stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 1 (142) Styczeń 2017

CROSS

ISSN 1427-728X

ROK XV

Nr 1 (142)

Styczeń 2017 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ,

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,
666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Grażyna Wojtkiewicz

Korekta

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

 Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Nakład: 900 egzemplarzy

Miesięcznik dofinansowuje

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści 

Londyński klasyk

Witalis Sapis

Szybkie rozstrzygnięcie 

Witalis Sapis

Marsz triumfalny „Victorii” Białystok 

Leszek Stefanek

Do trzech razy sztuka 

Wojciech Puchacz

Nie zwalniają tempa 

Mirosław Jurek 

Młodzi mistrzowie

Krzysztof Koc 

Wiadomości

Z Wołowca do Radocyny

Przemysław Barszcz

Lodowate palce 

BWO

Alpinizm 

Krzysztof Koc

Gramy w szachy 

Ryszard Bernard

Gramy w warcaby 

Damian Jakubik 

Od Czytelników

O człowieku, który umarł cztery razy
Barbara Zarzecka

 

aaa

 

szachy

 

Londyński klasyk

Na słynne święto szachistów – London Chess Classic 2016 – do stolicy Anglii zjechały największe gwiazdy królewskiej gry. Wśród najlepszych z całego świata pojawili się również zawodnicy Stowarzyszenia „Cross”.  

Grudniowy festiwal szachowy w Londynie składał się z kilku turniejów, od Grand Chess Tour – starcia superarcymistrzów – zaczynając. Tym razem zagrała w nim cała światowa czołówka, poza rywalizującymi w niedawnym meczu o mistrzostwo świata Magnusem Carlsenem i Siergiejem Kariakinem. Pierwsze skrzypce grali naturalizowani reprezentanci USA: pochodzący z Filipin Wesley So, pochodzący z Włoch Fabiano Caruana i urodzony w Japonii Hikaru Nakamura. Zwycięzcą turnieju mógł zostać Nakamura, ale przegrał z obydwoma swoimi krajanami, przy czym nad Caruaną już po debiucie miał dużą przewagę. Wydarzeniem niekorzystnym była katastrofalna gra Veselina Topałowa, który przegrał aż sześć partii.

 

Nr

Imię i nazwisko

Kraj

Ranking

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

Liczba punktów

1.

GM Michael Adams

Wielka
Brytania 

2748

 

0

½

½

1

½

½

½

½

0

4

2.

GM Wesley So

USA

2794

1

 

½

½

1

½

½

½

1

½

6

3.

GM Anish Giri

Holandia

2771

½

½

 

½

½

½

½

½

½

½

4.5

4.

GM Viswanathan Anand

Indie

2779

½

½

½

 

1

½

½

1

0

½

5

5.

GM Veselin Topalov

Bułgaria

2760

0

0

½

0

 

0

0

½

0

1

2

6.

GM Vladimir Kramnik

Rosja

2809

½

½

½

½

1

 

½

½

½

½

5

7.

GM Fabiano Caruana

USA

2823

½

½

½

½

1

½

 

½

1

½

5.5

8.

GM Maxime
Vachier-Lagrave  

Francja

2804

½

½

½

0

½

½

½

 

0

1

4

9.

GM Hikana Nakamura

USA

2779

½

0

½

1

1

½

0

1

 

½

5

10.

GM Levon Aronian

Armenia

2785

1

½

½

½

0

½

½

0

½

 

4

 

 

Nas bardziej interesował turniej London Chess Classic FIDE Open, w którym uczestniczyli reprezentanci Stowarzyszenia „Cross”. Wzięło w nim udział 247 zawodników z blisko czterdziestu państw, w tym oczywiście z Polski. Udział 36 posiadaczy tytułu arcymistrza (dziewięciu z nich miało ranking powyżej 2600) i 27 mistrzów międzynarodowych potwierdzał bardzo wysoki poziom turnieju.

Najlepiej z naszych zawodników wypadł weteran Tadeusz Żółtek, który w dodatku był jednym z najbardziej bojowych zawodników – zremisował tylko jedną partię.

Początek turnieju miał bardzo udany. W pierwszej rundzie jego przeciwniczką była Józefa Spychała. Partię tę mistrz wygrał w ładnym pozycyjnym stylu.

W drugiej rundzie pokonał Anglika Davida Egglestona. Przeciwnik nie miał problemów z wyrównaniem gry w debiucie, a nawet w pewnym momencie przechwycił inicjatywę. Jednakże plan ataku po linii „h” okazał się niezbyt dobry i partia znów się wyrównała. Przeciwnik ponownie ją skomplikował przez poświęcenie jakości, ale nie przyniosło to spodziewanych korzyści i po kilku niedokładnościach przegrał.

Kluczowa dla naszego reprezentanta okazała się partia z trzeciej rundy z hinduskim arcymistrzem:

Murali Karthikeyan – Tadeusz Żółtek 

1. e4 e6 2. d3 d5 3. Sd2 Sf6 4. Sgf3 c5 5. g3 Sc6 6. Gg2 Ge7 7. 0-0 0-0
8. We1 b6 9. e5 Sd7 10. Sf1 Gb7 11. h4 We8 12. Gf4 Sf8 13. c3 Wc8 14. S1h2 b5
15. Sg4 d4 16. Hd2 dxc3 17. bxc3 b4 18. Wab1 bxc3 19. Hxc3 Sb4 20. Wed1 Sxa2

Po znakomicie rozegranym debiucie czarne zostały z pionem więcej i dużo lepszą pozycją. Niestety, kilka niedokładnych posunięć nie tylko wypuściło przewagę, lecz jeszcze doprowadziło do porażki.

21. Hd2 Gxf3 22. Gxf3 Sb4 23. h5 a5 24. h6 g6 25. Wbc1 a4 26. Wa1 Wc7 27. Wxa4 Sd5 28. Gxd5 exd5 29. e6 Sxe6 30. Gxc7 Hxc7 31. Ha2 Hd8 32. Wa7 Sd4 33. Wa1 Hd6 34. Wa8 Gd8 35. Hxd5 1-0

W kolejnej, czwartej rundzie pan Tadeusz nie ustał czterowieżówki z pionem mniej z 15-letnim armeńskim juniorem Davidem Mirzoyanem. Kiedyś mawiało się: „z juniorem do końcówki”. Dziś, jak widać, nie jest już tak łatwo. W piątej rundzie nasz mistrz chciał się odegrać i wybrał dość ryzykowną kontynuację z Anglikiem Duncanem Burbidge’em. Niestety przeciwnik nie chciał się pomylić, precyzyjnie wykorzystał słabości stworzone w debiucie i partię zasłużenie wygrał.

Za to szczęście uśmiechnęło się do naszego zawodnika w rundzie szóstej. Jego przeciwnikiem był 12-letni Włoch Ieysaa Bin-Suhayl. Co prawda debiut ułożył się po myśli weterana, ale po kilku błędach przewagę uzyskał junior. W krytycznym momencie przecenił on jednak swą pozycję i wyruszył swoim królem w daleką i, jak się okazało, ostatnią podróż. Partię z siódmej rundy, ze Szkotem Matiejusem Gudenasem, śmiało można porównać do partii dawnych mistrzów, gdzie niewiele przejmowano się obroną, a każdy chciał atakować. I tak jak wiele takich partii, zakończyła się remisem, choć Szkot kilka razy był o krok od zwycięstwa. Ósma runda przyniosła stosunkowo łatwe zwycięstwo z Australijczykiem Bhat Vishalem. W decydującej partii z brytyjskim mistrzem międzynarodowym Johnem Coxem nasz weteran prawie cały czas miał przewagę, ale niestety – to on popełnił błąd przesądzający o porażce.

Nieco gorszy wynik uzyskał junior Adam Czajkowski. Po łatwym zwycięstwie białymi z Anglikiem Lenem Cotterem w rundzie inauguracyjnej, Adam stanął przed pierwszym poważnym egzaminatorem – hinduskim mistrzem międzynarodowym
P. Karthikeyanem. Oryginalnie rozegrany debiut ułożył się po myśli naszego zawodnika, ale w kluczowym momencie nie znalazł on właściwej kontynuacji. Wymienił swojego silnego skoczka za gońca i otrzymał kiepską pozycję. Wówczas przeciwnik nieoczekiwanie poświęcił jakość i gra się wyrównała. W końcówce Adam grał jednak zbyt pasywnie i partię w końcu przegrał.

Potem przyszła szybka wygrana białymi z Anglikiem Ilią Misyurą, a po niej kolejny ciężki test czarnymi z angielskim mistrzem międzynarodowym Jamsem Aldairem. Anglik poświęcił piona za inicjatywę, ale w pewnym momencie zagrał słabsze posunięcie i Adam, zwracając piona, osiągnął znakomitą pozycję. W kluczowym momencie nie zdecydował się jednak na stwarzającą duże szanse ofiarę hetmana i w niedoczasie przegrał.

W piątej rundzie nastąpiła efektowna wygrana z poświęceniem hetmana za skoczka – z Anglikiem Ilią Iyengarem, a w szóstej kolejny test, tym razem z niemieckim arcymistrzem. Tu warto zwrócić uwagę na taki „szwajcarski” schemat, z którego ciężko czasem uciec: wygrana białymi z graczem o słabszym rankingu skutkuje kojarzeniem z silnym graczem i kolorem czarnym, którym gra się trudniej. Adam rozegrał dobrą partię i był o krok od zwycięstwa, ale niedokładności niedoczasowe pozwoliły przeciwnikowi nie tylko się obronić, lecz nawet zwyciężyć.

Florian Handke – Adam Czajkowski

1. e4 c5 2. Sf3 e6 3. d4 cxd4 4. Sxd4 Sc6 5. Sc3 Hc7 6. Ge3 a6 7. Hf3 Sf6 8. 0-0-0 Ge7 9. Ge2 0-0 10. Hg3 d6 11. f4 e5 12. fxe5 Sxe5 13. Whf1 Ge6 14. Sxe6 fxe6 15. Hh3 Hc8 16. g4 Sfd7 17. g5 Wxf1 18. Wxf1 Sf8 19. Gg4 Sxg4 20. Hxg4 b5 21. Se2 He8 22. h4 Wc8 23. Kb1 Wc4 24. b3 Wc7 25. h5 Gd8 26. g6 hxg6 27. hxg6 Gf6 28. Gd4 e5 29. Gb6 Wc6 30. Ge3 Hxg6 31. Hf3 d5 32. Sg3 Wc3 33. Se2 Wc6 34. Sg3 Wc3 35. Se2 dxe4 36. Hf2 Wc6 37. Wg1 Hh5 38. Sg3 Hf3 39. Hd2 Gh4

Wygrywało 39... Se6, które aktywizowało skoczka i pozostawiało przewagę dwóch pionów.

40. Hd5+ We6 41. Gc5 Hf7 42. Hxe4 Gxg3 43. Wxg3 Sd7 44. Ge3 Sf6 45. Hh1 Wd6 46. Gc5 Wd8 47. Hc6 Sh5 48. Wg1 Hf6 49. Hc7 We8 50. Wd1 Sf4 51. Wd6 Hh4 52. Kb2 Se6 53. Hc6 He7 54. Hd5 Kh8 55. Hh1+ Kg8 56. Hd5 e4 57. Gd4 Kf8

58. Wd7 Hg5 59. Gxg7+ Kg8 60. Ge5 e3 61. Wg7+ Hxg7 62. Gxg7 Kxg7 63. He5+ Kf7 64. Hxe3 We7 65. Hf3+ Kg7 66. Ka3 Wf7 67. Hg3+ Kf6 68. Hd6 1-0

W siódmej rundzie Adam zmierzył się z wicemistrzem Polski do lat 12 Maciejem Czoporem. Partia miała dramatyczny przebieg. Adam miał już znaczną przewagę, ale wykonał dwa słabe posunięcia i przeciwnik mógł przeprowadzić wygrywające zagranie. Nie zauważył go jednak i Adam uratował się wiecznym szachem.

W ósmej rundzie nasz junior spotkał się z angielską mistrzynią międzynarodową Meri Grigoryan. Ze względu na źle stojącego skoczka przeciwniczki można było przejść do wygranej końcówki. Adamowi wydawało się, że i tak go weźmie. Ale kombinacja rywalki na to nie pozwoliła i gra skończyła się remisową końcówką, gdyż skoczek do gry powrócił.

Od Anglika się zaczęło i na Angliku skończyło. W dziewiątej rundzie był to Roman Mitura. Adam nie uzyskał przewagi debiutowej i powinien przechodzić do remisowej końcówki z różnobarwnymi gońcami. Wybrał jednak iluzoryczny atak z jednobarwnymi i partię przegrał.

Cztery punkty uzyskał również Ryszard Suder. W pierwszej rundzie trafił na jednego z faworytów turnieju, armeńskiego arcymistrza Hranta Melkumyana. Problemu z wyprowadzeniem źle stojącego skoczka nie udało się naszemu zawodnikowi rozwiązać i musiał uznać wyższość przeciwnika.

W drugiej rundzie nastąpiło szybkie uproszczenie pozycji i remis z Anglikiem Simonem Wilksem. W trzeciej nasz zawodnik wygrał z Niemcem Berdtem Skuttą w swoim koronnym debiucie – obronie Grunfelda – choć przeciwnik mógł liczyć na remisowe tendencje powstające przy różnobarwnych gońcach. Czwarta runda to koszmarne dwa posunięcia, które z pozycji lepszej zrobiły pozycję kompletnie przegraną i skutkowały porażką z Anglikiem Raymondem Cannonem.

Po takiej klęsce trudno się gra, więc pan Ryszard w następnej rundzie, z Anglikiem Simonem Edwardsem, zagrał dość spokojnie i partia zakończyła się remisem.

Wyrównany przebieg miała też następna partia z kolejnym Anglikiem Charliem Nettletonem. W pewnym momencie przeciwnik co prawda przejął inicjatywę, ale nic wielkiego nie wskórał. Z rozpaczy postawił swojego skoczka w zugzwangu. Zgoda na remis nastąpiła nieco za szybko, bo Anglik musiał w tym momencie zrobić jedyne posunięcie i należało sprawdzić, czy się z tym zadaniem upora. W siódmej rundzie szybko zdobyty pionek pomógł w zwycięstwie nad Angielką Katheriną Shepherd.

Ciekawy przebieg miała partia z ósmej rundy, ze Szkotem Matiejusem Gudenasem. Szkot po kilkuposunięciowej kombinacji zdobył piona, ale w końcówce Polak zyskał tak dużą aktywność, że mógł nawet walczyć o zwycięstwo. Ostatecznie jednak partia zakończyła się remisem.

