubu „Elcross” Elbląg Janiny Maksymowicz i jej pomocników. Zawody dofinansowały Ministerstwo Sportu i Turystyki oraz PFRON. Miejscem spotkania był kompleks wypoczynkowy Luxus, którego nieszablonowa architektura i położenie w otulinie lasu, nieopodal latarni morskiej, przydaje miejscu atrakcyjności.

Turniej szachowy został rozegrany systemem szwajcarskim na dystansie 7 rund, po 90 minut na zawodnika. Zaprezentowało się 12 graczy, w tym dwie panie. Rozgrywki zdominował weteran polskich szachów, wielokrotny drużynowy mistrz Polski Zdzisław Wojcieszyn z „Ikara” Lublin. Prowadził niezagrożony od startu do mety i wygrał w cuglach, w charakterystycznym dla siebie stylu przypominającym grę słynnego niegdyś czempiona amerykańskiego, pogromcy plejady szachistów radzieckich, Bobby’ego Fischera. No, ale szachistą trzeba się urodzić. O Zdzisiu krąży zaś legenda mówiąca, że urodził się z deską (oczywiście szachową) w zębach. W tym turnieju Wojcieszyn zdobył 6 p. z siedmiu gier, bez porażki, psując swój wynik dwoma tylko remisami. Srebrny medal z dorobkiem 5 p. zdobył reprezentant „Atutu” Nysa Rajmund Filipiak, a medal brązowy zawisł na szyi przedstawiciela krakowskiego „Lajkonika” Wiktora Szydłowskiego. O sile gry tego zawodnika przesądzają ambicja i zamiłowanie do szachów – a szachy przedkłada nad inne przyjemności.

IX Ogólnopolski Turniej Szachowo-Warcabowy im. Ludwika Hutnera

5-11.09 2016 r., Krynica Morska

Wyniki turnieju szachowego 

1. Stanisław Wojcieszyn („Ikar” Lublin) 6,0 p.

2. Rajmund Filipiak („Atut” Nysa) 5,0 p.

3. Wiktor Szydłowski („Lajkonik” Kraków) 4,5 p.

4. Józef Wyrzykowski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 4,5 p.

5. Emil Przewoźnik („Czarny Koń” Olkusz) 4,0 p.

6. Stanisław Niećko („Tęcza” Poznań) 4,0 p.

7. Andrzej Gasiul („Kormoran” Giżycko) 3,5 p.

8. Zygmunt Jurczyk („Elcross” Elbląg) 3,5 p.

9. Edward Skiera („Łuczniczka” Bydgoszcz) 3,0 p.

10. Krzysztof Zemła („Pionek” Bielsko-Biała) 2,5 p.

11. Bogusława Wróblak  („Elcross” Elbląg) 1,0 p.

12. Justyna Łyczykowska („Pionek” Bielsko-Biała) 0,5 p.

Trzej najlepsi zawodnicy otrzymali puchary, medale i dyplomy. Nagrodami rzeczowymi i pieniężnymi obdarowano pierwszą piątkę. Sędzią turnieju szachowego był Leon Miklosik.

W turnieju warcabowym, rozgrywanym na deskach stupolowych, udział wzięło 25 zawodników i 16 zawodniczek.

Najlepsza piętnastka turnieju warcabowego

1. Krzysztof Pichlak („Jutrzenka” Częstochowa) 12 p.

2. Tadeusz Lach („Atut” Nysa) 12 p.

3. Dominik Kasperczyk („Atut” Nysa) 10 p.

4. Bogdan Marszałek („Hetman” Lublin) 10 p.

5. Stanisław Bolczak („Syrenka” Warszawa) 10 p.

6. Ryszard Jędrzejewski („Hetman” Lublin) 10 p.

7. Ryszard Pawłowski („Kormoran” Giżycko) 9 p.

8. Sławomir Matusiak („Elcross” Elbląg) 9 p.

9. Michał Ciborski („Jutrzenka” Częstochowa) 9 p.

10. Leszek Żygowski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 9 p.

11. Teresa Borowiec („Podkarpacie” Przemyśl) 9 p.

12. Barbara Gołębiowska-Fryga („Atut” Nysa) 8 p.

13. Stanisław Sroka („Kormoran” Giżycko) 8 p.

14. Barbara Kacprzak („Syrenka” Warszawa) 8 p.

15. Władysława Jakubaszek („Atut” Nysa) 8 p.

Zwycięzcy uhonorowani zostali pucharami, medalami i dyplomami oraz nagrodami rzeczowymi i pieniężnymi, które otrzymało sześciu najlepszych. Sędzią turnieju warcabowego był Jerzy Gorczyński.           

Imprezę zakończyła uroczysta kolacja z muzyką i tańcami trwającymi długo po północy. Prezes Janina Maksymowicz zaprosiła uczestników na przyszłoroczny jubileuszowy 10. turniej.

Stanisław Niećko

 

Kręgle

W stolicy Borów Tucholskich

Jadwiga Dudek („Pionek” Włocławek) i Tomasz Ćwikła („Morena” Iława) uzyskali najlepsze wyniki punktowe w ogólnopolskim turnieju w kręglach klasycznych osób niewidomych i słabowidzących, rozegranym w dniach 8-11 września 2016 r. w Tucholi. Dwie wygrane zanotowali gospodarze turnieju – reprezentanci klubu „Łuczniczka” Bydgoszcz.

Na turniej w stolicy Borów Tucholskich przyjechało 45 zawodniczek i zawodników z całego kraju. W kręgielni miejscowego Ośrodka Sportu i Rekreacji odnotowano kilkanaście wartościowych wyników. Najlepsze uzyskali Jadwiga Dudek (kat. B2) – 707 p. oraz Tomasz Ćwikła (kat. B3) – 689 p. Bardzo udany występ w grupie startowej B1 mężczyzn zanotował Marek Ptasiński („Syrenka” Warszawa), który po czterech równych grach uzyskał 633 p. i wyprzedził o 25 p. Sylwestra Chmielewskiego („Pionek” Włocławek).

Z dwóch zwycięstw cieszyli się zawodnicy „Łuczniczki”. Pierwsze miejsce w kategorii B1 kobiet zajęła Karolina Rzepa – 592 p., która o 29 p. wyprzedziła Reginę Szczypiorską („Morena Iława”) oraz dwie klubowe koleżanki: Katarzynę Świątek (543 p.) i Magdalenę Rataj (534 p.). Rezultaty bydgoszczanek są ich rekordami życiowymi.

W kategorii B2 mężczyzn triumfował natomiast Władysław Wakuliński. Reprezentant gospodarzy uzyskał 665 p. i wyprzedził Jana Smołę („Morena” Iława) oraz Mieczysława Sabaja („Podkarpacie” Przemyśl), z których każdy zdobył po 646 p. O wyższej pozycji Smoły zadecydowały dwie zbite dziewiątki, co nie udało się rywalowi.

W kategorii startowej B3 kobiet zacięty pojedynek o wygraną stoczyły Jolanta Krok--Sabaj („Podkarpacie” Przemyśl) i Emilia Sawiniec („Hetman” Lublin). O 8 punktów lepsza okazała się zawodniczka „Podkarpacia”, która wykulała 669 kręgli.

Powody do satysfakcji mieli przedstawiciele „Pionka” Włocławek i „Moreny” Iława, którzy aż pięciokrotnie stawali na podium. Kręglarze i kręglarki z „Pionka” zajęli raz pierwsze, dwa razy drugie i trzy razy trzecie miejsce. Z kolei zawodnicy „Moreny” uzyskali raz pierwsze, trzy razy drugie i dwa razy trzecie miejsce.

Organizatorami turnieju były Stowarzyszenie „Cross” i klub „Łuczniczka” Bydgoszcz, a jego koordynatorem Ewa Sargalska. Zawody sędziowały Ewa Iwicka, Marzena Krueger i Paulina Hennik. Impreza została dofinansowana przez Ministerstwo Sportu i Turystyki, ze środków funduszu rozwoju kultury fizycznej. Na najlepszych czekały puchary i nagrody rzeczowe.  

(KAZ)

 

Biegi

Żaden dystans im niestraszny

Biegowy cykl Grand Prix zaczął się zawodami w Szklarskiej Porębie. Potem pobiegli 100 km (w cztery dni) w Zamościu, 10 km i maratońską sztafetę w Krynicy-Zdroju. Meta w Bydgoszczy 23 października.

Grand Prix niewidomych i słabowidzących w biegach to pomysł realizowany przez Stowarzyszenie „Oculus”, którego prezesem jest bydgoszczanin Tomasz Chmurzyński, czterokrotny paraolimpijczyk w maratonie. Projekt finansuje Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

Bieg Pokoju Pamięci Dzieci Zamojszczyzny to najbardziej wyczerpujący bieg w kraju. Trasa tradycyjnie liczy 100 km i podzielona jest na cztery etapy. Pierwszego dnia zawodnicy wyruszyli z Zamościa do Zwierzyńca (35 km). Drugi odcinek to Zamość – Skierbieszów (20 km), a trzeci Zamość – Krasnobród (30 km). Ostatni etap – Kryterium Uliczne im. Lucjana Ksykiewicza (15 km) ulicami Zamościa, ze startem i metą na Rynku Wielkim. Do mety dobiegają najwytrwalsi. A w ostatni weekend sierpnia było ok. 30 st. Celsjusza.

– W sumie w biegu wystartowało 89 zawodników, w tym 9 niewidomych i słabowidzących, i wszyscy go ukończyli. Dla pięciu z nich był to debiut na tym dystansie – mówi Tomasz Chmurzyński. – W ramach biegu można było wystawić drużynę. Spośród 6 drużyn wygrał „Oculus” Bydgoszcz. Liczyły się trzy najlepsze wyniki. Osiągnęliśmy czas 22 godz. i 12 minut. Tomasz Chmurzyński po przebiegnięciu 100 km miał 6. czas open (7 godz. 12 minut).

Z kolei w Krynicy-Zdroju rywalizowano w ramach 7. PKO Festiwalu Biegowego. Zawody zaczęły się dzień po zakończeniu Forum Ekonomicznego i rozgrywały się w dniach 9-11 września. Ponad 3000 uczestników startowało na różnych dystansach, ale biegacze z dysfunkcją wzroku mieli do pokonania 10 km. Znowu najlepszy okazał się Chmurzyński, który w klasyfikacji słabowidzących po trzech z czterech zawodów zajmuje drugie miejsce (na koniec liczyć się będą punkty z trzech najlepszych startów). W kategorii zawodników z dysfunkcją wzroku wystartowało 18 biegaczy, którym towarzyszyło na trasie i poza nią 14 przewodników. Te dziesięć kilometrów biegli na trudnej trasie, z góry na dół, z Krynicy do Muszyny. Już poza konkursem biegacze wzięli udział w sztafecie maratońskiej. Przedstawiciele środowiska stworzyli trzy zespoły po czterech zawodników. Trzech pierwszych miało do pokonania po 10 km, ostatni 12 km i 195 metrów. Wśród 30 sztafet najlepsza z naszych zajęła 4. lokatę, przegrywając miejsce na podium o 37 sekund.

Zakończenie biegowego Grand Prix nastąpi w Bydgoszczy 23 października w ramach Półmaratonu Bydgoskiego. Niewidomi i słabowidzący (ma przyjechać co najmniej 20 zawodników z całego kraju) pobiegną wtedy 5 km.

