Baner mistroszwa europy w showdown

Nr 9 (150) Wrzesień 2017

CROSS 9 2017

ISSN 1427-728X

ROK XV

Nr 9 (150)

Wrzesień 2017 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ,

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 412 18 80

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Grażyna Wojtkiewicz

Korekta

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

 Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Nakład: 900 egzemplarzy

Miesięcznik dofinansowuje

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

aaa

 

Spis treści 

Dwa krążki w Kranewie

Leszek Stefanek

Szkolimy się w Suwałkach

Andrzej Szymański

Na kręgielniach Kraju Kwitnącej Wiśni

Jadwiga Rogacka

Wariant poznański

Wojciech Puchacz

Kulanie na fali

Wojciech Puchacz

Czas na góry

Mirosław Jurek

Emocje, spektakle, wędrówki

Przemysław Barszcz

Zegar biologiczny

BWO

Chodzenie po górach

Krzysztof Koc

Gramy w szachy

Ryszard Bernard

Gramy w warcaby

Damian Jakubik

Zginę w górach

Barbara Zarzecka

 

aaa

 

warcaby

 

Dwa krążki w Kranewie 

Na przełomie sierpnia i września br. kadra Stowarzyszenia „Cross” wzięła udział w organizowanych przez Międzynarodowy Komitet Warcabistów Niepełnosprawnych (IDCD) II Mistrzostwach Świata Niepełnosprawnych w Warcabach Stupolowych.

Zawody odbyły się w pięknie położonej nad Morzem Czarnym miejscowości Kranewo w Bułgarii, w ekskluzywnym hotelu Kristel Park. Rozegrano kilka turniejów, w których rywalizowali zawodnicy z różnymi rodzajami niepełnosprawności. Tempo gry ustalono według zasad międzynarodowych: 80 minut na starcie plus 1 minuta dodawana po każdym ruchu. Warcabiści kadry „Cross” grali w trzech turniejach. W skład polskiej delegacji wchodzili, oprócz zawodników, przewodnicy osób niewidomych oraz trener kadry Leszek Łysakowski i szef ekipy Wacław Morgiewicz.

W turnieju kobiet grały razem warcabistki całkowicie niewidome oraz słabowidzące, ale prowadzone były dla nich oddzielne klasyfikacje. Wystartowało szesnaście zawodniczek z siedmiu krajów, w tym trzy całkowicie niewidome. Grano 7 rund systemem szwajcarskim.

Ewa Wieczorek („Victoria” Białystok) – nasza faworytka wśród kobiet słabowidzących – rozpoczęła od dwóch zwycięstw. Najpierw w derbowym pojedynku pokonała niewidomą Urszulę Lauferską, a następnie zmusiła do kapitulacji Ludmiłę Guslewą (Ukraina). Niestety, w trzeciej rundzie nasza zawodniczka nie sprostała niewidomej Rosjance Lubow Wołkowej. Ewa do końca turnieju nie przegrała już partii, ale trzy remisy w ostatnich czterech partiach z bezpośrednimi kandydatkami do medalu sprawiły, że ostatecznie zajęła w turnieju dopiero 5. miejsce, a wśród słabowidzących 4. Do medalu zabrakło niewiele. Trzecia na mecie Litwinka Violeta Benkunskiene wyprzedziła ją zaledwie jednym punkcikiem Solkoffa. W turnieju zagrała też Jolanta Woźniak („Jutrzenka” Częstochowa), która przyjechała do Bułgarii jako przewodniczka swego męża Wojtka. Ponieważ polska reprezentacja nie wykorzystała limitu miejsc, Jolanta została dopuszczona do gry w grupie słabowidzących.

Wśród całkowicie niewidomych kobiet zdecydowanie najlepsza okazała się Lubow Wołkowa, która uzbierała aż 10 p. i o dwa punkty wyprzedziła Ukrainkę Zinaidę Mruczkowską. Bardzo dobry występ zaliczyła Urszula Lauferska („Tęcza” Poznań). Debiutująca w tak prestiżowych zawodach polska warcabistka wygrała trzy partie i z Bułgarii wróciła z brązowym medalem!

W turnieju mężczyzn całkowicie niewidomych startowało ośmiu zawodników z pięciu krajów. Rywalizacja toczyła się systemem kołowym. Główne role odegrali faworyci. Zwyciężył reprezentant Ukrainy Iwan Fidyk przed Michaiłem Kryłowem z Rosji. Jerzy Dzióbek („Jantar” Gdańsk) zajął 5. miejsce, a 7. Wojciech Woźniak („Jutrzenka” Częstochowa). Obaj nasi zawodnicy zagrali nieco poniżej swoich możliwości. Jurek skomentował swój występ jednym słowem: „niedosyt”.

W rywalizacji drużynowej (punktowała jedna kobieta i dwóch mężczyzn) polscy niewidomi sięgnęli po brązowy medal. Polska (Lauferska, Dzióbek, Woźniak) zdobyła 21 p. i została wyprzedzona przez Rosję (24 p. – srebro) i Ukrainę (32 p. – złoto).

W turnieju mężczyzn słabowidzących startowało siedemnastu zawodników z sześciu krajów. Wystąpiło w nim trzech reprezentantów Polski: Leszek Stefanek („Hetman” Lublin), Edward Twardy („Sudety” Kłodzko) i Józef Tołwiński („Victoria” Białystok). Stawka była bardzo wyrównana i o końcowej kolejności decydowały detale oraz łut szczęścia. Ostatecznie zwyciężył Wołodymir Peresyczanski (Ukraina), który w siedmiu pojedynkach zgromadził 10 p. i lepszym wartościowaniem wyprzedził Emila Galijewa (Rosja). Trzecie miejsce zdobył przodujący przez cały turniej Litwin Ricardas Valuzis (9 p.), który szanse na złoto pogrzebał w ostatniej rundzie, przegrywając z Galijewem.

Z Polaków najwyżej, na 7. miejscu, uplasował się Leszek Stefanek (dwa zwycięstwa, cztery remisy i jedna porażka – z Valuzisem). Bardzo dobrze spisał się Edward Twardy (cztery zwycięstwa, trzy porażki). Wygrał m.in. z Justinasem Kubiliusem i Olegiem Grosu, znanymi z udanych występów w Pucharze Podlasia. Nieco słabiej wypadł tym razem Józef Tołwiński (jedno zwycięstwo, cztery remisy i dwie porażki). Szczególnie przykra okazała się porażka w ostatniej rundzie z Ukraińcem Panteleimonem Jablonskim. Remis w tej partii dałby Polsce brązowy medal w klasyfikacji drużynowej. Przed ostatnią rundą traciliśmy do Litwinów aż 7 p. i wydawało się, że ich wyprzedzenie jest nierealne. Okazało się jednak po raz kolejny, że w sporcie trzeba walczyć do końca. Litwini poprzegrywali w ostatnich pojedynkach wszystko, co było do przegrania, i gdyby Józek zremisował (a pozycję miał w końcówce remisową), wyprzedzilibyśmy Litwę o 1 p. Do drużynówki liczyły się wyniki (miejsca) dwóch mężczyzn słabowidzących i jednej słabowidzącej kobiety. Dla nas punktowali Stefanek (5 p.) i Twardy ( 4 p.) oraz Ewa Wieczorek (8 p.). Dla Litwy punktowali tylko Valuzis (9 p) i Violeta Benkunskiene (9 p.). Litwinka wyprzedziła Ewę o włos. Gdyby było odwrotnie, Ewa wywalczyłaby brąz indywidualnie, zapewniając jednocześnie brąz drużynie. Złoto drużynowe zdobyła Rosja (31 p.), a srebro przypadło w udziale Ukrainie (28 p.).

W mistrzostwach brał również udział słabowidzący zawodnik „Jutrzenki” Częstochowa Krzysztof Pichlak, który startował w grupie paraplegia (niepełnosprawność ruchowa) i zdobył brązowy medal. W grupie spesh olimpic Polskę reprezentował Zenon Mieszkowski z Mławy, który do kraju wrócił ze srebrnym medalem.

Sędzią główną mistrzostw była Aneta Kinga Sobiegraj (Polska). Zawody w Kranewie były zorganizowane na wysokim poziomie. Główna w tym zasługa prezydenta IDCD Leszka Pętlickiego. Znakomite warunki zakwaterowania i wyżywienia (na turniejach w Polsce można o takich tylko pomarzyć), koncert zespołów tanecznych dla uczestników warcabowych zmagań, wspaniała pogoda, cieplutkie morze (10 minut od hotelu), basen tuż przy sali gry, wycieczka do pobliskiej Warny – to tylko niektóre czynniki sprawiające, że wspomnienia z wyjazdu do Bułgarii na długo pozostaną w pamięci uczestników mistrzostw. A o trudach podróży – 27 godzin busem z Częstochowy do Kranewa i tyleż samo z powrotem – chyba już wszyscy zdążyli zapomnieć...

II Mistrzostwach Świata Niepełnosprawnych w Warcabach Stupolowych

24.08-3.09.2017 r., Kranewo, Bułgaria

Kobiety

Słabowidzące

  1. Eldyz Gataulina – Rosja 11 p.

  2. Sarvinoz Hasanowa – Uzbekistan 11 p.

  3. Violeta Benkunskiene – Litwa 9 p.

  4. Ewa Wieczorek – Polska 9 p.

12. Jolanta Woźniak – Polska 2 p.

  Niewidome

  1. Lubow Wołkowa – Rosja 10 p.

  2. Zinaida Mruczkowska – Ukraina 8 p.

3. Urszula Lauferska – Polska 6 p.

Mężczyźni

Słabowidzący

  1. Wołodymir Peresyczanski – Ukraina 10 p.

  2. Emil Galijew – Rosja 10 p.

  3. Ricardas Valuzis – Litwa 9 p.

7. Leszek Stefanek – Polska 8 p.

8. Edward Twardy – Polska 8 p.

13. Józef Tołwiński – Polska 6 p.

Niewidomi

  1. Iwan Fidyk – Ukraina 13 p.

  2. Michaił Kryłow – Rosja 11 p.

  3. Stiepan Wołkow – Mołdawia 10 p.

5. Jerzy Dzióbek – Polska 5 p.

  7. Wojciech Woźniak – Polska 4 p.

Rozgrywki drużynowe

Słabowidzący

  1. Rosja 31 p.

  2. Ukraina 28 p.

  3. Litwa 18 p.

  4. Polska 17 p. (Wieczorek – 8, Stefanek – 5, Twardy – 4)

Niewidomi

  1. Ukraina 32 p.

  2. Rosja 24 p.

  3. Polska 21 p. (Lauferska – 9, Dzióbek – 7, Woźniak – 5)

Leszek Stefanek

 

aaa

 

warcaby

 

Szkolimy się w Suwałkach

W pierwszej połowie sierpnia do hotelu Hańcza w Suwałkach zjechało 30 crossowiczów z dysfunkcją wzroku. Przyjechali na kurs warcabowy. Każdego roku Stowarzyszenie „Cross” organizuje ich kilka, bo zainteresowanie tą dyscypliną jest niebywałe – większe niż szachami!  

Warsztaty w ramach projektu „Krok naprzód” dofinansowanego ze środków PFRON prowadzili Wacław Morgiewicz, Leszek Łysakowski i Mariusz Ślęzak. Ten ostatni, 26-latek, jest aktywnym zawodnikiem, rozegrał mnóstwo partii rangi mistrzostw Polski, Europy i świata. Dużo osiągnął na mistrzostwach Polski, ale jego marzeniem jest uplasowanie się w pierwszej dziesiątce na mistrzostwach globu. Na razie jest 12. To samouk, zaczął jeździć na turnieje w wieku 15 lat. Jednocześnie jest doskonałym instruktorem tej planszowej gry.

Uczestnicy przyjechali z całej Polski. Każdy z nich zapłacił wymagane wpisowe, by w ciągu dwóch tygodni podnieść swoje kwalifikacje w warcabach stupolowych. – Większość to osoby po pięćdziesiątce i na pewno po tych warsztatach nie przeskoczą dwóch poziomów. To fajna grupa, która chce się uczyć. Nawet wieczorem, po kolacji, siadamy i rozwiązujemy kombinacje, analizujemy partie. Ja im nieustannie mówię: grajcie jak najczęściej. Jak nie ma z kim, to przecież są portale do treningu online, gdzie można grać z wieloma zawodnikami w kraju i na świecie. I grajcie do znudzenia – tłumaczy Mariusz Ślęzak.

Poza tym Mariusz zachęcał do startu w turniejach z osobami pełnosprawnymi, nie tylko w tych crossowskich. Ponieważ PFRON w tym roku bardzo późno przekazał pieniądze Stwarzyszeniu, to do końca grudnia odbędzie się  jeszcze sześć turniejów ogólnopolskich. Może uda się podczas nich wyłonić jakiś nowy talent, który dołączy do najlepszych, czyli Ewy Wieczorek, Leszka Stefanka, Edwarda Twardego, Józefa Tołwińskiego czy Stanisława Jędrzyckiego.

A jaka atmosfera panowała wśród uczestników na warsztatach? Ryszard Grzywacz z klubu „Omega” Łódź w szachy i warcaby gra od 2004 roku. Jest osobą słabowidzącą.  Ma trzecią kategorię w warcabach i startuje rocznie w czterech, pięciu turniejach. – To szkolenie jest rewelacyjne i takiego mi brakowało. Wykładowca, pan Mariusz, jest świetny, cierpliwy i w skuteczny sposób przekazuje nam swą wiedzę. Jest nie tylko instruktorem, ale  kolegą i przyjacielem. Nauczył mnie inaczej patrzeć na warcaby. Zajęcia nie są męczące, są prowadzone ciekawie i chciałoby się, żeby trwały dłużej. Jeszcze raz bym przyjechał na warsztaty, jeśli on będzie je prowadził – mówi pan Ryszard.

Pani Wiktoria Giec  z Wejherowa jest całkowicie niewidoma. Na poważnie gra od niedawna, od 2016 roku. Wcześniej to była zabawa. Mówi stanowczym głosem: – Szkolenie jest świetne. Instruktor potrafi sprzedawać nam swą wiedzę, rozwijać wyobraźnię. Dzięki niemu bardziej polubiłam tę grę.