W dziewiątej rundzie nasz zawodnik przecenił swoją pozycję i zamiast pozycyjnego ataku 21... Hf6 wybrał atak pionowy, a po ryzykownej odpowiedzi 22.g3 przeszedł do obrony, choć po najlepszym 22... Ge6 z następnym 23... Sxh3 mógł uzyskać obiecującą pozycję.

Marcel Boel – Ryszard Suder 

1. e4 d6 2. d4 Sf6 3. Sc3 g6 4. Sf3 Gg7 5. h3 0-0 6. Ge3 c6 7. a4 Ha5 8. Hd2 e5

9. dxe5 dxe5 10. Gd3 Sbd7 11. 0-0 Hb4 12. a5 We8 13. Wa4 He7 14. b4 Sf8
15. Se2 Wd8 16. Hc3 Sh5 17. a6 b6 18. Hb3 Se6 19. We1 Shf4 20. Sxf4 Sxf4 1. Gf1 g5 22.g3 Se6 23. c3 h6 24. Waa1 Sc7 25. Hc2 Ge6 26. Wed1 Sb5 27. Kh2 Sd6 28. c4 f5 29. c5 bxc5 30. Hxc5 Hc7 31. Wac1 Sxe4 32. Wxd8+ Hxd8 33. Hxc6 Gd5 34. Gc4 Gxc4 35. Hxc4+ Kh8 36. Hc7 Hd5 37. Hb7 Hd8 38. Wc7 Sd6 39. Hc6 Wc8

40. Wxc8 Sxc8 41.Sxe5 Gxe5 42. Hxh6+ Kg8 43. He6+ 1-0

Ciekawą grę zaprezentowała mistrzyni Polski Anna Stolarczyk. W pierwszej rundzie co prawda została szybko rozbita przez angielskiego arcymistrza Glena Fleara, ale drugą już wygrała. Spokojnie odparła atak przeciwnika, Hindusa Narayana Balaji, i przeszła do kontrataku. W trzeciej rundzie, po zbyt ryzykownie rozegranym debiucie, Ania wpadła w kłopoty i poległa w rozgrywce z Robertem Willmothem z Anglii. W następnej, z kolejnym Anglikiem Maximem Dunnem, nasza zawodniczka uzyskała nieco lepszą pozycję, a partner do tego szybko dołożył figurę i się poddał. Kluczowa okazała się partia z Kanadyjczykiem w piątej rundzie.

Dale W. Haessel – Anna Stolarczyk

1. d4 d5 2. c4 c6 3. Sc3 Sf6 4. e3 e6 5. Sf3 Sbd7 6. Hc2 Gd6 7. b3 O-O 8. Ge2

We8 9. O-O dxc4 10. bxc4 e5 11. Wd1 Hc7 12. g3 a6 13. c5 Gf8 14. Gc4 b5 15. cxb6 Sxb6 16. Ge2 exd4 17. Sxd4 c5 18. Sf3 Gb7 19. Gb2 Sc4 20. Gxc4 Gxf3

21.Wd2 Hc8 22. Sd5 Se4

Czarne zajęły dominującą pozycję w centrum, a w pozycji białych widać też słabość białych pól. Rozstrzygającą przewagę dawało teraz 23... Hg4 24. Sxa8 Sxd2 25. Hxd2 Hxc4. Czarne nie znalazły jednak tej kontynuacji, a po błędzie 37... Gf6 musiały się jeszcze długo „tłumaczyć”, by nie przegrać.

23. Sb6 Hc6 24. Sxa8 Sxd2 25. Hxd2 Wxa8 26. h3 Ge7 27. Ge2 Gh1 28. Gf1 Gf3 29. Wc1 Wd8 30. Hc2 Ge4 31. Hc4 a5 32. Gc3 a4 33. a3 h6 34. Ge2 Gh1 35. Gf1 Gf3 36. Ge2 Gd5 37. Hg4 Gf6 38. Gxf6 Hxf6 39. Hxa4 Wa8 40. Hc2 Wxa3 41. Hxc5 Wa1 42. Gd3 g6 43. e4 Ge6 44. Wxa1 Hxa1+ 45. Kh2 h5 46. Hc7 He1 47. Hd8+ Kg7 48. Hd4+ Kg8 49. Hf6 Hd1 50. Gb5 Kh7 51. Gc6 Hd3 52. e5 Hd2 53. Kg2 He1 54. Hf4 Kg7 55. He4 Hd1 56. Hf3 Hd4 57. Hf4 Hxf4 58. gxf4 h4 59. Gf3 Kh6 60. Gg4 Gd5+ 61. Kf1 Kg7 62. f5 f6 63. e6 gxf5 64. Gxf5 Kf8 65. Ke2 Ke7 66. Ke3 Gb3 67. Kf4 Gd1 68. f3 Gb3 69. Gg4 Gxe6 70. Gxe6 Kxe6 71. Kg4 Ke5 1/2-1/2

W partii z szóstej rundy, z Adamem Bukojemskim, nasza zawodniczka stanęła nieco gorzej, ale po poświęceniu piona uzyskała silną inicjatywę. Po uproszczeniach odbiła piona i nie pozostało nic innego, jak podpisać remis. W siódmej rundzie, z Anglikiem Casparem Batesem, Ania łatwo wyrównała w debiucie, ale po jednej z wymian odbiła hetmanem i wpadła w poważne tarapaty, z których nie udało jej się wyplątać.

W kolejnym starciu, z Francuzem Marckiem Gollainem, powstała równa, symetryczna pozycja, ale jedno zbyt pasywne posunięcie dało przeciwnikowi szansę na przechwycenie inicjatywy. Grając bardzo precyzyjnie, Francuz swoją przewagę zrealizował. W ostatniej rundzie po dość spokojnej grze Ania zremisowała z Anglikiem Yousufem Bin-Suhaylem.

Ogólnie wyniki wszystkich naszych zawodników w tak silnym turnieju można ocenić pozytywnie. Zwłaszcza że będąc w Londynie, trzeba połączyć grę w turnieju z zaliczeniem choćby największych atrakcji turystycznych tego pięknego miasta.

Udział zawodników Stowarzyszenia „Cross” w londyńskim turnieju został dofinansowany ze środków Ministerstwa Sportu i Turystyki.

Witalis Sapis

 

Zawodnicy Stowarzyszenia „Cross” na tle najlepszych w turnieju open London Chess Classic 

9-16.12.2016 r., Londyn

1. GM Etienne Bacrot – Francja 7,5 p. (2689)

2. GM Sebastien Maze – Francja 7,5 p. (2608)
3.  GM Ilya Smirin – Izrael 7 p. (2669)
4. GM Edoardo Iturrizaga – Wenezuela 7 p. (2652)

5. GM Abhijeet Gupta – Indie 7 p. (2634)

6. GM Benjamin Bok – Holandia 7 p. (2598)

7. GM Andrei Istratescu – Francja 7 p. (2596)

8. GM Sebastian Bogner – Szwajcaria 7 p. (2564)

9. GM Murali Karthikeyan – Indie 7 p. (2530)

...

113. FM Tadeusz Żółtek – Polska 4,5 p. (2140)

137. Adam Czajkowski – Polska 4 p. (2212)

143.   Ryszard Suder – Polska 4 p. (2123)

177.   Anna Stolarczyk – Polska 3,5 p. (1992)      

236.   Józefa Spychała – Polska 2 p. (1466)

 

aaa

 

szachy

 

Szybkie rozstrzygnięcie 

Ośrodek „Wielspin” został w tym roku monopolistą, jeśli chodzi o miejsce rozgrywania zawodów szachowych o mistrzostwo Polski niewidomych i słabowidzących. Stało się tak zapewne dlatego, że oferuje dobre warunki zakwaterowania i wyżywienia, a i lokalizacja zapewnia w miarę dobry dojazd.

Jak co roku, w mistrzostwach Polski wystartowało dziesięć najlepszych drużyn szachowych. Ze względu na wycofanie się z rozgrywek „Jutrzenki” Dąbrowa Górnicza w turnieju wystąpił zespół „Jantaru” Gdańsk. Faworytami były ekipy z Olsztyna, Lublina i Poznania, które legitymowały się najwyższymi średnimi rankingami zawodników.

Już w pierwszej rundzie los skojarzył ze sobą drużyny z Olsztyna i Lublina. Jak się później okazało, mecz ten zadecydował o dwóch pierwszych miejscach w mistrzostwach. Na pierwszej szachownicy Ryszard Suder łatwo odparł nieprzygotowany atak Bartosza Pawelca i szybko zainkasował punkt. Zdzisław Wojcieszyn próbował ustawić twierdzę, ale przeciwnik Andrzej Migala przejściowym poświęceniem figury zniweczył te plany i olsztynianie wygrali kolejną partię. Bardziej wyrównana walka toczyła się na dwóch pozostałych szachownicach. Marcin Chojnowski wygrał jednak z Marianem Kowalczykiem i zwycięstwo juniora Rafała Bojczewskiego dało lublinianom jedynie honorowy punkt w tym meczu. Na marginesie, Rafał okazał się najlepiej punktującym zawodnikiem, który wygrał wszystkie swoje partie.

W trzeciej rundzie praktycznie rozstrzygnęła się sprawa mistrzowskiego tytułu w bezpośrednim spotkaniu Olsztyna i Poznania. Marcin Chojnowski bardzo szybko pokonał Stanisława Niećkę, któremu nie udało się nawet wyprowadzić wszystkich figur. Dla równowagi mistrzyni Polski Anna Stolarczyk pokonała weterana Tadeusza Żółtka. Ryszard Suder uzyskał co prawda znaczną przewagę nad Markiem Maćkowiakiem, ale w decydującym momencie zagrał skoczkiem nie na to pole i partia zakończyła się remisem. O końcowym wyniku zadecydowała partia Joanny Malcer z Józefą Spychałą. Pani Joanna wygrała piona i miała szansę na wygraną, ale po uproszczeniach przeciwniczka kilka razy mogła forsować remis. Zamiast jednak oddać skoczka za dwa piony, zainicjowała wymianę skoczków, co zapewniło zwycięstwo w partii i meczu olsztynianom.

Sprawa srebrnego medalu wyjaśniła się dopiero w siódmej rundzie w pojedynku Poznania z Lublinem. Obie drużyny miały w tym momencie po 10 punktów, a Lublin o jeden mały punkt więcej. Bartosz Pawelec szybko wygrał starcie z Adamem Tyszkiewiczem, ale pozostałe mecze były bardzo zacięte. Marek Maćkowiak wygrał minimalnie lepszą końcówkę wieżową z Marianem Kowalczykiem. Zdzisław Wojcieszyn szybko zdobył piona przewagi, ale Stanisław Niećko dobrze się bronił i wydawało się, że partia zakończy się remisem. Jednak w decydującym momencie reprezentant Poznania nie znalazł już prostej drogi do remisu. Jeszcze bardziej dramatyczna była partia Rafała Bojczewskiego z Anną Stolarczyk. Ania utrzymywała przewagę przez całą partię, ale nie znalazła wygrywającego posunięcia. Co więcej, zamiast niego podstawiła jakość i ostatecznie przegrała.

Pierwsze trzy zespoły, a w zasadzie dwa – bo drużyna „Warmii i Mazur” zebrała komplet – traciły punkty tylko ze sobą, więc końcowa kolejność nie była przypadkowa.

Ostatnie miejsce zajął (grający bez czwartej szachownicy) „Lajkonik” Kraków i w przyszłym roku nie wystąpi w mistrzostwach. Czarnym koniem turnieju, jeśli chodzi o indywidualne występy, był niewątpliwie Lucjan Walczak, który pokonał między innymi naszych kadrowiczów: Sylwestra Barnowskiego, Zdzisława Żarowa i Bartosza Pawelca, a z Ryszardem Suderem zremisował. Wypełnił on normę na I kategorię, ale do normy na kandydata na mistrza trochę mu zabrakło. Jeśli potwierdzi swą siłę w rozgrywkach indywidualnych, na pewno i dla niego miejsce w kadrze się znajdzie.

Tu małe wyjaśnienie: zgodnie z zapisem regulaminu (wzorowanym zresztą na regulaminach Polskiego Związku Szachowego) zawodnik był klasyfikowany na najniższej szachownicy, na jakiej grał. Logicznym uzasadnieniem tego zapisu jest fakt, że na wyższych szachownicach przeważnie grają silniejsi zawodnicy. W związku z tym zawodnik grający np. tylko na pierwszej szachownicy ma trudniejsze zadanie niż ten, który gra część partii na szachownicy drugiej.

Drugą ciekawostką regulaminową, którą można było zauważyć, jest różnica w sposobie zgłaszania zmian składów (a w zasadzie niezgłaszania) w mistrzostwach Polski w porównaniu z drużynowymi mistrzostwami Europy (które w 2016 r. odbyły się w Warszawie). Otóż w przypadku niezgłoszenia zmiany w DMP obowiązywał skład z poprzedniej rundy, a w DME skład podstawowy. Logicznie rzecz biorąc, „nasz” zapis jest lepszy, ponieważ grając cały turniej jednym składem:

a) z zawodnikiem rezerwowym

– zgodnie z regulaminem DMP musimy
skład zgłosić tylko raz na pierwszą rundę;

– zgodnie z regulaminem DME musimy zgłaszać skład na każdą z rund (na 9, jak w tym przypadku);

b) w składzie podstawowym

– nie ma różnicy, gdyż zmiany składu nie musimy zgłaszać ani w przypadku regulaminu DMP, ani w przypadku regulaminu DME.

Drużynowe mistrzostwa Polski niewidomych i słabowidzących w szachach dofinansowały Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Ministerstwa Sportu i Turystyki. Imprezę koordynowała Józefa Spychała.