Zwycięzcy biegu w Zamościu (100 km)

Klasyfikacja indywidualna 

1. Tomasz Chmurzyński  („Oculus” Bydgoszcz) 7:12:17

2. Jacek Ziółkowski (Warszawa) 7:27:45

3. Mariusz Gołąbek (Gdańsk) 7:32:45

Klasyfikacja drużynowa

1. „Oculus” Bydgoszcz 22:12:47

2. KB TKKF „Promyk” Ciechanów 23:00:26

3. LW „Bogdanka” 23:19:13

Podium biegu w Krynicy (10 km)

Słabowidzący 

1. Tomasz Chmurzyński („Oculus” Bydgoszcz)

 2. Paweł Petelski (Gdańsk)

3. Mariusz Gołąbek (Gdańsk)

Niewidomi

1. Mariusz Zacheja (Warszawa)

2. Grzegorz Powałka (Warszawa)

3. Maciej Dąbrowski (Płock)

Klasyfikacja po 3. z 4 biegów

Słabowidzący  

1. Mariusz Gołąbek (Gdańsk) 300 p. (3 biegi)

2. Tomasz Chmurzyński  („Oculus” Bydgoszcz) 220 p. (2)

3. Jacek Ziółkowski („Syrenka” Warszawa) 180 p. (2)

Niewidomi

1. Mariusz Zacheja („Syrenka” Warszawa) 100 p. (2)

2. Adam Kaczyński (Szczecin) 100 p. (2)

3. Grzegorz Powałka („Syrenka” Warszawa) 90 p. (1)

Marek Fabiszewski

 

Warcaby

Warcabowe gwiazdy w Karpaczu

W pierwszej dekadzie września odbyły się w Karpaczu dwa wydarzenia warcabowe najwyższej rangi. Pierwsze to mecz o mistrzostwo świata kobiet, w którym reprezentantka Polski Natalia Sadowska zmierzyła się z pochodzącą z Białorusi Holenderką Olgą Kamyszlejewą. Drugie wydarzenie – odbywające się równolegle – to turniej Polish Open. Zawody zaliczane do Pucharu Świata zgromadziły prawie całą światową czołówkę. W Karpaczu pojawili się przedstawiciele 23 krajów, m.in. Chin, Mongolii, Kamerunu, Curacao czy Surinamu. Zagrało aż 9 zawodników z czołowej dwudziestki światowego rankingu, w tym wszyscy medaliści mistrzostw świata 2015. Turniej Polish Open zgromadził na starcie 104 uczestników, w tej liczbie 26 to Polacy.

Po raz pierwszy Stowarzyszenie „Cross” postanowiło rzucić słabowidzących warcabistów na głęboką wodę i wystawić skromną reprezentację. Decyzja śmiała, ale słuszna: jak się uczyć, to od najlepszych. W skład 4-osobowej crossowskiej ekipy weszli: Edward Twardy, Zenon Sitarz, Ryszard Suder i Leszek Stefanek.

Turniej rozgrywany był systemem szwajcarskim na dystansie 9 rund, tempem międzynarodowym – 80 minut na starcie, a po każdym wykonanym posunięciu zegar doliczał minutę. Takim tempem gra się teraz na wszystkich znaczących zawodach na świecie. Kobiety grały razem z mężczyznami, ale na potrzeby Pucharu Świata prowadzona była dla nich oddzielna klasyfikacja.

W pierwszej rundzie zawodnicy kadry „Cross” nie byli faworytami i solidarnie przegrali swoje partie ze znacznie wyżej notowanymi rywalami. Potem losy układały się różnie, ale nikomu nie udało się przekroczyć progu 50 proc. punktów.

Najwyżej spośród zawodników Stowarzyszenia „Cross” uplasował się Ryszard Suder. Osiem zdobytych punktów wystarczyło do zajęcia 76. miejsca. Zanotował
3 zwycięstwa, 2 remisy i 4 porażki. Pokonał m.in. Holendra Roela Dielingena i młodą, ale perspektywiczną polską zawodniczkę Darię Babiak.

Ze zmiennym szczęściem grał Zenon Sitarz. Zdobył 7 p. (2 zwycięstwa, 3 remisy i 4 porażki) i zajął 86. lokatę. Obie wygrane zaliczył z Holendrami – Dielingenem i znacznie wyżej notowanym Bernardem Postem. W ostatniej rundzie trochę pechowo przegrał z młodym polskim warcabistą Kacprem Wasiem.

Na 7 zdobytych punktów Leszka Stefanka złożyło się 1 zwycięstwo z Czechem Jaroslavem Slaniną, 5 remisów i 3 porażki. Dało mu to dalekie 80. miejsce w tabeli.

Najsłabiej z naszej reprezentacji wypadł nieoczekiwanie Edward Twardy, który w ostatnim czasie grywał w wielu mocno obsadzonych turniejach open. Edek po sześciu rundach miał na koncie tylko 3 p., z których 2 zdobył z najsłabszym w stawce 10-letnim Czechem Mochanem. Dopiero rzutem na taśmę (3 p. w trzech ostatnich partiach) zdołał wedrzeć się do czołowej setki turnieju. Zdobył 6 p. (2 zwycięstwa, 2 remisy i 5 porażek) i zajął 97. miejsce.

Walka o czołowe lokaty w turnieju była bardzo zacięta i wyrównana. Nie mogło być inaczej, skoro grało aż 14 arcymistrzów międzynarodowych i wielu innych warcabistów z tytułami Światowej Federacji Warcabowej (FMJD). Nie obyło się bez niespodzianek. Wicemistrzyni świata juniorek do lat 19 Katarzyna Stańczuk (Polska) już w pierwszej rundzie urwała punkt wicemistrzowi świata z 2013 roku Ndjofangowi. Jeszcze większej sztuki dokonała młodsza od Stańczuk Elena Cesnokowa (Łotwa), która po pięknej partii pokonała tegoż Ndjofanga. Najwyżej sklasyfikowany z Polaków Mariusz Ślęzak (18 miejsce) wygrał m.in. z arcymistrzem Vipulisem z Łotwy. Aktualny mistrz Polski Damian Jakubik był dopiero 65. z dorobkiem 8 p.

Aż siedmiu czołowych zawodników ukończyło turniej z dorobkiem 13 p. i o kolejności musiała decydować punktacja pomocnicza.

Zawody w Karpaczu były ostatnim w tym roku turniejem cyklu World Cup. Puchar Świata wśród mężczyzn zdobył w tej edycji Guntis Valneris, a wśród kobiet Natalia Sadowska.

Na tym samym turnieju o mistrzostwo globu walczyły Natalia Sadowska i Olga Kamyszlejewa. Polka od początku dyktowała warunki. Wygrywając dwie z pierwszych trzech partii meczu, tytuł zapewniła sobie dwa dni przed czasem. Już w czwartek, 8 września, miłośnicy warcabów w Polsce mogli świętować wraz z Natalią największy sukces w historii.

W ostatnim dniu imprezy odbył się również turniej gry błyskawicznej. Zagrały w nim 53 osoby. Zwyciężył Jurij Anikiejew (19 p. na 22 możliwe) przed Jean Marc Ndjofangiem (18) i Artiomem Iwanowem (17). Kadrę „Cross” reprezentował Edward Twardy, który z dorobkiem 9 p. zajął 43. miejsce.

Medaliści turnieju

Kobiety

B1

1. Karolina Rzepa  („Łuczniczka” Bydgoszcz) 592 p.

2. Regina Szczypiorska („Morena” Iława) 563 p.

3. Katarzyna Świątek („Łuczniczka” Bydgoszcz) 543 p.

B2

1. Jadwiga Dudek („Pionek” Włocławek) 707 p.

2. Maria Kieloch („Morena” Iława)  630 p.

3. Jolanta Lewandowska („Pionek” Włocławek) 610 p.

B3

1. Jolanta Krok-Sabaj („Podkarpacie” Przemyśl) 669 p.

2. Emilia Sawiniec („Hetman” Lublin) 661 p.

3. Małgorzata Kasprzycka („Morena” Iława) 607 p.

Mężczyźni

B1

1. Marek Ptasiński          („Syrenka” Warszawa) 633 p.

2. Sylwester Chmielewski („Pionek” Włocławek) 608 p.

3. Grzegorz Lisiński („Pionek” Włocławek) 540 p.

B2

1. Władysław Wakuliński („Łuczniczka” Bydgoszcz) 665 p.

2. Jan Smoła („Morena” Iława) 646 p.

3. Mieczysław Sabaj („Podkarpacie” Przemyśl) 646 p.

B3

1. Tomasz Ćwikła  („Morena” Iława) 689 p.

2. Piotr Gniadek („Syrenka” Warszawa) 655 p.

3. Ryszard Lewandowski („Pionek” Włocławek) 647 p.

Zawodnicy z dysfunkcją wzroku na tle najlepszych na Polish Open 2016

1. Aleksander Getmanski (Rosja) 13 p. (81)

2. Martijn Van Ijzendoorn (Holandia) 13 p. (79)

3. Jurij Anikiejew (Ukraina) 13 p. (77)

...

18. Mariusz Ślęzak (Polska) 11 p. (78)

19. Piotr Paluch (Polska) 11 p. (73)

...

65. Damian Jakubik (Polska) 8 p. (71)

...

76. Ryszard Suder (Polska) 8 p. (54)

80. Leszek Stefanek (Polska)  7 p. (60)

86. Zenon Sitarz (Polska) 7 p. (51)

97. Edward Twardy (Polska)  6 p. (47)

Zwyciężczynie Polish Open 2016 

1. Olga Fiedorowicz (Białoruś) 12. miejsce, 12 p.

2. Daria Fiedorowicz (Białoruś) 13. miejsce, 12 p.

3. Aygul Idrisowa (Rosja) 20. miejsce, 11 p.

 

aaa

 

turystyka

 

Mozaika Lwowa

Pełny wdzięku, namaszczony geniuszem i naznaczony bliznami przeszłości cudowny Lwów wciąż trwa, ciągle się zmienia i fascynuje. Ma swój rytm, koloryt i wdzięk. A przede wszystkim pamięta o swojej historii. To wyjątkowe miejsce na inspirującą podróż.  

Leży na ziemiach etnicznie ukraińskich, gdzie od wieków gromadzą się ponadczasowe wartości kulturowe i drzemią w zaskakujących formach architektonicznych. Większość zabytków dzisiejszej Ukrainy znajduje się właśnie we Lwowie. To tygiel wielu kultur, które mimo nagromadzenia różnic emanuje silną lokalną solidarnością. Tu krzyżowały się szlaki handlowe, które zapewniały miastu ciągły rozwój i sprawiały, że otwierało się na sztukę. Lwów jest kolebką polskiej kultury i historii. Tutaj znajdowała się jedna z trzech pierwszych polskich wyższych uczelni. To tutaj żyli i tworzyli między innymi: Aleksander Fredro, Artur Grottger, Maria Konopnicka, Ignacy Łukasiewicz, Gabriela Zapolska, Stefan Banach.