Mariusz Ślęzak pochwalił wszystkich uczestników za ambicję, nie tylko tych wyróżniających się, jak Ryszard Grzywacz czy Andrzej Gasiul. – Ja im przekazałem podstawową wiedzę, reszta zależy od ich wytrwałości!

Andrzej Szymański

 

aaa

 

bowling

 

Na kręgielniach Kraju Kwitnącej Wiśni 

Minął niespełna rok, a piątka naszych bowlingowców ponownie mogła doświadczyć dalekowschodniej gościnności i organizacyjnej azjatyckiej perfekcji. Niewidomi i słabowidzący zawodnicy lecieli na spotkanie doskonale przygotowanych do mistrzostw świata rywali, tym razem do bardzo gorącego miasta Fukuoka na wyspie Kiusiu w Japonii.

Startowało sześćdziesięcioro dwoje sportowców z dysfunkcją wzroku z dwunastu państw, między innymi z: Australii, Czech, Finlandii, Malezji, Izraela, Chin czy Singapuru. W skład polskiej kadry wchodzili doświadczeni zawodnicy, w tym medaliści z Pragi, Seulu, Tokio i ubiegłorocznych mistrzostw świata w Łodzi. Również trenerzy reprezentacji – Witold Pankau i Marek Charęziński ­– byli już wcześniej z naszą ekipą na mistrzostwach w Helsinkach i Kuala Lumpur. – Wiedzieliśmy, jak wyglądają rozgrywki, co to jest cross-line, że uczestnicy przechodzą badania okulistyczne i antydopingowe, że wszystkie kule muszą być zważone i sprawdzone – wyjaśnia jedna z zawodniczek. Przygotowali się też, by zareklamować w odległej krainie naszą ojczyznę. Świat mógł popróbować naszych grześków, krówek, kukułek, kopalniaków, śliwek w czekoladzie i innych cenionych polskich wyrobów.

Reprezentacja gościła w Kraju Kwitnącej Wiśni przez tydzień. Podróż z dość szybką przesiadką w Finlandii minęła bez problemów, a na miejscu byli już pod pieczą japońskiej organizacji i o nic nie musieli się martwić – wszystko zostało przemyślane i zaplanowane. Na lotnisku przywitała ich bezbłędną polszczyzną Meiko (wstyd się przyznać, ale niektóre słowa wypowiadała poprawniej niż niejeden Polak). Znali „Majeczkę” już z ubiegłego roku i wiedzieli, że będzie pomocna w każdej kwestii, nawet jeśli chodziłoby o tak banalne prośby, jak uruchomienie pilota do toalety, żelazka czy technikę zaparzenia przedziwnej torebki z kawą. Zaopiekowano się też polskimi kulami. Zostały oznakowane i przetransportowane od razu na kręgielnię. Hotel i baza śniadaniowa – świetne. Gdyby jeszcze nie ta szerokość geograficzna… Temperatura w dzień grubo powyżej 30 stopni, w nocy nieco lżej, bo tylko 27-29. – Wolałam już jednak nie sprawdzać prognozy pogody po tym, jak telefon pokazał mi, że na zewnątrz są 34 stopnie, ale temperatura odczuwalna wynosi 43 – wspomina słynna „Biedlonka”. W takich warunkach słowo „aklimatyzacja” nabiera nieco innego znaczenia.

Niestety, czas wolny był tylko w dniu, gdy inne ekipy miały badania lekarskie. Gospodarze zawieźli wówczas polski team do muzeum, gdzie oglądali przedstawienie z aktorami prezentującymi stroje, instrumenty, taniec, muzykę i śpiewy kultywowane niezmiennie od XIV wieku. Zawodnicy degustowali zieloną herbatę i uczestniczyli w rytuale jej parzenia. Mogli posłuchać historii samuraja – założyciela Fukuoki – i dotknąć jego zbroi na szczęście. Zdołali jeszcze przespacerować się z opiekunką do świątyni i przypomnieć sobie, jak wygląda ceremonia obmywania dłoni oraz skorzystać z wróżb, które przepowiadały, czy ich życzenia mają szansę się spełnić. Tyle, jeśli chodzi o zwiedzanie.

Po dwóch dniach przyszła pora stanąć na torach. Już pierwszego dnia startów niektórzy zawodnicy spędzili na kręgielni nawet 14 godzin – od 7 rano do 21, z przerwą na posiłki, które jedli też w tym samym obiekcie. Po raz kolejny mieli przyjemność walczyć na olbrzymiej kręgielni. Znajdowało się w niej 85 torów rozlokowanych na trzech piętrach. Oczywiście, jak się można było tego spodziewać, maszyny działały bez zarzutu. Osprzętowanie medialne też robiło wrażenie, bo kamer było mnóstwo, a transmisja, w doskonałej jakości, dostępna była na żywo także dla kibiców w Polsce. Rozgrywki trwały cztery dni. Każdy zawodnik mógł teoretycznie zdobyć medal, oczywiście jeśli startował w parach, trójkach czy czwórkach. Dodatkowo można było wejść na podium ostatniego dnia za sumę wszystkich swoich 20 gier. Składały się na nie konkurencje: gra indywidualna (6 gier), drużyny dwuosobowe (6 gier), drużyny trzyosobowe (4 gry) i drużyny czteroosobowe (4 gry). W każdej z tych konkurencji pierwsze cztery miejsca przechodziły do półfinału, gdzie wzajemne pojedynki systemem pierwszy z czwartym miejscem, a drugi z trzecim wyłaniały dwóch finalistów. Nieco zmieniono sposób gry w półfinałach i finałach.

Chyba nigdy wcześniej na żadnych mistrzostwach tak nie celebrowano pojedynków. Można się było poczuć jak na amerykańskich widowiskowych starciach zawodników pełnosprawnych. – Najpierw rzut oddawała na swoim torze moja rywalka, ja musiałam odczekać, aż wykona ewentualną dobitkę, i dopiero mogłam grać na swoim torze – tłumaczy reprezentantka Polski. – Następnie musiałam przejść na jej tor i tam zamknąć kolejną ramkę. Rywalka w tym czasie czekała. Potem ona oddawała rzuty na obu torach i znów ja na dwóch torach.  I tak aż do ostatniej dziesiątej ramki. Spektakl dla widowni świetny, ale trzeba mieć bardzo mocne nerwy. – Moją przeciwniczką w półfinale była Koreanka – niewątpliwa bohaterka tych mistrzostw – wspomina Jadwiga. Parę godzin wcześniej wywalczyła puchar za najwyższy wynik w jednej grze – 299 p. (11 strike’ów z rzędu i w ostatnim rzucie 9 kręgli). Wynik 1326 p. na 6 gier może robić wrażenie nawet na pełnosprawnych graczach. Jej średnia z 20 gier też okazała się potem najwyższa – 214,3. Nigdy takiej nie było w kategorii B2 kobiet. Z Lee Kunhye nawet mężczyźni w wyższej kategorii B3 nie mieliby szans. – Może to wydać się dziwne, ale autentycznie cieszyłam się, że to ona wygrała nasz pojedynek półfinałowy i mogła później walczyć o swoje zasłużone złoto – mówi Jadwiga. – Dzięki obserwacji, jak grają na wschodniej półkuli, wiemy, jak wiele jeszcze lekcji przed nami, żeby przynajmniej ich dogonić, a następnie marzyć o pokonaniu.

Wart podkreślenia jest start Karoliny Rzepy (kat. B1) w drugim dniu zawodów. Wynik 793 p., gdyby padł dzień wcześniej, dałby jej miejsce w półfinale i pewny medal. Niestety, takie są reguły gry. Gdyby była taka konkurencja, to na pewno zawodniczka „Łuczniczki” zwyciężyłaby jako najsympatyczniejsza osoba i zdobyłaby nagrodę publiczności i fotoreporterów. Rzuty Jadwigi Rogackiej oscylowały średnio w granicach 180 p., więc nie można narzekać, choć niedosyt oczywiście jest, bo mogło być lepiej. Najważniejsze, że ostatniego dnia zawodniczka zagrała średnią 185 i awansowała na trzecią pozycję, co dało jej drugi medal – niby brązowy, ale wyglądał i dawał satysfakcję jak złoty. Większy apetyt na medale miał pewnie też nasz mistrz Polski, a zarazem Japonii, Europy i świata – Zdzisław Koziej. Przez cztery dni grał pomiędzy 120 a 140 p., więc niby nieźle, ale przyzwyczaił nas do dużo wyższych rezultatów. W przypadku Mietka Kontrymowicza wyniki wahały się między 170 a 180 p. Najbliżej medalu byli Jadwiga z Mieczysławem w konkurencji par B2 + B2. Zagrali łącznie 2194, a para japońska o zaledwie 7 p. więcej i to oni, niestety, stanęli na podium. „Zając”, czyli Zbigniew Strzelecki, grał trochę słabiej niż w ubiegłorocznych indywidualnych mistrzostwach świata w Polsce, ale wyniki 1124 p. z sześciu i 785 z czterech gier nazwać trzeba udanymi występami.

Zawodnicy przyzwyczaili się ostatnio do powrotu z bowlingowych mistrzostw z większym dorobkiem. Ważne jednak, że byli ekipą zgraną, dobrze odbieraną wśród pozostałych państw. Świetnie zaprezentowali się także na występie podczas bankietu kończącego wydarzenie, gdzie zaśpiewali bardzo popularną w kraju samurajów piosenkę „Szła dzieweczka” – po polsku i po japońsku. Na koniec pobytu mogli też spróbować sushi i zademonstrować efekty tygodnia ćwiczeń jedzenia pałeczkami.

 Oj, wiele wspomnień pozostanie na długi czas. A póki co zawodników czeka praca z tandemem trenerskim Witek i Marek, którzy już mają głowy pełne przemyśleń, co zrobić, żeby poprawić grę podopiecznych, i jakiego sprzętu potrzeba, by móc rywalizować z Azją. Następne międzynarodowe zawody nie są jeszcze ujęte w kalendarzu IBSA, ale może rozmowy czeskiego trenera i komisarza do spraw bowlingu przyniosą efekt w postaci otwartych mistrzostw Europy w Pradze? Czekamy z nadzieją na dobre wieści.

Mistrzostwa świata niewidomych i słabowidzących w bowlingu

22-30.08.2017 r., Fukuoka, Japonia

Medale polskiej reprezentacji

Kobiety B2 – gra indywidualna

3. Jadwiga Rogacka 1073 p.

All Events (średnia z 20 gier) – polska reprezentacja na tle zwycięzców

Kobiety

B1

1. Takagi Ayako – Japonia 147,5 p.

5. Karolina Rzepa – Polska 116,3 p.

B2

1. Lee Kunhye – Korea Płd. 214,3 p.

3. Jadwiga Rogacka – Polska 177,2 p.

B3

1. Koskinen Mari – Finlandia 181,1 p.

Mężczyźni

B1

1. Kim Young Cheol – Korea Płd. 144,9 p.

6. Zdzisław Koziej – Polska 131,9 p.

B2

1. Koh Young Bae – Korea Płd. 205,1 p.

10. Mieczysław Kontrymowicz – Polska 174,3 p.

B3

1. Huang Yu-Hsiao – Tajwan 211,0 p.

10. Zbigniew Strzelecki – Polska 186,0 p.

Jadwiga Rogacka

 

aaa

 

kręgle

 

Wariant poznański

Na początku sierpnia kręglarze klasyczni mierzyli swoje siły w Poznaniu na ogólnopolskim turnieju niewidomych i słabowidzących. Wysoka temperatura na zewnątrz, jak i na kręgielni oraz wszechobecna duchota, przede wszystkim na torach, nie ułatwiały rywalizacji o punkty. Mimo to walka trwała do ostatnich rzutów.

Frekwencja wyglądała nieco lepiej niż rok temu, jednak zagrało niespełna siedemdziesiąt osób. Koordynator Daniel Jarząb zdecydował, że na tym turnieju suma punktów finałowych będzie liczona inaczej niż na dwóch poprzednich i do ostatecznego wyniku wejdą wszystkie punkty zdobyte w grze eliminacyjnej (120 rzutów) oraz w grze finałowej (60 rzutów). Takie zliczanie nieco zamazuje obraz, bo wyniki na poziomie 900 czy 1000 p. niewiele mówią o grze. No cóż, takie było prawo organizatora, a o tym, w jaki sposób liczyć wyniki, powinna zdecydować ostatecznie i jednoznacznie Komisja Kręglarska oraz władze Stowarzyszenia „Cross”.

Niestety, podobnie jak rok temu zawodnicy i zawodniczki biorący udział w poznańskim turnieju zmagali się z upałem, a także z bardzo długimi dojazdami z miejsca zakwaterowania do kręgielni. Z drugiej strony – była to świetna okazja do poznania – nomen omen – Poznania.

A jak przebiegała rywalizacja i jak kształtują się jej wyniki? Bardzo dobrą i równą grę pokazała Regina Szczypiorska reprezentująca „Morenę” Iława w kategorii B1. Wszystkie jej gry kończyły się powyżej 100 p., a jedna z nich nawet na poziomie 147 p. Pojawiło się też kilka dziewiątek, co na poznańskim obiekcie nie jest często spotykane. W tej samej kategorii, po długiej przerwie spowodowanej macierzyństwem, pojawiła się Renata Domin. Widać, że Renata nie zapomniała, jak trzymać kulę do gry. Jej wynik 415 p. w grze eliminacyjnej to dobry prognostyk do kolejnych zmagań na torach.

Najlepszy wynik z gry eliminacyjnej wśród wszystkim pań uzyskała Jadwiga Rogacka, zwana „Biedlonką”. Niestety, nie mogła zostać na zawodach do końca, stąd brak jej nazwiska w podsumowaniu wyników. Jej 653 p. na tle gry innych zawodniczek robią wrażenie. Szczególnie w porównaniu z wynikami pań z kategorii B3. Już kolejny raz było widać, że w najwyższej, zdawałoby się, kategorii kobiecej coś nie idzie tak, jak powinno. Może warto poobserwować styl gry koleżanek z kategorii B2, gdzie nie ma rozbiegu i rzuty są wykonywane z miejsca. Wynik 604 p. Zofii Sarnackiej – najlepszy w B3 – był dopiero trzecim rezultatem wśród wszystkich pań.