 

Drużynowe mistrzostwa Polski niewidomych i słabowidzących w szachach

10-20.11.2016 r., Wągrowiec

1. „Warmia i Mazury” Olsztyn         18 p. (30,0 p.: Ryszard Suder – 4,5 p. z 6 partii, Marcin Chojnowski – 8,0 p. z 9, Tadeusz Żółtek – 6,5 p. z 8, Andrzej Migala – 3,5 p. z 4, Joanna Malcer – 7,5 p. z 9)  

2. „Ikar” Lublin 16 p. (27,5 p.: Bartosz Pawelec – 6,5 p. z 9 partii, Marcin Kowalczyk – 5,0 p. z 9, Zdzisław Wojcieszyn – 7,0 p. z 9, Rafał Bojczewski – 9,0 p. z 9) 

3. „Tęcza” Poznań 14 p. (23,5 p.: Adam Tyszkiewicz – 0,0 p. z 3 partii, Marek Maćkowiak – 7,5 p. z 9, Stanisław Niećko – 5,0 p. z 9, Anna Stolarczyk – 7,0 p. z 9, Józefa Spychała – 4,0 p. z 6)

4. „Zryw” Słupsk 11 p.  (19,0)

5. „Podkarpacie” Przemyśl 8 p. (15,0)

6. „Łuczniczka” Bydgoszcz 6 p. (15,0)

7. „Syrenka” Warszawa 6 p. (14,5)

8. „Atut” Nysa 6 p. (14,0)

9. „Jantar” Gdańsk 4 p. (10,5)

10. „Lajkonik” Kraków 1 p. (10,0)

Na poszczególnych szachownicach zwyciężyli:

Pierwsza szachownica: 

1. Bartosz Pawelec („Ikar” Lublin) 6,5 p. z 9 partii

2. Lucjan Walczak („Podkarpacie” Przemyśl) 5,5 p. z 9

3. Andrzej Sargalski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 5 p. z 9

Druga szachownica: 

1. Marcin Chojnowski („Warmia i Mazury” Olsztyn) 8 p. z 9
2. Marek Maćkowiak („Tęcza” Poznań) 7,5 p. z 9

3. Roman Staruch („Zryw” Słupsk) 6 p. z 7

Trzecia szachownica: 

1. Zdzisław Wojcieszyn („Ikar” Lublin) 7 p. z 9

2. Tadeusz Żółtek  („Warmia i Mazury” Olsztyn) 6,5 p. z 8

3. Michał Wolański („Syrenka” Warszawa) 6 p. z 9

Czwarta szachownica: 

1. Rafał Bojczewski („Ikar” Lublin) 9 p. z 9

2. Joanna Malcer („Warmia i Mazury” Olsztyn) 7,5 p. z 9

3. Anna Stolarczyk („Tęcza” Poznań) 7 p. z 9

 

aaa

 

warcaby

 

Marsz triumfalny „Victorii” Białystok

W dniach 2-10 października 2016 roku w ośrodku wczasowym Lazur-Bis w Rowach koło Ustki rozegrane zostały XVII Drużynowe Mistrzostwa Polski Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach Stupolowych. Do rywalizacji przystąpiło 12 najlepszych zespołów w kraju.

W turnieju zagrały 52 osoby. W tym roku większość ekip przybyła nad Bałtyk w mniej lub bardziej osłabionych składach. Obrońca tytułu – „Podkarpacie” Przemyśl – zagrał bez Marii i Stanisława Mazurów, w „Hetmanie” Lublin zabrakło mistrzyni Polski Barbary Wójcik, w „Łuczniczce” Bydgoszcz Ewy Grabskiej i Maksymiliana Karczewskiego, a w „Atucie” Nysa – Jadwigi Mróz i Edwarda Podczasika. Z drużyn walczących w ostatnich latach o złoto jedynie „Victoria” Białystok wystąpiła w optymalnym zestawieniu i była w tej sytuacji zdecydowanym faworytem.

Przebieg mistrzostw w pełni potwierdził te przewidywania. Faworyt niczym walec miażdżył kolejnych rywali i odniósł – po raz pierwszy w historii – komplet zwycięstw meczowych. Przy okazji pobił też rekord zdobytych małych punktów (75). Nikt z białostockiej ekipy nie poniósł ani jednej porażki w swoich partiach, co też do tej pory się nie zdarzyło.

W obliczu wyraźnej dominacji drużyny z Podlasia turniejowe emocje ograniczyły się do walki o pozostałe dwa miejsca na podium. A kandydatów do nich było aż nadto. Praktycznie siedem zespołów mogło liczyć się w grze o medale z mniej cennych kruszców, wśród nich drużyny z Lublina, Przemyśla, Bydgoszczy, Nysy, Olsztyna, Gdańska i Suwałk. Marzeniem pozostałych czterech teamów było utrzymanie się w elicie. W tej grupie znajdowali się obaj beniaminkowie – „Syrenka” Warszawa i „Tęcza” Poznań, a także „Cross Opole”, wyjątkowo mocno osłabiony kadrowo w ostatnim czasie. Również „Sudety” Kłodzko, grające bez aktualnego mistrza Polski Stanisława Jędrzyckiego, musiały znacznie ograniczyć swe aspiracje.

W tym roku dłuższe niż w poprzednich latach było tempo gry i wynosiło 2 godziny. Obowiązywał oczywiście system kołowy – każda drużyna grała z każdą po jednym meczu.

Pierwsza część turnieju to, jak zwykle, rywalizacja teoretycznie silniejszej (według rankingu) szóstki drużyn ze słabszą. Przed laty bywało, że tę fazę zawodów liderzy kończyli w komplecie, z pełnym dorobkiem punktów meczowych, a ich rywale – z zerowym. Teraz, przy tak wyrównanej stawce, było to niemożliwe. Jeśli nawet faworyci wygrywali, to po ciężkiej, wyrównanej walce. Oprócz Białegostoku znakomity start zaliczyła drużyna z Lublina. Sześć kolejnych zwycięstw sprawiło, że dwie liderujące ekipy wypracowały sobie pokaźny zasób punktowy przed decydującymi pojedynkami. Dwa punkty meczowe straciła Bydgoszcz. Do dużej niespodzianki in minus należy zaliczyć zwłaszcza jej remis w czwartej rundzie ze skazaną na pożarcie Warszawą. Bohaterem meczu został Szymon Rękawek, który ograł Tomasza Kuziela.

 Dotkliwsze od Bydgoszczy straty poniosły na początku mistrzostw „Warmia i Mazury” Olsztyn oraz „Atut” Nysa. Olsztyn w pierwszych czterech meczach odniósł tylko jedno zwycięstwo. Nie potrafił pokonać m.in. „Jantaru” Gdańsk. Na wszystkich deskach w tym pojedynku padły remisy, przy czym tylko Zdzisław Ratajczak nie był faworytem w partii z gdańszczaninem Zygfrydem Lorochem. Jeszcze większej sztuki dokonał „Jantar” w piątej rundzie, wygrywając sensacyjnie z nyskim klubem 5:3.

Przed rozstrzygającymi pojedynkami sytuacja była następująca: prowadził Białystok – 12 p. (42 małe p.) przed Lublinem – 12 (37), Bydgoszczą – 10 (33), Nysą – 9 (32), Olsztynem – 9 (29) i Przemyślem – 8 (28). W dolnej połówce tabeli najwięcej ugrał Gdańsk – 5 p., Suwałki uzbierały 4 p., Kłodzko – 2 p., Warszawa – 1 p., a Opole i Poznań pozostawały bez punktów meczowych. Decydującą fazę mistrzostw od straty punktu z Przemyślem rozpoczął Lublin, chociaż z przebiegu gry zanosiło się na wygraną „Hetmana”. Najwcześniej zakończyli swą partię Zenon Sitarz i Leszek Stefanek, dzieląc się punktami. Halina Jasińska miała wygraną końcówkę z Justyną Knaź, a Krzysztof Furtak – przewagę kamienia z Wojciechem Łucem. Do przegranej dla siebie pozycji doprowadził tylko Michał Czarski w partii z Andrzejem Jagiełą. Ostateczne wyniki tych trzech pojedynków były jednak zaskakujące, albowiem wszystkie zakończyły się remisami. Najbardziej rozczarowany mógł się czuć Jagieła, który był najbliższy wygranej, a jego partia decydowała o wyniku meczu (trwała najdłużej).

Potknięcie współlidera wykorzystała „Victoria” Białystok, która po zwycięstwie nad „Łuczniczką” Bydgoszcz 7:1 została samodzielnym przodownikiem w tabeli i od tej pory już tylko powiększała przewagę nad konkurentami. Nysa zaledwie zremisowała z Olsztynem i nie zbliżyła się do podium. Ważne zwycięstwo nad Opolem (6:2) odniosła Warszawa.

Kolejne dwie rundy (ósma i dziewiąta) odbyły się w piątek, 7 października. Cztery punkty zainkasowała Bydgoszcz po pokonaniu Przemyśla i Olsztyna i już tylko małymi punktami ustępowała Lublinowi, który najpierw zremisował z Nysą, a po południu został rozjechany przez Białystok aż 1:7. Co ciekawe, jedyny punkt dla lublinian zdobył Stefanek w partii z Ryszardem Biegasikiem, grając już od debiutu ze stratą kamienia (!). Nysa zdołała wygrać z Przemyślem 5:3 i zachowała medalowe szanse. Białystok już wtedy zapewnił sobie złoto, gdyż prowadził z przewagą 4 p. nad następnymi drużynami i miał wystarczająco dużo małych punktów – aż 17. O pozostałe dwa medale walczyły jeszcze: Lublin (14-46), Bydgoszcz (14-44) i Nysa (13-45). Olsztyn po porażce z Bydgoszczą stracił definitywnie szanse na podium. Mecz tych drużyn miał kluczowe znaczenie dla układu tabeli. W przypadku wygranej Olsztyn dogoniłby Bydgoszcz i pozostał w grze o medale. Bydgoszcz wygrała jednak 5:3, a decydujące punkty zdobył Kuziel, który dzięki uderzeniu Filipa wygrał z Ryszardem Suderem. Dla Sudera była to trzecia z rzędu porażka w turnieju. Wcześniej uległ Janowi Sekule i Józefowi Tołwińskiemu.

W przedostatniej rundzie Lublin pewnie pokonał Olsztyn 6:2, a Nysa jedynie zremisowała z Bydgoszczą, ograniczając do minimum swoje szanse na medal. Po remisie z „Sudetami” Kłodzko utrzymanie w lidze zapewniła sobie „Syrenka” Warszawa. W meczu tym m.in. Grażyna Skonieczna pokonała Irenę Wnuk, a Barbara Kacprzak wygrała z Marią Górzną. Poznaliśmy też pierwszego spadkowicza, którym została „Tęcza” Poznań.

Przed ostatnią, jedenastą rundą, sytuacja była klarowna. Lublin grał z Bydgoszczą i do srebra wystarczał mu remis. Przy takim wyniku Bydgoszcz mogłaby stracić brąz na rzecz Nysy tylko w przypadku, gdyby Nysa wygrała z Białymstokiem, co wydawało się nierealne.

Niespodzianek nie zanotowano. Padły następujące rezultaty: „Łuczniczka” – „Hetman” 4:4, „Victoria” – „Atut” 6:2. W tym ostatnim meczu m.in. Mikołaj Fiedoruk zremisował z Janem Sekułą, a Ewa Wieczorek pokonała Beatę Kasperczyk i dopełniła ostatnie 2 p. do kompletu 22 zdobytych w całym turnieju. Zgodnie z przewidywaniami zakończył się też mecz „Crossu Opole” z „Sudetami” Kłodzko. Opole miało jeszcze teoretyczne szanse na zachowanie ligowego bytu, ale tylko w przypadku zwycięstwa z Sudetami. Trudno było na to liczyć, skoro do tej pory opolanie nie potrafili wygrać z nikim. Nie udało się i tym razem. Kłodzko wygrało 7:1, a lider tego zespołu Edward Twardy zanotował szóste zwycięstwo z rzędu.

Ligowe szeregi opuściły zatem „Tęcza” Poznań i „Cross Opole”. Po rocznej przerwie do elity powróciły zespoły z Kielc i Słupska.

 

XVII Drużynowe Mistrzostwa Polski Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach

2-10.10.2016 r. Rowy

1. „Victoria” Białystok 22 p. (75 p.: Ewa Wieczorek – 22 w 11 partiach), Józef Tołwiński – 18 w 11, Ryszard Biegasik – 18 w 11, Mikołaj Fiedoruk – 15 w 10, Wacław Morgiewicz – 2 w 1)

2. „Hetman” Lublin 17 p. (56 p.: Halina Jasińska – 8 w 11, Leszek Stefanek – 19 w 11, Michał Czarski – 15 w 11, Krzysztof Furtak – 14 w 11)

3. „Łuczniczka” Bydgoszcz 16 p. (52 p.: Danuta Biechowska – 6 w 10, Mirosław Grabski – 17 w 11, Tomasz Kuziel – 15 w 17, Andrzej Sargalski – 14 w 11, Ewa Sargalska – 0 w 1) 

4. „Atut” Nysa 14 p. (51)

5. „Jantar” Gdańsk 13 p. (49)

6. „Jaćwing” Suwałki 11 p. (44)

7. „Warmia i Mazury” Olsztyn 11 p. (43)

8. „Podkarpacie” Przemyśl 10 p. (44)

9. „Sudety” Kłodzko 9 p. (39)

10. „Syrenka” Warszawa 4 p. (27)

11. „Tęcza” Poznań 3 p. (26)

12. „Cross Opole” 2 p. (22)

„Victoria” Białystok zdobyła swój szósty tytuł drużynowego mistrza Polski w warcabach i dziesiąty medal drużynowy w ogóle (bilans: 6-3-1). Dla „Hetmana” Lublin to również dziesiąty medal, a czwarty w srebrnym kolorze (bilans: 3-4-3). „Łuczniczka” Bydgoszcz na podium DMP znalazła się po raz pierwszy. W mistrzostwach drużyn wyraźnie nie ma szczęścia najbardziej utytułowany w środowisku zawodnik Jan Sekuła. W ostatnich sześciu startach (od 2011 roku) jego drużyna – najpierw „Cross Opole”, obecnie „Atut” Nysa – najczęściej zajmowała 4. miejsce.

W warcabowych MP zadebiutowała Józefa Spychała („Tęcza” Poznań) – prezes Stowarzyszenia „Cross”. Pani prezes, od lat szachistka z krajowej czołówki, walczyła dzielnie. Jej wysiłki uwieńczone zostały sukcesem w ostatniej rundzie, gdy niespodziewanie pokonała Grażynę Skonieczną („Syrenka” Warszawa).

Najlepsze wyniki indywidualne uzyskali: Ewa Wieczorek – 22 p. (komplet), Jan Sekuła – 19 p., Leszek Stefanek – 19 p., Józef Tołwiński – 18 p., Ryszard Biegasik – 18 p., Mirosław Grabski – 17 p., Edward Twardy – 16 p., Barbara Wentowska – 16 p.

Największe zyski rankingowe zanotowali: Ewa Wieczorek (+27), Barbara Wentowska (+26), Barbara Kacprzak (+26) i Edward Twardy (+23). Normę na trzecią kategorię warcabową wypełnił debiutujący w drużynowych MP Jerzy Grzempowski („Sudety” Kłodzko).