Dziś miasto akcentuje przynależność do europejskiej społeczności, ale poszukuje też nowej tożsamości. Nie brak licznych restauracji, parków i ulic tętniących życiem. Wyraźnie dostrzegany dynamiczny rozwój współgra z zachowanym od wieków układem urbanistycznym, imponującym gmachem opery, zapierającymi dech zabytkami. Rewitalizuje się i eksponuje wiele z nich, porządkuje znaczące arterie. Ważnym momentem było wpisanie 12 grudnia 1998 roku historycznego centrum miasta na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Lwów jest mozaiką stylów architektonicznych i kolorów. Średniowieczny rynek z eklektycznym ratuszem i otaczające go perły architektury zapewniają miastu zaszczytne miejsce w światowym dziedzictwie kulturowym. Z każdego rogu rynku, wytyczonego na planie prostokąta, biegną pod kątem prostym ulice zmierzające ku dawnym obwarowaniom. Krzywe chodniki podstawiają nogę przechodniom. Historia samego ratusza jest dość burzliwa. Pierwsza XIV-wieczna budowla powstała z kamienia, miała drewnianą wieżę, która niestety spłonęła. W XV wieku odbudowano wieżę i kamienne skrzydło, ale w XVI wieku ratusz znowu płonął. W efekcie tych burzliwych przejść budynek przybrał eklektyczny wygląd i jaśnieje niczym biała porcelana. Tuż za rogiem ratusza kuszą kafejki i sklepiki, w których na miejscu można spróbować wszelkiego rodzaju wyrobów cukierniczych. Nie sposób przejść tędy, nie kupując słodkich smakołyków. Mnóstwo tu uroczych uliczek, w których przebija się komunistyczna szarość ożywiona nadzieją. W niemalże nabożnym zachwycie pragnie się biec dookoła rynku, gdzie czekają prawdziwe klejnoty. Kierując się na wschód, zobaczymy przepiękną pierzeję rynku z najbardziej reprezentacyjnymi kamienicami miasta (np. Czarną, Korniaktowską, Królewską, pałacem Lubomirskich, Bandinellich) Czarna kamienica przyciąga jak magiczny kryształ, a pałac Korniakta (dziś nazywany kamienicą Królewską, bo w XVII wieku należał do rodziny królewskiej Sobieskich) zachował ślady tego czasu. Warto tu wejść na renesansowy dziedziniec otoczony z trzech stron otwartą arkadą z ażurowymi loggiami i fantazyjnymi rzeźbami. Pałac Lubomirskich, choć może mniej reprezentacyjny, skrywa we wnętrzach najcenniejsze i najdroższe meble, jakie znajdowały się wtedy we Lwowie. Na szczególną uwagę zasługuje zespół architektoniczny katedry ormiańskiej. Wkomponowany w tym miejscu, jakby celowo, niczym szkatułka do przechowywania najcenniejszych rzeczy, a wieża świątyni jak latarnia wskazuje kierunek. Ogrodzone podwórko katedry wywołuje pragnienie wejścia do środka. Wydaje się, że przekroczywszy próg, przeniesiemy się do innego wymiaru i czasu. Do największych skarbów świątyni należą malowidła ścienne Jana Henryka Rosena, a wśród nich m.in.: „Hołd pasterzy betlejemskich”, „Ostatnia wieczerza” i „Ukrzyżowanie”. Należy również zwrócić uwagę na zdobiącą wnętrze kopuły przepiękną mozaikę zaprojektowaną przez Józefa Mehoffera, przedstawiającą Świętą Trójcę. Niezwykłe wnętrza i niesamowita atmosfera działają na zmysły. To miejsce absolutnie wyjątkowe. Zbudowana w roku 1356, stała się centrum kultu licznej wspólnoty ormiańskiej. Ulica Ormiańska jest jedną z tych, które opowiadają o swojej skromnej przeszłości. Jest przykładem lokalnej twórczości, a właściwie czymś więcej – zwierciadłem kulturowym, wspaniałym świadectwem bogatej mentalności tutejszego społeczeństwa.

Nie ma Lwowa bez polskiej historii. Ulica Krakowska, jedna z najstarszych w mieście, nie tylko wskazuje kierunek do naszego królewskiego grodu. Prowadzi dalej niż przestrzeń i czas. Idąc, mijamy masywną greckokatolicką świątynię zwieńczoną zielonymi kopułami – cerkiew Przemienienia Pańskiego. Cerkiew jest dzisiaj sercem tej ulicy. Powstała w miejscu dawnego kościoła trynitarzy. Trójkopułową bryłę cerkwi widać z wielu wzgórz Lwowa. Nieopodal, u zbiegu ulic Korniakta i Teatralnej, znajduje się plac, na którym aż do początku XIX wieku stał średniowieczny zamek obronny. Był on siedzibą starosty grodzkiego i drugą po Wysokim Zamku rezydencją królewską. Dziś znajduje się tu bazar nazywany „Wernisaż”. Można tu kupić właściwie wszystko, od pasty do zębów po lokalne lwowskie specjały. Jest miejscem popularnym, zarówno wśród turystów, jak i mieszkańców.

Na uwagę zasługuje również ulica Ruska, najwęższa w mieście. Nie mogą się na niej minąć dwa tramwaje, ponieważ dwie linie łączą się w jedną. Dawniej ulica skupiała społeczność Rusinów i graniczyła z dzielnicą żydowską – mała strukturalna integracja. Na ulicy Ruskiej mieści się nastrojowa kafejka Pod Niebieską Butelką, w której warto zamówić lody z płomykiem. Godne podziwu są też kamienne portale kamienicy, w której mieści się kawiarnia. A na skrzyżowaniu ulicy Ruskiej z Fiodorowa (dawną Żydowską) można napić się pysznej kawy. Na Ruskiej znajduje się prawdziwa perła architektury lwowskiego renesansu – cerkiew Wołoska – uważana za ważne centrum myśli, kultury i historii Ukrainy. Nie ma Lwowa bez placu Katedralnego z katedrą łacińską.
To jeden z najstarszych kościołów Lwowa, trójnawowy gmach w stylu gotyckim zbudowany na przełomie XIV i XV wieku. Zaraz przy katedrze znajduje się kaplica rodziny Boimów. Dziś jest tu muzeum. Żadnej innej znaczącej lwowskiej rodzinie nie udało się zapewnić sobie równie efektownego miejsca pamięci. Kaplica ma kształt przepięknej muszli. Zbudowana na planie kwadratu, zwieńczona jest kasetonową kopułą. Układ przestrzenny przypomina nieco kaplicę Zygmuntowską na Wawelu. Różni się od niej bogato zdobioną fasadą. Cała pokryta jest bogatą kamienną dekoracją rzeźbiarską z motywami pasyjnymi. Uważana jest za jedno z najważniejszych dzieł manieryzmu w tej części Europy. Mieszkańcy nazywają ją „szkatułką na klejnoty”, jest najbardziej rozpoznawalnym symbolem Lwowa. Została wzniesiona jako wolno stojąca budowla, ale w XIX wieku dobudowano do niej kamienicę. Prawdopodobnie na ścianach znajduje się szyfr, którego złamanie pozwoli dotrzeć do tajemnicy łaski średniowiecznego Lwowa, na której zbudowane były jego zasady.
       Plac Katedralny stanowi jeden z głównych węzłów konstrukcyjnych miasta. Z trzech stron graniczy z innymi ważnymi placami: Rynek, Podkowy i Mickiewicza, odgrywając rolę łącznika. Najpopularniejszy trakt spacerowy, zwany Prospektem Swobody, łączy plac Mickiewicza z Teatrem Wielkim. To pełna życia aleja położona na zachód od Rynku, miejsce bardzo eleganckie i wyrafinowane. Tutaj spotkamy najwięcej ulicznych artystów i nowożeńców, tu odbywają się uroczyste obchody świąt narodowych i religijnych. W samym sercu placu Mickiewicza pomnik wieszcza – niczym elegia z granitu i brązu. Nie ma polskiej wycieczki, która by tu nie zawitała. To także sentymentalne miejsce spotkań Polaków mieszkających we Lwowie. Autorem pomnika jest Antoni Popiel. W bliskim sąsiedztwie wdzięczy się legendarny hotel George. Mieszkali tutaj m.in. Balzac, Ravel, Paderewski, generałowie Bem i Dwernicki, Liszt, Sartre. Odbywały się tu słynne bale z udziałem miejscowych elit. Hotel był wielokrotnie przebudowywany, ale do dziś zachowały się sztukaterie westybulu i secesyjna balustrada klatki schodowej. Na szczególną uwagę zasługuje również jedna z zabytkowych lwowskich aptek, w której podziwiać można oryginalny wystrój wnętrza z drugiej połowy XVIII wieku. Przy Prospekcie Swobody 13 znajduje się najdroższy i najbardziej luksusowy hotel Lwowa – Grand Hotel – zbudowany w XIX wieku według projektu Erazma Hermatnika. Niestety, obecny wystrój wnętrza jest efektem renowacji. Z Grand Hotelem sąsiaduje jeden z najciekawszych gmachów Prospektu Swobody. W budynku zwieńczonym przepiękną kopułą mieści się obecnie Muzeum Etnografii i Rzemiosła Artystycznego. Placówka kontynuuje tradycję założonego we Lwowie w 1874 roku Miejskiego Muzeum Przemysłowego. W swoich zbiorach posiada ponad 90 tysięcy zabytkowych obiektów. Odwiedzając muzeum, warto zajrzeć do działającej w holu agencji turystycznej, by zaopatrzyć się w mapy i pamiątki. A na wspaniały finał wieczoru Prospekt Swobody zaprasza na plac przed operą – tygiel kulturowy z niepowtarzalną atmosferą. Tętni tu życie towarzyskie. Można znaleźć partnerów do gry w szachy i do rozmowy. Młodzież jeździ na deskorolkach, konkurują ze sobą sprzedawcy kolorowych balonów. Tutaj podjeżdżają dorożkami nowożeńcy, by sfotografować się na tle teatru. To jedna z najbardziej majestatycznych budowli Lwowa.

Budynek przypomina krakowski Teatr im. Juliusza Słowackiego. Od ponad stu lat Lwowski Teatr Narodowy Opery i Baletu im. Salomei Kruszelnickiej jest oazą wielbicieli  piękna i sztuki. Prezentuje wysoki poziom artystyczny, często też gości solistów z najsłynniejszych teatrów świata. Gmach został zbudowany w ciągu zaledwie trzech lat, w miejscu dawnego pałacu Gołuchowskich. Budowlę wzniesiono według projektu Zygmunta Gorgolewskiego Monumentalną, bogato zdobioną fasadę wieńczą trzy uskrzydlone rzeźby autorstwa Piotra Wójtowicza, alegorie sławy, dramatu i muzyki. Poniżej znajduje się tympanon, który wypełniają alegoryczne rzeźby dłuta Antoniego Popiela, przedstawiające wesołe i smutne strony życia. Pod tympanonem znajduje się loggia arkad podzielona kolumnami korynckimi. Z obu stron zamykają ją nisze z alegorycznymi wyobrażeniami tragedii i komedii.

Duże wrażenie robi wnętrze opery, do wykończenia którego wykorzystano wielobarwne marmury, mnóstwo szkła, kryształów i złota. Ważnym dopełnieniem są rzeźby i stiuki. Licząca ponad tysiąc miejsc widownia w kształcie liry ma cztery kondygnacje. Na suficie znajduje się przepiękny plafon. Największą ozdobą opery jest kurtyna autorstwa Henryka Siemiradzkiego, przedstawiająca siedzibę muz. Warto zwrócić uwagę na dzieło Jarosława Skakuna – popiersie legendarnej primadonny Salomei Kruszelewskiej, której imię od 2000 roku nosi opera. Słynna śpiewaczka spoczywa na Cmentarzu Łyczakowskim.  

Symbol dumy narodowej

Cmentarz Łyczakowski to panteon polskiej chwały, miejsce spoczynku naszych wybitnych rodaków, a jednocześnie piękny park w stylu angielskim oraz plenerowe muzeum z rzeźbami nagrobnymi. Cmentarz Łyczakowski z Cmentarzem Orląt Lwowskich należą do najważniejszych polskich nekropolii. Założony w 1786 roku na mocy decyzji władz galicyjskich. Mimo różnych dziejowych zawieruch do dziś zachował swój XIX-wieczny charakter. Doskonale wykorzystano naturalną rzeźbę terenu, wytyczając ścieżki o nieregularnym układzie. Znajdują się tu groby wielkich Polaków, ciekawe rzeźby czy najstarsze pomniki powstańców. Spoczywają tutaj między innymi: malarz Artur Grottger, poetka Maria Konopnicka czy pisarka Gabriela Zapolska, Jan Nepomucen Kamiński – twórca polskiego teatru we Lwowie, światowej sławy matematyk Stefan Banach, architekt Zygmunt Gorgolewski, historyk Zygmunt Kętrzyński, twórca i prezes Towarzystwa Naukowego we Lwowie Oswald Balzer, pułkownik Julian Ordon i wielu innych zasłużonych dla polskiej kultury. To miejsce o wyjątkowej wartości historycznej i kulturowej.

