stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 1 (94) Styczeń 2013

ISSN 1427–728X

ROK XI

Nr 1 (94)

Styczeń 2013 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO-SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00–216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9,  tel.: 022 635 57 94

tel.kom. 668 764 654,
666 725 040

e–mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Teresa Dębowska

Redaktor naczelna

Anna Amanowicz

Zastępca redaktor naczelnej

Skład i opracowanie graficzne:

Wojciech Górski

Druk: Wydawnictwa Polskiego Związku Niewidomych Spółka z o.o

Miesięcznik dofinansowują:

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

http://www.pfron.org.pl/ftp/Loga/logo_PFRON_2011_r.jpg

Ministerstwo Sportu i Turystyki

Redakcja nie zwraca tekstów nie zamówionych

 

Spis treści:

Wybierajcie aktywność

AMA

Pora na showdown

Liliana Laske-Mikuśkiewicz

W Dadaju najlepszy Przemyśl

Wojciech Kopczyński

Warszawa gościła tancerzy

Teresa Dębowska

Ćwiczę sztukę wyboru

Anna Amanowicz

Wiadomości

Ruch to jego żywioł

Andrzej Szymański

Aktywni seniorzy

Andrzej Szymański

Milion kroków tego lata (II)

Konrad Dramowicz

Z grypą bez żartów

(BWO)

Sporty walki

Krzysztof Koc

Gramy w szachy 

Ryszard Bernard

Gramy w warcaby

Jan Sekuła

 

 

wydarzenia

 

Wybierajcie aktywność 

W naszym kraju wypadkom trwałego uszkodzenia rdzenia kręgowego ulegają 3-4 osoby dziennie. Najczęściej są to ludzie młodzi, mają od 15 do 30 lat. Trudno im wyobrazić sobie dalsze życie na wózku inwalidzkim. Czy takie osoby są do końca życia skazane na pomoc innych?

Okazuje się, że nie! Pierwsze treningi sportowe dla osób z uszkodzonym rdzeniem kręgowym, których celem było ich usprawnianie i usamodzielnianie, zaczęli
organizować Szwedzi. Pionierski obóz odbył się w 1978 r., a trzy lata później powstała formalna organizacja pozarządowa – stowarzyszenie Retryteringsgruppen for Aktive Rehabilitering. Bogate społeczeństwo szwedzkie zapewniało co prawda niepełnosprawnym ruchowo dostatnie życie, ale filozofia temu towarzysząca: zapłacić i zapomnieć, nie była do zaakceptowania, nie pozwalała bowiem powrócić takim osobom do pełnej aktywności. A one nie chciały być tylko biernymi obserwatorami toczącego się wokół nich życia.

Myśl, że powrót do społeczeństwa jest kwestią woli osoby niepełnosprawnej, że ludziom z uszkodzonym rdzeniem kręgowym trzeba stworzyć warunki do samodzielnego decydowania o sobie, dotarła do Polski. U nas sytuacja takich ludzi była nieco inna niż w Szwecji – problemem nie była nadmierna opieka, lecz jej brak. Szwedzi, realizując cel propagowania idei aktywnej rehabilitacji, przekazali nam swoje metody i pomogli we wdrażaniu ich w życie. W sierpniu 1988 r. odbył się pierwszy w Polsce obóz dla osób z uszkodzonym rdzeniem kręgowym. Prowadziło go 12 instruktorów szwedzkich oraz 18 polskich. Trzydziestu uczestników obozu dobrano tak, by w przyszłości sami mogli zostać instruktorami. Tam też zrodził się pomysł powołania w naszym kraju Grupy Aktywnej Rehabilitacji – w tym samym roku powstała również Fundacja Aktywnej Rehabilitacji FAR. Obecnie FAR, wspólnie ze Szwedami, przekazuje innym krajom polskie doświadczenia związane z aktywną rehabilitacją, m.in. Białorusi, Litwie i Ukrainie.

Jak to działa? Otóż instruktor pierwszego kontaktu FAR, który sam porusza się na wózku inwalidzkim, przyjeżdża do okaleczonej osoby do szpitala. Na własnym przykładzie pokazuje pacjentowi i jego rodzinie, że wózek nie jest wyrokiem. Namawia pacjenta do ćwiczeń fizycznych, informuje, jakie możliwości ma osoba po urazie, czego na pewno nie będzie w stanie wykonać, a co może robić samodzielnie. Instruktor pomaga również osobie po urazie dobrać pierwszy wózek. I, co równie ważne – nie zostawia jej po szpitalu samej sobie. Zaprasza na organizowany przez FAR obóz wprowadzający, na którym można nauczyć się wszystkiego, co pozwoli osobie niepełnosprawnej na większą samodzielność: ubieranie się, przesiadanie na wózek, pokonywanie barier architektonicznych, schodów, krawężników, stromych podjazdów. Uczestnicy obozu próbują też swoich sił w różnych dyscyplinach sportu: pływaniu, tenisie stołowym, łucznictwie, rugby, szermierce itp. Fundacja ma swoich przedstawicieli na terenie całego kraju. Dzięki temu po skończeniu obozu osoba niepełnosprawna ma dostęp do oferty zajęć regionalnych. Zajęcia te mają na celu wzmocnić i rozwinąć umiejętności, które były ćwiczone na obozie.

Żeby inwalida mógł poczuć się pełnoprawnym członkiem społeczności, niezbędna jest jego rehabilitacja i samorealizacja w sferze życia zawodowego. FAR oferuje m.in. kursy komputerowe i kurs prawa jazdy oraz szeroko rozumiane wsparcie w poszukiwaniu pracy. Organizuje warsztaty terapii zajęciowej. Fundacja nie ustaje też w promocji środowiska niepełnosprawnych. Służą temu m.in. pokazy możliwości sportowych inwalidów (choćby przy okazji Maratonu Warszawskiego), wystawy ich prac, koncerty, konkursy.

Rodzi się takie pytanie: – Po czym poznać, że proces przywracania do maksymalnej aktywności osoby po urazie został należycie wykonany? Jeden z podopiecznych FAR tak to ujmuje: – Chyba po tym, gdy nie bolą już natarczywe spojrzenia ludzi, nie zwraca się uwagi na klimat sensacji, gdy na wózku wchodzę do kina czy na koncert. Natomiast rodzi się chęć życia zgodnie ze swoimi marzeniami. Ja to osiągnąłem i w najwyższym stopniu zawdzięczam to Fundacji.

Z okazji Międzynarodowego Dnia Osób Niepełnosprawnych (ustanowionego przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w 1992 r.) w dniu 3 grudnia ubiegłego roku odbyło się w Sali Kolumnowej Sejmu RP spotkanie z osobami niepełnosprawnymi. Inicjatorami tego wydarzenia był Parlamentarny Zespół do spraw Osób Niepełnosprawnych i FAR, a prowadzili je, bardzo sprawnie i ciekawie: Katarzyna Rogowiec – wielokrotna medalistka paraolimpijskich igrzysk zimowych – i poruszający się na wózku dziennikarz Bartłomiej Skrzyński.

– Jesteście dzielni. Bo mimo waszych ograniczeń funkcjonujecie w codziennym życiu. Dajecie tym samym świadectwo nam wszystkim, że można być aktywnym w pracy, w rodzinie, w kulturze, w przestrzeni publicznej. Można z sukcesem uprawiać sport i zdobywać medale – tymi słowami otworzyła spotkanie marszałek sejmu Ewa Kopacz. I dodała: – Podział Polaków na sprawnych i niepełnosprawnych jest wyrazem niezrozumienia i nietolerancji. Przypomniała też, że 6 września br. Polska ratyfikowała konwencję o prawach osób z niepełnosprawnością, której istotą jest zapewnienie pełnego i równego korzystania z praw i podstawowych wolności człowieka wszystkim niepełnosprawnym.

Następnie marszałek Ewa Kopacz i prezes rady nadzorczej Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych Jarosław Duda wręczyli nagrody pieniężne, ufundowane przez PFRON, medalistom paraolimpiady Londyn 2012 (złoto – 20 tys. zł, srebro – 15 tys. zł, brąz – 10 tys. zł). Po tej radosnej części spotkania nastała dyskusja, w której głos zabrali: poseł Sławomir Piechota, Elżbieta Głogowska – prezes zarządu FAR, Monika Kuszyńska – wokalistka poruszająca się na wózku oraz osoby działające na rzecz środowiska. Mówili o swojej pracy, o dokonaniach, o tym, jak zmieniał się krajobraz naszego kraju dla niepełnosprawnych w ostatnich latach i jakie jeszcze zadania i problemy stoją przed środowiskiem. – Nie są tak ważne bariery, które spotykamy na swojej drodze – w podsumowaniu powiedział Sławomir Piechota. – Najważniejsze jest to, czy my w środku mamy siłę i chęć wyrwać się ze świata własnych stereotypów, własnych niemożności i barier.

Na zakończenie spotkania goście mogli wysłuchać minirecitalu Moniki Kuszyńskiej i obejrzeć dwie wystawy prac niepełnosprawnych laureatów konkursów plastycznych. Pierwsza poświęcona była tematyce sportowej, w drugiej dominowały „anioły Europy” – symbole polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. Dla chętnych była również możliwość zwiedzenia Sejmu z przewodnikiem

AMA 

 

Na początek

 

showdown

 

Pora na showdown 

Zawodnikom biorącym udział w II Mistrzostwach Stowarzyszenia „Cross” w Showdown (odbywały się w Obornikach Śląskich) z pewnością nie było zimno. Mimo trzaskającego mrozu na dworze, rozgrzani byli do granic możliwości. Nic dziwnego! Mnie również robiło się gorąco od samego patrzenia na ich grę.

Europa gra w showdown od lat kilkunastu, w Polsce ta dyscyplina zaczyna się dopiero rozwijać. – My swoją przygodę z nią zaczęliśmy dwa lata temu, po omacku – mówi Lubomir Prask, koordynator zawodów, trener kadry, prezes Uczniowskiego Klubu Sportowego „Sprint”, działającego przy wrocławskim Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym. – Nasz ośrodek został wyposażony w stół do gry. Ponieważ nigdzie w internecie nie mogliśmy znaleźć informacji na temat tej dyscypliny, wybraliśmy się do Niemiec, do człowieka, który właśnie tam ją rozpropagował. Powoli uczyliśmy się jej zasad. W październiku ubiegłego roku zaczęliśmy się zajmować tym sportem na poważnie.

Showdown jest czymś pomiędzy cymbergajem a tenisem. Stół okalają bandy, a piłka – w przeciwieństwie do tenisa – nie odbija się od stołu, tylko się po nim toczy. Zawodnik musi bronić swojej bramki i oczywiście strzelać gole. Tak jak w tenisie, każdy zawodnik ma dwie zagrywki, set gra się do 11 punktów – aby zwyciężyć, trzeba mieć 2 punkty przewagi. Różnica polega na tym, że za bramkę zdobywa się 2 punkty, jeden punkt zostaje przyznany, gdy przeciwnik popełni błąd.

O sukcesie w showdown decyduje słuch i refleks. Aby wyrównać szanse, wszyscy grają z zasłoniętymi oczami. Moją uwagę zwróciło to, że gra jest strasznie głośna. Czy ten hałas może mieć negatywny wpływ na słuch zawodników? Jeden z uczestników przyznaje, że spotkał osoby grające w showdown od dawna na arenie międzynarodowej, które narzekają, że słyszą nieco gorzej. Sędziowie turnieju twierdzą jednak, że większe zagrożenie dla słuchu stwarza chociażby dyskoteka. – Po wyjściu z niej jeszcze przez długi czas słychać w głowie szum i łomot. Tutaj niczego takiego nie ma. W grze ponadto dochodzą emocje, a zawodnicy przyzwyczajeni są do tego, że piłka wydaje dźwięk, i w ogóle nie zwracają na niego uwagi – dodaje Lubomir Prask.

– Ale, rzeczywiście. Piłka jest dość ciężka, wypełniona przez metalowe kuleczki. Uderzając o drewniane bandy stołu, powoduje duży hałas. Dla widza może to być bardzo nieprzyjemne. Ale proszę mi wierzyć, że jak się podąża słuchem za piłką, to nie odbiera się tego dźwięku w sposób negatywny. Niektórzy zawodnicy wręcz jednoczą się z tą piłką. Odczucia Elżbiety Mielczarek, zwyciężczyni mistrzostw kobiet, są dowodem, że pan Lubomir mówi prawdę.
– Pewnego razu odkryłam, że mimo zasłoniętych oczu widzę piłkę. Wiem, gdzie ona jest, z której strony zagra przeciwniczka. Podobno tak się czasem dzieje. W showdown nie trzeba używać dużo siły, człowiek się tak bardzo nie męczy. To jest najprostsza z gier! W ostatnie słowa tej młodziutkiej, niezwykle uzdolnionej zawodniczki, trudno uwierzyć. Sama zresztą przyznaje, że trenuje 2, a nawet 3 razy w tygodniu.

Do mistrzostw w Obornikach zakwalifikowało się 16 zawodników i 9 zawodniczek wyłonionych podczas turniejów eliminacyjnych. Kobiety i mężczyźni grali oddzielnie. Lubomir Prask jest zaskoczony poziomem osób, które trenują dopiero od wakacji, a już mają predyspozycje do tego, aby osiągać sukcesy. Największym objawieniem mistrzostw jest niewątpliwie 11-letni Wiktor Wójcik z Lublina. – Jest to bardzo młody człowiek, nie do końca jeszcze przygotowany psychicznie do takiej rywalizacji. Żeby dosięgnąć stołu, musi stać na specjalnym podeście. Ale zanosi się na to, że będzie dobry. Michał Wrzesiński, nauczyciel wychowania fizycznego w lubelskim Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Słabowidzących, twierdzi, że gra doskonale oddaje charakter jego wychowanka. Bo Wiktora, szkolnego rozrabiaki, jest ponoć wszędzie pełno. Ale tutaj potrafi się skupić i zagrać całkiem nieźle. – Z racji jego wieku, sama obecność na tym turnieju jest już wielkim sukcesem. Wiktor gra niekonwencjonalnie, nie czuje jeszcze respektu dla rywali. Bardzo chciałby już zdobywać najwyższe laury. Wiem, że te wyniki kiedyś przyjdą, jest bowiem bardzo ambitny.

Po raz drugi mistrzem gry showdown wśród mężczyzn okazał się Adrian Słoninka ze „Sprintu” Wrocław. Kiedyś zobaczył kolegów grających na szkolnym korytarzu. Postanowił spróbować swych sił i od razu mu się spodobało. Uważa, że gra wymaga dużej odporności fizycznej i psychicznej. – Najgorzej jest, gdy pomieszczenie, w którym znajduje się stół, jest źle przygotowane. Echo wtedy jest ogromne – ma się wrażenie, że piłka lata dookoła głowy.

Coraz lepszy w showdown jest kolega Adriana – Dawid Młodnicki. W Obornikach udało mu się zająć czwarte miejsce.

– Wcześniej grałem w piłkę nożną, ale dopiero po zetknięciu się z dźwięczącymi piłeczkami poczułem, że właśnie showdown może stać się moją mocną stroną.

Grzegorzowi Modrzyńskiemu na mistrzostwach nie udało się odnieść sukcesu. Showdown mu się podoba, ponieważ, jak twierdzi, jest to gra kontaktowa. Walczy się bezpośrednio z jednym przeciwnikiem.

Łukasz Skąpski z „Łuczniczki” Bydgoszcz sportowo rozwija się bardzo intensywnie. Uprawia wspinaczkę skałkową, jest też morsem. Showdown jednak podoba mu się najbardziej.

Ten sport w Polsce dynamicznie się rozwija i liczba osób chcących odbijać dźwięczącą piłeczkę stale rośnie. Grać mogą wszyscy, jednak największą popularność sport ten zyskuje wśród młodzieży, a w szczególności wśród wychowanków specjalnych ośrodków szkolno-wychowawczych, które są zaopatrzone w stosowne stoły do gry. Tam showdown stał się alternatywą dla spędzania wolnych popołudni. Poza tym, młodzi mają dobry słuch i refleks, tak potrzebne w tej grze. Oby ten pierwszy pozostał dobrym jak najdłużej.