Gry finałowe w kategorii B2 pań to rywalizacja do ostatniego rzutu. „Biedlonka” przed wyjazdem przekazała chyba cenne wskazówki co do gry swojej klubowej koleżance Jolancie Lewandowskiej, bo odrobiła ona stratę 26 p. i pokonała zawodniczkę gospodarzy Aleksandrę Jarząb. Występ Joli to pasmo samych bardzo dobrych rzutów. W każdej serii 15 rzutów uzyskiwała wyniki od 74 do 88 p. Wyrasta nam kolejna bardzo dobra zawodniczka, która cieszy się grą i spokojnie przyjmuje zwycięstwa, ale też porażki.

Wracając do słabych gier pań w kategorii B3, należy odnotować równą grę Emilii Sawiniec z „Hetmana” Lublin. Zajęła ona wprawdzie drugie miejsce w eliminacjach, jednak w finale grała równo, odrobiła stratę i ostatecznie zwyciężyła, pokonując Zofię Sarnacką z Olsztyna.

Panowie w kategorii B1 zostali znokautowani przez Jana Ziębę, który był klasą sam dla siebie – w eliminacjach uzyskał 582, a w finale 240 p. Jego dwa wyniki powyżej 150 p. świadczą o bardzo wysokim poziomie umiejętności. I tylko ostatni pasek w finale (92 p.) ujął nieco blasku całej jego grze. Należy także zwrócić uwagę na Tadeusza Kolbusza z Opola i przebłyski jego równej walki z najlepszymi. Wprawdzie zajął trzecie miejsce w tej kategorii, ale jego dwie gry 141 i 130 p. są prognostykiem walki o jeszcze wyższe miejsca. Nadal zmorą osób niewidomych są w trakcie gry rzuty do rynny. Nawet zwycięzca w tej kategorii miał trzy rynny, pozostali zawodnicy mieli ich zdecydowanie więcej, można liczyć je w dziesiątkach. Gdy uda się wyeliminować ten problem, na pewno rezultaty będą znacznie lepsze, czego wszystkim należy życzyć.

W wyższej kategorii nie było wielkich niespodzianek. Zwyciężył – można by rzec jak zwykle – Mieczysław Kontrymowicz z klubu „Warmia i Mazury” Olsztyn. Wszystkie gry zagrał dobrze i, co najważniejsze, równo. Drugi w eliminacjach Stanisław Fortkowski z „Pogórza” Tarnów po grze finałowej musiał ustąpić miejsca koledze z kadry – Władysławowi Wakulińskiemu z „Łuczniczki” Bydgoszcz. Stanisław przegrał jednym punktem, mimo że przed finałem miał 30 p. zapasu.

Naprawdę ciasno w tabeli wyników było w najwyższej kategorii mężczyzn. Po grach eliminacyjnych między pierwszym a czwartym zawodnikiem było tylko 17 p. różnicy. Po sromotnej porażce w Pucku Tomasz Ćwikła z „Moreny” Iława stanął tym razem na wysokości zadania i utrzymał prowadzenie do końca. Po eliminacjach Tomek miał cztery punkty więcej niż Daniel Jarząb i Albert Sordyl, którzy zdobyli po 675 p. W finale ta przewaga tylko rosła. Z kolei jego bezpośredni rywale nie popisali się i spadli na trzecie i czwarte miejsce. Dlaczego? Przyczyną była bardzo dobra gra finałowa Mietka Klimczaka z Poznania. Dzięki wynikowi na poziomie 351 p. przeskoczył on w tabeli o dwa miejsca w górę i w trakcie bezpośredniej rywalizacji napędził niezłego stracha pozostałym trzem rywalom.

Na wynik końcowy poznańskiego turnieju składały się cztery gry eliminacyjne i gry finałowe. Na dwóch wcześniejszych turniejach – w Gostyniu i Pucku – ostateczny wynik składał się z sumy dwóch najlepszych gier eliminacyjnych i gier finałowych. Po dokonaniu analizy matematycznej i symulacji, jak wyglądałaby tabela końcowa po zastosowaniu obliczeń z Pucka, wynika, że nie ma tu prawie żadnej różnicy. Jedynie panie w kategorii B2 i B3 zamieniłyby się drugim i trzecim miejscem. Wariant poznański wprowadził jednak pewien chaos w interpretacji wyników. Co może powiedzieć komuś rezultat 960 czy 850 p.? Nie jest to wynik czytelny. Warto więc w przyszłości stosować sprawdzone zasady liczenia końcowych rezultatów. Poznański turniej miał być przedostatni w tym roku, jednak dzięki dofinansowaniu z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych uda się zorganizować w grudniu dodatkową imprezę. Gdzie? Tego jeszcze nie wiadomo. W planach była zapowiadana premiera w Brodnicy, ale mówi się też o Gostyniu lub Lesznie.

III Ogólnopolski Turniej Niewidomych i Słabowidzących w Kręglach Klasycznych

3-6.08 2017 r., Poznań

Kobiety

B1

1. Regina Szczypiorska („Morena” Iława) 801 p. – 526 eliminacje +275 finał

2. Renata Domin („Tęcza” Poznań) 618 p. (415 + 203)

3. Salomea Walkowiak („Pogórze” Tarnów) 544 p. (376 + 168)

4. Alicja Bury („Syrenka” Warszawa) 505 p. (317 + 188)

B2

1. Jolanta Lewandowska („Pionek” Włocławek) 906 p. (579 + 327)

2. Aleksandra Jarząb („Tęcza” Poznań) 892 p. (605 + 287)

3. Irena Zięba („Ikar” Lublin) 870 p. (593 + 277)

4. Barbara Łuczyszyn („Podkarpacie” Przemyśl) 799 p. (551 + 248)

B3

1. Emilia Sawiniec („Hetman” Lublin) 884 p. (586 + 298)

2. Zofia Sarnacka („Warmia i Mazury” Olsztyn) 869 p. (604 + 265)

3. Agnieszka Pokojska („Morena” Iława) 844 p. (547 + 297)

4. Jolanta Krok-Sabaj („Podkarpacie” Przemyśl) 836 p. (571 + 265)

Mężczyźni

B1

1. Jan Zięba („Ikar” Lublin) 822 p. (582 + 240)

2. Stanisław Chmura („Podkarpacie” Przemyśl) 650 p. (456 + 194)

3. Tadeusz Kolbusz („Cross Opole”) 634 p. (406 + 228)

4. Sylwester Dolasiński („Łuczniczka” Bydgoszcz) 556 p. (391 + 165)

B2

1. Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1010 p. (685 + 325)

2. Władysław Wakuliński („Łuczniczka” Bydgoszcz) 960 p. (625 +335)

3. Stanisław Fortkowski („Pogórze” Tarnów) 959 p. (655 + 304)

4. Jan Smoła („Morena” Iława) 911 p. (622 + 289)

B3

1. Tomasz Ćwikła („Morena” Iława) 1032 p. (679 + 353)

2. Mieczysław Klimczak („Tęcza” Poznań) 1013 p. (662 + 351)

3. Daniel Jarząb („Tęcza” Poznań) 1009 p. (675 + 334)

4. Albert Sordyl („Podkarpacie” Przemyśl) 988 p. (675 + 313)

Wojciech Puchacz

 

aaa

 

kręgle

 

Kulanie na fali 

Koniec wakacji był szansą dla trzydziestu osób niewidomych i słabowidzących na podniesienie umiejętności gry w kręgle klasyczne. Już po raz drugi dzięki środkom z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych nasze Stowarzyszenie było organizatorem szkoleń w siedmiu dyscyplinach sportowych: brydżu, kręglach, bowlingu, warcabach, showdownie, nordic walkingu oraz narciarstwie.

Obóz szkoleniowy z zakresu kręgli klasycznych odbywał się, podobnie jak rok temu, w świetnie do tego przygotowanych obiektach bazy treningowo-noclegowej w Pucku. Jego koordynatorką była ponownie Joanna Staliś, która po ubiegłorocznym sukcesie podobnego obozu miała w tym roku bardzo duży problem, by dokonać wyboru uczestników spośród ogromnej liczby zgłoszeń. Tak duże zainteresowane szkoleniem w Pucku wynikało z pewnością z faktu, iż rok temu wszystkiego było pod dostatkiem. Nie brakowało pogody, sposobności do gry i podnoszenia kwalifikacji oraz czasu na turystyczne wypady.

W tym roku, niestety, przez całe wakacje pogoda nas nie rozpieszczała. Podobnie było w Pucku, choć kąpiel w zatoce kilkanaście osób zaliczyło z powodzeniem. O ile w pierwszym tygodniu uczestnicy mogli cieszyć się jeszcze dobrą aurą, o tyle w drugim parasol był w ciągłym użyciu, kiedy opuszczało się hotel. Mimo to Puck jest takim miejscem, gdzie nawet w niepogodę jest co robić. Jeśli nie wyjazd pociągiem nad samo morze na Hel czy do Władysławowa, to pozostaje przynajmniej możliwość zwiedzenia Trójmiasta. Chociaż takie wycieczki były raczej dodatkiem do zasadniczych zajęć.

Znakomita większość uczestników szkolenia już w ubiegłym roku trenowała i sprawdzała nowe ustawienia, które pozwolą grać coraz lepiej. Ta grupa tegoroczny wyjazd traktowała więc jako czas na doskonalenie techniki. Kilkoro z uczestników przyjechało do Pucka za namową ubiegłorocznych beneficjentów projektu po to właśnie, by na spokojnie, bez pośpiechu zebrać kilka cennych rad od kadry szkoleniowej. Te dwa tygodnie to idealny okres na próbowanie, wprowadzanie zmian i modyfikowanie gry. Na zawodach nie ma miejsca na przymiarki, podobnie jak to bywa na większości treningów. Zresztą mało który klub ma możliwość zorganizowania tak intensywnych szkoleń jak te w Pucku.

Chyba każdy z uczestników, mając wystarczająco dużo czasu na torze, testował różne rozwiązania. Jedni zmieniali ustawienie nóg, inni wracali do starych pozycji, jak choćby Artur Woszuk, który dziesięć lat temu był reprezentantem naszego kraju na mistrzostwach Europy, a teraz gdzieś się pogubił w rzutach i w Pucku szukał właściwej drogi do ósemek i dziewiątek. Dzięki temu, że ktoś zawsze miał czas, by zobaczyć, jak rzuca i gdzie popełnia błędy, Artur ma szansę, by nowe wskazówki i rady zwyciężyły z wieloletnimi nawykami gry po swojemu.

Aby dobrze grać, trzeba poznać podstawy teoretyczne gry w kręgle. W tym roku również był na to czas i miejsce. W kręglach – jak we wszystkim innym – praktyka powinna być poparta dobrym przygotowaniem teoretycznym. Zajęcia teoretyczne przeplatały się i łączyły z praktycznymi. Zwykle tak bywa, że pytania i wątpliwości pojawiają się z czasem i aby je rozwiać, najlepiej poruszać je na bieżąco.

Pod koniec szkolenia wszyscy uczestnicy poddani zostali małemu sprawdzianowi. W trakcie 120 rzutów każdy mógł ocenić postępy w swojej pracy nad poprawą gry. Taki sprawdzian na torze, gdzie punkty są dokładnie liczone przez komputery, a wydruki wręczane po grze, to namiastka emocji turniejowych. Tu bardziej chodziło o sprawdzenie samego siebie i tego, co udało się osiągnąć w trakcie dwóch tygodni codziennej pracy. Joanna Staliś, jako koordynator imprezy, zapewniła – podobnie jak na każdym innym turnieju – komplet emocji. W trakcie pożegnalnego grilla zostały wręczone minipuchary za grę. Tym razem nie było nagród dla zwycięzców, a raczej doceniono wysiłek kilku osób, które zaczynają przygodę z kręglami. Dla niektórych były to pierwsze w życiu nagrody za grę w kręgle. Choćby Marcin Siudowski – dostał statuetkę jako „król dzwonków”, czyli zdobywca największej liczby ósemek i dziewiątek. Anna Bisińska zwyciężyła w kategorii „pogromca rynien”. Miała, co prawda, dużą konkurencję, ale jej jedna trzecia rzutów zakończonych właśnie w rynnie pomogła w „wygranej”. Tadeusz Kolbusz został wyróżniony w kategorii „największa nadzieja”. Był najlepszy wśród osób niewidomych. Za to Grzegorz Nowak został nagrodzony jako „najbliższy celu”. Uwaga! Grzesiek na sprawdzianie uzyskał wynik 637 p.

Znakiem rozpoznawczym uczestników tegorocznego obozu kręglarskiego będą okolicznościowe koszulki. Jeśli zobaczycie na kolejnych imprezach kogoś w białej koszulce z napisem Puck 2017 i logo Fundacji Banku Zachodniego WBK, to na pewno jest to osoba, która uczestniczyła w tym projekcie. Jednocześnie dziękujemy naszemu sponsorowi za pomoc i liczymy na dalszą współpracę.

Niestety wszystko, co dobre, szybko, a nawet bardzo szybko się kończy. Dwa tygodnie przeleciały jak rozpędzona kula. Co ciekawe, w trakcie gier możliwe było dokładne ocenianie prędkości. Na odcinku 19,5 metra kula o wadze 2,85 kilograma rozpędzała się nawet do 30 km/h. I właśnie z taką prędkością obóz w Pucku minął. Miejmy nadzieję, że w przyszłym roku uda się spotkać po raz trzeci w podobnych okolicznościach i znowu podnieść umiejętności w grze w kręgle.

Wojciech Puchacz

 

aaa

 

kolarstwo

 

Czas na góry 

Dla kolarzy tandemowych ZKF „Olimp” druga połowa wakacji wcale nie była czasem odpoczynku. W tym okresie odbyły się: obóz treningowy w Zieleńcu oraz trudne zawody szosowe rozgrywane w terenie górskim – wyścig po Ziemi Kłodzkiej i górskie mistrzostwa Polski.