Integralną częścią cmentarza na Łyczakowie jest Cmentarz Orląt Lwowskich, na którym spoczywają trzy tysiące polskich żołnierzy. Prowadząca do niego droga jest oznakowana również w języku polskim. Las równo ustawionych krzyży jest symbolem bohaterstwa i młodzieńczych ideałów. W 1921 roku w drodze konkursu wybrano projekt Rudolfa Indrucha – studenta Wydziału Architektury Politechniki Lwowskiej. Jego projekt był darem dla poległych bohaterów. W 1934 oku odsłonięto pomnik Chwały Obrońców Lwowa, a w roku 1925 w Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie złożono przeniesione z Cmentarza Orląt prochy jednego z anonimowych obrońców Lwowa. 

Od kuchni

Świat kulinarny Lwowa jest bardzo atrakcyjny. Mieszają się tu m.in. wpływy kuchni ukraińskiej, staropolskiej, rosyjskiej, huculskiej, ormiańskiej. Koniecznie trzeba spróbować ukraińskiego barszczu, zupy solianki, zupy gulaszowej (czanachy) czy smakowitych pierożków z mięsem (pielmieni) zapiekanych w śmietanie. I oczywiście kwasu chlebowego, lwowskiego piwa oraz wódki (piercowki). Na degustację tych wszystkich specjałów zaprasza restauracja „Puzata Chata” przy ulicy Strzelców Siczowych 12. To dobre miejsce na odpoczynek, wystrój wnętrza jest niezwykle oryginalny, a ceny przystępne.

By zrozumieć miasto i jego mieszkańców, trzeba poznać miejsca, które są przesiąknięte przeszłością, w których przeglądają się rozczarowanie i nadzieja. Lwów posiada swój własny język oraz ponadczasowy subtelny styl. Wszystko tu wywołuje szczególne wrażenie, nie tylko smak wykraczający poza doznania zmysłowe, lecz także niezapomniana atmosfera tego miejsca. 

Sztuka kompozycji

Trudno dokładnie określić miejsce, jakie Lwów zajmuje w przestrzeni. Trudno jest go opisać jednolitym linearnym konturem, gdyż różnica form, koloru jest ogromna. Dlatego uwaga skupia się na jego wnętrzu, a obraz działa sam przez się i czaruje widza osobliwościami architektury, urokliwymi, wąskimi uliczkami, serdecznością mieszkańców. Emocje wyzwala nieodparty czar tego miejsca. I to niezależnie od tego, czy rozumie się opowiadaną historię, czy nie.

Jest miejscem wyjątkowym, wywołującym miłe sercu refleksje, które przepełniają duszę. Takie miejsca „To leje, do których przylegają wszystkie geograficzne, polityczne, moralne, intelektualne kierunki kraju, ku którym skierowane są wszystkie naturalne skłonności narodu; to, jeśli można tak rzec, źródła cywilizacji, a jednocześnie leje, w których bez przerwy, przez wieki, spadając kropla po kropli, skupiają się handel, przemysł, siła ducha mieszkańców – wszystko, co jest płodne, dające życie, wszystko, co jest duszą narodu”. (Victor Hugo).

Ewa Górska

 

aaa

 

zdrowie

 

Więcej tlenu  

Nie możesz złapać tchu? Walczysz o każdy łyk powietrza? Szybko się męczysz? Jeśli przydarza ci się to często, sprawdź, czy nie cierpisz na astmę. Choruje na nią 300 milionów ludzi na świecie. Według wstępnych na razie szacunków astmę może mieć już ponad 4 miliony Polaków. W krajach rozwiniętych to najczęstsze schorzenie występujące wśród młodzieży. 

Astma jest przewlekłym procesem zapalnym, który toczy się w oskrzelach. Powoduje on nadwrażliwość i oskrzela, nawet na niegroźny czynnik, reagują przesadnym skurczem. Nasze płuca można przyrównać do drzewa, którego grubymi konarami są oskrzela, a małymi gałęziami i liśćmi – oskrzeliki. Te ostatnie zawierają pęcherzyki płucne. Są to małe jamki, wyścielone jednowarstwowym nabłonkiem oddechowym. Przez niego odbywa się wymiana gazowa między krwią naczyń włosowatych a wdychanym powietrzem. Każdy z nas ma w obu płucach od 300 do 500 mln pęcherzyków. Powierzchnia oddechowa płuc człowieka to ponad 100 m kw. U osób zdrowych zarówno oskrzela, jak i oskrzeliki są drożne. U chorych na astmę przepływ powietrza przez jedne i drugie jest utrudniony z powodu ich stanu zapalnego. Powstają zmiany w błonie śluzowej, która robi się grubsza i obrzęknięta. Zaczyna się z niej sączyć wydzielina. Cierpiące oskrzela są podatne na każde, nawet niewielkie podrażnienie.

Są dwa typy astmy: alergiczna (inaczej atopowa) i niealergiczna. Pierwsza przeważa u osób młodszych, druga u starszych, po 65. roku życia. Alergie są ceną, jaką płacimy za pracę naszego układu odpornościowego, jego ciągłą gotowość do walki z prawdziwym lub domniemanym wrogiem. W tym drugim przypadku komórki odpornościowe przesadzają w swojej agresji, kierując atak na zupełnie niewinne cząsteczki (pyłki roślin, roztocza kurzu itp.). Oskrzela ulegają skurczeniu, zwiększa się wydzielanie śluzu. Stan zapalny, jaki temu towarzyszy w różnych częściach naszego organizmu, nie omija także dróg oddechowych. Jeśli ten stan utrzymuje się dłużej, można mówić, że jesteśmy zagrożeni astmą.

Ważne, by w porę rozpoznać jej początki. Z tym nie jest u nas najlepiej. Brak odpowiedniej diagnostyki powoduje, że wiele dzieci z astmą jest zupełnie niepotrzebnie leczonych antybiotykiem na różne formy zapalenia dróg oddechowych, co powoduje osłabienie ich układu odpornościowego. Nie jest bowiem prawdą, jak sądzą pediatrzy, że astmatyczne dziecko poznajemy po napadach duszności. U najmłodszych najczęstszym objawem tej choroby jest kaszel, głównie nocny, ale także po wysiłku czy wywołany nagłą zmianą temperatury otoczenia. Duszność jest ostatnim objawem, dzieci na ogół jej nie czują, ale mimo woli zmieniają swój tryb życia: unikają wysiłku i korytarzowych przepychanek w szkole, wolą siedzenie przed telewizorem lub komputerem. U dorosłych pierwszym sygnałem astmy jest zazwyczaj szybkie męczenie się. Ktoś wcześniej wchodził na piętro bez wysiłku, a teraz co kilka stopni musi odpoczywać.

Astma – podkreślają lekarze – wymaga, przynajmniej na początku, bardzo intensywnej edukacji pacjenta. Musi on zrozumieć, dlaczego choruje, i zaakceptować swoją chorobę. To gwarantuje sukces terapeutyczny. Osoby, z którymi lekarze rozmawiają mało albo wcale na ten temat, boją się usłyszeć trafną diagnozę. Astma kojarzy im się bowiem głównie z ciężką dusznością, częstymi pobytami w szpitalu, niemal z inwalidztwem. Tymczasem tak wcale nie musi być – przekonują specjaliści. Współcześnie leczenie astmy polega na podawaniu niskich dawek sterydów wziewnych, beta-mimetyków i leków antyleukotrienowych. Dzięki nim mniej więcej trzy czwarte pacjentów jest w stanie uzyskać kontrolę nad swoją chorobą. Bo pacjent najbardziej się boi tego, że choroba będzie go kontrolowała. Że będzie mu dyktowała, jak ma żyć, czego nie może robić, a w czym się musi ograniczać. Słowem – ta choroba uniemożliwi mu aktywność fizyczną i społeczną. A to nieprawda. Po rozpoznaniu astmy oskrzelowej pacjent otrzymuje odpowiednie leki, które pozwolą mu normalnie żyć. Ważne, by regularnie je stosował. Z tym nie zawsze jest dobrze. Najnowsze badania sprzed czterech lat mówią, że kontrola astmy sięga ledwie 20 procent. To oznacza, że pozostałe 80 procent chorych nie leczy się odpowiednio. Wina leży zarówno po stronie lekarzy, jak i pacjentów. Bywa, że ci pierwsi skarżącym się na brak tchu zapisują środki uspokajające, tłumacząc, że powodem ich oddechowego dyskomfortu jest zwykła nerwica. „Kaszlę od paru lat, co jakiś czas się duszę, odwiedziłem kilku lekarzy, ale żaden mnie dokładnie nie przebadał” – skarżą się pacjenci. Tymczasem najprostszym badaniem oceniającym drożność naszych dróg oddechowych jest spirometria. Sęk w tym, że aparat do wykonania tego testu ma tylko 2 tysiące spośród 11 tys. lekarzy rodzinnych. Niektórzy odsyłają więc swoich podopiecznych do specjalisty, np. pulmonologa, gdzie na wizytę trzeba czekać wiele tygodni. Zniechęca to mniej wytrwałych, tym bardziej że w przypadku astmy płuca nie bolą, a kaszel, zwłaszcza wśród palaczy papierosów, wydaje się normą.

Pełna kontrola astmy jest wówczas, gdy chory śpi spokojnie i nie wybudza się w nocy z powodu ataków, kiedy podejmuje aktywność fizyczną, którą lubi, kiedy zażywa leki doraźnie nie częściej niż dwa razy w tygodniu. Połowa pacjentów ma nie do końca kontrolowaną astmę, a aż jedna trzecia zupełnie niekontrolowaną, czyli objawy całodobowe wymagające codziennego wspomagania lekami rozszerzającymi oskrzela. To są chorzy z astmą ciężką, której się nabawili albo z powodu własnej niefrasobliwości, albo nieegzekwowania przez lekarza przepisanych pacjentowi działań. Ci ostatni nie są tu bez winy: zlecając np. choremu inhalatory, nie uczą, jak je stosować. Nierzadko więc cierpiący na astmę jest przekonany, że inhalacje, jakie wykonuje w domu, służą jego zdrowiu, a bywa odwrotnie, bo błędnie używa aparatu.

Chorych z astmą ciężką jest zaledwie kilka tysięcy. Wymagają oni szczególnej troski, bo ten rodzaj choroby niesie ze sobą poważne powikłania: prawie co drugi pacjent przynajmniej raz w roku trafia z ich powodu do szpitala. Astma ciężka atakuje z zaskoczenia, chorzy nie wiedzą, kiedy będą mieć kolejny atak duszności, który może być nawet realnym zagrożeniem życia. Aby tak się nie stało, w lecie bieżącego roku rozpoczęto ogólnopolską kampanię „Dotleń się wiedzą”. Jej celem jest poszerzenie społecznej wiedzy na temat tej choroby. Kampania ma nam pomóc zrozumieć, z jakimi problemami chorzy walczą codziennie i jakie są ich potrzeby. Chodzi m.in. o zapewnienie im dostępu do terapii, stałej opieki lekarskiej, edukacji, planu leczenia oraz możliwości kontrolowania choroby w domu. Ograniczenie swobodnego oddychania, uczucie lęku czy depresja są udziałem wielu osób cierpiących na astmę ciężką. Często zmuszone są do rezygnacji z pracy zawodowej, swoich hobby, spotkań towarzyskich. Ograniczenie aktywności życiowej, izolacja od otoczenia sprawiają, że mogą się czuć „niewidzialni” dla społeczeństwa.