Mistrzostwa sędziował Leszek Łysakowski w asyście byłej mistrzyni Polski kobiet Anny Chylewskiej-Sroki. Koordynatorem udanej – mimo niezbyt sprzyjającej pogody – imprezy w Rowach był Mirosław Mirynowski. Organizację mistrzostw dofinansowały Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Ministerstwo Sportu i Turystyki.

Leszek Stefanek

 

aaa

 

bowling

 

Do trzech razy sztuka

Mnogość imprez bowlingowych w ubiegłym roku mogła przyprawić o zawrót głowy. W okresie nie dłuższym niż jeden miesiąc odbyły się aż trzy turnieje: w Olsztynie, Tarnowie i Rzeszowie, w dodatku dwa pierwsze w tym samym terminie. 

W połowie października zawodniczki i zawodnicy z klubów zrzeszonych w Stowarzyszeniu „Cross” mieli do wyboru w tym samym czasie dwie na pozór identyczne imprezy – w Olsztynie i Tarnowie. Obydwa turnieje były finansowane przez PFRON i Ministerstwo Sportu i Turystyki, jednakże różnił je poziom organizacyjny.

Olsztyński klub „Warmia i Mazury” zaproponował wprawdzie ten termin turnieju wcześniej niż tarnowski klub „Pogórze”, jednak wytrawni zawodnicy, którzy grali już na niejednej kręgielni, wybrali w większości imprezę organizowaną na południu kraju. Na olsztyńskiej liście pojawili się – z jednym tylko wyjątkiem: Zdzisławem Koziejem z Lublina – sami gracze z północy, przede wszystkim z dwóch klubów Warmii i Mazur, tzn. z Iławy i Olsztyna. Tłem dla nich byli nieliczni zawodnicy i zawodniczki z innych klubów.

W trakcie turnieju i po jego zakończeniu wybrzmiało parę głosów niezadowolenia z organizacji imprezy i puli nagród, ograniczonej do skromnych pucharów dla zdobywców trzech pierwszych miejsc. Nie należy jednak zapominać, że najważniejszy jest sport i satysfakcja z rywalizacji. Część nazwisk uczestników olsztyńskiego turnieju pojawiła się w tabeli wyników po raz pierwszy lub zaistniała po dłuższej przerwie. Znani zawodnicy też nie zawiedli. Wśród mężczyzn w kategorii B2 małą niespodziankę zgotował Stanisław Stopierzyński, który pokonał klubowego kolegę, a zarazem swojego kuzyna Mieczysława Kontrymowicza. W kategorii B3 o włos ominęło nas nie lada wydarzenie. Tylko dwóch kręgli zabrakło Cezaremu Dybińskiemu do osiągnięcia maksimum punktowego z jednej gry, tzw. perfect game. Liczymy, że Czarek 300 p. uzyska jednak już niebawem.

W Tarnowie sytuacja była zgoła inna. Dysponując porównywalnym budżetem na zorganizowanie podobnego turnieju bowlingowego, koordynatorzy postarali się o ciekawe nagrody dla zwycięzców, sympatyczne podsumowanie turnieju na sali tanecznej oraz o dobrą atmosferę. Panowie swoimi rezultatami zdecydowanie przewyższali wyniki pań. Żadna z zawodniczek nie przekroczyła progu 850 p. Wśród mężczyzn ponad 1000 kręgli zbili tylko: w kat. B2 Janusz Jeleń z klubu „Morena” Iława (1008 p.), w kategorii B3 Władysław Szymański z Łodzi (1044 p.) i Mariusz Szkudlarek z „Podkarpacia” Przemyśl (1015 p.). Co ciekawe, zarówno w jednym, jak i w drugim turnieju zawiedli liderzy rankingów i jednocześnie członkowie kadry narodowej przy Polskim Związku Kręglarskim.

Po niespełna miesiącu odbył się kolejny turniej bowlingowy, tym razem zorganizowany przez klub „Hetman” Lublin w gościnnym Rzeszowie. Okazją do spotkania jak co roku był Dzień Niepodległości. Aby podkreślić wagę tego święta, niektórzy uczestnicy na swój strój założyli szaliki w barwach narodowych. Nieco na siłę rozciągnięty w czasie trzydniowy turniej wyłonił kolejnych zwycięzców i zwyciężczynie.
W kategorii B2 na uwagę zasługuje dobra gra Janiny Szymańskiej z olsztyńskiego klubu „Warmia i Mazury” (934 p., w tym 11 strike’ów), a wśród mężczyzn w kat. B3 – Zbigniewa Strzeleckiego z „Karolinki” Chorzów (1057 p., w tym 17 strike’ów, najlepsza gra turnieju: 222 p.), a także Krzysztofa Huszczy z Olsztyna (1005 p.).

 

Ogólnopolski turniej niewidomych i słabowidzących w bowlingu

14-16.10.2016 r., Olsztyn

Kobiety

B1

1. Jolanta Nowacka („Cross Opole”) 417 p.

2. Regina Szczypiorska („Morena” Iława) 361 p.

3. Irena Henisz („Morena” Iława) 314 p.

B2

1. Mirosława Malcherek  („Łuczniczka” Bydgoszcz) 814 p.

2. Ewa Wiśniewska („Warmia i Mazury” Olsztyn) 787 p.

3. Helena Okrój („Elcross” Elbląg) 740 p.

B3

1. Zofia Sarnacka  („Warmia i Mazury” Olsztyn) 923 p.

2. Jolanta Mazurkiewicz  („Warmia i Mazury” Olsztyn) 891 p.

3. Marianna Dorociak („Morena” Iława) 816 p.

Mężczyźni

B1

1. Zdzisław Koziej („Hetman” Lublin) 809 p.

2. Artur Woszuk („Victoria” Białystok) 443 p.

3. Grzegorz Lisiński („Pionek” Włocławek) 420 p.

B2

1. Stanisław Stopierzyński („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1052 p.

2. Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1000 p.

3. Roman Rygiel („Warmia i Mazury” Olsztyn) 899 p.

B3

1. Cezary Dybiński („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1218 p.

2. Dominik Czyż („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1165 p.

3. Krzysztof Huszcza („Warmia i Mazury” Olsztyn) 983 p.

VI Ogólnopolski Turniej Niewidomych i Słabowidzących w Bowlingu

13-16.10.2016 r., Tarnów

Kobiety

B1

1. Barbara Szypuła („Karolinka” Chorzów) 468 p.

2. Salomea Walkowiak („Pogórze” Tarnów) 358 p.

3. Małgorzata Stós („Pogórze” Tarnów) 192 p.

B2

1. Jadwiga Dudek („Pionek” Włocławek) 847 p.

2. Janina Szymańska („Warmia i Mazury” Olsztyn) 832 p.

3. Danuta Odulińska („Morena” Iława) 791 p.

B3

1. Łucja Grochowska-Pilzek („Jutrzenka” Częstochowa) 806 p.

2. Dorota Kurek („Ikar” Lublin) 789 p.

3. Emilia Sawiniec („Hetman” Lublin) 771 p.

Mężczyźni

B1

1. Stanisław Chmura („Podkarpacie” Przemyśl) 672 p.

2. Krzysztof Tarkowski („Hetman” Lublin) 594 p.

3. Tomasz Borkowski („Ikar” Lublin) 572 p.

B2

1. Janusz Jeleń („Morena” Iława) 1008 p.

2. Mariusz Kozyra („Hetman” Lublin) 955 p.

3. Stanisław Oduliński („Morena” Iława) 895 p.

B3

1. Władysław Szymański („Omega” Łódź) 1044 p.

2. Mariusz Szkudlarek („Podkarpacie” Przemyśl) 1015 p.

3. Albert Sordyl („Pogórze” Tarnów) 965 p.

 

XII Puchar Niepodległości Niewidomych i Słabowidzących w Bowlingu

10-13.11.2016 r., Rzeszów

Kobiety

B1

1. Barbara Szypuła („Karolinka” Chorzów) 427 p.

2. Anna Maciąg („Hetman” Lublin) 404 p.

3. Barbara Sołek („Podkarpacie” Przemyśl) 234 p.

B2

1. Janina Szymańska („Warmia i Mazury” Olsztyn) 934 p.

2. Anna Bryda („Hetman” Lublin) 754 p.

3. Barbara Łuczyszyn („Podkarpacie” Przemyśl) 726 p.

B3

1. Dorota Kurek („Ikar” Lublin) 887 p.

2. Zofia Sarnacka („Warmia i Mazury” Olsztyn) 858 p.

3. Emilia Sawiniec („Hetman” Lublin) 856 p.

Mężczyźni

B1

1. Zdzisław Koziej („Hetman” Lublin) 829 p.

2. Jan Zięba („Ikar” Lublin) 649 p.

3. Stanisław Chmura („Podkarpacie” Przemyśl) 528 p.

B2

1 Mariusz Kozyra („Hetman” Lublin) 954 p.

2. Marian Gryzak („Syrenka” Warszawa) 950 p.

3. Janusz Jeleń („Morena” Iława) 918 p.

B3

1. Zbigniew Strzelecki („Karolinka” Chorzów) 1057 p.

2. Krzysztof Huszcza („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1005 p.

3. Władysław Szymański („Omega” Łódź) 986 p.

Wojciech Puchacz

 

aaa

 

kolarstwo

 

Nie zwalniają tempa 

Kolarze ZKF „Olimp” dość dawno nie gościli na łamach miesięcznika „Cross”, wiadomo jednak, że mają się nieźle, trenują i rywalizują. Sezon startów szosowych zakończyli w październiku, następnie mieli krótki okres roztrenowania, na początku grudnia zawody torowe, a potem ścisła kadra uczestniczyła w obozie treningowym na Gran Canarii.

Najbardziej pracowicie okres jesienny spędzili medaliści igrzysk paraolimpijskich w Rio de Janeiro. Zostali uhonorowani i nagrodzeni przez swoje środowisko lokalne, byli bohaterami programów telewizyjnych i radiowych, uczestniczyli w licznych spotkaniach z kibicami oraz sympatykami. Ich osiągnięcia docenił także Polski Związek Kolarski na gali podsumowującej sezon sportowy 2016, która odbyła się 26 listopada na torze kolarskim w Pruszkowie. Był to rekordowy rok dla polskiego kolarstwa. Zawodnicy pełnosprawni zdobyli 33 medale, a parakolarze 8 krążków w imprezach rangi mistrzowskiej. Najcenniejsze trofea to oczywiście medale olimpijskie: srebrny Mai Włoszczowskiej w wyścigu MTB i brązowy Rafała Majki w wyścigu szosowym ze startu wspólnego, jak również medale paraolimpijskie: złoty Rafała Wilka w wyścigu na czas i srebrny w wyścigu ze startu wspólnego, złoty tandemu Iwona Podkościelna – Aleksandra Tecław w wyścigu ze startu wspólnego oraz dwa srebrne Anny Harkowskiej w wyścigu na czas i w wyścigu ze startu wspólnego. Za znakomite wyniki sportowe zawodnicy oraz ich trenerzy zostali wyróżnieni przez PZKol. statuetkami, które stanowią piękną pamiątkę i mają duży prestiż w środowisku kolarskim.

Krótko po tej uroczystości, w dniach 2-4 grudnia w Pruszkowie odbyły się dofinansowane przez PFRON zawody torowe, które miały określić poziom formy sportowej kolarzy „Olimpu” u progu nowego sezonu oraz doskonalić ich technikę i taktykę w warunkach rywalizacji. Postawa zawodników oraz osiągnięte przez nich wyniki zasługują na uznanie i stanowią podstawę do optymizmu w kontekście 2017 roku. Grudzień to miesiąc, w którym trzeba już trenować na poczet następnego roku, ponieważ tylko dobrze przepracowany okres przygotowawczy jest gwarancją sukcesów w sezonie startowym. Wiedzą o tym dobrze zawodnicy kadry paraolimpijskiej, którzy w terminie 6-20 grudnia wzięli udział w zgrupowaniu w Puerto de Mogan na Gran Canarii. Wyjazd był możliwy dzięki środkom finansowym z projektu „Olimpijczyk”, w którego ramach nasi reprezentanci przygotowywali się również do paraolimpiady w Rio. Fakt, że wspieranie medalistów nie zakończyło się wraz ze zgaśnięciem znicza olimpijskiego napawa optymizmem na przyszłość. Jest nadzieja, że system finansowania polskich paraolimpijczyków zyska stabilne podstawy na wiele lat.

Rok paraolimpijski 2016 był dla kolarzy trudny i wyczerpujący, zarówno pod względem obciążeń fizycznych, jak i emocjonalnych. Czasu na wypoczynek nie było jednak zbyt wiele, bo sportowy kalendarz nie dawał szans na bezczynność. W 2017 roku przed ekipą kolarską ZKF „Olimp” stoją nowe wyzwania, którym trzeba sprostać. Już na początku marca w Los Angeles odbędą się mistrzostwa świata na torze, gdzie Anna Harkowska zapewne spróbuje obronić tytuł w konkurencji scratch. W planach startowych kadry są też szosowe mistrzostwa świata w Pietermaritzburgu (RPA), trzy edycje Pucharu Świata – w Maniago (Włochy), Ostendzie (Belgia) i Emmen (Holandia) oraz zawody z cyklu Pucharu Europy. W kalendarzu imprez krajowych najważniejsze są mistrzostwa Polski w konkurencjach szosowych i torowych, ponadto bardzo ważne miejsce zajmują tradycyjnie wyścigi etapowe w Lublinie, Poznaniu i w Kotlinie Kłodzkiej, a dopełnieniem planu startów będą, miejmy nadzieję, wyścigi integracyjne. Realizacja ambitnego programu szkolenia uzależniona jest głównie od sytuacji finansowej ZKF „Olimp”, a ta wiąże się ze szczodrością Ministerstwa Sportu i Turystyki oraz PFRON.

Mirosław Jurek

 

aaa

 

goalball

 

Młodzi mistrzowie 

Goalball to najbardziej rozpowszechniona gra zespołowa dla niewidomych na świecie. W Polsce jest kilka klubów działających przy ośrodkach szkolno-wychowawczych, szkolących regularnie młodzież w tej dyscyplinie. Co roku jesienią odbywają się mistrzostwa Polski młodzików i juniorów. Gospodarzem tegorocznych był uczniowski klub sportowy działający przy ośrodku szkolno-wychowawczym w Laskach.