Zgrupowania w Zieleńcu od wielu lat są najważniejszym elementem przygotowań kolarzy tandemowych do najpoważniejszych imprez sezonu. To właśnie tutaj nasi zawodnicy przygotowywali formę, która była podstawą do zdobywania medali na igrzyskach paraolimpijskich w Pekinie, Londynie i Rio de Janeiro oraz na wielu mistrzostwach świata. Zieleniec położony jest pomiędzy szczytami Gór Orlickich i Gór Bystrzyckich, na wysokości 800-960 metrów, a jednym z najważniejszych atutów i czynnikiem wyróżniającym to miejsce jest specyficzny, zbliżony do alpejskiego mikroklimat. Jego wyjątkowość związana jest z unikalnym w skali regionu układem ciśnieniowym mas powietrza, dzięki któremu ludzki organizm produkuje zwiększoną ilość czerwonych krwinek. A to pozytywnie wpływa na wydolność organizmu, poprawia samopoczucie i pozwala szybciej się regenerować. Trening w takich warunkach jest efektywniejszy, podnosi poziom przygotowania fizycznego na dłuższy okres i umożliwia osiągnięcie szczytu formy w czasie najważniejszych startów. Oczywiście uzyskanie takiego efektu w najbardziej pożądanym momencie nie jest takie proste, a tajemnicy, jak to zrobić, nie mogę zdradzić na łamach „Crossa”, bo konkurencja nie śpi. O walorach zgrupowań w Zieleńcu decydują nie tylko położenie geograficzne i warunki klimatyczne. Ważnym atutem są również odpowiednie dla kolarzy trasy treningowe, charakteryzujące się różnorodnością terenu, stosunkowo dobrymi szosami i małym ruchem samochodowym. Dopełnieniem tych pozytywnych okoliczności są znakomite warunki zakwaterowania i wyżywienia, które od lat zapewnia nam pani Maria Zaczyk. W ośrodku Absolwent panuje niemal rodzinna atmosfera, która daje zawodnikom niezbędny komfort psychiczny i dodatkowo motywuje ich do wykonywania ciężkiej pracy treningowej. Tegoroczne zgrupowanie odbyło się w terminie 28 lipca – 11 sierpnia, w ramach projektu „Strefa Sportu” współfinansowanego przez PFRON. W zgrupowaniu uczestniczyli nie tylko kadrowicze przygotowujący się do mistrzostw świata, ale też znacznie większa grupa zawodników, którzy mieli okazję podpatrywać treningi mistrzów. Dotrzymać kroku czy raczej – mówiąc językiem kolarzy – utrzymać koło najlepszym to na razie zbyt trudne zadanie dla pretendentów do kadry, natomiast wspólne zgrupowania to dla nich dobra droga podnoszenia poziomu sportowego. Okazją do poznania aktualnej hierarchii w krajowym peletonie był XVII Ogólnopolski Wyścig w Kolarstwie Tandemowym Niewidomych i Słabowidzących po Ziemi Kłodzkiej o Puchar Starosty Kłodzkiego, który odbył się w dniach 11-13.08.2017 r. Dwuetapowa impreza była częścią projektu „Bliżej Sportu” dofinansowanego przez PFRON. Pierwszy etap, rozegrany na trasie okrężnej Jaszkowa Górna – Drożków – Rogówek – Jaszkowa Górna o długości 11 km, zakończył się następującymi wynikami:

Kobiety – 44 km

1. Iwona Podkościelna – Aleksandra Tecław (KKT „Hetman” Lublin) 01:16:17 (przeciętna zwyciężczyń: 34,6 km/h)

2. Izabela Strulak – Barbara Borowiecka („Omega” Łódź) 01:38:36

3. Justyna Wilk – Katarzyna Makarewicz (KKT „Hetman” Lublin) 01:47:36

Mężczyźni – 77 km

1. Marcin Polak – Michał Ładosz (KKT „Hetman” Lublin) 01:58:34 (przeciętna zwycięzców: 38,9 km/h)

2. Przemysław Wegner – Artur Korc („Razem” Poznań) 02:03:23

3. Piotr Kołodziejczuk – Marcin Wojtal („Warmia i Mazury” Olsztyn) 02:27:54

Drugim etapem była jazda na czas pod górę na dystansie 6 km z Dusznik-Zdroju w kierunku Zieleńca, która przyniosła następujące rozstrzygnięcia:

Kobiety

1. Iwona Podkościelna – Aleksandra Tecław (KKT „Hetman” Lublin) 12:16

2. Izabela Strulak – Barbara Borowiecka („Omega” Łódź) 16:30

3. Justyna Wilk – Katarzyna Makarewicz (KKT „Hetman” Lublin) 16:31

Mężczyźni

1. Marcin Polak – Michał Ładosz (KKT „Hetman” Lublin) 09:31

2. Piotr Wolak – Jakub Rutkowski (KKT „Hetman” Lublin) 12:26

3. Piotr Kołodziejczuk – Marcin Wojtal („Warmia i Mazury” Olsztyn) 12:33

Po podsumowaniu wyników obu etapów w klasyfikacji generalnej wyścigu kobiet kolejność pierwszej trójki nie uległa zmianie, natomiast na podium w kategorii mężczyzn znalazły się następujące tandemy:

1. Marcin Polak – Michał Ładosz (KKT „Hetman” Lublin)

2. Piotr Kołodziejczuk – Marcin Wojtal („Warmia i Mazury” Olsztyn)

3. Piotr Leśniewski – Dariusz Janiak („Razem” Poznań)

Tandem Przemysław Wegner – Artur Korc z przyczyn od nich niezależnych nie mógł wystartować w drugim etapie, stąd ich nieobecność w klasyfikacji ogólnej wyścigu.

W imprezie niestety nie mógł wziąć udziału tandem w składzie Adam Brzozowski – Tomasz Bala, a niespodziewana niedyspozycja zdrowotna Adama wykluczyła ten duet nie tylko z wyścigu, lecz także ze składu na tegoroczne mistrzostwa świata w Republice Południowej Afryki. Do udziału w mistrzostwach nominowane zostały tandemy: Iwona Podkościelna – Aleksandra Tecław, Marcin Polak – Michał Ładosz i Przemysław Wegner – Artur Korc, a także Anna Harkowska (klasa WC5).  Dla wymienionych duetów wyścig po Ziemi Kłodzkiej był ostatnim sprawdzianem formy przed MŚ, natomiast pozostali zawodnicy rywalizowali w górskich mistrzostwach Polski, które odbyły się 27 sierpnia 2017 r. Zawody rozegrano, podobnie jak w poprzednich latach, w Sudetach na trasie Sosnówka Dolna (start) – Sosnówka Górna (początek rundy i meta) – Borowice – Podgórzyn – Sosnówka Dolna – Sosnówka Górna. Panie miały do pokonania dystans 33,2 km, natomiast panowie musieli przejechać 47,7 km w trudnym, górskim terenie. Rywalizacja zakończyła się następującymi wynikami:

Kobiety

1. Justyna Wilk – Katarzyna Makarewicz (KKT „Hetman” Lublin) 00:52:29

2. Izabela Strulak – Barbara Borowiecka („Omega” Łódź) 00:54:30

3. Marta Pekar – Magdalena Przeworska („Warmia i Mazury” Olsztyn) 01:07:59

Mężczyźni

1. Piotr Kołodziejczuk – Roger Głowacki („Warmia i Mazury” Olsztyn) 01:37:07

2. Piotr Wolak – Jakub Rutkowski (KKT „Hetman” Lublin) 01:43:14

3. Piotr Leśniewski – Dariusz Janiak („Razem” Poznań) 01:44:23

Wszyscy zawodnicy startujący w wyścigach w Kotlinie Kłodzkiej oraz w Sudetach zasługują na uznanie ze względu na duże wymogi górskich tras, którym potrafili sprostać. Jednak szczególne wyróżnienie należy się debiutantom – Justynie Wilk i Katarzynie Makarewicz oraz Piotrowi Leśniewskiemu i Dariuszowi Janiakowi, a także duetowi Piotr Wolak – Jakub Rutkowski, którzy stanęli na pudle w tak prestiżowych wyścigach. Miejmy nadzieję, że jest to początek ich drogi do sukcesów międzynarodowych.

Mirosław Jurek

 

aaa

 

natura i sport

 

Emocje, spektakle, wędrówki 

Idę przez las. Podnoszę głowę. Pomiędzy mną a niebem są liście. Nie ma ich już na gałęziach, ale poza tym są wszędzie. W tym bowiem momencie mocniejszy podmuch wiatru strącił ostatnie okrycie buków. Płomienne liście wypełniają całą przestrzeń. Wirują powoli i bezgłośnie pomiędzy szarymi pniami gorczańskich drzew, muskają moją twarz i opadają na ziemię. Jeszcze chwila i balet się kończy. To był ten jeden podmuch i ten jeden moment słońca, nieba, lecących liści.

Cały ten spektakl to konsekwencja naszej obecności w kosmosie. Oś obrotu Ziemi względem płaszczyzny orbity wynosi 23,44°. Bez tego przechylenia nie byłoby pór roku, żółto-czerwonych liści ani złotej polskiej jesieni. Perspektywę kosmiczną warto przyjąć właśnie jesienią. Co roku przez kulę ziemską, od bieguna do równika, z prędkością 60-70 kilometrów na godzinę przebiega gigantyczna fala zmieniających się barw. Jest ona doskonale widoczna z orbity ziemskiej. Powierzchnia lądów strefy umiarkowanej na krótki moment zmienia się z zielonej na złocistoczerwoną, aby potem zblaknąć. To, czego my doświadczamy lokalnie, stojąc pod drzewem, stanowi fenomen na skalę kosmiczną.

Wszystkie liście podczas podziwianego przeze mnie seansu opadły. Buki stoją teraz nagie i będą tak stać aż do wiosny, kiedy ich gałązki z ostrymi, podłużnymi pączkami zaczną pulsować wiosennym przebudzeniem, sprawiającym, że widziane z daleka płaty buczyny będą wyróżniać się liliową barwą wśród ciemnozielonych jodeł i świerków.

Brodzę w liściach po kostki. W ręce niosę młotek do cechowania pni. Schodzę ze zrębu leśną drogą w dolinę. Najdroższe scenografie spektakli przyrody, przygotowane czasem tylko do jednej odsłony, królewski przepych, efekty specjalne zasługujące na Oscara. Jaki jest ich cel? Chociaż bez zieleni chlorofilu życie na Ziemi nie mogłoby istnieć, każdego roku na lądach zniszczeniu ulega 300 milionów ton chlorofilu! Mimo to rozpad zielonego barwnika nie jest marnotrawstwem, lecz końcem jednego cyklu, stanowiącym jednocześnie przygotowanie do odrodzenia się życia po okresie spoczynku. Dlaczego jednak proces chemiczny zachodzący w liściach jest tak oszałamiająco piękny, a jego lśnienie wybiega daleko poza nasz ziemski świat? Nie znajduję innego wyjaśnienia – widowiska przyrody mają budzić zachwyt, to nie przypadek, a piękno, które jest w nie wpisane, ma nas pociągać do zagłębienia się w otaczający, żyjący swoim rytmem dziki świat.

Bogactwo przyrodniczych widowisk pojawia się zgodnie z naturalnym repertuarem, a leśne pokazy rozgrywają się nawet bez widowni. Ten, kto jest w lesie codziennie, nie ominie większości z nich. Już samo to jest wystarczającą zachętą do wędrówek po kniejach. I to nie tylko jesienią, porą roku spinającą jak klamrą cykl leśnego życia…

Typowałem i kontrolowałem miejsca odpowiednie na tokowiska. Spisywałem, jeżeli miałem szczęście, liczbę i płeć zaobserwowanych lub usłyszanych ptaków. Czasem kontrola była chybiona – źle dobrałem miejsce albo pogoda nie sprzyjała zalotom. Innym razem znajdowałem tylko tropy, grube na palec knoty (czyli odchody) lub piórko głuszki; niekiedy, tak jak pod szczytem Grzesia, jedynie czuszykanie dobiegające z gęstej mgły świadczyło, że obok mnie koguty toczą boje o względy cieciorek.

Pewnego wczesnowiosennego dnia, a w zasadzie jeszcze nocy, grubo przed świtem, około godziny trzeciej nad ranem przysiadłem na pniu przewróconego świerka. Na nizinach kwitły już pierwsze kwiaty, było to zaraz po świętach Wielkiejnocy; w Tatrach, mimo że za dnia słońce grzało już tym specyficznym ciepłem, właściwym tylko nadchodzącej w górach wiośnie, leżał jeszcze śnieg, a nocami cienki lód ścinał wodę wzdłuż brzegów potoku. Inwentaryzowałem tokujące głuszce i cietrzewie w Tatrzańskim Parku Narodowym. Oba gatunki słyną z widowiskowych zalotów. Wystarczy zresztą wyobrazić sobie dziką scenerię górskiego lasu i sylwetkę głuszca, dzikiego kuraka wielkiego jak indyk, siedzącego na gałęzi na tle jaśniejącego nieba, żeby wiedzieć, o czym mówię… Mój szlak wiódł od Doliny Chochołowskiej w górę, w stronę Kominiarskiego Wierchu. Musiałem wyjść kilka godzin przed świtem, żeby dotrzeć na wytypowane uprzednio miejsce i zająć stanowisko obserwacyjne sporo przed tym, jak stanie się jasno, żeby nie spłoszyć tokujących kogutów.

Krótki odpoczynek na świerkowym pniu. Łyk herbaty z termosu. Postawiłem kubek w śniegu, żeby przestygła, po stromym podejściu nie potrzebowałem rozgrzewki. Noc była jeszcze czarna. Bór wokół mnie szumiał cichym, głębokim szumem wiatru schodzącego z tatrzańskich grani w doliny, zapowiadającym halny, który przyniesie wiosnę. Ale to jeszcze za kilka dni, może tydzień, może dwa... Pachniało żywicą, butwiejącą korą i śniegiem.