Astma dopada nas zwykle przed czterdziestką, czyli w tzw. sile wieku. Jest chorobą nieuleczalną, ale postęp w łagodzeniu jej objawów i skutków jest ogromny. Dzięki temu możliwe są wieloletnie okresy remisji, w których nie ma żadnych dolegliwości. Warunkiem jest ścisłe przestrzeganie zaleceń medycznych.

 – Jeśli pacjent weźmie sobie do serca rady lekarzy, że nie wolno palić tytoniu, trzeba stosować profilaktykę antyalergiczną, regularnie brać leki, to możemy zdobyć złoty medal na olimpiadzie, być zawodowym żołnierzem, policjantem, piosenkarzem. Mam pacjentów ze wszystkich tych grup zawodowych. Oni cieszą się życiem – mówi dr n. med. Piotr Dąbrowiecki, przewodniczący Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP. Potwierdzeniem jego słów może być przykład norweskiej biegaczki narciarskiej, wielokrotnej mistrzyni świata – Marit Bjoergen, która choruje na astmę. W 2009 r. otrzymała pozwolenie na stosowanie leku o nazwie Symbicort, mimo że znajdował się na liście zakazanych środków Światowej Agencji Antydopingowej. Bjoergen ogłosiła to publicznie, budząc sensację. Dwa lata później Symbicort został usunięty z czarnej listy.

Lekarze i naukowcy przy pomocy różnych wynalazków próbują ułatwić życie osobom, u których układ oddechowy nie działa tak, jak trzeba. Ostatnio zrobiło się głośno wokół przenośnego spirometru o nazwie MySpiroo. Pozwala on regularnie wykonywać w domu badania objętości i pojemności płuc. Twórcą tego wynalazku jest kardiolog dr Łukasz Koltowski, absolwent Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i stażysta Foundation Programme w Szpitalu Johna Radcliffe`a w brytyjskim Oksfordzie. MySpiroo to opatrzona czujnikami elektronicznymi rurka, która bezprzewodowo współpracuje z aplikacją w smartfonie. Aby skontrolować stan swoich płuc i oskrzeli, trzeba z całej siły w nią dmuchnąć tak, jak robimy to podczas badań spirometrycznych w przychodni. Pomiary trzeba prowadzić regularnie. Dzięki temu lekarz może wyłapać sytuacje, w których zaostrzają się symptomy choroby. Techniczna interpretacja wyników odbywa się w smartfonie, ale to lekarz decyduje o ewentualnej zmianie terapii. MySpiroo istnieje obecnie jako działający, zaawansowany prototyp. Jeden z polskich funduszy inwestycyjnych, specjalizujący się w biomedycynie, podjął się sfinansowania przedsięwzięcia. Jeszcze w tym roku wynalazek ma przejść badania kliniczne. Po uzyskaniu certyfikatu urządzenia medycznego trafi do sprzedaży. Jeśli cena nie będzie zaporowa, może być szansą dla astmatyków i zmagających się z obturacyjną chorobą płuc (POChP).

BWO

 

aaa

 

ruszajmy się

 

Rozciąganie mięśni lub kształtowanie gibkości

Na temat rozciągania mięśni istnieje wiele teorii i mitów. Niektórzy uważają, że to zbędna czynność, która niewiele daje. Chciałbym więc przypomnieć o kilku zaletach rozciągania i przedstawić propozycje ćwiczeń dla każdego.

Rozciąganie mięśni powoduje bardzo wiele pozytywnych przemian oraz buduje ważną cechę naszego ciała – gibkość. Dobra gibkość to taki zakres ruchomości w stawach, który pozwala na nieskrępowane, swobodne ruchy. Elastyczność mięśni i ścięgien, którą budujemy wraz z rozwojem gibkości, zwiększa siłę mięśni, których sprężystość wykorzystywana jest przy ruchach dynamicznych (np. wyskok) czy cyklicznych (np. bieg), gdzie pewna część generowanej siły wytworzona jest przez elastyczność mięśni i ścięgien – efekt jest podobny jak w momencie, kiedy puścimy ściskaną sprężynę.

Rozciągać należy mięśnie rozgrzane wcześniejszymi ćwiczeniami. Zwiększa to podatność na rozciąganie i zmniejsza ryzyko urazu. Dlatego nie należy rozgrzewać się ćwiczeniami rozciągającymi, tylko dynamicznymi, które podniosą temperaturę naszego ciała, takimi jak np. bieg, jazda na rowerku. Jako pierwsze stosuje się ćwiczenia gibkości dynamicznej – różnego rodzaju wymachy, krążenia i skręty. Ćwiczenia te polegają na gwałtownym rozpędzeniu ciała bądź jego części w takim ruchu, którego przebieg pozwala uzyskać efekt rozciągnięcia. W tych ćwiczeniach mięśnie bardzo wyraźnie działają na zasadzie sprężyny – po ruchu rozciągającym następuje odbicie i dynamiczny ruch w przeciwną stronę (np. przy wymachach). Rozciąganie statyczne to klasyczne ćwiczenia rozciągające, w których szukamy takiej pozycji, aby dwa przyczepy rozciąganego mięśnia bądź grupy mięśniowej oddalały się od siebie. W takiej pozycji zatrzymujemy się i pogłębiamy ją zazwyczaj przez kilkanaście sekund. Te ćwiczenia należy stosować podczas przerw wypoczynkowych w czasie treningu. Przerwy powinny być aktywne, bezpośrednio po zakończonym treningu. Pozwalają one na rozluźnienie, znosząc powstałe podczas treningu napięcia mięśniowe, zastoje krwi i prostując poskręcane włókienka mięśniowe. Znacznie przyspieszają regenerację, a kolejny trening uczynią bardziej efektywnym. Dodatkowo, zwiększając elastyczność mięśnia, w znaczny sposób przeciwdziałamy takim kontuzjom, jak naciągnięcia i zerwanie mięśnia.

Brak ćwiczeń rozciągających – szczególnie przy treningu siłowym – prowadzi do stopniowego skracania mięśnia, a gdy ogranicza to ruchomość stawową, mówimy o przykurczach. Przykurcze mięśni mogą prowadzić do nieprawidłowego ustawienia stawów i nieprawidłowych ruchów, co z kolei może skutkować groźnymi kontuzjami i urazami, również stawów. Przy gwałtownych ruchach łatwiej nabawić się skręcenia czy zwichnięcia. Nawet podczas spokojnego treningu możemy doprowadzić do przeciążeń, które powodują bóle stawów. Ćwiczenia rozciągające mają na celu nie dopuścić do takiego stanu.

Istnieje wiele ćwiczeń rozciągających, które wypracowała praktyka sportowa. Wykorzystuje się współćwiczącego, różnego rodzaju przeszkody, barierki i podwyższenia, specjalne gumy i inne sprzęty, stosuje się wiele metod, jak streaching i PNF, które wykorzystują również statyczne napięcie mięśni.

Oto propozycja kilku ćwiczeń, które można zastosować po każdym treningu.

– Rozciąganie mięśni łydek w leżeniu przodem w podporze. Rozciąganie mięśni łydki polega na zbliżaniu stopy w stronę piszczela. Można to zrobić, wykorzystując ciężar ciała w leżeniu przodem w podporze. Opieramy ciężar ciała na dłoniach, następnie unosimy biodra w górę i wciskamy piętę wyprostowanej nogi w podłoże.

– Rozciąganie tylnej partii uda i ścięgien podkolanowych w klęku. Rozciąganie mięśnia dwugłowego uda polega na oddaleniu biodra od kolana. Najłatwiej to osiągnąć, gdy w klęku wyciągniemy wyprostowaną nogę w przód i oprzemy ją piętą o podłoże, stopa na siebie. W tej pozycji wystarczy zrobić lekki skłon (nie garbiąc się), kierując klatkę piersiową w stronę kolana.

– Rozciąganie mięśnia biodrowo-lędźwiowego w wypadzie. Jest to mięsień przebiegający w przedniej części biodra. Aby go dobrze rozciągnąć, należy wykonać wypad, czyli: bardzo duży wykrok, przednia noga ugięta, kolano znajduje się nad stopą, kąt prosty w stawie kolanowym; druga noga maksymalnie cofnięta. W tej pozycji prostujemy ciało i wypychamy biodro do przodu. Rozciąga się przednia część uda w górnej części nogi tylnej.

– Rozciąganie mięśni pośladkowych w siadzie i leżeniu. Pośladek odwodzi nogę w bok i w tył, jego rozciąganie polega na znalezieniu pozycji przeciwstawnej do jego funkcji. Najłatwiej to osiągnąć przy nodze ugiętej w kolanie. W siadzie prostym przestawiamy stopę nogi ugiętej na drugą stronę uda (krzyżujemy nogi) i mocno przeciągamy kolano w tę stronę, pogłębiając pozycję. W leżeniu ćwiczenie to polega na przyciągnięciu ugiętej nogi do ciała. Najlepszy efekt uzyskamy, gdy noga ta będzie dodatkowo odwiedziona (kolano na zewnątrz, stopa do wewnątrz – podudzie prostopadłe do linii ciała). Mniej sprawni mogą położyć stopę na udzie drugiej nogi i przyciągać ją w stronę klatki – jest to pozycja, w której nogi ułożone są jak podczas siadu „noga na nogę”.

– Rozciąganie mięśnia czworogłowego uda (przednia partia uda). Polega na oddalaniu biodra od kolana przy nodze maksymalnie ugiętej w kolanie. W staniu bądź leżeniu przodem złapać za stopę (lub kostkę) i przyciągnąć nogę wysoko do pośladka. Ważne, aby kolano nogi rozciąganej i nogi wolnej były blisko siebie, a biodro mocno wypychane do przodu.

– Rozciąganie mięśni przywodzicieli uda w siadzie. W siadzie łączymy podeszwy stóp, a ugięte kolana odwodzimy do boku. Wyprostowany tułów staramy się pochylić do przodu, a kolana popychamy łokciami w dół, w kierunku ziemi.

– Rozciąganie mięśni brzucha. Aby rozciągnąć mięśnie brzucha, należy wykonać skłon tułowia w tył. Najwygodniej zrobić to w leżeniu przodem w pozycji, w której na wyprostowanych ramionach unosimy ciało w górę, wyginając się w łuk, a biodra i nogi wciąż spoczywają na podłożu.

– Rozciąganie mięśni grzbietu. Po rozciągnięciu mięśni brzucha warto rozciągnąć również mięśnie antagonistyczne – mięśnie prostownika grzbietu, szczególnie część lędźwiową. Bardzo dobrą pozycją jest siad klęczny, w którym wyciągamy ramiona w przód i ciągniemy klatkę piersiową w dół.

– Rozciąganie mięśni naramiennych w podporze tyłem. Mięśnie naramienne, potocznie zwane barkami, dobrze rozciąga się w podporze tyłem przy ugiętych nogach. Wypychamy całe ciało w górę, a barki ciągniemy w dół. Od kolan do głowy staramy się wypychać ciało w górę, do linii prostej. Dłonie na podłodze skierowane w stronę stóp w linii pod barkami.

– Rozciąganie mięśnia trójgłowego ramienia. Rozciągnięcie tzw. tricepsa polega na uniesieniu łokcia do góry za głowę, dłoń należy skierować na plecy. W tej pozycji druga ręka łapie za łokieć i ciągnie w dół.

– Rozciąganie mięśnia dwugłowego ramienia. Przy tych mięśniach często sam wyprost łokci to za mało. Dlatego warto stanąć tyłem do uchwytu, np. barierki, i zostawić proste ręce za sobą. Łapiemy barierkę podchwytem, wykręcamy ręce do zewnątrz, a ciało wypychamy do przodu.