Mistrzostwa Stowarzyszenia „Cross” w showdown

7-9.12.2012 r., Oborniki Śląskie

Mężczyźni

1. Adrian Słoninka, „Sprint” Wrocław

2. Patryk Iks, „Łuczniczka” Bydgoszcz

3. Tadeusz Sypień, „Sprint” Wrocław

4. Dawid Młodnicki, „Sprint” Wrocław

5. Łukasz Skąpski, „Łuczniczka” Bydgoszcz

6. Adam Wołczyński, „Sprint” Wrocław

7. Łukasz Byczkowski, „Sprint” Wrocław

8. Dariusz Struk, „Łuczniczka” Bydgoszcz

9. Wiktor Wójcik, „Ikar” Lublin

10. Grzegorz Modrzyński, „Sprint” Wrocław

11. Karol Romanowski, „Sprint” Wrocław

12. Zbigniew Murawski,     „Łuczniczka” Bydgoszcz

13. Franciszek Herman, „Łuczniczka” Bydgoszcz

14. Wacław Karczewski, „Ikar” Lublin

15. Tomasz Winkler, „Sprint” Wrocław

16. Sylwester Dołasiński, „Zryw” Słupsk

Kobiety

1. Elżbieta Mielczarek, „Sprint” Wrocław

2. Jolanta Szapańska, „Łuczniczka” Bydgoszcz

3. Aleksandra Chrzanowska, „Łuczniczka” Bydgoszcz

4. Gizela Kołodziej, „Sprint” Wrocław

5. Mariola Parobczak, „Warmia i Mazury” Olsztyn

6. Monika Szwałek, „Ikar” Lublin

7. Marta Woźniak, „Łuczniczka” Bydgoszcz

8. Marzena Domańska, „Syrenka” Warszawa

9. Ewelina Pawlewicz, „Łuczniczka” Bydgoszcz

Liliana Laske-Mikuśkiewicz

 

Na początek

 

strzelectwo

 

W Dadaju najlepszy Przemyśl 

Dzięki inwestycjom umożliwiającym swobodne rozgrywanie konkurencji strzeleckich ośrodek „Star-Dadaj” koło Olsztyna po raz kolejny zgromadził czołówkę polskich zawodników w strzelaniu pneumatycznym. Nowa sala gimnastyczna, która może pomieścić 12 stanowisk, była miejscem zmagań kobiet i mężczyzn w III Drużynowych Mistrzostwach Polski w Strzelaniu Pneumatycznym oraz w II Mistrzostwach Polski w Strzelaniu Pneumatycznym w Pozycji Leżącej.  

Jak zwykle, zarówno sprawy organizacyjne, które nadzorował Piotr Łożyński, jak i praca sędziego głównego Jerzego Kowalskiego, nie budziły zastrzeżeń i dobrze zapiszą się w pamięci. Również dobrze będą wspominane rekordy zawodów, utrzymujące w napięciu remisy i walka do ostatniego strzału.

Mistrzostwa drużynowe po raz ostatni zostały rozegrane w formule 4 mikst – każdy klub reprezentowało dowolnych czterech zawodników. W rywalizacji, bez podziału na płeć, oddawano po 40 strzałów. Mimo iż obecny system współzawodnictwa sprawdzał się, a wyniki czołowych zawodników i zawodniczek były porównywalne i przy wyborze kadry klubu nie było mowy o dyskryminacji ze względu na płeć, to jednak od przyszłego roku zawody drużynowe będą rozgrywane w oddzielnych kategoriach w trzyosobowych składach. Powinno to wpłynąć na promocję dyscypliny i skłonić kluby do zwiększenia liczebności zawodników na treningach.

Obecnie do rywalizacji stanęło dziesięć klubów. Ubiegłorocznego tytułu bronili zawodnicy „Karolinki” Chorzów. Rywalizacja była emocjonująca, gdyż po każdej serii zmieniał się lider. O laur zwycięstwa walczyły głównie trzy kluby: „Warmia i Mazury” Olsztyn, „Podkarpacie” Przemyśl i „Karolinka” Chorzów. O zwycięstwie drużyny z Przemyśla zadecydował wyśmienity wynik Adama Kielara; 398 punktów na 400 możliwych to nowy rekord Polski. Wyrównany skład ekipy z Olsztyna pozwolił jej zająć II miejsce. Ubiegłoroczni triumfatorzy uplasowali się na III pozycji. Ostatecznie barierę 1400 punktów przekroczyło łącznie 5 klubów (oprócz wyżej wymienionych były to słupski „Zryw” i „Morena” Iława).

Wyniki końcowe:

1. „Podkarpacie” Przemyśl 1506 p.
Małgorzata Musiałek, Józef Maraj, Krzysztof Paszyna, Adam Kielar

2. „Warmia i Mazury” Olsztyn 1499 p.
Janina Szymańska, Mieczysław Kontrymowicz, Benedykt Kubicki, Piotr Miś

3. „Karolinka” Chorzów 1487 p.
Aleksandra Janczek, Aleksander Krajewski, Adam Hibner, Krzysztof Bloch

4. „Zryw” Słupsk 1450 p.
Izabela Mirynowska, Piotr Staszewski, Damian Kisielewski, Zdzisław Ptasiński

5. „Morena” Iława 1408 p.
Alicja Tkaczyk, Zdzisław Brzydło, Roman Jagodziński, Eugeniusz Barszczewski

Równolegle do klasyfikacji drużynowej prowadzono klasyfikację indywidualną. Było to szczególnie istotne dla zawodników rywalizujących w całorocznym rankingu strzelców. Zainteresowani rankingiem mężczyźni startujący w KPN 60, w tym wypadku wszyscy, zmuszeni byli oddać dodatkowe 20 strzałów. Serie te wynikami bardzo zbliżyły do siebie czołowych zawodników. Ostatecznie o pierwszym miejscu decydowały dziesiątki wewnętrzne. Trafił ich aż 28 Adam Kielar i z wynikiem 592 punkty ustanowił nowy rekord, wygrywając równocześnie z Jerzym Załomskim. Pan Jurek ustąpił zwycięzcy tylko dziesiątkami wewnętrznymi. Trafiając 24 razy w środek tarczy, również uzyskał 592 punkty. Trzecie miejsce zajął Piotr Miś, zdobywając 576 punktów, za nim kolejno uplasowali się: Eugeniusz Barszczewski (570 p.) i Benedykt Kubicki (562 p.).

Panie, które startują w KPN 40, zachowały swój wynik z rywalizacji drużynowej. I tu również padł nowy rekord, a o miejscu II i III zdecydowały dziesiątki wewnętrzne. Aleksandra Janczek, zdobywając 394 punkty, trafiła 22 dziesiątki wewnętrzne. Gdyby była prowadzona klasyfikacja open, wynik Oli dałby jej III miejsce. Kolejne miejsca zajęły: Małgorzata Musiałek (376 p.), Anna Barwińska (z taką samą liczbą punktów, ale o jedną dziesiątkę mniej), Janina Szymańska (367 p.), Izabela Mirynowska (362 p.).

W drugim dniu trzydniowej rywalizacji rozegrano konkurencję strzelania leżąc. To najmłodsza konkurencja, której inauguracja nastąpiła w ubiegłym roku. Zawodnicy, siedząc na taboretach, opierają się łokciami o stolik. W trakcie rywalizacji mogą wspomagać się dodatkowym osprzętem, czyli pasami wzmacniającymi chwyt broni. Zarówno panie, jak i panowie oddają po 60 strzałów. Po zakończeniu wszystkich serii najlepsze ósemki rywalizują w ścisłym finale, w którym oddają 10 strzałów, ocenianych z dokładnością do 0,1 punktu. W superfinale broń ładuje się i oddaje strzał na komendę sędziego w czasie 45 s. Ocena następuje po zakończeniu każdej serii. To bardzo widowiskowa rywalizacja, pozwalająca śledzić jej przebieg zarówno kibicom, jak i zawodnikom. Przy wynikach równorzędnych rozstrzygana była na dziesiątki wewnętrzne, a prowadzona była, jak nietrudno się domyślić, pomiędzy Adamem Kielarem i Jerzym Załomskim. Przed superfinałem pan Adam zyskał lekką przewagę tylko w dziesiątkach wewnętrznych. Obydwaj pretendenci do tytułu mieli po 598 punktów. Po siódmym strzale finału znów był remis. Słabsza ósma kolejka Kielara (9,5) zepchnęła go na drugą pozycję. Wygrał Jerzy Załomski z 701 punktami, ustanawiając dodatkowo rekord Polski. Drugi był Adam Kielar (699,9 p.), trzeci Mieczysław Kontrymowicz (697,2 p.), czwarty Aleksander Krajewski (691,9 p.), piąty Piotr Staszewski (691,3 p.).

Rywalizacja pań, ze względu na większe różnice po sześciu kolejkach, nie była już tak zacięta. Aleksandra Janczek, faworytka zawodów, nie zawiodła i obroniła przewagę z eliminacji. Mimo ambitnej postawy, Bożenie Kruk nie udało się odrobić strat do Magdy Dudowicz. Jako czwarta rywalizację zakończyła Edyta Kazbeku przed Urszulą Normantowicz.

Analizując wyniki, warto podkreślić fakt, że zawodnicy całkowicie niewidomi, tacy jak Urszula Normantowicz, Aleksander Krajewski i Piotr Staszewski, mimo większego stopnia trudności związanego z celowaniem, prowadzili równorzędną walkę z kolegami i bardzo dobrze poradzili sobie ze stresem. Mistrzostwa wykazały stały wzrost poziomu sportowego zawodników, na co z pewnością złożyła się praca w klubach i centralne obozy szkoleniowe prowadzone przez ZKF „Olimp”. Kilkunastu naszych zawodników osiągnęło już poziom stawiający ich w czołówce europejskiej, a nawet światowej. Teraz tylko należy wzmóc starania, aby poprzez komitety krajów europejskich doprowadzić do wpisania strzelectwa do programu igrzysk paraolimpijskich w Rio de Janeiro.

Wojciech Kopczyński

 

Na początek

 

taniec

 

Warszawa gościła tancerzy 

W minionym roku Warszawa trzykrotnie gościła tancerzy niewidomych i słabowidzących – na kwietniowym turnieju „Syrenki”, na wrześniowym ogólnopolskim turnieju tańca sportowego i grudniowych mistrzostwach Stowarzyszenia „Cross”.  

Stolicę można określić kolebką tańca sportowego osób z dysfunkcją wzroku. W 2001 roku dyscyplinę tę powołali do życia pracownicy Stowarzyszenia „Cross” – ówczesna dyrektor biura Katarzyna Ołtarzewska i prezes Piotr Dukaczewski. Z ich inicjatywy w Warszawskim Klubie Kultury Fizycznej Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących powstała pierwsza sekcja tańca sportowego, która uruchomiła regularne treningi taneczne. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Począwszy od pierwszych mistrzostw Polski, które odbyły się w roku 2002 w Tomaszowie Mazowieckim, pary taneczne klubu warszawskiego wielokrotnie zajmowały miejsca na podium. Triumfy święcili: Sławomir Jeżowski i Anna Baranowska, Dariusz i Joanna Popławscy, Piotr Dukaczewski i Ewa Kaźmierczak, Adam Baranowski i Krystyna Szubartowska. W ostatnich latach do grona medalistów dołączyła para Jakub Woźniak i Alicja Pędowska. Klub warszawski włączył się również w organizowanie ogólnopolskich turniejów tańca. W kwietniu 2012 roku odbyła się dziewiąta edycja „Syrenki”, której niestrudzonym organizatorem jest Adam Baranowski.

On również zorganizował w ubiegłym roku pozostałe dwa turnieje – turniej wrześniowy i mistrzostwa Stowarzyszenia „Cross”. Gościny uczestnikom obu imprez tradycyjnie udzielił Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci Słabowidzących im. dr Zofii Galewskiej przy ulicy Koźmińskiej, oddając do ich dyspozycji salę do ćwiczeń. Miejscem zmagań turniejowych była szkoła przy ulicy Bartosika na warszawskim Gocławiu.

W turnieju wrześniowym bezkonkurencyjna była para z klubu „Karolinka” Chorzów – Marian i Janina Rośkowie. Chorzowianie czterokrotnie stawali na podium. Wygrali rywalizację w tańcach standardowych i latynoamerykańskich w kategorii senior zaawansowany i open.

Ogólnopolski turniej tańca sportowego

16.09.2012 r., Warszawa

Junior początkujący – Kombinacja 5T

    1. Cezary Skrzyński, Anna Borysiak „Syrenka” Warszawa

Senior początkujący – Kombinacja 5T

    1. Mariusz Zacheja, Klaudia Czarnecka „Syrenka” Warszawa

Senior średniozaawansowany

Standard-4

    1. Krzysztof Sydor, Wioletta Sulińska „Sprint” Wrocław

Latin-4

    1. Wojciech Walczyk, Grażyna Walczyk „Sprint” Wrocław

Senior zaawansowany

Standard-5T

1. Marian Rosiek, Janina Rosiek „Karolinka” Chorzów

Latin-5T

    1. Marian Rosiek, Janina Rosiek „Karolinka” Chorzów

Open

Standard-4

    1. Marian Rosiek, Janina Rosiek „Karolinka” Chorzów

    2. Dariusz Popławski, Joanna Popławska „Syrenka” Warszawa

    3. Adam Baranowski, Krystyna Szubartowska „Syrenka” Warszawa

Latin-4

    1. Marian Rosiek, Janina Rosiek „Karolinka” Chorzów

    2. Jakub Woźniak, Alicja Pędowska „Syrenka” Warszawa

    3. Adam Baranowski, Anna Baranowska „Syrenka” Warszawa

W grudniowych mistrzostwach dominowały pary warszawskie. W poszczególnych kategoriach ustąpiły one niewiele miejsc na podium parom z innych klubów. Jedynie w turnieju juniorów pierwsze i trzecie miejsce wywalczyli tancerze z „Łuczniczki” Bydgoszcz: Miłosz Jarlak i Aleksandra Chrzanowska oraz Mateusz Lewandowski i Ewelina Palewicz, w tańcach standardowych i latynoamerykańskich w kategorii senior średniozaawansowany mistrzami zostali Wojciech i Grażyna Walczykowie ze „Sprintu” Wrocław, a w open, w tańcach latynoamerykańskich, na trzecim stopniu podium stanęli Marian i Janina Rośkowie.

Najlepszą parą warszawską okazali się młodzi zawodnicy, robiący szybkie postępy – Jakub Woźniak i Alicja Pędowska. Wicemistrzami „Crossu” w tańcach standardowych, w kategorii open, zostali Dariusz i Joanna Popławscy, którzy we wrześniu ubiegłego roku spróbowali swych sił w programie tanecznym „Got to Dance” (Tylko Taniec).

– To była wspaniała przygoda – wspomina Joasia. – Już po obejrzeniu pierwszej edycji programu żałowaliśmy, że nas tam nie ma. Postanowiliśmy, że spróbujemy w drugiej. Wzięliśmy udział w pre-castingu, który odbył się w Warszawie w „Riwierze”. Zostaliśmy zaproszeni na casting, na którym wybierano po 8 osób do każdego z 5 odcinków. Nie przeszliśmy pomyślnie tej weryfikacji, ale udało nam się zaistnieć w telewizji i pokazać możliwości osób niewidomych i słabowidzących. Pozostaną też miłe wspomnienia i nieocenione doświadczenie.

Na grudniowych mistrzostwach Krystyna Szubartowska i Sławomir Jeżowski – dwoje tancerzy z klubu warszawskiego – zakończyli karierę w tańcu sportowym. Oboje na swym koncie mają wiele sukcesów tanecznych.

Krystyna jest najstarszą utytułowaną zawodniczką. Taniec sportowy uprawiała 11 lat. Treningi rozpoczęła w 2001 roku. Startowała w dziesięciu turniejach finałowych, zajmując wielokrotnie miejsce na podium wraz ze swym tanecznym partnerem Adamem Baranowskim. – Z Adamem tańczyło mi się bardzo dobrze. Wdzięczna mu jestem, że tyle lat ze mną wytrzymał – żartuje Krysia.

Sławomir Jeżowski tańczył przez wiele lat z Anną Baranowską, żoną Adama. – Tańczę już 11 lat, a dużo dłużej, bo 23 lata, uprawiam biegi długodystansowe. To wieloletnie obciążenie zaczęły już odczuwać moje stawy kolanowe. Lekarz zalecił je oszczędzać. W 2011 roku odszedłem na pół roku od tańca, uprawiałem jedynie biegi. Ale wciąż ciągnęło mnie na parkiet. Szkoda mi było tylu lat treningów i wspaniałych przeżyć turniejowych. Wróciłem więc ponownie do uprawiania tej dyscypliny. Okazało się jednak, że na krótko. Ból lewego kolana zweryfikował decyzję. Na grudniowych mistrzostwach „Crossu” postanowiłem definitywnie zakończyć przygodę z tańcem sportowym. W swym ostatnim turnieju wystartowałem jedynie w tańcach standardowych. Tańce latynoamerykańskie moja partnerka zatańczyła z mężem, z którym, po zakończeniu kariery przez Krysię Szubartowską, tworzyć będą parę taneczną na kolejnych imprezach.

