Nr 1 (154) Styczeń 2018

CROSS 1/2018

ISSN 1427-728X

ROK XVI

Nr 1 (154)

Styczeń 2018 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ,

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 412 18 80

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Grażyna Wojtkiewicz

Korekta

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

 Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Nakład: 900 egzemplarzy

Miesięcznik dofinansowuje

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści

Czas świętowania

Marta Michnowska

O życiu, kręglach i górach

Kamila Albin

Wojaże kadrowiczów

Leszek Stefanek

Szachowa królowa

Krzysztof Derecki

Wrocławianie znów górą

Łukasz Skąpski

Klasyk na mecie

Daniel Jarząb

Aktywnie i sportowo

Adam Baranowski

Wiadomości

Inny świat

Przemysław Barszcz

To i owo na zimowo

BWO

Metody treningu siły mięśniowej

Krzysztof Koc

Gramy w szachy

Ryszard Bernard

Gramy w warcaby

Damian Jakubik

Od Redakcji

 

aaa

 

zaszczytne odznaczenia

 

Czas świętowania 

Setka gości z całej Polski, czternaście odznaczeń „Za Zasługi dla Sportu”, całe mnóstwo radości ze spotkań – wiele było powodów do świętowania na gali mistrzów sportu „Olimpu” w Białymstoku.

Na początku grudnia śnieg jeszcze nie zdążył zasypać podlaskich dróg – i dobrze, bo na trzy tygodnie przed świętami w gościnne progi hotelu „Zacisze” w Ignatkach pod Białymstokiem zawitała iście mistrzowska kompania. Oto tegoroczni medaliści: wyborowi strzelcy, niezłomni cykliści i prawdziwi ludzie z żelaza – triathloniści – wraz z trenerami i aktywistami zjechali nieomal z każdego zakątka kraju, by wspólnie uczcić zakończenie sportowego sezonu. Tak zacnej ekipy nie zdołałby zatrzymać nawet siarczysty mróz.

W stolicy Podlasia zabrakło niestety amatorów biathlonu, dla nich bowiem sezon dopiero się zaczyna i właśnie odbywają ostatnie treningi tam, gdzie śniegu nie brakuje. Za chwilę ważny sprawdzian – przed nimi ostatnia szansa na zdobycie kwalifikacji paraolimpijskiej. Do wspólnego świętowania w tym roku zostali za to zaproszeni również działacze Stowarzyszenia „Cross” – wszak kluby z całej Polski zrzeszają członków obu zaprzyjaźnionych organizacji.

Zanim jednak zawodniczki zamieniły sportowe stroje na wieczorowe kreacje, a niejeden medalista w tę wyjątkową noc przymknął oko na sportową dietę, członkowie rady krajowej organizacji wykorzystali piątkowy wieczór i wolny czas sobotniego przedpołudnia na ważne rozmowy. Cóż uradzili? Tego można było się dowiedzieć na spotkaniu z kierownictwem, na parę godzin przed uroczystą kolacją.

Koniec roku to czas podsumowań. O tym, jak upłynął rok wytężonej pracy w „Olimpie”, opowiedział zgromadzonym prezes związku Piotr Łożyński, zaś w szczegóły realizowanych w roku 2017 projektów wprowadził dyrektor biura Stowarzyszenia „Cross” Przemysław Warszewski. A było o czym mówić, bo wydarzeń sportowych i, rzecz jasna, sukcesów nie brakowało. Sezon na szosie i torze kolarskim podsumował Mirosław Jurek – trener kadry tandemowej, doskonale znanej Czytelnikom  dzięki jej niebywałym osiągnięciom na arenie międzynarodowej. Trener przedstawił cele na kolejny rok – udział w wyścigach Pucharu Świata oraz daleka wyprawa na mistrzostwa świata na torze w Rio de Janeiro. Choć konkurencja jest ogromna, bo poziom wyczynowego parakolarstwa podniósł się bardzo, to wierzymy, że Rio znowu będzie dla naszych cyklistów szczęśliwe. Wszak zaledwie półtora roku temu właśnie tam Iwona Podkościelna z Aleksandrą Tecław zdobyły paraolimpijskie złoto.

Podczas spotkania gościom z całej Polski został przedstawiony nowy trener kadry strzeleckiej ZKF „Olimp” Maciej Kwiatkowski, powołany na stanowisko zaledwie trzy miesiące temu. Młody selekcjoner jest pełen zapału, zapowiada zmiany, chce poważnie zabrać się do przygotowania konkurencji pokazowej, by móc walczyć o zaliczenie strzelectwa niewidomych do dyscyplin paraolimpijskich.

Następnie głos zabrała prezes Stowarzyszenia „Cross”, dziękując na wstępie za zaproszenie na spotkanie i wieczorną galę. I tu przyszedł czas na wielką niespodziankę – niezwykle dobre wiadomości dla członków naszej organizacji. – Kochani, w przyszłym roku Stowarzyszenie będzie gospodarzem aż trzech bardzo prestiżowych wydarzeń – poinformowała zebranych prezes Józefa Spychała. – Już w nadchodzące wakacje to właśnie w Polsce odbędą się imprezy sportowe rangi mistrzostw świata! – zdradziła. Okazało się, że dosłownie parę dni wcześniej IBCA (International Blind Chess Asosiation) potwierdziła powierzenie Stowarzyszeniu „Cross” zorganizowania mistrzostw świata niewidomych i słabowidzących kobiet i juniorów w szachach, a IBSA (International Blind Sport Asosiation) – mistrzostw świata w showdownie. Zaskoczenie, niedowierzanie i w końcu wielka radość! – To duże wyróżnienie dla naszej organizacji – cieszyła się prezes – ale i sporo pracy... A przygotowania już ruszyły – dodała. Wiadomo, że showdownowe rozgrywki odbędą się w Warszawie.

Te pomyślne wiadomości rozpoczęły dyskusję przybyłych reprezentantów klubów z kierownictwem obu organizacji. Działacze odpowiedzialni za poszczególne dyscypliny odpowiadali chętnie na pytania. Co z opłatami za tzw. wpisowe dla kadrowiczów? Czy zmieni się ustawa o sporcie i w końcu uda się nam stworzyć autonomiczny związek sportowy? No i wciąż ten sam problem – jak przyciągnąć do klubów nowych, młodych członków? Cóż, nie dla wszystkich kłopotów można znaleźć rozwiązanie od ręki, ale ważne, żeby nad każdym się pochylić. Koordynatorzy imprez starają się częściej podejmować współpracę z ośrodkami szkolno-wychowawczymi i zachęcać ich podopiecznych do startów w organizowanych imprezach. Najprawdopodobniej zasady finansowania występów kadry w ogólnopolskich turniejach zostaną w 2018 roku złagodzone, za to może się pojawić problem z pozyskaniem środków na kosztowny sprzęt. O większą liczbę imprez upominali się brydżyści... Tematów było wiele, ale czas na rozmowy powoli mijał. Obiecano sobie kontynuować dyskusje w kuluarach, bo godzina uroczystej gali nieuchronnie się zbliżała, a wyjątkowe świętowanie wymaga przecież godnej oprawy i odpowiednich przygotowań.

Gala mistrzów sportu rozpoczęła się wykwintną kolacją, gdy przy stołach z podlaskimi smakołykami zasiedli już wszyscy eleganccy goście. Kiedy zaspokoili pierwszy głód, nadszedł długo wyczekiwany moment uhonorowania zasłużonych. Rozpoczęto od wręczenia szczególnych odznaczeń. Brązowe odznaki „Za Zasługi dla Sportu” odebrało dziewięć osób: Irena Curyło („Pogórze” Tarnów), Kazimierz Curyło („Pogórze” Tarnów), Sławomir Gruszkowski („Omega” Łódź), Małgorzata Kasprzycka („Morena” Iława), Zdzisław Mądry („Jutrzenka” Częstochowa, Maria Paduszyńska (Kielce), Stanisław Poświatowski („Jaćwing” Suwałki), Brunon Studziński („Zryw” Słupsk), Andrzej Świtaj („Jaćwing” Suwałki). – Jesteśmy bardzo wdzięczni za te odznaczenia – publicznie dziękował władzom organizacji w imieniu wszystkich uhonorowanych Andrzej Świtaj. – Cieszymy się, że nasza praca jest doceniana – dodał prezes suwalskiego klubu. Irena Curyło mówiła zaś, że owszem, miło jest otrzymać takie wyróżnienie, ale jednak najlepszą zapłatą za włożony w działalność klubową trud jest radość uczestników organizowanych wydarzeń.

Osoby, którym przyznano odznakę „Za Zasługi dla Sportu”, ale nie mogły odebrać jej osobiście, to: Franciszek Kała („Jutrzenka” Częstochowa), Zdzisław Porochnicki („Jutrzenka” Częstochowa), Dariusz Rutkowski (Wrocław), Janusz Stolarski (Kielce), Janusz Żydek (Kielce). Okolicznościowe medale odebrali radomianie z okazji 20-lecia istnienia ich klubu. Na koniec statuetki i drobne upominki otrzymali tegoroczni medaliści. Splendor i chwała!

A gdy ucichły już uroczyste przemówienia i zgasły flesze fotoreporterów, parkiet przejął didżej, a mistrzowie sportu pokazali, na co ich stać w tańcu. Zabawa była przednia i trwała do późnych godzin nocnych. I choć niektórym zabrakło czasu na sen, bo o poranku trzeba było zbierać się do drogi, nierzadko dalekiej, to nie warto żałować tych chwil. Nasze spotkania są bowiem bezcenne. I opinię tę podzielają uczestnicy gali, którym bardzo spodobała się formuła wspólnego świętowania zaprzyjaźnionych organizacji. Do zobaczenia za rok!

Marta Michnowska

 

aaa

 

zaszczytne odznaczenia

 

O życiu, kręglach i górach

Są razem już ponad ćwierć wieku. Irena i Kazimierz Curyłowie w tym roku, z okazji 25-lecia Stowarzyszenia „Cross”, otrzymali brązowe odznaki „Za Zasługi dla Sportu”.

Połączyły ich góry. Kazimierz działał wtedy w tarnowskim okręgu Polskiego Związku Niewidomych. Z kolegą organizowali rajdy, tzw. OWIN (Ogólnopolska Włóczęga Inwalidów Niewidomych). Irena myślała kiedyś, że góry to nie dla niej. Okazało się jednak inaczej. Góry stały się jedną z ich wielu wspólnych pasji.

Niespełna piętnaście lat temu powołali do życia Tarnowskie Stowarzyszenie Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących „Pogórze”. Prowadzą je do dziś. W przyszłym roku stowarzyszenie będzie obchodzić piętnaste urodziny. Odwiedzam ich w chłodne sobotnie przedpołudnie, na trawie przed domem bieli się pierwszy śnieg. Mieszkają w spokojnej okolicy, w domu na obrzeżach Tarnowa. Przed wejściem obszczekują mnie psy. Siedzimy w salonie, w kominku buzuje ogień, jest ciepło i przytulnie. Rozmawiamy o początkach ich działalności.

– Nie mieliśmy zielonego pojęcia, jak to się robi, jak to się zakłada, od której strony się za to wziąć. Nie było komputera ani poczty mailowej, księgowych. Wszystkiego uczyliśmy się od zera. Nawet księgowości się nauczyłam – opowiada Irena. – Stowarzyszenie zostało zarejestrowane wczesną wiosną 2003 roku. Byłam wtedy uczennicą jednego z tarnowskich liceów. „Pogórze” stało się dla mnie odskocznią od szkolnej rutyny. Zaczęły się tańce, kręgle i wyjścia na basen. W Tarnowie najbardziej przyjęły się wypady w góry, kręgle klasyczne i bowling. Pierwszy turniej kręglarski odbył się w Brzesku. Pamiętam ten czas: grudzień, zbliżały się święta. Turniej był połączony z opłatkiem. I tak to się zaczęło, i trwa do dziś. W przyszłym roku w Brzesku odbędzie się już po raz czternasty.

Z czasem zaczęli się także udzielać na ogólnopolskim forum Stowarzyszenia „Cross”. On był przewodniczącym komisji kręglarskiej. Teraz jest członkiem Rady Krajowej Stowarzyszenia. Ona prowadziła komisję bowlingową, a potem, przez cztery lata, polską kadrę w bowlingu. Obecnie jest przewodniczącą Sądu Koleżeńskiego. Zaadaptowali bowling do standardów międzynarodowych, wprowadzając barierki, które naprowadzają gracza na linię rzutu. Kręgle stały się pasją Ireny. Od 2009 roku wielokrotnie zdobywała pierwsze miejsca na turniejach ogólnopolskich. Podwójna mistrzyni i wicemistrzyni Europy w rozgrywkach drużynowych i indywidualnych w kategorii B3 (osoby słabowidzące). Półki i szafę w rogu salonu zdobią sportowe trofea: puchary i medale. Zbiór jest imponujący. Kiedy sama nie gra, sędziuje na zawodach.

– Lubię te kręgle. I lubię strzelanie z broni pneumatycznej długiej. I nordic walking ostatnio mnie trochę pociąga, ale nie wiem, czy pójdę w tym kierunku czy nie – mówi Irena. Uwielbia też tańczyć, jak tylko jest okazja, to szaleje na parkiecie.

Wielką miłością Kazimierza są góry i praca w przydomowym ogrodzie. – W kręgle też lubię grać, ale aż tak się nie przykładam, bo wolę w ogrodzie coś posadzić, skosić trawę. Rok temu zrobili mi w Brzesku benefis pożegnalny – śmieje się.

Turnieje organizowane przez Curyłów to nie tylko zawody i sportowa rywalizacja, to też wycieczki po okolicy, ogniska, a przede wszystkim to wspaniały czas spędzony z innymi ludźmi. Tutaj każdy jest oczekiwanym gościem. Motywacją do działania są dla nich ludzie.

– To jest takie fajne, jak widzisz ich zadowolonych. Wszyscy rzucają się na ciebie, wyściskają cię, na misia oczywiście. I widać, że są szczęśliwi, i że się dobrze bawią. To jest bezcenne – uśmiecha się Irena. Po turniejach wracają do domu, gdzie jest cisza i spokój, można odetchnąć, lecz nie za długo. – Czasem w miesiącu mamy po dwie imprezy. Nie ma czasu jednej ogarnąć, a już drugą trzeba zacząć robić – mówi Kazimierz.

W Stowarzyszeniu dzielą się pracą. Irena ogarnia projektową „papierologię”, prowadzi księgowość, rozlicza. Kazimierz czuwa nad logistyką organizowanych wydarzeń. Razem dbają o to, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Przez wiele lat przy realizacji działań pomagały im dzieci. – Dominik dużo z nami pracował, pomagał przy wszystkich projektach, przy turniejach. Agata zrobiła sobie uprawnienia sędziowskie w kręglach klasycznych i w bowlingu osób niewidomych. Razem sędziowałyśmy na zawodach – mówi Irena. – Teraz są już dorośli i mają swoje życie, ale nadal można na nich liczyć.

W ciągu tych lat stowarzyszenie bardzo się rozwinęło. To proces ciągły. Irena i Kazimierz uczą się nadal, stawiając sobie kolejne wyzwania. – W ciągu roku realizujemy kilkanaście projektów. Od dwóch lat prowadzimy dwutygodniowe szkolenia bowlingowe dla czterdziestu osób. Trzy razy w roku robimy ogólnopolskie turnieje kręglarskie – mówi Kazimierz.

A co się zmieniło w sporcie osób niepełnosprawnych? Obydwoje zwracają uwagę na to, że jest on nadal dyskryminowany i niedoceniany. – Paraolimpiada mija praktycznie niezauważona – wzdycha Kazimierz. – Niepełnosprawność to jest utrudnienie, wiadomo, ale jeżeli nie będziemy walczyć o swoje, to nikt nas nie zauważy – dodaje Irena.

Dlatego w ramach swoich działań również edukują. Chodzą do szkół, prowadzą warsztaty na temat niepełnosprawności wzroku dla uczniów w różnym wieku. Opowiadają o sporcie, o życiu, jak mądrze pomagać, wspierać. – Ja jestem pod wrażeniem, ile te dzieci wiedzą i jak one potrafią się zachowywać, jakie mają fajne podejście. My, jako osoby niepełnosprawne, musimy się pokazywać i nie oczekiwać, że ktoś nam coś da. My musimy uświadamiać innym, jakie mamy potrzeby – mówi z entuzjazmem Irena. Kazimierz opowiada, jak z krakowskim klubem „Lajkonik” prowadzili szkolenia asystentów osób z niepełnosprawnościami w ramach projektu „Gmina Wawel”.