I wtedy usłyszałem ją. Jakieś kilkadziesiąt kroków ode mnie, z wnętrza ciemnego lasu rozległo się drgające wołanie: „pu, pu, pu, pu, pu, pu!”. Po krótkiej przerwie znowu. Do dziś potrafię przywołać intensywność tego, co czułem, pociągającą pierwotność i dzikość sceny. Znajdowałem się w tatrzańskim lesie, w pustce na kilometry wokół, a tuż obok pohukiwaniem wabiła sowa włochatka. Las, noc, Tatry, osobliwe wołanie włochatki i ten nieokreślony zapach wczesnej, górskiej – nie wiosny nawet – co najwyżej jej obietnicy wyczuwalnej w głosie niewielkiej sowy o opierzonych łapkach…

Każdego roku, kiedy na drzewach pojawią się pierwsze jasnozielone listki, wybieram się do Szczyrzyca w Beskidzie Wyspowym. W dolinie szemrzącego potoczku, w głębi lasu, świętuję „dzień płaza”. Nie jest to święto oficjalne, sam je wymyśliłem i celebruję je co roku. „Dzień płaza” polecam każdemu. Z uwagą wędruję w górę potoczku. Patrzę, jak w przeciwpożarowym leśnym zbiorniku traszki wędrują od dna do powierzchni, żeby nabrać powietrza. Parę kroków dalej zatrzymuję się i podziwiam, jak żaba trawna skacze do kryształowej, błyszczącej w słońcu wody. Idę w górę, rozglądając się uważnie. Na tym odcinku mieszka jeszcze jeden wyjątkowy płaz. Salamandra plamista. Może kryć się pod kamieniem albo tuż przy brzegu moczyć łapki w chłodnej wodzie. Jest! Czarna, błyszcząca skóra. Kontrastowe, jaskrawożółte plamy ostrzegające przed trującą wydzieliną gruczołów skórnych. Ja nie zamierzam zjadać salamandry ani jej niepokoić. Chcę tylko przez chwilę stać się częścią małego świata górskiego potoczku. Przykucam obok. W lesie dobrze zatrzymać się co jakiś czas i bez ruchu obserwować. Wtedy zauważa się o wiele więcej. Patrzę na salamandrę, a ona na mnie. Nie porusza się, nigdzie się nie spieszy. Wyciągam aparat fotograficzny i pstrykam kilka zdjęć. No, może więcej niż kilka, jak co roku – trochę dużo. Ale wygląda tak egzotycznie, że nie mogę się powstrzymać.

Przyrodniczy repertuar realizuje się według harmonogramu, a wiosenny „dzień płaza” jest jednym z jego punktów. Od kilku lat – poza rykowiskiem, jesiennym nasłuchiwaniem sów, przelotami setek tysięcy ptaków nad Biebrzą i zaciemniającymi niebo stadami gęsi przy ujściu Warty – mam wpisany dodatkowy punkt.

Zaczęło się zwyczajnie. W dniu letniego przesilenia, kiedy noc trwa kilka godzin, a tak naprawdę w ogóle nie zapada, spakowałem namiot i pojechałem w Gorce. Za sobą zostawiłem fajerwerki i tłumne świętowanie wianków na brzegach Wisły pod Wawelem. Była godzina dwudziesta pierwsza, kiedy ruszyłem na szlak. Słońce chyliło się ku zachodowi. Im bardziej się obniżało, tym bardziej ja wznosiłem się w górę. Las prześwietlony był niesamowitym światłem żywego ognia. Stopniowo niebo z płomiennego stawało się purpurowe, potem fioletowe, żeby w końcu pociemnieć, pozostawiając wokół na horyzoncie jaśniejszy, zielonkawy pas.

Kiedy dotarłem na polanę, była godzina 23. Rozbiłem namiocik, a sam siadłem obok. Cisza. Krótki moment, gdy stworzenia dzienne zakończyły aktywność, a nocne dopiero przygotowują się na harce. Księżyc świecił tak mocno, że otwarta przestrzeń polanki zalana była srebrnym światłem. Daleko, dużo poniżej, w dolinie, widać było samotne światełko. Lekka poświata na zachodzie i na wschodzie wskazywała, że wkrótce, zanim dzień skończy się na dobre, zacznie się nowy. Przed sobą miałem otwartą, rozświetloną przestrzeń pachnącej łąki. Po obu stronach i za plecami – ciemną ścianę lasu. I właśnie od skraju lasu, po mojej lewej ręce, dało słyszeć się chrapnięcie i gwiżdżące „psyk!”. Po chwili znowu. Odwróciłem się w tę stronę, wytężając słuch i wzrok… Ciemny kształt przesunął się bardzo powoli na tle nieba, tuż nad linią lasu. Zachrapał i psyknął… Jakież miałem szczęście! Spóźnione ciągi słonek!

Słonka to ptak osobliwy, nawet jak na obfitującą w oryginałów grupę siewkowatych. W dzień maskuje się tak dobrze, że prędzej można na nią nadepnąć, niż zauważyć. Dziób ma długi, z miękką, ruchliwą końcówką do wyciągania dżdżownic. Oczy, rozstawione daleko po bokach głowy, zapewniają wyjątkowo szeroki kąt widzenia. A teraz, niedaleko mnie, samiec oblatywał niewiarygodnie powolnym lotem skraj podmokłej łąki i nawoływał siedzącą gdzieś w trawach samicę. Ciągi, czyli loty tokowe słonek, to zjawisko tyleż fascynujące, co tajemnicze. Jeżeli zna się obyczaje słonek, można wybrać miejsce na obserwacje, trzeba jednak mieć też dużo szczęścia. Ja w tym momencie miałem szczęścia całe góry. Siedziałem na polanie, słuchając słonkowych gwizdów i pochrapywania. Ubranie pokryło mi się rosą – co tam, jak wzejdzie słońce, jeszcze zatęsknię za nocnym chłodem.

Księżyc przesuwał się po niebie, daleko przede mną ostre szczyty Tatr, jak zawsze o pogodnym poranku, z czarnych stawały się ametystowe. Jeszcze chwila i księżyc zniknął, zastąpiony przez słońce wystrzeliwujące promieniami zza gór. Na północnych zboczach Tatr – pomimo że był to czerwiec – widać było płaty śniegu. Na mokrej od kropelek łące pasł się koziołek, odcinający się wyraźną rudą plamą od zieleni.

Teraz jednak znowu jest jesień i pora na benefis jednego gatunku – jelenia szlachetnego. Włóczęga po lesie w tym tylko jednym celu – przyjrzenia się występom na rykowisku – gwarantuje moc doznań: pierwszy nieśmiały przymrozek, tak charakterystyczny dla jesiennych poranków, odczuwany skórą twarzy i dłoni, wzmocniony jest zapachem butwiejącego lasu. Pod stopami szeleszczą sztywne i kruche liście. Ryk jelenia, który rozlega się w przedświcie poranka, to doznanie szczególne i niespotykane. Nie można doświadczyć niczego podobnego, siedząc przed telewizorem albo komputerem, nie mówiąc o urządzeniach mobilnych. Jeżeli zwierzę jest blisko, wibracje dziwnego, jęcząco-beczącego ryku przeszywają całe ciało; jeśli głos słyszy się z daleka, odczuć można niepokój i pewien smętek, w którym zamknięte jest wspomnienie lata i zapowiedź zimy. Rykowisko odbywa się wyłącznie jesienią. To coroczny spektakl przyrody, zaplanowany z zadziwiającą punktualnością. Pierwsze przymrozki są niczym pierwszy dzwonek w teatrze – wiadomo, że sztuka zaraz się zacznie.

Przemysław Barszcz

 

aaa

 

zdrowie

 

Zegar biologiczny 

W każdej porze dnia czujemy się trochę inaczej. Bywa, że rozpiera nas energia, łatwo rozwiązujemy różne zadania, pozytywnie reagujemy na bodźce zewnętrzne, to znów odczuwamy zmęczenie, wyraźny spadek formy, ochotę na małą drzemkę. Za te zmiany samopoczucia odpowiada nasz wewnętrzny zegar.

Miały go już pierwsze, najbardziej prymitywne bakterie. Za nimi poszły organizmy wielokomórkowe: rośliny, owady, gryzonie… I ludzie. Wszystkie musiały się dostosować do procesu, jaki funduje nam wirująca wokół własnej osi Ziemia: po dniu nadchodzi noc, przemienne cykle światła i ciemności, ciepła i zimna.

Rytm dobowy ma ogromne znaczenie dla tego, jak funkcjonujemy. Wpływa na wydzielanie hormonów, temperaturę ciała, metabolizm i sen. Można się o tym przekonać, kiedy zostaje zaburzony, np. przez podróż do innej strefy geograficznej i czasowej – cierpimy wtedy na tzw. jet lag. Do siebie dochodzi się dopiero po powrocie do domu. Dzięki badaniom nad muszkami owocowymi (mają geny podobne do ludzkich i szybko się mnożą, stąd są świetnym materiałem porównawczym dla naukowców) udało się odkryć, na jakiej zasadzie działa nasz biologiczny rytm dobowy. Jego pierwsze obserwacje sięgają XVIII wieku, kiedy francuski astronom Jean Jacques d`Ortous de Mairan zauważył, że liście mimozy otwierają się w dzień i zamykają o zmierzchu. Kiedy umieścił roślinę w ciemnościach, okazało się, że także bez sygnału światła otwierała się ona i zamykała. Kolejni badacze potwierdzali te obserwacje u innych gatunków roślin i zwierząt.

W latach 70. ubiegłego wieku Seymour Benzen i jego student Ronald Konopka jako pierwsi stwierdzili, że mutacja w pewnym nieznanym jeszcze wówczas genie zaburza rytm dobowy u muszek. Nazwali go genem „period” (z angielskiego okres). W 1984 roku naukowcy Jeffrey Hall i Michael Robash wyizolowali ów gen i odkryli, że białko produkowane przez niego gromadzi się w ciągu nocy, a jest degradowane w ciągu dnia. W kolejnych etapach dociekań naukowcy wyjaśnili, że za dobowe wahania poziomu białka PER odpowiada mechanizm sprzężenia zwrotnego: gdy w jądrze komórkowym jest już bardzo dużo białka PER, ono samo wysyła sygnał blokujący gen period. Dziesięć lat później inny uczony – Michael Young – wyjaśnił, w jaki sposób białko PER dostaje się do jądra komórkowego, by zablokować aktywność swojego własnego genu. Young odkrył i opisał dwa dodatkowe geny, tzw. zegarowe, pełniące kluczową rolę w regulacji cyklu dobowego. Odkrycia te stały się podstawą do dalszych badań naukowców z różnych krajów nad dokładniejszym poznaniem mechanizmów naszego biologicznego zegara i rytmu dobowego. Trójka pionierów wspomnianych wyżej została uhonorowana w bieżącym roku Nagrodą Nobla. Laureaci zajmowali się przede wszystkim muszkami owocowymi, ale ich badania w praktyce przekładają się na nasze zdrowie.

W ludzkim zegarze biologicznym doba (24 godziny) ma osiem okresów czasowych – każdy po 3 godziny, w trakcie których organizm przygotowuje się do spełniania różnych funkcji i zadań: wysiłku, aktywności umysłowej, regeneracji i odpoczynku. Wygląda to tak:

6:00-9:00

To najlepszy moment na poranną pobudkę. Kończy się produkcja hormonu snu – melatoniny, zaczyna rosnąć kortyzol. Ryzyko zawału serca jest wtedy najwyższe. Mamy o tej porze najwyższe dobowe ciśnienie krwi. Ściany naczyń krwionośnych są sztywniejsze niż zwykle. U mężczyzn testosteron osiąga swój szczyt.

9:00-12:00

To czas, w którym najlepiej zmierzyć się z najtrudniejszymi zadaniami. Mózg jest wtedy najbardziej pobudzony, a pamięć krótkotrwała działa bez zarzutu. Dzięki maksymalnemu stężeniu kortyzolu we krwi wzrasta nasza wrażliwość na różne bodźce zewnętrzne.

12:00-15:00

Biologiczna sjesta: wzrasta aktywność układu pokarmowego, a po jedzeniu spada koncentracja. Potwierdza to m.in. wzrost liczby wypadków drogowych w tym czasie (najwięcej około godz. 14). Alkohol wypity w porze sjesty usypia bardziej niż o innej porze dnia.

15:00-18:00

Pora najlepszej wydolności naszych płuc i pracy układu krążenia. Mięśnie są o 6 procent mocniejsze niż w najsłabszym momencie doby. Temperatura ciała osiąga swoje dobowe maksimum. To najlepszy moment na aktywność fizyczną i łaskawy czas dla sportowców. W tych godzinach pada wiele rekordów.

18:00-21:00

Nieźle działa myślenie intuicyjne. Warto wtedy zaplanować randkę lub spotkanie. Wątroba lepiej sobie radzi z rozkładaniem alkoholu. O godz. 21 jest już za późno na obfitą kolację. Taki zwyczaj może sprzyjać nie tylko otyłości, lecz także cukrzycy.

21:00-24:00

To najlepsza pora na pójście spać. Nasze ciało powoli się do tego przygotowuje: spada nieznacznie jego temperatura. Wzrasta produkcja melatoniny, co powoduje, że zaczynamy się czuć senni. Na te sygnały bardziej reagują osoby należące do skowronków (budzą się wcześnie rano) niż do sów (budzą się później).

1:00-3:00

Zdecydowany sen. Melatonina osiąga szczytowy poziom. Koncentracja i uwaga lecą w dół. Mózg usuwa toksyny, konsoliduje przeżycia i wspomnienia z minionego dnia. Układ pokarmowy odpoczywa. W organizmie zachodzą zmiany hormonalne.

3:00-6:00

Temperatura ciała spada do dobowego minimum. Astmatycy mogą wtedy przeżywać poważne ataki kaszlu. Ciało naprawia drobne uszkodzenia, np. skóry. Poziom melatoniny stopniowo spada. W tych godzinach przychodzi na świat w sposób naturalny najwięcej dzieci.