Bardzo wzruszająca chwila nastąpiła po dekoracji medalistów – pożegnanie tancerzy z Krysią i Sławkiem. Adam Baranowski wręczył Krystynie piękny kosz kwiatów, a Alicja Pędowska zadedykowała im piosenkę z repertuaru Maryli Rodowicz. Oboje rozstali się z tańcem sportowym pożegnalnym walcem.

W niedzielę, 9 grudnia, uczestnicy zakończonych mistrzostw Stowarzyszenia „Cross” mogli wziąć udział w mikołajkowym turnieju integracyjnym dla par bezklasowych, który odbył się również w szkole przy ulicy Bartosika. Była to dla nich dodatkowa okazja do zweryfikowania swych umiejętności tanecznych.

Mistrzostwa Stowarzyszenia „Cross” w tańcu sportowym

7-9.12.2012 r., Warszawa

Junior początkujący – Kombinacja 5T

    1. Miłosz Jarlak, Aleksandra Chrzanowska „Łuczniczka” Bydgoszcz

    2. Cezary Skrzyński, Anna Borysia „Syrenka” Warszawa

    3. Mateusz Lewandowski, Ewelina Pawlewicz, „Łuczniczka” Bydgoszcz

Senior początkujący – Kombinacja 5T

    1. Mariusz Zacheja, Marika Łapińska „Syrenka” Warszawa

Senior średniozaawansowany

Standard-4

    1. Wojciech Walczyk, Grażyna Walczyk „Sprint” Wrocław

Latin-4

    1. Wojciech Walczyk, Grażyna Walczyk „Sprint” Wrocław

Senior zaawansowany

Standard

     1. Sławomir Jeżowski, Anna Baranowsk „Syrenka” Warszawa

Latin

     1. Dariusz Popławski, Joanna Popławska „Syrenka” Warszawa

Mix zaawansowany

Standard

    1. Jakub Woźniak, Alicja Pędowska „Syrenka” Warszawa

Latin

    1. Jakub Woźniak, Alicja Pędowska „Syrenka” Warszawa

Open

Standard-4

    1. Jakub Woźniak, Alicja Pędowska „Syrenka” Warszawa

    2. Dariusz Popławski, Joanna Popławska „Syrenka” Warszawa

    3. Sławomir Jeżowski, Anna Baranowska „Syrenka” Warszawa

Latin-4

    1. Jakub Woźniak, Alicja Pędowska „Syrenka” Warszawa

    2. Adam Baranowski, Anna Baranowska „Syrenka” Warszawa

    3. Marian Rosiek, Janina Rosiek „Karolinka” Chorzów

Teresa Dębowska

 

Na początek

 

alpinizm

 

Ćwiczę sztukę wyboru 

Na przykładzie dojrzewania Pawła Urbańskiego do wspinania się na najwyższe szczyty kontynentów, można prześledzić proces rodzenia się pasji. Zaczęło się w Norwegii, w United Word College (Szkoły Zjednoczonego Świata), w którym Paweł, jako pierwsza niewidoma osoba z Polski i trzecia na świecie, otrzymał stypendium. Dla ucznia z Lasek było to ogromne wyzwanie.

Na szczęście podjął je w norweskim college w doborowym towarzystwie i we wspaniałej atmosferze. – Poza sześcioma przedmiotami z matury międzynarodowej, musieliśmy sobie wybrać zajęcia pozaszkolne – wspomina Paweł. – Ja wybrałem wspinaczkę skałkową i pracę z fizjoterapeutami w dużym centrum rehabilitacyjnym. Do końca życia będę pamiętał pierwszą sesję wspinaczkową, taką próbną, dla zorientowania się, czy to mi się podoba. Pierwszego dnia padało i było bardzo zimno. Wchodziłem na ścianę ostrożnie, przejęty bardzo, gdy w pewnym momencie asekurujący mnie kolega, równie mocno spięty, kiedy nie był w stanie podpowiadać mi chwytów, krzyknął: – Tylko nie patrz w dół! To mnie rozbawiło i rozluźniło. Po tym pierwszym wejściu stwierdziłem, że w sumie da się. Dołączyłem do grupy wspinaczkowej. Wspinaliśmy się co tydzień w każdy piątek po południu.

Późną jesienią, kiedy spadł śnieg, grupa wspinaczkowa zaczęła uczyć się jeździć na nartach biegówkach. Paweł też. Miał na początku kilka wywrotek, ale powoli, powoli nabierał szlifu. Uczniowie z college’u każdego roku wyjeżdżali z programem artystycznym na zakończenie najstarszych na świecie zawodów narciarskich dla osób niepełnosprawnych – „Nocy rycerzy”. Zaproponowano Pawłowi i niewidomemu chłopcu z Hiszpanii, by tam wystartowali. Czasu na treningi było jak na lekarstwo – zaczęli w styczniu, by 1 kwietnia stanąć do walki. – Kiedy tego samego dnia zatelefonowałem do domu z wiadomością, że wygrałem główny bieg zawodów na 20 km, mama wybuchła śmiechem, jak po dowcipie primaaprilisowym – wspomina Paweł.
– Zdobyłem złoto na 10 km, złoto na 20 km i srebro w biatlonie. W tej trzeciej dyscyplinie sprawdziło się przysłowie, iż człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi.

Następnego roku również pojechał na „Noc rycerzy” – tym razem pokonał go Norweg, Pawłowi przypadło srebro. Wspinaczka i narty stawały się czymś ważnym. Osiemnaste urodziny obchodził w górach, w jamie śnieżnej.

W norweskim college wspinaczkę i jazdę na nartach Paweł traktował jak przygodę, bez parcia na wynik. Kilka lat później, w 2006 roku, kiedy zaliczał się już do studenckiej braci Uniwersytetu Gdańskiego (był pierwszym niewidomym absolwentem tej uczelni) i uprawiał judo, w czasie któregoś z treningów padło hasło: wybieramy się na Aconcaguę! Żądny przygody Paweł natychmiast je podchwycił. Dopiero chwilę potem przyszło zastanowienie. – Co to jest, gdzie to jest? – zapytał sam siebie. Tak tę reakcję zapamiętał Paweł. – Sprawdziłem. Aha, to całkiem duża góra, w Koronie Ziemi, 6 200 m n.p.m. Pojechać, wspiąć się – czemu nie?

Ameryka Południowa zaczęła mocno kusić, trochę też ta góra. Zaczął szukać patronów, sponsorów, przygotowywać się. Dobrą trampoliną stało się właśnie dżudo – trzy treningi w tygodniu, bardzo wytrzymałościowe, intensywne. I oto ostatniego dnia stycznia 2007 roku o 6.30 rano wyruszył pociąg do Warszawy, tam przesiadka na samolot. Nie było już odwrotu. Wyprawa na Aconcaguę się rozpoczęła. I ją właśnie, tę pierwszą, Paweł wspomina najmilej.

– Zaczęła się bardzo interesująco. Pierwszego dnia łatwe podejście, troszeczkę różnicy poziomów, nie za wysoko, dotarliśmy do 3200 m. Szło się dobrze, mówię sobie: – O, super! Wszystko gra! Zapaliła się iskierka – zdobycie góry jest w moim zasięgu. Pełny optymizm. Dam radę! Niestety, następnego dnia dobry nastrój zaczął się powoli ulatniać, aż całkiem zniknął. Drugi dzień tak mnie przeorał, że w okolicach 11 godziny marszu zacząłem pytać, czy helikoptery też tu dolatują. Zaczął uwierać plecak, gdzieżby go tu zostawić, a może by jednak zawrócić? Stawałem się zwłokami człowieka. Zatrzymaliśmy się trochę poniżej głównej bazy, przed taką dużą granią. Tam po raz pierwszy odczułem, co to znaczy wysiłek fizyczny. W Warszawie, nawet gdy mam dzień bardzo zabiegany (Paweł prowadzi dwie firmy i ma otwarty przewód doktorski), dopada mnie głównie zmęczenie psychiczne, jako efekt natłoku spraw. Tam, pod tą granią, zaznałem typowego fizycznego zmęczenia – nogi mi odpadały, pasków od plecaka nie byłem w stanie doregulować, ręce odmawiały posłuszeństwa. To trwa chwilę, potem się siada, czegoś się napije, wchodzi się do śpiwora i wówczas tak naprawdę pojawia się esencja wyprawy. Z jednej strony to ekstremalne wspinanie się na szczyt, z drugiej – prostota przedsięwzięcia. Jest śpiwór, jest ciepło, troszeczkę tylko wiatr śmiga po namiocie, jest świadomość, że w nocy, przy minus 35 stopniach, nie trzeba się ubierać – i tyle. To nie koło jest największym wynalazkiem człowieka, ale butelka do sikania. Człowiek uczy się w takich warunkach wartościowania rzeczy w różnych kontekstach. Dociera do niego, że ma prawo być dumnym z tego, co robi. Doszedłem przecież do wysokości 5600 m! Następnego dnia mieliśmy dzień odpoczynku. Plan był taki: wejść do bazy, przespać się i rozpocząć atak szczytowy. Kuba Jakubczyk, który szefował wyprawie, powiedział do mnie: – Słuchaj, czy na szczyt wejdziesz, to ja nie wiem, ale wiem, że próbować możesz. Masz parę i wytrzymałość. O 8.20 rano skręciłem prawe kolano. Za bazą było strome podejście, trochę było ślisko. Noga poleciała. Ściągał mnie helikopter. Czyli marzenie chłopaka o locie się spełniło. Wróciłem na dół. Na filmie z wyprawy, który robił Wojtek Ostrowski, widać, jak leżę na noszach, czekam na helikopter. I mówię do kamery: – Przypadki się zdarzają. Ten przypadek się akurat tu przytrafił. Pierwszy raz w życiu sobie skręciłem coś, ale mamy dobrą ekipę. To dosłowny cytat, który podsumował tę wyprawę. Wszedłem, gdzie wszedłem, był jakiś przypadek, ale była ta ekipa, byli fajni ludzie. Wspólne przedsięwzięcie, które nauczyło mnie przede wszystkim pokory.

Po roku szedł na Kilimandżaro. Wyprawa na najwyższy szczyt Afryki potwierdziła, że Paweł chce się wspinać. Czyli, że tę pierwszą wyprawę w góry nie spowodował słomiany zapał. Tym razem wszedł na sam szczyt. – Wiąże się z tym trochę zabawna historia – opowiada Paweł. – Cały czas szedłem za Kubą, szło się dobrze, bez problemów. Tyle, że gdy już było dosyć wysoko, czasami mnie troszeczkę przytykało. W pewnym momencie mówię: – Kuba, stop! Przystańmy! Pozwól, że wyrównam oddech. Nie, nie, nie – on mówi – podejdźmy jeszcze trochę. Więc idziemy, jakoś wytrzymuję, daję radę. W końcu zatrzymaliśmy się. Ucieszyłem się: będzie przystanek, odpoczniemy, herbaty się napijemy. A Kuba odwraca się do mnie i mówi: – Młody, jesteś na szczycie! Tu zaznaczam, że na szczycie Kilimandżaro jest taka wielka tablica, że ślepy by ją zauważył! Ludzie zaczęli nam gratulować. Dopadło mnie takie wzruszenie, że mówiąc do kamery, poryczałem się. To wówczas stwierdziłem, że jednak jest coś takiego w tych górach, że ciągnie na szczyty. Tak narodziła się pasja.

Podczas odpoczynku na Zanzibarze w pewnym momencie Marcin Kamiński i Kuba Jakubczyk, współtowarzysze Pawła, rzucili pomysł: – A może by tak pociągnąć tę Koronę Ziemi? Zaczęto snuć plany. Ale są plany i jest rzeczywistość. Góry uczą też wyborów. – Po Kilimandżaro w tym samym roku był Elbrus – mówi Paweł. – Tam po raz pierwszy musiałem podjąć decyzję, że wracam na dół. I to nie dlatego, że się tam, nie daj Boże, poturbowałem, tylko że się dalej nie dało iść. To było dla mnie straszne. Dywagowałem nad tą decyzją przez kilka dni. Czy dobrze robię, czy źle. To był 2008 rok.

Nadal ciągnęło w góry. Przyszedł 2009 rok, czyli Australia, Góra Kościuszki. Następnie udane przejście przez lodowiec na Spitzbergen. No i jeszcze raz Elbrus. Wówczas to Paweł stwierdził, że góry tak, ale nie jako jedyna rzecz, którą chce robić. Zaczął wszystko wyważać. W 2010 roku pojechał jeszcze na Mont Blanc. – Fajna wyprawa, przede wszystkim ze względu na udział w niej Leszka Cichego – wspomina. – Ta góra pod wieloma względami jest znacznie przyjaźniejsza dla podróżników niż Elbrus, wymaga jednak dobrego zorganizowania i doświadczenia. Góry płatają jednak figle. Mont Blanc jest stosunkowo niską górą, ale posiada tzw. pazur. Jak mnie po raz drugi ściągnął helikopter, wówczas z Blanca, to zapytałem sam siebie: – Czy to musi być wyczyn? Czy tempo zdobywania szczytów to była moja autonomiczna decyzja, czy wyszła raczej z mojego otoczenia? Czy muszę się pchać na każdą górę, nawet na taką, o której wiem, że pchać się na nią po niewidomemu nie ma sensu, bo to byłoby samobójstwo?

 We wrześniu 2010 roku Paweł zrobił sobie przerwę. Dojrzał do konkluzji, że turystyka górska z okazyjnym wyczynem – tak, sam wyczyn – nie. Tak to dzisiaj widzi i preferuje. Do tego trzeba jednak dojrzeć, dorosnąć. – Jeśli chodzi o wspinaczkę na Koronę Ziemi, trudno, przynajmniej mnie, traktować to turystycznie. Tam się jedzie po to, by wejść. Gdyby tak nie było, nie byłbym na Elbrusie dwa razy. Byłem dwa razy i dwukrotnie zawracałem. Za drugim razem byłem wyżej, ale też nie wszedłem. Teraz nauczyłem się, żeby emocje sobie dawkować. Bo każdy wyjazd jest super, daje dużo frajdy i dużo do myślenia. Ale daje też mocno w kość. Dwa razy miałem takie sytuacje, że ledwie uszedłem z życiem. Dziś jestem na innym etapie. Nie chcę traktować sportu wspinaczkowego i podróżowania jako sposobu na życie – wspinaczka ma być przyjemnością, frajdą. Historie z Aconcaguy, z Blanca czy Elbrusa wiele mnie jednak nauczyły. Sprawdziły jako człowieka i wyćwiczyły wytrwałość. Dały asumpt do twórczego i ambitnego działania. W 2007 roku założyłem swoją firmę. Różnie z nią bywało – były wyżyny, górki i dołki. Niedługo minie 5 lat i firma ma się dobrze. Lada dzień będę z kolegą startował z drugą. To tak jak tam wysoko w górach – były chwile, gdy nie miałem już siły, a potem jeszcze 4 godziny szedłem.

Teraz sposobem na życie Pawła jest informatyka, prowadzenie firm, doradztwo w różnych kwestiach, prelekcje, wykłady merytoryczne. Robi doktorat z informatyki, który wpisuje się w prowadzenie przez niego firmy informatycznej. W ciągu dwóch, trzech tygodni chce wystartować z agencją prelegentów. Zebrał sportowców, biznesmenów, ciekawych ludzi, takich, którzy pracą i wytrwałością weszli w swoich dziedzinach na szczyty. Czyli aktualnie „ma na głowie” dwie firmy, doktorat i… sięga też po pióro. Książka, nad którą pracuje, zawierać będzie relacje z podróży, jego refleksje, podpowiedzi, jak nie bać się próbować robić różnych rzeczy, jak wytrwale dążyć do spełniania swoich marzeń. A sport? – Przy takiej pracy jak moja – mówi – warto mieć zarezerwowane miejsce na wysiłek sportowy. Po to, żeby odpocząć, rozciągnąć się, żeby głowa stawała się lekka. Jest siłownia. Będzie również wspinaczka, ale jako coś ekstra, coś nieszablonowego – czyli przygoda. Jak pani widzi, cały czas ćwiczę sztukę wyboru.

Anna Amanowicz

 

Na początek

 

wiadomości

 

Bowling

Andrzejkowe granie

Kiedy zbliża się koniec listopada, wszyscy nasi bowlingowcy ciągną do Myszkowa Światowid. W dniach od 23 do 25 listopada 2012 roku mają ostatnią szansę w bieżącym sezonie na poprawę swoich osiągnięć i miejsca w rankingu. Szansa tym lepsza, gdyż kadra dopiero co skończyła kolejne zgrupowanie, a większość zawodników była po intensywnych przygotowaniach do niedawnych drużynowych mistrzostw w Tarnowie. Nie wszyscy jednak tę sposobność wykorzystali.