Dyscyplinę stworzono specjalnie dla osób z dysfunkcją wzroku. Dzieciom i młodzieży sport ten pozwala uczestniczyć w rywalizacji, integrować się i poznawać nowych ludzi i miejsca. To także ważny czynnik rehabilitacyjny – poprawia zdrowie i samopoczucie, rozładowuje napięcia emocjonalne, kształtuje cechy potrzebne do dobrego funkcjonowania osoby niewidomej: samodzielność, orientację w przestrzeni, lokalizację źródła dźwięku, zręczność, siłę i wytrzymałość. Dlatego jest to świetny sport dla młodzieży, bardzo przyjemny i nie wymagający dużych nakładów.

Potrzebna jest tylko specjalna piłka z dzwoneczkami, przydatne są ochraniacze siatkarskie na kolana i łokcie oraz nieprzezroczyste gogle, które wyrównują szanse zawodników i pozwalają oprzeć grę jedynie na zmyśle słuchu. Ponieważ boisko ma wymiary identyczne jak boisko do siatkówki (18 na 9 m), można zaadaptować pod goalball praktycznie każdą salę gimnastyczną. Wypukłe linie uzyskamy przez przyklejenie taśmą klejącą sznurka do podłogi.

Tegoroczne mistrzostwa odbyły się w kategoriach młodzików (do 16 lat), juniorek i juniorów (do 21 lat). W każdej rywalizowało pięć zespołów. W sumie w mistrzostwach uczestniczyło blisko 100 osób, w tym udział w rywalizacji sportowej brało prawie 70 zawodników. Mecze odbywały się na hali zespołu szkół w Izabelinie, gdzie wydzielono boisko i wstawiono specjalne bramki. W tegorocznym turnieju wzięła udział młodzież z całej Polski, ucząca się w Laskach, Lublinie, Katowicach, Wrocławiu i Bydgoszczy. Rozgrywki toczyły się system każdy z każdym – każda drużyna rozegrała cztery mecze, a o mistrzostwie decydowała suma zdobytych punktów – 3 punkty za każde zwycięstwo. Rywalizacja była zacięta, ale obyło się bez niespodzianek. Wygrali faworyci. Najciekawsze pojedynki stoczyły dziewczęta, wśród których juniorki z Wrocławia na trzy minuty przed końcem prowadziły dwiema bramkami z rywalkami z Lublina. Wtedy trzeci bieg włączyła lublinianka Patrycja Bożek. Zdobywając trzy bramki, poprowadziła koleżanki do zwycięstwa w meczu i całym turnieju w kategorii juniorek. Trzecie miejsce pewnie zajęły zawodniczki z UKS „Laski”. Paweł Nowicki – strzelec 28 goli – bez większych problemów zapewnił młodzikom z Lasek zwycięstwo w kategorii. Chłopcy wszystkie cztery mecze zakończyli przed czasem różnicą 10 bramek, co najlepiej świadczy o ich dominacji. Najbardziej wyrównany był pojedynek o 3. miejsce w tej grupie zawodników. Zespół Katowic gonił cały czas wynik w meczu z drużyną Bydgoszczy. Kiedy udało się osiągnąć remis, dwie bramki znowu strzelili bydgoszczanie. I prowadzili jeszcze w ostatniej minucie, kiedy to ostatecznie – po raz pierwszy w meczu – na prowadzenie wyszli chłopcy z Katowic. To był rzut na wagę brązowego medalu. W kategorii juniorów zobaczyliśmy popis siły poszczególnych zawodników. Najbardziej liczyły się reprezentacje Wrocławia i Katowic, w których grają członkowie kadry narodowej. Faworyci nie zawiedli, Wrocław I z Marcinem Lubczykiem w składzie był nie do pokonania. Zaskoczeniem było wywalczenie srebrnego medalu przez drugą reprezentację Wrocławia, która po zaciętym meczu nieznacznie pokonała Katowice. Bez miejsca na podium byli tylko reprezentanci Bydgoszczy, którzy jednak, mimo że w goalball grają najkrócej, pokazali we wszystkich meczach charakter, ambicję i wolę walki. To są cechy w sporcie najważniejsze, dlatego należy przewidywać, że niebawem włączą się do walki o medale.

 

Mistrzostwa Polski młodzików i juniorów w goalballu

25-27.11.2016 r., Laski

Mecze turniejowe (D – dziewczęta, M – młodzicy, J – juniorzy)

Sobota 

(M) Bydgoszcz – Lublin 3:13

(D) Katowice – Bydgoszcz 14:12

(J) Lublin – Wrocław II 0:10

(M) Laski – Katowice 12:2

(D) Laski – Lublin 3:11

(J) Wrocław I – Bydgoszcz 13:3

(M) Lublin – Laski 0:10

(D) Wrocław – Laski 7:1

(J) Katowice  – Bydgoszcz 14:4

(M) Wrocław – Bydgoszcz 11:14

(D) Bydgoszcz – Wrocław 5:`15

(J) Wrocław I – Wrocław II 10:4

(M) Lublin – Katowice 13:3

(D) Katowice – Lublin 1:11

(J) Katowice – Lublin 11:1

(M) Laski – Bydgoszcz 10:0

(D) Bydgoszcz – Lublin 1:11

(J) Wrocław I – Lublin 13:3

(M) Wrocław – Katowice 3:4

(D) Katowice – Wrocław 1:11

(J) Wrocław II – Katowice 16:14

Niedziela 

(M) Lublin – Wrocław 12:3

(D) Katowice – Laski 3:13

(J) Wrocław II – Bydgoszcz 16:6

(M) Katowice – Bydgoszcz 11:10

(D) Lublin – Wrocław 5:4

(D) Laski – Bydgoszcz 12:2

(J) Bydgoszcz – Lublin 19:9

(M) Laski – Wrocław 12:2

(J) Katowice – Wrocław I 4:14

Juniorki 

1. Lublin 12 p.

2. Wrocław 9 p.

3. Laski 6 p.

4. Katowice 3 p.

5. Bydgoszcz 0 p.

Najlepszy strzelczyni: Patrycja Bożek (Lublin) – 22 bramki

Najlepszy obrończyni: Dominika Czuj (Lublin)

Młodzicy 

1. Laski 12 p.

2. Lublin 9 p.

3. Katowice 6 p.

4. Bydgoszcz 3 p.

5. Wrocław 0 p.

Najlepszy strzelec: Paweł Nowicki (Laski) – 28 bramek

Najlepszy obrońca: Dawid Nowakowski (Laski)

Juniorzy 

1. Wrocław I 12 p.

2. Wrocław II 9 p.

3. Katowice 6 p.

4. Bydgoszcz 3 p.

5. Lublin 0 p.

Najlepszy strzelec: Marcin Lubczyk (Wrocław I) – 29 bramek

Najlepszy obrońca: Kamil Czachara (Wrocław I)

Krzysztof Koc

 

aaa

 

wiadomości

 

Biegi

Udany występ we Lwowie

Kilku zawodników sekcji biegowej Stowarzyszenia „Cross” 6 listopada 2016 r. reprezentowało biało-czerwone barwy w półmaratonie na Ukrainie. Był to krótki, intensywny wyjazd łączący sport ze zwiedzaniem. Dwa dni przed startem zawodnicy po długiej podróży zakwaterowali się w hotelu Dżem i po odpoczynku ruszyli na zwiedzanie Lwowa. Na starówkę mieli najbliżej, więc od niej zaczęli. Chwilami czuli się tak, jakby czas się zatrzymał – stylowe kamienice, zabytki, a wszystkie ulice brukowane, jak dawniej. Nazajutrz, po odbiorze pakietów startowych, odwiedzili Cmentarz Łyczakowski, aby zapalić znicze na grobach Gabrieli Zapolskiej, Marii Konopnickiej oraz na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Po południu był już tylko czas na krótki spacer i przygotowania do startu.

Niedziela – dzień biegu – niestety okazała się deszczowa. Start był na placu przy lwowskiej operze, a trasa półmaratonu prowadziła ulicami starówki, co oznaczało trudny technicznie bieg po bruku. Dodatkowo sytuację komplikował padający deszcz. Niełatwa trasa wymagała od zawodników dużo wysiłku – sporo podbiegów i zbiegów, które na mokrej i śliskiej nawierzchni trudno było pokonać. W tych warunkach najlepiej poradził sobie Paweł Petelski, który z czasem 1:32:10 wywalczył drugie miejsce w swojej kategorii wiekowej M60! Półtorej minuty za nim do mety dobiegł Jacek Ziółkowski. Za nimi byli Zenon Dudka (1:39:13), Krzysztof Badowski (1:47:24) i koordynator sekcji Wiesław Miech. Paweł odebrał od organizatorów wybiegane chrywny i przeznaczył je na miejscowe słodkości. Spacerów w deszczu po bruku było już zawodnikom dosyć, więc po południu tylko odpoczywali. Późnym wieczorem czekała ich powrotna podróż do Polski.

Jeśli porównać ten bieg do organizowanych z rozmachem polskich biegów ulicznych, twórcy półmaratonu we Lwowie mają jeszcze sporo do nadrobienia. Sklasyfikowano 459 zawodników, a w biegach towarzyszących – ponad dwustu.

Zawodnicy Stowarzyszenia „Cross” biegali we Lwowie dzięki dofinansowaniu przez Ministerstwo Sportu i Turystyki.

Mariusz Gołąbek

 

aaa

 

turystyka

 

Z Wołowca do Radocyny 

To zaledwie 10 kilometrów śnieżnego szlaku. Ale nie liczy się dystans. Nie jest to bowiem tylko doświadczenie przestrzeni, lecz także udziału w prawdziwym rytuale przejścia – z rzeczywistości w nierzeczywistość.

Gdy kończy się krótki, zimowy dzień i zapada noc, tutejszy dziki świat zmienia się jeszcze bardziej. Niedźwiedzie śpią po gawrach i wykrotach, a zimna, pusta przestrzeń po zmierzchu należy do wilków i dzików. I chociaż od bardzo dawna nie było w Polsce udokumentowanego ataku wilka na człowieka (o dzikach już powiedzieć się tego nie da), w Beskidzie Niskim ma się inną perspektywę.

Ciemność tutaj jest głęboka, niezmącona światłem. Jeżeli nie ma chmur, wyraźnie widać jasny pas Drogi Mlecznej przecinającej czarne, rozgwieżdżone niebo. Widok, o którym w wielu innych częściach Polski dawno zapomnieliśmy. Gdy natomiast nie ma gwiazd i księżyca, a przy ziemi unosi się opar mgiełki, widoczność po zmierzchu spada do zera. W taką noc w jednym momencie pojąć można, dlaczego w czasach naszych przodków obóz podczas podróży rozbijano przed nadejściem nocy i do rana pozostawiano w kręgu światła ogniska. Po prostu dalsza podróż była niemożliwa. Tu, w Beskidzie Niskim, nadal jest tak jak przed wiekami. Aż do świtu beskidzkie bezdroża stają się nieprzebytą zaporą.

Pomiędzy Wołowcem a Radocyną

Na razie dzień jeszcze się nie skończył, chociaż przestrzeń wokół zaczęła ciemnieć. Idę drogą z Wołowca do Radocyny. Za Wołowcem jeszcze tylko niewielka popegeerowska osada – Jasionka. Dawne obory, dziesięć domów i, jeżeli droga jest odśnieżona, obwoźny sklep w starej furgonetce, w którym kupuje się na zeszyt. Dla garstki ludzi nie opłaca się otwierać sklepu na stałe, do tego nikt nie jest tu zbyt zamożny. Teraz droga jest zasypana śniegiem, do przebycia jedynie pieszo. Zresztą nawet w lecie trudno nią przejechać. To droga gminna. Jeżeli szedłbym bardziej na południe, od strony Zdyni, miałbym do dyspozycji drogę leśną, utrzymywaną przez leśników i odgarniętą ze śniegu. No ale idę od Wołowca.

         Jeżeli sięgnąć do języka sienkiewiczowskiego, za Jasionką kończą się ślady osiadłego życia. Chyba że liczyć chatę, w której dawniej mieszkali hipisi. Hodowali lamę, a latem kąpali się w wannie na podwórzu. To było dawno temu, a teraz, ilekroć tamtędy przechodziłem, w oknach chaty nie widać było żadnego światełka, chociaż emaliowana wanna stoi dalej. Pewnego wieczoru przed chatą pojawił się czarny kot. Mruczał i był wyraźnie przyjacielsko nastawiony. Towarzyszył mi przez kilkaset metrów, a później, kiedy już zastanawiałem się, czy chce się przyłączyć na stałe, zawrócił w sobie tylko wiadomych sprawach.

Zimowa droga za Jasionką przybiera postać tunelu, czy też raczej głębokiego koryta, zapadniętego teraz jeszcze bardziej pomiędzy skarpami podwyższonymi przez śnieg o niemal metr. Ma to swoje dobre strony – przynajmniej nie wieje. Na samej drodze śnieg sięga mniej więcej kolan. Po pewnym czasie osiągam szczyt wzniesienia. Tu już wieje. Za to śnieg na drodze jest płytszy. Miejscami wiatr wywiał biały puch i można iść bez zapadania się po zlodowaciałej pokrywie. Kiedy już człek zaczyna cieszyć się z lżejszej drogi, za którymś krokiem twarda pokrywa załamuje się, a nogi znowu więzną w śnieżnej masie. Po obu stronach drogi rozpościera się biała przestrzeń dawnych pastwisk, ograniczona czarną linią zimowego lasu.

Zimowy krajobraz często wydaje się martwy, pusty, pozbawiony ruchu. Pośród białych przestrzeni i czarnych koron jodeł tli się jednak życie – jest dobrze ukryte. Wszystkie istoty żywe o tej porze roku oszczędzają energię, ograniczając ruch do niezbędnego minimum. No i lepiej być jak najmniej widocznym – nigdy nie wiadomo, kto lub co cię obserwuje. Widać to szczególnie po ponowie, czyli świeżym opadzie śniegu. Kto pierwszy zapisze dziewiczą płaszczyznę swoimi śladami, tego tropem ruszą drapieżniki.

Srokosz i bogatka

Nic więc dziwnego, że moją uwagę od razu zwraca nagły ruch, osobliwie wyróżniający się pomiędzy opadającymi łagodnie i bezszelestnie płatkami śniegu. Obok mnie przelatuje jakiś niewielki kształt i siada na samotnej brzozie. Srokosz, szaro-czarno-biały ptak z rodziny dzierzb. Chociaż sam nie jest dużo większy, w łapkach trzyma upolowaną sikorę bogatkę. Aż nie mogę w to uwierzyć. Nie tylko dał radę ją schwytać, ale również unieść. Jeszcze mniejsza od srokosza dzierzba gąsiorek potrafi porwać mysz. Swoje ofiary ptaki dzierzbowate gromadzą w specyficznych spiżarniach – nabijają je na ciernie tarniny. Ale teraz nie ma dzierzb gąsiorków, odleciały do tropikalnej Afryki. Srokosze pozostały w zasypanym śniegiem Beskidzie Niskim. Dlatego muszą brać udział w grze o przetrwanie. Jeżeli w ciągu krótkiego zimowego dnia srokosz nic nie upoluje, nie dotrwa już do rana. Tym razem więc sikorka miała pecha, a srokosz szczęście.