Tradycyjne zegary zaczynają źle chodzić, jeśli używamy ich niezgodnie z instrukcją obsługi. Podobnie jest z naszym zegarem biologicznym. Może się on rozregulować pod wpływem dalekich podróży i jet lagu, pracy na zmiany, nocnego wkuwania do egzaminów, nagłych wypadków, ciężkich przeżyć itp. Wszelkie zaburzenia naszego rytmu dobowego mogą zwiększać ryzyko otyłości, cukrzycy, problemów z sercem, dewiacji i choroby dwubiegunowej. Tak więc stare porzekadło „Nie rób dnia z nocy” ma swój głęboki sens, a znajomość własnego biologicznego zegara może pomóc w planowaniu codziennych działań – na teraz i na potem.

BWO

 

aaa

 

ruszajmy się

 

Chodzenie po górach 

Turystyka górska ma bardzo wiele zalet. Jest aktywnością wymagającą równocześnie odpowiedzialności i pewnego przygotowania. Warto chodzić po górach bezpiecznie i komfortowo. To najistotniejsze kwestie, na które każdy amator górskich wycieczek powinien zwrócić uwagę.

Góry to wypukłe formy ukształtowania terenu o wysokościach względnych (od podstawy do wierzchołka) większych od 300 m. Przyjmuje się, że tereny górskie to te położone powyżej 500 metrów nad poziomem morza (m n.p.m.), czyli wysokości bezwzględnej liczonej zawsze od stałego poziomu morza. Ze względu na wysokość bezwzględną gór wyróżnia się góry niskie – do około 600 m n.p.m., góry średnie – do około 1500 m n.p.m. i góry wysokie, które sięgają powyżej 1500 m n.p.m. i najczęściej charakteryzują się rzeźbą wysokogórską, tzw. alpejską. Rzeźba ta ukształtowana została przez erozję i akumulację glacjalną, czyli lodowcową. Charakteryzuje się obecnością ostrych grani i szczytów oraz dolin U-kształtnych. Najbardziej znane góry spełniające te kryteria to Alpy w Europie, Himalaje i Kaukaz w Azji, Kordyliery w Ameryce Północnej oraz Andy w Ameryce Południowej. W Polsce jedynymi górami tego typu są Tatry.

Chodzenie po górach zwane jest również trekkingiem. Jest to jedna z wielu odmian trekkingu, który w dużym uproszczeniu jest poruszaniem się w trudnym i atrakcyjnym przyrodniczo terenie, jednocześnie niedostępnym, do którego eksploracji należy się przygotować fizycznie, psychicznie i sprzętowo oraz posiadać odpowiednią wiedzę i doświadczenie. Trekking górski jest pośrednią formą pomiędzy spacerem a wspinaczką górską.

Góry są majestatyczne i romantyczne. Ponieważ to teren trudny, nie został zmieniony przez człowieka. To najczęściej obszary zalesione lub służące do wypasu bydła, rolnicze. W górach przyroda jest niepowtarzalna, a ludzie tam mieszkający różnią się od innych. Powstały tu parki narodowe lub krajobrazowe, a dla turystów wyznaczone są specjalnie oznakowane i przygotowane szlaki turystyczne. Kolor szlaku nie jest powiązany z jego trudnością, a jedynie charakterystyką. Przyjęto, że kolorem czerwonym oznacza się szlaki główne, niebieskim szlaki długie, łączące różne obszary, czarnym – krótkie szlaki podprowadzające do charakterystycznych obszarów, zielony najczęściej prowadzi do ciekawych przyrodniczo lub historycznie miejsc, a żółty to kolor szlaków łącznikowych. Często jednak odchodzi się od tej reguły.

Chodzenie po górach ma wiele zalet. Niejednokrotnie zdobywanie szczytów lub przejście wyznaczonej trasy jest obciążające fizycznie i trudne, co również jest zaletą. To próba charakteru, która nie tylko wzmacnia psychikę i pewność siebie, lecz także daje dużo satysfakcji. Wycieczka w góry to również możliwość podziwiania widoków i cudów natury. Obcowanie z przyrodą z dala od zgiełku cywilizacji pozwala się wyciszyć i naprawdę wypocząć. Kolejną zaletą jest wzmacnianie odporności przez chłód i zmienną pogodę oraz przebywanie na wysokościach, szczególnie powyżej 1000 m n.p.m., gdzie ciśnienie parcjalne tlenu maleje. To oznacza, że organizm, adaptując się do przebywania na wysokości, wytwarza więcej krwinek czerwonych, które transportują tlen. Dzięki temu lepiej dotlenimy organizm oraz będziemy bardziej wytrzymali. Samo chodzenie po górach – podejścia pod górę i zejścia w dół – bardzo efektywnie wzmacnia nasze mięśnie i pozwala szybciej wyrzeźbić ciało. Długotrwały wysiłek poprawi również ogólną kondycję i spali mnóstwo kalorii. Przyjmuje się, że chodzenie po górach to spalanie nawet 400 kcal na godzinę, co dla osób odchudzających się jest istotną zaletą. Tereny górskie to bogata oferta noclegowa. Świetnym miejscem na spędzenie czasu z rodziną lub znajomymi są schroniska, w których również można odpocząć lub przenocować. Wspólne chodzenie po górach pozwala zacieśnić więzy i lepiej się poznać.

Góry to jednak także ryzyko upadku ze znacznej wysokości oraz zmienność pogody i surowy klimat. Do wyjścia w góry należy się odpowiednio przygotować i przestrzegać zasad bezpieczeństwa. Główne z nich to: znajomość reguł postępowania w sytuacjach kryzysowych, ocenianie zagrożeń, przewidywanie wydarzeń, zabezpieczenie się na każdą ewentualność oraz właściwe przygotowanie do wyjścia. Zagrożeń w górach może być bardzo wiele.

Wiatr

Jego szybkość wzrasta wraz z wysokością i na szczycie wysokiej góry może osiągnąć prędkość huraganu. Jest bardzo niebezpieczny, może uniemożliwić wspinaczkę, a nawet, w skrajnych przypadkach, zmieść wspinacza z grani.

Zimo

W górach zawsze panuje niższa temperatura niż w dolinach. Możemy ją przewidzieć, posługując się uproszczoną regułą: na każde 100 m wzniesienia temperatura spada o jeden stopień. Należy pamiętać o odpowiednim ubiorze chroniącym nas przed wyziębieniem i odmrożeniami.

Słońce

Zarówno zimno, jak i zbytnie ciepło może wyrządzić wiele szkód w naszym organizmie. Chodzenie po górach w upalny dzień może doprowadzić do przegrzania ciała i w efekcie do udaru słonecznego. Równie niebezpieczne są oparzenia słoneczne. Aby im zapobiec, należy stosować kremy z filtrem przeciwsłonecznym oraz nakrycia głowy. W mroźne dni jesteśmy narażeni na ślepotę śnieżną, przed którą możemy chronić się, nosząc gogle lub okulary przeciwsłoneczne o absorpcji 65-80 proc.

Deszcz

Głównym zagrożeniem związanym z deszczem jest przemoczenie ubrania i związana z tym utrata ciepła. Możemy temu zapobiec i zabrać ze sobą odzież przeciwdeszczową. Równie niebezpieczne jest poślizgnięcie się na mokrych kamieniach. W górach zawsze należy zachowywać ostrożność i nosić stosowne obuwie (górskie).

Mgła

Jest zazwyczaj zimna i wilgotna. Wraz z towarzyszącą jej mżawką może powodować oblodzenie skał i traw. Największym niebezpieczeństwem jest jednak utrudniona orientacja w terenie. Mgła działa deprymująco na psychikę człowieka, ale nawet jeśli się zgubimy, nie należy się poddawać i narażać na zamarznięcie.

Burza

Z burzą wiążą się dwa główne niebezpieczeństwa: gwałtowna ulewa i wyładowania atmosferyczne. Aby ustrzec się przed skutkami bezpośredniego rażenia piorunem, należy w razie zaskoczenia burzą opuścić jak najszybciej szczyt, grań lub punkt wystający ponad otoczenie, usiąść ze złożonymi razem i podciągniętymi pod siebie stopami na linie lub plecaku (izolacja), nie opierać się plecami lub głową o ścianę lub dach przewieszki, lecz wybrać miejsce odległe o co najmniej metr od skały, której uskok powinien znajdować się co najmniej 5, a najlepiej 10 razy wyżej od naszej skulonej postaci.

Załamanie pogody

Jest bardzo niebezpieczne, bo zwykle utrzymuje się co najmniej kilka dni. Może rozpocząć się burzą, jednak lokalną burzę można przeczekać, a załamania pogody nie. W takim wypadku należy natychmiast wycofać się z trudnego terenu – o ile jest to możliwe.

Lód

Jeśli wybieramy się na szlaki, o których wiemy, że mogą być oblodzone, należy zabrać z sobą albo specjalne nakładki antypoślizgowe na buty, albo raki. Uchroni nas to przed utratą równowagi i upadkiem.

Śnieg

Niesie ze sobą wiele niebezpieczeństw. Od dosyć błahych, jak zapadnięcia i trudności w kontynuowaniu marszu, po bardzo poważne, jak porwanie przez lawinę lub zerwanie nawisu śnieżnego. Unikajmy miejsc stwarzających zagrożenie, a jeśli mamy wątpliwości co do kontynuowania wspinaczki, zawróćmy znanym już szlakiem.

Noc

Nie zawsze uda się powrócić ze szlaku przed nadejściem nocy. Jeśli jesteśmy zmuszeni przeczekać do rana, należy wybrać miejsce osłonięte od wiatru, zmienić bieliznę na suchą (jeśli mamy) i włożyć nogi do plecaka. Należy pamiętać, aby zawsze wtedy myśleć pozytywnie. Natrętne, rozgorączkowane myśli mogą doprowadzić do przedwczesnego wyczerpania.

Utonięcie

Grozi przy przekraczaniu rwących potoków, słabo zamarzniętych stawów i w grotach.

Wyczerpanie

Polega na załamaniu sił fizycznych i psychicznych i w konsekwencji prowadzi do całkowitego zobojętnienia i rezygnacji z dalszej walki o życie.

Wysokość

Wraz z wysokością maleje ciśnienie atmosferyczne oraz ilość tlenu. Ludzki organizm może się przystosować do trudniejszych warunków, ale potrzebuje na to czasu. Jeśli jednak tego zaniechamy, możemy narazić się na skutki braku aklimatyzacji, takie jak np.: bóle głowy spowodowane niedotlenieniem mózgu, wymioty, zaburzenia równowagi. Pomocne w takiej sytuacji może być podanie tlenu.

Zwierzęta

W górach żyje wiele różnych zwierząt. Jeśli napotkamy je na swojej drodze, nie podchodźmy do nich oraz ich nie dotykajmy, gdyż możemy zarazić się wścieklizną.

Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe podaje kilka zasad bezpiecznego poruszania się po górach. To absolutna podstawa, powinien zastosować się do nich każdy turysta.

Przygotowanie przed wyjściem w góry

Przygotuj się fizycznie przed wyjazdem w góry. Zasięgnij informacji o masywie górskim, w który się wybierasz (przebieg szlaków i ich stan, warunki panujące w górach, ewentualne zagrożenia).

Planuj trasy stosownie do możliwości i doświadczenia wszystkich uczestników wycieczki.

Przed wyjściem zapoznaj się z aktualnie panującymi warunkami i prognozą pogody.

Samotne wychodzenie w góry jest niebezpieczne. Jeśli to możliwe, nie wychodź samotnie w góry, bezpieczniej iść w towarzystwie.

Zabierz niezbędny ekwipunek! Miej zawsze ze sobą:

– plecak,

– odpowiednie do panujących warunków obuwie,

– ubranie chroniące przed opadami
i wiatrem,

– zapasową ciepłą odzież i bieliznę,

– podręczną apteczkę,

– prowiant i napoje,

– mapę i kompas,

– latarkę,

– telefon komórkowy z naładowaną baterią i zapisanymi numerami alarmowymi,

– w okresie zimowym czapkę i rękawiczki,

– na trudniejsze szlaki zimą czekan i raki (niezbędne odpowiednie przeszkolenie).

Przygotowania do wyjazdu w góry powinny trwać przynajmniej 2-3 tygodnie i obejmować: długie spacery, wchodzenie i schodzenie po schodach około 20 minut dziennie, ćwiczenia wzmacniające mięśnie nóg (przysiady, wypady, podskoki), inne sporty wytrzymałościowe, np. rower, fitness, pływanie itp. Pierwsze 2-3 dni powinniśmy poświęcić na aklimatyzację – zaplanować krótsze i mniej obciążające wycieczki, by stopniowo przyzwyczaić organizm do znacznego wysiłku i klimatu górskiego. Pamiętajmy również o tym, aby w góry wychodzić wcześnie rano, by zawsze zdążyć wrócić przed zmierzchem, nawet kiedy będziemy mieć opóźnienie. Nigdy nie powinno się chodzić po górach samotnie, nawet jak ma się ogromne doświadczenie.

Prowiant na drogę: oprócz typowych kanapek czy innych konkretnych rzeczy powinniśmy mieć coś z wysoką zawartością cukrów na kryzys energetyczny, np. mieszankę suszonych owoców lub batonik energetyczny. Klasyką jest czekolada, która nie zajmuje wiele miejsca, a daje duży zastrzyk energii – i niekoniecznie jest to nagroda za zdobycie szczytu. Należy zabrać dużą ilość płynów, przynajmniej 1,5 litra wody na osobę, i termos z gorącą herbatą. Odwodnienie wzmaga zmęczenie i osłabia organizm.

Bardzo istotny jest dobór odpowiedniego ekwipunku. Pamiętajmy, że podstawa to dobre, rozchodzone buty, przeznaczone na teren i warunki na jakie się wybieramy. Nie mogą one być zbyt ciasne, przednia ścianka nie powinna uciskać dużego palca. Buty powinny być nad kostkę, bo dzięki temu nie obciążamy stawu skokowego na wszelkich nierównościach. Zabezpieczają nas również przed skręceniem lub złamaniem. Materiał powinien być oddychający, tak by stopa się nie przegrzewała, z drugiej strony wodoszczelny, aby but szybko nie przemakał. Podeszwa powinna być na tyle gruba, żeby wygodnie chodziło się po skałach, oraz z dobrego nieścieralnego materiału, by długo zachowywała odpowiednią przyczepność do podłoża. Ubiór powinien być sportowy, zakładany na cebulkę, najlepiej z oddychających materiałów (bielizna termiczna, spodnie i bluza oddychająca). W ten sposób nie przegrzejemy organizmu podczas podchodzenia. Jest to ważne, ponieważ mokre ciało szybko się wychładza, szczególnie podczas postoju. Odpowiednie szybko schnące i wodoszczelne materiały są bardzo ważne podczas załamania pogody. Dodatkowo musimy zabezpieczyć się przed wiatrem (kurtka, czapka), deszczem (kurtka przeciwdeszczowa, płaszcz nieprzemakalny, suchy ubiór na zmianę), słońcem (nakrycie głowy, okulary przeciwsłoneczne i krem z wysokim filtrem UV), a nawet śniegiem (czapka i rękawiczki).