Nikt na kręgielnię nie może narzekać – rozbieżność wyników w poszczególnych grach była, co prawda, wręcz gigantyczna, ale u tych samych zawodników. Na jednym torze raz uzyskiwali niewiele ponad 100 punktów, by za chwilę znacznie przekroczyć 200. Z tego wynika, iż w dalszym szkoleniu powinno się zwrócić uwagę na umiejętność „czytania toru” i jego smarowanie, które zmienia się podczas gry. Naturalne jest wysychanie oleju, jak też jego rozciąganie przez toczące się kule. Sytuacja nabiera natężenia, jeśli na torze grają dwaj zawodnicy, np. praworęczni, używając tej samej linii rzutu. Można to zauważyć po analizie wyników z Myszkowa, gdzie często passa odmieniała się diametralnie po zmianie torów. Jednym wysychający tor sprzyjał, innych – pogrążał. O tym, jak wielką wartość ma wiedza i doświadczenie podczas gry w bowling świadczy fakt, że jedynie Mieczysław Kontrymowicz z „Warmii i Mazur” prawidłowo odszyfrował tory i tylko jemu udało się zagrać na dobrym poziomie (przekroczył 1000 punktów).

Największe niepowodzenia na „andrzejkowych” zawodach, koordynowanych przez Janusza Wróbla z klubu „Jutrzenka” Częstochowa, zneutralizowała całonocna zabawa. Świetny czas, by w tę magiczną noc przeanalizować wzloty i upadki w mijającym sezonie. W bowlingu czary bardzo by się przydały! Ileż to razy kula przeszła tuż obok kręgla? Ileż razy dziesiąty pin zachwiał się, lecz nie upadł?

Z nastaniem świtu tegoroczny sezon bowlingowy można było uznać za zakończony. Nowo wybrana i ukonstytuowana komisja bowlingowa (z Cezarym Dybińskim – przewodniczącym) może już snuć plany na przyszłość. Rok 2013 – w odróżnieniu od obecnego – będzie obfitował w wiele sportowych niespodzianek. Jedną z nich będą bowlingowe mistrzostwa Europy, które po trzyletniej przerwie zostaną rozegrane tym razem w czeskiej Pradze.

VIII Puchar Niepodległości w Bowlingu

9-11.11.2012 r., Lublin

Kobiety

        B1: 1. Karolina Rzepa („Łuczniczka” Bydgoszcz) 498 p., 2. Barbara Szypuła („Karolinka” Chorzów) 459 p., 3. Edyta Siwek („Jutrzenka” Częstochowa) 440 p.

        B2: 1. Danuta Odulińska („Morena” Iława) 864 p., 2. Mirosława Malcherek („Łuczniczka” Bydgoszcz) 855 p., 3. Janina Szymańska („Warmia i Mazury” Olsztyn) 820 p.

        B3: 1. Jolanta Pazurkiewicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 969 p., 2. Zofia Sarnacka („Warmia i Mazury” Olsztyn) 844 p., 3. Łucja Grochowska („Jutrzenka” Częstochowa) 825 p.

Mężczyźni

        B1: 1. Zdzisław Koziej („Hetman” Lublin) 729 p., 2. Tomasz Borkowski („Ikar” Lublin) 610 p., 3. Lesław Domin („Podkarpacie” Przemyśl) 564 p.

        B2: 1. Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1122 p., 2. Jan Smoła („Morena” Iława) 988 p., 3. Dominik Czyż („Warmia i Mazury” Olsztyn) 973 p.

        B3: 1. Cezary Dybiński („Warmia i Mazury” Olsztyn) 964 p., 2. Władysław Szymański („Omega” Łódź) 942 p., 3. Zbigniew Strzelecki („Karolinka” Chorzów) 933 p.

Piotr Dudek

 

Warcaby

Ćwierćfinał mistrzostw Stowarzyszenia „Cross” w warcabach

15-18.11.2012 r., Tuchola 

    1. Edward Podczasik („Atut” Nysa) 11 p.
2. Dariusz Szafran („Zryw” Słupsk) 10 p. 

    3. Ewa Grabska („Cross Opole”)10 p.

    4. Szymon Rękawek („Syrenka” Warszawa) 10 p.

    5. Stanisław Stańczak („Łuczniczka” Bydgoszcz) 9 p.

    6. Halina Jasińska („KoMar” Piekary Śląskie) 8 p.

    7. Aleksander Banaszkiewicz („Omega” Łódź) 8 p.

    8. Jerzy Maśko („Ikar” Lublin) 8 p.

    9. Bożena Dalecka („Zryw” Słupsk) 7 p.

     10. Krzysztof Kusowski („Jantar” Gdańsk) 7 p.

 

Szachy

Szachowa „drużynówka” w Mielnie

W ostatniej dekadzie listopada ubiegłego roku odbyły się w Mielnie drużynowe mistrzostwa Stowarzyszenia „Cross” w szachach. Turniej rozgrywany był w dwóch grupach.

W grupie A, pod nieobecność reprezentacji klubu „Warmia i Mazury” Olsztyn (wielokrotnego zwycięzcy rozgrywek drużynowych), pierwsze miejsce wywalczyła drużyna „Syrenki” Warszawa w składzie: Paweł Hagner, Piotr Dukaczewski, Rafał Gunajew, Michał Wolański i Adam Czajkowski. Kolejność pozostałych drużyn była następująca: 2. „Ikar” Lublin, 3. „Podkarpacie” Przemyśl, 4. „Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza, 5. „Jantar” Gdańsk.

W grupie B zwyciężył „Zryw” Słupsk przed „Łuczniczką” Bydgoszcz i „Tęczą” Poznań. Czwarte miejsce zajęli szachiści z „Atutu” Nysa, piąte – z „Crossu Opole”.

Z grupy A do B spadła drużyna „Jantaru” Gdańsk i nieobecna na turnieju reprezentacja klubu „Warmia i Mazury” Olsztyn, z grupy B – „Lajkonik” Kraków.

Do grupy A awansowały dwie pierwsze drużyny z grupy B.

 

Turniej szachowy w Londynie

 W dniach od 1 do 9 grudnia 2012 r. w stolicy Wielkiej Brytanii odbył się doroczny, silnie obsadzony otwarty turniej London Chess Classic. Wzięło w nim udział 235 szachistów z ponad 20 federacji, w tym trzech członków kadry Stowarzyszenia „Cross”. Bardzo dobrze wypadł w tej imprezie Rafał Gunajew. Nasz reprezentant pokonał m.in. silnych angielskich szachistów: arcymistrza Neila Mac Donalda (Elo 2454) oraz mistrza międzynarodowego Craiga Hanleya (2412). Dużym sukcesem był także remis z mongolskim mistrzem międzynarodowym Bayarsaikhanem Gundavaa (2530). Rafał Gunajew był przez cały czas w ścisłej czołówce turnieju i dopiero porażka w ostatniej rundzie (z Hamitevici) odrzuciła go na dalszą pozycję.

Wyniki końcowe:

1. am Hrant Melkumian (Armenia) 7,5 p.

2. am. Robin van Kampen (Holandia) 7,5 p.

3. am. Jonathan. Rowson (Szkocja) 7 p.

4. mm. Vladimir Hamitevici (Mołdawia) 7 p.

...

37. Rafał Gunajew 6 p.

65. Piotr Dukaczewski 5 p.

102. Jacek Stachańczyk 4,5 p.

Ryszard Bernard

 

Książki słabowidzących szachistów

W tym roku ukazały się dwie pozycje książkowe napisane przez słabowidzących szachistów. Emil Przewoźnik, reprezentujący klub „Łuczniczka” Bydgoszcz, napisał „Podstawy królewskiej gry w szachy” (książka dostępna jest w internecie), a Włodzimierz Bakalarczyk z łódzkiej „Omegi” jest autorem pozycji „Szachowisko łódzkie 1945-2010” – można ją kupić w niektórych księgarniach w Łodzi. 

 

Na początek

 

sylwetki

 

Ruch to jego żywioł 

Jest chłopem na schwał, choć nie wygląda na swoje 62 lata. Dałbym mu kilka lat mniej. Ma poczucie światła  z powodu retinitis pigmentosa. Do 33. roku życia nie przypuszczał, że ta wredna choroba zaatakowała jego siatkówkę. Coraz słabsze widzenie tłumaczył sobie astygmatyzmem.

 Piotr Dudek w 1974 roku ukończył Wydział Mechaniczny Akademii Rolniczo-Technicznej w Bydgoszczy. Pan inżynier pracował w wyuczonym zawodzie do 1984 roku. W rodzinnym mieście Włocławku nad Wisłą był kierownikiem stacji „Polmozbytu”, potem szefem służby taborowej w spółdzielni transportu wiejskiego, w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Handlu Wewnętrznego czekała na niego posada dyrektora technicznego. Ale wtedy ujawniła się choroba oczu. Przez następne lata samodzielnie prowadził jeszcze działalność gospodarczą, ale w 1997 roku poddał się. Przed oczami zaczęło się robić coraz ciemniej.

 Od dzieciaka Piotruś był bardzo ruchliwy. Grał w piłkę, koszykówkę, żeglował. Brat skończył studia na poznańskim AWF, a ojciec był prezesem klubu sportowego we włocławskiej „Celulozie”. I co ciekawe, starszy pan Dudek marzył o uruchomieniu kręgielni w swoim Włocławku. Ojciec, a może dziadek pamiętali bowiem czasy międzywojenne, kiedy w nieodległym Toruniu i Bydgoszczy było kilkanaście tego typu obiektów. Po wojnie komuniści je likwidowali, bo uważali tę dyscyplinę sportową (podobnie jak tenis czy brydż) za sporty elitarne, relikt sanacji. Młody nie wiedział, o co chodzi. Jaka kręgielnia?

 Młody Piotr „wychował” się w modelarni lotniczej. Konstruował samoloty, sterował nimi w powietrzu, ale jednocześnie marzył o samodzielnym lataniu. Przy zbyt słabym wzroku było to niemożliwe. Obowiązywały rygorystyczne badania lotniczo-lekarskie. Koledzy piloci po cichu realizowali te jego wizje, pozwalając na przejmowanie sterów w szybowcu czy samolocie. – Właściwie – mówi – przerobiliśmy cały program szkolenia dla pilota 3. klasy. Akrobacje w powietrzu pokazywał mi ówczesny mistrz Polski – dr Maksymowicz z AWF we Wrocławiu. Adrenalina szła w górę, gdy kręciliśmy korkociągi w czasie lotów w nocy, kiedy światła okolicznych miejscowości tańczyły pod samolotem, a przeciążenie wciskało w fotel.

Zaczyna się „Cross”

 Kiedy we Włocławku powstał, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, klub „Pionek”, niezbyt zainteresował pana Piotra. Głównie grano tam w warcaby i szachy, a jego te dyscypliny nie „kręciły”. Kiedyś, jeszcze jako widzący, zasiadł z całkowicie niewidomym do partyjki w Ciechocinku i w ciągu kilku minut przeciwnik wybił mu warcaby z głowy. Nie rajcowały go dyscypliny „krzesełkowe”. Na uroczystym posiedzeniu Zarządu Głównego PZN w Dadaju Stanisław Piasek namówił jego i Jadwigę Szuszkiewicz do wstąpienia do klubu „Morena” w Iławie. Piasek potrzebował bowiem ludzi do kajakowania i żeglowania. Przez kilka lat Dudek zdobywał solo, i razem z Jadwigą Szuszkiewicz w mikstach, medale dla klubu na mistrzostwach Polski w kajakarstwie.

 Kajakarstwo to było pierwsze zauroczenie Szuszkiewicz i Dudka. Wcześniejsze próby wspólnego tańca sportowego zakończyły się dosyć szybko. Ona była za dobra, a on – niekoniecznie. Nie kontynuowali tańców, bo coraz więcej czasu zabierały im od jesieni do wiosny kręgle i studia Jadwigi. Latem oczywiście kajaki.

 – Jak obliczyłem – mówi Piotr Dudek – to w ciągu kilku sezonów na spływach i obozach przygotowawczych do mistrzostw kraju przepłynęliśmy kajakiem ze dwa tysiące kilometrów. Rok bez machania wiosłem jest dla mnie stracony. Tu chodzi o wysiłek fizyczny, o zdrowie, o napęd do ruchliwszego życia człowieka pozbawionego wzroku. I co ciekawe, bardziej mnie rajcują spływy kajakowe niż rejsy żeglarskie. Jachting to dla mnie już teraz monotonia, choć wcześniej uwielbiałem żeglowanie i to nawet regatowe – podsumowuje wykład Piotr.

Zmiana klubów

W kręgle klasyczne Piotr grał w „Morenie” kilka lat. Zdobył nawet mistrzostwo Polski w kat. B1. W 2007 r. przeniósł się, a wraz z nim Jadwiga Szuszkiewicz, do olsztyńskiego klubu „Warmia i Mazury”. Po kolejnym sukcesie na MP, startował na mistrzostwach świata w kręglach klasycznych w Koszycach na Słowacji, ale bez większych sukcesów. Na mistrzostwach Europy w bowlingu w Helsinkach zajął 6. miejsce. W 2012 roku był piąty na kręglarskich mistrzostwach Stowarzyszenia „Cross”” w Brzesku, a w bowlingu wygrał mistrzostwa w Bydgoszczy.

 – Moja miłość szarpie się między tymi dwoma dyscyplinami, choć większe sukcesy ostatnio mam w bowlingu – mówi Dudek. – Podziwiam zarówno kręglarzy, jak i bowlingowców: Karolinę Rzepę, Zdzisia Kozieja, Anię Barwińską i Jadzię Szuszkiewicz, która na mistrzostwach w Celje minimalnie przegrała złoto. Natomiast bardzo dużym autorytetem jest dla mnie Mieczysław Kontrymowicz z Olsztyna. Ten człowiek pokazuje, jak wielką satysfakcję może czerpać osoba niepełnosprawna z uprawiania sportu. (O Mietku pisaliśmy w lutowym „Crossie”).

 Pan inżynier mechanik z Włocławka, oprócz pasji sportowej, ma jeszcze jedną – wynalazczość. Jeden projekt pod nazwą „Wielosilnikowy system napędu autobusów” dostał świadectwo ochronne z Urzędu Patentowego. Myśli o następnych – tym razem skierowanych do środowiska niewidomych. Ma również w komputerze opis nowego rozwiązania zbiornika retencyjnego. Małopolska już cierpi na brak wody. Nie za bardzo ma teraz czas na nowatorskie pomysły, bo zajmuje się zbyt wieloma sprawami. Dość regularnie pisuje do naszego miesięcznika. Niedawno założył Towarzystwo Pomocy Całkowicie Niewidomym „Kret”, które ma doprowadzić do właściwego statusu osób całkowicie pozbawionych wzroku. W reaktywowanym „Pionku” pragnie wspierać ludzi młodych i dojrzałych w ułatwianiu życia, we wciąganiu ich do aktywności sportowej i rehabilitacji poprzez ruch. Te dwie organizacje skupiają się w domu Piotra na „sosnowych” przedmieściach Włocławka. Po latach sportowej tułaczki w innych miejscach, wrócił na stare śmiecie. Mówi, że wszędzie dobrze, ale w domu, nawet ciasnym, najlepiej.

 – Czy nie za wiele nitek Pan pociąga? – pytam Piotra. – Być może, ale którą rzucić? Potrzebny jestem klubowi „Pionek”, choć tu mogą mnie zastąpić członkowie zarządu. Cały czas jednak pomagam im swoim doświadczeniem i umiejętnościami. Jestem prezesem stowarzyszenia „Kret” i to jest priorytet. Wraz z dwudziestką osób staramy się wspierać niepełnosprawnych podopiecznych, pokazywać im sfery aktywnego życia w społeczeństwie. A marzenia? Miałem fantastyczne momenty w sporcie, gdy na przykład z Jadwigą równocześnie wygrywaliśmy zawody w kajakach czy kręglach. Zresztą takich par w naszym Stowarzyszeniu jest kilka. Są Ziębowie z Kielc, Asia i Darek Popławscy z Józefowa koło Warszawy, są i inni. Nie odkryję Ameryki, gdy powiem, że najlepszą formą aktywizowania człowieka, oderwania od fotela i telewizji jest sport, ruch, rekreacja. A nam, niepełnosprawnym, jest to szczególnie potrzebne – podkreśla grubą kreską Piotr Dudek z Włocławka.