Zanim zdążyłem wyciągnąć aparat fotograficzny, srokosz zerwał się i zniknął ze swoją zdobyczą, rozpływając się pomiędzy opadającymi drobnymi płatkami śniegu.

Nie ma już Łemków w Beskidzie

Ze względu na silny mróz tej nocy nie planuję noclegu przy ognisku, wyciągam więc nogi i maszeruję w kierunku najbliższej cywilizacji, żeby przed nocą zdążyć do wsi Radocyna. Jest to oczywiście cywilizacja na miarę Beskidu Niskiego – kiedyś, przed wojną i akcją „Wisła”, w Radocynie mieszkało kilka tysięcy ludzi. Dziś – trzy osoby.

To i tak sporo, jak na tutejsze warunki. W Ciechani – dawniej dużej łemkowskiej wsi – od siedemdziesięciu lat nie mieszka nikt. W jednym momencie zniknęli, wysiedleni, wszyscy mieszkańcy. Podobnie jak po wielu innych wsiach, pozostała po niej tylko polana wśród lasów, trochę starych jabłoni, pod które przychodzą paść się jelenie, i coraz mniej widoczne zagłębienia – ślady dawnych, ziemnych piwniczek, w których trzymano zapasy.

Piętnaście lat temu spałem tuż obok doliny Ciechani, na szczycie Czumaku. Metr nad moją głową krążył puszczyk, którego zwabiłem pohukiwaniem w dłonie. Później, kiedy na ognisku piekłem szaszłyki (na przemian boczek, cebula, kiełbasa), z doliny Ciechani dobiegało jedynie wycie wilczej watahy. Jak dowiedziałem się następnego ranka podczas rozmowy z napotkanym leśnikiem z Magurskiego Parku Narodowego, rewir ten należał do watahy liczącej siedem sztuk szarych drapieżników.

A dziś? Od 10 lat szlak przez Ciechanię jest zamknięty. Między innymi dlatego, że do innych dzikich mieszkańców doliny dołączył niedźwiedź. Idę więc w stronę Radocyny i rozmyślam o tych wszystkich rzeczach. O pustce, o dzikości, mrozie i śniegu.

Najdziksze góry Polski

Beskid Niski to 100 kilometrów najdzikszego i najbardziej pustego w Polsce pasma górskiego pomiędzy Tyliczem a Łupkowem, wzdłuż granicy ze Słowacją. Pomimo swojej dzikości krajobraz gór sprzyja wędrówkom: wzniesienia nie są zbyt wysokie – najwyższy szczyt, Lackowa, ma 997 m n.p.m. Zaludnienie, jeżeli można posłużyć się tym terminem w odniesieniu do beskidzkich pustaci, jest tutaj najniższe w Polsce. Trzy czwarte terenu Beskidu Niskiego pokryte jest karpackim lasem, wśród którego rozrzucone są widokowe, latem pełne storczyków łąki – często jedyne, oprócz przydrożnych łemkowskich krzyży i kapliczek, świadectwa dawnego osadnictwa, startego przez burze dziejowe: najazdy tatarskie, konfederację barską, bitwę gorlicką i walec frontu I wojny światowej, aż w końcu II wojnę, akcję „Wisła” i przesiedlenia.

Czasem przypadkiem można napotkać ślad dawnego życia. Łemkowski grekokatolicki krzyż z charakterystycznym ukośnym drugim ramieniem, na którym zatarty napis cyrylicą świadczy, że pobożni mieszkańcy ustawili go na pamiątkę zniesienia pańszczyzny w 1899 roku. Tablicę na cokole, informującą, że na tym cmentarzu spoczywa siedemdziesięciu dziewięciu żołnierzy rosyjskich i czterech austriackich z czasów wielkiej wojny, lub inną, na której słabo widoczna, omszała niemieckojęzyczna sentencja głosi: „Nie znaliśmy nikogo z tych innych, teraz śmierć nas połączyła”. Tu, w rejonie Gorlic, sto lat temu walki były szczególnie ciężkie i krwawe. I jeszcze zardzewiały hełm hitlerowski w mule Wisłoki w Krempnej.

Dziś wiosną i latem można spotkać tylko stada owiec pasących się na łąkach i chroniących je przed zarośnięciem. Teraz, zimą, prędzej spotkać można chmarę jeleni lub natknąć się na okrągłe kocie tropy rysia, niż dojrzeć człowieka. Po kamienistych drogach, na których kiedyś turkotały koła wozów, dziś hula wiatr.

Jeżeli wyjdzie, zjedzą go wilki

Noc już zapadła, ale i Radocyna coraz bliżej. Mijam posępne, metalowe retorty, których ruda od rdzy physis odcina się krwawo od bieli śniegu. Przez setki lat w retortach – pękatych piecach – powstawał węgiel drzewny. Teraz stoją puste, żar się wypalił, węgla drzewnego z leśnej fabryczki nikt nie potrzebuje. Zza retort dobywa się dźwięczny, wysoki gwizd. Czyżby sóweczka? Chociaż nasłuchuję, dźwięk się nie powtarza. W ciemnościach z poletka topinamburu zrywają się masywne, czarne sylwetki, majaczące na białym tle – wataha sześciu dzików z niechęcią ustępuje mi drogi.

W górach, ze względu na grubą pokrywę śniegu w zimie, dzików jest znacznie mniej niż na nizinach, a dzicze życie jest cięższe. Swoim gwizdem, jak nazywa się twardy dziczy ryj, dzikie świnie potrafią przeryć zamarzniętą ziemię i wyorać duże głazy, żeby dostać się do pędraków i gryzoni. Wielka siła nic nie daje jednak, gdy z powodu stosunkowo dużej masy i krótkich nóg za każdym krokiem zapadają się w śniegu po brzuchy. Tym bardziej cieszę się ze spotkania z czarnym zwierzem. Jest jak ten Beskid – niski i dziki…

Ponieważ raz na jakiś czas miło zamienić też parę słów z człowiekiem, z przyjemnością docieram w końcu do dawnego parterowego hotelu dla robotników leśnych w Radocynie. Dziś to rodzaj schroniska. Taniego, trochę prymitywnego i... niezwykle przy tym miłego. Poza tym budynkiem w promieniu wielu kilometrów nie ma w zasadzie nic, oprócz leśniczówki.

Rozmawiam z gospodynią. Pod piecem w kuchni leży mały kudłaty piesek.
– Za zimno, żeby spał na zewnątrz? – pytam domyślnie. – Nie, zaraz by go wilki zjadły – kobieta odpowiada, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.

No tak, chyba w ciepłym pomieszczeniu na chwilę zapomniałem, gdzie jestem. Przecież noc, zima, mróz i wilki... – w Beskidzie Niskim może skończyć się to tylko w jeden sposób. 

Przemysław Barszcz

 

aaa

 

zdrowie

 

Lodowate palce 

Są osoby – i, jak się okazuje, jest ich niemało – którym bez względu na porę roku marzną dłonie i stopy. Zaczynają się w końcu zastanawiać, czy nie są to sygnały świadczące o jakiejś podstępnej chorobie, która ich dopadła.

Bywa, że bieleją im palce, gdy dotykają czegoś zimnego lub sięgają po zamrożony produkt z lodówki. Zdarza im się to także, gdy przeżywają jakieś nagłe emocje, ale również – bez żadnej uchwytnej przyczyny. Po nagłym zblednięciu następuje zwykle zasinienie palców, a kiedy wraca ukrwienie, ręce stają się zaczerwienione, z lekkim obrzękiem. Często pieką. Noszenie ciepłych rękawiczek i skarpet od wczesnej jesieni do późnej wiosny zmniejsza te przykre objawy, ale ich nie likwiduje. W 1862 roku francuski student medycyny Maurice Raynaud po raz pierwszy opisał te dolegliwości i od jego nazwiska wzięła się ich nazwa. Tak zwany objaw Raynauda dotyka nawet 15 procent populacji, częściej kobiety, zwłaszcza młode. Choroba zazwyczaj rozpoczyna się pomiędzy 15. a 30. rokiem życia. Połowa z tych osób ma bliskich krewnych (rodziców, rodzeństwo lub dzieci) z takim samym zaburzeniem. W blisko 80 proc. przypadków o niczym ono nie świadczy. Osoby o stale zimnych stopach i dłoniach mają po prostu nadreaktywność lub zbyt dużo receptorów dla noradrenaliny – jednego z hormonów, który kurczy naczynia krwionośne. To może być cecha wrodzona, dlatego powtarza się w całych pokoleniach. Lekarze nazywają ją objawem pierwotnym choroby Raynauda. Jako taki nie jest on niebezpieczny. Natomiast w około 20 proc. przypadków to objaw wtórny jakiejś innej choroby toczącej się w naszym organizmie. Wtedy mówi się o zespole Raynauda w przebiegu innych schorzeń. Takie symptomy mogą być wywołane uszkodzeniami mechanicznymi. Ich ryzyko rośnie np. w zawodach związanych z odczuwaniem wibracji czy narażających na powtarzalne uszkodzenia palców. Dotyczy to operatorów wiertarek, pilarek, młotów pneumatycznych, pianistów, osób piszących dużo na komputerze. Na wtórny zespół Raynauda mogą też zachorować pracujący z niektórymi chemikaliami, na przykład z chlorkiem winylu. Nadwrażliwość na zimno może się pojawić u wieloletnich pracowników chłodni, przetwórstwa rybnego i mięsnego. Większe prawdopodobieństwo rozwoju zespołu Raynauda jest też wśród osób z przewlekłym zespołem cieśni nadgarstka oraz z niskim ciśnieniem tętniczym, które miały obniżoną tolerancję na zimno już w dzieciństwie.

Objawy pierwotne przeważnie dotyczą kobiet, towarzyszą im od dzieciństwa, a dolegliwości są symetryczne: marzną obie ręce i obie stopy. To samo może być udziałem osób mających kłopoty związane z kurczeniem się naczyń, np. cierpiących na bóle głowy i migreny. Jeśli nietolerancja na zimno pojawia się u mężczyzn, szczególnie po 30. roku życia, nie ustępuje, towarzyszą jej wyraźne zaburzenia ukrwienia (np. owrzodzenia na policzkach lub niesymetryczne ziębnięcie kończyn), można założyć, że jest to objaw wtórny, sygnalizujący inną chorobę. Najczęściej są to schorzenia autoimmunologiczne (organizm walczy przeciw sobie) tkanki łącznej. Należą do nich m.in. reumatoidalne zapalenie stawów, twardzina układowa, toczeń, zapalenie wielomięśniowe, skórno-mięśniowe czy zapalenie naczyń. Zimne palce dłoni i stóp mogą też być sygnałem niedoczynności tarczycy, zaburzeń krążenia w typie miażdżycy tętnic obwodowych albo bardzo groźnej choroby, jaką jest zarostowo-zakrzepowe zapalenie tętnic. W przypadku dwóch ostatnich uczuciu zimna towarzyszy też ból niedokrwionej kończyny. Początkowo występuje tylko przy chodzeniu, z czasem dołącza się do niego ból spoczynkowy. Na rękach lub nogach powstają owrzodzenia, martwicze zmiany na skórze. Bywa, że trzeba amputować część lub całą kończynę. Najbardziej na to narażeni są palacze papierosów. Objawy zimnych stóp i dłoni mogą się nasilać przy stosowaniu leków zwiększających tendencję do kurczenia się naczyń, na przykład hormonalnych tabletek antykoncepcyjnych czy kardiologicznych z grupy betablokerów. Chorobę Raynauda nasila też picie kawy. Zimne dłonie i stopy mają osoby z jaskrą. Podobne dolegliwości mogą mieć chorzy na cukrzycę. U nich dodatkowo dochodzą zaburzenia czucia, drętwienie czy mrowienie kończyn.

Kiedy uznać chorobę Raynauda za cechę osobniczą – przykrą, ale bezpieczną dla zdrowia, kiedy zaś konieczna jest konsultacja medyczna naszego przypadku? Bezwzględnie należy zgłosić się do lekarza, gdy uczuciu zimna w kończynach towarzyszą takie objawy, jak gorączka, złe samopoczucie kardiologiczne, reumatologiczne czy neurologiczne. Także wtedy, kiedy na lodowatych palcach powstają owrzodzenia lub skóra na trwałe zmienia barwę – jest czerwona, sina, blada. Świadczy to o tym, że zaczynają o sobie dawać znać konsekwencje niedokrwienia i zmiany w strukturze naczyń. Jeśli podstawowe badania morfologiczne nie wyjaśniają sprawy, lekarz kieruje pacjenta na specjalistyczne testy. Należą do nich między innymi kapilaroskopia, czyli oglądanie naczyń włosowatych pod płytką paznokciową, gdzie widać je najlepiej, oraz termografia, czyli badanie różnicy temperatur między dwoma punktami ciała, na przykład na grzbiecie dłoni i na opuszkach palców. Przy nasilonym objawie Raynauda wynosi ona powyżej jednego stopnia. Oba badania są bezbolesne i nieinwazyjne, o czym przekonałam się osobiście.

Niestety, nie ma jak dotąd skutecznego leku na zespół Raynauda. Pomocne mogą być blokery kanału wapniowego stosowane u osób z nadciśnieniem tętniczym. Rozszerzają one małe naczynia krwionośne poprzez rozluźnienie wokół nich mięśni gładkich. Najprostszym sposobem na zmniejszenie skutków schorzenia jest utrzymywanie dłoni i stóp w cieple. Rękawiczki z jednym palcem służą temu lepiej niż pięciopalczaste. Można je trzymać na kaloryferze, a pod nim buty, żeby były ciepłe przed wyjściem na dwór. Niektórzy kładą rękawiczki przy lodówce. Przydają się, gdy sięgamy po produkty do zamrażarki. Inni noszą rękawiczki nawet wtedy, gdy idą spać. Od wczesnej jesieni do późnej wiosny zakładają też skarpetki do łóżka. Ochrona organizmu przed wychłodzeniem oznacza też ubieranie się na tzw. cebulkę, zwłaszcza na ramionach i nogach. Osłona na szyję i czapka – nawet latem – jest niezbędna przy zmianie temperatur, na przykład kiedy wchodzimy z mocnego słońca do pomieszczenia z klimatyzacją.