A plany na przyszłość, marzenia? – Ja to bym chciała jeszcze grać, chciałabym wrócić do poprzedniej formy – mówi Irena. – Trzeba coś dalej robić. Jak człowiek nic nie robi, to gnuśnieje, starzeje się. Marzenia? Żeby dalej wszystko się kręciło. Dla mnie to góry przede wszystkim i spotkania z ludźmi – dodaje od siebie Kazimierz.

A czy są z czegoś dumni? – Jesteśmy dumni z tego, że parę małżeństw się w stowarzyszeniu wykroiło, że ludzie sobie poukładali życie, że mają swoje cele, że powyciągaliśmy ich z domu. Jesteśmy dumni z tego, że mamy dom i dzieci. Stowarzyszenie to było duże wyzwanie. I to naprawdę warte było tego zachodu, tych wszystkich lat – zamyśla się Irena. – To tu przychodzą ludzie, którzy od nas czerpią moc. My możemy im pomóc. Jesteśmy dumni, że jesteśmy otwarci i społeczność jest otwarta na nas – cieszy się Kazimierz.

Zawsze marzyli o domu otwartym i pełnym ludzi, żeby do niego każdy mógł przyjść i posiedzieć. I ja z moich czasów szkolnych tak ten dom zapamiętałam, jako miejsce otwarte i przyjazne. – Kiedyś kolega mówi do mnie: „U ciebie w domu, Irka, to jest jak na dworcu, bo przez ten dom przewala się tyle ludzi” – śmieje się. – I ja jestem z tego dumna – opowiada dalej – że mamy tylu przyjaciół w całej Polsce, że się w głowie nie mieści – i naprawdę można na nich liczyć.

Wiele z tego zawdzięczają swojej działalności w stowarzyszeniu. Na pewno – gdyby go nie było – byłoby zupełnie inaczej. Nie przeklinają swojej niepełnosprawności. – Ona jest po coś. Nauczyła mnie pokory, szacunku do innych – uśmiecha się Irena. Teraz tarnowski klub przyciąga ludzi z całej Polski. Oni chcą tu być i to jest najważniejsze.

Kamila Albin

 

aaa

 

warcaby

 

Wojaże kadrowiczów 

Pod koniec 2017 roku warcabiści należący do kadry „Crossu” mieli okazję uczestniczyć w dwóch atrakcyjnych wydarzeniach. Jedni pojechali na Białoruś, inni – nad Bałtyk.

Na zaproszenie Komitetu Paraolimpij-skiego Republiki Białorusi w dniach 8-12 listopada 2017 roku reprezentacja Stowarzyszenia „Cross” gościła w Mińsku, gdzie wzięła udział w meczu towarzyskim Białoruś – Polska oraz w mistrzostwach Białorusi niewidomych i słabowidzących w warcabach. Kierownikiem polskiej ekipy był Wacław Morgiewicz.

W meczu towarzyskim spotkano się 10 listopada, między trzecią a czwartą rundą mistrzostw Białorusi. Rozegrano go na pięciu warcabnicach, trzech męskich i dwóch kobiecych, tempo gry wynosiło 90 minut. Konfrontacja zakończyła się wynikiem remisowym 5:5. Ewa Wieczorek wygrała z Walentiną Mininą, Jolanta Woźniak uległa Wicie Jakimczenko, Leszek Stefanek zremisował ze Stefanem Hodanionokiem, Wojciech Woźniak pokonał Nikołaja Antosikowa, a Wacław Morgiewicz przegrał z Wiktorem Czyżem.

Mistrzostwa, dzięki udziałowi polskich warcabistów, przybrały po raz pierwszy charakter międzynarodowy. Odbyły się dwa turnieje – kobiecy i męski. W turnieju męskim wśród 14 startujących wystąpili dwaj Polacy – Leszek Stefanek („Hetman” Lublin) i Wojciech Woźniak („Jutrzenka” Częstochowa). Rozegrano 6 rund, tempo gry wynosiło 90 minut. Nasi reprezentanci nie zawiedli. Stefanek wywalczył trzecią lokatę, dając się wyprzedzić tylko Dmitrijowi Fadiejewowi (mistrz Europy 2012 z Truskawca) oraz Wiktorowi Czyżowi (14-krotny mistrz Białorusi). Woźniak skończył turniej na 8. miejscu, pozostawiając w pokonanym polu kilku silnych graczy.

Turniej miał bardzo wyrównany przebieg. Późniejszy zwycięzca – Fadiejew – w pierwszych dwóch rundach stracił dwa punkty po remisach ze Stefanem Hodanionokiem i Nikołajem Antosikowem. Tenże Antosikow poniósł w dalszej części zawodów porażki z... obydwoma Polakami. Początkowo stawce przewodził Czyż. Jako jedyny miał komplet punktów po trzech z sześciu zaplanowanych rund. W czwartej zremisował z Hodanionokiem, czarnym koniem turnieju, a w kolejnej spotkał się w pojedynku z Fadiejewem. To starcie zdecydowało w praktyce o mistrzostwie. Wygrał Fadiejew i wysunął się na czoło tabeli – przed ostatnią rundą miał 8 punktów. Punkt mniej mieli Czyż i Stefanek, a dwa punkty mniej Hodanionok i Aleksander Kurjan.

W ostatniej rundzie grali Fadiejew ze Stefankiem, Czyż z Kurjanem i Hodanionok z Nabokowem. Zawodnik „Hetmana” nie dał rady liderowi i tym samym mistrzem Białorusi został Fadiejew. Pozostałe dwie partie pretendentów do medali zakończyły się remisami. Takie rozstrzygnięcia zapewniły srebro Czyżowi, natomiast o brązie musiała zadecydować punktacja pomocnicza. Tu szczęście uśmiechnęło się do Stefanka. Ponieważ pierwsze cztery kryteria miał identyczne jak Hodanionok, o jego wyższej lokacie przesądziło dopiero piąte kryterium – liczba zwycięstw.

 

Otwarte mistrzostwa Białorusi niewidomych i słabowidzących w warcabach

8-12.11.2017 r., Mińsk

1. Dmitrij Fadiejew (Mińsk) 10 p.

2. Wiktor Czyż (Grodno) 8 p.

3. Leszek Stefanek (Polska) 7 p.

4. Stefan Hodanionok (Mohylew) 7 p.

5. Aleksander Kurjan (Borysow) 7 p.

6. Konstantin Nabokow (Borysow) 6 p.

7. Walerij Tan (Gomel) 6 p.

8. Wojciech Woźniak (Polska) 6 p.

Turniej sędziował czołowy warcabista Białorusi, arcymistrz międzynarodowy Siergiej Nosewicz.

W turnieju kobiet wystąpiło 10 zawodniczek, w tym trzy Polki. Panie grały tylko 5 rund. Mistrzynią Białorusi na rok 2017 została Wita Jakimczenko z Grodna (8 p.), drugie miejsce zajęła nasza reprezentantka z „Victorii” Białystok Ewa Wieczorek (8 p.), a trzecie Walentina Minina z Orszy (7 p.). Pozostałe dwie startujące Polki „kontrolowały” tabelę z drugiej strony: Jolanta Woźniak („Jutrzenka” Częstochowa) zajęła 9. miejsce (2 p.), a Alicja Pogorzelska („Victoria” Białystok) była dziesiąta (1 p.).

***

Na przełomie listopada i grudnia w Dąbkach koło Darłowa odbyły się XVI Mistrzostwa Europy Weteranów w Warcabach Stupolowych. Prawo gry w tych zawodach mają osoby w wieku powyżej 50 lat. W ubiegłym roku mistrzostwa odbyły się w niemieckim Korbach, po raz pierwszy zagrali w nich wtedy warcabiści kadry Stowarzyszenia „Cross” (6 osób). W tym roku, na polskiej ziemi, nasz kraj reprezentowali trzej crossowcy: Edward Twardy („Sudety” Kłodzko), Zenon Sitarz („Podkarpacie” Przemyśl) oraz debiutujący w tej imprezie Ryszard Suder („Warmia i Mazury” Olsztyn). Oprócz nich w biało-czerwonych barwach wystąpiły jeszcze cztery osoby pełnosprawne – MF Piotr Paluch, MF Leon Mikulicz, Jan Mamet i Wioletta Flisikowska.

Nad Bałtykiem wystartowało tylko 37 zawodników i 4 zawodniczki (dla porównania w Korbach było ich 70). Stawka była bardzo wyrównana i silna, chociaż od lat w mistrzostwach nie grają najlepsi weterani Europy. Na dobrą sprawę wszyscy medaliści tegorocznych mistrzostw świata – Szwarcman, Cziżow, Valneris – z racji wieku mogliby zagrać w Dąbkach... Aż 20 uczestników tegorocznych mistrzostw posiadało tytuły międzynarodowe. Jak na ich tle wypadli kadrowicze naszego Stowarzyszenia?

Zdecydowanie najlepiej z nich spisał się jedyny zawodnik bez światowego rankingu, debiutant Ryszard Suder. Był to jego drugi występ na arenie międzynarodowej w otwartym turnieju warcabowym. W roku 2016 startował w Pucharze Świata w Karpaczu i tam okazał się najlepszy z czwórki startujących crossowców. Teraz – powołany tak jak i poprzednio w ostatniej chwili – również był w tabeli najwyżej z nich. Mało tego, wyprzedził nawet byłego mistrza Polski (pełnosprawnych) Piotra Palucha, którego zresztą pokonał w bezpośrednim pojedynku (!).

Suder zaczął od pauzy, a potem poniósł dwie porażki. Niezrażony początkowymi niepowodzeniami, od czwartej rundy zaczął ostro punktować, wygrywając m.in. z doświadczoną Zoją Uwaczan z Łotwy i MF Vaidasem Puociauskasem z Litwy. W sumie w dziewięciu rundach uzbierał 9 p. i zajął 24. miejsce. Wyżej uplasował się tylko jeden Polak – dwukrotny mistrz Polski MF Leon Mikulicz (10 p. – 16. miejsce). Niestety niewiele dobrego można powiedzieć o występie pozostałych crossowców. Edward Twardy i Zenon Sitarz nie odegrali w zawodach większej roli. Obaj uzbierali po 7 p. (w tym 2 za pauzę) i uplasowali się na dalekich pozycjach.

Mistrzem Europy po raz trzeci został Rosjanin Jewgienij Gurkow (wcześniej triumfował w latach 2011 i 2016). Wśród kobiet zwyciężyła Litwinka Romualda Szidlauskiene przed Rosjanką Ludmiłą Pietrową (80 lat!) i Łotyszką Zoją Uwaczan.

XVI ME Weteranów w Warcabach Stupolowych

27.11-2.12.2017 r., Dąbki k. Darłowa

Najlepsza ósemka

1. Jewgienij Gurkow (Rosja) 13 p.

2. Jeroen Kos (Holandia) 12 p.

3. Iwan Kostionow (Rosja) 12 p.

4. Daniele Berte (Włochy) 12 p.

5. Henk de Witt (Holandia) 12 p.

6. Fred Ivens (Holandia) 12 p.

7. Janis Arinsh (Łotwa) 11 p.

8. Fidele Nimbi (Francja) 11 p.

Miejsca Polaków

16. Leon Mikulicz 10 p.

24. Ryszard Suder 9 p.

27. Piotr Paluch 8 p.

36. Edward Twardy 7 p.

37. Wioletta Flisikowska 7 p.

38. Zenon Sitarz 7 p.

39. Jan Mamet 6 p.

Leszek Stefanek

 

aaa

 

szachy

 

Szachowa królowa

Wśród wielu turniejów, które sędziowałem, ten był szczególny. I chociaż to mistrzostwa (czytaj: rywalizacja na całego), to tak serdecznej atmosfery nie spotkałem jeszcze nigdzie.

W Wielkopolsce, w Wągrowcu, w dniach od 23 listopada do 3 grudnia 2017 r. odbyły się XXIX Mistrzostwa Polski Kobiet Niewidomych i Słabowidzących w Szachach. Organizatorem imprezy było Stowarzyszenie „Cross”, a projekt „Wspólny Start 2017”, który obejmował jej przeprowadzenie, był współfinansowany przez Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

Do rywalizacji stanęło siedemnaście zawodniczek z klubów z całej Polski, zrzeszonych w Stowarzyszeniu. Rozgrywki były prowadzone systemem szwajcarskim na dystansie dziewięciu rund, z popularnym tempem 90 minut plus 30 sekund na każde wykonane posunięcie. Turniej został zgłoszony do klasyfikacji i rankingu Polskiego Związku Szachowego.

Sala gry oraz zakwaterowanie znajdowały się w jednym miejscu, w Ośrodku Rehabilitacyjno-Wypoczynkowym „Wielspin” położonym w pięknym lesie nad jeziorem Durowskim. Po wyczerpujących partiach, wysiłku intelektualnym, zawodniczki miały czas na relaks. Położenie ośrodka zachęca do spacerów. Na miejscu, w budynku, do dyspozycji gości były m.in. kręgielnia, fotele masujące oraz basen, na którym jedna z zawodniczek – Alicja Pogorzelska – w godzinach popołudniowych prowadziła dla chętnych bardzo popularny aqua-aerobic.
Na tym samym piętrze jest również kaplica, w której odbywały się msze święte. Nad całością mistrzostw pieczę sprawowała koordynator turnieju Józefa Spychała, która zapewniła też dodatkowe atrakcje. Były więc andrzejki, z bufetem, zabawą taneczną, laniem wosku, wróżbami oraz konkursami, było i „ognisko pod dachem”, z pieczoną kiełbaską, śpiewem, wesołą zabawą i dowcipami. Ośrodek zapewniał smaczne i urozmaicone posiłki. Śniadania i kolacje były bogate i serwowane w formie szwedzkiego stołu – każdy mógł wybrać coś pysznego dla siebie.

Zgodnie z mottem FIDE Gens una sumus (łac. jesteśmy jedną rodziną) turniej odbywał się w miłej, wręcz rodzinnej atmosferze. Szacunek do przeciwnika widać było na każdym kroku. Przed walką zawodniczki siedzące naprzeciw siebie przy szachownicy życzyły sobie nawzajem wspaniałych partii. Rywalki nie koncentrowały się tylko na zwycięstwie, ale także na daniu przeciwniczce pięknej rozgrywki. Ich wzajemny szacunek, otwartość i postawa uświadomiły mi, że pomimo ogromnych trudności i barier nie wolno się poddawać, tylko przezwyciężać je i walczyć do końca – to wszystko wywarło na mnie największe wrażenie. Gra fair play, szczere gratulacje, docenianie umiejętności i klasy konkurentek oraz serdeczność – tego doświadczało się co rundę. Chociażby proste gesty, takie na przykład, że widząca rywalka po partii, niezależnie od wyniku, odprowadza swoją niewidomą przeciwniczkę do pokoju.

Rywalizacja sportowa przez cały turniej była bardzo zacięta i wyrównana. Do ostatniej rundy ważyły się losy pierwszego miejsca. Zwyciężczynie na mecie zawodów zgromadziły po 8 punktów. Prowadząca przez większą część turnieju Józefa Spychała w ostatniej rundzie została wyprzedzona przez Annę Stolarczyk wskutek korzystniejszego dla Anny wartościowania Buchholza. Tym sposobem obie zawodniczki „Tęczy” Poznań podzieliły się tytułami mistrzyni i pierwszej wicemistrzyni Polski. Najniższy stopień podium wywalczyła zdobywczyni 7 punktów Joanna Malcer, reprezentantka „Warmii i Mazur” Olsztyn.

Najlepsze zawodniczki, oprócz pucharów, medali, dyplomów i nagród, zyskały prawo reprezentowania naszego kraju na nadchodzących szachowych mistrzostwach świata kobiet, które w dniach 13-24 sierpnia 2018 roku odbędą się w Polsce, w Solcu-Zdroju.