– Rozciąganie mięśni przedramion. Należy skorzystać ze ściany lub podłogi. Dłonie kierujemy w dół, dociskając nadgarstki do ściany tak, by złapać kąt prosty w stawach nadgarstkowych. Napieramy na ścianę. Aby wzmocnić rozciągnięcie, można delikatnie uginać łokcie.

– Rozciąganie mięśni szyi. Na koniec nie zapominajmy o mięśniach, które dźwigają i poruszają głową. Mimo że samą głową najczęściej nie wykonujemy żadnych ćwiczeń, to często mięśnie te napinają się i przykurczają. Należy dłońmi złapać za odpowiednią część głowy i lekko pomóc w pogłębianiu ruchu. Cały czas ciało jest wyprostowane, a barki nieruchome, tak by skłony lub skręty wykonywać tylko szyją. Skłon głowy w przód, łapiemy za tylną część głowy i ciągniemy lekko w dół, broda kieruje się w stronę klatki piersiowej – rozciągamy mięśnie karku. Następnie ruch odwrotny: skłon głowy w tył, łapiemy za brodę i oddalamy ją znacznie od klatki piersiowej – rozciągamy przednią część szyi. Skłony boczne, w których popychamy bok głowy w dół tak, by przeciwne ucho kierować w stronę barku. Skręt to ruch głowy wskazujący „nie”, ważne, by zrobić go spokojnie i obszernie.

Po rozciąganiu będziemy zrelaksowani, poczujemy lekkość w mięśniach. Dlatego istotne jest, by ćwiczenia te robić spokojnie, cały czas głęboko oddychając i skupiając uwagę na własnym ciele. Jeżeli po każdym treningu poświęcimy 10-15 minut na wyciszenie i kilkanaście ćwiczeń rozciągających, efekty będą bardzo szybko zauważalne. Naprawdę warto.

Krzysztof Koc

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Francuski goniec

W potocznej mowie szachistów pojęcie „francuski goniec” jest synonimem pasywnej figury przeznaczonej wyłącznie do pełnienia funkcji obronnych. Chodzi tu oczywiście o białopolowego gońca c8, który już od samego początku gry zostaje ograniczony własnym pionkiem:

Białe: Ke1, Hd1, Wa1, Wh1, Gc1, Gf1, Sb1, Sg1, a2, b2, c2, d4, e4, f2, g2, h2

Czarne: Ke8, Hd8, Wa8, Wh8, Gc8, Gf8, Sb8, Sg8, a7, b7, c7, d5, e6, f7, g7, h7

W zależności od wariantu debiutowego i planów gry obu stron losy francuskiego gońca bywają różne. Oto pełen wachlarz możliwości włączenia tej figury do gry:

 

Białe biją e4xd5 – goniec wychodzi na wolność

Po otwarciu przekątnej c8-h3 goniec przestaje być pasywny, chociaż białe mogą jeszcze utrudnić pełne jego uaktywnienie:

I. Nataf (2526) – J. Degraeve (2540)

Mondariz 2000

1.e4 e6 2.d4 d5 3.Sc3 Gb4 4.ed5 ed5 5.Gd3 Sc6 6.a3 G:c3+ 7.bc3 Goniec c8 ma otwartą drogę, ale najważniejsze na niej pola kontrolowane są przez przeciwnika 7...Sf6 8.Se2!? Po 8.Sf3 Gg4 9.h3 Gh5 10.0-0 0-0 francuski goniec stawał się pełnoprawną figurą  8...0-0 9.0-0 Sa5 Troską czarnych jest teraz, aby nie pozwolić na wymianę gońca za skoczka. Po 9...Gg4 10.f3 Gh5 11.Sf4 Gg6 12.S:g6 hg6 na szachownicy pozostawały dwa silne białe gońce na parę skoczków, co dla czarnych było niekorzystne 10.Sg3!? We8 11.We1 W:e1+ Po 11...Gg4?! 12.W:e8+ H:e8 13.f3 Gh5 14.Gg5 czarne wciąż miały kłopoty 12.H:e1 Ge6 Czarny goniec zadowolił się skromną placówką 13.He5! Sc6 14.He2 Można było przejść do lepszej końcówki: 14.Hg5 h6 15.Hh4 Sg4!? 16.H:d8+ W:d8 17.Wb1 b6 18.Gf4 14...Hd6 15.Gg5 Białe zachowały niewielką przewagę. 15...Gd7? Podstawienie pionka.  Po prawidłowym 15...Sd7 16.f4 f6 17.Gh4 Sf8 18.f5 Gf7 19.Hg4 z dalszym Sh5 białe wprawdzie wymuszały wymianę na h5, ale szanse czarnych na remis były znacznie większe 16.G:f6 H:f6 17.Hh5 g6 18.H:d5 Wd8 19.Se4 He7 20.Hg5 H:g5 21.S:g5 h6 22.Se4 b6 23.Sf6+ Kf8 24.We1 Sa5 25.f3 Ge6 26.Kf2 i białe zrealizowały przewagę w końcówce.

 

Czarny goniec walczy na przekątnej a8-h1

Ten sposób uaktywnienia gońca wymaga oddania białym centrum poprzez zabicie d5xe4. 

W. Topałow (2630) – R. Waganian (2640)

Nowgorod 1995

1.e4 e6 2.d4 d5 3.Sc3 de4 4.S:e4 Sd7 5.Sf3 Sgf6 6.S:f6+ S:f6 7.Gd3 b6 8.He2 Gb7 9.Gg5 Ge7 10.0-0-0 W tym wariancie plan z długą roszadą uważany jest za najbardziej niebezpieczny dla czarnych 10...Hd6 11.Se5 Atak na punkt f7 uniemożliwia czarnym ucieczkę króla na długą stronę 11...0-0 12.Kb1 Wad8 13.c4 h6 14.Gf4  14...H:d4!? Interesujące oddanie hetmana za wieżę, lekką figurę i pionka 15.Gh7+ K:h7 16.W:d4 W:d4 17.Ge3 We4 18.Sf3 Wd8 19.h3 Kg8 20.b3 a5?! Pozycja czarnych nie jest gorsza, ale wymaga energicznej gry. Po natychmiastowym 20...b5!? 21.cb5 Sd5 22.Wc1 Gf6 czarne miały silną inicjatywę  21.Wd1! Przy takim układzie sił na szachownicy wymiana wież jest korzystna dla strony „hetmańskiej” 21...W:d1+ 22.H:d1 b5 23.Sd2 Słabiej wyglądało 23.cb5 a4 24.ba4 Wb4+ 25.Kc1 Ge4 26.Sd2 Gg6 z aktywną grą czarnych 23...Wh4 24.f3 Wh5 25.Hf1 bc4 26.bc4 Wątpliwe było 26.S:c4?! Ga6 27.Hc1 Sd5, ale zasługiwało na uwagę 26.H:c4!? Gd6 27.Ha4 z dalszym Sc4  26...a4 27.Gf4 Wc5 28.Hd3 Wc6 29.a3 Ga6?! Więcej szans dawało 29...Se8!? z dalszym Sd6 30.Ge5 Gd6 31.Gb2 Wb6 32.Hc3 Gf8 33.Ka2 Sd7 34.Ha5 Sc5 35.Gd4 Sb3 36.S:b3 ab3+ 37.Kb2 Wc6 38.c5 Możliwe było też 38.Ha4 W:c4 39.H:a6 W:d4 40.K:b3 i wolny pionek białych jest bardzo niebezpieczny 38...Gc4 39.Ha8 Wa6? Niedoczasowy błąd. Po 39...Gd5 czarne stały tylko trochę gorzej 40.Hd8 Gd5 Na 40...Wc6 mogło nastąpić 41.G:g7 K:g7 42.Hd4+ 41.H:c7 f6 42.Hd7 Wc6 43.He8 Wa6 44.a4 Wa8 45.Hb5 Wd8 46.a5 Ga8 47.Gc3 Kf7 48.a6 Wd5 49.Hb8  1-0

B. Spasski – A. O’Kelly

San Juan 1969

1.e4 e6 2.d4 d5 3.Sc3 de4 4.S:e4 Gd7 5.Sf3 Gc6 6.Gd3 G:e4 7.G:e4 c6 W tym wariancie czarne szybko pozbyły się białopolaka, ale za cenę ścieśnionej pozycji 8.0-0 Sf6 9.Gd3 Sbd7 10.c4 Gd6 11.b3 0-0 12.Gb2 Hc7 13.Hc2 Wfe8 Możliwa była walka o centrum 13...c5!? 14.dc5 G:c5 15.a3 a5 16.Hc3 Ge7, ale otwarcie pozycji jest korzystne dla strony dysponującej  parą gońców 14.Wfe1 Gf8 15.Wad1 g6 16.Gf1 Gg7 Mury obronne czarnych są bardzo solidne. Można je przebić tylko poprzez d4-d5. Najbliższe posunięcia białych to manewrowanie i wyczekiwanie na najlepszy moment do tego przełomu 17.g3 Wad8 18.Gg2 Sh5 19.We2 Wc8 20.h4 Wcd8 21.Wde1 Shf6 22.Hc1 h5 23.Gh3 Sf8 24.Ha1 Teraz już grozi z dużą siłą 25.d5 24...Sg4 25.Gc3 Sh6 26.Hb2 Sf5 27.G:f5 gf5 28.d5!? G:c3 29.H:c3 cd5 30.Sd4! Osłabiona pozycja czarnego króla oraz możliwość szybkiego wyrobienia wolniaka na skrzydle hetmańskim dają wystarczającą rekompensatę za poświęconego pionka 30...Hd7 Ciekawe było skomplikowanie gry ruchem 30...f4!? np. 31.Sf5 d4 32.S:d4 fg3 33.fg3 Hc5 34.We4 Sg6 (Słabsze 34...e5?! 35.b4!) 35.Kg2 z ostrą pozycją 31.c5 Sh7 32.b4 a6 33.a4 Wc8 Nie wolno 33...H:a4?, bo 34.c6! bc6 35.Wa1 34.b5 ab5 35.ab5 Wf8 Wieża schodzi z linii „e”, aby uniknąć motywów ze związaniem pionka e6 (S:f5) 36.c6 bc6 37.bc6 Silny wolny pionek paraliżuje figury przeciwnika 37...Hd8 38.Wc1 Sf6 39.c7 Hd7 40.He3! Zwrot akcji. Teraz na celowniku jest król  40...Se4 (40…Se8!?) 41.f3 e5? Przegrywa szybko. Pewne możliwości obronne dawało oddanie skoczka: 41...W:c7 42.W:c7 H:c7 43.fe4 de4 44.Hg5+ Kh7 45.H:h5+ Kg7 42.fe4 f4 Nie ratowało 42...ed4 43.Hg5+ Kh7 44.H:h5+ Kg7 45.Hg5+ Kh7 46.ed5  43.gf4 ed4 44.Wg2+ i czarne poddały się (44...Kh7 45.He2 Hd6 46.H:h5+ Hh6 47.Hf5+ Kh8 48.Wc6)

 

Czarne próbują wymienić gońca na przekątnej a6-f1

Jest to bardzo popularna metoda rozwiązania problemu francuskiego gońca. Stosuje się ją w wielu odgałęzieniach debiutu.