U osób z pierwotnym zespołem Raynauda na utrzymanie mikronaczynek krwionośnych w ryzach pomagają regularne ćwiczenia fizyczne. Każde działanie, które zwiększa częstość akcji serca, pobudza też krążenie ciepłej krwi w naszych rękach i nogach.

BWO

 

aaa

 

ruszajmy się

 

Alpinizm

Góry to powszechnie wybierany kierunek wyjazdów w celu uprawiania sportów, wiele z nich stąd się wywodzi i tu ściąga rzesze amatorów. Zdobywanie najtrudniejszych stromizn i szczytów górskich to już jednak wyższy stopień wtajemniczenia.

Obszernie opisywane były łatwo dostępne i masowe sporty uprawiane w terenie górskim, zarówno zimowe, jak i letnie. Amatorskie chodzenie po górach – po dostępnych trasach turystycznych, tzw. szlakach, czyli trekking – było opisane w miesięczniku „Cross” w październiku 2013 roku. Wiele zamieszczonych tekstów dotyczyło narciarstwa biegowego i zjazdowego, snowboardu. Są to sporty uprawiane powszechnie, również przez osoby niewidome, bo po pewnych adaptacjach są dostępne dla wszystkich. Istnieje jednak duże grono ludzi, dla których góry stały się nie tylko miejscem uprawiania sportu czy spędzania wolnego czasu, lecz także pasją na całe życie. Ci ludzie to wspinacze, w Polsce nazywani alpinistami.

Wspinaczka górska różni się od typowej turystyki górskiej głównie poziomem trudności. Obszar zainteresowania alpinistów to dziewicze rejony górskie, dlatego wymaga się od nich dużej sprawności fizycznej, znajomości technik wspinaczkowych, sposobów asekuracji – czyli szerokiej wiedzy i praktyki. Ponieważ prowadzona jest często w bardzo niebezpiecznych rejonach, obarczona jest dużo większym ryzykiem kontuzji, uszkodzenia ciała, utraty zdrowia, a często również życia. Wśród tej grupy sportowców co jakiś czas słychać również o wyczynach i osiągnięciach niewidomych wspinaczy.

Wspinaczka w najprostszej definicji to poruszanie się w na tyle stromym terenie, że do przemieszczania się lub utrzymywania równowagi potrzebna jest pomoc ramion. Na początku trzeba odróżnić, że może odbywać się na obiektach sztucznych (tzw. ściankach wspinaczkowych) i naturalnych, czyli w górach lub na różnego rodzaju skałach. W obu przypadkach można mówić o wspinaczce sportowej. Można konkurować na pokonanie określonej drogi lub na czas przejścia, rozgrywane są również zawody sportowe. Pokonywanie stromych ścian to tak zwana wspinaczka klasyczna. Do jej uprawiania używa się tylko siły własnych mięśni i przy pomocy nóg i rąk pokonuje daną przeszkodę. W tym przypadku liny służą jedynie do asekuracji – po odpadnięciu od ściany wspinacz zawiśnie na linie. Do tej konkurencji predysponowane są osoby lekkie, które mają najwyższe wartości siły względnej przeliczanej w stosunku do masy ciała. We wspinaczce skałkowej można wyróżnić również podchodzenie z różnego rodzaju pomocą, tzw. wspinanie hakowe. Istnieje również bouldering, w którym podchodzi się na nieznaczne wysokości bez asekuracji, a konfiguracja przejścia jest bardzo trudna.

Na fotografiach klasyczny wspinacz wisi najczęściej na linie na stumetrowej skale, bez koszulki, z woreczkiem wypełnionym talkiem, cały skąpany w słońcu. Takie pokonywanie bardzo wysokich, praktycznie pionowych ścian to wspinaczka ekstremalna. Inną jej formą jest wspinaczka lodowa, kiedy ściana jest oblodzona, np. na zamarzniętym wodospadzie.

Jeszcze czym innym jest wspinaczka wysokogórska, w której dużym utrudnieniem jest wysokość, na jakiej znajdują się wspinacze. Na takich ludzi mówi się alpiniści lub himalaiści, jeżeli terenem działania są najwyższe góry świata – Himalaje. W Polsce funkcjonuje również termin określający ludzi wspinających się w najwyższych polskich górach, Tatrach. Nazywa się ich taternikami. Głównym celem jest znalezienie się na wyznaczonym szczycie niedostępnych gór. Taka wspinaczka obarczona jest dodatkowym ryzykiem, a udzielenie pomocy na znacznych wysokościach jest wręcz niemożliwe.

Do polskich alpinistów należy wiele znakomitych dokonań. Bardzo znani są również amerykańscy, włoscy i angielscy zdobywcy szczytów. Największym sukcesem w tej dziedzinie było zawsze zdobycie szczytu po raz pierwszy. Gdy niezdobytych szczytów zaczęło brakować, alpiniści prześcigali się w coraz bardziej śmiałych i ryzykownych wyczynach. Zaczęły się liczyć wejścia bez użycia butli tlenowych, nowymi drogami oraz to, czy na szczycie staje się latem czy zimą, kiedy warunki atmosferyczne są bardzo niesprzyjające. Marzeniem wielu jest skompletowanie serii wejść: tzw. Korony Ziemi – najwyższych szczytów wszystkich kontynentów, Korony Himalajów, wszystkich ośmiotysięczników itp.

Konfiguracja i poziom trudności przejścia często nie różnią się zbytnio od tych np. w Alpach, ale największym utrudnieniem jest wysokość, na jaką się podchodzi. Powyżej 5100 m n.p.m. człowiek znajduje się w strefie, do której organizm nie jest w stanie się zaadaptować, nie jest możliwe życie i ciągłe przebywanie na takiej wysokości. Powyżej 8000 m n.p.m. mówi się już o „strefie śmierci”, bo na tej wysokości rozpoczyna się niedotlenienie jednoznaczne z powolnym umieraniem, funkcje życiowe dość szybko zanikają. Alpiniści starają się przebywać w tej strefie najwyżej kilka godzin. Jednym z powodów jest stężenie tlenu w powietrzu, które wraz z wysokością staje się coraz mniejsze. Mówi się o rozrzedzeniu powietrza, w którym wymiana gazowa w pęcherzykach płucnych jest utrudniona. Nawet po odpowiedniej adaptacji i treningu wysokościowym oddychanie jest bardzo ciężkie, ciało niedotlenione, a wysiłek fizyczny w takich warunkach jest bardzo obciążający. Duże ryzyko niesie choroba wysokościowa – obrzęk mózgu, halucynacje i inne problemy związane z niedotlenieniem i mniejszym ciśnieniem. Wraz z wysokością spada również temperatura powietrza, która na najwyższych szczytach latem może dochodzić nawet do minus 40 stopni Celcjusza. Kiedy do tego dodamy silne wiatry i nieprzewidywalną pogodę, mgły i śnieżyce ograniczające widoczność – robi się ekstremalnie. Mimo najnowocześniejszych kombinezonów często dochodzi do odmrożeń lub hipotermii (znacznej utraty temperatury ciała).

Zwykłym ludziom trudno zrozumieć, dlaczego alpiniści idą w takie śmiercionośne warunki. Bardzo dobrze próbuje to wytłumaczyć jeden z najwybitniejszych współczesnych alpinistów Simone Moro, który w jednym z wywiadów mówi: „Gdy popatrzymy na to, co robimy, w kontekście wyznawanych wartości, którymi dzisiaj są głównie wizerunek i pieniądze, to wspinaczka jest czymś niesamowitym. Alpiniści nie zostaną ani zamożni, ani sławni, dlatego tak ciężko zrozumieć nam motywy podejmowania wspinaczki. Po co ktoś inwestuje całą swoją energię i dostępne środki, aby robić coś zupełnie nieprzydatnego w życiu? Trzeba zrozumieć, że wspinaczka nie ma wymiaru praktycznego. To nie wykonywanie operacji, która ratuje komuś życie. Wspinaczka to zrozumienie siebie. Aby być dobrym człowiekiem i wspinaczem, trzeba pozwolić na odczuwanie różnych stanów po to, aby zrozumieć siebie. Nie da się jednak zrozumieć siebie, kiedy żyjemy w świecie, w którym wszystko jest zorganizowane, który wyręcza człowieka we wszystkim. Jeśli jest Ci zimno, włączasz ogrzewanie, jeśli jest Ci smutno, włączasz telewizor i oglądasz zabawne komedie. Często jest tak, że aby nauczyć się siebie, musisz być daleko od miejsca, w którym czujesz się bezpieczny. Przebywanie w takim miejscu pozwala na zrozumienie tego, czego się boisz, z czego jesteś dumny i co jesteś w stanie zrobić, a co jest poza twoimi ludzkimi możliwościami”.
Góry to swoista walka z własnymi słabościami, ale również pokonywanie barier i ograniczeń, jakie zazwyczaj w sobie nosimy.

W Polsce główną organizacją zajmującą się wspinaczką jest Polski Związek Alpinizmu, który zrzesza kluby wysokogórskie i wspinaczkowe. Alpinizm w wąskiej definicji oznacza aktywność wspinaczkową w Alpach, w których mamy do czynienia ze wszelkimi formami terenowymi. Jednak w Polsce nazwa ta stosowana jest w szerszym znaczeniu. Jest to dziedzina sportu, w skład której wchodzą: wspinaczka wysokogórska, wspominana wcześniej wspinaczka sportowa, wspinaczka jaskiniowa (alpinizm jaskiniowy) oraz narciarstwo wysokogórskie (tzw. ski alpinizm) uprawiane na specjalnych nartach turowych, na których można podchodzić pod górę i zjeżdżać w dół po nieprzygotowanych trasach.

Alpiniści muszą używać specjalistycznego sprzętu. Laicy kojarzą go głównie z liną, czekanem trzymanym w ręku oraz rakami – specjalnymi kolcach na lód – na nogach. Wyspecjalizowanego wyposażenia jest znacznie więcej, w szczególności takiego, które służy do asekuracji, odpowiedniego ubierania się i biwakowania. Lina wspinaczkowa, uprząż wspinaczkowa, kask, haki, splity, karabińczyki, buty alpinistyczne, wysokiej jakości ubrania, kombinezony, rękawice, namioty i wiele innych, których opis byłby tutaj zbyt obszerny.

Często osoby, które chciałyby zacząć przygodę z górami, nie wiedzą, jak się do tego zabrać. Trzeba pamiętać, że alpinizm jest ostatnim etapem, najbardziej zaawansowanym. Wszyscy początkujący zaczynają od turystyki górskiej, od chodzenia po tatrzańskich szlakach. Następnym etapem jest zapisanie się do klubu wspinaczkowego, gdzie organizowane są różnego rodzaju kursy wspinaczkowe i taternicze z instruktorem. Szkolenia są konieczne, by poznać techniki asekuracji, obyć się z liną i niezbędnym sprzętem. Jest bardzo istotne, by zagadnienia te poznać w praktyce. Istnieje wiele podręczników i książek o tematyce wspinaczkowej, jednak wiedza teoretyczna powinna być pomocą przy uczeniu się wszystkich działań w praktyce. Tutaj nie ma marginesu błędu, wszystko należy zrobić poprawnie. Doświadczeni instruktorzy nauczą również, jak dobierać trasę do poziomu zaawansowania. Nie wolno robić niczego ponad siły i powyżej poziomu doświadczenia. Stopniowanie trudności i poznawanie coraz dogłębniej tajników wspinaczki to jedyna droga, aby robić to bezpiecznie. Pamiętajmy, że w górach oprócz zagrożeń subiektywnych (błąd człowieka, niewłaściwe zachowanie lub przeoczenie jakiejś czynności, zawodność sprzętu itp.) występują zagrożenia obiektywne, które zawsze są zagrożeniem, niezależnie od umiejętności i doświadczenia. Są to lawiny śnieżne, spadające kamienie (dlatego zawsze należy się wspinać w kasku), czynniki pogodowe, niestabilność podłoża itp. Ten sport zawsze niesie ze sobą ryzyko śmierci, nawet jak jest się najbardziej ostrożnym wspinaczem.

Wspinaczka jest na pewno piękna i romantyczna. To sposób na oderwanie się od codzienności, obcowanie z naturą. Tę drogę obierają jednak nieliczni, bo wiąże się z wieloma wyrzeczeniami. Wspinaczka jest kosztowna i czasochłonna. Często wyprawy są bardzo długie, co może kolidować z życiem zawodowym i rodzinnym. Jest również bardzo niebezpieczna i ryzykowna. Jednak góry to też esencja przyrody i natury. O tym, co istotne w alpinizmie i jego duchowości, mówił legendarny włoski alpinista Walter Bonatti. „Alpinizm – ten prawdziwy – to przede wszystkim walka i wewnętrzne zmaganie. To głębokie przeżycie duchowe, dla którego idealnym tłem są góry. Góry są tylko środkiem, celem zawsze jest człowiek. Nie chodzi o to, aby wejść na szczyt, ale chodzi o to, po co się to robi. Robi się to, żeby być lepszym człowiekiem”.

Krzysztof Koc

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Zaskakujący ruch

Bywają takie sytuacje na szachownicy, gdy do zwycięstwa czy remisu prowadzi posunięcie niezwykle trudne do przewidzenia, przeważnie z uwagi na pozorną absurdalność. W wynajdywaniu takich ruchów specjalizują się kompozytorzy i analitycy szachowi, ale i w partiach praktycznych czasami można je spotkać. Oto garść przykładów na ten temat.

H. Stenicka

(zakończenie studium, 1958)

Białe: Kf3, Wb8, e3, e7

Czarne: Kf5, Wf6, Gb5

Po 1.W:b5+ partia pozornie zmierza do pokojowej przystani, gdyż po 1…Ke6+ (2.Ke4 K:e7) białe tracą pionka e7 i powstaje teoretycznie remisowa pozycja, ale… 2.Wf5!! To niespodziewane oddanie wieży przynosi białym wygraną pionkówkę 2...K:e7 Lub 2...W:f5+ 3.Kg4 K:e7 4.K:f5
z wygraną 3.W:f6 K:f6 4.Kf4! Ke6 5.Ke4
i zdobycie opozycji prowadzi do zwycięstwa.