A teraz zadanie szachowe. Czarne zaczynają i matują w dwóch posunięciach. Przykład został zaczerpnięty z partii Alicja Pogorzelska – Zofia Cieplak, rozegranej na mistrzostwach w Wągrowcu:

Alicja Pogorzelska – Zofia Cieplak\

Mistrzostwa Polski kobiet niewidomych i słabowidzących

Białe: Ke1, Hd1, Wa1, Wh1, Gc1, Gc4, Sb1, Se2, a2, b2, c3, d4, f2, h2

Czarne: Ke8, Hd8, Wa8, Wh8, Gc8, Gf8, Sc6, Sg5, a7, b7, c7, d6, e4, f6, g6, h7

To pierwszy mój turniej sędziowany w środowisku osób niewidomych i pod wieloma względami było to nowe i zarazem niezwykle cenne doświadczenie sędziowskie. Podczas mistrzostw partie były np. zapisywane alfabetem Braille’a i nagrywane na dyktafon. Obsługę sędziowską zapewnili: sędzia główny Małgorzata Napierała oraz ja – Krzysztof Derecki (jako sędzia asystent). Serwis turniejowy na bieżąco, wraz z partami, można było śledzić na stronie www: http://www.chessarbiter.com/turnieje/2017/ti_7229/index.html?l=pl

Rozwiązanie zadania:

… Sf3+

Kf1 Gh3 mat

XXIX Mistrzostwa Polski Kobiet Niewidomych i Słabowidzących w Szachach

23.11-3.12.2017 r., Wągrowiec

1. Anna Stolarczyk („Tęcza” Poznań) 8 p. (MBch. 36,50)

2. Józefa Spychała („Tęcza” Poznań) 8 p. (36,0)

3. Joanna Malcer („Warmia i Mazury” Olsztyn) 7 p. (37,5)

4. Krystyna Perszewska („Jantar” Gdańsk) 5,5 p. (36,5)

5. Elżbieta Jagieła („Podkarpacie” Przemyśl) 5,5 p. (36,0)

6. Iwona Teske („Karolinka” Chorzów) 5 p. (36,50)

7. Jadwiga Marynowicz („Cross Opole”) 5 p. (33,0)

8. Jadwiga Szymczyk („Jantar” Gdańsk) 4,5 p. (35,0)

9. Leonarda Liszewska („Atut” Nysa) 4,5 p. (29,50)

10. Renata Namyślak („Cross Opole”) 4,5 p. (25,50)

11. Zofia Cieplak („Cross Opole”) 4 p. (29,50)

12. Władysława Jakubaszek („Atut” Nysa) 4 p. (25,5)

13. Zofia Siwy („Atut” Nysa) 3,5 p. (29,50)

14. Wiktoria Marzec („Atut” Nysa) 3,5 p. (26,50)

15. Alicja Pogorzelska („Victoria” Białystok) 3,5 p. (26,0)

16. Grażyna Hoszowska („Cross Opole”) 3 p. (25,0)

17. Janina Markowska („Victoria” Białystok) 2 p. (25,5)

 

aaa

 

showdown

 

Wrocławianie znów górą 

Złoto i brąz w kategorii kobiet oraz całe podium mężczyzn ponownie dla Wrocławia – to nie może być przypadek. Jedynie Joanna Pożarycka z Olsztyna była w stanie nawiązać równorzędną walkę z niepokonaną od wielu lat Elżbietą Mielczarek.

Mistrzostwa Polski w showdownie, które od 1 do 3 grudnia 2017 r. odbywały się w Bydgoszczy, były dla zawodników najważniejszą imprezą w kalendarzu. Poprzedziły je dwa turnieje eliminacyjne. W mistrzostwach brało udział 38 zawodników i zawodniczek z całej Polski, reprezentujących aż osiem klubów zrzeszających niewidomych i słabowidzących sportowców. Były to: „Sprint” Wrocław (faworyci), „Warmia i Mazury” Olsztyn, UKS Laski, „Syrenka” Warszawa, „Ikar” Lublin, „Podkarpacie” Przemyśl, „Zryw” Słupsk oraz „Łuczniczka” Bydgoszcz. W kategorii kobiet wystąpiło sześć członkiń kadry oraz osiem najlepszych zawodniczek z obu półfinałów. W kategorii mężczyzn było dziesięciu reprezentantów kadry oraz dziesięciu najlepszych zawodników z turniejów eliminacyjnych. Zawodnicy kadry mieli zapewniony start w finale bez konieczności startu w eliminacjach.

Mistrzostwa Polski odbywały się w gościnnych murach hotelu „Akor”. Nie jest to pierwszy turniej showdownu organizowany w tym miejscu. Hotel „Akor” gości co rok polskich showdownistów podczas licznych zawodów organizowanych przez „Łuczniczkę”. Nie da się ukryć, że showdown jest dość głośną dyscypliną mającą dodatkowo specyficzne wymagania dotyczące m.in. akustyki sal i – co tu dużo mówić – nie wszędzie jest mile widziany. Pracownicy hotelu przywykli już jednak do tych hałaśliwych rozgrywek i, jak sami mówią, nie wyobrażają sobie, że mogłoby zabraknąć u nich miejsca dla radosnej grupy pasjonatów tej w sumie nadal dość egzotycznej dyscypliny sportowej.

Nadrzędnym celem turnieju, obok krzewienia kultury fizycznej wśród osób z dysfunkcją wzroku, podnoszenia ich kwalifikacji sportowych i propagowania showdownu w kraju, było wyłonienie mistrzów Polski wśród kobiet i mężczyzn, a także kadry Polski w showdownie reprezentującej nas na turniejach międzynarodowych w 2018 r.

Turnieje eliminacyjne oraz turniej finałowy rozgrywane były według systemu opracowanego i zaakceptowanego przez międzynarodową federację IBSA, zrzeszającą niewidomych sportowców z całego świata. Kobiety i mężczyźni grali w dwóch odrębnych kategoriach, bez podziału na wiek i poziom dysfunkcji wzroku. W celu wyrównania szans wszystkie grające osoby zobligowane są przystępować do rozgrywek w zaczernionych goglach w zupełności uniemożliwiających widzenie. Pojedynki toczyły się na czterech stołach, a sędziowało je siedmiu wieloletnich i doświadczonych arbitrów showdownu.

System gier opracowany jest w ten sposób, że zawodnicy przystępujący do turniejowych zmagań w pierwszej rundzie podzieleni są na cztery grupy. Osoby w grupach ustawione są według rankingu powstałego w trakcie zeszłorocznego finału oraz obu tegorocznych półfinałów. Do drugiej rundy zmagań przechodzi ósemka najlepszych z rundy pierwszej. Zawodnicy z dalszych miejsc rozgrywają mecze o miejsca od dziewiątego w dół. Pierwszych ośmiu zawodników rozgrywa mecze w dwóch grupach, ustalając swoją pozycję w ćwierćfinale. Czwórka najlepszych przechodzi do fazy półfinałowej, a pozostałych czterech rozgrywa mecze o miejsca od piątego do ósmego. W półfinale rozgrywane są dwa równoległe mecze, których zwycięzcy przechodzą do finału. Zawodnicy, którzy przegrali swoje mecze, grają między sobą o miejsca trzecie i czwarte. System ten jest taki sam dla kobiet i mężczyzn.

Już kolejny rok z rzędu zawodnicy wrocławskiego teamu prowadzonego przez wieloletniego trenera showdownu Lubomira Praska udowodnili, że to właśnie oni rozdają karty w tym sporcie. Pierwsze oraz trzecie miejsca w kategorii kobiet oraz całe podium w kategorii mężczyzn nie może być przypadkiem. Jedynie Joanna Pożarycka z Olsztyna była w stanie nawiązać równorzędną walkę z niepokonaną od wielu lat Elżbietą Mielczarek. Zajęła ona ostatecznie drugie miejsce. Brąz w kategorii kobiet wywalczyła w tym roku Monika Szwałek reprezentująca (a jakżeby inaczej!) barwy Wrocławia. Młoda zawodniczka już od kilku sezonów dobijała się na podium i w tym roku w końcu dopięła swego. Na czwartym i piątym miejscu uplasowały się dwie młodziutkie zawodniczki, kolejno: Patrycja Bożek z Wrocławia oraz Agnieszka Bardzik z Lasek. Jest to bardzo dobra wiadomość, ponieważ powoli rosną nam następczynie Elżbiety, które może za kilka lat sięgną po najwyższe trofea na arenie międzynarodowej. Szóste miejsce przypadło w tym roku Marioli Parobczak z Olsztyna, która po rocznej przerwie wróciła w pięknym stylu do showdownu.

Podium w kategorii mężczyzn wygląda w tym roku identycznie jak w zeszłym. Złoto przypadło Krystianowi Kisielowi, srebro Adrianowi Słonince, a brąz Łukaszowi Byczkowskiemu. Na kolejnych miejscach doszło jednak do dość sporych przetasowań. Czwarte miejsce w tym roku wywalczył Przemysław Knaź z Przemyśla, który we wspaniałym stylu rozegrał cały turniej. W przypadku tego zawodnika obserwujemy stały postęp, który rokuje na przyszłość i daje mu szanse na podium mistrzostw Polski. Ogromnym zaskoczeniem jest miejsce piąte. W tym roku wywalczył je Paweł Ejzenberg z Olsztyna. Jest to ogromny sukces tego zawodnika, który jeszcze nigdy do tej pory nie był tak wysoko. Należy mieć nadzieję, że nie był to jednorazowy skok formy i uda mu się ją podtrzymać przez cały nadchodzący sezon.

Pewnym, tym razem negatywnym zaskoczeniem, jest słaba, bo aż jedenasta pozycja Rolanda Świstka. Młody reprezentant Bydgoszczy w zeszłym roku zajął czwarte miejsce. Tegoroczny turniej zdecydowanie nie układał się po jego myśli. Był to jednak w pewnej części efekt bardzo wysokiego poziomu tegorocznych finałów. Potwierdza to również dziesiąta pozycja Adama Wołczyńskiego, reprezentanta „Sprintu” Wrocław, który w środowisku polskiego showdownu określany jest mianem „papierka lakmusowego poziomu gry”. Adam od początków showdownu w Polsce uczestniczy we wszystkich mistrzostwach Polski i do tej pory zajmował na nich wysokie miejsca. Od lat reprezentuje niezmiennie wysoki poziom.

Na szczególną uwagę zasługuje reprezentacja Lublina, która na tegorocznych mistrzostwach liczyła aż sześć osób – trzy zawodniczki i trzech zawodników. Ich najwyższe miejsce to szósta lokata Wacława Karczewskiego. Tak liczna ekipa nie jest przypadkiem. Zawodnicy lubelskiego klubu zdominowali południowe półfinały, wysyłając jasny komunikat, że na krajowej arenie showdownu pojawił się nowy gracz, z którym w przyszłości będzie trzeba się liczyć. Jest to w dużej mierze zasługa nowego trenera lubelskiej sekcji showdownu Michała Michailidisa, który przejął to stanowisko po zmarłym w ubiegłym roku nieodżałowanym Michale Wrzesińskim.

Relacjonując tegoroczne mistrzostwa Polski, nie można pominąć ceremonii zakończenia, bo miała ona w tym roku wyjątkowy charakter. Wśród zaproszonych gości znalazła się Aleksandra Wrzesińska, żona Michała. Na jej ręce złożono wyróżnienie od całego polskiego środowiska showdownu oraz podziękowania od sędziów showdownu z całego świata. Aleksandra wręczała medale zwycięzcom.

Bydgoskie finały charakteryzowały się bardzo wysokim poziomem rywalizacji sportowej. Zawodnicy przystępujący do turniejowych zmagań wykazywali niesamowitą determinację i wolę walki, której mogliby pozazdrościć im pełnosprawni sportowcy. Poziom rozgrywek pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość polskiego showdownu.

Organizację mistrzostw dofinansował Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych w ramach projektu Stowarzyszenia „Cross” “Wspólny start 2017”.

Łukasz Skąpski

Mistrzostwa Polski niewidomych i słabowidzących w showdownie

1-3.12.2017 r., Bydgoszcz

Kobiety

1. Elżbieta Mielczarek („Sprint” Wrocław)

2. Joanna Pożarycka („Warmia i Mazury” Olsztyn)

3. Monika Szwałek („Sprint” Wrocław)

4. Patrycja Bożek („Sprint” Wrocław)

5. Agnieszka Bardzik (UKS Laski)

6. Mariola Parobczak („Warmia i Mazury” Olsztyn)

7. Paulina Krupa („Syrenka” Warszawa)

8. Jolanta Szapańska („Łuczniczka” Bydgoszcz)

9. Patrycja Kaza („Syrenka” Warszawa)

10. Nicola Perec („Sprint” Wrocław)

11. Marzena Kołodziej („Ikar” Lublin)

12. Agata Popławska („Ikar” Lublin)

13. Ewa Ćwiek („Podkarpacie” Przemyśl)

14. Katarzyna Stenka („Ikar” Lublin)

Mężczyźni

1. Krystian Kisiel („Sprint” Wrocław)

2. Adrian Słoninka („Sprint” Wrocław)

3. Łukasz Byczkowski („Sprint” Wrocław)

4. Przemysław Knaź („Podkarpacie” Przemyśl)

5. Paweł Ejzenberg („Warmia i Mazury” Olsztyn)

6. Wacław Karczewski („Ikar” Lublin)

7. Tomasz Winkler („Sprint” Wrocław)

8. Ariel Kiresztura („Zryw” Słupsk)

9. Łukasz Cichy („Łuczniczka” Bydgoszcz)

10. Adam Wołczyński („Sprint” Wrocław)

11. Roland Świstek („Łuczniczka” Bydgoszcz)

12. Mateusz Papierski (UKS Laski)

13. Daniel Kuźniar („Podkarpacie” Przemyśl)

14. Sylwester Dołasiński („Łuczniczka” Bydgoszcz)

15. Wojciech Łuc („Podkarpacie” Przemyśl)

16. Tadeusz Sobczak („Warmia i Mazury” Olsztyn)

17. Paweł Wojdat („Ikar” Lublin)

18. Dariusz Konopa („Zryw” Słupsk)

19. Damian Szliben („Łuczniczka” Bydgoszcz)

20. Mariusz Walasek („Ikar” Lublin)

 

aaa

 

kręgle

 

Klasyk na mecie 

Końcówka roku to finalizacja planów sportowych powziętych na dany sezon. Ostatnia odsłona zawodów w kręglach klasycznych, jakie w 2017 roku zorganizowało Stowarzyszenie „Cross”, miała miejsce w gościnnym Gostyniu w drugi weekend grudnia.

Pierwotnie zakończenie sezonu na kręgielni zaplanowano w Brodnicy, jednak zawody nie doszły do skutku ze względów technicznych – kręgielnia nie spełniała niestety wymogów. Szkoda, bo nowe miejsce na turniejowej mapie oznacza poznawanie nieodkrytych jeszcze przez crossowiczów zakątków Polski.

Co się nie udało w Brodnicy, powiodło się w Gostyniu. Do Wielkopolski przyjechało 65 graczy z 17 klubów. Nie dorównuje to największej frekwencji na zawodach organizowanych przez Stowarzyszenie, ale i tak emocji oraz niespodzianek nie zabrakło. Jeszcze pierwsze kręgle nie zostały strącone, a już zaczęły się kłopoty organizacyjne. Dzień przed rozpoczęciem zawodów dotarł do koordynatora komunikat z kręgielni: „Awaria jednego toru”. A tu już gry zaplanowane i tabela rozgrywek rozesłana do klubów. Ale zaprzyjaźnione kluby się zgodziły, a i zawodnicy (często mimo zmęczenia wielogodzinną podróżą) przystali na to, aby zagrać w dniu przyjazdu. Podziękowania należą się Emilii Sawiniec, Małgorzacie Adamiak, Stanisławowi Fortkowskiemu, Stanisławowi Szczęsnemu, Rafałowi Chaberskiemu, Sławomirowi Domańskiemu i Albertowi Sordylowi. Dzięki ich postawie zawody w formule eliminacji i finał mogły się odbyć.

Na odprawie technicznej podano zmiany dotyczące liczby zawodników zakwalifikowanych do finału, co wiązało się oczywiście z awarią toru. Najważniejszym punktem spotkania było jednak zapoznanie zawodników z pismem komisji kręglarskiej w sprawie nowych zasad punktowania na turniejach. Główne założenia »Ramowego regulaminu kręgli klasycznych Stowarzyszenia „Cross”« dotyczące rozgrywek finałowych są obecnie następujące: do wyniku finałowego liczonych jest 120 rzutów, w tym 60 z gry finałowej oraz dwie najlepsze gry z eliminacji.

Czas gonił organizatorów, bo na ten pierwszy dzień zaplanowanych było jedenaście bloków, a gry miały trwać do późnego wieczora. Zwyczajowo rozgrywki rozpoczęli zawodnicy z kategorii B3. Zabrakło tu paru uznanych nazwisk, na czele z aktualnym wicemistrzem Europy Grześkiem Kanikułą oraz Zbyszkiem Strzeleckim, którego choroba zmogła tuż przed zawodami. Szkoda, bo już w grach eliminacyjnych wielką niespodziankę sprawił Daniel Jarząb, który zagrał 768 kręgli, co jest wynikiem lepszym od rekordu Polski (ten należy do Grześka Kanikuły – 761 p.), ale nie może być zapisany w tabeli, gdyż zawody nie odbywały się pod patronatem Polskiego Związku Kręglarskiego. Tomek Ćwikła, mimo że zdobył 691 p., co nie jest złym wynikiem, nie był z siebie zadowolony. Słabiej poszło Albertowi Sordylowi (638 p.), ale za to Władysław Szymański wynikiem 693 p. pobił swój rekord życiowy.