Popularne są również kije trekkingowe, dzięki którym możemy uaktywnić górną część ciała, odciążając nogi. Poza tym pomagają utrzymać równowagę (są dodatkowym punktem podparcia). Przy schodzeniu wyraźnie odciążają kolana, które podczas marszu w dół szczególnie są narażone na urazy i przeciążenia. Zimą niezbędne będą raki i czekan oraz przeszkolenie z zakresu zimowej turystyki górskiej.

W Polsce jest wiele pięknych miejsc odpowiednich do chodzenia po górach. Przedstawiamy dziesięć najbardziej popularnych i dobrze przystosowanych dla turystów.

Tatry – to najwyższe polskie góry, w których znajduje się najwyższy szczyt Polski – Rysy (2449 m n.p.m.). To góry z charakterystycznymi wysokogórskimi formami terenu, skalnymi szpiczastymi szczytami, jeziorami polodowcowymi w dolinach, z najbardziej znanym Morskim Okiem. Przez Tatry przebiega granica Polski i Słowacji.

Karkonosze – najwyższe pasmo górskie w Sudetach, których najwyższym szczytem jest Śnieżka (1602 m n.p.m.). Cenny przyrodniczo obszar, w którym jest mnóstwo malowniczych szczytów, potoków z wodospadami oraz stawami polodowcowymi.

Bieszczady – są uważane za jeden z najpiękniejszych i dziewiczych rejonów Polski. Najwyższy masyw z Tarnicą (1346 m n.p.m.). Bieszczady to cichy region, oddalony od dużych miast, szczególnie ceniony przez turystów stroniących od tłumów.

Masyw Śnieżnika – jest najwyższym pasmem wschodnich Sudetów, z centralnie położonym Śnieżnikiem (1425 m n.p.m.). To wciąż dzikie tereny. Jedną z największych atrakcji jest Jaskinia Niedźwiedzia.

Pieniny – to wyjątkowe góry. Mimo że nie są za wysokie, to charakterem przypominają Tatry. Najsłynniejsze są Trzy Korony (982 m n.p.m.) oraz wyjątkowy odcinek rzeki Dunajec z malowniczym przełomem.

Góry Stołowe – słyną z wyjątkowych form skalnych (między innymi Błędne Skały) oraz nietypowych spłaszczonych szczytów, z których najwyższym jest Szczeliniec Wielki (919 m n.p.m.).

Gorce – leżą w Małopolsce, przez bliskość Tatr często są pomijane. Najsłynniejszy jest Główny Szlak Beskidzki, który przebiega przez znane szczyty – Kiczorę, Turbacz i Maciejową.

Beskid Żywiecki – najwyższym jego szczytem jest Babia Góra (1725 m n.p.m.).

Beskid Śląski – jeden z najpopularniejszych letnich i zimowych ośrodków górskich, z takim miastami jak Wisła, Ustroń, Szczyrk i Istebna. Na Baraniej Górze (1220 m n.p.m.) znajduje się początek Wisły. Najwyższym szczytem jest Skrzyczne (1257 m m.n.p.m.).

Góry Izerskie – położone pomiędzy Świerardowem a Szklarską Porębą, nie są zbyt wysokie (najwyższy szczyt Wysoka Kopa – 1126 m n.p.m.), ale bardzo urokliwe. Tereny te upodobali sobie szczególnie narciarze biegowi i rowerzyści, tu także został utworzony polsko-czeski Izerski Park Ciemnego Nieba – z tego miejsca gwiazdy widać najlepiej.

Urokliwych miejsc do górskich wędrówek jest znacznie więcej. Najważniejsze to poznać topografię i charakterystykę miejsca, do którego się wybieramy, oraz odpowiednio się przygotować. Gdy zachowamy środki bezpieczeństwa, z gór wyniesiemy zdrowie, charakter i mnóstwo wspaniałych wspomnień.

Krzysztof Koc

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Partia włoska we współczesnym wydaniu

Półtora wieku temu partia włoska (obok gambitu królewskiego) była najczęściej grywanym debiutem. Szczególną popularnością cieszyły się jej gambitowe odmiany, jak gambit Evansa czy też kontynuacja 1.e4 e5 2.Sf3 Sc6 3.Gc4 Gc5 4.c3 Sf6 5.d4 cd4 6.cd4 Gb4+ 7.Sc3!? Później znaleziono jednak dla czarnych skuteczne metody obrony i włoska zaczęła ustępować pola partiom hiszpańskiej i szkockiej.

W ostatnich latach partia włoska zaczęła wracać do łask. Okazało się, że można się obejść bez gambitowych wariantów. Spokojne początkowe posunięcia wcale nie oznaczają nudnej gry, a są tylko wstępem do szachowej wymiany ciosów. Debiut znalazł się w repertuarze najsilniejszych współczesnych szachistów. „W naszych czasach partia włoska dopiero się rozwija i każdy rozstawia figury jak chce. Na pewno jest to jeden z tych rzadkich debiutów, gdzie od samego początku można improwizować obydwoma kolorami bez specjalnego uszczerbku dla pozycji” (am. S. Karjakin).

S. Karjakin (2785) – D. Andrejkin (2736)

Wijk aan Zee 2017

1.e4 e5 2.Sf3 Sc6 3.Gc4 Gc5 4.0–0 Sf6 5.d3 d6 6.c3 a5 Alternatywą jest ruch a7-a6. Pionek na a5 utrudnia białym zdobycie przestrzeni, ale z kolei oddaje im do dyspozycji pole b5 i pozbawia czarne groźby Sc6-a5 7.We1 h6 8.Sbd2 0-0 9.h3 Ga7 Czarne nie chcą, aby ewentualny ruch d3-d4 następował z atakiem na gońca 10.Sf1 Ge6 11.Sg3?! Komentujący partię am. Karjakin krytykuje to posunięcie i uważa, że jedynie 11.Gb5! z dalszym d3-d4 dawało białym debiutową przewagę 11...G:c4 12.dc4 Se7 13.Sh2 Skoczek zwalnia pole dla hetmana 13...Hd7 14.Hf3 He6 15.b3 a4 16.Gd2 Kh7 17.Shf1 c6 18.Ge3 Gb8!? 19.Sd2 ab3 20.ab3 Gc7 21.Sh5 Sd7 Dokładniejsze było 21...S:h5 22.H:h5 f5!? 22.Hg4 H:g4 23.hg4 b5

Po posunięciu 23…b5 czarne zaproponowały remis. Białe odrzuciły tę propozycję. Złożona końcówka jest mniej więcej wyrównana, ale możliwości walki o zwycięstwo nie są wyczerpane 24.cb5 cb5 25.Sg3 Gb6 Dokładniejsze było profilaktyczne 25...g6 26.G:b6 S:b6 27.Sf5 S:f5 28.ef5 Białe uzyskały minimalną przewagę dzięki słabościom pionków d6 i b5 28...f6 (28...Wfd8!?) 29.Se4 d5 30.Sd6 b4 31.cb4 d4? A to już poważny błąd. Konieczne było 31...Wab8 32.Sb5 Wfc8 i czarne mają szansę na skuteczną obronę 32.Wa5! Wieża walczy o opanowanie linii i utrudnia wejście czarnego skoczka na d5 32...Wab8 33.Se4 Wfd8 34.b5 Sd5 35.Wc1 Wbc8 Lepsze 35...d3. Czarne przeoczyły silną odpowiedź przeciwnika 36.Wc6! Sc3 37.Sd2 e4 38.W:c8 W:c8 39.Sc4! Forsuje wydarzenia 39...d3?! Obie strony były w niedoczasie i stąd pewne niedokładności. Możliwości obronne dawało czarnym wtrącenie 39...h5! 40.gh5 i dopiero teraz 40…d3. Sens tego widoczny jest w wariancie 41.b6 W:c4 42.bc4 d2 43.Wa1 Se2+ 44.Kh2 Sc1 45.b7 d1H 46.b8H H:h5+ z remisem, którego nie będzie przy białym pionku na g4. Możliwość 39...h5! pokazał po partii oczywiście komputer... 40.b6 Se2+ Jeszcze teraz 40...h5! prowadziło do karkołomnych wariantów z większymi niż w partii szansami na remis. Jak podano w komentarzu do poprzedniego ruchu, czarnych nie ratowało już 40...W:c4 41.bc4 d2 42.Wa1 41.Kf1 Sd4 42.b7 d2 43.Wa1 Wb8 44.Sa5 Sb5 45.Wd1! Narzucające się 45.Ke2? było znacznie słabsze: 45…Wd8 46.Kd1 e3! (To jest dokładniejsze od natychmiastowego 46...Sc3+ 47.Kc2 d1H+ 48.W:d1 S:d1 49.Sc6) 47.fe3 Sc3+ 48.Kc2 d1H+ 49.W:d1 S:d1 50.Sc6 S:e3+ 51.Kc3 We8 52.b8H W:b8 53.S:b8 S:g2 i czarne mają duże szanse na remis. Teraz gra przechodzi do wygranej dla białych wieżówki 45...Sd6 46.W:d2 S:b7 47.S:b7 W:b7 48.Wb2 h5 Lub 48...Wb4 49.Ke2 h5 50.gh5 Kh6 51.Kd2 K:h5 52.Kc3 Wb8 53.Kd4 Wb4+ 54.Kc5 itd. 49.b4 hg4 50.Ke2 g6 51.fg6+ K:g6 52.Ke3 Aktywność białej wieży i silny wolniak gwarantują wygraną. Czarne w wielu wariantach wpadają w zugzwang 52...g3 Rozpacz. Po 52...f5 53.b5 Kf6 54.b6 Ke6 55.Kf4 Kf6 56.Wb5 Ke6 57.g3 czarne znalazłyby się w przymusie 53.fg3 Kf5 54.b5 Wb6 55.g4+ Ke5 (55...K:g4 56.K:e4) 56.Wf2 We6 57.Wc2 We7 (57...Kd5 58.Wc6!) 58.b6 Wb7 59.Wb2 Kd5 60.g3 Kc6 61.K:e4 1-0 (Wykorzystałem warianty podane przez am. Karjakina w czasopiśmie „64”).

M. Carlsen (2840) – S. Karjakin (2785)

Wijk aan Zee 2017

1.e4 e5 2.Sf3 Sc6 3.Gc4 Gc5 W ostatniej rundzie turnieju w Holandii, w partii z mistrzem świata, Karjakin zagrał ten sam debiut odmiennym kolorem… 4.c3 Sf6 5.d3 0-0 6.Gg5 d6 7.Sbd2 h6 8.Gh4 g5?! 9.S:g5! Odważna reakcja na prowokacyjny ruch czarnych. Za skoczka białe uzyskują dwa pionki i nieprzyjemne związanie po przekątnej h4-d8 9...hg5 10.G:g5 Kg7 11.Hf3! Teraz czarnym potrzebna jest jeszcze jedna obrona punktu f6, aby hetman mógł uciec od związania 11...Ge6 W przypadku 11...Sb8 12.0-0-0 Sbd7 13.Hg3! czarne wpadały w duże kłopoty. Zostawiają więc problem rozwiązania skoczka na później, wykorzystując fakt, że białym nie jest łatwo zwiększyć nacisk na punkt f6 12.b4 Komentujący partię arcymistrz Landa uważał, że białe powinny zagrać natychmiast 12.Gd5, gdyż ruch b2-b4 daje czarnym możliwość kontrgry poprzez a7-a5 12...Gb6 13.Gd5 a5!? Wymiana na d5 była niedobra, gdyż po e4:d5 biały skoczek zająłby pole e4 14.b5 Sb8 15.G:b7 Wa7 16.Gd5 Sbd7 17.Sc4 G:d5 18.ed5 He8 Pozycja się trochę wyjaśniła. Za cenę trzeciego pionka czarne uwolniły się od związania i są bliskie wyrównania szans 19.Se3 Wg8 Po 19...e4 20.Hg3 Kh8 21.d4 czarne lekkie figury były bardzo ograniczone 20.0-0 Lub 20.Sf5+ Kh8 21.Hh3+ Sh7 i podobnie jak w partii, czarny król jest w miarę bezpieczny 20...Sh7 21.Sf5+ Kh8 22.Gh4 Wa8 Czarne figury powoli wracają do gry 23.Wae1 f6 24.We4 Po 24.d4 Landa podaje taki możliwy wariant: 24...Hg6!? 25.Se7 Hg4 26.S:g8 H:f3 27.gf3 W:g8+ 28.Kh1 f5 z dobrą pozycją czarnych 24...Sc5 25.We3 Sd7 Milcząca propozycja remisu 26.d4!? Hg6!? Możliwe było pasywne 26...Sdf8, ale czarne dążą do aktywnej gry nawet za cenę jakości 27.Se7 Hg4 28.S:g8 W:g8 29.H:g4 W:g4 30.g3 ed4 31.cd4 G:d4 Białe zostały w końcówce z niewielką przewagą materialną, ale czarne lekkie figury mają silne punkty oporu w centrum, a czarnej piechoty nie ma jak skutecznie zaatakować 32.We8+ Wg8 33.We7 Zasługiwała na uwagę wymiana wież 33.W:g8+ K:g8 34.Kg2 Kf7 35.f4, chyba z większymi szansami na wygraną niż w partii 33...Wg7 34.We4 Se5 35.Kg2 Gb6 36.f4 Sg6 37.Kh3 Kg8 38.Wfe1 Kf7 Czarne ustawiły solidną pozycję obronną 39.We6 Wg8 40.W1e4 f5 41.We2 Wh8 42.a4 Kg7 43.W:g6+!? Ostatnia próba gry na wygraną 43...K:g6 44.We6+ Kf7 Ciekawe było 44...Kh5!?, ale Karjakin myślał wyłącznie o remisie 45.We7+ Kg8 46.Kg2 Sf8 47.Gg5 Wh7 48.We8 Kf7 49.Wd8 Kg8 50.We8 Wf7 51.Gh6 Wf6 52.Gg5 Wf7 53.Gh6 i zgodzono się na remis.