 Andrzej Szymański

 

Na początek

 

turystyka

 

 Aktywni seniorzy 

 Rok 2012 Unia Europejska ogłosiła „Rokiem Aktywności Ludzi Starszych i Solidarności Międzypokoleniowej”. Apelowała o zwrócenie uwagi opinii publicznej na wkład, jaki dla społeczeństwa wnoszą osoby starsze.  

Przejście na emeryturę nie oznacza, że człowiek nie ma już nic do zaoferowania. Wkład osób starszych w życie najbliższych – rodziców, małżonków, wnuków, czy w pracę o charakterze wolontariuszy, nie zyskuje jednak należytego uznania. Choć z drugiej strony, aktywność emerytów daje im samym szansę na „drugie życie”, powstanie z fotela, zdjęcie kapci i wyjście z domu. Na pomoc czekają osoby o słabszym zdrowiu i niepełnosprawni. W 2010 roku w 27 krajach UE mieszkało 30 proc. ludzi w wieku ponad 50 lat.

 Krakowski Klub Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących „Lajkonik” podjął projekt skierowany do osób starszych, czyli mających ponad 50 lat (jeszcze sto lat temu pięćdziesięciolatkowie określani byli jako zgrzybiali starcy), które chcą pomagać osobom z dysfunkcją wzroku. Hasło krótkie: „Senior-asystent w turystyce osób niewidomych”. Andrzej Żugaj, koordynator projektu – mówi: – Pomysł zafundowało nam życie. Na podstawie doświadczeń z poprzedniego programu stwierdziliśmy, że „wzięci z ulicy” wolontariusze nie mają pojęcia, jak się opiekować i pomagać ludziom niewidomym. Oni się bali kontaktu z taką niepełnosprawnością. Trudno mi z imienia i nazwiska podać twórcę pomysłu. Został on opracowany wspólnie na posiedzeniu zarządu klubu „Lajkonik”, posiłkując się poradami psychologa i pracowników Babiogórskiego Parku Narodowego.

Poligon Babia Góra

 W dwuetapowych warsztatach wzięło udział 40 seniorów (osób widzących) i tyle samo z dysfunkcją wzroku. Obie edycje miały miejsce w Zawoi (jedna z najdłuższych wsi w Polsce – 18 km), u podnóża Babiej Góry. Program podzielono na dwie części – teoretyczną i praktyczną. Przez pierwsze pięć dni kandydatom na asystentów przekazywano wiedzę o dysfunkcjach wzroku (poruszali się po domu wczasowym „Jędruś” w goglach na oczach), technice prowadzenia się niewidomego na szlaku turystycznym, podstawach pierwszej pomocy, aspektach psychologicznych przewodnika. W drugiej części, na warsztatach, zdobywano praktyczną umiejętność asystentury. Seniorzy „testowali” ją wspólnie z niewidomymi. Spacerowano po ścieżkach dydaktycznych, wdrapywano się na Babią Górę (tylko w sierpniu, bo opady śniegu u progu zimy uniemożliwiały wejście na szczyt), zwiedzano obiekty turystyczne, muzea. To był praktyczny sprawdzian dla asystentów-przewodników.

 Nabór na warsztaty na stronie „lajkonikowej” ogłoszono dość późno, więc w ciągu tygodnia skończyły się zapisy. Trafiła się osoba – asystent z ograniczonym widzeniem, a taki nie powinien się znaleźć w Zawoi. „Wypadek przy pracy” – tłumaczą organizatorzy.

 Doskonałymi nauczycielami okazali się dr Tomasz Pasierbek i jego imiennik – Tomek Urbaniec – pracownicy Zespołu Udostępniania do Zwiedzania i Edukacji Babiogórskiego Parku Narodowego. Ten pierwszy jest kierownikiem zespołu. Spotkaliśmy się w Muzeum BPN, kiedy grupa, po zejściu ze ścieżki edukacyjnej im. Wawrzyńca Szkolnika, w przepięknym zimowym krajobrazie zwiedzała obiekt.

– Podobnych ścieżek, które pokazują dziedzictwo kulturowe i walory przyrodnicze, mamy kilka w parku. BPN jest niewielki obszarowo, tylko pieniński i ojcowski są za nami. Rocznie na Babią Górę wchodzi od 60 do 100 tysięcy ludzi. To niewiele w porównaniu z Tatrzańskim Parkiem Narodowym, ale tam turystyczne szlaki są rozbudowane, a szczytów do zdobycia – dziesiątki. U nas praktycznie ruch odbywa się na trasie schronisko w Markowych Szczawinach lub przełęcz Krowiarki na szczyt. Są takie dni latem, że kilkaset osób wchodzi lub schodzi z Babiej. Tłok! Ta góra, najwyższa w Polsce poza tatrzańskimi wierchami, jest niebezpieczna. Różnica wysokości od miejsca startu do mety wynosi od 700 – 1200 metrów w pionie, więc różnica temperatur zbliża się do 10 stopni. Często zmieniają się warunki pogodowe: słońce, burza, ulewa, śnieżyca, mgła. W każdym sezonie przynajmniej raz w tygodniu interweniują goprowcy ze schroniska w Markowych Szczawinach – opowiada „duży” Tomek.

Inwalidzi wzroku zwiedzający muzeum mogli zapoznać się z „obrajlowioną” mapą plastyczną masywu, z wypchanymi eksponatami zwierząt, z nagraniami odgłosów ssaków i ptaków zamieszkujących Babiogórski Park. Utrwalali sobie tę wiedzę podczas prelekcji poprowadzonej w „Jędrusiu”. To był swoisty quiz-zgadywanka, trzeba było dopasować „mowę” różnych gatunków do ich nazwy. Uczestnicy przeważnie „trafiali w dziesiątkę” i po ryku czy śpiewie odgadywali: wilka, niedźwiedzia, rysia, głuszca, skowronka, sikorkę czy dzięcioła.

„Mały” Tomek, czyli Urbaniec, od 14 lat jest pracownikiem działu edukacji BPN.

– Mamy podpisaną umowę o współpracy z klubem „Lajkonik” i w jej ramach prowadzimy zajęcia dla grup osób niewidomych. Od pięciu lat nasze obiekty, czyli muzeum i zapachowy „Ogród Zmysłów”, odwiedzają ludzie niepełnosprawni.

 Podczas wycieczki autokarowej do Suchej Beskidzkiej i do Wadowic wykazał się darem przewodnickiej elokwencji. Gdyby nie on, nie dowiedzielibyśmy się, że w ostatnią wędrówkę po Beskidach we wrześniu 1978 r., jeszcze jako kardynał, wybrał się Karol Wojtyła na szlak ze Skawicy do przełęczy Kubalonka. Miesiąc później był już papieżem Janem Pawłem II. Na pamiątkę tej wędrówki przed kościołem w Skawicy stanął jego pomnik. W zamku w Suchej Beskidzkiej, zwanym „małym Wawelem”, role przewodnika po muzeum miejskim objęła pani Monika. Muzeum istnieje od pięciu lat. „Małym Wawelem” od 1554 roku władali Suscy herbu Szaszor, Komorowscy h. Korczak, Wielopolscy h. Stary Koń (najdłużej w historii, bo od 1665 do 1843 roku), potem Braniccy h. Korczak, a na koniec, do 1939 roku – Tarnowscy h. Leliwa. W czasie okupacji zamek uszanowali Niemcy, mieścił się tu posterunek Grenzschutzu (na Skawie była granica między Generalną Gubernią a III Rzeszą). W 1945 r. Armia Czerwona ogrzewała się w zamku zerwanymi parkietami i meblami, potem komuna urządziła tam magazyn, następnie szkołę. Zapuszczony obiekt zaczął dopiero odżywać kilka lat temu. Największe wrażenie na zwiedzających wzbudziła izba tortur i w miarę szczegółowy opis narzędzi kar w wykonaniu pani przewodniczki. Nie wgłębiając się w szczegóły, uczestnicy dowiedzieli się nieco o kołysce Judasza, urządzeniu do wypruwania jelit, klatce hańby (umieszczano w niej niewierne żony), hiszpańskich butach, zgniataczu głowy, krześle czarownic, kajdanach, szczypcach, dybach (sześć dni bez jedzenia i picia). Z ulgą opuszczaliśmy ten przybytek, udając się dla uspokojenia nerwów na grzańca do karczmy, która „Rzym” się nazywa.

Asystenci i niewidomi

Na drugim turnusie warsztatów (26 listopada – 5 grudnia) było 20 uczestników, w większości panie, przeważnie z Krakowa. Zupełnie przypadkowo spotkali się ze sobą panowie – 62-latkowie: Ryszard Stachowiak i Jerzy Kasperczyk. Ten pierwszy pochodzi z Kudowy Zdroju i jest osobą widzącą. O warsztatach dowiedział się od swej słabowidzącej córki. A ponieważ był kiedyś przewodnikiem po Górach Stołowych, zgłosił się na asystenta. Na dworcu w Krakowie spotkał niewidomego od urodzenia Jerzego, człowieka słabo zrehabilitowanego, wymagającego pomocy, który jest członkiem „Lajkonika”. Był już w sierpniu na pierwszych warsztatach w Zawoi i, z czego jest niezmiernie dumny – zdobył Babią Górę.

Stachowiak, jak zaobserwowałem, bardzo profesjonalnie zajmuje się swoim kolegą. – Nigdy nie przypuszczałem – mówi – że ludzie potrafią się tak życzliwie i przyjaźnie do siebie odnosić i rozumieć się nawzajem. Jestem po raz pierwszy w tak licznej grupie niewidomych, sporo się o nich dowiedziałem. Jestem otwarty na pomoc dla nich.

Bogusława Muszal i Regina Topór przyjechały z Krakowa. Obie były w Zawoi w sierpniu, ale każda z inną podopieczną. Pani Regina wiele lat mieszkała w Zakopanem i wie, co to znaczy turystyka górska. Jeżeli tylko będzie dysponowała czasem, to bez wahania zaopiekuje się osobą niewidomą. Dwa turnusy sporo ją nauczyły.

55-letni Tadeusz Zgorzałek pochodzi z Radzynia Podlaskiego. Jest asystentem pana Adasia z Krakowa, który przepracował w spółdzielni 43 lata i nie wyraził chęci rozmowy z „Crossem”. Za to pan Tadzio zna środowisko, gdyż od 17 lat pracuje w kole PZN w swoim mieście i nie raz towarzyszył członkom tej organizacji w szkoleniach czynności dnia i orientacji. Ponieważ lubi wędrówki, zgłosił się jako potencjalny asystent.

Ze stolicy przyjechały dwie panie: Marta Buczon (słabowidząca) i Wioleta Cembrzyńska. Pani Marta jest zapaloną turystką i członkinią klubu „Syrenka”. Biega i zjeżdża na nartach, wędruje po górach. Oprócz Bieszczadów, była wszędzie. Dla pani Cembrzyńskiej wszystko jest nowe i ciekawe.
– Nauczyłam się tu, jak pomagać koleżance, jak prowadzić ją na szlaku, zwracać uwagę na przeszkody. Sama od 12 lat mam problemy ze wzrokiem i nie wiem, czy wkrótce nie będę potrzebowała asystenta – mówi wysoka brunetka.

Po ukończeniu szkolenia asystenci, oczywiście ci, którzy spełnią warunki, otrzymają certyfikaty i zostaną umieszczeni w wykazie wolontariuszy na stronie internetowej klubu „Lajkonik”. Cały projekt sfinansowało Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej w ramach konkursu ASOS. Warsztaty sierpniowe, których koordynatorem była Danuta Sanetra, finansowało Ministerstwo Sportu i Turystyki (Departament Turystyki). Listopadowo-grudniowe zajęcia koordynowali: Andrzej Żugaj i Stanisława Król. Pani Stasia jest osobą całkowicie niewidomą i całym sercem oddaną sprawie. Wspomaga ją równie życzliwy mąż.

Na dalsze szkolenie ministerstwo przyznało środki, ale na razie na papierze. Wszystko zależy od kondycji finansowej państwa. – Po zakończeniu projektu, w czerwcu 2013 roku, klub będzie starał się o pieniądze na opracowanie bazy i administrowanie nią – podsumowuje pani Danuta Sanetra.

Andrzej Szymański

 

Na początek

 

Milion kroków tego lata (II) 

W poprzednim numerze zamieściliśmy pierwszą część tekstu, w którym autor zrelacjonował swoje pielgrzymowanie szlakiem El Camino Frances. W obecnym odcinku przekazuje on przyszłym pielgrzymom swoje rady, związane z przygotowaniem do wędrówki i zachowaniem się na trasie.

Trochę rad praktycznych

Najlepiej na pielgrzymkę wybrać się jesienią, we wrześniu albo w październiku. Wtedy nie ma tłoku, upałów, a jest dostatek owoców. Każdego dnia latem do Santiago dociera promieniście różnymi szlakami ponad tysiąc pielgrzymów. Za 20 euro dziennie można przeżyć bez problemów, wliczając w to noclegi i jedzenie. Największy kłopot to dojazd do punktu startowego w St. Jean Pied de Port we Francji i powrót z Santiago. Ja podróżowałem pociągami z Paryża do Bayonne (5 godzin), a potem z Bayonne do St. Jean (godzina). Z Santiago powróciłem tanimi liniami hiszpańskimi przez Barcelonę do Paryża. Niestety, mój plecak dotarł oddzielnie. Bardzo ważny jest plecak, jego jakość i ciężar. Mój spisywał się wspaniale. Wciąż odkrywałem na trasie, że mogłem go regulować na tuzin sposobów i nigdy mnie nie uwierał. Udało mi się jego wagę zredukować do 13 kg na miesięczną wyprawę, ale widziałem wędrowców z dwa razy mniejszym bagażem. Miałem dwa komplety bielizny i codziennie przez 30 dni robiłem przepierkę w zimnej wodzie płynem do kąpieli (w specjalnym zlewie z wbudowaną tarką, dostępnym w każdym schronisku). Spotkałem jednak Polaka, który miał tylko jeden podkoszulek. Po południu go prał, nakładał mokry, wysychał na nim w ciągu 10 minut, spał w nim i maszerował następnego dnia.

Niezwykle ważne są buty. Do chodzenia wystarcza jedna para wygodnych i obszernych. Większość pielgrzymów ma jednak zawsze pęcherze i otarcia. W aptekach na trasie były kolejki wędrowców po plastry, opatrunki, bandaże elastyczne i rożnego rodzaju maści i kremy. Pęcherze znikały po tygodniu i zwykle robiły się nowe w innych miejscach. Nie przeszkadzały w marszu, ale dokuczały po zdjęciu butów. Dobrze mieć lekką torbę na zakupy spożywcze w miejscu noclegu. Pielgrzymi zostawiali plecaki w schroniskach bez opieki i nie słyszałem o kradzieżach, ale wszyscy przecież wiemy, że portfel, aparat fotograficzny i komórkę trzeba mieć zawsze na oku.