Pod nieobecność zawsze groźnej Ireny Curyło dziewczyny z kategorii B3 także miały trochę ułatwione zadanie, za to wynik 650 kręgli, jaki zagrała Emilia Sawiniec, zmotywował je przed finałami. Bardzo dobrze zagrała Jadwiga Rogacka (B2) – 664 kręgle. Nieco słabiej Jolanta Lewandowska, która dominowała przez cały rok, a tym razem z wynikiem 594 kręgle nie zdołała zakwalifikować się do finału. Miłą niespodziankę sprawiła coraz lepiej grająca Jadwiga Szamal, awansując do finału z trzeciego miejsca.

Stanisław Fortkowski (B2) z wynikiem 676 p. postraszył rywali, a chyba najmocniej dominatora w tej kategorii Mieczysława Kontrymowicza (654 p.). To zapowiadało dodatkowo wielkie emocje w finale, do którego awansował również z bardzo dobrym wynikiem eliminacji Wojciech Puchacz (653 p.).

Martwi słaba – nie tylko w Gostyniu – frekwencja zawodników w kategorii B1. Tu startowało ich tylko dziesięcioro, ale wyniki Reginy Szczypiorskiej (478 p.) i Jana Zięby (546) dały pewny awans do finału.

Sobotnie finałowe starcia zapowiadały wielkie emocje i myli się ten, kto mówi, że ich nie było. Tomasz Ćwikła zrobił wielką pracę. Mimo straty w eliminacjach 54 kręgli do pierwszego zawodnika potrafił nadrobić różnicę i jeszcze wygrać z nawiązką z bardzo słabym tego dnia Danielem Jarząbem. Emilia Sawiniec nie dała sobie wydrzeć zwycięstwa, chociaż Jolanta Krok-Sabaj grała w finale dobrze. Mieczysław Kontrymowicz, rozczarowany mocno swoją piątkową grą, potrafił dogonić i ograć w finale Staszka Fortkowskiego, który zagrał troszkę słabiej. Większego pecha miał drugi po eliminacjach Wojciech Puchacz, który zagrał jeszcze gorzej i zajął ostatecznie piąte miejsce.

Rozgrywki kończyły potyczki zawodników z kategorii B1. Wśród kobiet dominowała Regina Szczypiorska. Daleko za jej plecami odbyła się walka o drugie miejsce między Mieczysławą Stępniewską a Barbarą Szypułą. Podobna sytuacja u mężczyzn: Jan Zięba wypracował sobie przewagę, której już nie oddał. O drugie miejsce walczyli Franciszek Kała i Stanisław Chmura.

Po ostatnich zawodach czas na statystyki. Nowością na zakończenie turnieju była dekoracja sześciorga najlepiej zbijających kręgle na zawodach organizowanych przez Stowarzyszenie „Cross” w tym sezonie. Pierwsze miejsca w swoich kategoriach zdobyli: Regina Szczypiorska (strąciła łącznie 3447 kręgli), Jan Zięba (3115), Jolanta Lewandowska (3907), Mieczysław Kontrymowicz (4021), Emilia Sawiniec (4230), Tomasz Ćwikła (4892). W 2017 roku zorganizowano pięć turniejów: w Gostyniu – 77 zawodników, Pucku – 82, Poznaniu – 81, Brzesku – 73 i ponownie w Gostyniu – 64. Wszystkich startujących kręglarzy było 377 i wszyscy oni w grach turniejowych przewrócili łącznie 219212 kręgli.

W rozpoczynającym się 2018 roku wszystkim kręglarzom życzymy zdrowia i sukcesów na torach.

Daniel Jarząb

Ogólnopolski turniej niewidomych i słabowidzących w kręglach klasycznych

7-10.12.2017 r., Gostyń

Kobiety

B1

1. Regina Szczypiorska („Morena” Iława) 516 p.(255 eliminacje + 261 finał)     

2. Mieczysława Stępniewska („Omega” Łódź) 437 p. (216+221)

3. Barbara Szypuła  („KoMar” Piekary Śląskie) 392 p. (219+173)

B2

1. Jadwiga Rogacka („Pionek” Włocławek) 664 p. (337+327)

2. Janina Matusiewicz („Jutrzenka” Częstochowa) 643 p. (332+311)      

3. Jadwiga Szamal („Omega” Łódź) 642 p. (327+315)

B3

1. Emilia Sawiniec („Hetman” Lublin) 640 p. (336+304)

2. Jolanta Krok-Sabaj („Podkarpacie” Przemyśl) 628 p.  (336+292)

3. Bożena Więckowska („Morena” Iława) 619 p. (300+319)

Mężczyźni

B1

1. Jan Zięba  („Ikar” Lublin) 544 p. (278+266)

2. Stanisław Chmura („Podkarpacie” Przemyśl) 435 p.  (234+201)

3. Franciszek Kała  („Jutrzenka” Częstochowa) 355 p. (188+167)

B2

1. Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 677 p. (338+339)    

2. Stanisław Fortkowski („Pogórze” Tarnów) 671 p. (354+317)   

3. Władysław Wakuliński („Łuczniczka” Bydgoszcz) 662 p. (340+322)

B3

1. Tomasz Ćwikła („Morena” Iława) 729 p. (353+376)

2. Daniel Jarząb („Tęcza” Poznań) 722 p. (407+315)

3. Albert Sordyl („Pogórze” Tarnów) 689 p. (329+360)

 

aaa

 

spartakiada

 

Aktywnie i sportowo

Po raz pierwszy po długiej przerwie młodzież z ośrodków szkolno-wychowawczych dla uczniów niewidomych i słabowidzących mogła spotkać się na spartakiadzie lekkoatletycznej zorganizowanej w Warszawie przez Stowarzyszenie „Cross”. Jesienny chłód i deszcz nie ostudziły emocji.

Spartakiadę rozegrano w dniach 20-22 października na warszawskich obiektach sportowych. Wystąpiły pewne trudności z organizacją imprezy, ale dzięki decyzji i determinacji Stowarzyszenia koordynator Adam Baranowski mógł ją doprowadzić do skutku, chociaż w nieco zmienionej formule, niż wcześniej zakładano. Do sportowych zmagań stanęły reprezentacje ośrodków z Lasek, Chorzowa i Warszawy. Przez trzy dni blisko 40 zawodników walczyło w kilku konkurencjach lekkoatletycznych, pływackich oraz na ergometrach. Zawody pływackie odbywały się na basenie „Foka”, lekkoatletyczne na stadionie „Orła”, a wioślarstwo halowe na sali gimnastycznej ośrodka szkolno-wychowawczego przy ulicy Koźmińskiej. Uczestnicy mieszkali w warszawskich hotelach, a na zawody byli dowożeni lub dojeżdżali we własnym zakresie. Konkurencje rozgrywano w podziale na płeć i wiek uczestników, utworzono dwie kategorie wiekowe chłopców – młodszych (szkoła podstawowa) i starszych – oraz jedną dziewcząt.

Pierwszy dzień to zmagania pływackie. Rozegrano wyścigi indywidualne na dystansach 50 i 100 m stylem dowolnym oraz sztafetę 4x50 m stylem dowolnym. Najwięcej uczestników zgromadził dystans 50 m. Wśród młodszych chłopców zwyciężył Marcin Czerwiński z Lasek, a w grupie starszych Paweł Karczewski z Warszawy. Najlepszą z dziewcząt była Paulina Kamińska z Warszawy. Na dystansie 100 m stylem dowolnym (startowała jedna kategoria wiekowa) zwyciężył Maciej Marcisz z Chorzowa. Sztafetę 4x50 m wygrała drużyna z Warszawy w składzie: Adam Franiak, Roman Franiak, Maciej Kurek i Paweł Karczewski.

Drugi dzień spartakiady to zmagania lekkoatletyczne. Na stadionie „Orła” początkowo padało i pogoda nie sprzyjała, ale i tak udało się rozegrać wszystkie zaplanowane konkurencje: biegi sprinterskie na 100, 200 i 400 m, pchnięcie kulą oraz skok w dal. Najwięcej emocji wzbudziły biegi, w których wyniki były mierzone elektronicznie. Co prawda zawodnicy zaznajomili się z regulaminem, ale w ferworze walki i przy siąpiącym deszczu kilku z nich zdarzyło się skończyć bieg na nie swoim torze. To pokazuje, żeby w przyszłości stosować tylko pomiar ręczny dla każdego zawodnika. Organizatorzy obawiali się, że w takich warunkach pogodowych tartan będzie śliski i zawodnicy będą się wywracać bądź ulegać kontuzjom, ale na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Wyniki, co prawda, nie zbliżyły się do rekordu obiektu na 100 m należącego do Asafy Powela z Jamajki, uzyskanego we wrześniu 2007 roku podczas mityngu „Pedro`s Cup” (10,02 s), ale i tak były dobre. Zwycięzcami krótkich dystansów w poszczególnych kategoriach zostali: na 100 m – Jacek Lisiewicz z Lasek, Jakub Budzyński z Lasek, Zuzanna Krzemińska z Warszawy; na 200 m – Jakub Budzyński z Lasek; zwycięzcy w biegu na 400 m to Jacek Lisiewicz, Dorota Niewiadomska oraz Jakub Budzyński – wszyscy z Lasek.

W pchnięciu kulą najlepsi zawodnicy uzyskiwali rezultaty w granicach 10 m. Zwyciężyli: Sebastian Jegla z Chorzowa, Zuzanna Krzemińska z Warszawy oraz Marcin Czerwiński z Lasek. Skok w dal rozgrywany był nieco inaczej niż w zawodach osób pełnosprawnych, bo zawodnicy skakali z tzw. strefy, co znaczy, że wynik mierzony był z miejsca wybicia się zawodnika. Mimo trudnych warunków rywalizacja była zacięta, wszyscy skupieni, by nie spalić skoku, co zaowocowało walką do ostatniej, trzeciej kolejki. W poszczególnych kategoriach zwyciężyli: zawodnicy Lasek Jakub Lisiewicz i Jacek Urbański oraz Zuzanna Krzemińska z Warszawy.

Ostatni dzień spartakiady upłynął pod znakiem rywalizacji wioślarskiej. Dyscyplina ta, w wersji halowej rozgrywana na ergometrach, czyli urządzeniach do tzw. suchego treningu wioślarzy, zyskuje coraz większe uznanie wśród osób z dysfunkcją wzroku. Zawody rozegrano w kategorii starszych chłopców na 500 m, a w kategorii młodszych chłopców i dziewcząt na dystansie 300 m. Do klasyfikacji liczył się czas, jaki zajęło zawodnikom pokonanie ustalonego dystansu. Ciekawa sytuacja zdarzyła się w rywalizacji starszych chłopców, gdzie dwóch zawodników uzyskało czas różniący się w zapisie ergometrów o jedną setną sekundy. Po konsultacjach, zakładając tak zwany błąd maszyny, sędziowie postanowili przyznać równorzędne dwa pierwsze miejsca. Tak więc w tej grupie wiekowej było dwóch zwycięzców: Sebastian Jegla z Chorzowa i Paweł Karczewski z Warszawy (jego rekord życiowy na tym dystansie). W kategorii młodszych chłopców wygrał Michał Czerwiński z Lasek, a w kategorii dziewcząt Zuzanna Krzemińska z Warszawy.

Na zakończenie odbyła się ceremonia rozdania nagród. W punktowej klasyfikacji generalnej zwyciężyła ekipa reprezentująca szkołę dla niewidomych w Laskach, druga była warszawska ekipa z ośrodka na Koźmińskiej, a trzecie miejsce zdobyła reprezentacja z ośrodka w Chorzowie.

Podsumowując całą imprezę, należy podkreślić, że dobrze, że się odbyła, nawet pomimo ograniczonej liczby uczestników. Dbałość o młodzież pozwoli – jeśli spartakiada wejdzie na stałe do kalendarza Stowarzyszenia – rozwijać aktywność ruchową młodych ludzi, uaktywni także te ośrodki szkolno-wychowawcze, które mniej się angażują w działalność sportową. Trzeba bowiem zawsze mieć na uwadze, że bez usportowionej młodzieży nie będzie dorosłych sportowców – także tych z dysfunkcją wzroku. Na pewno należy pamiętać, aby poprawić to, co się nie udało podczas tegorocznej edycji, tak aby w przyszłości wszyscy mogli wyjechać zadowoleni.

Na koniec należy podziękować władzom Stowarzyszenia „Cross” za podjęcie tej wartościowej inicjatywy, uczestnikom – za walkę, dyrekcji basenu „Foka” w Warszawie za bezpłatne udostępnienie obiektu, sędziom, opiekunom grup za pomoc podczas imprezy, a w szczególności Joli Szubie za jej szczególnie duży wkład pracy.

Adam Baranowski

 

aaa

 

wiadomości

 

Brydż

Co dwie głowy to nie jedna

W dniach 16-19.11.2017 r. w Ustce odbyły się kolejne mistrzostwa Polski par niewidomych i słabowidzących w brydżu sportowym (IMPY). Organizatorem turnieju było Stowarzyszenie „Cross”, zaś współorganizatorem – po raz pierwszy w historii zawodów tej rangi – klub „Zryw” Słupsk. W turnieju wzięło udział aż 15 par, w tym 10 wewnątrzklubowych. Od kilku lat dopuszcza się bowiem pary międzyklubowe, by umożliwić start zawodnikom, którzy nie mają partnerów w rodzimym klubie.

Za głównych kandydatów do złota uchodziła para Zdzisław Ratajczak („Warmia i Mazury” Olsztyn) – Andrzej Fronczak („Elcross” Elbląg). Jak pokazała już pierwsza z zaplanowanych czterech sesji, pewniaków nie ma, co było zapowiedzią wielkich emocji do ostatniego rozdania.

W pierwszej sesji (22 rozdania) wygrał duet Jerzy Czeszewski („Warmia i Mazury” Olsztyn) – Jerzy Marszałkowski („Atut” Nysa) z wynikiem 33 IMP przed parą Jerzy Zawór – Romuald Dąbrowski („Atut” Nysa) – 32 IMP. Dużą niespodzianką było trzecie miejsce jedynej pary gospodarzy turnieju: Mirosława Mirynowskiego i Jana Biskupskiego, którzy osiągnęli wynik 30 IMP.

Druga sesja przyniosła jeszcze więcej sensacyjnych rozstrzygnięć. Ze znakomitym wynikiem zwyciężyła para „Łuczniczki” Bydgoszcz Adam Klemenko – Dominik Sobkowiak: aż 82,50 IMP. Na drugim miejscu zakończyła rozdania olsztyńska para Zbigniew Kozakiewicz – Ryszard Suder (44 IMP), zaś na trzeciej pozycji uplasowali się Zdzisław Ratajczak – Andrzej Fronczak (38,50 IMP). Bydgoscy zawodnicy zakończyli tym samym pierwszy dzień rozgrywek na pozycji liderów.

W trzeciej sesji ponownie przypomnieli o sobie zawodnicy „Atutu” Nysa – najliczniejsza ekipa mistrzostw. Zwycięstwo tym razem przypadło duetowi Jerzy Zawór – Romuald Dąbrowski (44 IMP), drugie miejsce zajęli Ratajczak z Fronczakiem (42 IMP), a trzecie para Czeszewski – Marszałkowski (38,50 IMP). Ujemny wynik w tej sesji zaliczyli dotychczasowi liderzy, którzy spadli na drugie miejsce. Po zakończeniu całodniowych rozgrywek wyklarowała się czołówka czterech par i to między nimi miała się rozstrzygnąć walka o medale.

Znakomity wynik w ostatniej sesji – 67 IMP – odnotowali Czeszewski z Marszałkowskim, dzięki czemu awansowali z trzeciej pozycji i zostali ostatecznie mistrzami Polski. Drugie miejsce w sesji przypadło Andrzejowi Sargalskiemu i Jerzemu Zawalskiemu (37,40 IMP), co pozwoliło tej bydgoskiej parze zająć piąte miejsce w klasyfikacji generalnej. Trzecią lokatę w finałowej sesji zajęli z wynikiem 36,30 IMP brydżyści Ratajczak – Fronczak, pieczętując tym samym swoje drugie miejsce w mistrzostwach. Brąz zdobyła para z „Łuczniczki” Bydgoszcz Klemenko – Sobkowiak. Na czwartej pozycji, tak nielubianej przez sportowców, uplasowali się Zawór i Dąbrowski z Nysy.

 Imprezę zamknęła uroczysta kolacja, podczas której trzem najlepszym parom wręczono puchary i medale. Koordynatorem mistrzostw, dofinansowanych przez Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, był Mirosław Mirynowski, a sędzią główną doskonale znana w środowisku brydżowym Janina Bakuła.