J. Swiesznikow – J. Ehlvest

Leningrad 1984

1.e4 e6 2.d4 d5 3.e5 c5 4.c3 Hb6 Czarne nie wykonują naturalnego ruchu Sc6, bo chcą wymienić gońca na polu b5 5.Sf3 Gd7 6.a3 Gb5 Alternatywą jest uprzednie zabicie na d4. Po 6...cd4 7.cd4 Gb5 8.G:b5+ H:b5 9.Sc3 Ha6 10.Se2 Se7 11.0-0 Sg6 12.h4 h5 13.Gg5 Ge7 14.G:e7 S:e7 15.Wc1 Sbc6 16.Wc5, dzięki przewadze w przestrzeni, białe stoją trochę lepiej 7.c4!? G:c4 8.G:c4 dc4 9.Sbd2!? Dobre jest również 9.d5, np. 9...ed5?! 10.H:d5 Ge7 11.H:c4 9...Ha6 10.He2 cd4 11.S:d4 Gc5 12.S4f3 c3 Zasługiwało na uwagę 12...Se7 13.H:c4 H:c4 14.S:c4 Sbc6 z wyrównanymi szansami 13.Se4!? Białe nie chcą iść na równą pozycję po 13.bc3 H:e2+ 14.K:e2 Sd7 15.Se4 i decydują się poświęcić pionka 13...H:e2+ 14.K:e2 cb2 15.G:b2  Gra przeszła do końcówki, ale i tutaj przewaga rozwojowa białych rekompensuje stratę pionka 15...Sa6 16.Whd1 Se7 17.Wac1 b6 18.Sd6+ Dobre było również 18.Gd4!? G:d4 (18...G:a3? 19.Wa1) 19.Sd6+ Kf8 20.W:d4 18...Kf8?! Lepsze 18...G:d6 19.ed6 Sd5 20.G:g7 Wg8 21.Gd4 Kd7 22.Se5+ K:d6 23.S:f7+ Ke7 24.Se5 W:g2 25.Wg1, chociaż i tutaj, mimo braku hetmanów, czarny król czuje się zagrożony 19.Sg5 h6? Czarne liczyły na osaczenia skoczka na f7, ale źle policzyły wariant. Należało wybrać 19...G:d6 20.ed6 Sd5 20.Sg:f7 Wh7 21.Wc3! g6 22.Wf3 Ten przerzut wieży nie został przewidziany. Białe odzyskują równowagę materialną, zachowując inicjatywę 22...Kg8 (22...Kg7 23.Se4) 23.Gc1 Kg7 Lub 23...G:d6 24.S:h6+!? W:h6 25.ed6 24.S:h6 Wf8 25.W:f8 K:f8 26.Wd3 Sc6 i teraz wygrywało 27.Wf3+ Ke7 28.Sg8+! Kd8 29.Wf8+ Kc7 30.Wc8+. W niedoczasie białe zagrały słabiej 27.Sg4?! i wygrały dopiero w 41. posunięciu.

J. Emms (2485) – T. Straeter (2310)

Hastings 1995

1.e4 e6 2.d4 d5 3.Sd2 Sf6 4.Gd3 c5 5.e5 Sfd7 6.c3 b6 7.Se2 Ga6 8.G:a6 S:a6 Minusem tej wymiany jest zła pozycja skoczka oraz brak nacisku na punkt d4. Białe mogą więc bez problemów skierować figury do ataku na skrzydle królewskim 9.0-0 Ge7 10.Sf4 b5 W przypadku 10...0-0 mogło nastąpić 11.Hg4 cd4 12.cd4 Sb4 13.Sf3 Sc2 14.Wb1 Wc8 15.Sh5 g6 16.Gh6 We8 17.Sg7!? z ostrą pozycją 11.Hg4 g6 12.h4!? cd4 13.cd4 h5 Niedobre było natychmiastowe 13...G:h4? 14.S:e6 fe6 15.H:e6+ Ge7 16.H:a6 14.He2!? G:h4 15.a4 Ge7 16.ab5 Sc7 17.Sb3 Białe szukają szans również i na drugim skrzydle. Skoczek zmierza przez a5 na c6 17...Hb8 18.Sa5 H:b5 19.Hc2 Hb6 20.Sc6 Gc5!? 21.S:g6! Wg8! Po 21...fg6? 22.H:g6+ Kf8 23.dc5 H:c6 24.Wa3 czarny król wpadał pod matowy atak 22.Sf4 H:c6 23.b4 Sb5 24.Ge3 Wg4! 25.bc5 S:d4 26.G:d4 W:f4 27.Wfd1 Wf5 28.Wa5 S:e5 29.We1 Hc7 30.Wa6 Kf8?  Do tej pory czarne broniły się bardzo dokładnie i całkowicie wyrównały szanse. Po prawidłowym 30...Wg5! białe mogły liczyć tylko na remis. Oto możliwy wariant: 31.Hh7 Sf3+ 32.Kf1 S:d4 33.Hh8+ Ke7 34.H:a8 Hh2 35.W:a7+ Kf6 36.Hh8+ Wg7 37.Hh6+ Wg6 38.Hh8+ z wiecznym szachem 31.H:f5! Zaskakująca kombinacja 31...ef5 32.G:e5 Hd7 33.Wh6 Grozi 34.Gf6 33...f6 Lub 33...We8 34.Wh8+ Ke7 35.Gc3+  34.G:f6 Ha4 35.We7 1-0

 

W przypadku braku na szachownicy pionka f7 goniec może wejść do gry długą trasą przez d7-e8-g6(h5)

O. Korniejew (2465) – R. Knaak (2505)

Bad Woerishofen 1992

1.e4 e6 2.d4 d5 3.Sd2 Sf6 4.e5 Sfd7 5.Gd3 c5 6.c3 Sc6 7.Se2 cd4 8.cd4 f6 9.ef6 H:f6 Bardziej popularne jest 9...S:f6 10.Sf3 Gd6 Możliwe są uproszczenia i otwarcie drogi gońcowi poprzez 10...Gb4+ 11.Gd2 G:d2+ 12.H:d2 0-0 13.0-0 e5!? 14.de5 Sd:e5 15.S:e5 H:e5 16.Wad1, ale wtedy obiektem ataku białych będzie pionek d5 11.0-0 h6 12.Gc2 Więcej szans na uzyskanie przewagi debiutowej daje 12.Sg3 0-0 13.Gc2 Wd8 14.We1 Sf8 15.Se5! i nie wolno 15...S:e5? 16.de5 G:e5, bo 17.Sh5 12...0-0 13.Hd3 Wygląda groźnie, ale to tylko pozory 13...Wd8! 14.a3 Po 14.Hh7+ Kf7 15.a3 Sf8 hetman musiałby wracać do swojego obozu 14...Sf8 15.b4 Gd7 16.Gb2 b5 17.Gc3 17...Ge8 Goniec zmierza na g6, co całkowicie wyrównuje szanse 18.He3 Gg6 Słabsze 18...Gh5 19.Se5 19.Gb3 Jeśli 19.Se5, to 19...G:c2 20.S:c6 Wdc8 21.Se5 Sg6 19...Sd7 20.Wae1 We8 21.Sg3 Gf4 22.He2 a6 23.Se5? Niewłaściwy moment na ten ruch. Teraz inicjatywę przejmują czarne 23...Sd:e5 24.de5 Hg5 25.Gb2 Wad8 26.Sh1?! Gh5 27.f3 d4! 28.Sf2 Hh4 29.Sh3 (29.g3? G:g3) 29...Ge3+ 30.Kh1 S:e5 31.Hc2? Na dalszy ciąg partii wpłynął niedoczas, ale i po stosunkowo najlepszym 31.Wd1 Wc8 czarne dominowały na szachownicy  31...G:f3?! Dokładniejsze 31...S:f3 32.gf3 H:h3 33.He4 Sf7 34.f4 Sd6 35.He5 Sc4 36.G:c4 bc4 37.Wg1?! G:g1 38.W:g1 Hf3+ 39.Wg2 Hd1+ 40.Wg1 Hf3+ 41.Wg2 We7 42.Hf6? H:g2+  0-1

W wielu wariantach francuski białopolak przeznaczony jest też do pełnienia wyłącznie funkcji obronnych, co specjalnie nie przeszkadza w walce o wyrównanie. Przecież w niektórych wariantach obrony sycylijskiej (np. 1.e4 c5 2.Sf3 d6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 a6 6.Ge2 e5 6.Sb3 Ge7 8.Ge3 Ge6) czarny goniec e7 przypomina kolegę z d7 w obronie francuskiej i nikt na niego nie narzeka. Goniec c8 nie jest więc powodem do zmiany opinii o obronie francuskiej – solidnym i w pełni wartościowym debiucie.

Ryszard Bernard

 

 

 

aaa

 

szkolenie 

 

Gramy w warcaby

Oto dwie ciekawe partie z rozegranego niedawno w Karpaczu Polish Open 2016, który należy do cyklu turniejów Pucharu Świata w warcabach. W rozgrywkach uczestniczyli  zawodnicy Stowarzyszenia „Cross”. Poniżej przykład skutecznej gry w centrum.

Hanqing Zhao – Zenon Sitarz

Polish Open 2016, 05.09.2016 r., Karpacz

1. 32-28 19-23 2. 28x19 14x23 3. 37-32 10-14 4. 41-37 14-19 5. 35-30

Białe już w pierwszych ruchach określają swój styl gry, szukając zaostrzeń pozycji.

5... 5-10

Czarne wybrały inny wariant, ale mogły też przyjąć ostrą grę w wariancie: 5... 20-25 6. 40-35 5-10 7. 33-29. W perspektywie postawienie klina.

6. 40-35 10-14 7. 45-40 17-22 8. 50-45 11-17 9. 46-41 6-11

Gracze podsunęli swoje piony i czas na zaproponowanie przez białe typu pozycji, który zobaczymy na warcabnicy.

10. 30-25 1-6 11. 34-29 23x34 12. 40x29 19-23

Lepiej teraz rozwinąć swoje krótkie skrzydło: 12... 22-27 13. 31x22 18x27 14. 32x21 17x26.

13. 44-40 23x34 14. 40x29 13-19 15. 32-28 8-13

W takich momentach nie należy się wahać i trzeba zagrać ostrzej! 15... 16-21 16. 31-26 21-27 17. 37-32 11-16 18. 32x21 16x27 19. 29-24 19x30 20. 25x34 z inicjatywą czarnych.

16. 37-32 22-27 17. 31x22 18x27 18. 32x21 17x26 19. 41-37 11-17 20. 38-32

Nie pozwala czarnym na zbudowanie centrum ruchami 12-18 i 7-12.

20... 17-21

Zdecydowanie korzystniej: 20... 20-24 21. 29x20 15x24 22. 39-34 4-10 23. 34-29

10-15 24. 29x20 15x24 25. 45-40 12-18 26. 40-34 17-21. 27. 34-29 18-23 28. 29x18 13x22 29. 28x17 21x12. Czarne stoją na pewno nie gorzej. Trzeba uważać, by nie za szybko wejść w klasykę. 26... 18-23?

 

W danym układzie przy pomocy prostego poświęcenia białe zyskują sporą przewagę pozycyjną. 27. 37-31!! 26x37 28. 32x41 23x32 29. 34-29!! 13-18 30. 29x20 9-13 31. 20x9 3x14. Czarnego piona z pola 32 nie będzie łatwo obronić. Jeśli się to uda, to konsekwencją heroicznej obrony może być przeryw białych na długim skrzydle czarnych. 32. 42-37 18-23 33. 37x28 23x32 34. 48-42 13-18 35. 42-37 18-23 36. 37x28 23x32 37. 47-42 7-12 38. 33-29 12-18 39. 29-24 19x30 40. 35x24

21. 42-38

Powracając do zagrań w partii, dalej było:

21... 21-27 22. 32x21 26x17 23. 38-32

Białe ponownie wykorzystują wariant mocnych kolumn w centrum.

23... 7-11 24. 43-38 2-8 25. 47-42 17-22 26. 28x17 12x21

Czarne niepotrzebnie kierują swoje pionki na bandę, co okazało się dla nich dużą słabością w dalszej części partii.

27. 32-28 20-24 28. 29x20 15x24 29. 45-40 21-26?

Znów to samo, kierunek banda.