Noclegi

Schronisk jest pod dostatkiem i z wyjątkiem ostatniego tygodnia w Galicji nie zdarzyły się trudności ze znalezieniem noclegu. W ostatnich kilku dniach następuje znaczne zagęszczenie pielgrzymów i dlatego zaleca się wcześniej dokonać rezerwacji. Przejście trasy Sarria – Santiago (ostatnie 120 km) upoważnia do otrzymania takiego samego dyplomu na mecie jak po przejściu całego El Camino Frances. Pielgrzymowanie do Santiago jest najprostszym i zdecydowanie najtańszym sposobem podróżowania w północnej Hiszpanii. Wiele schronisk, zwłaszcza przyklasztornych, jest darmowych (za „co łaska”), a w olbrzymiej większości schronisk kościelnych i zarządzanych przez władze miejscowe życzono sobie za nocleg tylko 5 euro. Za najtańszy nocleg, dostępny w tych miejscowościach bez okazania paszportu pielgrzyma, trzeba wydać 25-30 euro. Nocowałem każdego dnia w innym schronisku i chyba tylko pięć razy płaciłem więcej niż 5 euro (8-10 euro). Oczywiście, w schroniskach nie ma hotelowych wygód. Buty i kije wędrowcy zostawiają przy wejściu. Sale są wieloosobowe – od luksusu nocowania z 2-3 pielgrzymami po mordęgę słuchania chrapania w salach, gdzie śpi ponad 50 osób. Same schroniska są rożnej wielkości. Najmniejsze przyjmują 20-30 osób, największe podobno może pomieścić 800 osób! Jest gorąca albo chociaż ciepła woda, którą trzeba oszczędzać. Zwykle jedna kabina toaletowa przypadała na około dwa tuziny pielgrzymów, ale zdarzało się, że brakowało papieru toaletowego czy nawet deski klozetowej. Łazienki były jednak czyste w chwili otwarcia schroniska, czyli około południa. Dlatego pielgrzymi proszeni są o opuszczenie schroniska rano, zwykle około 8. W jednym schronisku zażądano, aby o 6:30 nie było już gości, bo chcieli zdążyć posprzątać przed południem. Dla pielgrzyma nie ma to wielkiego znaczenia, bo jego dzień zaczyna się bardzo wcześnie – o 6 rano wszyscy są na nogach, a większość już na trasie. Kiedyś obudziłem się o 2 w nocy i zobaczyłem, że dwa sąsiednie łóżka są puste, bo ich lokatorzy rozpoczęli marsz w środku nocy. Być może ze względu na krótszy urlop chcieli pokonać dwa odcinki w jeden dzień. Ja przechodziłem od 20 do 35 km dziennie, ale nie spieszyłem się, bo miałem zarezerwowany samolot z Santiago do Barcelony na określony dzień. Rano pielgrzymi poruszali się cicho jak duchy. Świecili sobie latarkami, tzw. czołówkami, i bezszelestnie wynosili wszystkie swoje rzeczy z sypialni na korytarz, do świetlicy lub jadalni. Tam rolowali śpiwory i pakowali plecaki, żeby nie budzić innych. W salach wieloosobowych zwykle było kilkoro „chrapaczy” różnych płci, na ogół niezbyt młodych i szczupłych. Często kładłem się spać jako jeden z ostatnich, ale zawsze przed 22 i zazwyczaj już wiedziałem, że konieczne będą zatyczki do uszu. Byłem przygotowany na takie sytuacje po przeczytaniu przed podróżą książki z relacjami i radami. Jest wiele modeli stoperów do uszu, ja kupiłem takie, które się doskonale sprawdziły – jednego razu aż za dobrze, bo nie usłyszałem alarmu budzika. Schroniska zawsze oferowały łóżko piętrowe z materacem, niewielką poduszkę z poszewką i czyste prześcieradło. Czasami w cenę noclegu wliczone było śniadanie. W domu przez ostatni miesiąc wprawiałem się w spaniu na miniaturowej poduszeczce, która zastąpiła moją ulubioną ogromną poduchę. Nie ma sensu zabierania materaca ani poduszki, a błąd ten popełnia duża część wędrowców. Oczywiście, trzeba mieć swój śpiwór. Im lżejszy, tym lepszy. Mój sprawdził się doskonale. Ważył tylko kilogram i był przystosowany do spania w temperaturze do +4 stopni. Pewnej nocy pod gołym niebem, na wysokości ponad 1000 m n.p.m., było tylko 6 stopni, a spałem znakomicie i było mi ciepło. Jeśli ktoś miał nadmiar bagażu, były dwie opcje. Pierwsza, to wysłać paczkę do domu z najbliższego miasteczka na trasie. Niestety, urzędy pocztowe w Hiszpanii otwarte są tylko przez kilka godzin, zwykle przedpołudniowych. Przez większą część trasy nosiłem ze sobą dwie karty pocztowe i kiedy dochodziłem do miasteczka, poczta była już zamknięta. Obie karty wysłałem dopiero po powrocie do Polski. Druga opcja pozbycia się bagażu, to zostawienie go w schronisku dla potrzebujących. Widziałem takie przedmioty czekające na chętnych: kije trekkingowe, materace, termosy, torby podręczne, książki, a zwłaszcza słowniki i samouczki języka hiszpańskiego. Czystość schronisk byłaby do zaakceptowania (jeśli ma się własną rolkę papieru toaletowego), gdyby nie czyhające pluskwy. Nie było wiadomo, gdzie można się ich spodziewać. Ja miałem szczęście, ale w dwóch schroniskach, w których nocowałem, niektórzy pielgrzymi stali się ofiarami pluskiew, w tym jeden śpiący w moim pokoju. Po dwóch dniach niektóre fragmenty ciała kilkorga z nich wyglądały jak ilustracja z książki lekarskiej – musieli szukać opieki medycznej.

Jedzenie (i picie)

Poza wielkimi miastami, jedzenie na El Camino nie jest bardzo urozmaicone, ale jest tańsze niż gdziekolwiek indziej w Europie Zachodniej. I, co najważniejsze, towarzyszy mu zawsze hiszpańskie wino. W większości schronisk do dyspozycji wędrowców jest kuchnia z płytą kuchenną lub mikrofalówka, lodówka i inne wyposażenie, wliczając w to oczywiście korkociągi i otwieracze do piwa. Wielu pielgrzymów korzysta z tego dobrodziejstwa, niektórzy preferują obiadokolacje składkowe. Dają komuś po 3-5 euro i wysyłają go do sklepu po produkty. Zawsze znajdzie się też uzdolniony kucharz, który nie płaci składki, za to wnosi robociznę i talent kulinarny. Próbowałem wyśmienitych dań, przygotowanych przez pielgrzymów-kucharzy z Węgier (ten jeden wciąż podkreślał, że nie jest z Węgier tylko z Transylwanii), z Włoch, Francji czy Korei Południowej. Często w towarzystwie jest gawędziarz, gitarzysta czy jakiś niezwykle ciekawy osobnik, jak choćby starszy wiekiem wędrowiec, który przeszedł pieszo ponad 90 tys. km, pokonując Tybet, Syberię i Alaskę (nie mówiąc o dotarciu do polskiej Częstochowy). Dla najbardziej oszczędnych podróżnych są darmowe agapy (wspólne wieczerze) w niektórych schroniskach przyklasztornych, ale takie sytuacje nie trafiają się częściej niż raz na tydzień. Spotkałem pielgrzymów, których dzienny limit na jedzenie wynosił 5 euro – całą pielgrzymkę przeżyli na spaghetti i kanapkach z nutellą. Dla osób dysponujących nieco większym kapitałem idealnym rozwiązaniem są liczne knajpki, bary i restauracje, gdzie w porach polskiego obiadu i kolacji oferuje się tak zwane menu pielgrzyma w cenie 8-12 euro. Za tę sumę otrzymuje się do wyboru 5-10 zup lub przystawek, 5-10 dań głównych, 5-10 prostych deserów i do wyboru butelkę wody mineralnej lub butelkę wina na stół. Jeśli przy stole jest tylko jeden konsument, przysługuje mu w tej cenie cała butelka wina. Jeśli przy stole siedzi grupa osób, też muszą się zadowolić jedną butelką. Zdarzało się, że szliśmy na kolacje w kilka osób, każdy siadał przy innym stoliku, a zaraz po otrzymaniu pieczywa, oliwki, octu i butelki wina gromadziliśmy się przy jednym stole. Nieraz bywało, że za 8 euro zjadałem ogromny talerz pysznej zielonej sałaty z pomidorami, papryką, innymi warzywami, jajkiem na twardo, serem owczym, tuńczykiem – wszystko doprawione oliwką i octem. Następnie talerz grillowanego schabu z frytkami i papryką. A na końcu lody. I cały czas czerwone wino. Niestety, wina podawane do tego menu pielgrzyma były zwykle niezbyt wysokiej klasy, często stołowe, albo tzw. domowe. Wina hiszpańskie w sklepach są bardzo tanie. W małych miasteczkach widziałem całe półki z kilkudziesięcioma rodzajami win – żadne z nich nie kosztowało więcej niż 5 euro, nie mówiąc o winach w kartonach litrowych po 70 centów. Kończąc o winach, odkryłem, że nic nie gasi lepiej pragnienia i nie usypia lepiej do popołudniowej sjesty niż schłodzone wytrawne aromatyczne białe wino. Zdarzyło się nieraz, że w schronisku nie było w kuchni lodówki, a wino ze sklepu miało temperaturę pokojową. Wystarczyło zanieść wino do restauracji albo baru i poprosić o schłodzenie. W tym czasie brałem kąpiel, robiłem ręczną przepierkę, a następnie zgłaszałem się po butelkę schłodzonego napitku i jeszcze prosiłem o odkorkowanie i pożyczenie dwóch kieliszków! Nie do pomyślenia w większości krajów.

Gorąco polecam wędrówkę na szlaku El Camino. Każdy w czasie tej podróży będzie miał wystarczająco dużo czasu, żeby przede wszystkim odkryć nowe albo zapomniane obszary własnego ja. Jest to też najlepszy i najtańszy sposób poznania wielu niezwykle ciekawych i malowniczych regionów Hiszpanii. Najlepsza metoda, żeby poznać je od podszewki, powąchać, posmakować i obejrzeć dokładnie. Jest to niezapomniana podróż życia i jeśli tylko zdrowie, czas i finanse pozwalają, każdy powinien tego spróbować.

Konrad Dramowicz

 

Na początek

 

zdrowie

 

Z grypą bez żartów 

Rano czujemy się dobrze, ale już koło południa ledwie trzymamy się na nogach. Szybko rośnie nam gorączka, mamy uczucie rozbicia, silne bóle mięśni i stawów. Potem mogą, ale nie muszą, pojawić się inne dolegliwości: katar, ból gardła i kaszel. Czasami odczuwamy światłowstręt. To znak, że dopadła nas grypa. Największe triumfy święci od stycznia do marca.

Grypa towarzyszy nam od dawna. Tylko w XIX wieku lekarze odnotowali aż dziewięć epidemii tej choroby. Na ogół miały one ograniczony zasięg, z wyjątkiem tej z 1847 roku. Zapoczątkowana w Rosji, dotknęła połowę mieszkańców Paryża i zabiła aż ćwierć miliona londyńczyków. Przez kolejne dziesięciolecia był z nią spokój. Obudziła się ponownie pod koniec pierwszej wojny światowej. Zachorował na grypę co trzeci, a w niektórych krajach co drugi człowiek. Zbierała obfite żniwo: zabiła od 20 do 100 milionów osób na kilku kontynentach (dokładnej liczby ofiar śmiertelnych nie udało się ustalić). Dla porównania: w latach 1914-1918 na frontach zginęło nie więcej niż 9 mln ludzi. Niesłusznie nazywana hiszpanką (jej źródłem były bowiem obozy szkoleniowe amerykańskich żołnierzy w Stanach Zjednoczonych), rozprzestrzeniła się po świecie błyskawicznie. Sprzyjały jej: wojna, przemieszczanie się żołnierzy i skupisk ludzkich, głód, wycieńczenie, złe warunki higieniczne. Atakowała zarówno starych, jak i młodych, nie bacząc na ich status społeczny ani nawet na świetną dotychczasową kondycję. Po latach mówiono, że była to od wieków najbardziej demokratyczna epidemia. Żadne leki nie pomagały na tę „czarną śmierć”, zwaną także dżumą XX wieku (antybiotyków jeszcze wtedy nie było). Próbowano różnych sposobów: zamykano teatry, sale taneczne, a nawet kościoły. Ulice spryskiwano chemikaliami, ludzie chodzili w założonych na usta maskach z gazy. Niektóre z ówczesnych metod profilaktycznych mogą się dzisiaj wydać śmieszne. – „Umyj mydłem od środka nos rano i powtórz ten zabieg wieczorem, zmuś się do kichania o tej samej porze, regularnie spaceruj i jedz kaszę, ewentualnie owsiankę” – radziła czytelnikom jedna z amerykańskich gazet jesienią 1918 roku.

Do Polski hiszpanka przyjechała koleją – podobnie jak w zachodniej Europie, przemieszczała się wojskowymi eszelonami. Wśród naszych lekarzy, którzy próbowali walczyć z grypą, wyróżnił się szczególnie doktor Szczęsny Bronowski – ordynator szpitala wojskowego na warszawskim Mokotowie. Dzięki terapii, jaką stosował (podawał gorące napoje, poił winem i koniakiem, trzymał pacjenta w cieple, dawał chininę, wstrzykiwał adrenalinę, mleko, a nawet… strychninę), udało się uratować tych chorych, u których choroba miała łagodniejszy przebieg. W ciągu kilku miesięcy przez jego klinikę przewinęło się ponad 900 pacjentów, z których zmarło tylko 64. Tych nie można już było uratować, hiszpanka wywoływała u nich sepsę (zakażenie całego organizmu), duszność, kołatanie serca, ogólny bezwład, krwotoki. U innych niszczyła nerki, płuca i wątrobę, nie oszczędzała nawet mózgu, dając objawy podobne do choroby Parkinsona. Aż trudno było uwierzyć, że to wszystko jest dziełem zwykłej grypy. Nic dziwnego, że przez długie lata, już po ustąpieniu epidemii, była ona obecna w żargonie ulicznym. „Trzyma jak Hiszpan” oznaczało, że ktoś się już śmierci nie wywinie.

W latach trzydziestych ubiegłego wieku brytyjscy naukowcy odkryli, że za grypę odpowiedzialne są wirusy – mikroskopijne cząsteczki, złożone z białka i kwasów nukleinowych. Występują one w tak licznych odmianach, że nie sposób stworzyć idealnej szczepionki, która skutecznie zwalczając jeden, dałaby też radę innym. Dlatego co jakiś czas nawiedzają nas kolejne epidemie grypy. W latach 60. wywołał ją wirus z Hong-Kongu; wtedy mówiono o azjatyckiej odmianie choroby. Jej przebieg był dość ciężki, ale ofiar bez porównania mniej niż w „hiszpance”, bo medycyna dysponowała o wiele większym arsenałem środków zapobiegawczych i leczniczych.

Kolejny alert ogłoszono na początku naszego wieku. W latach 2003 i 2004 tzw. ptasia grypa zaatakowała południowo-wschodnią Azję. Pięć lat później nadszedł atak świńskiego wirusa choroby. Ta odmiana grypy okazała się ostatecznie nie tak groźna, jak ostrzegali naukowcy i koncerny farmaceutyczne, które zalały europejski rynek nowymi szczepionkami. Sporo ich wylądowało w koszu. Nasz resort zdrowia nie uległ tym razem zbiorowej histerii zakupów. Mało groźna świńska grypa uśpiła jednak czujność opinii publicznej. Szczególnie w Polsce, gdzie panuje przekonanie, że szczepionka zaszkodzi nam bardziej niż sama choroba, a grypa to nic takiego, w najgorszym razie spowoduje zapalenie płuc. Uczeni mają dla nas jednak ostatnio złe wieści. Z Włoch donoszą, że wirus świńskiej grypy (który ciągle „wisi” w powietrzu i czeka na sposobną chwilę, by się uaktywnić) może być czynnikiem pobudzającym u ludzi powstawanie nieuleczalnej choroby – cukrzycy typu 1. Jeśli tak, to osoby mające genetyczne predyspozycje do takiej cukrzycy mogą jej zapobiec, poddając się szczepieniom przeciw sezonowej grypie.

Powiązanie między grypą a cukrzycą – mówią lekarze – to kolejny dowód na to, że niektóre choroby, dotychczas uważane za niezakaźne, w rzeczywistości są powodowane przez infekcje wirusowe. Przykładem są także choroby kardiologiczne. Od dawna wiemy, że grypa zwiększa ryzyko zawału serca czy udaru, ponieważ okres, gdy jej wirusy są najbardziej aktywne (jesień-zima), pokrywa się ze wzrostem zawałów i udarów u ludzi. Kanadyjscy naukowcy obliczyli, że szczepienie dorosłych przeciw grypie, niezależnie czy mają oni już problemy z sercem, czy nie, zmniejsza u nich ryzyko wystąpienia zawału lub udaru o połowę w nadchodzącym roku.

Jest więc dużo powodów, by się przed grypą bronić, a jeśli już nas dopadnie, leczyć się „z głową”, bez stosowania antybiotyków, na które wirusy są odporne. Najlepszą szczepionką jest zahartowanie się, m. in. przez stosowanie coraz chłodniejszych pryszniców (nie przekraczając 18 st. C), przyzwyczajanie się do noszenia lżejszych ubrań, chodzenie szybkim krokiem, bieganie, jeżdżenie na rowerze. Chodzi o to, żeby być codziennie na powietrzu bez względu na pogodę, a w sezonie grypowym – unikać dużych skupisk ludzi, gdzie wirus łatwo przenosi się z osoby na osobę.

Jeśli chodzi o leki profilaktyczne, dowiedziono, że stosowanie tabletek z cynkiem może pomagać w zmniejszeniu liczby zakażeń w ciągu roku. Witamina C, wbrew powszechnym opiniom, nie zapobiega i nie łagodzi przebiegu choroby, ale może skracać czas trwania infekcji. Leków, które pomagają przetrwać najgorsze dni z grypą, jest sporo: od przeciwbólowych i przeciwgorączkowych, po udrażniające nos i łagodzące ból gardła. Lekarze przestrzegają jednak, by nie przesadzać z dawkami paracetamolu, bo można sobie zrujnować żołądek i wątrobę.