Mistrzostwa Polski niewidomych i słabowidzących par w brydżu sportowym (IMPY)

16-19.11.2017 r., Ustka

Dziesięć najlepszych par

1. Jerzy Czeszewski – Jerzy Marszałkowski („Warmia i Mazury” Olsztyn – „Atut” Nysa) 161,90 IMP

2. Zdzisław Ratajczak – Andrzej Fronczak („Warmia i Mazury” Olsztyn – „Elcross” Elbląg) 139,20 IMP

3. Adam Klemenko – Dominik Sobkowiak („Łuczniczka” Bydgoszcz) 119,70 IMP

4. Jerzy Zawór– Romuald Dąbrowski („Atut” Nysa) 104,80 IMP

5. Andrzej Sargalski – Jerzy Zawalski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 56,80 IMP

6. Zbigniew Kozakiewicz – Ryszard Suder („Warmia i Mazury” Olsztyn) 45,80 IMP

7. Janina Ptak – Barbara Swatkowska („Elcross” Elbląg) 37,40 IMP

8. Mirosław Mirynowski – Jan Biskupski („Zryw” Słupsk) 24,50 IMP

9. Leon Mucha – Józef Agopsowicz („Atut” Nysa)   - 44,80 IMP

10. Stanisław Wójcikowski – Kazimierz Zieliński („Podkarpacie” Przemyśl – „Sudety” Kłodzko) - 62,40 IMP

Najlepsi w poszczególnych sesjach

1. Czeszewski – Marszałkowski 33.0 IMP

2. Klemenko – Sobkowiak 82,50 IMP

3. Zawór – Dąbrowski 44,0 IMP

4. Czeszewski – Marszałkowski 67,00 IMP

 

aaa

 

turystyka

 

Inny świat 

Od pewnego momentu wędrówki zaczyna się inny świat. Świat śniegu, lodu, zimna. Przekraczając zimą w górach granicę lasu, wstępujemy w inny wymiar, w którym obowiązują odrębne prawa.

W pierwszy grudniowy weekend tego roku postanowiłem dokonać zimowego przejścia do Doliny Pięciu Stawów Polskich, uważanej za najpiękniejszą dolinę tatrzańską. Co roku o tej porze czuję zew zmuszający mnie do wyruszenia w góry. Tam zima nadchodzi wcześniej niż gdziekolwiek indziej, a słowo „zima” nie jest tylko okresem w kalendarzu albo momentem, kiedy zmienia się opony w samochodzie, ubiera czapkę i grubsze buty, żeby nie przemokły w zasolonym błocie pokrywającym miejskie chodniki. Zima w górach, a zwłaszcza w wysokich górach, sprawia, że rzeczywistość wokół zmienia się diametralnie. Śnieg, lód i mróz powodują, że góry pokazują swoją prawdziwą, surową i piękną naturę.

Na szlaku byłem już po godzinie siódmej rano. Droga, którą wybrałem, na ogół nie jest trudna – z wyjątkiem jednego końcowego odcinka, kiedy podchodzi się czarnym szlakiem do Doliny Pięciu Stawów. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że zimą ma się do dyspozycji zaledwie kilka godzin dnia i że w górach warunki mogą pogorszyć się bardzo szybko. Wystarczy kilka minut, żeby stracić orientację w śnieżycy lub mgle, która niespodziewanie nadeszła. Nawet na tym szlaku, wiodącym w przeważającej części Doliną Roztoki, zdarzało się, że wyczerpani turyści zamarzali.

Trasa prowadząca od parkingu w Palenicy Białczańskiej dzieli się na trzy odcinki, z których każdy można przejść w około godzinę: Droga Oswalda Balzera – asfaltowa droga przez las, wiodąca dalej do Morskiego Oka, odbicie od niej szlakiem zielonym w Dolinę Roztoki oraz na koniec strome podejście pod schronisko (szlakiem zielonym lub – w wariancie zimowym, obowiązującym od 1 grudnia – szlakiem czarnym z końcówką dojścia ścieżką wzdłuż niebieskich drewnianych tyczek).

Czekan, raki i zestaw lawinowy

Śnieżne tatrzańskie zimy sprawiają, że nawet jeżeli nie planujemy wysokogórskiej wspinaczki, nie zaszkodzi zabrać ze sobą raków i czekana (o tym, że by się przydał, pomyślałem dopiero podczas stromego podejścia pod Niżnią Kopę i Dolinę Pięciu Stawów). Nie od rzeczy jest także kask, a Tatrzański Park Narodowy poleca zaopatrzyć się w zestaw lawinowy, czyli detektor, sondę i łopatkę. Ciekawą opcją są także kurtki turystyczne z wszytym tzw. reflektorem, czyli urządzeniem odbijającym sygnał detektora, ułatwiającym odnalezienie osoby przysypanej przez lawinę.

Góry z legendy

Tatry mają w sobie wyjątkową magię, szczególnie zimą. Wystarczy zdać sobie sprawę, że do niedawna postrzegano je jako krainę legend i baśniowych opowieści. Jeszcze pod koniec XIX wieku samo dotarcie do ich podnóża było nie lada wyczynem, a w głąb gór zapuszczali się tylko strzegący swoich ścieżek zbójnicy, bacowie i juhasi pasący owce oraz miejscowi myśliwi chodzący na „polowackę” po sadło ze świstaka. Zimą zaś w góry nie wyruszał nikt. Pierwszego zimowego wejścia do Doliny Pięciu Stawów Polskich dokonali Bartłomiej Obrochta i Jan Grzegorzewski w roku 1894 – niewiele ponad sto lat temu! „Pierwsze zimowe wejście” – to nie przypadek, że mowa tu o „wejściu”, jedna z osobliwości tego miejsca polega bowiem na tym, że do tej doliny, której najwyższe części sięgają niemal 2000 m n.p.m., trzeba się… wspinać.

Dolina Pięciu Stawów to dolina polodowcowa, obejmująca w rzeczywistości sześć stawów (jak nazywa się tatrzańskie jeziora): Przedni, Mniejszy, Wielki, Czarny, Zadni oraz Wole Oko będące zbiornikiem okresowym, nie uwzględnianym z tej racji w nazwie doliny. Wysokość nad poziomem morza, na której znajduje się dolina, to miejsce ponad granicą lasu, w którym kończy się piętro krzewiastej sosny kosodrzewiny. Wyżej znajdują się już tylko wysokogórskie hale i najwyższe piętro turni, okalające błękitne okna stawów granitowymi szczytami Tatr Wysokich. Opalony Wierch, Miedziane, Szpiglasowy Wierch, Świnica, Zawrat i Kozi Wierch – ich żlebami, zależnie od pory roku, schodzą do dna doliny lawiny kamienne lub śnieżne.

Trzeba dodać, że nieporównany błękit tych tatrzańskich jezior można podziwiać dość rzadko, bowiem przez znaczną część roku są zamarznięte i zasypane wielometrową nawet warstwą śniegu.

Nowy termos i najwyżej położone schronisko

Tak było i tym razem. Chociaż śniegu nie brakowało ani na początkowym odcinku, czyli Drodze Oswalda Balzera, ani dalej na zielonym szlaku odbijającym w Dolinę Roztoki przy Wodogrzmotach Mickiewicza, wkroczyłem w wysokogórski świat na ostatnim podejściu – czarnym szlakiem pod Niżnią Kopę i do schroniska. Ten krótki odcinek jest tak stromy i śnieżny (od 1 grudnia, ze względu na zagrożenie lawinowe, obowiązuje specjalny wariant zimowy, którym okrąża się Kopę od strony południowej), że pokonanie go zajęło mi niemal godzinę. Wznosząc się coraz wyżej, chwytałem się wystających gdzieniegdzie spod śniegu gałęzi kosówki i zatrzymywałem dla nabrania oddechu i otarcia potu z czoła. W końcu dotarłem do wypłaszczenia doliny, opadającego łagodnie do schroniska turystycznego. Doliny tak zasypanej śniegiem, że miejsc, w których są poszczególne stawy, mogłem się tylko domyślać, chociaż stałem tuż nad ich brzegiem. Nie są to zbiorniki małe: największy z nich ma ponad 30 hektarów powierzchni i 80 metrów głębokości. Kiedy znowu rozmarzną, by odbijać tatrzańskie szczyty? Może w maju, a może w czerwcu… Do tego czasu zarówno stawy, jak i dolina będą królestwem zimy.

Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich to najwyżej położone schronisko w polskiej części Tatr. Dotrzeć można tu wyłącznie na własnych nogach, a zaopatrzenie dostarczane jest wyciągiem linowym. Klimat górskiego schroniska, wyjątkowy zwłaszcza zimą, poczułem już za jego progiem. W sieni na kamiennej podłodze leżały odpięte od butów wspinaczy raki (na karteczce umieszczonej na drzwiach uprasza się, żeby raki zdejmować przed wejściem) i narty pozostawione przez tych, którzy mieli zamiar później poszusować w dół.

Nie zamierzałem zbyt długo przesiadywać w schronisku. Było już koło południa, do zimowego zmroku nie zostało więc dużo czasu. Wiedziałem też, że w otoczonej górami, wąskiej Dolinie Roztoki, którą przyjdzie mi wracać, ciemność nadejdzie szybciej. Rozłożyłem rękawiczki i czapkę, żeby przeschły, wyciągnąłem kanapki i nowy termos z herbatą z cytryną, który przechodził podczas tej wyprawy chrzest bojowy, po czym usiadłem przy drewnianej ławie. Patrzyłem z satysfakcją na przebytą przeze mnie trasę, którą widziałem teraz na barwnej starej mapie wiszącej na ścianie.

Zjazd w dolinę

Po krótkim odpoczynku postanowiłem dokonać rekonesansu w okolicy schroniska. Pomimo mgły ograniczającej widoczność otoczenie budynku prezentowało się baśniowo. Zresztą sam budynek również: ściany wzniesione są z miejscowych głazów, a góralski, spadzisty, nisko schodzący dach przykryty jest drewnianym gontem. Obok stoi dwustuletni (!) kamienny pasterski szałas.

Wszystko to o tej porze roku zasypane jest kopnymi zaspami. I tak pozostanie przez najbliższe kilka miesięcy. Nawet kiedy na nizinach już dawno zawita wiosna, kwitnąć będą kwiaty i zielenić się liście, tutaj nadal będzie biało. Później krótki moment bajecznej wysokogórskiej wiosny, w czasie której wszystko musi zdążyć zakwitnąć (nawiasem mówiąc, Dolina Pięciu Stawów to botaniczny raj, pełen niespotykanych gdzie indziej roślin) i wydać nasiona. No i lato – z zastrzeżeniem, że śnieg w sierpniu nie jest niczym niezwykłym. Zresztą na tej wysokości, w tatrzańskiej kotlinie, śnieżyca nie jest ewenementem o żadnej porze roku. Wielkie ilości gromadzącego się co roku i topniejącego później śniegu są magazynem wody zasilającej rzeki przez cały rok, aż po Bałtyk.

Trudno o bardziej zimowy widok z okna niż ten, który roztacza się o tej porze roku z okien schroniska; z jednej strony zaspy są tak wysokie, że zasłaniają okna zupełnie, sięgając powyżej krawędzi dachu… Do tego olbrzymie lodowe sople i śnieżne igły otulające drewno i kamień, a także gałęzie wystających tu i ówdzie spod śniegu kęp kosodrzewiny.

Ruszam w drogę powrotną. Mam nadzieję, że wrócę w czerwcu, kiedy stawy rozmarzną. Teraz jednak zima w pełni, a przede mną zejście do Doliny Roztoki. Zimowy wariant szlaku omija wprawdzie Wielką Siklawę, największy tatrzański, 70-metrowy wodospad, dostarcza jednak innych atrakcji. Zejście od schroniska czarnym szlakiem, które wcześniej pokonywałem w pocie czoła, jest tak strome i śnieżne, że raczej zsuwam się (niekiedy nieco wbrew mojej woli), niż schodzę, i na dole jestem znacznie szybciej, niż określono to na mapie i turystycznych drogowskazach.

Łanie przy Wodogrzmotach

Jestem już pewny, że zdążę wrócić przed zmrokiem, mogę więc poświęcić więcej czasu fotografowaniu, zwłaszcza że widoczność się poprawiła. Wypatruję pluszcza – osobliwego ptaka lubiącego zimno, biegającego pod wodą w poszukiwaniu larw chruścików i kiełży (tak rzeczywiście jest, pluszcz nurkuje w lodowatym strumieniu, a później biegnie po kamieniach na dnie potoku – wygląda to niesamowicie). Pluszcza nie zauważam, spotykam natomiast kilka stad mysikrólików, najmniejszych ptaszków Europy, przeczesujących świerkowe gąszcze, i niebojącą się ludzi orzechówkę, która dziobie zostawione przez kogoś okruchy ciastek.

W powrotnej drodze widoczność w Dolinie Roztoki poprawia się; idąc, podziwiam Świstową Czubę. Majestatycznie wznosi się nad doliną, a przez niezwykłą perspektywę zdaje się zwisać nad moją głową. Kawałek dalej grzbiet Opalonego i Roztocka Turnia. Po kilkudziesięciu minutach marszu, przechodzącego często w śnieżny ślizg, docieram z powrotem do Wodogrzmotów Mickiewicza. Głos dochodzący od skalnych progów, przez które przełamuje się potok Roztoka, rzeczywiście ma w sobie huk grzmotu. Teraz ilość pieniącej się wody nie jest tak duża, jak bywa w porze topnienia śniegu lub po intensywnych opadach, lecz i tak wodospad (miejscami „lodo-spad”) zasługuje, by poświęcić mu uwagę.

Jeżeli przy Wodogrzmotach poszłoby się dalej pod górę, po około półtorej godziny
marszu dotarłoby się nad brzeg Morskiego Oka. To największe jezioro w Tatrach. Morskie Oko, łatwo osiągalne dla turystów wygodną drogą, to z pewnością opcja warta polecenia każdemu, kto bez narażania się na trudy górskiego szlaku chciałby stanąć nad brzegiem absolutnie pięknego tatrzańskiego stawu. Uwaga jednak: jeżeli tylko ktoś ma taką możliwość, niech wybierze się tam poza sezonem turystycznym, najlepiej w dzień powszedni. W wakacje, ferie zimowe, weekend majowy itp. mrowie turystów na tej drodze przyprawia o zawrót głowy.

Według legend góralskich Morskie Oko ma podziemne połączenie z morzem – i to Adriatyckim – a jego królem jest wielki, siwy ze starości pstrąg. Chociaż nie widziałem nigdy rybiego króla, to obchodząc wokół Morskie Oko, rzeczywiście można w przejrzystej wodzie wypatrzyć pstrągi potokowe, które w tym jeziorze występują w sposób naturalny (do niektórych innych jezior tatrzańskich pstrągi zostały wpuszczone przez ludzi, co niekiedy stało się przyczyną małych przyrodniczych katastrof, jak w przypadku Dwoistego Stawu Gąsienicowego, w którym wsiedlone pstrągi zjadły całą populację niezwykle rzadkich skorupiaków – skrzelopływek bagiennych, które w całych Tatrach występowały zaledwie w dwóch stawach!).

Przejrzystość tatrzańskich jezior jest zresztą zjawiskiem budzącym moje zadziwienie za każdym razem, kiedy mam okazję je podziwiać. Patrząc w głąb jeziora na kamienie lub ryby, ma się często wrażenie, że woda jest płytka, a to, co widzimy, jest tuż pod powierzchnią. W rzeczywistości to tylko złudzenie, bo niezwykła czystość wody pozwala na wejrzenie wiele metrów w głąb!

Kto ciekawy jest głębin tatrzańskich stawów, musi zaczekać kilka miesięcy. Ja również nie skierowałem się w stronę Morskiego Oka, lecz w dół, w drogę powrotną. Schodzę i pstrykam jeszcze zdjęcie dwóm łaniom; nie boją się, stoją kilkadziesiąt metrów od drogi i próbują racicami dogrzebać się do liści jeżyn pod kopnym śniegiem.

W Tatrach zapanowała zima. Górski świat na długie miesiące pozostanie biały i cichy.

Przemysław Barszcz

 

aaa

 

zdrowie

 

To i owo na zimowo 

Są takie przypadłości, które nękają nas szczególnie zimową porą. Jak im zapobiegać lub sobie z nimi radzić? Oto kilka dobrych rad.