30. 40-34 24-30

Niepotrzebnie czarne skierowały się w drugą stronę krawędzi warcabnicy, przecież można było się obronić 30... 4-10 31. 34-29 10-15 32. 29x20 15x24 33. 39-34 24-30 34. 35x24 19x39 35. 33x44.

31. 35x24 19x30 32. 37-32 30-35 33. 36-31 26x37 34. 42x31 8-12 35. 48-42 12-17 36. 42-37 17-21 37. 49-44 21-26 38. 31-27 13-18

Na planszy pozostało po 10 pionów każdej ze stron. Pozycja jest jednak znacznie lepsza dla białych. Mają one 6 temp przewagi w rozwoju oraz zajęły centralne pola 27, 28 i kierują się w stronę pola 29. Czarne natomiast mają piony 26 i 35 na bandzie oraz bardzo pasywne ułożenie krótkiego skrzydła 6, 11, 16.

39. 34-29 3-8 40. 29-23 18x29 41. 33x24 8-13 42. 24-20

Białe, korzystając z unieruchomienia krótkiego skrzydła, próbują zmniejszyć mobilność czarnych na ich długim skrzydle.

42... 13-18 43. 38-33 14-19 44. 20-15 18-23??

Fatalny ruch przesądzający natychmiast o wyniku partii. 44... 9-14 45. 44-40.

Nie można: 45. 33-29 18-22 46. 27x18 35-40 47. 44x35 26-31 48. 37x26 16-21 49. 26x17 11x44 z remisem.

45... 35x44 46. 39x50 19-24. Pozycja już nie jest taka jasna. Białe wciąż utrzymują

sporą przewagę, ale widać już jakąkolwiek szansę obrony dla czarnych. 47. 50-44
14-19 48. 44-39 18-22 49. 27x18 26-31 50. 37x26 24-29 51. 33x13 16-21 52. 26x17 11x44.

45. 25-20 11-17 46. 39-34

I przed groźbą prostego uderzenia nie można się obronić. Za kilka ruchów czarne zostaną zmuszone wywiesić białą flagę.

46... 6-11 47. 34-30 35x24 48. 20x18 19-24 49. 44-39 17-21 50. 28-22 9-14 51. 18-13 14-19 52. 13-8 19-23 53. 37-31 26x17 54. 8-3 21x32 55. 3x49 24-30 56. 49-43 30-35 57. 39-34 11-17 58. 33-28 23x32 59. 43x3

2-0

Kolejna partia zobrazuje atak długiego skrzydła.

Ryszard Suder – Maarten Wichgers

Polish Open 2016, 05.09.2016 r., Karpacz

1. 34-30 20-25 2. 32-28

Istniała możliwość zaostrzenia partii już w jej początkowej fazie: 2. 30-24 19x30 3. 35x24.

2... 25x34 3. 39x30 16-21

Wyprowadzając słabego piona z pola 16. Na odpowiedź białych 31-26 spotykamy sięz wariantem omówionym w poprzednim numerze „Crossa”.

4. 30-25 21-26 5. 44-39 17-21 6. 50-44 11-16

Czarne słusznie wyczekują białe, które mają teraz problem z rozwojem swojego

długiego skrzydła.

7. 37-32 26x37 8. 42x31

Pozycja białych nie jest idealna. Niewyprowadzony pionek z pola 46, blokowany przez piona 41, świadczy o przeciążeniu długiego skrzydła. Następny ruch czarnych pomagał w rozwiązaniu tych niedogodności.

8... 21-26? 9. 41-37?

Białe nie wykorzystały szansy, by pozycyjnie wyrównać pozycję. Należało zagrać: 9. 32-27 26x37 10. 41x32 i następnie włączyć do gry odstającego piona z pola 46.

9... 6-11 10. 47-42 11-17 11. 31-27 19-23

Następujący wariant wydawał się lepszy: 11... 17-22 12. 28x17 12x21. Wiąże skrzydło i utwierdza słabego piona na 46.

12. 28x19 14x23 13. 33-28 9-14 14. 28x19 14x23 15. 39-33 10-14 16. 44-39 17-21

Czarne otrzymały bardzo perspektywiczną pozycję. Rozwinąwszy swoje krótkie skrzydło, jednocześnie związały długie skrzydło białych. Utrzymując w posiadaniu centralne pole 23, mogą wybrać między planem zagrania pozycji klasycznej (licząc na słabość piona 46) lub też plan zagrany w partii – atak długiego skrzydła białych.

17. 33-28

Białe atakami z pola 28 chcą pozbyć się piona 23 lub związać pozycję w centrum. Plan ten wydaje się słuszny w obliczu zagrożenia ze strony czarnych atakiem

pionka 27. Czy jednak białe zdążą utrzymać swoje długie skrzydło, zanim pozbędą się centralnego piona czarnych, okaże się w partii.

17... 5-10 18. 28x19 14x23 19. 39-33 10-14 20. 43-39 12-17

Przygotowanie do ataku piona 27.

21. 49-43 17-22 22. 39-34?

Czemu ma służyć budowanie kolumny 45-34? Spójnie 40-34 w celu późniejszego wybicia piona z 23. 22. 40-34 22x31 23. 36x27 7-12 24. 34-29 23x34 25. 39x30 12-17 26. 33-28 itd.

22... 22x31 23. 36x27 7-11 24. 33-28

24. 34-29 23x34 25. 40x29

Wybicie do centrum może doprowadzić do porażki. 25... 1-6! Pozycyjnie ruch wygląda nieatrakcyjnie, ale ze względu na taktyczne możliwości jakie niesie, pozwala czarnym myśleć o udanym ataku piona 27. Jeśli się pośpieszyć, to białe bez trudu bronią swoją pozycję. 25... 11-17 26. 33-28 4-9 27. 38-33 17-22 28. 28x17 21x12 29. 33-28.

26. 46-41

Oczywiście nie można: 26. 33-28 z powodu prostej groźby: 26... 26-31 27. 37x17 11x24.

26... 4-9 27. 41-36 11-17 28. 43-39 6-11 29. 29-23 18x29 30. 33x24 8-12 31. 35-30 2-8.

31... 12-18? Trzeba zachować czujność i cierpliwość, bo jeden błąd może zniweczyć cały plan ataku długiego skrzydła. 32. 24-19 13x35 33. 37-31 26x28 34. 38-33 21x32 35. 33x4.

32. 39-33 12-18 33. 45-40

Obrona pozycji przy tym wariancie też wydaje się bezskuteczna. 33. 33-28 14-20
34. 25x14 9x29 35. 28-23 8-12 36. 23x34 17-22 37. 38-33 22x31 38. 36x27 18-23!

39. 30-24 23-28!! Fantastyczne poświęcenie, które stawia kropkę nad i. 40. 33x22 12-17!! i nie ma jak się obronić.

33... 17-22 34. 40-35 22x31 35. 36x27 14-20 36. 25x14 9x29 37. 33x24 11-17 38. 30-25 8-12. Czarne muszą grać bardzo dokładnie, jeśli chcą zwyciężyć. 39. 38-33

17-22 40. 25-20 22x31 41. 20-14 13-19 42. 24x22 21-27 43. 32x21 26x39 44. 37x26. Czarne łatwo zwyciężą.

Wróćmy do głównego wariantu partii.

24... 4-10 25. 28x19 14x23 26. 38-33 11-17 27. 33-28 1-6! 

Standardowe zagranie w celu kontynuacji ataku piona. 27.

28. 28x19 13x24 29. 46-41 17-22 30. 41-36 22x31 31. 36x27 6-11 32. 34-30?

Nie należało przyjmować ofiary czarnych, tylko próbować obronić swojego piona z pola 27, a za nim i całe swoje długie skrzydło. 32. 43-38 11-17 33. 27-22!! Niespodziewana kombinacja ratuje pozycję białych. 33... 18x27 34. 34-29 24x33

35. 38x29 27x47 36. 29-24 47x20 37. 25x5.

32... 11-17 33. 30x19 17-22! 34. 40-34 22x31 35. 43-38 31-36 36. 34-29 10-14 37. 19x10 15x4

Czarne umocniły się w obronie swojego długiego skrzydła. Teraz pozostaje

im tylko przygotować poświęcenie do przerywu na długim skrzydle białych. Białe niewiele mogą zrobić w tej sytuacji.

38. 29-24 8-12 39. 25-20 12-17 40. 20-15 3-9 41. 45-40 18-23 42. 40-34 26-31

43. 37x26 36-41 44. 42-37 41-46 45. 34-30 23-28 46. 32x23 46x25

0-2

Damian Jakubik

 

aaa

 

kultura

 

Nie tylko we Lwowie…

„Ukraina zawsze była i jest pasjonującym krajem. Wszystko tutaj wydawało mi się i nadal wydaje większe, silniejsze, wyrazistsze… Trochę tak, jak tytułowy barszcz ukraiński, który nie jest cienkim buraczanym kompotem, a gęstą, składającą się z mięsa i warzyw potrawą” – tak Ukrainę opisuje Piotr Pogorzelski, dziennikarz, korespondent Polskiego Radia w Kijowie. Jego „Barszcz ukraiński” zdobył w ubiegłym roku nagrodę Ambasador Nowej Europy, przyznawaną przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu i Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku za najlepszą książką wydaną w języku polskim o tematyce wschodniej.

Zanim sięgniemy po tę publikację – a zapewniam Państwa, że sięgnąć warto – zastanówmy się, co wiemy o Ukrainie. Z czym nam się kojarzy? Jakkolwiek odpowiedzą Państwo na to pytanie, uważam, że Polacy mają dość mgliste pojęcie o sąsiadach ze Wschodu. I niestety – myślą raczej stereotypowo, najczęściej z wyższością.

Pogorzelski w swojej książce stara się nie wartościować, a opisywać Ukrainę taką, jaka ona jest. I myślę, że wychodzi mu to całkiem nieźle. Widzimy tu Ukrainę w trójwymiarze, taką na wyciągnięcie ręki. Widzimy sąsiadów z krwi i kości. Przez pryzmat polityki i historii podglądamy ich codzienne życie – gdy się bawią i pracują, biją i kochają, jedzą i piją, zaglądamy do wnętrza ich mieszkań, portfeli i serc. Ma się wrażenie, że przyglądamy im się przez szkło powiększające – bardzo wnikliwie, a przy tym z największą delikatnością.

Bardzo podoba mi się konstrukcja tej książki. Reportaże nie dość, że pełne są danych statystycznych, dat, nazwisk, to jeszcze przeplatane wywiadami z ukraińskimi intelektualistami. Uatrakcyjnia to lekturę i pogłębia relację, czyli tworzy naprawdę smaczny i sycący „barszcz”.

Dodatkowo, na zakończenie, autor serwuje nam deser: opinie Ukraińców – naukowców, historyków, dziennikarzy i artystów – na temat Polski. Co myślą o nas? Warto sprawdzić!

Książka „Barszcz ukraiński” Piotra Pogorzelskiego, wydana przez wydawnictwo Helion, dostępna jest również w formie e-booka (ePUB, mobi, PDF). Wydanie II zostało rozszerzone o dodatkowy rozdział – „Rewolucja godności” – opisujący i analizujący wydarzenia na Majdanie.

Barbara Zarzecka

 

Sprostowanie

W numerze 8/2016 miesięcznika “Cross” w podpisie fotografii ilustrującej artykuł „Walkerzy na podium mistrzostw” wkradł się błąd. Na zdjęciu z dekoracji znajdują się słabowidzące zawodniczki, od lewej: Monika Łojba, Małgorzata Adamiak, Barbara Wentowska, obok podium koordynator imprezy Józef Plichta. Ambitne Panie bardzo przepraszamy i życzymy dalszych sportowych sukcesów.

Redakcja