Z tradycyjnej apteczki babuni można wymienić herbatki ziołowe i miód (wzmacnia odporność, poprawia kondycję organizmu, krążenie i apetyt). Dobrze jest pić letnią herbatę z malinami, lipą lub imbirem. Można nacierać się amolem i wspomagać organizm substancjami podnoszącymi odporność, jak echinacea czy aloes.

Jeśli temperatura skacze nam powyżej 39 stopni C (w przypadku grypy może się utrzymywać przez cztery-pięć dni), trzeba ją obniżać i dużo pić, żeby nie doprowadzić do odwodnienia organizmu. Jest to szczególnie niebezpieczne u małych dzieci. Grypę należy obowiązkowo leczyć w domu (chodząc z nią, zarażamy innych) – powinno w nim być ciepło, ale nie gorąco. Lekarze zalecają, by przynajmniej kilka godzin dziennie przeleżeć w łóżku oraz unikać wysiłku, by dodatkowo nie obciążać organizmu walczącego z chorobą. Przestrzegając tych zasad, unikniemy powikłań, które mogą być bardzo poważne.

(BWO)

 

Na początek

 

ruszajmy się

 

Sporty walki 

Sporty walki są coraz bardziej popularne. Istnieją treningi zawodnicze, które mają na celu jak najlepsze przygotowanie osób uprawiających te sporty, ukierunkowane na wygrywanie zawodów i osiąganie w tej dyscyplinie mistrzostwa. Ale obok sportu wyczynowego rozwinął się sport amatorski, coraz większa jest też dostępność zajęć rekreacyjnych, skierowanych do wszystkich chętnych.

Rekreacyjne zajęcia ze sportów walki są bezpieczne, nie trzeba na nich weryfikować umiejętności w rywalizacji sportowej. Ich zadaniem jest przyswojenie przez ćwiczących technik samoobrony. Duża grupa osób przychodzi na zajęcia dla samej przyjemności, bo chcą się dobrze bawić, a przy okazji podnieść sprawność fizyczną. Również coraz więcej kobiet decyduje się na podjęcie takiej formy aktywności.

Sportami walki określa się te dyscypliny, w których różnorodne techniki walki wręcz zostały przystosowane do rywalizacji sportowej, a pojedynki odbywają się na określonych zasadach i pod nadzorem sędziego. Najczęściej za użycie odpowiedniej techniki obezwładniającej lub trafienie przeciwnika uzyskuje się punkty.

Poszczególne dyscypliny sklasyfikować można w grupy, w których używa się podobnej techniki. W jednych wykorzystywane są głównie uderzenia (np. boks, kick-boxing, karate, taekwondo), inne oparte są przede wszystkim na chwytach (np. zapasy, judo, sumo), jeszcze w innych, w zależności od sytuacji, korzysta się z różnych technik (jujitsu, MMA – mieszane sztuki walki). Można także wyróżnić sporty, w których korzysta się z broni białej, np. szermierkę. Istnieje bardzo wiele odmian dyscyplin sportowych związanych z walką. Niektóre z nich są w programie igrzysk olimpijskich (zapasy i szermierka nieprzerwanie od pierwszych igrzysk w 1896), w innych rywalizacja ma charakter zawodowy, amatorski lub regionalny.

Inną drogą prowadzącą do samoobrony są sztuki walki. Jest to zupełnie inna forma – w sztukach walki nie ma rywalizacji sportowej. Połączone są z filozofią życia, zasadami postępowania i technikami samodoskonalenia się. Wiele uwagi poświęca się w nich na rozwój psychiczny i duchowy. Mimo iż ich pochodzenie często kojarzone jest z Dalekim Wschodem, gdzie istnieje wiele bardzo rozbudowanych szkół walki (kung-fu, aikido), w rzeczywistości powstawały na całym świecie (np. brazylijska capoeira, francuski savate lub izraelska krav maga). Niektóre sztuki walki dla zwiększenia popularności zostały zaadaptowane do rywalizacji sportowej (judo, taekwondo) i wlicza się je do grona dyscyplin sportowych. W ostatnich latach powstało wiele odmian, które łączą elementy walki różnych szkół. Zabiegi te mają na celu podnoszenie efektywności walki (w odmianach stosowanych do celów militarnych i szkoleń jednostek specjalnych) lub zwiększenie widowiskowości rywalizacji sportowej (np. MMA).

Uczęszczanie do jednej ze szkół sztuk walki lub podjęcie rekreacyjnego treningu sportów walki przynosi wiele pozytywnych efektów i to bez względu na odmianę, którą wybierzemy. Trening podnosi wydolność i sprawność fizyczną, co jest bardzo ważne dla zdrowia każdego z nas. Uczy dyscypliny, szacunku do własnego ciała i ciała innych osób, podnosi pewność siebie, obniża poziom strachu. Uczy samoobrony i sposobów zachowania się w sytuacjach przemocy fizycznej. Przed podjęciem decyzji o zaangażowaniu się w sporty walki warto szczegółowo zaznajomić się z tym, co oferują poszczególne dyscypliny i odmiany, i wybrać ten kierunek treningu, który najbardziej sprosta naszym wymaganiom.

Zajęcia tego typu są również dostępne dla osób niewidomych, a najbardziej judo. Jest jedynym sportem walki w programie igrzysk paraolimpijskich. Mogą w nim uczestniczyć osoby niewidome sklasyfikowane medycznie do grupy B1 (całkowicie niewidomi, z poczuciem światła oraz szczątkowo widzący, którzy nie są w stanie odróżnić kształtu dłoni), słabowidzący sklasyfikowani do grupy B2 (ostrość wzroku poniżej 2/60 lub pole widzenia poniżej 5 stopni) oraz słabowidzący sklasyfikowani do grupy B3 (osoby z ostrością wzroku poniżej 6/60 lub polem widzenia poniżej 20 stopni). W tym sporcie korzysta się głównie z chwytów i rzutów. Równie ważne jest wykorzystywanie siły rywala, jego dynamiki i momentów utraty równowagi. W judo bardzo duży nacisk stawia się na naukę bezpiecznego upadania. Ta umiejętność jest potrzebna wszystkim, ale u osób z dysfunkcją wzroku nabiera jeszcze większego znaczenia.

Sporty walki są dostępne dla wszystkich, którzy wyrażą chęć uczestnictwa w zajęciach. W grupie początkujących odnajdzie się każdy, bez względu na wiek, płeć czy predyspozycje fizyczne. Polecam wszystkim zainteresowanym, by po przeanalizowaniu programów i różnic z dostępnych dyscyplin wybrać taką formę aktywności, która wyjdzie naprzeciw ich oczekiwaniom. Wtedy łatwiej będzie im ćwiczyć nie tylko z dużą systematycznością, ale również z wielką przyjemnością. A na treningu będzie można utrzymać wysoką frekwencję.    

Krzysztof Koc

 

Na początek

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Przejście do końcówki

Debiut, gra środkowa i końcówka stanowią odrębne stadia gry szachowej. Granice między nimi są bardzo płynne, a każde ma swoją „autonomię” i obowiązujące prawa. Przejście z gry środkowej do końcówki przynosi zmianę zasad oceny pozycji i trochę inną strategię walki. Grający często o tym zapominają.

Białe: Kg1, Hd1, Wb1, Wd1, Gd3, a3, c2, f2, g2, h2

Czarne: Kg8, Hd7, Wd8, Ge6, Sd6, Sf6, c7, f7, g7, h7

Pozycję ocenić trzeba jako lepszą dla czarnych. Para lekkich figur w grze środkowej jest silniejsza od wieży z pionkiem. Gdyby jednak zdjąć z szachownicy większość figur, przejść do głębokiej końcówki i pozostawić u białych wieżę, a u czarnych tylko dwa skoczki, ocena pozycji ulegnie dużej zmianie. Wspomagany przez wieżę wolniak „a” staje się nagle bardzo groźny, skoczki zaś w walce z nim – nieporadne. Przejście do takiej końcówki będzie dla białych bardzo korzystne, mimo że stosunek sił nie ulegnie zmianie. Różne oceny wartości bierek dotyczą nie tylko dwóch lekkich figur przeciwko wieży i pionkowi. W grze środkowej lekka figura jest z reguły silniejsza od trzech pionków, w końcówce bywa przeważnie odwrotnie. Hetman skutecznie walczy z parą wież w grze środkowej, w grze końcowej to wieże są silniejsze. W ogóle w końcówkach, w związku z powstawaniem wolnych linii, rośnie siła wieży. Wzrasta też wartość pionka, z uwagi na realną możliwość promocji.

Jakie są inne różnice w ocenie pozycji z gry środkowej i końcówki? W końcówce mniej ważna staje się sytuacja w centrum, zamiast tego rośnie znaczenie wzajemnej pozycji figur (czy wypełniają funkcje aktywne, czy obronne). Również pod koniec partii gra na ograniczenie bierek przeciwnika daje większe efekty niż gra na aktywność własnych figur.

 Oto przykłady podjęcia złych i dobrych decyzji o przejściu do końcówki:

O. Sterner – I. Bolesławski Sztokholm 1964

1.e4 c5 2.Sf3 Sc6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 d6 6.Ge2 e5 7.Sb3 Ge7 8.0–0 0–0 9.Ge3 Ge6 10.f4 a5 11.fe5? Prymitywna gra na uproszczenia przynosi białym tylko kłopoty w końcówce 11…de5 12.H:d8 Wf:d8 13.Wfd1? Lepsze 13.Sc5, choć po 13...Sd4 14.S:e6 fe6 15.Gd1 b5 czarne też miały przewagę 13...Sb4 14.W:d8+ G:d8 15.Gd3 Po 15.Gd1 Gg4 ginął pionek c2 15...a4 16.Sd2 a3 17.b3 Sg4 18.Gc5 S:d3 19.cd3 Wc8 20.Gb4?! Lepsze 20.d4 b6 21.Gb4 Gg5, ale wyniku to nie mogło zmienić 20...Gb6+ 21.Kf1 Se3+ 22.Ke2 Sc2 0–1

R. Wade – A. Gipslis Bukareszt 1968

Białe: Kh1, Hd6, Wd1, Wf1, Ge2, Gg3, Sc3, Se1, a2, b2, c2, e4, g2, h2

Czarne: Kg8, Hc7, Wc8, We8, Gb7, Gg7, Sd7, Sf6, a6, b5, e5, f7, g5, h6
20...H:d6! Czarne dobrze oceniły końcówkę. Lekkie figury białych stoją pasywnie, słaby jest pionek e4 21.W:d6 Wc6 22.W:c6 G:c6 23.a4?! Ta próba aktywności daje czarnym dodatkowe obiekty ataku 23...ba4 24.G:a6 Wb8 25.Sd3 S:e4 26.S:e4 G:e4 Są już pierwsze materialne zdobycze 27.Gc4 Gg6 28.h4 Wc8 29.b3 Na 29.Gb5 czarne planowały grać 29...W:c2 30.Se1 W:b2 31.G:d7 a3 i wolniak rozstrzyga 29...a3 30.hg5 hg5 31.Sb4 e4 32.Gd6 Gb2 33.Sd5 (33.Sa2 Sb6) 33...Kg7 34.Gb4 Wh8+ Ale nie 34...a2? 35.Gc3+. Białe poddały się: 35.Kg1 Gd4+

T. Petrosjan – L. Portisch Palma de Mallorca 1974

Białe: Kg2, Hd3, Wc1, We1, Sf3, a2, b3, d4, f2, g3, h4

Czarne: Kg8, Hf6, Wc8, Wd8, Se6, a7, b6, d5, f7, g7, h6

20...W:c1 21.W:c1 Hf4?! Ta próba przechwycenia inicjatywy okazała się bar-dzo ryzykowna 22.gf4! Czarne liczyły tylko na 22.We1?! Hg4 lub 22.Wc2?! He4. Po ruchu w partii białe przechodzą do końcówki bez pionka, ale z bardzo aktywnymi figurami 22...S:f4+ 23.Kg3 S:d3 24.Wc3 Sb4 (24...Sb2!?) 25.a3 Sa6 26.b4 Sb8?! Lepsze 26...Wd7, ale i wówczas po 27.Wc8+ Kh7 28.b5 Sc7 29.Se5 We7 30.Sc6 Wd7 31.S:a7 czarne stały gorzej 27.Wc7 a5 (27...a6 28.Se5) 28.b5 Sd7 29.Kf4 h5 Coraz trudniej o dobre posunięcia: 29...Sf8 30.Wb7 Wd6 31.Se5 itd. 30.Se5 Sf8 Trudno liczyć na ratunek w wieżówce po 30...S:e5 31.K:e5 31.Wb7 f6 32.Sc6 Sg6+ 33.Kg3 Wd6 Lub 33...We8 34.W:b6 We1 35.Wb8+ Kh7 36.b6 34.W:b6 We6 35.Wb8+ Sf8 36.Wa8 We1 37.Sd8 Kh7 38.b6 Wb1 39.b7 Sd7 40.W:a5 1–0

V. Bologan – C. Bauer 1999

Białe: Ke1, Hh7, Wa1, Wf3, Ga3, c2, c3, b3, d4, e5, f2, g2, h5

Czarne: Kd7, Hc6, Wa8, Wf8, Sf5, a5, b6, c4, e6, f7, g7, h6

23.d5! Prowadzi forsownie do znacznie lepszej końcówki. Po 23.G:f8? He4+ 24.Kd2 W:f8 pozycja była niejasna 23...H:d5 24.Wd1 H:d1+ 25.K:d1 Wh8 26.H:h8 W:h8 27.g4 Sh4 28.W:f7+ Kc6 29.W:g7 Kd5?! Ułatwia białym wygraną, ale i po stosunkowo lepszym 29...Sf3 30.Ke2 S:e5 31.f4 Sd7 32.Wg6 Kd5 33.f5 Sc5 34.f6 sytuacja czarnych też była krytyczna 30.Wf7 Wg8 (30...K:e5? 31.Ge7) 31.f3 S:f3 Rozpacz. Po 31...K:e5 32.Ke2 skoczek też wkrótce ginął 32.W:f3 W:g4 33.Wf6 Wg1+ 34.Kd2 Wg2+ 35.Kc1 K:e5 36.W:h6 Wh2 37.Ge7 b5 38.Kb2 Kd5 39.Wh8 e5 40.h6 Ke6 41.h7 Kf7 (31...K:e7 32.Wa8) 42.Gd6 1–0

A. Suetin – P. Keres Budapeszt 1970

Białe: Kh1, Hg5, Wc2, Wf1, Gc1, a2, c3, e4, f3, g2, h2

Czarne: Kg8, Hd8, Wa1, We8, Se5, b5, c6, d6, f7, g7, h7

21...H:g5! W końcówce mają czarne przewagę, głównie dzięki „lepszym” pionkom 22.G:g5 f6 23.Gc1 Kf7 24.Kg1 Wa4 25.Wd2 Ke6 26.Wff2 Wea8 27.Wfe2 Białe na razie obroniły słabość na a2, ale wkrótce pojawią się kłopoty z pionkiem c3 27...h5 28.f4 Sc4 29.Wc2 f5! Po wymianie centralnych pionków skoczek otrzyma do dyspozycji silne pole d5 30.ef5+ K:f5 31.Kf2 Sb6 32.Kf3 Sd5 33.g3 Wc4 34.h3 Waa4 Możliwe było i 34...S:c3 35.g4+ hg4+ 36.hg4+ Kf6 37.Gb2 b4 38.a3 c5 35.a3 Po 35.g4+ hg4+ 36.hg4+ Kf6 są problemy z pionkami na skrzydle królewskim 35...Kf6 36.We8? Prowadzi do strat materialnych, ale pozycja i po stosunkowo najlepszym 36.h4 Kf5 była na dłuższą metę nie do utrzymania 36...b4! 37.ab4 S:b4 38.Wce2 W:c3+ 39.W2e3 W:c1 40.Wf8+ Kg6 41.f5+ Kh7 42.Wee8 Wc3+ 43.Ke2 Wa2+ 44.Kd1 Wa1+ 45.Ke2 Wc2+ 46.Kf3 Wf1+ 47.Ke3 We1+ 0–1