Dyżurnym tematem każdej zimy jest grypa. Pisaliśmy o niej już dwukrotnie. Żeby się nie powtarzać, do tamtych informacji dodajmy jeszcze jedną, przydatną w walce z tą chorobą. Jeśli zachoruje ktoś z domowników, noszenie papierowej maseczki w domu i mycie rąk wodą z mydłem lub częste dezynfekowanie jakimś środkiem zawierającym alkohol pomaga ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa. Ręce należy myć przez minimum 20 sekund, a płyn odkażający wcierać w dłonie, aż wyschnie. Przestrzeganie tych zasad przez siedem dni przez wszystkich w domu może zmniejszyć ryzyko ich zakażenia o ponad 50 procent. Maseczki należy często zmieniać na nowe, a zużyte wkładać w foliowe torebki i wyrzucać do kosza.

Pogoda o tej porze roku nie sprzyja dobremu nastrojowi. Jak się nie dać zimowej chandrze? Ruch, spotkania ze znajomymi i dobre jedzenie to najkrótszy przepis. Na ruch najlepiej przeznaczyć poranek – światło słoneczne, choć skąpe w zimie, powinno nas ożywić. Liczy się już 20 minut żwawego spaceru. Ruch podkręci nam metabolizm, co pozwoli spalić nadmiar kalorii (wiadomo: święta, sylwester, karnawał). Nawet jeśli bardzo się nam nie chce wychodzić z domu (zimno, pada śnieg, wieje itp.), nie rezygnujmy z każdej propozycji spotkania ze znajomymi. Kiedy mamy chandrę, wzrasta nam poziom hormonu stresu – kortyzolu. Jest to zarazem chemiczny sygnał zachęcający nas do szukania towarzystwa. Przecież zwykle dzwonimy do przyjaciół nie wtedy, kiedy jest nam dobrze, ale wówczas, gdy jest nam źle. Stres przeżywany z przyjaciółmi nie bywa tak dotkliwy, jak w pojedynkę. Drzemki w ciągu dnia, uważane kiedyś za szkodliwe dla zdrowia, wróciły do łask. Mówi się, że to naturalna potrzeba naszego organizmu, aby na krótki czas wyłączyć mózg z „ruchu” i pozwolić mu na regenerację. U większości z nas w pewnym momencie dnia (zwykle między 13 a 15 oraz 17 a 19) pojawia się silna potrzeba snu. Nie należy z nią walczyć, tylko jeśli pozwalają na to warunki, zapaść w drzemkę. Zazwyczaj wystarczy pół godziny. – Bo to ona – mówią psycholodzy – czyni nas kreatywnymi i pełnymi energii.

Antydepresantów zamiast w aptece należy szukać na talerzu. Jednym z nich są pomidory i zawarty w nich likopen. To silny antyoksydant. Hamuje rozwój czynników zapalnych, które mogą zwiększać podatność na stres, depresję i stany lękowe. Podobnie działają magnez, żelazo i tryptofan – też zawarte w pomidorach. Tłuste ryby morskie, skorupiaki, migdały i siemię lniane są bogate w kwasy tłuszczowe omega-3 i pomagają likwidować zmęczenie, wahania nastroju i problemy z pamięcią. W zimie nie żałujmy sobie ostrych potraw. Dla przykładu: zawarta w papryczkach chili kapsaicyna sprawia, że nasz organizm wydziela naturalne substancje przeciwbólowe, rozluźniające i rozgrzewające, co poprawia humor. Sok z buraka, kawałek gorzkiej czekolady to kolejne „antydepresanty”. Na chandrę działają też dobrze zielona herbata (poleca się ją osobom pracującym umysłowo, bo pomaga ustabilizować nastrój, a jednocześnie sprzyja skupieniu) i kawa (bo dobrze się nam kojarzy: z randką, spotkaniem towarzyskim itp.). W tym sezonie trendem prozdrowotnym stała się kawa o nazwie „Bulletproof”, co znaczy „kuloodporna”. Uzyskuje się ją przez dodanie do napoju masła lub oleju kokosowego (zamiast mleka). Czy mieszanie kawy z tłuszczem się przyjmie? Dietetycy nie mają za złe takiego połączenia. – Trzy filiżanki kawy dziennie są korzystne dla naszego zdrowia – mówią. – Zarówno kofeina, jak i inne związki bioaktywne obecne w kawie są nam niezbędne. Nie ma więc potrzeby, by ograniczać ich wchłanianie. Masło zwiększa wartość energetyczną kawy, powodując, że będzie nam dłużej zalegała w żołądku.

Zimne powietrze szkodzi płucom. Kiedy w czasie mrozów wciągamy je przez usta, bo katar zatyka nam właśnie nos, zwiększa się produkcja śluzu pokrywającego nabłonek oddechowy, a sam śluz się zagęszcza. To powoduje, że znajdujące się w nabłonku rzęski wolniej się poruszają i słabiej oczyszczają płuca. Oddychając ustami, wpuszczamy więc do płuc więcej zanieczyszczeń niż wtedy, gdy używamy nosa. Zimne powietrze może też wywołać napad astmy nie tylko, jak się szacuje, u 70-90 procent wszystkich chorych, ale też u mniej więcej 7 procent osób z populacji ogólnej. Kontakt mroźnego powietrza z płucami powoduje m.in. wydzielanie histaminy, co może spowodować napad świszczącego oddechu i duszności. Dlatego trzeba pamiętać, żeby oddychać przez nos. Wciągane w ten sposób powietrze w naturalny sposób osiąga blisko 90-procentową wilgotność i jest ogrzewane do temperatury 31-34°C.

Zimna nie lubią nasze dłonie. Robią się tak suche, aż bolą. Skóra na rękach, w przeciwieństwie do tej na twarzy, jest dużo gorzej chroniona i wolniej się regeneruje. Od strony wewnętrznej dłoń nie ma w ogóle gruczołów łojowych, a od grzbietu też jest ich niewiele. Wprawdzie dzięki temu rękami możemy wykonywać różne precyzyjne czynności, ale naskórek jest tu pozbawiony naturalnej ochrony. Dodatkowy problem to częsty zanik tkanki podskórnej w tej okolicy, zwłaszcza u szczupłych osób, i prześwitywanie przez skórę grubych naczyń żylnych. Suchość rąk powoduje często tworzenie się drobnych nadżerek, głównie w okolicy paznokci. Te dolegliwości dotyczą najczęściej kobiet wykonujących codzienne czynności gospodarcze. Dermatolodzy zalecają, by popularne mydła do rąk zastąpić delikatniejszą emulsją, a skórę chronić kosmetykami natłuszczającymi, które zastępują naturalną barierę ochronną. Suchość skóry rąk szczególnie nasila się zimą w związku z mrozem oraz działaniem suchego powietrza.

– Oprócz noszenia poza domem ciepłych rękawiczek (najlepiej wełnianych z jednym palcem), na noc nakładajmy na dłonie grubą warstwę tłustego kremu oraz bawełniane rękawiczki – takie są rady dermatologów na zimę. Dodają, że pomocne mogą być zabiegi kosmetyczne, np. z parafiną i masażem rąk.

W zimowe miesiące najchętniej przyrządzajmy potrawy wysokokaloryczne i rozgrzewające. Do łask wracają zupy (krupnik, rosół, grochówka), kasze i bigos. Zwłaszcza ten ostatni często dyżuruje na naszej płycie lub w lodówce. Wiadomo: im go częściej podgrzewamy, tym smaczniejszy. Do niedawna służyły do tego garnki aluminiowe, w których potrawy się mniej przypalają. Do pieczenia drobiu czy mięs używamy z tych samych powodów folii aluminiowej. Bez tego tworzywa trudno się obejść w kuchni, jednak trzeba na nie uważać. Ten metal nie jest wprawdzie silnie toksyczny, ale istnieją podejrzenia, że może przyczyniać się do rozwoju chorób neurodegeneracyjnych, np. choroby Alzheimera. Aluminium nie wolno łączyć z potrawami kwaśnymi i o dużej zawartości soli. Jeśli kontakt jedzenia z tym metalem jest krótki, to potrawa nie będzie szkodliwa. Nic się też nie stanie, jeśli zawiniemy w folię aluminiową kanapkę z pomidorem. Jednak bigos wielokrotnie gotowany w garnku aluminiowym lub kiszone ogórki trzymane w takim naczyniu mogą być dla nas niebezpieczne. Lepiej poszukać do przyrządzania bigosu garnka ze stali lub emaliowanego.

Nie przypadkiem ludowa medycyna leczy czosnkiem niemal wszystkie choroby, z grypą i przeziębieniem na czele. Czosnek zawiera dużo witaminy B6, która jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania układu odpornościowego i wzrostu nowych komórek. W starożytnej Grecji podawano go atletom przed olimpijskimi zmaganiami, bo zwiększał wydolność fizyczną. Czosnek obniża poziom cholesterolu i ciśnienia krwi, leczy zakażenia układu moczowego oporne na chemiczne preparaty, zapobiega kolejnym zawałom serca – można wymienić jeszcze sto innych pożytków z tego warzywa. Warto go dodawać prawie do wszystkiego, co jemy. Zwłaszcza w zimie, by wzmocnić organizm. Dietetycy radzą, by spożywać czosnek na surowo, bo obróbka termiczna niszczy jego najcenniejsze składniki. Musi być przedtem zgnieciony albo drobniutko posiekany. Te czynności rozrywają błony komórkowe rośliny, uwalniając lecznicze enzymy. Po posiekaniu trzeba odczekać 10-15 minut przed podaniem, by mogły wykonać swoją robotę. Niestety, towarzyszy temu zapach… zgniłych jaj. Jedzenie czosnku zwiększa bowiem wydatnie ilość siarkowodoru wydzielanego przez nasze ciało. Zanim sięgniemy po ząbek czosnku, wypada więc zadać sobie pytanie: czy wolimy pachnieć nieco gorzej, żeby czuć się znacznie lepiej?

Po powrocie z zimowego spaceru o niczym nie marzy się tak, jak o kubku aromatycznego, gorącego napoju. Jako jedzenie na czasie dietetycy polecają napar imbirowo-żurawinowy. Trzycentymetrowy kawałek korzenia imbiru, umyty i wyszorowany, kroimy na cienkie plasterki i wkładamy do imbryka. Dodajemy 1 czubatą łyżkę jagód goji oraz 1 łyżkę owoców suszonej żurawiny lub borówki, kilka kwiatostanów suszonej lipy oraz skórkę otartą z cytryny. Zalewamy wodą o temperaturze 80 stopni. Zaparzamy przez 5 minut. Herbatę można dosłodzić miodem lub syropem klonowym. O żurawinie warto pamiętać nie tylko wtedy, gdy przyrządzamy z niej wigilijny kisiel. Dawni Indianie stosowali ją jako lek na niemal wszystko. Potem przez wieki była niedoceniana, dziś wróciła do łask. Te mięsiste, czerwone jagody najlepsze są właśnie zimą. Naukowcy zajmujący się zdrowiem znaleźli w żurawinie ponad 200 substancji czynnych. Zachęcają, by jeść żurawinę, bo jest doskonała na serce, zwalcza infekcje pęcherza, zapobiega wrzodom żołądka, chroni zęby przed paradontozą, wspomaga odporność. 100 g owoców żurawiny zawiera od 10 do nawet 30 mg witaminy C, jest więc doskonałym źródłem tego przeciwutleniacza. Wyroby z tych jagód się nie psują, bo zawierają w sobie naturalne konserwanty.

BWO

 

aaa

 

ruszajmy się

 

Metody treningu siły mięśniowej 

Siła mięśniowa jest cechą charakteryzującą układ ruchu człowieka. Jej poziom ma kluczowe znaczenie przy określaniu poziomu sprawności fizycznej. Według definicji siła mięśniowa to zdolność naszego ciała do pokonywania oporu zewnętrznego lub do przeciwdziałania temu oporowi kosztem wysiłku mięśniowego. W poprzednim numerze miesięcznika omówiliśmy dokładnie, czym jest siła fizyczna i jakie czynniki treningowe i pozatreningowe mają wpływ na jej poziom. W tym opracowaniu zmierzymy się z problematyką siły od strony praktycznej i treningowej.

W innym ujęciu mówimy o sile mięśniowej jako o wypadkowym momencie siły rozwijanej przez mięsień lub grupy mięśniowe w pojedynczym, maksymalnym skurczu izometrycznym. Taki moment jest łatwy do zmierzenia w warunkach laboratoryjnych (na odpowiednim urządzeniu). W pomiarze bierze udział dany mięsień obsługujący pojedynczy staw ustawiony pod odpowiednim kątem, dla którego mięsień rozwija największe wartości momentów sił.

W treningu sportowym istnieje kilka rodzajów i definicji siły, które mają znaczenie przy metodyce treningu sportowego. Siła absolutna, zwana bezwzględną, to maksymalna wartość siły, jaką jest w stanie uzyskać dany zawodnik. W podnoszeniu ciężarów równoznaczna jest z ciężarem, jaki jest w stanie podnieść lub podrzucić dany zawodnik. Siła względna jest określana jako iloraz siły maksymalnej w stosunku do masy ciała lub w wartościach po przeliczaniu na kilogram masy ciała. Siła eksplozywna, inaczej nazywana szybkością rozwijania siły, jest pojęciem określającym zdolność do rozwijania siły maksymalnej w jak najkrótszym czasie. Siła dynamiczna jest zdolnością do pokonywania oporu zewnętrznego z najszybszą prędkością skracania się mięśnia. Jej wielkość określa omawiana wcześniej moc mięśnia, będąca iloczynem siły i prędkości.

Istotne jest określenie, który rodzaj siły jest najbardziej powiązany z wynikiem sportowym w danej konkurencji. Trening może być ukierunkowany na jeden z trzech głównych procesów fizjologicznych zwiększania siły mięśniowej. Trzeba pamiętać, że każdy trening wpływa na różne procesy, ale chodzi o główny kierunek kształtowania siły, który będzie dominujący. Proces zwiększania ilości rekrutowanych jednostek motorycznych zachodzi podczas każdego treningu siłowego, ale głównie przejawia się w rozwoju siły względnej, eksplozywnej i dynamicznej. Główną metodą zwiększającą tę cechę są krótkotrwałe wysiłki z maksymalnym oporem i długim czasem wypoczynku pomiędzy seriami. Innym głównym kierunkiem działania treningowego może być proces nasilenia anabolicznych zmian strukturalnych, czyli po prostu zwiększanie masy mięśniowej. Metodą jest ćwiczenie z wielokrotnymi powtórzeniami prowadzącymi do całkowitego zmęczenia mięśnia. Efektem potreningowym jest odbudowa zniszczonych białek z nadwyżką (odbudowa następuje podczas odpoczynku). Trzecią opcją jest trening ukierunkowany na poprawę koordynacji nerwowo-mięśniowej. Najskuteczniejszą metodą jest nacisk na przyśpieszenie podczas ćwiczeń, w których dominują krótkotrwałe wysiłki z maksymalnym lub submaksymalnym obciążeniem. Metody kształtowania siły mięśniowej, ze względu na sposób ćwiczenia, dzielimy na metody dynamiczne i statyczne oraz mieszane.

Główną dynamiczną metodą kształtowania siły jest metoda maksymalnych obciążeń, zwana również ciężkoatletyczną. Stosuje się w niej największy lub prawie największy opór w granicach 90-100 procent możliwości. Podczas serii zawodnik jest zazwyczaj w stanie wykonać 1-2 powtórzenia, wytrenowani maksymalnie trzy. Stosuje się kilka serii, ale zazwyczaj nie więcej niż 7-8. W metodzie tej działamy na pograniczu możliwości wysiłkowych naszych mięśni, dlatego ważne jest zastosowanie dobrej rozgrzewki oraz odpowiednio długiego czasu regeneracji pomiędzy treningami (przyjmuje się, że nie powinno się stosować tej metody częściej niż cztery razy w tygodniu przy zachowaniu odpowiedniej diety, trybu życia i suplementacji – czyli czynników przyśpieszających proces odbudowy mięśni), jak również odpowiednio długie przerwy pomiędzy poszczególnymi seriami ćwiczeń podczas jednej sesji treningowej. Trzeba pamiętać, że ta metoda mocno uszkadza mięśnie oraz stymuluje procesy anaboliczne w organizmie.