Hou Yifan (2652) – Ding Liren (2773)

Moskwa 2017

Chińskie nazwiska szachistów są w Polsce mało znane. Dodatkowa informacja: białymi gra aktualna mistrzyni świata kobiet, która wzorem Judit Polgar próbuje (i to dość skutecznie) swoich sił w męskich turniejach. Czarnymi gra chiński arcymistrz z najwyższej światowej półki.

1.e4 e5 2.Sf3 Sc6 3.Gc4 Sf6 4.d3 Inne odgałęzienia wariantu to 4.d4 oraz 4 Sg5. Po skromnej odpowiedzi białych czarnym nie pozostaje nic innego, jak przejść do spokojnej wersji partii włoskiej 4...Gc5 5.0-0 0-0 6.a4 d6 7.c3 Grozi 8.b4 7...a5 8.Gg5 h6 9.Gh4 g5!? 10.Gg3 Przy krótkiej roszadzie białych i przy skoczku na b1 poświęcenie figury na g5 nie jest poprawne: 10.S:g5?! hg5 11.G:g5 Kg7, np. 12.Hf3 Kg6 13.h4 (13.Hg3?! S:e4!) 13…Gg4 14.G:f6 Hd7 15.Hg3 K:f6 itd. 10...Kg7 11.We1 g4 12.Gh4!? Inna wersja poświęcenia skoczka 12...Se7!? Czarne nie chcą szybkiego remisu. W przypadku 12...gf3 13.H:f3 Ge6 14.Hg3+ Kh7 15.Hf3 Kg6 16.Hg3+ Kh7 17.Hf3 białe mogły wymusić powtarzanie posunięć, gdyż po 16…Kh5? 17.d4! czarne przegrywają, np. 17…G:c4 18.Hf3+ Kg6 (18…K:h4 19.Hh3+ Kg5 20.Hf5+ z matem) 19.Hf5+ Kg7 20.We3 itd. 13.G:f6+ K:f6 14.d4 Gb6 15.Sh4?! Tu skoczek nie stoi dobrze. Lepsze 15.de5+ de5 16.Sfd2 15...Kg7 16.Sa3 ed4 17.cd4 Sc6! Z atakiem na pionka d4 i skoczka h4. 18.Sf5+ G:f5 19.ef5 h5 20.Sc2 Hf6 21.We4 Jednego pionka trzeba oddać. Białe liczą jednak na wykorzystanie osłabienia pozycji czarnego króla 21...H:f5 22.Gd3 Hg5 23.g3 f5 24.Wf4 Wae8 25.h4 gh3 Solidniejsze i bezpieczniejsze było 25...Hg6 26.Hf3 d5! Przygotowanie do poświęcenia jakości 27.Wd1 Złe było 27.H:d5? Se5! 28.Gf1 (28.de5? H:g3+) 28...h4 29.W:h4 Sg6 30.W:h3 Sf4 i białe ponoszą straty materialne, ale zasługiwało na uwagę 27.Wh4 We4!? (27...Kh6 28.Ge2) 28.W:h5 Hg6 29.G:e4 fe4 30.Hd1 z szansami na obronę 27...We4! 28.G:e4 fe4 29.He3 W:f4 30.H:f4 H:f4 31.gf4 Gra przeszła do ostrej końcówki, w której mimo przewagi jakości białe mają kłopoty 31...Se7 32.Kh2 Sg6 33.f5?! Po obowiązkowym natychmiastowym 33.f3! ef3 34.K:h3 S:f4+ 35.Kg3 Se6 36.K:f3 białe powinny uratować pół punktu 33...Sf4 34.f3 c6! Przypuszczalnie mistrzyni świata liczyła tylko na 34...ef3? 35.Kg3 Sg2 36.K:h3. Po ruchu w partii goniec wkracza do akcji z ogromną siłą 35.fe4 de4 36.We1?! Po natychmiastowym 36.Wg1+ Kf7 37.f6 K:f6 38.Wg8 Gc7 39.Wc8 Gd6 40.We8 pozycja białych też wyglądała kiepsko, ale szans na remis było na pewno więcej 36...Gc7 Groźba szacha z odsłony i marsz wolniaków paraliżują poczynania białych. Godna uwagi jest harmonijna współpraca czarnych figur i piechoty 37.Wg1+ Po 37.W:e4? Sd3+ 38.Kg1 h2+ ginęła wieża 37...Kf7 38.Wf1 (38.Kh1 Sd3) 38...Kf6 39.Kg3 K:f5 40.Se3+ Kg5 41.Sc4 h4+ 42.Kf2 Sd3+ 43.Ke2 Gf4 44.S:a5 h2 45.S:b7 Sc1+ 46.Kf2 (46.Kd1 e3!) 46...e3+ 47.Kg2 e2 48.We1 Gd2 49.Wh1 Lub 49.W:e2 S:e2 50.a5 Kg4 51.a6 h1H+ 52.K:h1 Kh3 53.a7 Sg3+ 54.Kg1 Ge3x 49...Sb3 50.K:h2 e1H 51.W:e1 G:e1 i białe poddały się.

Ryszard Bernard

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w warcaby

Poniżej przedstawione partie pochodzą z cieszącego się dużym zainteresowaniem nie tylko wśród osób słabowidzących i niewidomych turnieju o Puchar Ziemi Lubelskiej.

Edward Wójcik – Ryszard Romaszewski

29.04.2017 r., Firlej

1. 33-28 18-22 2. 38-33

Debiut holenderski, zwany też debiutem Sijbrandsa, holenderskiego mistrza, który często rozpoczynał tak swoje partie.

2… 12-18 3. 43-38 7-12 4. 49-43 1-7 5. 31-27 22x31 6. 36x27 17-21

Można było zagrać 6... 17-22 i wypchnąć białe na pole bandowe.

7. 37-31 21-26 8. 41-37

Należy zachować swobodę na swoim długim skrzydle ruchem 8. 41-36 i bić do przodu.

8… 19-23 9. 28x19 14x23

Czarne będą teraz w stanie związać przeciwnika z pola 21 lub pola 22.

10. 46-41 11-17 11. 33-28 9-14 12. 28x19 14x23 13. 39-33 4-9 14. 41-36 17-21

Jest i związanie z pola 21. Białe mają alternatywę wyjścia na pole 22. Muszą jednak uważać, by nie stracić wtedy szybko swojego wysuniętego piona.

15. 44-39 7-11 16. 47-41

Fatalny ruch. Związanie zostało, a i wspomniane wyjście do przodu na pole 22 jest już niemożliwe z powodu ataku 12-18.

16… 12-17 17. 50-44 10-14 18. 33-28 5-10 19. 28x19 14x23 20. 39-33

Można ten ruch uznać za błąd. Należało szybko uciekać z niebezpiecznej pozycji: 20. 27-22 18x27 21. 31x22 17x28 22. 34-29 23x34 23. 32x23 10-14 24. 40x29.

Mimo że pion na polu 23 jest wysunięty, nie odnosi się wrażenia, by były problemy
 z jego obroną.

20... 9-14 21. 44-39 17-22 22. 34-29 23x34 23. 40x29 14-19

Bardzo gruby błąd i czarne przegrywają piona. Należało oczywiście: 23... 3-9 24. 39-34 11-17 25. 35-30 20-24 26. 30x19 13x24 27. 29x20 15x24. Pozycja jest lepsza dla czarnych. Białe jeszcze długo będą musiały się bronić przed porażką.

24. 29-23 19x28 25. 32x12 8x17 26. 27x9 3x14 27. 31-27 21x32 28. 37x28 14-19 29. 35-30 17-22 30. 28x17 11x22 31. 41-37 6-11 32. 45-40 11-17 33. 40-35 17-21

Można było ustawić klina 34. 30-24.

34. 38-32 21-27 35. 32x21 16x27

Lepiej do tyłu bić. Teraz należy przeprowadzić piona z pola 2 na pole 18, by utworzyć kolumnę.

36. 43-38 2-8 37. 37-31 26x37 38. 42x31 19-23 39. 39-34 10-14 40. 33-29 23-28

Pomimo braku piona czarne osiągnęły korzystną pozycję. Sporą rekompensatą było ustawienie klina na polu 27.

41. 30-24

Inną ścieżką gry były ruchy: 41. 30-25 8-13 42. 34-30 13-18 43. 30-24 28-33 44. 35-30 33x42 45. 48x37 18-23 46. 29x18 22x13 47. 31x22 20x29 48. 30-24 29x20.

Czarne w tym wariancie też powinny zremisować. Wróćmy do partii.

41... 28-33 42. 35-30 33x42 43. 48x37 20-25 44. 24-19 14x23 45. 29x18 22x13 46. 31x22 15-20

Remis

1-1

Lumir Gatnar – Marcin Wocial

1.05.2017 r., Firlej

1. 34-30

Debiut francuski.

1… 20-25 2. 31-26

Popularniejsze odpowiedzi to 2. 30-24 z natychmiastowym postawieniem klina lub 32-28.

2… 25x34 3. 39x30 19-23 4. 44-39 14-19 5. 37-31 10-14 6. 30-25

Bezcelowa gra w stronę band nigdy nie doprowadzi do przewagi.

6… 15-20 7. 35-30 20-24 8. 40-35 5-10 9. 31-27 10-15 10. 50-44 24-29

Szkoda tego ruchu, należało nacisnąć jeszcze mocniej w stronę centrum: 10... 23-29 – tzw. wyjście Gestema, idealne w klasycznej pozycji, gdy przeciwnik ma piony na polach 35, 30, 25. Później może nastąpić 11. 33-28 18-23. Białe będą w końcu zmuszone wybić piona z pola 23, tracąc przy tym formację zwaną olimpikiem (zgrupowanie pionów 45-40) i niekorzystnie w klasycznej pozycji zyskać jeszcze dwa tempa.

11. 33x24 23-28 12. 32x23 18x20 13. 36-31 12-18 14. 41-37 7-12 15. 37-32 2-7 16. 39-33 18-23 17. 33-29 23x34 18. 30x39 20-24

Przewaga w tempach jest nie tak znaczna, natomiast rzuca się w oczy słabe rozmieszczenie białych kamieni. Sporo pionów bandowych przy słabym centrum.

19. 38-33 12-18 20. 42-38 7-12 21. 46-41 19-23 22. 41-36 14-19 23. 44-40 9-14 24. 40-34 4-9 25. 34-29 23x34 26. 39x30

Białe prawidłowo szukają związania skrzydła czarnych. Pion z pola 24 jest zdublowany przez piona na polu 15, co nieco obniża korzystną ocenę pozycji.

26… 18-23 27. 49-44 12-18 28. 44-40 17-22

Błędny ruch, pozwalający białym przejąć część centralnych pól. Należało czekać na przeciwnika ruchami 8-12, 1-7.

29. 32-28 23x21 30. 26x28

Białe przytomnie wykorzystały swoją szansę. Następny cel to opanować pole 27
i utrzymać klasyczną pozycję, bo najpewniej do niej dojdzie.

30… 18-23 31. 38-32 11-17 32. 47-42 6-11 33. 40-34

Katastrofalny błąd. Białe wpadają na nietrudną kombinację. Gdyby białe zrealizowały najpierw plan opanowania pola 27, nic złego by im się nie stało. Teraz nie ma już żadnych szans na korzystny rezultat.

33… 23-29 34. 34x23 13-18 35. 23x21 16x49 36. 45-40 49-21 37. 28-22 21-16

Czarne wygrały.

0-2

Damian Jakubik

 

aaa

 

kultura

 

Zginę w górach

„Tylko wtedy, gdy mam świadomość, że mogę zginąć, czuję smak życia” – mawiała Wanda Rutkiewicz, najbardziej znana polska himalaistka i alpinistka, która nie raz balansowała na krawędzi życia i śmierci.

Jaka była ta pierwsza kobieta, która zdobyła szczyt K2? Co ją ukształtowało? Dlaczego tak bardzo ciągnęło ją w góry? Pytania te zadaje sobie czytelnik podczas lektury książki Anny Kamińskiej „Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci”. Biografia powstała na podstawie nieznanych dotychczas dokumentów oraz opowieści przyjaciół i bliskich Wandy, spośród których niektórzy dopiero teraz zgodzili się na rozmowę.

Kamińska naszkicowała portret kobiety silnej, wytrwałej, wrażliwej, ale mimo wszystko jakiejś takiej pogubionej, niepogodzonej ze sobą. Trudno ją zresztą rozgryźć. Była zagadką za życia, magnetyzowała mężczyzn, ale nigdy do końca nie dała im się poznać. Jej śmierć też nie była taka oczywista. „Zginę w górach” — mówiła.
I słowa dotrzymała. Chyba. Bo według dokumentów sądowych zmarła 13 maja 1992 roku na górze Kanczendzonga w Himalajach. Ale jej śmierci nikt nie widział, a ciało nigdy nie zostało odnalezione. Nie wszyscy więc w ten wypadek uwierzyli. Jedni mówili, że popełniła samobójstwo, inni, że skryła się w jednym z buddyjskich klasztorów… Jak było naprawdę?

Historia Wandy Rutkiewicz to znacznie więcej niż biografia. To opowieść o żarliwej miłości do gór, miłości, która z jakiegoś powodu nie daje szczęścia. To opowieść niesamowita, bardzo plastyczna, rozbudzająca wyobraźnię, opowieść, która na pewno zostawi w nas jakiś ślad.

Książka Anny Kamińskiej „Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci” ukazała się w 2017 r. nakładem Wydawnictwa Literackiego. Biografia dostępna jest również w formie audiobooka. Czyta Danuta Stenka.

Barbara Zarzecka