J. Young – G. Rogmann

1937 

Białe: Kg1, He3, Wd1, Wf1, Sc3, b2, b3, f6, g2, h2

Czarne: Kg8, Hc7, Wa8, Wd8, Sb4, a6, b7, f7, g6, h7
Po 1.Hh6! groźba mata wydawała się czarnym łatwa do odparcia, ale 1…Hc5+ z zamiarem 2…Hf8) natrafiło na niesamowitą odpowiedź 2.Wd4!! Okazuje się teraz, że na 1…W:d4 jest 2.Hg7x, po 1…H:d4+ 2.Kh1 hetman nie dotrze na f8, a w przypadku stosunkowo najlepszego 2…Hf8 3.H:f8+K:f8 4.W:b4 tracą skoczka.

M. Gill – S. Dobsa

1973

Białe: Kh1, He5, We1, Se4, a2, b2, c2, g2, h2

Czarne: Kh7, Hc6, Wa8, Gb7, a6, b5, g7, h6

Skoczek e4 broni przed matem na g2. Trzeba go jeszcze raz zaatakować, ale nie przechodzi 1…We8?, bo 2.H:e8! H:e8 3.Sf6+. Cel osiągnięto ruchem 1...Kh8! i białe poddały się, gdyż nie ma obrony przez 2…We8, np. 2.Hc3 We8 czy 2.Hd6 We8 i skoczek ginie.

Wariant z partii S. Reshevsky – E. Geller

1953

Białe: Kg1, Wc1, Wd5, b7, e3, f2, g2, h2

Czarne: Kg8, Wa3, Wc4, c2, f7, g7, h6

Czarne są na posunięciu. Ich pozycja jest beznadziejna, gdyż za pionka b7 trzeba oddać wieżę. Nic nie daje rozpaczliwe 1…Wa1, bo 2.b8H+ Kh7 3.Hb2. Remis jest jednak możliwy po pozornie bezcelowym 1…Wb4! 2.Wd8+ Kh7 3.b8H W:b8 4.W:b8 i teraz jest ratujące 4…Wd3! Grozi 5…Wd1+ 5.Wf1! Wc3! (ale nie 5...Wd1? 6.Wc8!) i białe muszą oddać wieżę za pionka c2, co doprowadzi do teoretycznie remisowej wieżówki: cztery pionki przeciwko trzem na jednym skrzydle.

Wariant z partii P. Keres – M. Tal

1971

Białe: Kg1, He4, Wc2, Gh6, a2, b2, f2, g2, h3

Czarne: Kg8, He5, Wd8, Sc4, a7, b6, e7, f7, g6, h7

Wobec gróźb 1…Wd1+ oraz 1…H:e4 wydaje się, że białe są zmuszone do przejścia do równej końcówki po 1.H:e5 S:e5 2.Wc7 f6! 3.W:e7 Wd7. Ale to tylko pozory. Wygrywa ciche 1.Wd2!! (1…W:d2 2.Ha8+; 1…S:d2 2.H:e5; 1…Wc8 2.H:c4!).

W. Bron

(zakończenie studium, 1979)

Białe: Kg1, Wb8, Gc8, h2

Czarne: Kh3, Wf4, Sg4, h4 

Przed groźbą Wb3+ czarne obroniły się sprytnym ruchem 1…Wb4! Teraz z kolei czarne grożą 2…W:b8 i ewentualnie 2…Wb1x. Nic nie daje 2.G:g4+ (z ideą 3.Wb3+), bo odbicie wieżą na g4 następuje też z szachem. Trzeba więc zabić czarną wieżę i zapatować przeciwnika? Nie! Jest zaskakujący ruch 2 Ga6! W:b8 3.Gf1x!.

B. Perenyi – T. Utasi

1984

Białe: Kg1, Hf1, We1, We4, Gd2, Gd3, Sh4, a2, b2, c2, d4, f2, g2, h3

Czarne: Kg8, Hd8, Wa8, We8, Gc7, Ge6, Sf8, a7, b7, c6, f6, f7, g7, h7

Gra potoczyła się forsownie 1...g5 2.Sf5! G:f5 3.W:e8 i teraz zamiast oczywistego 3...H:e8 4.G:f5 z trochę gorszą pozycją, czarne postanowiły wtrącić 3...Hd6?, licząc na zysk pionka po 4.g3 W:e8 5.G:f5 H:d4 czy 4.W:f8+ W:f8 5.g3 H:d4. Nastąpiła jednak zaskakująca riposta 4.Gf4!! Białe „skracają dystans” hetmanowi, chcąc się z tempem obronić przed matem 4...H:f4 5.g3 W:e8 (5...G:d3 6.H:d3) 6.gf4 G:d3 7.H:d3 G:f4 8.Kf1 Sg6 9.We1 i białe łatwo zrealizowały przewagę materialną.

A oto trzy zadania dla Czytelników. Proszę w każdej pozycji znaleźć wygrywający ruch dla białych:

Zadanie I

Białe: Kb1, Hf3, Gc7

Czarne: Ka3, Gb3, a4, b2, b4

Zadanie II

Białe: Kg1, Hf5, Wc1, Sf3, a3, d4, f2, g2, h3

Czarne: Kg8, Hc7, We8, Se3, a6, b7, d5, f6, f7, h6

Zadanie III 

Białe: Kf1, Wd8, Gb2, b4, e4

Czarne: Kg7, Wb5, Ge5, f7, h7

Odpowiedzi:

I. 1.Hc3! (A. Manwielian, zakończenie studium, 1997)

II. 1.Hg4+! prowadzi po 1…S:g4 2.W:c7 do zdobycia skoczka (na motywach partii

    G. Kuźmin – G. Timoszczenko, 1987)

III. 1.Wb8! (na motywach studium A. Sobolewskiego, 1951)

Ryszard Bernard

 

aaa

 

 

Gramy w warcaby

W tym odcinku zaprezentuję ciekawe idee kombinacyjne, przydatne w grze praktycznej.

Białe zaczynają i za pomocą kombinacji wygrywają.

Klinowa pozycja debiutowa.

1. 28-23 18x29 2. 33-28 22x33 3. 31x22 17x28 4. 40-34 29x40 5. 38x18 12x23 6. 45x34

 

Częsta kombinacja w pozycji klasycznej.
1. 34-29 23x25 2. 28-23 19x39 3. 38-33 39x28 4. 32x3 21x41 5. 3x4

 

Prosta kombinacja zwana rykoszetem.

1. 28-22 17x28 2. 26x17 11x22 3. 34-30 25x34 4. 40x27

 

Kombinacja z pozycji centralnej.

1. 28-23 19x37 2. 38-32 37x28 3. 30-24 20x38 4. 43x1

 

Kombinacja przypominająca uderzenie Filipa.

1. 27-22 18x27 2. 33-29 24x22 3. 34-30 25x34 4. 40x7

 

Efektowne uderzenie półksiężyc.

1. 27-22 18x27 2. 33-29 24x31 3. 30-24 27x38 4. 43x32 19x30 5. 28x37

 

Kombinacja mostek i kombinacja Filipek.
1. 24-19 13x24 2. 37-31 26x28 3. 33x11 24x22 4. 27-21 6x26 5. 43-39 44x33 6. 38x7

 

Najtrudniejsza podwójna kombinacja: białe rozpoczynają od uderzenia królewskiego, po czym kończą kombinacją z wykorzystaniem bandowego piona 36.
1. 34-30 35x24 2. 27-22 18x27 3. 32x21 23x34 4. 40x18 16x27 5. 25-20 15x24 6. 47-41 36x47 7. 18-13 47x29 8. 37-32 27x38 9. 49-13 38x40 10. 45x5 8x19 11. 5x1

Damian Jakubik

 

aaa

 

od Czytelników 

 

Drodzy Czytelnicy,

ludzie listy piszą, o czym już dawno śpiewali Skaldowie, a więc z początkiem nowego roku zapraszamy Państwa do aktywnego udziału w tworzeniu naszego wspólnego czasopisma, właśnie w ramach korespondencji z Redakcją. Najpiękniejsze sportowe wspomnienia, najwspanialsze klubowe osiągnięcia, największe wyzwania – jaka jest Wasza recepta na sukces? Podzielcie się nią koniecznie, a może i Państwa list ukaże się na łamach magazynu „Cross”.

Za nami 25 lat

25-lecie powstania organizacji to dobry czas dla wspomnień, refleksji i podsumowań. To również okazja do formowania wniosków dotyczących jej funkcjonowania i dalszego rozwoju.

Na tegorocznej gali, w której miałem przyjemność uczestniczyć, obecni byli ojcowie założyciele naszego Stowarzyszenia. Część z tych osób poznałem już wcześniej, działając w Polskim Związku Niewidomych, gdzie rozpocząłem pracę w 1984 r. Nie sposób wymienić wszystkich, lecz kilka nazwisk, takich jak: Tadeusz Milewski, Antonii Szczuciński, Włodzimierz Sajdych, Anna Grabowicz, Stanisław Piasek, Wacław Morgiewicz – należy. Dzięki takim postaciom wiele się nauczyłem, zdobyłem nowe umiejętności i teraz mogę to wszystko przekazać innym. Jak wiadomo, do 1990 r. monopolistą w organizowaniu sportu osób niepełnosprawnych było zrzeszenie „Start”. W tym czasie zrodził się pomysł powołania własnej organizacji.

Moja przygoda w „Crossie” rozpoczęła się w 1999 r., kiedy z inicjatywy grupy niewidomych powołaliśmy w Suwałkach klub „Jaćwing”. Rozpoczęliśmy pierwsze wyjazdy na zawody, podnosiliśmy poziom sportowy, zaczęliśmy odnosić sukcesy! Koronnymi dyscyplinami naszego klubu stały się kręgle i bowling. W 2012 r. uzyskałem tytuł instruktora sportu i rekreacji, dzięki czemu rozpoczęliśmy intensywne treningi na własnej kręgielni, wchodząc w wyższy stopień kreglarskiego wtajemniczenia. W tym samym roku zdobyliśmy pierwsze medale na indywidualnych mistrzostwach Polski. W następnym roku zdobyliśmy medal w drużynowych mistrzostwach Polski. Nasz zawodnik Stanisław Poświatowski został powołany do kadry Polski, gdzie na mistrzostwach Europy w Pradze zdobył złoty medal w grze parami, zaś w 2015 r., na mistrzostwach IBSA w Seulu, zdobył tytuł wicemistrza świata.

25 lat to szmat czasu – pojawia się refleksja, zaduma nad tym, co się udało, co umknęło, odżywają wspomnienia o ludziach, którzy już od nas odeszli. Przez 25 lat Stowarzyszenie pięknie rozwinęło się, zrzesza mnóstwo klubów, adaptuje wiele nowych dyscyplin sportowych. Przyszłość naszej organizacji zależeć będzie od poziomu finansowania, przyszłość „Crossu” można też mierzyć skalą zainteresowania sportem – o ten aspekt jestem spokojny. Martwi mnie bardzo, jak i innych działaczy klubowych, mały przypływ nowych członków, średnia wieku klubowiczów jest dość wysoka. Aby zmienić ten stan rzeczy, nasz klub organizuje imprezy sportowe w bowlingu czy strzelaniu z broni laserowej, zapraszając reprezentantów innych środowisk.

Z jubileuszowymi pozdrowieniami,

Andrzej Świtaj, wiceprezes klubu „Jaćwing” Suwałki

 

Ogłoszenie

Możesz wesprzeć działania naszego Stowarzyszenia, przekazując 1% swojego podatku!

Numer KRS 0000247136

Stowarzyszenie Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki Niewidomych
i Słabowidzących „Cross”

Deklaracja podatkowa zawiera dwa pola, które są niezbędne, aby przekazać 1% rocznego podatku.

W pola te wpisać należy:

- numer KRS organizacji

- przekazywaną kwotę, która nie może przekroczyć 1%

Dzięki Twojemu 1% możemy kontynuować działania na rzecz osób niewidomych
i słabowidzących w Polsce. Dziękujemy!

 

aaa

 

kultura

 

O człowieku, który umarł cztery razy

Jedno płuco, 2 medale Ironmana, 4 daty urodzin, 30 lat z nowotworem, 94 blizny po operacjach, 2800 przebiegniętych kilometrów. Tak przedstawia się bilans życiowy Piotra Pogona – niepełnosprawnego sportowca, zdobywcy Kilimandżaro, Elbrusu i Aconcagui.

Piotr jest chory nie tylko na raka, cierpi na „onkologiczne ADHD”. Jak narkoman jest uzależniony od życia na pełnych obrotach. Chce się go nachapać, upić się nim – póki jest. Żyje więc maksymalnie intensywnie. Po co? „Próbuję prześcignąć śmierć – wyprzedzić ją, odwrócić się, stanąć z nią twarzą w twarz, a następnie pozwolić, by zrównała się ze mną i mnie minęła” – te słowa Susan Sontag stały się mottem do biografii Pogona. I pasują tu doskonale. Bo w jego historii widzimy właśnie ten wyścig z czasem, tę nieustanną pogoń za życiem.

Biografia ta, nosząca tytuł „Umarłem cztery razy”, to słodko-gorzka opowieść o balansowaniu na krawędzi. Bo choć osiągnięcia i siła charakteru Pogona są naprawdę imponujące, to w jego sukcesach kryje się pewien dramat. Jak pisze autorka Julia Lachowicz w posłowiu, niektórzy znajomi życzą mu, by wreszcie zrozumiał, że nie wszystko się da, że przekraczanie kolejnych granic nie zawsze ma sens. Sam Pogon o swoim „onkologicznym ADHD” mówi: – To dar boży, ale też męka. Dla otoczenia i dla mnie samego.

Przez ten dramatyzm książkę czyta się jak dobrą, dającą do myślenia powieść. I nie zapomina się o niej po odłożeniu na półkę. Szczególnie gdy wie się co nieco o „skutkach ubocznych” niepełnosprawności, o towarzyszach postępującej choroby: lęku, braku akceptacji, wypieraniu. Lektura nie odpowiada na pytanie, co właściwie napędza Pogona, ale tak naprawdę wcale nie potrzebujemy tego wiedzieć. Historia jego życia ma być dla nas punktem wyjścia, motywacją do własnych poszukiwań.

Książka ta to wnikliwy portret człowieka. Bez „photoshopa”. I bez czarno-białego filtru. Autorce udaje się uniknąć błędu często popełnianego przez dziennikarzy, mianowicie: nie wynosi niepełnosprawnego sportowca na piedestał, ani nie czyni z niego ofiary losu. Piotr Pogon jest tu zwykłym, choć niezwykłym człowiekiem.

 

Książka „Umarłem cztery razy” Julii Lachowicz ukazała się w 2016 r. nakładem wydawnictwa Burda Książki, w serii „Siłacze”. Dostępna jest również jako e-book.

Barbara Zarzecka