Kolejną metodą mobilizowania mięśnia do maksymalnego wysiłku jest metoda ekscentryczna. Jest ona bardzo urazowa i powinni stosować ją jedynie doświadczeni zawodnicy. Polega na próbie utrzymania ciężaru powyżej swoich możliwości. Realizuje się tzw. ruch negatywny i stosuje obciążenie rzędu 120 procent możliwości. Nawet przy maksymalnym napięciu nie jesteśmy w stanie utrzymać ciężaru, który mimo wzmożonej pracy mięśniowej będzie powodował wydłużanie mięśnia wbrew kierunkowi działania siły. Jest to metoda bardzo obciążająca mięśnie, ale dająca spektakularne efekty siłowe. Zupełnie inne podejście stosuje się w metodzie body building (również szczegółowo opisanej na łamach rubryki), której celem jest, jak sama nazwa wskazuje, „budowanie ciała”, czyli rozwój (rozrost) tkanki mięśniowej. Najczęściej po tę metodę sięgają kulturyści, którzy pracują nad rozrostem tkanki mięśniowej ze względów estetycznych, ale również sportowcy, którzy potrzebują zwiększyć swoją masę mięśniową. Stosuje się w niej obciążenie w granicach 60-80 procent. Ćwiczy się do wyczerpania sił danego mięśnia, co prowadzi do tzw. superkompensacji, czyli odbudowy mięśnia i jego możliwości wysiłkowych z nadwyżką. Ponieważ organizm przyzwyczaja się do stosowanych bodźców treningowych, stosuje się różnego rodzaju modyfikacje ćwiczeń, np. superserie, ćwiczenie z zamachem, tzw. powtórzenia oszukane, serie piramidalne, spinanie mięśni w fazie skurczu itp. Podczas treningu ćwiczy się dokładnie. Pracę ekscentryczną prowadzi się powoli (np. obniżanie sztangi na klatkę piersiową), a koncentryczną przyśpiesza (szybkie wyciśnięcie sztangi w górę). Taki trening pobudza głównie rozwój masy mięśniowej, co bezpośrednio wiąże się z rozwojem siły maksymalnej, ale niekoniecznie już względnej. Celem treningu jest przede wszystkim wszechstronny rozwój wszystkich grup mięśniowych i modelowanie sylwetki. Wykonuje się 2-5 serii na poszczególne grupy. Możliwy jest nieco krótszy czas regeneracji niż w poprzedniej metodzie, ale przyjmuje się, że pięć treningów w tygodniu metodą body building jest wystarczające. Skuteczność treningu zapewnia odpowiednia dieta i suplementacja, dzięki której nie będzie brakowało składników do odbudowy zniszczonego treningiem mięśnia.

Kolejną dynamiczną metodą jest trening obwodowy, który również został już szerzej omówiony. Zwiększa on siłę ogólną i wzmacnia mięsień na obciążenie (opór zewnętrzny) oraz w znaczący sposób zwiększa jego wytrzymałość ogólną i siłową. Jest on głównie stosowany w sportach wytrzymałościowych i interwałowych, grach zespołowych, gdzie optymalny poziom siły powiązany musi być z ogólną sprawnością fizyczną, dynamiką i kondycją zawodnika. Klasyczny obwód składa się z 8-12 ćwiczeń, w których ćwiczy się na około 50 procent obciążenia maksymalnego, wykonując szybkie, dynamiczne ruchy przy około 12-20 powtórzeniach. Na kolejnym ćwiczeniu obwodu wykonuje się zadanie obciążające inne grupy mięśniowe, tak by poprzednie mogły wypoczywać, natomiast ogólnoustrojowe zmęczenie organizmu kumuluje się. Jest to najbezpieczniejszy i bardzo skuteczny trening dla początkujących. Jednak po dwóch miesiącach jego stosowania może już być zbyt delikatny dla dalszego rozwoju siły mięśniowej.

Najmniej skuteczny jest trening siłowo-wytrzymałościowy, gdzie przy niewielkim oporze stosuje się znaczną liczbę powtórzeń, np. 20-30. Stosuje się go w sportach wytrzymałościowych lub do uzyskania lepszej rzeźby mięśnia, tzw. separacji mięśnia.

Metoda izometryczna polega na wykorzystaniu skurczu mięśnia, ale bez przybliżania się jego przyczepów. Skurcze izometryczne pozwalają zwiększać czucie mięśniowe, jak również lepiej uwidocznić dany mięsień oraz lepiej utrzymywać odpowiednie napięcie mięśniowe i stabilizację stawu. Nie należy jednak przesadzać z tego rodzaju treningiem, gdyż prowadzi on do tzw. pompy mięśniowej, kiedy podczas skurczu dochodzi do zablokowania naczyń krwionośnych i nie dochodzi do wymiany produktów odżywczych i przemiany materii w mięśniu, co powoduje zwiększone uczucie zmęczenia. Należy obciążany staw ustawić w położeniu pośrednim, pod takim kątem, w którym siła mięśnia jest największa. Przed każdym napięciem wykonujemy głęboki wdech, a podczas napięcia nie oddychamy. Pracujemy przez około 5 sekund i wykonujemy od 5 do 8 takich powtórzeń. Wystarczą tylko dwie serie ćwiczeń. Można stosować ciężar własnego ciała lub dodatkowe obciążenie, np. hantle. Bardzo ważne jest stopniowe zwiększanie napięcia do maksymalnego skurczu, przy jednoczesnym zachowaniu odpowiedniej pozycji. Do technik izometrycznych zaliczymy utrzymywanie określonych pozycji, np. deski, lub wywieranie siły na nieruchomy przedmiot, np. pchanie, ciągnięcie lub utrzymywanie jakiegoś ciężaru w bezruchu.

Do technik mieszanych zaliczymy ćwiczenia, w których występują napięcia statyczne i ruchy dynamiczne, np. z zatrzymanego półprzysiadu (skurcz izometryczny) wyskok w górę (skurcz dynamiczny/koncentryczny) i lądowanie do kolejnego półprzysiadu (skurcz ekscentryczny zatrzymany do kolejnej fazy napięcia izometrycznego).

Pamiętajmy o stopniowaniu trudności. Zawsze zaczynamy od technik łatwiejszych i stopniowo przechodzimy do tych trudniejszych, od ćwiczeń na mniejszym ciężarze do coraz większych oraz od mniej obciążających mięśnie do bardziej obciążających. Stopniowe zwiększanie obciążenia ćwiczeniami da naszemu ciału czas na adaptację i nie ulegniemy kontuzji. Dodatkowo coraz lepiej będziemy umieli kontrolować ruchy i poznamy technikę poszczególnych ćwiczeń. To podstawowa zasada, która zagwarantuje nam bezpieczeństwo. Zawsze konieczna jest rozgrzewka, a po treningu siłowym rozciąganie, tak by nie doprowadzić do przykurczów. W pełni sprawne ciało może lepiej korzystać ze swoich zwiększonych możliwości siłowych.

Krzysztof Koc

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Z trenerskiego archiwum

W noworocznym numerze miesięcznika chciałbym opisać kilka epizodów z mojej trenerskiej praktyki. Mam nadzieję, że zainteresują one Czytelników.

Spotkanie z Anthonym Milesem i Garrim Kasparowem

W 1986 roku przebywałem prawie dwa miesiące w Genewie, gdzie szkoliłem synów byłego mieszkańca Polski. Wojtek (nazwiska nie chciałbym ujawniać) często zatrudniał polskich trenerów do swoich dzieci. Nie wynikało to bynajmniej z podziwu dla polskiej myśli szkoleniowej, ale z czystej kalkulacji ekonomicznej. Wysoki kurs zachodnich walut w Polsce powodował, że taki układ był tańszy od angażowania miejscowych szwajcarskich instruktorów (sic!). W trakcie mojego pobytu w Szwajcarii rozegrany został w maju w Bazylei mecz treningowy Kasparowa z angielskim arcymistrzem Tonym Milesem.

Garri Kasparow był już wtedy mistrzem świata (jesienią 1985 roku pokonał Karpowa 13:11), ale czekał go rewanżowy mecz z Karpowem w drugiej połowie roku. Przygotowywał się do tego starcia bardzo starannie. Jednym z elementów tych przygotowań był mecz treningowy z angielskim arcymistrzem Anthonym Milesem. Anglik był bardzo barwną postacią w świecie szachowym. Na początku lat 70. ubiegłego wieku angielskie szachy nie miały jeszcze żadnego arcymistrza. Miejscowy milioner, mecenas szachów Jim Slater, chcąc zmienić ten stan, ufundował wysoką nagrodę
(5 tys. funtów) dla pierwszego Anglika, który zostanie arcymistrzem. Wyścig, jaki się wtedy rozpoczął, wygrał właśnie w 1976 roku Tony Miles i przez długi czas był szachowym liderem swego kraju. Przy okazji przypomnę, że również w tym samym roku Włodzimierz Schmidt został pierwszym polskim arcymistrzem. Miles słynął z ekstrawagancji w szachach. W 1980 roku na drużynowych mistrzostwach Europy, w partii z mistrzem świata Karpowem po 1.e4 odpowiedział 1…a6?! i… partię wygrał. Pięć lat później na turnieju w Tilburgu skarżył się na ból pleców i od czwartej rundy zaczął rozgrywać partie na leżąco… Niektórzy uczestnicy nie chcieli grać w takich warunkach i szybko robili z nim uzgodnione remisy. Do historii przeszła partia Miles – Huebner o takim przebiegu: 1.d4 e5 2.de5 Hh4 3.Sf3 Ha4 4.Sc3 Ha5 5.e4 i podpisano remis. Sędziowie nie reagowali. Dodam, że w tym turnieju Miles wspólnie z Korcznojem i Huebnerem podzielił pierwsze miejsce…

Wojtek był zaprzyjaźniony z organizatorami meczu treningowego i znał obu rywali. Miles w drodze do Bazylei zatrzymał się w Genewie, gdzie rozegrał symultany. Przy tej okazji odwiedził Wojtka w domu i miałem możliwość przeprowadzenia z nim bezpośredniej miłej rozmowy. Bardzo słabo znam angielski, ale z porozumieniem nie było problemu. Rozmawialiśmy po niemiecku, którym Tony dobrze się posługiwał, gdyż grywał w niemieckich klubach ligowych. Po pogawędce, jak na szachistów przystało, siedliśmy do partii błyskawicznej. Grałem czarnymi. Zaskoczyłem rywala nietypową kolejnością posunięć w przyjętym gambicie hetmańskim i dostałem całkiem dobrą pozycję. Nasze umiejętności były jednak nierówne. Kiedy w dużym niedoczasie straciłem figurę, poddałem się. Szczerze mówiąc, z innym partnerem walczyłbym dalej, bo chorągiewki ledwie wisiały, ale z arcymistrzem wstyd mi było grać na czas. Po partii Miles zainteresował się moją kolejnością posunięć w debiucie. Wytłumaczyłem jej sens, pokiwał głową z uznaniem i być może to było przyczyną niezbyt słusznego uznania mnie za dobrego teoretyka.

Zachowały się fotki wykonane w trakcie partii. Publikuję jedną z nich z pewnymi oporami. Powodem jest butelka żubrówki stojąca przy szachownicy. Cóż, w siermiężnych latach 80. alkohol był praktycznie jedynym naszym towarem eksportowym. Chory na cukrzycę angielski arcymistrz skorzystał z tego poczęstunku niewiele. Widoczne na zdjęciu zygzaki to autograf Tony’ego.

Kilka dni później rozpoczął się w Bazylei mecz. Wojtek śledził wyniki i któregoś dnia (to było chyba po trzeciej partii przy stanie 3:0 dla Kasparowa), po rozmowie telefonicznej z Milesem zapytał, czy znam się na wariancie merańskim, „bo jeśli tak, to Tony zaprasza cię zaraz do Bazylei do pomocy w przygotowaniach do partii…”. Niestety, wariant merański nie jest moją specjalnością i straciłem jedyną w życiu okazję osobistego przygotowania zawodnika na samego Kasparowa. Szkoda, że Miles nie potrzebował kogoś od przyjętego gambitu hetmańskiego… Wojtek pojechał do Bazylei na drugą połowę meczu. Za jego namową wybrałem się tam również na ostatnią partię pojedynku. Stan meczu był w tym momencie 4,5:0,5 i Miles grał już tylko o honor. Na szachownicy pojawiło się jedno z ostrych odgałęzień… wariantu merańskiego:

A. Miles – G. Kasparow

6. partia meczu, Bazylea 1986

1.d4 d5 2.c4 c6 3.Sc3 Sf6 4.e3 e6 5.Sf3 Sbd7 6.Gd3 dc4 7.G:c4 b5 8.Gd3 a6 9.e4

c5 10.e5 cd4 11.S:b5 Sg4 12.Ha4! Wzmocnienie wariantu. W 4. partii meczu Miles grał 12.Sb:d4 i po 12...Gb4+ 13.Gd2 G:d2+ 14.H:d2 Gb7 15.Wd1 0-0 16.0-0 Sg:e5 17.Ge2 wkrótce podpisano remis 12...Sg:e5! 13.S:e5 S:e5 14.Sd6+!? Do niejasnej pozycji prowadziło 14.Sc7+ Ke7 15.S:a8 S:d3+ 16.Ke2 Gd7 17.H:a6 Hb8 14...Ke7 15.S:c8+ Kf6?! Słabe było 15...H:c8? 16.Ge4 Wb8 17.H:d4, ale należało wybrać 15...W:c8 16.G:a6 Wa8 17.Hb5 f6 z mniej więcej wyrównanymi szansami 16.Ge4?! Poważny błąd. Analizy po partii wykazały, że po 16.G:a6! Sd3+ (Nie wolno 16...H:c8? 17.H:d4! H:a6 18.Hh4+ i czarne dostają mata) 17.Kf1! białe uzyskiwały wygraną pozycję 16...W:c8 17.h4?! Teraz do głosu dochodzą czarne. Lepsze 17.0-0 z wyrównanymi szansami 17...h6 18.0-0? Do dużej przewagi czarnych w końcówce prowadził ostry wariant 18.Gg5+?! hg5 19.hg5+ K:g5 20.W:h8 Wc4! 21.Ha3!? G:a3 22.W:d8 G:b2. Po prawidłowym 18.Gf4!? Hb6 19.0-0 g5!? czarne stały tylko trochę lepiej 18...Wc4! 19.Hd1 Lub 19.H:a6 d3 20.We1 (Jeśli 20.f4, to Hd4+ 21.Kh1 H:e4 22.fe5+ Kg6) 20...d2 19...d3 20.We1 W:c1! 21.W:c1 d2 22.Wf1 Hd4! Ale nie 22...dc1H? 23.H:d8+ Ge7 24.H:h8 H:b2 25.Hc8 i o zwycięstwo walczą białe 23.Wc2 Po 23.Wc8 w swoich komentarzach po partii Kasparow podawał taki efektowny wariant: 23...H:e4 24.H:d2 Gb4! 25.He3!? Sf3+! 26.H:f3+ H:f3 27.gf3 W:c8 23...H:e4 24.W:d2 Gc5 Ale nie 24...H:h4? 25.Wd4! Hg5 26.f4 25.We1 H:h4 26.Hc2 Gb4 27.W:e5 Lub 27.We4 Sf3+! 28.gf3 Hg5+ 27...G:d2 28.g3 Hd4 29.We4 Hd5 i białe złożyły broń.

Po meczu Wojtek zrobił mi miłą niespodziankę. Po rozmowach ze znajomymi członkami ekipy Kasparowa załatwił mi spotkanie z mistrzem świata. Było to dla mnie ogromne przeżycie. Plan spotkania wyglądał następująco: o godzinie dwudziestej w jednej z restauracji na mieście zaplanowana była ceremonia zakończenia meczu połączona z bankietem, Kasparow spotka się ze mną około dziewiętnastej trzydzieści przy hotelowej recepcji, porozmawia parę minut i pójdzie na zakończenie. Czekałem z Wojtkiem przy recepcji z dużym wyprzedzeniem czasowym. Minuty mijały, a Kasparowa nie było. Gdzieś krótko przed dwudziestą Wojtek spotkał kogoś z ekipy mistrza świata i zapytał:

– Gdzie jest Garri? Miał się spotkać z polskim trenerem!

Odpowiedź była zaskakująca:

– Garri analizuje jeszcze ostatnią partię. Znalazł jakieś wzmocnienie gry w wariancie wybranym przez Milesa. Dopóki nie przeanalizuje do końca, jest dla wszystkich nieobecny.

(Przypuszczam, że chodziło o pozycję po 15. posunięciu czarnych. Przypomnę, że w 1986 nie było jeszcze komputerów).