I. Bolesławski – W. Smysłow Leningrad 1948

Białe: Kg1, Hf3, Wa1, Wf1, Gf4, a2, c4, f2, g2, h3

Czarne: Kg8, He5, Wa8, Wf8, Se4, a6, c7, d5, f7, g7, h7

18...Hc3! Po 18...Hf6 19.cd5 trudno było liczyć na sukces. Czarne decydują się więc wymienić hetmany i przejść do końcówki, w której ich jedynym atutem są zdrowsze pionki. Do wygranej może to nie wystarczyć, ale przewagę pozycyjną zapewnia 19.cd5 H:f3 20.gf3 Sc3 21.G:c7 S:d5 22.Gg3 Wfc8 23.Wfd1 Wc5 24.Wd2 h6 Naturalniej wyglądało 24...f6, ale czarne nie chcą osłabiać 7 linii, gdy na szachownicy są jeszcze dwie białe wieże 25.We1 Wac8 26.Gd6?! Umożliwia wymianę jednej pary wież i włączenie się do gry czarnego króla. Lepsze 26.Kg2 26...Wc1 27.W:c1 W:c1+ 28.Kg2 Sb6 29.Gg3 Wc6 30.Kf1?! Smysłow podaje, że lepiej było przejść do lekkofigurowej końcówki. Po 30.Wd6! W:d6 31.G:d6 f5 32.f4 Kf7 33.Kf3 pozycja była gorsza, ale wciąż jeszcze do uratowania 30...f6 31.Ke2 Kf7 32.Kd3 Wc5 33.Wb2 Sd7 34.Kd4 Wa5 35.Wc2 Ke6 36.Wc6+ Kf5 37.Wc7 Se5 38.Wc5 Po 38.W:g7 S:f3+ 39.Ke3 Wa3+ 40.Ke2 Sd4+ 41.Kf1 W:a2 białe traciły pionka 38...Wa3! Grozi 39...Wd3x Białe muszą wymienić lekkie figury 39.G:e5 Wa4+ 40.Wc4? Należało grać 40.Ke3 fe5 41.Wc2 Wa3+ 42.Ke2 a5 43.Wd2 g6 44.Wc2 h5 45.Wb2 Wc3 i choć po 46...Kf4 ginął pionek, to wciąż były jeszcze szanse na remis 40...fe5+ 41.Kd5 W:a2 42.Wg4 g5 0–1

V. Bologan – V. Kotronias Warszawa 2005

1.e4 c5 2.Sf3 Sc6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 d6 6.Gg5 e6 7.Hd2 a6 8.0–0–0 Gd7 9.f4 b5 10.G:f6 gf6 11.Kb1 Hb6 12.S:c6 G:c6 13.f5 b4 14.Se2 e5 15.Sg3 h5 16.h4 16...Gh6!? Największym problemem czarnych jest król. Konieczność ochrony króla (i pionka h5) nie pozwala gońcom wykazać swej siły. Posunięciem w partii czarne proponują przejście do końcówki, oddając przy tym dwa pionki! Jak pokazuje późniejszy przebieg gry, czarne mają wystarczającą rekompensatę, gdyż ich wszystkie figury stają się aktywne 17.H:d6 Wd8 18.H:d8+ H:d8 19.W:d8+ K:d8 20.S:h5 Lub 20.G:a6 Gf4 21.Se2 Gh6 22.Gd3 (22.Sg3 Gf4=) 22...Wg8 23.g3 Wg4 24.Wd1 Ke7 25.a3 ba3 26.ba3 Ge3 z dalszym Gf2 20...Ke7 21.Gd3 Ge3 22.Wh3 Po innych ruchach też trzeba oddać pionka: 22.g4 Wg8 lub 22.Sg3 Gf2 23.Se2 W:h4 22...W:h5 23.W:e3 W:h4 Pary gońców już nie ma, ale aktywność czarnych figur wciąż gwarantuje remis 24.a3 a5! 25.ab4 ab4 26.Ka2 Kd6 27.Kb3 Kc5 28.Wh3 Po 28.c3 możliwy był wariant 28...Wg4 29.g3 Wg8 30.cb4+ Kd4 28...Wg4 29.Wh6 Wg3! 30.Ka2 b3+! 31.K:b3 G:e4 32.Wh3 Do remisu prowadziło 32.W:f6 G:d3 33.cd3 W:d3+ 34.Kc2 Wg3 35.W:f7 W:g2+ 32...Gd5+ 33.Ka3 Lub 33.c4 G:c4+ 34.Kc3 Wg4 czy 33.Kc3 W:g2 34.b4+ Kd6 35.Wh4 Wg3 też z pokojowym zakończeniem 33...Wg8! Ale nie 33...W:g2 34.b4+ Kd6 35.c4 i czarne mają kłopoty 34.b4+ Kd4 35.Ga6 e4!? 36.c3+ Ke5 37.b5 Kf4 38.Kb4 (38.b6? Wa8) 38...e3 39.b6 G:g2 40.Wh2 Gf3 41.Kc5 We8 42.Wb2 K:f5 Remisowało też 42...e2 43.G:e2 G:e2 44.b7 Wb8 45.W:e2 W:b7 46.Wf2+ Ke5 47.c4 Wb8 43.b7 G:b7 44.W:b7 e2 45.Gd3+ Kg4 46.G:e2+ W:e2 47.W:f7 f5 48.c4 f4 Remis.

Ryszard Bernard

 

Na początek

 

Gramy w warcaby

W dniach od 7 do 10 października 2012 roku w Augustowie odbyły się drużynowe mistrzostwa Stowarzyszenia „Cross” w warcabach. W ostatniej rundzie doszło do decydującego pojedynku o złoty medal pomiędzy liderem – drużyną „Victorii” Białystok i zajmującą drugie miejsce drużyną „Hetmana” Lublin. Po bardzo zaciętej i emocjonującej  grze złoto zdobył „Hetman”. O zwycięstwie drużyny z Lublina zdecydowały wygrane pojedynki Leszka Stefanka z Mikołajem Fiedorukiem i Barbary Wójcik z Ewą Wieczorek. O ile Stefanek w starciu z Fiedorukiem był faworytem, to zwycięstwo Wójcik nad Wieczorek należy uznać za sporą niespodziankę.

Mikołaj Fidoruk („Victoria” Białystok) – Leszek Stefanek („Hetman” Lublin)

1. 32-28 18-23  2. 33-29 23x32  3. 37x28 19-24  4. 39-33 14-19  5. 44-39 20-25  6. 29x20 25x14  7. 41-37 12-18  8. 37-32 7-12  9. 46-41 1-7  10. 41-37 17-22

Niedokładne zagranie. Lepsze było 10… 19-23  11. 28x19 14x23  12. 33-28 13-19 z następnym 13… 17-22  14. 28x17 12x21

11. 28x17 12x21  12. 31-26! 7-12  13. 26x17 12x21 

Po ostatnich wymianach czarne doprowa-dziły do wyrównania tempa. Pozycja białych jednak wygląda na nieco korzystniejszą, z uwagi na lepszą koncentrację sił w centrum. Poza tym w pozycji czarnych powstała słabość w postaci mało aktywnych bocznych kamieni na krótkim skrzydle. W tej sytuacji białe powinny skupić siły na krótkim skrzydle i w centrum, co dało by im możliwość postawienia klina.

14. 50-44 2-7?

Czarne zrezygnowały z kolumny 2-13, co dla białych jest dodatkowym argumentem do realizacji planu zajęcia pola 24

15. 36-31

Pomysł białych wyłączenia z gry czarnych kamieni na krótkim skrzydle nie jest zły, ale wymaga bardzo dokładnej gry.

15… 21-26  16. 31-27 19-23  17. 34-29!

Białe podejmują słuszną decyzję wymiany kamienia 23, który ograniczał grę długim skrzydłem.

17… 23x34  18. 39x30 14-19  19. 44-39 10-14  20. 40-34 15-20  21. 30-25 19-23  22. 49-44 14-19  23. 25x14 19x10  24. 44-40?

Białe niepotrzebnie schodzą kamieniem 44 na boczne pole. Lepszym planem było 24. 34-29 23x34  25. 39x30 z następnym 26. 43-39

24… 10-14  25. 35-30 7-12  26. 30-25! 12-17

Wymuszone posunięcie. Groziła kombinacja po 26… 11-17  27. 27-22 17x28  28. 33x22 18x27  29. 32x21 16x27  30. 25-20 14x25  31. 34-30 25x34  32. 40x7 8-12  33. 7x18 13x22

27. 27-21 16x27  28. 32x12 8x17 

W pozycji czarnych wciąż pozostaje grupa mało aktywnych kamieni na krótkim skrzydle. Białe mają możliwość podjęcia walki o przejęcie kontroli w centrum poprzez 29. 34-29 23x34  30. 40x29 z dalszym planem zajęcia pola 28 posunięciami 31. 38-32 i 32. 32-28. W partii było:

29. 37-32?

Kamień na 37 stał bardzo dobrze.

29… 5-10  30. 33-28?

Tym zagraniem białe pozwalają na uaktywnienie kamieni krótkiego skrzydła czarnych.

30… 14-19!  31. 34-30 17-22!  32. 28x17 11x22  33. 39-33 10-14  34. 40-35?

Czarne zaczynają przejmować inicjatywę i konieczna jest twarda walka o centrum. Należało grać 34. 33-29 23x34  35. 40x29

34… 4-10  35. 30-24 19x30  36. 35x24?

Białe ustawiły pułapkę. Czarne nie mogą grać 36… 23-29?  37. 24-20, gdyż tracą kamień lub białe przechodzą do damki. Nie można też odpowiedzieć 36… 10-15 z powodu 37. 24-20 15x24  38. 33-28 22x33 39. 38x20 z nieuchronnym przejściem do damki.

36… 22-28!  37. 33x22 18x27  38. 32x21 26x17

I kamień na 24 jest zagrożony.

39. 43-39 10-15  40. 45-40 6-11  41. 48-43 11-16  42. 39-34?

Sytuacja białych była trudna, ale póki co u obu stron grały po dwa kamienie – u czarnych 16 i 17, a u białych 42 i 47. Można było jeszcze szukać szansy na remis, np. po 42. 42-37. Ostatni błąd białych szybko rozstrzyga o losach partii.

42… 14-20  43. 25x14 9x29  44. 43-39 3-9

Białe straciły kamień i nie mają możliwości odegrania go.

45. 34-30 9-14  46. 30-25 13-18!  47. 40-35 17-22  48. 39-33 29-34  49. 35-30?? 34-40  50. 42-37 40-45  51. 30-24 14-19  52. 24x13 18x9  53. 47-41 45-50

I białe poddały się.

Barbara Wójcik („Hetman” Lublin) – Ewa Wieczorek („Victoria” Białystok)

1. 31-26 19-23  2. 37-31 14-19  3. 41-37 10-14  4. 46-41 17x21  5. 26x17 12x21  6. 32-27 21x32  7. 37x28 23x32  8. 38x27 11-17  9. 41-37?

Wcześniejszymi wymianami białe wybrały plan gry na okrążenie centrum z krótkiego skrzydła i powstrzymanie rozwoju krótkiego skrzydła czarnych kolumną 27-36. Ostatnie posunięcie białych sprawia, że wspomniana kolumna nie odgrywa już właściwej roli. Czarne mogły odpowiedzieć 9… 17-21!

9… 7-12  10. 37-32

Tym zagraniem białe zupełnie odeszły od wcześniejszego planu gry.

10… 1-7  11. 31-26?

Samotny bandowy kamień 26 jest słabością. Czarne mogły odpowiedzieć 11… 7-11 i w dalszej części partii dążyć do przejścia do klasyki.

11… 5-10  12. 43-38 17-21  13. 26x17 12x21  14. 36-31 18-23?

Licząc na szybką wygraną, czarne popełniają pozycyjny błąd, prowadzący do pod-
wieszenia kamienia na 10.

15. 33-28! 20-24  16. 39-33 7-11  17. 49-43 

Czarne, znajdujące się w trudnej sytuacji z powodu podwieszonego kamienia na 10, mogły wymusić korzystne dla siebie uproszczenia. 17… 13-18! Teraz białe nie mogą grać 18. 47-41 z powodu 18… 24-30  19. 35x22 21-26  20. 28x19 21x30  21. 40-35 14x23  22. 35x24 9-13  23. 45-40 10-14  24. 43-39 14-20  25. 39-33 20x29  26. 33x24 13-18  27. 22x13 8x30  28. 40-35 30-34  29. 50-45 23-29  30. 48-43 15-20. Wymiana 18. 34-29 23x34  19. 40x20 15x24 jest korzystna dla czarnych, gdyż umożliwi im w następnym posunięciu przestawienie wiszącego kamienia 10-15. Po 18. 44-39 8-12! znów nie można grać 19. 47-41?, gdyż czarne odpowiedziałyby 19… 24-30  20. 35x22 12-17  21. 28x19 17x46  22. 50-44 21x32  23. 38x27 14x23  24. 42-38 23-29  25. 33x24 10-14  26. 39-33 14-20 z wygraną czarnych. Nie można też odpowiedzieć 19. 34-30, gdyż nastąpiłoby 19… 24-29  20. 33x22 21-26  21. 28x19 26x17 i po odegraniu kamienia 19, pozostaje zagrożony kamień 27. W tej sytuacji białe musiałyby grać 19. 34-29 23x34  20. 40x20 15x24, co dawałoby czarnym co najmniej wyrównanie.

17… 21-26  18. 44-39 26x37  19. 42x31 11-17  20. 34-29

Groziła kombinacja 20… 23-29 i 21… 17-22

20… 23x34  21. 40x20 15x24  22. 45-40

Lepsze było 22. 31-26, nie dopuszczające do 13-18

22… 2-7!?

Czarne grają na kombinację 23… 24-29  24. 33x24 19x30  25. 35x24 16-21  26. 27x16 7-11  27. 16x7 8-12  28. 7x18 13x35. Bardzo ważnym pozycyjnie był manewr 22… 13-18 i 23… 18-23

23. 31-26

Czarne odstępują od przeprowadzenia kombinacji, z uwagi na pozostający po niej słaby kamień na 17

23… 7-11  24. 27-22 8-12

Lepsze było 24...19-23

25. 40-34 13-18  26. 22x13 19x8  27. 48-42 17-21  28. 26x17 12x21  29. 28-22 21-26  30. 32-27 8-12  31. 50-44 14-19  32. 42-37 11-17  33. 22x11 6x17  34. 47-41 10-14  35. 33-28 17-21  36. 28-22?

Należało grać 36. 37-32

36… 21x32  37. 37x28 

Przewaga czarnych jest wyraźna. Białe stoją w centrum zbyt pasywnie, a ich kamienie na krótkim skrzydle, nieco opóźnione w rozwoju, są mało aktywne.

37… 24-30?

Wydaje się na pozór, że czarne mają możliwość przełamania obrony białych na długim skrzydle. Jednak nie do końca obliczony wariant okazał się błędną decyzją. Należało realizować przewagę poprzez 37… 12-18!  38. 22x13 9x18. Teraz białym byłoby trudno znaleźć wariant remisowy; a) 39. 38-32 18-22  40. 28x17 24-29, b) 39. 41-37 18-23  40. 38-32 24-29 (40. .. 16-21  41. 37-31 26x37  42. 32x41 23x32  43. 34-29 24x33  44. 39x37) 41. 34-30 29-33  42. 30-24 33x22  43. 24x13 22-27  44. 32x21 16x27  45. 39-33 23-29  46. 33x24 27-31 (45. 43-38 23-28 z następnym 46… 27-31),  c) 39. 39-33 26-31  40. 44-39 (40. 34-29 31-36, 40. 41-36 18-23, 40. 41-37 31x42  41. 38x47 16-21  42. 34-29 18-23  43. 29x9 23x32 z przejściem czarnych do damki) 40… 16-21  41. 41-36 21-27  42. 34-29 18-23  43. 29x9 23x32 i czarne przechodzą do damki, d) 39. 34-30 26-31  40. 39-33 31-36  41. 41-37 18-23  42. 38-32 16-21

38. 35x13 9x27  39. 41-37 3-9?

Czarne tracą czas. Należało organizować szybki atak 39… 12-17 i 40… 17-21

40. 39-33 9-13

Dwoma zbędnymi posunięciami czarne dopuściły do przejęcia inicjatywy przez białe.

41. 43-39 12-17  42. 34-29 17-21  43. 38-32 27x38  44. 33x42 21-27  45. 42-38 4-10?

Znów strata czasu. Należało grać 45… 27-31  46. 39-33 31x42  47. 38x47 i czarne mają możliwość przejścia do damki na długim skrzydle białych.

46. 29-23 14-20??

Błąd szybko rozstrzygający partię. Minimalne szanse remisu dawało 46… 27-31

47. 39-33

Powstały dwie groźby 48. 28-22 i 48. 23-18

47… 16-21  48. 28-22 27x29  49. 33x4 13-19  50. 44-40 19-23  51. 38-33

I czarne poddały się.

Jan Sekuła

Na początek