Byłem zaszokowany tak profesjonalnym podejściem. Przecież wygrał bardzo wysoko mecz i ostatnią grę, a mimo to z takim uporem szukał szachowej prawdy. Byłem już pogodzony z faktem, że do spotkania nie dojdzie, ale gdzieś koło dwudziestej Kasparow pojawił się przy recepcji. Zobaczywszy mnie i Wojtka, przypomniał sobie o obietnicy i zaproponował, abym go odprowadził na bankiet do restauracji, a porozmawiamy sobie po drodze… Rozmawialiśmy po rosyjsku. Szliśmy kilkanaście minut ulicami Bazylei (Wojtek dokumentował to fotografiami…) i rozmawialiśmy o szkoleniu młodzieży. Zapamiętałem dwie rzeczy: bardzo chwalił książki o grze końcowej rosyjskiego autora Szereszewskiego, natomiast o nauce debiutów powiedział mniej więcej tak:

– Trenerzy, ucząc młodego szachistę debiutu, popełniają podstawowy błąd: demonstrują wyłącznie partie wygrane przez stronę juniora. Zacząć trzeba od pokazania porażek w wariancie. Gdy junior zobaczy najpierw ze sto przegranych partii, to będzie już wiedział, jakie niebezpieczeństwa na niego czekają…

Oczywiście mistrz świata trochę przesadził. Jeśli naukę obrony sycylijskiej czarnymi rozpoczniemy od partii wygranych wyłącznie przez białe, to szybko młodego szachistę zniechęcimy. Bardzo ważne jest jednak (i tu Kasparow miał całkowicie rację), aby przeplatać wygrane i przegrane w tym debiucie.

Dostałem od Kasparowa numer telefonu i adres domowy (dla ewentualnych biografów eksmistrza świata podaję: 370007 Baku, Erewanskij prospekt 3, blok 14, kwartira 79) z obietnicą pomocy i przesłania materiałów szkoleniowych. Z wrodzonej nieśmiałości nie skorzystałem z tej oferty, czego do dziś żałuję. Za kilka lat Kasparow z rodziną będzie uciekał z Baku w obawie przed represjami po rozpadzie Związku Radzieckiego. Widywałem później przelotnie mistrza świata na olimpiadach szachowych i na superturniejach w Linares, ale nie próbowałem nawiązać rozmowy.

O jednym wydarzeniu warto jednak wspomnieć. To było w pierwszych latach obecnego wieku w hiszpańskim Linares, gdzie równolegle z niezwykle silnym turniejem arcymistrzowskim rozgrywano też turniej niewidomych. Wszyscy uczestnicy obu wydarzeń zakwaterowani byli w tym samym słynnym hotelu Anibal. Kilkanaście metrów od hotelu stała budka telefoniczna, z której często korzystałem, łącząc się z krajem. Pewnego dnia w trakcie rozmowy ze zdziwieniem spostrzegłem, że przed budką czeka Kasparow. Był w towarzystwie matki i jednego z sekundantów. Szybko oczywiście zwolniłem kabinę. Byłem bardzo zdziwiony, że Kasparow, chociaż mieszka w apartamencie, nie korzysta z telefonu hotelowego. Czyżby oszczędzał? Znajomy szachista wyjaśnił mi, że korzystanie z telefonów publicznych przez Kasparowa nie wynika wcale z oszczędności. Podobno mistrz świata nie dzwonił z hotelu wyłącznie w obawie o… podsłuchy. Czy to prawda? Nie wiem.

Ukarana zachłanność

Doświadczeni szachiści wiedzą, że mając przewagę trzech pionków, nie należy gonić za czwartym piechurem. Praktyczniej jest oddać jednego za cenę uproszczeń i przejścia do łatwo wygranej końcówki. Wśród młodziutkich zawodników panuje jednak zasada, że od przybytku głowa nie boli. Oto jaskrawy przykład partii dwóch ośmioletnich juniorek:

1.e4 e5 2.Sf3 d5 3.ed5 Gd6 Gambit wątpliwej reputacji, ale na poziomie młodzieży okazuje się skuteczny 4.Sc3 Sf6 5.Gc4 e4 6.Sd4 0-0 7.0-0? Pozwala czarnym uzyskać dużą przewagę. Roszadę należało poprzedzić ruchem 7.d3 lub 7.h3 7...G:h2+! Duży plus dla juniorki za znajomość tej typowej kombinacji 8.K:h2? Prowadzi do przegranej. Należało nie przyjmować ofiary: 8.Kh1 8...Sg4+ 9.Kg1 Nie ratowało i 9.Kg3 Hd6+ 10.f4 ef3+ 11.K:f3 Hf6+ z rozstrzygającym atakiem czarnych 9...Hh4 10.We1 H:f2+ 11.Kh1 H:d4 Czarne zadowalają się zdobyczami materialnymi, chociaż można było dać mata po 11...Hh4+ 12.Kg1 Hh2+ 13.Kf1 Hh1+ 14.Ke2 H:g2x 12.W:e4 Sf2+ 13.Kh2 S:e4 14.S:e4 H:e4 W wyniku taktycznej operacji czarne mają wieżę więcej 15.d4 b6 16.Hh5 H:d4 17.Gd3 g6 18.Hh6 H:d5 19.b3 Prowadzi do dalszych strat materialnych 19...Gb7 20.Gf1 He5+ 21.Kg1 H:a1 22.Gf4 Czarne mają już dwie wieże i dwa pionki więcej, ale wciąż im to nie wystarcza, chociaż skoczek nie może się doczekać wejścia do gry 22...H:a2?? To łakomstwo zostaje ukarane 23.Ge5 f6 24.Gc4+ Wf7 25.G:f6 Hb1+ 26.Kh2 H:c2 Jeszcze jeden pionek na koniec, ale obrony przed matem już i tak nie było 27.Hg7x Pozycja końcowa prawie jak z nieśmiertelnej partii…

Szachowe anegdoty

Analizuję partię z juniorką. Podopieczna grała białymi i próbowała szturmować pozycję nieprzyjacielskiej roszady. W pewnej chwili wykonała ruch Gh6-c1, wracając gońcem z pozycji aktywnej do początkowej, chociaż na polu c1 goniec jest narażony na kontratak czarnych po linii „c”:

– Dlaczego wróciłaś gońcem na c1? – pytam.

– Bo się bałam, że po g6-g5 może zginąć na h6.

– Ale na c1 też nie jest przecież bezpieczny, na linii „c” panują czarne wieże – upieram się.

– Ale przynajmniej goniec zginie WŚRÓD SWOICH…

***

W gronie podopiecznych niewidomych i słabowidzących miałem pewnego młodego, zdolnego człowieka, który niemal w każdej grze proponował remis i był bardzo zadowolony, gdy przeciwnik takie zakończenia akceptował. Pewnego dnia, po przygotowaniu do gry, przed pójściem na rundę upominam:

– Bardzo proszę, aby pan grał na wygraną i nie składał remisowych propozycji…

Runda się zaczęła. Po upływie pół godziny widzę, że partia podopiecznego zakończyła się szybko i pokojowo. Podchodzę więc do niego z surową miną i słyszę usprawiedliwiające:

– Bardzo przepraszam, panie trenerze, ale TO jest silniejsze ode mnie…

Ryszard Bernard

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w warcaby

W tym numerze ponownie poddamy analizie partie z popularnego turnieju, zwanego potocznie „Firlejem”.

Leszek Stefanek – Roep Bhawanibhiek

Puchar Ziemi Lubelskiej

2.05.2017 r., Firlej

1. 32-28 16-21 

Debiut Roozenburga.
2. 37-32 21-26 3. 41-37 18-22 

W przypadku wybicia 31-27 czarne odpowiedzą również wymianą 19-23, po czym zaatakują długie skrzydło białych.

4. 34-29 20-25 5. 40-34 13-18 6. 45-40 9-13 7. 50-45 19-23 8. 28x19 14x23 9. 47-41

23-28

Ciekawiej, a do tego agresywnie można było zagrać: 9... 22-28 10. 33x22 17x28 11. 29-24, choć pozycję można było też szybko uprościć: 11… 3-9 12. 32-27 10-14 13. 27-22 28x17 14. 24-19 13x24 15. 34-30 25x34 16. 39x28.

10. 32x23 22-27 11. 31x22 17x19 12. 33-28 10-14 13. 28-22 18x27 14. 29-23 19x28 15. 37-31 26x37 16. 42x33 14-19
Gracze rozbili pozycję.

Białe: 46, 48, 49, 41, 43, 44, 45, 36, 38, 39, 40, 33, 34, 35

Czarne: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 11, 12, 13, 15, 19, 25

17. 41-37 5-10 18. 33-28 10-14 19. 39-33 12-18 20. 44-39 7-12 21. 46-41 1-7 22. 34-29 18-22 23. 28x17 11x22 24. 29-24 19x30 25. 35x24

Jest i klin.

25… 12-18 26. 39-34

Korzystniej było wstrzymać się z tym ruchem. Pion na polu 34 zblokował teraz piony 40 i 45.

26… 7-12 27. 34-29 14-20 28. 37-32 13-19 29. 24x13 8x19

Białe: 48, 49, 41, 43, 45, 36, 38, 40, 32, 33, 29

Czarne: 2, 3, 4, 6, 12, 15, 18, 19, 20, 22, 25

Przytomne wybicie, teraz mogą próbować budować półkole wokół pionów białych. Decydującą rolę we wspomnianym planie odgrywają skrzydła.

30. 41-37 3-8 31. 37-31 6-11 32. 32-27 4-9 33. 48-42 9-13 34. 31-26 22x31 35. 26x37
Pasywne wybicie.

35… 11-17 36. 37-32 18-22 37. 42-37 13-18 38. 37-31 8-13 39. 32-27 20-24 40. 29x20 15x24 41. 31-26 22x31 42. 26x37

Białe ponownie się wycofują. Przy znacznej przewadze w tempach po stronie czarnych taki plan może doprowadzić do porażki.

42… 17-22 43. 38-32 19-23 44. 43-38 25-30 45. 37-31 12-17 46. 31-26 2-7 47. 32-27 22x31 48. 26x37 17-22

Białe: 49, 45, 36, 37, 38, 40, 32

Czarne: 7, 13, 18, 22, 23, 24, 30

Inny wariant: 49. 49-43 30-35 50. 40-34 7-12 51. 43-39 35-40 52. 34-30 24x35 53. 45x34 12-17 54. 37-31 17-21 55. 34-29 23x32 56. 31-27 22x31 57. 36x16 32-37 58. 16-11 18-22 59. 11-7 37-41 60. 7-1 22-27 61. 33-28 27-31 i remis.

49. 37-32 7-12 50. 49-43 30-35 51. 43-39 35x44 52. 39x50 23-28 53. 32x23 18x29 54. 45-40

Białe: 50, 36, 38, 40, 33

Czarne: 12, 13, 22, 24, 29

54… 12-18

Zwycięstwo było blisko: 54... 22-27 55. 38-32 27x38 56. 33x42 24-30 57. 42-38 12-17 58. 36-31 30-34 59. 40-35.

55. 50-45 22-27 56. 33-28 24-30 57. 28-23 27-32 58. 23x25 32x43 59. 25-20 43-48 60. 20-15 48-37 61. 36-31 37x26 62. 15-10 26-37 63. 10-4 37-14 64. 4-15 18-23 65. 15-4 13-19 66. 4-22.

Remis

1-1

Jan Biskupski – Leszek Stefanek

Puchar Ziemi Lubelskiej

1.05.2017 r., Firlej

1. 32-28 18-22 2. 34-30 12-18 3. 38-32
Zawsze lepiej wyprowadzić piony z głównej linii ruchami 37-32...41-37...46-41.

3… 7-12 4. 42-38 1-7 5. 40-34 20-25 6. 47-42 15-20 7. 31-27 22x31 8. 36x27 17-22 9. 28x17 11x31 10. 37x26 7-11 11. 45-40 20-24

Białe: 46, 48, 49, 50, 41, 42, 43, 44, 38, 39, 40, 32, 33, 34, 35, 26, 30

Czarne: 2, 3, 4, 5, 6, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 16, 18, 19, 24, 25

Samozwiązanie krótkiego skrzydła. Cel białych: wyprowadzić piony z dwójnika i rozbić związanie. Cel czarnych: nie dopuścić do mobilności krótkiego skrzydła przeciwnika.

12. 33-29 24x33 13. 38x29 19-23 14. 43-38 11-17 15. 49-43 2-7 16. 39-33 7-11 17. 44-39 10-15 18. 41-37 5-10 19. 46-41 14-20 20. 50-45 10-14 21. 32-28 23x32 22. 37x28 17-22 23. 28x17 11x22

Białe: 48, 41, 42, 43, 45, 38, 39, 40, 33, 34, 35, 26, 29, 30

Czarne: 3, 4, 6, 8, 9, 12, 13, 14, 15, 16, 18, 20, 22, 25

Harmonijna partia. Obaj gracze spokojnie budują pozycję. Następne zagrania są jednak niezrozumiałe z logicznego punktu widzenia. Białe niepotrzebnie poszukały utrudnień, głównie w swojej pozycji.

24. 29-24 20x29 25. 33x24 14-19 26. 39-33 6-11 27. 41-36 11-17 28. 36-31 19-23

Białe: 48, 42, 43, 45, 38, 40, 31, 33, 34, 35, 26, 30, 24

Czarne: 3, 4, 8, 9, 12, 13, 15, 16, 17, 18, 22, 23, 25

Białe zdecydowały się na poświęcenie piona.

29. 34-29

29. 33-29 16-21 30. 31-27 22x31 31. 26x37. Pozycja białych wygląda tragicznie. Przeciążone krótkie skrzydło i niewiele pionów na przeciwnym skrzydle nie dają im żadnych szans.

29... 25x34 30. 24-20 15x24 31. 29x20 16-21 32. 40x29 23x34

Białe: 48, 42, 43, 45, 38, 31, 33, 35, 26, 20

Czarne: 3, 4, 8, 9, 12, 13, 17, 18, 21, 22, 34

Pozycja jest przegrana.

33. 33-28

Ruch 38-32 nie ratował z powodu prostej kombinacji: 33. 38-32 22-27 34. 31x11 12-17 35.11x22 18x49 36. 26x17 49-44.

33... 22x33 34. 38x40 18-22 35. 40-34 21-27 36. 35-30 27x36 37. 42-37 22-28 38. 43-38 17-21 39. 26x17 12x21 40. 38-32 36-41 41. 37x46 28x37 42. 30-25 13-19 43. 20-15 8-13 44. 45-40 21-27 45. 25-20 27-32 46. 40-35 32-38 47. 35-30 38-42 48. 30-25 13-18 49. 34-29 9-14 50. 20x9 3x14 51. 29-24 19x30 52. 25x34 42-47.

Czarne zwyciężyły.

0-2

Damian Jakubik

 

aaa

 

Od Redakcji

 

Dorzućcie do trzosa na „Crossa”

Drodzy Czytelnicy,

jesteśmy z Wami już od 15 lat, kibicujemy Waszym sukcesom, wspólnie przeżywamy sportowe emocje, wspieramy w pokonywaniu barier. Dziś to my potrzebujemy Waszej pomocy.

Na łamach naszego miesięcznika od wielu lat relacjonujemy wydarzenia sportowe, których bohaterami są osoby z dysfunkcją wzroku. Niektórzy z Państwa mogą odszukać się na jego stronach i jeszcze raz przeżyć niezapomniane chwile, pokazać bliskim zdjęcia, zajrzeć do środka, kiedy coś uleci z pamięci. Liczymy, że stanowi to dla Państwa dodatkową satysfakcję i wartość. Prezentujemy kluby zrzeszone w Stowarzyszeniu „Cross”, które najlepiej realizują ideę rehabilitacji poprzez sport, promujemy ich działalność, pokazujemy sylwetki osób godnych naśladowania w ich sportowych pasjach. Miesięcznik trafia także do tych z Państwa, którzy kibicują koleżankom i kolegom, chociaż zawsze zachęcamy do czynnego uprawiania sportu, próbowania sił w wielu dostępnych dyscyplinach i w aktywnej rekreacji. Jest też grono czytelników, zapewne niemałe, którzy czekają na kolejny odcinek szkolenia szachowego lub warcabowego – mamy nadzieję, że pomagamy Państwu się doskonalić. Z miesięcznikiem można też zwiedzić kawał świata, zadbać o zdrowie i kondycję.

Zależy nam bardzo, aby magazyn „Cross” mógł nadal trafiać do Państwa domów, klubów i organizacji. Obecnie jednak finansowanie jego druku może być pokryte z pieniędzy publicznych w stopniu dużo mniejszym niż dotychczas – resztę trzeba dołożyć. A kiedy pieniędzy brakuje, może polec nawet najcenniejsza inicjatywa. Wierzymy, że z naszym miesięcznikiem tak się nie stanie, ale dopóki nie znajdziemy sposobu na jego pełne finansowanie, liczymy, że Państwo – prenumeratorzy „Crossa” – zechcą wspomóc jego wydawanie.

Zachęcamy do wpłacania darowizn na ten cel na konto Stowarzyszenia „Cross” w BZ WBK S.A., numer 73 1090 2590 0000 0001 3341 4035, koniecznie z dopiskiem: na miesięcznik „Cross”.

Państwa hojność przełoży się na konkret: kolejny numer magazynu w skrzynce na listy.

Dziękujemy

Redakcja